Beresić
Stanisław Bereś
Psychologia wcisnęła się już w każdy zakątek życia ludzkiego, sferę onomastyki jednak pozostawiła na antypodach swoich zainteresowań, podczas gdy już dawno na uniwersytetach powinno się wykładać onomastykę psychologiczną, a może i psychologię onomastyczną. Potrzebę taką tymczasem da się wykazać nawet za pomocą mojego nazwiska, którego pochodzenie i znaczenia giną w mrokach staropolszczyzny, ale nie ma wątpliwości, że pochodzi z Kresów. Nie znam nikogo, oprócz trzech wybitnych językoznawców, a wśród nich profesora Jana Miodka, kto wiedziałby, że nazwisko "Bereś" pochodzi od słowa "beresić", oznaczającego "wygłupiać się", "dokazywać", "psocić", "błaznować". Odnotowuje je Kazimierz Rymut w tomie Nazwiska Polaków. Słownik historyczno-etymologiczny, a potwierdza to Słownik etymologiczny języka polskiego Aleksandra Brücknera z 1927 roku, wywodzący słowo "beresić" od Pobereża, "słynącego z hultajstwa i dziczy w XVI i XVII wieku, dokąd uchodził kto z prawem wojował, wszelki awanturnik". Ta niezwykła kraina, znana doskonale z Ogniem i mieczem, znajdowała się w południowej części Podola, między Dniestrem i Bohem oraz Murachwą i Jahorlikiem. Stąd zatem cała rodzina słów: "zbereźny", "zbereźnik", "zberezyje", "zberezje", a zatem określenia osób i czynności związanych z uciechami wszetecznymi, a zatem erotycznymi. "Na pobereżu" - mawiano, myśląc o nierządzie. Pełne pole znaczeń sięga jednak jeszcze dalej: od "figlarza i psotnika" aż po "bezbożnika i zbrodniarza". Zamyka je zaś szereg: "bredzić" i "breszyć", a zatem kłamać, bujać, pleść bzdury, wygadywać brednie i niedorzeczności.
Nie mam tu zamiaru katować nikogo językoznawczymi wywodami, bo pełną semantykę tego słowa czuję po prostu w swoich genach. W końcu nazwiska pochodzą od przydomków, nadawanych ze względu na cechy danej osoby. A charaktery najnormalniej w świecie się dziedziczy, co łatwo rozpoznaję w pokręconej i pokrętnej historii swojej rodziny.
Zaglądając w nią głęboko, do czego zmusił mnie na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku sam Jerzy Giedroyc, jako najodleglejszego przodka odkryłem swego pradziada Macieja, który jak wszyscy mężczyźni w mojej rodzinie był cieślą i zapisał się tym, że u boku Jakuba Szeli w czasie rabacji galicyjskiej występował w roli tak zwanego prokuratora ludowego, co oznacza, że słynne słowa Wyspiańskiego w Weselu: "Mego dziadka piłą rżnęli" odnoszą się do mojego przodka. Z tym jednak, że to on rżnął, a nie był rżnięty. Nie minęło osiem lat, a tenże sam Maciej - będący jedynym piśmiennym chłopem w okolicach Rzeszowa - został wysłany przez grupę gmin do cesarza Franciszka Józefa jako negocjator w sporze z miejscowym magnatem Adamem Jędrzejewiczem. Drogę do Wiednia przebył na bosaka tak zwaną kaczą ścieżką. Jak wiadomo z wpisu w księdze przyjęć w pałacu Schönbrunn, do rozmowy doszło dwukrotnie: raz po sforsowaniu ogrodzenia ogrodowego w czasie popołudniowej przejażdżki cesarza, a drugi raz parę dni później, podczas oficjalnej wizyty w kancelarii, gdzie pradziad załatwił sprawę po swojej myśli. Co najdziwniejsze, szczegółowy opis rzucenia się mojego dziada z gramotą w ręku pod koła cesarskiego powozu został opisany przez Arthura Schopenhauera w Reisetagebücher aus den Jahren 1803-1804. Problem jednak w tym, że Reisetagebücher zostały wydane w 1806 roku, a zatem zdarzenie to musiałoby dotyczyć ojca Miłościwego Pana, a więc tym samym również ojca mojego pradziadka, a zatem prapradziadka. Nie mam danych ani ochoty do głębszej analizy tej zagadki, pominę ją więc bez komentarza jako zwyczajną dziwność świata.
Oba te zdarzenia z życia mojego przodka są dostatecznie zabawne, by wyrażać cechy beresienia. Szczególnie adekwatna wydaje mi się kilkutygodniowa zabawa w ludowego prokuratora w czasie rzezi 1846 roku, bo polegała zapewne na partackiej inscenizacji sądu, a więc wystawianiu stołu na podwórko, rzucaniu przed nim na kolana właścicieli ziemskich i dukaniu bzdurnych oskarżeń o zbrodnie, które przyszły tego dnia do ciemnej pradziadowej łepetyny, po czym przystępowano do części właściwej, czyli zarzynania i piłowania właścicieli, gwałcenia dziedziczek, palenia zabudowań dworskich oraz innych uciech. I tak wędrowano z tym przedstawieniem od dworu do dworu w okolicach Krosna, Jasła, Tarnowa i Sanoka przez półtora miesiąca. Długo to trwało, więc zapewne publiczność była zadowolona. Ponura, rzeźnicza strona tych inscenizacji nie wydaje mi się znajoma, ale ich błazeńska humorystyka budzi w moim sercu pewien swojski rezonans, więc z przykrością przyjmuję, że mieści się ona w polu semantycznym mojego nazwiska.
Synem Macieja był Jan Bereś, choć jak na moje arytmetyczne rozeznanie pomiędzy nimi musiał istnieć jeszcze jeden przodek, bo inaczej pradziad musiałby dobić osiemdziesiątki i niemalże na łożu śmierci spłodzić Janka. Ale załóżmy, że faktycznie tak było i parafialne księgi w Staromieściu nie kłamią. Jak jego ojciec Janek był małomównym i upartym cieślą, a do tego dziwakiem, chłopskim filozofem i włóczęgą. Po pożarze, który strawił całą wieś - było to jeszcze przed pierwszą wojną światową - popłynął pięknym liniowcem oceanicznym klasy Barbarossa o długości stu siedemdziesięciu czterech metrów przez Bremę i Hamburg do Ameryki, gdzie pracował przez kilka lat w stoczni Lackawanna (dzisiaj dzielnica Buffalo). Jego nazwisko widnieje na liście pokładowej Norddeutscher Lloyd w Bremie z grudnia 1901 roku oraz w List or manifest of alien passengers for The United Stated immigration officer at port arrival w centrum emigracyjnym na Ellis Island u wrót Nowego Jorku.
Po powrocie - ku zazdrości całej wsi - Jan pokrył dach domu cynkową blachą, która istnieje do dziś, choć mocno zjedzona przez korozję. Ciężko pracował i mocno trzymał rodzinę za pysk, bo był despotą i sknerą, znanym z mierzenia długości firanek nabytych w mieście przez żonę. Okropnie ciągnęło go w świat, więc od czasu do czasu znikał z domu i wałęsał się całymi tygodniami. Widywano go nawet w Karpatach. Przede wszystkim jednak był majster-klepką, który marzył o zbudowaniu latającej machiny. Może w Stanach widział pokazowe loty braci Wright, Blériota, Cháveza lub Garrosa? Można powiedzieć: galicyjski Lindbergh w wersji ludowej. Na co dzień zajmował się ciesiółką, a w wolnych chwilach konstruował swoje niby-lotnie. Niszczył prześcieradła, podkradał babce pierze z pierzyn. Istny Ikar. A potem rzucał się ze swoimi konstrukcjami ze zbocza za stodołą. Na ogół paskudnie się rozbijał. Kilka razy wydawało się, że nikt mu już kości nie poskłada, lecz on się jakoś wylizywał i znów stawał do walki z siłą ciążenia. Starzy ludzie w Trzebownisku twierdzili, że kiedyś udało mu się przelecieć ponad wsią, ale skończył w rzece, gdyż zawadził o most. Nie bardzo w to wierzę, pewne jest w każdym razie, że ksiądz proboszcz z ambony nawoływał go do opamiętania i groził klątwą za wywyższanie się ponad aniołów i serafinów, lecz wszystko na nic.
Lotniarską pasję przerwała dopiero wojna i okupacja, podczas której oklapł i niespodziewanie zmarł. Podobno na nerki. Wcześniej oświadczył rodzinie, że idzie umrzeć do ogrodu, czym nikt naturalnie się nie przejął, więc naburmuszony wziął koc, parasol i położył się pod jabłonią. Paradowanie we wsi z parasolem, a co gorzej leżenie pod nim na kocu, uchodziło w tamtych czasach za kompletną brewerię lub objaw pomieszania zmysłów, więc babka przeżegnała się i zapaliła gromnicę pod świętym obrazem. Nie pomogło albo pomogło na coś innego, bo dziadek umarł. W czasie snu, pod tym parasolem. Być może wzleciał za wysoko w marzeniach i umarł z zachwytu.
Tyle mówią czyste fakty, ja jednak wiem, że pod tymi wydarzeniami ukrywa się demon błazeństwa i reżyserowanej komedii. Dziadek doskonale wiedział, że jego lotnie nigdy nie wzbiją się w powietrze, zbyt wytrawnym był bowiem cieślą, który wbitą w pień zapałkę rozcinał siekierą na cztery części. W Stanach na pewno uważnie przyjrzał się pierwszym samolotom, więc nie mógł mieć złudzeń. On po prostu odgrywał kabotyńskie spektakle aeronautyczne, na które schodzili się mieszkańcy wsi i okolic, by patrzeć z otwartymi ustami i drapać się po lnianych głowach, co mu na pewno pochlebiało. W końcu nie było jeszcze kina, były to więc jego życiowe role. A ogrodowa śmierć to już pełny spektakl z kreacją godną pana dziedzica na pikniku. Można powiedzieć, że zagrał się na śmierć. Otwarte pozostaje tylko pytanie, skąd wiedział, że ona nadejdzie tego popołudnia. Ale niektóre role muszą widocznie być dograne do końca.
Spośród jego dwóch synów pewne przejawy dziwactwa zdradzał stryj Stanisław, zwany przez swych uczniów (bo był nauczycielem) Brykasem. Zawdzięczam mu imię oraz umiejętność grania jednym palcem na pianinie paru utworów, ponieważ w czasie kilku pobytów w naszym domu nauczył mnie tego, wyjaśniając, że tą metodą w razie wojny ocalę sobie życie. Bliższego uzasadnienia nie podał, bo sprawę uważał za absolutnie oczywistą. Najlepiej pamiętam go z żywiołowych dyskusji w gronie rodziny i znajomych, w czasie których przekonywał swoich rozmówców, ludzi zresztą zwykle wykształconych, że Ziemia jest płaska. Używał w tym celu, jako podręcznego modelu, dwóch złożonych ze sobą talerzy do zupy. Wyjaśniam, że było to w epoce Gagarina, a stryj był dyrektorem dużego liceum, do tego doktorem fizyki. Na wiele spraw miał odrębny od całego świata pogląd, na co jako młody człowiek - zainteresowany tylko grą w piłkę i łażeniem po drzewach - niezbyt zwracałem uwagę, ale intensywności tej wieloletniej poznawczej krucjaty nie dawało się nie dostrzec, zwłaszcza w kontekście kolejnych lotów kosmicznych, które wszystkie razem wzięte uważał za PR-owski kant, mający na celu straszenie przeciwnika zimnowojennego wyścigu zbrojeń.
Pewne zachowania mojego ojca, gdy patrzę na nie z perspektywy czasu, też nie należały do typowych, by wspomnieć choćby tylko o nagłych rykach, które od czasu do czasu wydawał w miejscach publicznych i prywatnych, a którym towarzyszyło wyrzucanie w górę rąk i szybkie poruszanie dłońmi, jakby wkręcał żarówki. Był to rodzaj ryku radości, wyrażający pełnię życia i pragnienie podzielenia się z bliźnimi rozsadzającą go energią. Oczywiście ludzie patrzyli zdumieni, odsuwali się na bezpieczną ich zdaniem odległość i pukali się w czoła. Starannie inscenizował też rzekome kłótnie ze swoją żoną, a moją mamą, z którą po prostu pokłócić się nie dało, bo była osobą nieskończonej łagodności. Ale ponieważ on co jakiś czas dochodził do wniosku, że został czymś śmiertelnie obrażony, wyprowadzał się do tekturowego trabanta, który parkował za naszym blokiem (żeby sąsiedzi nie wiedzieli, że ma samochód). Jeśli wypadło to w zimie, zwłaszcza podczas mrozów, stanowiło to pewien problem, bo silnika nie włączał z powodu skąpstwa, a czasem po prostu nie miał gotówki lub kartek na benzynę. Wtedy mama wyprawiała mnie na parking z poduszkami, kocem i termosem, by nie zamarzł, a moim zadaniem było tak odegrać scenę wymykania się z domu, żeby broń Boże nie wydało się, że to ona jest inicjatorką akcji ratowniczej, choć było absolutnie jasne, że po mnie aż takiego poziomu empatii nie można się spodziewać.
Jego popisowym numerem było też kładzenie się krzyżem we wrocławskiej katedrze przed kaplicą Najświętszego Sakramentu tuż przed sumą. Zapadała wtedy śmiertelna cisza, a wierni wychylali się ze swoich miejsc, by lepiej zobaczyć grzesznika. Nie było bowiem wątpliwości, że jest to ktoś, kto nosi na sumieniu straszne winy - może gwałciciel, sodomita lub morderca? Takie rzeczy jak padanie krzyżem w kościele zdarzały się wtedy jeszcze może na wsi, ale w mieście wojewódzkim było to coś, co kojarzyło się tylko ze średniowieczem. W każdym razie w archikatedrze czuło się powiew grozy. Co najgorsze, występy mojego ojca przypadały na lata kontestacji i ruchów studenckich w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, gdy każdy z moich rówieśników był hippisem, miał koszule w kwiatki i szerokie dzwony, a w szkole walczył na śmierć i życie o każdy centymetr włosów. Nie muszę dodawać, że ja też byłem kontestatorem, a tu taki wstyd i krecia robota. Ojciec kompromitował mnie w oczach kumpli, skreślał i wdeptywał w ziemię. Nie przysiągłbym się, że nie robi tego w tym właśnie celu, bo aż tak religijny nie był.
Szczególnie jednak ciekawą kwestią były jego sprawy wojenne. Ojciec prawie w ogóle o nich nie opowiadał, bo - jak większość jego pokolenia - wykreślił je z pamięci raz na zawsze, ale członkostwo w ZBoWiD-zie, kilka orderów oraz obecność jego nazwiska w paru książkach o ruchu oporu świadczyły o bohaterskiej karcie. Każda jednak rozmowa na ten temat (a moje pokolenie, czyli dzieci Kolumbów, niespecjalnie interesowało się przejściami rodziców, więc okazji nie było zbyt wiele) kończyła się błazeńskimi relacjami - filmowej zdecydowanie proweniencji, choć Indiany Jonesa wtedy jeszcze nie było - o walkach wśród świszczących kul z niemieckimi narciarzami na zboczach Babiej Góry, gdzie ojciec nigdy nie był, o drążeniu gołymi rękami podkopu pod Sołą podczas ucieczki z Auschwitz czy o samotnej walce z esesmanem na rozpalonym kotle pędzącej lokomotywy pod ostrzałem messerschmitta 109. Były to opowieści tak fantastyczne i absurdalne, że pytający miał pełną świadomość, iż cynicznie jest robiony w balona, a celem narratora jest zniechęcenie do dalszych pytań o okupacyjne przejścia. Nic dziwnego więc, że po paru próbach tego typu rozmowy raz na zawsze wygasły. Nie wszyscy jednak o tym wiedzieli, czasem więc ktoś z jego kolegów lub członków dalszej rodziny nie odpuszczał i domagał się opowieści. Wtedy, relacjonując na przykład przebieg walk na stokach Babiej Góry i mnożąc dramaturgiczne efekty, docierał do swojej ulubionej chwili, gdy został osaczony przez esesmanów ze słynnej 1. Górskiej Brygady Narciarskiej SS. Słuchacze z przejęcia otwierali usta i zaciskali palce, a ojciec - odczekawszy dobrą chwilę - dorzucał w stylu Franca Fiszera: "Otoczyli mnie, więc broniłem się do ostatniego pocisku, ale amunicja się skończyła i wtedy rzucili się na mnie hurmem. Cóż było robić? - Tu rozkładał bezradnie ręce. - Wysadziłem się handgranatem. Rozerwało mnie na kawałki, a szczątki rozrzuciło po całym lesie. Nie było co zbierać". Tu zawsze zapadała martwa cisza, słuchacze patrzyli na niego okrągłymi ze zdumienia oczami, nie mogąc przez dobrą chwilę wykrztusić słowa, a on dorzucał filozoficznie: "Tak, tak, zostały tylko te narty". I tu wskazywał wzrokiem na białe narty śladówki z zapięciami systemu kandahar, leżące skromnie na szafie.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.