Być Polakiem w Związku Sowieckim w 1938 roku - to mniej więcej to samo, co być Żydem w III Rzeszy
- XX wiek był najbardziej krwawy w historii ludzkości w wyniku panowania dwóch potężnych totalitaryzmów: faszyzmu i komunizmu. W celu wzmocnienia swej władzy obydwa wykorzystywały masowy terror, który powoli przekształcał się w podstawowy sposób rządzenia. Jego skutki są przerażające. Miliony rozstrzelanych, zagazowanych, umarłych w rezultacie sztucznie wywołanego głodu, zaginionych w wyniku deportacji i innych form represji - takimi metodami niszczono w zarodku każdą możliwą formę oporu wobec dyktatury. W ten sposób wywoływano w duszach ludzkich potężny strach, który miał sparaliżować umysły i wolę milionów, zarówno świadków przestępstw, jak i kilku następnych pokoleń. Taki był zamysł architektów terroru, dążących do całkowitego znieczulenia również licznego grona zwolenników nowej władzy, zintegrowania ich wokół partii komunistycznej i stworzenia z nich fanatycznie oddanych jej i Stalinowi "janczarów".
Wichura komunistycznego terroru nie ominęła również Polski. Jej rachunek krzywd wobec komunizmu jest długi: od próby obalenia dopiero co odrodzonej polskiej niepodległości w 1920 roku i wspólnego z hitlerowską III Rzeszą IV rozbioru Polski w 1939 roku w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow, przez masowe mordy na polskich oficerach, aż do zniewolenia narodu w formie PRL-u. Dziś, kiedy Polska jest wolna i należy do NATO oraz Unii Europejskiej, wydawać by się mogło, że lista krzywd wyrządzonych przez komunizm jest pełna i zamknięta. Ale czy tak jest naprawdę? Czy wszystkie kwestie komunistycznych zbrodni na narodzie polskim zostały ostateczne wyjaśnione i, co najważniejsze - godnie upamiętnione?
Książka, którą poddaję ocenie Czytelników, jest poświęcona jednej z najbardziej okrutnych zbrodni komunizmu na narodzie polskim - przeprowadzonej w latach 1937-1938 "operacji polskiej". Jej ofiarami padło ponad 100 tys. Polaków, głównie obywateli Związku Sowieckiego. Książkę tę napisałem z kilku powodów. Po pierwsze, zetknąłem się z historią Polaków w Związku Sowieckim jeszcze na początku lat osiemdziesiątych, kiedy temat ten był prawnie zakazany zarówno w ZSRS, jak i w PRL. Pierwsze kroki w badaniu tej tematyki stawiałem prawie po omacku, nie mając dostępu do podstawowych dokumentów dotyczących "operacji polskiej". Dopiero w latach dziewięćdziesiątych, już po wydaniu mojej pierwszej książki na ten temat 1, uświadomiłem sobie skalę tragedii Polaków w Związku Sowieckim. Dziś, kiedy mam potrzebną wiedzę, uważam za swój obywatelski obowiązek przekazanie jej nowemu pokoleniu Polaków. Po drugie, powodem do napisania niniejszej książki stała się moja przyjaźń z wieloma świadkami tej zbrodni, którzy na moich oczach powoli odchodzą. Odchodzą niestety z wielkim żalem, że ich tragiczny los i los ich bliskich, którzy zginęli w okresie "wielkiego terroru", nie jest należycie upamiętniony i że nadal w społeczeństwie polskim panuje prawie kompletna niewiedza na temat ich ogromnego dramatu.
W 2009 roku zmarł mój dobry przyjaciel Mieczysław Łoziński, któremu przyrzekłem ocalić od zapomnienia dziesiątki tysięcy polskich ofiar stalinowskiego terroru. Urodzony we wsi Horodyszcze na Żytomierszczyźnie w 1925 roku był on, jak opowiadał, dzieckiem "sowieckiej autonomii polskiej". Uczęszczał do szkoły polsko-sowieckiej w rodzinnej wsi. Jego rodzina aktywnie uczestniczyła we wszystkich eksperymentach związanych z "autonomią polską" w sowieckiej Rosji. W wyniku represji "operacji polskiej" stracił najbliższych. W 1943 roku wcielono go do Armii Berlinga, z którą trafił do Polski. Tu po przezwyciężeniu wielu trudności natury politycznej pozostał na zawsze. Po upadku komunizmu, pracując jako nauczyciel matematyki w Kłodawie, próbował samotnie udźwignąć ciężar przekazania nowym pokoleniom Polaków prawdy o tragicznym polskim losie w latach 1937-1938. Na własny koszt przygotował i wydał dwie książki wspomnień o polskich doświadczeniach kresowych: Polonia nieznana i Operacja polska. Już będąc ciężko chorym, rozsyłał je czołowym politykom, na uniwersytety, do domów polonijnych na całym świecie. Zwracał się do IPN z prośbą o przeprowadzenie śledztwa w sprawie tych zbrodni stalinowskich. Naiwnie wierzył do ostatnich swych dni, że ta nieznana "polska golgota" poruszy wreszcie opinię publiczną i zajmie poczesne miejsce w polskim panteonie pamięci narodowej. Umarł w przekonaniu, że zabrakło jedynie kilku kroków na tej drodze do godnego upamiętnienia tysięcy polskich ofiar "wielkiego terroru", że wkrótce na ten temat można będzie mówić pełnym głosem. Tę książkę przekazuję do rąk Czytelników w nadziei, że Mieczysław Łoziński nie mylił się...
Rozkaz NKWD nr 00485
20 lat temu, tuż po upadku komuny w Polsce, wyszła moja książka pod wymownym tytułem Pierwszy naród ukarany. Polacy w Związku Radzieckim 1921-1939 2. Tytuł ten nadałem trochę na wyrost, nieco intuicyjnie, ponieważ nie znałem jeszcze wtedy wszystkich szczegółów zbrodni na Polakach. Próbowałem w niej ujawnić rodzącej się polskiej opinii społecznej historię komunistycznego ludobójstwa dokonanego na polskiej ludności kresowej na terenach dawnej I Rzeczpospolitej, które nie weszły po traktacie ryskim w skład odrodzonej Polski. Były to zupełnie nieznane dzieje polskiej historii, którą władze komunistyczne zarówno w Związku Sowieckim, jak i w Polsce Ludowej starannie tuszowały, a komunistyczna historiografia fałszowała, jak mogła. Wiele sformułowanych wtedy kwestii ludobójstwa z lat trzydziestych XX wieku udało się nakreślić tylko połowicznie, inne ledwo w ogólnych zarysach. Archiwa komunistyczne były jeszcze niedostępne, a praca jedynie na podstawie źródeł, które można było zdobyć, nie dawała odpowiedzi na wszystkie tak ważne kwestie międzywojennej polskiej historii kresowej. Mogłem jedynie zasugerować istnienie jakiegoś rozkazu Stalina, nakazującego zniszczenie polskości kresowej 3, ale nie przypuszczałem, że represje antypolskie osiągnęły tak wielką skalę. Nie przewidywałem również istnienia tak precyzyjnego dokumentu, jak rozkaz NKWD nr 00485, określający cele, zadania i metody "operacji polskiej", implikujący prawie totalne represje wobec całej zbiorowości polskiej w Związku Sowieckim.
Tego, co się stało z polską mniejszością narodową w stalinowskim ZSRS pod koniec lat trzydziestych, nie można określić inaczej niż "ludobójstwem". W wirze "wielkiego terroru" zginęło 15, a może nawet 20% spośród mieszkających tam Polaków. W Związku Sowieckim zapanowała atmosfera "zoologicznej polonofobii". Nie da się dokładniej nazwać tego, co się stało z narodem polskim w okresie międzywojennym, jak to zrobiła Helena Trybel, Polka, gorliwa katoliczka, matka premiera Ukrainy Jurija Jechanurowa, którą spotkałem w byłej "stolicy polskiej socjalistycznej autonomii na Ukrainie" - Marchlewsku (dziś przemianowanemu na Dowbysz). Powiedziała mi: "Być Polakiem w Związku Sowieckim w 1938 roku - to mniej więcej to samo, co być Żydem w III Rzeszy" 4. Pani Helena wie, co mówi. W roku 1938 jej ojca oskarżono o szpiegostwo na rzecz II Rzeczpospolitej. Zapadł wyrok, który mógł być tylko jeden - kara śmierci. Całą rodzinę deportowano nie do "ciepłego" Kazachstanu, a do mroźnej Jakucji, gdzie w zimie temperatura spada do minus 50 stopni. Z głodu i chłodu zmarł tam jej młodszy brat. Pani Helena pamięta, jak uczniowie w jakuckiej szkole, mimo że sami w większości byli dziećmi zesłańców, kpili z jej polskości. Wie, co to znaczy być obywatelem drugiej kategorii. Wie, co to znaczy być Polką. Wie, dlaczego swój los porównuje z losem Żydów w okresie Holocaustu.
Dziś, po rozpadzie Związku Sowieckiego, zmieniła się sytuacja badawcza za Bugiem, dzięku czemu zostały ujawnione potworne zbrodnie na narodzie polskim, dokonane przez totalitarny reżym stalinowski. Teza o Polakach Kresowiakach jako o "pierwszym narodzie ukaranym" znalazła swoje potwierdzenie w licznych nowych dokumentach. Polacy stanowili w 1937 roku 0,64% ludności Związku Sowieckiego, natomiast wśród ofiar stalinowskiego "wielkiego terroru" było ich ponad 15%. Słowa "Polak" i "wróg ludu" brzmiały w tym czasie w uszach przeciętnego obywatela Związku Sowieckiego prawie jak synonimy.
Zastanówmy się nad następującymi suchymi faktami: ludobójstwa na Polakach, mieszkańcach dawnych Kresów polskich (ale również Polakach mieszkających w innych regionach kraju), dokonano w formie realizacji tzw. "operacji polskiej". Została ona przeprowadzona na podstawie rozkazu nr 00485, wydanego w roku 1937 przez komisarza ludowego spraw wewnętrznych Związku Sowieckiego Nikołaja Jeżowa. Pochłonęła do 111 tys. istnień ludzkich. Polaków. Zdumiewa niezwykła, nawet na tle całokształtu "wielkiego terroru", surowość represji antypolskich. Uniewinnienie w przypadku aresztowanych Polaków było rzeczą wyjątkowo rzadką, prawie niespotykaną. W statystykach NKWD na ponad 143 tys. aresztowanych zanotowano zaledwie 40 osób, które całkowicie oczyszczono z zarzutów. Represje antypolskie niewątpliwie można uznać za pierwszy akt polskiej tragedii narodowej, uwieńczonej, jak już mówiliśmy, zdradzieckim paktem z hitlerowcami, Katyniem i sowietyzacją Polski po II wojnie światowej.
Spróbujmy zobrazować rozmiary tych represji. Polaków - ofiar "operacji polskiej", było na pewno ponad 100 tys. Liczba przerażająca, jeżeli uwzględnimy 650 tys. mieszkańców ZSRS narodowości polskiej, zanotowanych przez spis powszechny 1937 roku. To tak, jakby dzisiaj jakiś wariat z 36 milionów osób obecnie zamieszkujących Polskę zdecydował się wymordować ponad 6 milionów. Czy nie przypomina to Holocaustu?
Według danych IPN, zawartych w książce Polska 1939-1945. Straty osobowe i ofiary represji pod dwiema okupacjami, w czasie II wojny światowej wszystkie straty spowodowane przez Związek Sowiecki (straty w wojnie obronnej 1939 roku, Katyń, wywózki i zsyłki w latach 1939-1941, straty Armii Krajowej i innych jednostek antykomunistycznych) łącznie sięgają 55 tys. zabitych w walce, rozstrzelanych, zmarłych z głodu i chorób na zesłaniu 5. Jest to co najmniej połowę ofiar mniej, niż wynosi liczba zakatowanych Polaków w okresie "wielkiego terroru". Rozmiar tragedii, jaka spotkała tę mniejszą część narodu polskiego, która na swoje nieszczęście nie znalazła się w granicach II RP po traktacie ryskim, jest niewyobrażalny.
Ten człowiek był odpowiedzialny za śmierć milionów niewinnych ludzi. Na zdjęciu Stalin ze swymi dziećmi: Swietłaną i Wasilijem.
Od momentu, kiedy polskiej opinii publicznej po raz pierwszy w 1991 roku ujawniono tę zbrodnię stalinowską, powstała, na razie skromna, literatura historyczna na ten temat, zarówno polska, jak i rosyjska. Piszą o tym również historycy na Białorusi i Ukrainie. Dominuje jednak nadal sposób przedstawiania losu Polaków w Związku Sowieckim w okresie międzywojennym jako ciekawostki historycznej, białej plamy w historiografii. Szczegóły dotyczące znawców omawianego tematu znajdują się w Dodatku A.
Katalog wymyślonych przestępstw
Bezwzględne prześladowanie Polaków w Związku Sowieckim w latach "wielkiego terroru" spowodowało powstanie ogromnej, przez lata skrupulatnie przechowywanej dokumentacji wymyślonych przestępstw. Tysiące NKWD-zistów (niekiedy przy pomocy zaufanych aktywistów partyjnych) pracowało na granicy swych możliwości fizycznych, sporządzając fikcyjne protokoły przesłuchań, wymyślając najbardziej fantastyczne historie: istnienie wielu podziemnych komórek Polskiej Organizacji Wojskowej, liczne mityczne, dobrze uzbrojone oddziały partyzanckie, składające się z miejscowych Polaków i gotowe do ataku na Armię Czerwoną, grupy trucicieli zdolnych do wszystkiego itp. Czy te stosy kłamstw mają jakąkolwiek wartość badawczą?
Wydana w roku 2010 ponad tysiącstronicowa książka Wielki terror. Operacja polska 1937-1938 6 daje jednoznaczną odpowiedź na to pytanie: dokumenty NKWD to bardzo ważne źródło (niekiedy jedyne), pokazujące mechanizmy antypolskich represji, wskazujące na skalę prześladowań, wyjaśniające przyczyny przyznania się Polaków do fałszywych win itd. Jest to również dzisiaj jedyne źródło, które przy całej swojej kontrowersyjności pozwala odtworzyć chronologię wydarzeń, ocenić liczbę wysiedlonych, zwolnionych z pracy, aresztowanych, skazanych na obozy pracy i rozstrzelanych.
Nie wszystko również w tym potężnym gmachu fałszu zrodziło się w głowach śledczych NKWD i ich szefów, otumanionych ideą oczyszczenia kraju z wrogów. Część informacji zawartej w dokumentach urzędu Jagody i Jeżowa była oparta na faktach. Kiedy w styczniu 1938 roku Nikołaj Jeżow zaproponował Stalinowi urządzenie w Mińsku wielkiego pokazowego procesu agentów polskiego wywiadu, co najmniej część oskarżonych miała być autentycznymi polskimi szpiegami, złapanymi na gorącym uczynku i próbującymi stawiać opór z bronią w ręku. Podobne połączenie prawdy z wymysłem stanowiło nieodzowny element taktyki NKWD.
Czy po przeszło 75 latach od tych wydarzeń istnieje jeszcze możliwość oddzielenia prawdy od wymysłów? Jest to niezwykle trudne zadanie i niniejsza praca podejmuje jedynie próbę jego realizacji. Ponadto wymaga ono wysiłku nie tylko pojedynczych badaczy, lecz przede wszystkim wielkich instytucji podobnych do IPN. Uważam zatem za sprawę najwyższej wagi włączenie zbrodni stalinowskich okresu "wielkiego terroru" na narodzie polskim do najważniejszych zadań problematyki badawczej Instytutu Pamięci Narodowej.
Na razie w Polsce panuje zadziwiająca społeczna obojętność co do odtworzenia historii represji stalinowskich przeciwko Polakom, a szczególnie względem tych będących obywatelami Związku Sowieckiego, mimo że jest to na pewno jedna z największych polskich tragedii narodowych krwawego XX wieku. Tragedia na miarę zbrodni katyńskiej lub powstania warszawskiego. Czy niniejsza książka chociaż w małym stopniu przełamie tę obojętność?
W listopadzie 2012 roku razem z niewielką grupą polskich działaczy polonijnych i z przedstawicielami konsulatu polskiego w Winnicy brałem udział w uroczystościach z okazji 75-lecia "operacji polskiej", które przy skromnym poparciu "Wspólnoty Polskiej" 7 zorganizował Żytomierski Obwodowy Związek Polaków na Ukrainie, należący do Federacji Organizacji Polskich na Ukrainie. Uroczystości połączone z niewielką konferencją naukową, przeprowadzone w Żytomierzu i Dowbyszu (Marchlewsku), zebrały przeważnie przedstawicieli lokalnej społeczności polskiej. Głównym wydarzeniem uroczystości była msza żałobna za dusze zamordowanych Polaków w kościele w Dowbyszu i na miejscowym cmentarzu, gdzie znajduje się kilka mogił ofiar terroru. Straszliwą tragedię sprzed lat symbolizuje na tym cmentarzu skromny drewniany krzyż, postawiony przez krewnych tym wszystkim, którzy nie mają mogił lub nie mają krzyża w miejscach swego pochówku. Modliliśmy się przy tym krzyżu: Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini, Żydzi - katolicy, prawosławni i hebrajczycy - za dusze dziesiątków tysięcy Polaków, zaginionych na całym terytorium tego olbrzymiego kraju. Myśleliśmy: czy po latach ci ludzie doczekają się godnego upamiętnienia? Czy te dziesiątki tysięcy rozstrzelanych za polskość doczeka się krzyża-pomnika?
Oskarżenie o ludobójstwo jest jednym z najcięższych zarzutów w stosunkach międzyludzkich. Dlatego stworzonego przez człowieka systemu politycznego praktykującego politykę ludobójstwa nie można inaczej nazwać jak zbrodniczym. Stalinizm, system utworzony przez partię komunistyczną, stosował podobną politykę na wyjątkowo szeroką skalę, często niespotykaną w dziejach ludzkości. Miliony ofiar "wielkiego głodu" na Ukrainie na początku lat trzydziestych, setki tysięcy zamordowanych tzw. kułaków w okresie przymusowej kolektywizacji, setki tysięcy zabitych, zagłodzonych i zmarłych w czasie tzw. przesiedlenia Koreańczyków, Niemców nadwołżańskich, Tatarów krymskich, Czeczenów, Inguszy, Bałkarców, Kałmuków i innych tzw. narodów "ukaranych", i wreszcie około 27 mln ofiar wielkiego starcia z innym potwornym totalitaryzmem XX wieku, z niemieckim narodowym socjalizmem w czasie II wojny światowej - oto dalece niepełna lista ofiar, które pochłonął ten system.
Polski rachunek krzywd
Polonofobowie w Rosji twierdzą, że krzywdy doznane przez Polaków są i tak niewielkie w porównaniu z innymi ofiarami straszliwych zbrodni stalinowskich. Wobec takiego argumentu można tylko powiedzieć, że nie ma specjalnej miary, którą dałoby się zmierzyć ogrom polskiego cierpienia i porównać go z cierpieniem innych narodów.
Krzywdy wyrządzone Polakom przez stalinizm mają natomiast swoją wyjątkową specyfikę. Na zawsze bowiem weszli oni do historii ZSRS jako "pierwszy naród ukarany". Stanowili pierwszą grupę narodowościową zbiorowo represjonowaną w latach 1935-1938 właśnie za swą przynależność narodową, a nie, jak to było dotychczas, za przynależność klasową i rzekomo wynikające z tej przynależności "reakcyjne" poglądy ideologiczne.
Represje antypolskie w międzywojennym ZSRS nawet na tle całokształtu "wielkiego terroru" przerażają swoją unikalnością. Wymagana przez centralę NKWD skala antypolskich represji była tak wielka, że miejscowe oddziały sowieckiej "bezpieki" zmuszone były w wielu wypadkach korzystać po prostu z książek telefonicznych, wybierając z nich polskie i polsko brzmiące nazwiska rzekomych "przestępców" politycznych. Zdumiewa również niezwykła surowość tych represji, gdyż około 80% aresztowanych skazano na śmierć.
"Operacja polska" stała się operacją wzorcową dla działań represyjnych wobec innych narodowości w ramach "wielkiego terroru". Jeżow, który na polecenie Stalina po Polakach przystąpił do opracowania planu represji w stosunku do obywateli Związku Sowieckiego, uznał za zbędne opracowanie szczegółowych zasad i metod nowych operacji. Wystarczyły wytyczne wypróbowane na Polakach.
Również pierwszeństwo Polaków w kolejce narodów Związku Sowieckiego do GUŁagu daje podstawy do określenia polskiej mniejszości narodowej jako "pierwszego narodu ukaranego". Termin "narody ukarane" pojawił się w historiografii rosyjskiej początkowo na emigracji. Wprowadzić go do naukowego użytku wewnętrznego próbował Aleksander Sołżenicyn w swym Archipelagu GUŁag 8, ale po zmuszeniu go do wyjazdu z kraju i zakazaniu wydawania jego dzieł w ZSRS problem ten powrócił jako jeden z podstawowych tematów badawczych historyków rosyjskich dopiero po upadku systemu totalitarnego. Powrócił, ale w sposób dość kontrowersyjny. W postkomunistycznej historiografii rosyjskiej rozpoczęła się i trwa do dziś dyskusja na temat tego, kogo można, a kogo nie nazywać "narodami ukaranymi". Nie ma na razie zgody co do kolejności rozpoczęcia represji wobec tej czy innej grupy narodowościowej. Są historycy, którzy twierdzą, że "niemiecka" operacja wyprzedzała polską 9. W rzeczywistości działania represyjne skierowane przeciwko Niemcom początkowo dotyczyły jedynie obywateli niemieckich. Natomiast samą "operację niemiecką" przeprowadzono chronologicznie później i na wzór "operacji polskiej". Na dodatek jej charakter nie był tak powszechny i tak okrutny, jak prześladowania Polaków. Zarówno skala, jak i nieludzki charakter antypolskich represji nie ma precedensu w historii "wielkiego terroru". Dlatego obecnie w historiografii rosyjskiej panuje względna zgoda co do tego, że to właśnie Polacy byli największym i szczególnie dotkliwie ukaranym narodem zamieszkałym na terenie ZSRS przed rozpoczęciem II wojny światowej.
Charakterystyczną cechą "operacji polskiej" było mordowanie w pierwszej kolejności tych, którzy stanowili podporę systemu komunistycznego: czołowych polskich komunistów - zarówno tych należących do KPP, jak i do WKP(b), sowieckiej nomenklatury rządowej, działaczy polskiej autonomii socjalistycznej, wysoko postawionych Polaków: wojskowych i NKWD-zistów 10. Jednak cała ta polska elita sowiecko-komunistyczna stanowiła zaledwie część ogółu ofiar represji. Terror bowiem skierowany był przeciwko całemu społeczeństwu polskiemu. Dlatego nie można rozpatrywać "operacji polskiej" jako wewnętrznej sprawy komunistycznej. Jej ofiary to ostatni przedstawiciele polskiej kresowej inteligencji patriotycznej, inżynierowie, wykwalifikowani robotnicy, którzy przyjechali do Rosji za chlebem, chłopi, potomkowie szlachty zagrodowej, którzy znaleźli się na niekończących się terenach Rosji w poszukiwaniu taniej ziemi. Dla wielu etos pracy zawodowej był ważniejszy od przywiązania do ojczyzny. Niektórzy z nich dopiero wówczas poczuli się Polakami, kiedy do ich drzwi zapukał NKWD-zista. To właśnie Stalin przypomniał polskim komunistom, że są oni przede wszystkim Polakami, a dopiero potem komunistami. Polak komunista został w warunkach stalinizmu symbolem zdrady i nikczemności.
Zupełnie nowa i prawie nieznana karta w polskiej historii - los tych, którzy przyjechali do Rosji wypędzeni przez kryzys światowy w poszukiwaniu godziwej pracy i zarobku w latach industrializacji. Trudno uwierzyć, ale takich osób było ponad 100 tys. O dziwo, byli to ludzie emigrujący "za chlebem" do kraju nękanego głodem i terrorem. Przed ambasadą sowiecką w czasach kryzysu ustawiały się kolejki po wizę roboczą. Naiwnie ubiegali się o nią przeważnie przedstawiciele mniejszości narodowych: Ukraińcy, Białorusini, Żydzi, ale nie brakowało wśród nich i rdzennych Polaków 11. Mało kto z nich przeżył "operację polską". Gwoli sprawiedliwości odnotujmy, że polscy obywatele nie byli osamotnieni w tej swojej naiwności. Emigrowali do ZSRS "za chlebem" również liczni wykwalifikowani specjaliści niemieccy, Francuzi, a nawet Amerykanie.
Dziś odchodzą ostatni świadkowie "operacji polskiej". Przez lata komunistyczny system sowiecki robił, co mógł, w celu zatarcia na zawsze pamięci o tej zbrodni. Milczeli świadkowie, zastraszeni i częściowo ogłupieni przez system wychowania komunistycznego i przemożną ideologizację życia codziennego. Milczała przez niewiedzę (lub przez naiwne przekonanie, że komuniści mordują komunistów) polska emigracja antykomunistyczna. Milczał, przeważnie z tych samych powodów, zajęty zimną wojną demokratyczny świat Zachodu. W odróżnieniu od Katynia ofiary zbrodni w ramach "operacji polskiej" nie miały wpływowych krewnych na Zachodzie i Wschodzie (bo w przeważającej większości zostali oni rozstrzelani), którzy pamiętaliby o nich. Również teraz nie mają takiego zaplecza w Rzeczpospolitej. Czy nadszedł wreszcie czas, aby to zmienić? Czy już nie najwyższa pora, aby Polska uznała ofiary "wielkiego terroru" za zbrodnię na narodzie polskim? Najbardziej bolesne jest to, że w dzisiejszej Polsce tak nieliczni rozumieją wymiar tragedii spowodowanej "operacją polską". "Polacy za Zbruczem", jak niekiedy nazywano ich w II Rzeczpospolitej, nie stanowili osobnego narodu. Byli nieodłączną historyczną częścią narodu polskiego, w większości oddaną polskim wartościom narodowym, religii i tradycjom historycznym. Przeważająca ich część nie była przybyszami z Polski centralnej. Nie czuła się emigrantami, lecz posiadała odwieczne korzenie kresowe. Większość z nich w różnych okresach przyjęła polskość, traktując ją przeważnie jako czynnik cywilizacyjny tych ziem, jako znak Boży ratujący przed barbarzyństwem. Tu, na Kresach, można było znaleźć najbardziej ofiarne przykłady patriotyzmu polskiego i tu rozkwitła niezwykle bogata i różnorodna gałąź kultury polskiej.
To wszystko powoli odchodzi w niepamięć. Jeszcze jedno pokolenie i możliwe, że polska historia kresowa, polska martyrologia na Kresach, będzie traktowana jako ciekawostka historyczna, która jest w stanie zainteresować na całym świecie jedynie kilku czy kilkunastu badaczy dziwaków...
Zastanówmy się: dlaczego w polskich podręcznikach historii w szkole średniej nie ma nawet wzmianki o tym, co się stało z największym skupiskiem Polaków w Europie poza granicami II Rzeczpospolitej 12? To, co się stało na Kresach, jest tragedią na miarę Katynia. Polacy, polskie ofiary komunizmu, nie mogą i nie powinni być dzieleni na "naszych" i "ich ofiary", na "lepszych" i "gorszych", na tych pierwszej i tych drugiej kategorii. Polska pamięć historyczna nie powinna być wybiórcza... Nie może być silnym, zdrowym i godnym szacunku naród, który zapomina lub wykreśla z pamięci tak ważną część własnej historii... Jak długo jeszcze ten drugi, a może pierwszy "Katyń" będzie ignorowany i będzie pozostawać w cieniu tragedii z wiosny 1940 roku?
Polski oficer zabity strzałem w tył głowy w Katyniu lub Starobielsku i polski chłop, wywodzący się ze szlachty zagrodowej spod Mińska lub Berdyczowa, zabity w ten sam sposób i może przez tego samego kata mają takie samo prawo do zachowania pamięci o sobie i na równi zasługują na godne miejsce w martyrologii polskiej XX wieku...