Zapomniany - Marcin Wojtkowski

Kup ebooka

29.90 zł
23.92 zł (23,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1038

Wio­sna od mie­sią­ca ro­dzi­ła swo­je cuda. Po­wo­ła­ła do ży­cia zie­leń wy­cze­ki­wa­ną po dłu­go­trwa­łej śnież­nej bie­li tak jak drżą­ce ręce dziec­ka wy­pa­tru­ją w rę­kach mat­ki słod­kie­go, ob­la­ne­go mio­dem ko­ła­cza - na­gro­dy za dzień po­mo­cy przy pra­cy w polu. Wio­sna da­wa­ła na­dzie­ję, że po sen­nej, sro­giej i bez­pro­duk­tyw­nej zi­mie na­tu­ra ob­da­rzy lu­dzi swo­imi da­ra­mi, od któ­rych za­le­ży prze­cież ich ży­cie. Stwier­dze­nie "byle do wio­sny" sły­chać było w tej kra­inie od dzia­da pra­dzia­da, a gdy ta na­de­szła, da­wać po­czy­na­ła owo­ce, bez któ­rych prze­ży­cie ko­lej­nej zimy sta­wa­ło­by się nie­moż­li­we. Ro­dzą­ce się zbo­ża na­pa­wa­ły oczy rol­ni­ków ra­do­ścią, że nie ob­umar­ła zie­mia przy­kry­ta bia­łym ca­łu­nem jak­by sza­tą zim­nej śmier­ci. Ro­dzą­ca się tra­wa da­wa­ła pew­ność wo­jow­ni­kom, że ich ko­niom pod­czas ko­lej­nej wy­pra­wy nie za­brak­nie po­ży­wie­nia, dzię­ki cze­mu szczę­śli­wie do­wio­zą do do­mów swo­ich pa­nów, a nad­to tro­czo­ne do ich sio­deł bo­ga­te łupy. Ro­dzą­ce się i pną­ce co­raz wy­żej pędy gro­chu oraz wy­ła­nia­ją­ce się po­wo­li z zie­mi zie­lo­ne list­ki, wśród któ­rych nie­ba­wem mia­ły kształ­to­wać się głów­ki ka­pu­sty, cie­szy­ły go­spo­dy­nie. Już wkrót­ce będą mo­gły za­spo­ko­ić głód mę­żów, po­da­jąc im słyn­ną już po­tra­wę, nie­sa­mo­wi­cie sy­cą­cą i bar­dzo pro­stą w przy­go­to­wa­niu, po któ­rej nie tyl­ko od­czu­wa­ło się peł­ność brzu­cha, ale rów­nież wdy­cha­ło oso­bli­wy za­pach po­zo­sta­wia­ny przez ula­tu­ją­ce z czło­wie­cze­go cia­ła gazy. Na­wet nie­przy­wy­kłe do cięż­kiej pra­cy pan­ny gro­do­we, te z wiel­kich ro­dów, z wy­tę­sk­nie­niem ocze­ki­wa­ły pierw­szych kwia­tów, któ­re sple­cio­ne w wian­ki mia­ły upięk­szać ich dłu­gie wło­sy bądź sta­no­wić żywy wzo­rzec do wy­szy­wa­nia kwia­to­we­go mo­ty­wu na chu­s­tach, suk­niach lub ob­ru­sach.

Wszyst­ko wko­ło się ro­dzi­ło - wszyst­ko prócz jed­ne­go.

- Boże, daj mi cier­pli­wość. Jak moż­na być taką fu­ja­rą! Bo to, co trzy­masz w ręku, moż­na prze­ro­bić wła­śnie na fu­jar­kę, i dmu­chać w nią z ca­łych sił. W oczy mi nie leź, do­pó­ki ja­kiejś me­lo­dii z tego nie wy­dmu­chasz. Może to wy­do­by­wa­nie dźwię­ków z drew­na jest two­im prze­zna­cze­niem, bo na pew­no nie tra­fia­nie do celu.

- Prze­cież tra­fi­łem. - Idą­cy wą­ską le­śną ścież­ką mło­dy chło­pak pa­trzył w ple­cy stą­pa­ją­ce­go przed nim star­sze­go męż­czy­zny.

- W co?

- Toż gdy strza­ła w pień tra­fi­ła, wte­dy rze­kli­ście "pięk­ny strzał".

- I tak się tym za­chwy­ci­łeś, że nie wy­chwy­ci­łeś jaw­nej drwi­ny, któ­rą niósł mój głos?

Mło­dy mil­czał, przy­po­mi­na­jąc so­bie chwi­lę swe­go nie­daw­ne­go try­um­fu. Dla nie­go "pięk­ny strzał" z ust kro­czą­ce­go przed nim czło­wie­ka był po pro­stu "pięk­nym strza­łem", na­gro­dą za sta­ra­nia, by tym ra­zem wy­strze­lo­ny z łuku bełt nie szy­bo­wał po­wo­li, opa­da­jąc gdzieś w le­śnych ostę­pach, tyl­ko lek­ko drżał, wbi­ty ca­łym ostrzem w korę nie­zbyt od­le­głe­go drze­wa.

- Mil­czysz? - Za­da­ne przez star­sze­go męż­czy­znę py­ta­nie spra­wi­ło, że miłe wspo­mnie­nia ustą­pi­ły miej­sca rze­czy­wi­sto­ści. - Drwi­łem z cie­bie z czy­stej zło­ści, bo cho­ciaż je­steś pod moją opie­ką tyle lat, do tej pory nie zro­bi­łem z cie­bie my­śli­we­go, któ­ry przy­nie­sie do domu po­ży­wie­nie. Żal na wi­dok two­jej przy­mie­ra­ją­cej gło­dem mat­ki wpę­dził mnie w ten stan. I za­praw­dę le­piej, że nie do­ży­ła tego dnia, bo przed laty Pan ła­ska­wie we­zwał ją do sie­bie.

Fak­tycz­nie - po­my­ślał chło­pak - prze­cież za­raz po dwóch cel­nych tra­fie­niach opie­kun nie ka­zał mi na­wet wyj­mo­wać strzał z drzew, tyl­ko burk­nął coś pod no­sem i po­le­cił na ścież­kę wra­cać.

Star­szy obej­rzał się znie­nac­ka i na wi­dok roz­ma­rzo­nej twa­rzy chłop­ca, któ­ry wciąż na­pa­wał się my­ślą o swo­im nie­do­ce­nio­nym jesz­cze przez to­wa­rzy­sza strze­lec­kim rze­mio­śle, rzekł:

- Pa­mię­tasz, co za­wie­si­łem na drze­wie?

- Der­kę, a do­kład­nie ka­wa­łek der­ki.

- Po co? - Po tym py­ta­niu chło­piec wie­dział, że nie do­cze­ka się po­chwa­ły na te­mat swo­jej spo­strze­gaw­czo­ści i do­brej pa­mię­ci.

- Że­bym... w nią... tra­fił...?

- Tak! Ale przy­zna­ję się przed tobą, a przede wszyst­kim przed Bo­giem, że wte­dy po­peł­ni­łem błąd. To już moja dru­ga omył­ka pod­czas two­je­go szko­le­nia na łow­cze­go.

- Dru­gi? A ten pierw­szy...? - Spo­glą­da­jąc w ple­cy opie­ku­na, chło­piec na­brał od­wa­gi, by za­dać py­ta­nie.

- Pierw­szy po­peł­ni­łem trzy lata temu, gdy po raz pierw­szy da­łem ci do ręki łuk. Już dwa pa­cie­rze póź­niej mo­głem go po pro­stu po­ła­mać, za­miast po­kła­dać próż­ne, jak się oka­zu­je, na­dzie­je, że wy­ro­śnie z cie­bie coś na po­do­bień­stwo my­śli­we­go.

Chło­piec szedł w ci­szy, jak­by bał się, że ten strasz­ny dzień może za­raz na­stą­pić. Ocza­mi prze­ra­żo­nej wy­obraź­ni wi­dział swój ci­so­wy łuk prze­ła­ma­ny na dwie lub wię­cej czę­ści, w za­leż­no­ści od ka­pry­su ła­mią­ce­go.

- Zno­wu mil­czysz, więc mnie­mam, że przy­naj­mniej uszy masz otwar­te, to­też słu­chaj o moim dru­gim błę­dzie. Przy­zna­ję, że wy­da­jąc ci po­le­ce­nie "strze­laj do drze­wa", mia­łem na my­śli to, byś ce­lo­wał tyl­ko w ten frag­ment, na któ­rym wi­sia­ła der­ka.

- No wła­śnie - po­wie­dział chło­piec. Na­gle od­zy­skał na­dzie­ję, że jego uczy­nek bę­dzie mógł zo­stać uspra­wie­dli­wio­ny. - Mia­łem strze­lać w drze­wo...

- Tak, ale na Boga w to, na któ­rym była za­wie­szo­na der­ka! A nie w to, któ­re ni­cze­mu win­ne, ro­sło so­bie kil­ka kro­ków w bok od two­je­go celu.

- No tak, ale po wy­ra­że­niu za­chwy­tu cel­nym strza­łem ka­za­li­ście mi zno­wu strze­lić - od­rzekł chło­pak, zu­peł­nie nie­spe­szo­ny.

- Bo wi­dząc pierw­szą tego dnia strza­łę, któ­ra tra­fi­ła w co­kol­wiek in­ne­go niż w po­wie­trze, my­śla­łem, że do jako ta­kiej po­wta­rzal­no­ści już do­sze­dłeś. - Star­szy nie chciał już roz­pra­szać chłop­ca uwa­gą, że do­szedł już do wiel­kiej, god­nej po­zaz­drosz­cze­nia wpra­wy w cy­klicz­nym tra­fia­niu wła­śnie w po­wie­trze: pod wa­run­kiem, że jest sze­ro­kie, wy­so­kie i nie­ogra­ni­czo­ne żad­ny­mi prze­szko­da­mi, w któ­rych strza­ła mo­gła­by nie­opatrz­nie utknąć.

- I tra­fi­łem...

- Ale w ko­lej­ne! W to, któ­re ro­sło o kil­ka kro­ków od tego ozna­czo­ne­go der­ką, ale w stro­nę prze­ciw­ną do drze­wa, w któ­rym tkwi­ła już two­ja strza­ła. Dla­te­go mam już dość two­ich prze­wag strze­lec­kich, być może nie tyl­ko na dziś, ale i na całe ży­cie.

Roz­mo­wa to­czo­na mię­dzy idą­cy­mi le­śną ścież­ką męż­czy­zną i chło­pa­kiem, po­mi­mo nie­sio­ne­go ze sobą ła­dun­ku emo­cji oraz gwał­tow­no­ści, od­by­wa­ła się szep­tem. Star­szy nie od­wra­cał się do mło­de­go nie tyl­ko z po­wo­du zło­ści, któ­rą od pew­ne­go cza­su do nie­go ży­wił. Roz­glą­dał się do­oko­ła, wo­dził ocza­mi od krza­ka do krza­ka i od drze­wa do drze­wa, otwie­ra­jąc swój umysł na nie­po­ko­ją­ce ozna­ki za­kłó­ceń w nor­mal­nym funk­cjo­no­wa­niu na­tu­ry. Ścież­ka wiła się w cie­niu ro­sną­cych tu gę­sto pni dę­bów, za któ­ry­mi chcą­ce ich za­ata­ko­wać nie­bez­pie­czeń­stwo mo­gło mieć do­sko­na­łą kry­jów­kę. Dla­te­go prze­stał już wy­le­wać swo­ją złość i wy­ostrzył słuch, by wy­czuć ewen­tu­al­ne za­gro­że­nie i móc na nie od­po­wied­nio za­re­ago­wać.

Miał pod­sta­wy do za­cho­wa­nia tej czuj­no­ści. Szli ścież­ką po­ło­żo­ną w kra­ju do nie­daw­na po­tęż­nym i bez­piecz­nym dla swo­ich miesz­kań­ców, a te­raz lu­dziom po­zo­sta­wa­ła tyl­ko iskra na­dziei, że ju­tro bę­dzie le­piej, a ich domy da­dzą się pod­nieść ze zgliszcz.

Ścież­ka po­wo­li się roz­sze­rza­ła, a roz­ło­ży­ste dęby zwal­nia­ły miej­sce in­nym, nie­co smu­klej­szym drze­wom, i wię­cej świa­tła sło­necz­ne­go do­cie­ra­ło do idą­cych. Co­raz bar­dziej mru­ży­li już oni oczy, ośle­pie­ni bla­skiem pana na nie­bo­skło­nie, któ­re­go ich dzia­do­wie czci­li jako bó­stwo. Oj­co­wie już in­ne­mu Bogu dzię­ko­wa­li za co­dzien­ną wę­drów­kę słoń­ca ze wscho­du na za­chód, lecz i to się te­raz zmie­ni­ło. Wra­ca­ły sta­re bogi, a pa­mięć o nich od­ży­wa­ła w ludz­kich umy­słach i za­czy­na­ły się dziać prze­ra­ża­ją­ce rze­czy.

Dla­te­go na po­la­nę, któ­ra wień­czy­ła ścież­kę, we­szli ostroż­nie i z nie­po­ko­jem w ser­cach. Wi­dok lu­dzi i koni nie prze­stra­szył ich, oba­wia­li się ra­czej, że ich tam nie za­sta­ną. Mar­twiąc się o los przy­ja­ciół, nie­zmier­nie ucie­szy­li się na ich wi­dok, gdyż obo­zu­ją­cy na po­la­nie za­praw­dę byli ich dru­ha­mi. Dwa­na­ście koni, roz­kul­ba­czo­nych na tyle, by ulżyć ich grzbie­tom, sta­ło po­środ­ku łąki i sku­ba­ło tra­wę. Star­szy z wy­cho­dzą­cych z lasu męż­czyzn po­ki­wał gło­wą z uzna­niem, bo wy­da­ne przez nie­go wcze­snym ran­kiem roz­ka­zy, kie­dy opusz­czał obo­zo­wi­sko, zo­sta­ły speł­nio­ne zgod­nie z jego wolą. Ko­nie sta­ły na środ­ku po­la­ny, dzię­ki cze­mu mie­li do nich szyb­ki do­stęp. Było to waż­ne w ra­zie nie­spo­dzie­wa­ne­go za­gro­że­nia, któ­re mo­gło prze­cież na­dejść z każ­dej stro­ny. Umoż­li­wi­ło­by to wręcz na­tych­mia­sto­wą, bo opóź­nio­ną je­dy­nie po­trze­bą pod­cią­gnię­cia po­prę­gów sio­deł, uciecz­kę w tę stro­nę, z któ­rej aku­rat nie gro­zi­ło nie­bez­pie­czeń­stwo. Po­zo­sta­łe po­le­ce­nia wy­da­ne dzie­się­ciu in­nym lu­dziom tak­że zo­sta­ły przez nich wy­peł­nio­ne wręcz wzo­ro­wo. Czte­rech z nich sta­ło przy drze­wach na każ­dym ze skra­jów po­la­ny, wy­tę­ża­jąc wzrok i słuch, czy nikt nie za­kłó­ca ci­szy pusz­czy. Po­zo­sta­li sku­pi­li się na pil­no­wa­niu, by roz­pa­lo­ny przez nich nie­wiel­ki ogień ni­ko­mu nie rzu­cił się w oczy. Dla­te­go na roz­pał­kę wy­bra­no tyl­ko su­che ga­łę­zie i ta­kim też ma­te­ria­łem pod­sy­ca­no ogni­sko. Wo­kół ognia wbi­to w zie­mię kil­ka ga­łę­zi po­kry­tych zie­lo­nym li­sto­wiem, któ­re wpra­wia­ne w ruch wia­trem roz­wie­wa­ły mały dym roz­po­ście­ra­ją­cy się nad ogni­skiem. Tym sa­mym nie mógł być on wi­docz­ny dla nie­wła­ści­wych, a co gor­sza wro­gich oczu.

Mie­li pod­sta­wy do za­cho­wa­nia tej czuj­no­ści, bo sie­dzie­li na po­la­nie w kra­ju, któ­ry do nie­daw­na chro­nił przed nie­bez­pie­czeń­stwem po­dróż­nych ta­kich jak oni, a te­raz sam zo­stał po­ko­na­ny oraz roz­gra­bio­ny. Za­czę­ły się w nim dziać prze­ra­ża­ją­ce rze­czy.

Z pły­ną­cej przez po­la­nę ma­łej rzecz­ki wy­cią­gnię­to już skle­co­ną na­pręd­ce z gięt­kich ga­łą­zek siat­kę, w któ­rej rzu­ca­ły się małe ryb­ki. Wzrok obo­zu­ją­cych wle­pio­ny w ich sre­brzy­ste łu­ski dość wy­raź­nie da­wał do zro­zu­mie­nia, że na­wet je­śli­by chcia­ły­by, to ani nie uro­sną już więk­sze, ani do mo­rza nie do­pły­ną.

Ode­rwa­li wzrok od ry­bek, gdy na po­la­nę we­szło dwóch męż­czyzn. Ich przy­by­cie było wi­dać ocze­ki­wa­ne, bo na­wet ten, któ­re­mu przy­pa­dła war­ta od stro­ny ścież­ki, nie za­alar­mo­wał obo­zo­wi­ska. Nikt nie ze­rwał się w pa­nicz­nym stra­chu, nikt nie pod­niósł le­żą­cej pod ręką bro­ni, nikt nie za­czął szar­pać się z prze­ra­żo­nym ko­niem. Pa­trzy­li na syl­wet­ki przy­by­łych, a wła­ści­wie szu­ka­li ocza­mi tego, cze­go nie mie­li oni ze sobą.

- Wi­dzę, ko­me­sie, że na­uki, któ­re w le­sie nasz dziel­ny Wład­ko po­bie­ra, w koń­cu w ten­że las po­szły. - Je­den z sie­dzą­cych przy ogni­sku po­sta­no­wił gło­śno wy­po­wie­dzieć to, cze­go po­zo­sta­li już się do­my­śla­li. - Po­st­ne śnia­da­nie dzi­siaj przed nami, bo za­miast ustrze­lo­ne­go rą­cze­go je­le­nia tyl­ko ryby nam po­zo­sta­ją.

- Ty z nim pój­dziesz na­stęp­nym ra­zem, Sław­ko - od­rzekł ten, któ­re­mu na­le­ża­ło się za­szczyt­ne mia­no ko­me­sa. - Wład­ko do­brym strzel­cem jest, rzekł­bym bar­dzo do­brym, o ile uży­te w tym zda­niu do­bro ozna­cza jego czy­nie­nie, a nie umie­jęt­no­ści. Wro­dzo­ne mi­ło­sier­dzie każe mu oszczę­dzać każ­de żywe stwo­rze­nie. Jak­bym na pu­stel­ni­ka go spo­so­bił, a nie na my­śli­we­go. Dzi­siaj obe­rwa­ło się dwóm drze­wom, ale my­ślę, że wi­dząc od­cho­dzą­ce­go strzel­ca, do­szły już do sie­bie i da­lej będą so­bie spo­koj­nie ro­snąć przez ko­lej­ne sto lat.

Wład­ko po­pa­trzył na ro­ze­śmia­ne twa­rze bez odro­bi­ny żalu czy zło­ści. Był wśród nich naj­młod­szy, trak­to­wa­li go do­brze, przy­ję­li do swe­go gro­na, oto­czy­li opie­ką, ale prze­cież nie roz­piesz­cza­li, tak jak od kil­ku lat nie roz­piesz­czał go ko­mes, gdy przy­spo­so­bił go so­bie na gierm­ka. Zby­sław, ko­mes z Kro­sna - wiel­kie­go, po­tęż­ne­go gro­du nad wiel­ką rze­ką Odrą. Tego, gdzie miesz­kał przed laty oj­ciec Wład­ka, któ­ry zgi­nął na jed­nej z wo­jen­nych wy­praw swe­go pana. Miesz­ka­ła w nim Wład­ko­wa mat­ka, któ­rej do­bry pan Zby­sław nie po­zwo­lił umrzeć z gło­du, bo jako do­bry wódz wzo­rem swe­go kró­la nie tyl­ko dbał o pod­le­głych mu wo­jów, ale gdy zgi­nę­li w wal­ce z wro­giem, opie­ko­wał się rów­nież ich ro­dzi­na­mi. A gdy i mat­ka ci­cho ode­szła we śnie do Boga, mały osie­ro­co­ny Wład­ko za­miast do pa­sa­nia świń zo­stał prze­zna­czo­ny do służ­by ry­ce­rzo­wi, by w przy­szło­ści tak­że być wo­jow­ni­kiem, a przy­naj­mniej zdol­nym my­śli­wym, gdy­by w kra­ju za­pa­no­wał na dłu­gie cza­sy po­kój.

Chło­piec nie ro­zu­miał świa­ta, a wła­ści­wie był prze­ko­na­ny, że to świat nie ro­zu­mie jego. Gło­dem nie przy­mie­rał, z cze­go się co­dzien­nie cie­szył i to przy­naj­mniej trzy razy dzien­nie, ale czuł jed­no­cze­śnie żal, że mimo prze­ży­tych już sie­dem­na­stu lat na­dal nie po­tra­fi sa­mo­dziel­nie przy­nieść do domu pro­duk­tów na stra­wę. Na­zy­wał to po pro­stu pe­chem. Był pod opie­ką ko­me­sa, czym się chlu­bił. Wi­dział za­zdro­sny wzrok chło­pa­ków w gro­dzie, gdy dum­nie kro­czył przy Zby­sła­wo­wym boku, a jed­no­cze­śnie za­zdro­ścił in­nym, że mie­li ko­goś, do kogo mo­gli się zwra­cać, wy­ma­wia­jąc sło­wo "oj­ciec". W chwi­li sła­bo­ści i nie­zmier­nej tę­sk­no­ty za mgli­stym wspo­mnie­niem czło­wie­ka, któ­ry po­mi­mo obiet­ni­cy nie wró­cił do domu, ale legł gdzieś w ob­cej zie­mi, na­zy­wał to wiel­ką nie­spra­wie­dli­wo­ścią. Cho­ciaż ko­chał Boga, bo ko­cha­ła Go mat­ka, ko­mes i wie­lu gro­dzian, czę­sto przed snem za­da­wał so­bie i Jemu py­ta­nie, dla­cze­go wła­śnie jego spo­tkał taki los. Miej­sco­wy spo­wied­nik, pro­sty ksiądz, nie umiał mu udzie­lić od­po­wie­dzi, a wła­ści­wie ni­g­dy nie pró­bo­wał na­wet szu­kać ja­kie­go­kol­wiek wy­ja­śnie­nia, ogra­ni­cza­jąc się do wy­zna­cze­nia mu sto­sow­nej po­ku­ty, by mło­dy Wład­ko nie kło­po­tał wię­cej Boga nie­mą­dry­mi py­ta­nia­mi. Mło­dzie­niec przez całe ży­cie nie wy­chy­lił nosa poza Kro­sno - chy­ba że po to, aby po­plu­skać się z chło­pa­ka­mi nad po­bli­ską rze­ką bądź po la­sach po­cho­dzić - dla­te­go Kro­sno było dla nie­go ca­łym świa­tem. A przy­naj­mniej do tej pory. Te­raz wie­dział, ja­kie cuda skry­wa przed nim świat. Zo­ba­czył dwa wiel­kie gro­dy, o wie­le więk­sze od jego Kro­sna, pięk­niej­sze, wspa­nial­sze, groź­niej­sze. Wi­dział lu­dzi, któ­rym Zby­sław się kła­niał, więc byli od nie­go waż­niej­si, a do­tych­czas chłop­cu wy­da­wa­ło się to nie­moż­li­we. Wi­dział wo­jów dum­niej­szych, ubra­nych w lep­sze pan­ce­rze i ma­ją­cych u boku pięk­niej zdo­bio­ną broń niż wszy­scy zbroj­ni Zby­sła­wa. Wi­dział łow­czych, my­śli­wych i łucz­ni­ków z tak wspa­nia­ły­mi łu­ka­mi, że Wład­ko­wi, któ­ry do­stał swój ci­so­wy łuk od ko­me­sa i cheł­pił się, że lep­sze­go nie ma na ca­łym świe­cie, te­raz ten po­da­ru­nek li­chym pa­ty­kiem z za­cze­pio­nym na nim spar­cia­łym sznur­kiem tyl­ko mógł się wy­da­wać. Tak, ma­jąc dużo, chciał wię­cej, szcze­gól­nie te­raz, gdy ten nie­zro­zu­mia­ły świat za­czął od­kry­wać przed chłop­cem swo­je głę­bo­ko ukry­wa­ne ta­jem­ni­ce.

Chło­piec wie­dział, że nikt nie jest na nie­go zły, że wró­cił z lasu z pu­sty­mi rę­ka­mi, cho­ciaż wie­lu z jego to­wa­rzy­szy w jego wie­ku umia­ło już tra­fić z łuku w coś wię­cej niż w po­wie­trze, a spo­ra­dycz­nie w gru­by pień dębu. Wie­dział, że gdy­by tra­fił za­ją­ca lub ustrze­lił cho­ciaż wie­wiór­kę, oni kle­pa­li­by go swo­imi mo­car­ny­mi rę­ko­ma po ra­mie­niu i pod­rzu­ca­li do góry, dum­ni z tego, że zdo­łał opa­no­wać rze­mio­sło, któ­re­go uczył go Zby­sław. Sam ko­mes po kil­ku cię­tych zło­śli­wo­ściach tak­że wzniósł­by gło­śny to­ast na jego cześć, tu, wśród drzew, gdy­by nie cza­sy, w któ­rych przy­szło im obo­zo­wać. Ci­szę prze­ry­wa­ły te­raz tyl­ko li­che, pro­wa­dzo­ne pół­gło­sem roz­mo­wy i skwier­cze­nie ry­bek opie­ka­nych na cien­kich pa­ty­kach nad ogni­skiem, a po­tem chru­pa­nie ości przez dwa­na­ście ze­sta­wów zę­bów bę­dą­cych w róż­nym sta­nie li­czeb­nym. Ryb­ki były tak nie­wy­ro­śnię­te, że ja­ka­kol­wiek pra­ca ma­ją­ca na celu od­dzie­le­nie mię­sa od ości była z góry ska­za­na na nie­po­wo­dze­nie.

Gdy skoń­czy­li śnia­dać, na krót­ki gest ko­me­sa przy­go­to­wa­li ko­nie do jaz­dy i za­cho­wu­jąc wszel­kie środ­ki ostroż­no­ści, ru­szy­li przez las, kie­ru­jąc się na za­chód.

Mie­li pod­sta­wy do za­cho­wa­nia ta­kiej czuj­no­ści, bo kraj, przez któ­ry je­cha­li, do nie­daw­na po­tęż­ny i rzą­dzo­ny przez wiel­kie­go kró­la, te­raz na­wet nie chy­lił się ku upad­ko­wi, ale le­ciał w dół; on nie chwiał się w pod­sta­wach, ale już tych pod­staw nie miał. Zo­sta­ły one pod­cię­te i zgru­cho­ta­ne przez tych, któ­rzy te­raz nim wła­da­li, jak i przez więk­szą część miesz­kań­ców.

Dla­cze­go tak jest? - po raz ko­lej­ny w tym mie­sią­cu za­sta­na­wiał się Wład­ko. Co­dzien­nie gdy sia­dał na koń, ja­dąc naj­pierw na wschód, a po­tem wra­ca­jąc na za­chód, za­da­wał so­bie to py­ta­nie. Pa­mię­tał prze­cież, co Zby­sław mó­wił mu o przy­go­dach dziel­ne­go kró­la, o zwy­cię­skich woj­nach, o po­tę­dze na­ro­du i nie­zwy­cię­żo­nej dru­ży­nie.

- Czy­li wszyst­ko skoń­czy­ło się wraz ze śmier­cią kró­la? - za­py­tał kie­dyś Zby­sła­wa przed za­śnię­ciem.

Ten nie od­po­wie­dział, tyl­ko wró­cił my­śla­mi do nocy, pod­czas któ­rej wiel­ki król wy­pro­sił z sy­pial­ni w swo­im ka­mien­nym zam­ku wo­je­wo­dów i ko­me­sów sto­ją­cych przy jego łożu, by roz­mó­wić się ze swo­imi sy­nem i wnu­kiem.