Zapomniane historie - Antologia

Kup ebooka

12.90 zł
11.09 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dagmara Adwentowska UMARŁYCH POGRZEBAĆ

Dom,w którym ktoś umarł, wypełnia się dźwiękami na co dzieńniesłyszalnymi lub ignorowanymi. Stają się niemal namacalne,nachalnie zawłaszczają uwagę... Jakby ściany i stropy,i wszystkie te martwe przedmioty w jakiejś tajemnej zmowieze zmarłym próbowały zagłuszyć przerażającą ciszę bijącą od zwłok.

Mojeuszy pełne były skrzypienia drewnianych podłóg, świstu wiatruwdzierającego się na poddasze wiejskiej chałupy przez nieszczelnydach, brzęczenia muchy obijającej się o szybę. Blaszane wiadroz wodą w kącie kuchni musiało przerdzewieć, kap, kap, kap,kropla za kroplą spadała na szare linoleum. Liczyłem te uderzenia, bynie zwariować. By nie myśleć o ciele dziadka stygnącymw sypialni w szerokim łóżku, o jego pomarszczonejtwarzy, którą ksiądz, czy może lekarz, który stwierdził zgon,przykrył prześcieradłem, zanim wyszedł. Zostawili mnie samego,w pustym domu, ze zmarłym. Ja zaś bałem się cudzej śmierci taksamo jak własnej. Nigdy nie widziałem trupa, nie wiedziałem, copowinienem teraz z nim zrobić... a coś przecież musiałem.Tymczasem patrzyłem tępo na pokryte grubym kożuchem kakao i kanapkiz odkrojoną skórką, obsychające na talerzu w drobnekwiatuszki; ostatnie śniadanie, które przygotowałem dla niewstającegojuż z łóżka staruszka. Patrzyłem, zegar tykał, za oknem robiłosię coraz ciemniej, a ja trwałem w sztywnym stuporze,w kompletnym ogłuszeniu. I nadziei, że coś się stanie, ktośsię pojawi i zastąpi mnie w tych działaniach, które powinnosię i musiało wykonać z ciałem.

Zmierzchałojuż, gdy moje wybawicielki zapukały do drzwi. Najpierw delikatnie,trzy razy. Potem, gdy się ociągałem, mocno i wielokrotnie. Niepięścią, laską raczej. Otworzyłem.

- Mydo Henryka.

Nicnie odrzekłem. One zaś stały przez moment u progu, z wieczornymniebem nad głowami spowitymi w ciemne chustki, odziane w lekkowyblakłą czerń. Rozmodlone już w ten mamrocząco niezrozumiałyi budzący niepokój sposób, uzbrojone w różańce i pełnewody święconej plastykowe maryjki z odkręcanymi główkami. Tuzinwiejskich starowin nie czekał ani na moje słowa, ani na zaproszenieczy pozwolenie. Wezwane zapewne przez księdza, babiny wtargnęły dosieni, rozpanoszyły się w kuchni i zaanektowały sypialnię.Czarnymi kirami zasłoniły zakurzone lustro na nieużywanej od latbabcinej toaletce i to okrągłe, w ramce ze sztucznegotworzywa, które wisiało w kuchni nad wiadrem z wodą domycia rąk. Szperały w szafach w poszukiwaniu garnituru.Cały czas szepcąc modlitwy przywiędłymi wargami, nieubłaganieszykowały dziadka w ostatnią podróż i równie nieubłaganiemnie z tych przygotowań wykluczyły.

- Ty,Grzesiu, zrób nam kawy - rzekła tonem nieznoszącymsprzeciwu stara Bratniakowa, przewodząca temu sabatowi czarownic,przygarbiona i pomarszczona jak stuletnia wierzba. Z jejspojrzenia wyczytałem, że nie ma do mnie nawet odrobiny szacunku;w jej oczach byłem zdrajcą własnej rodziny, który zostawiłzniedołężniałego dziadka samego na gospodarce, by żyć łatwym życiemw mieście, a teraz wrócił, by przysiąść jak kruk nadzwłokami.

Mimoto pospieszyłem spełnić jej prośbę, która wcale prośbą nie była.Odsunięcie od centrum wydarzeń, które w tej chwili stanowiłomartwe ciało, było mi przecież bardzo na rękę. Otępiały, z ulgąpozwalałem babinom przestawiać się po domu jak zbyt dużai niepraktyczna komoda. Wreszcie wpasowałem się w krzesłow ciemnym kącie kuchni z mocnym postanowieniem, że niepostawię stopy w sypialni przez całe wymagane obyczajem takzwane czuwanie przy zmarłym. Modlić się nie umiałem i nie miałemw zwyczaju, a samo myślenie o zwłokach budziłoniepokój i odrazę. Nie chciałem dotykać zimnego już ciała,obmywać go i ubierać do trumny. W jakiś sposób narzucało mito nieprzyjemne refleksje o własnej śmiertelnościi nieuniknionej brzydocie tego, co po nas zostaje, gdy serceprzestaje bić, gaśnie mózg, a razem z nim życie. Nierozumiałem też nic z działań, które dostrzegałem przez uchylonedrzwi sypialni. W imię jakich guseł starowiny pchają dziadkowipod poduszkę wiecheć ususzonych kwiatów? Dłonie związały muróżańcem... Żeby trzymały się razem, jak zacznie sztywnieć?

Uznałem,że dość się naoglądałem tego spektaklu śmierci, i wyszedłemzapalić. Letnia noc była parna i cicha, co jakiś czas dobiegałomnie tylko szczekanie psów z odleglejszych gospodarstw lub szumauta sunącego po drodze powiatowej, smagającego światłami reflektorówciemną ścianę lasu. Przysiadłem na schodku przed kapliczką, którądziadek postawił przy drodze, gdy po wojnie cały i zdrowy wróciłz rodziną z robót w Niemczech. Pod stopami chrzęściłami rachityczna, przywiędła trawa, nad głową snuły się siwe pasmadymu. Z domu dobiegały modlitwy. Przesączone przez ścianyi krzaki bzów rosnące wokół chałupy zdawały się jednostajnymszmerem. Musiałem przysnąć lub zapaść w jakieś dziwneodrętwienie, bo nie zauważyłem zjeżdżającego z szosy zrobionegona wysoki połysk volkswagena sołtysa. Zareagowałem dopiero wtedy, gdypierwszy po Bogu we wsi podszedł do mnie i położył mi rękę naramieniu. Drgnąłem, z papierosa osypał się popiół.

- Wyrazywspółczucia, panie Izdebniak - zagaił sołtys formalniei urzędowo, splatając ogorzałe dłonie na pokaźnym brzuchu. Jegoeleganckie spodnie w kant i kraciasta marynarka pachniałykulkami na mole i dawno nieotwieraną szafą. Wyelegantował sięspecjalnie na spotkanie.

- Nakażdego przychodzi jego pora, panie Strachota - odparłemfilozoficznie i zdawkowo. Mogłem dla wygodnictwa i przezniechęć do martwego ciała dziadka pozwolić reprezentacji wiejskichwiedźm zająć się nocnym czuwaniem i pogrzebem, ale niezamierzałem zwierzać się przewodnikowi tej rozplotkowaneji wtykającej nos w nie swoje sprawy mieściny.

- Świętesłowa - zgodził się Strachota łaskawie i machnął rękąw stronę volkswagena. - Kiełbas wam przywiozłem.I prosiaki dwa ubiłem, na stypę będzie.

- Nietrzeba było. - Zawstydziłem się lekko, speszony nieprezentem, lecz bezwstydną swobodą, z jaką śmierć i życiesplatają się ze sobą. Pomyślałem o martwym dziadku w sypialnii martwym prosiaku, kłopotliwych ciałach. Pierwszego niechciałem już nigdy dotykać, a drugie pewnie będę musiałwłasnoręcznie oporządzić i podać na stół.

- Trzeba,trzeba - obruszył się sołtys. - Ty z miasta,to nie wiesz, że my tutaj sobie pomagamy nawzajem. Poza tym ojciecmój kazał. Mogę...? - Wskazał palcem na paczkę papierosów.Poczęstowany, zaciągnął się mocno dymem. - Pokłócili sięzaraz po wyzwoleniu, gdy wrócili z robót przymusowych na swoje.Ponoć mój ojciec twojemu dziadkowi coś nagadał o jego żonie.Z tego wszystkiego nie odzywali się do siebie ponad pięćdziesiątlat. Więc te świnki na stypę, to zdaje się jako przeprosiny...

Przyjąłemwięc, bo jakże nie przyjąć. Zniosłem ubite prosiaki do zimnejpiwnicy, przy okazji z ulgą stwierdzając, że zostały jużwypatroszone. Poczęstowałem sołtysa kolejnym papierosem. Paliliśmy,stojąc w ciemnościach na schodku przed kapliczką.

- PanieGrzesiu. - Strachota klepnął mnie nagle familiarnie poramieniu. - Mogę ci mówić: Grzesiu? Ja Marian jestem.Więc, Grzesiu... - przeszedł gładko na "ty"- wychodzi na to, że twoje teraz to wszystko. - Dłoniąpowiódł wokół, zagarniając pola złocące się już pszenicą, chałupędziadkową, szopy, stodołę i sad za nią, na koniec palcem celującw murowaną kapliczkę górującą nad nami.

- Zgadzasię - poświadczyłem ostrożnie. - Dziadek niema... nie miał więcej wnuków. Pan... panie Marianie, chce ziemięodkupić?

- Janie. Ale wiesz, my tu od dawna staramy się o porządną drogęprzez wieś, dojazdową do powiatówki. I wszyscy ziemię pod budowęoddali, oprócz twojego dziadka.

- Niewiedziałem.

I poprawdzie, nie chciałem dowiadywać się właśnie teraz.

- Todasz zgodę, Grzesiu? - przycisnął mnie Strachota. - Bojak sprzedasz, to jaki obcy przyjdzie, a my tu między sobąswojaki, dogadamy się przecież...

Wymigałemsię zmęczeniem i przygotowaniami do pogrzebu, uścisnąłemspracowaną rękę sołtysa, choć dotyk jego dłoni stał się dla mnie taksamo odrażający jak zimna skóra trupa. Zapewniając wielokrotnie, żesprawę rozważę, wepchnąłem go wreszcie niemal przemocą za kierownicę.Gdy światła volkswagena zniknęły w zagajniku, podszedłem dokapliczki. Solidny, murowany domek dziadek dawno temu pobieliłwapnem. Teraz cała konstrukcja zdawała się bardziej szara niż biała,spękana jak powierzchnia rozbitego lustra. Nigdy nie sprawdziłem,jakiemu świętemu dziadek wybudował ten pałac na dwa metry wysoki- i postanowiłem, że czas się dowiedzieć. Uchyliłemprzeszklone drzwiczki. Zajrzałem do środka, lecz nisza była pusta.Żadnej figurki czy choćby świętego obrazka, jaki ksiądz zostawiazazwyczaj po kolędzie. W środku zwiewne jak mgła, unoszoneciepłym oddechem letniej nocy, falowały nici pozrywanych pajęczyn.

Domnie rozbrzmiewał już tajemniczymi szelestami, trzaskamii postukiwaniem. Wypełniała go po brzegi modlitwa szeptana przezżałobnie odziane babiny. Nawet słów nie mogłem rozróżnić - tylkojeden szum, jak odgłos odległego wodospadu. W sypialni, wokółłóżka, na którym spoczywały odziane w garnitur zwłoki, płonęłyświece.

Chwyciłmnie pusty śmiech, a zaraz potem gniew. Na wsi jeden drugiemupomaga... a i owszem. Jeśli ma w tym interes! Niez szacunku dla zmarłego te staruszki czy sołtys tutaj przyszli,nie z troski o mnie ani nawet nie dla dochowania wiernościjakimś obyczajom, tutejszym czy też takim, które spod strzech zaBugiem przywieźli pod wypalane dachówki nad Odrą. Oni przyszli, żebywyrwać trzymetrowy pas ogrodu z kapliczką pod nową drogę. Caławieś już oddała, oprócz dziadka. Dasz zgodę, Grzesiu? Przecież namnie odmówisz, dbamy o ciebie jak o swojaka, z pogrzebemsamego nie zostawiamy... Po co ci ta ziemia, i tak zarazsprzedasz, wrócisz do miasta i zapomnisz!

Pchnąłemdrzwi do sypialni z taką siłą, że aż podmuch powietrza zgasiłkilka świeczek przy stopach dziadka... bosych stopach. Starowinyodziały dziadka Henryka elegancko i kompletnie, tylko butypostawiły przy łóżku. W odwrotnej kolejności, jakby prawy nalewą nogę chciały zakładać. Modlitwy ucichły jak ucięte nożem.

- Proszęwyjść - oznajmiłem, choć na usta cisnęło mi się "wynocha,żmije". - Dziękuję za wszystko. Nie życzę sobie jużpań obecności.

- Coty, Grzesiu, gadasz? - Stara Bratniakowa skrzywiła sięw imieniu wszystkich obecnych żałobnic. - Zrobię cimeliski, uspokoisz się.

- Niechcę melisy. Nie chcę się uspokoić. Nie chcę waszych czarów-marów- warknąłem, głośniej, ostrzej i bardziej obcesowoniż planowałem.

Staruszkipatrzyły na mnie nieruchomo. Niektóre międliły pustkę bezzębnymidziąsłami. Wreszcie Bratniakowa podniosła się i sięgnęła polaskę, by z godnością wiekowej monarchini postąpić ku wyjściu.Na ten sygnał ruszyły się wszystkie.

- Żebyśnie żałował - rzuciła mi jeszcze Bratniakowa ponurym,zgryźliwym głosem starej czarownicy.

Ledwiesię powstrzymałem, by za nią nie splunąć, jak mnie mijała. Gdywiejskie babiny podreptały za swą prowodyrką, z hukiemzatrzasnąłem drzwi za plecami ostatniej z nich. Nie przejmowałemsię, jak w środku nocy starsze i w większościzniedołężniałe kobiety wrócą do swoich domostw. Same były sobiewinne, ja ich tu nie ciągnąłem.

W sypialnipogasiłem świece, jeszcze tylko pożaru mi do szczęścia brakowało. Zezłością wyszarpnąłem spod poduszki zmarłego bukiet suszonych ziół,z rozmachem wywaliłem go przez okno. Odsłoniłem lustrai przemogłem się, by założyć dziadkowi buty. Usunąwszyz sypialni i domu wszystkie ślady obecności starych wiedźm,czyli materialne oznaki tego, że na wsi ciemnota i zabobontrzyma się mocno, padłem jak podcięty na krzesło w kuchni. Znówbyłem sam ze zmarłym. Dom ponownie zaczął stukać i trzeszczeć,z początku jakby nieśmiało, ale chwila po chwili wypełniał sięniepozornymi, urywanymi dźwiękami. Włączyłem radio, złapałem stacjęz piosenkami i podkręciłem głośność.

Gdzieśna krawędzi snu i jawy zdało mi się, że pomiędzy zwrotkaminajwiększego przeboju tego lata przebija się głos nienależący dopiosenkarki. Że ktoś na mnie krzyczy gniewnie, przeklina, nakazujecoś, czego sens ginie wśród szumów i trzasków.

* * *

Dopołudnia o tym, jak potraktowałem wiekowe żałobnice, wiedziałajuż cała wieś. Wszyscy mieli mnie za ostatniego łajdaka i podłegomiastowego sukinsyna. Widziałem to w spojrzeniach pijaczkówwystających przed jedynym sklepem. Słyszałem w szeptanych zamoimi plecami pogardliwych uwagach. I na koniec poczułemw portfelu, gdy ksiądz zaśpiewał sobie za "co łaska, acznie mniej niż...", zwyczajowo przyjęte ponoć w tutejszejparafii za pogrzeb, a grabarz z pomocnikami za wykopaniemogiły, samochód i niesienie trumny.

Niezwracałem na to uwagi. Zapłaciłem i z satysfakcjąwyobraziłem sobie serpentynę, w jaką będzie musiała się zwinąćdroga, by ominąć kapliczkę dziękczynną dziadka. Postanowiłem już, żeani centymetra ziemi nie oddam. W podzięce za sąsiedzkąinteresowną troskę. Gdy dziadek naprawdę potrzebował pomocy, jeszczeza życia, gdy nie miał już sił zająć się gospodarką, to pies z kulawąnogą go nie odwiedził. Wiedzieli, że im nie popuści i ogrodu poddrogę nie odda. Jak tylko zmarł, zlecieli się jak muchy do krowiegoplacka, pod pozorem nocnego czuwania. Myśleli, że mnie zmiękczą,wycisną zgodę. Niedoczekanie. Byłem przy tym łożu śmierci pierwszy,a obecność przy konającym kosztowała mnie dużo więcej niżkogokolwiek.

Tymczasemjednak musiałem odprowadzić dziadka Henryka na cmentarz. Poradziłemsobie z organizacją zaskakująco sprawnie, aż sam nie mogłem sięnadziwić. Buzująca we mnie wściekłość na małą, podłą, wiejskądwulicowość spaliła niepokój i strach przed zwłokami i śmiercią.

- Mieciu,krzesła powywracaj i możemy wynosić - zakomenderowałodświętnie odziany grabarz z progu sypialni. Zagapił się przytym na odsłonięte lustro w plastykowej ramie, przy którymwłaśnie wiązałem sobie krawat. Pochwyciłem w odbiciu jegospojrzenie.

- A czemuMieciu ma meble wywracać? - spytałem, a właściwiewarknąłem.

- Zawszewywracamy - oznajmił grabarz z powagą - zanimwyniesiemy trumnę z domu. Żeby dusza nieboszczyka nie miała naczym usiąść. No przecież jak usiądzie, to ciało pogrzebiemy,a nieboszczyk w domu zostanie...

Noprzecież... Dusza na krześle usiądzie i zostanie. Na wersalceani na wywróconym taborecie nie przycupnie z jakichś niepojętychpowodów. A stać też nie może. Bowiem duszę bolą wtedy zapewnenogi. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, a niektórzyciągle wierzą w takie pourywane w połowie wywodu, na połyzapomniane przesądy. I całkowite brednie, które wymyślają sobiechyba sami na poczekaniu, pod wpływem pędzonego pokątnie bimbrui ostrego słońca podczas żniw.

- PanieMieczysławie, pan zostawi te krzesła - poleciłempomocnikowi ostro i pomimo jego protestów wszystkie meblepozostały na swoich miejscach.

Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje:

KasiaSzewczyk i Jacek Skowroński: MASKI

Zbiórsiedmiu przesyconych grozą historii, w których prawda i fałszgrają z czytelnikiem w ciuciubabkę. Nic nie jest oczywiste,zdrowy rozsądek może okazać się zdrajcą,a szaleństwo - błogosławieństwem. Po lekturzeczytelnik zastanowi się sto razy, nim sięgnie po lukrowane pączki,nie zmruży oka, nocując w hotelu, i dowie się, do czegopotrafi być zdolny człowiek kochający literaturę... ponad życie.

JoannaŁukowska: DRESZCZE

Opowiadaneprzez narratorów historie dotykają przeżyć bolesnych, traumatycznych,po których pozostają widzialne i niewidzialne blizny; opisująstany, kiedy śmierć wydaje się jednym rozwiązaniem; wnikają w światniesamowity, z pogranicza horroru, thrillera, fantastyki;zagłębiają się w szarość ludzkiej samotności...

Myślimy,że zło przytrafia się innym - dopóki nie dotknie nasswoimi zimnymi palcami, nie złapie za gardło, nie ściśnie za serce.

Z otchłaniratuje nas miłość, przyjazna dłoń, drugi człowiek. Bo sami dla siebiejesteśmy demonami i aniołami.

PiotrSikorski: STREFA LĘKU

Byzapanować nad naszą wewnętrzną strefą lęku, musimy najpierw jąnazwać, zdefiniować jej przyczyny, a potem stanąć twarzą w twarzz naszymi największymi koszmarami. Bohaterowie zbioru opowiadań"Strefa lęku" wpadli w sidła strachu. Czy zdołalisię z nich wydostać? Strach jest częścią naszego życia,towarzyszy nam od dzieciństwa. Czy można przednim uciec? A może lepiej nauczyć się go kontrolować?

Prezentujemypięć opowiadań. W każdym z nich strach ma inną twarz, któraobjawia się odmiennych sceneriach. Bo strach jest przebiegły i możenas dopaść w każdej chwili, nawet podczas snu.

MarianKowalski: MROCZNE DZIEDZICTWO

Spotykająsię na zjeździe poświęconym zjawiskom nadprzyrodzonym. Daniel jestsceptycznym niemieckim dziennikarzem, żyjącym teraźniejszością,nieczującym związku z rodziną i jej historią. Irena topolska rzeźbiarka, za którą ciągnie się tren odległej przeszłości.Mroczna scheda po przodkach nie daje o sobie zapomnieć. Ma wpływna jej obecne życie oraz na losy związanych z nią mężczyzn. Naplenerze rzeźbi posążek swej dalekiej krewnej spalonej na stosie;duch kasztelanki - opiekuńczy? żądny zemsty? - wciążjej towarzyszy.

W powieściprzewija się wątek Inkwizycji i procesów budowanych napomówieniach; pojawiają się postaci "czarownic", ichbezlitosnych sędziów, oraz potomków jednych i drugich.

W historiipełnej tajemnic nie może zabraknąć motywu ukrytego skarbu, sporówrodzinnych sprzed wieków prowadzących do okrutnej śmierci i nagłycha niejasnych zgonów w teraźniejszości. Wiele tu legend,aluzji, dywagacji oraz... uczucia. "Mroczne dziedzictwo"to niesamowita opowieść o miłości, przeznaczeniu, szukaniumiejsca w życiu, to historia intrygująca i fascynująca.

MarianKowalski: WOŁANIE MEW

Ingai Joachim Krafft żyją banalnie, zmysłowo. On - Mazurz pochodzenia - dobrze wszedł w wielkomiejskipejzaż, ona - córka polskiego marynarza - niezadowala się tym, co ma, pragnie czegoś więcej niż podziw mężczyzni niesłabnące pożądania kochanka-opiekuna. Nie wystarcza jejdostępne szczęście i osiągnięta już stabilizacja. Pełnasprzeczności, dążeń i pretensji do świata nie potrafi spokojnieżyć u boku Joachima. Chce czegoś dokonać, zasłużyć na...nieśmiertelność. Pragnie zostać dziennikarką, marzy o rejsiejachtem. Ale gdy w końcu namawia Joachima na wyprawę po MorzuPółnocnym, rzeczywistość i wszechobecne mewy napawają jąlękiem...

Nachwilę znajduje wytchnienie wśród norweskich fiordów, u bokudwóch zauroczonych nią mężczyzn. W odmiennym krajobrazie wierzy,że odnajdzie cel. Tu wszystko ma swą nazwę, głębszy sens, niesprowadza się tylko do seksu. Ale i tu są mewy, tajemnicei dziwna, czająca się wśród wrzosowisk i bagien groza. Możeod przeznaczenia nie da się uciec...? Jak to się skończy, czy Ingaznajdzie to, czego szukała, czy odmieni swoje życie, nagrywającwymarzoną świąteczną audycję o ludziach morza?

KatarzynaUznańska: ZIEMIĄ WYPEŁNISZ JEJ USTA

Gdyłowca staje się ofiarą...

Królewskiemiasto nie zasypia nigdy, ale dopiero po zmroku budzą się jegoupiory. Łowca, skryty w cieniu starych kamienic, poluje nasamotne kobiety, by podzielić się ich ciałami z rzeką. Ta nocbędzie dla niego wyzwaniem - z prześladowcystanie się ofiarą. Utarty schemat życia Łowcy rozpadnie się w pył,gdy mężczyźnie przyjdzie zmagać się z podobną mu, choć o wielepotężniejszą istotą - estrią.

Ina - polskaszlachcianka - egzystuje od wieków pod postaciążydowskiego demona; czuje jednak, że jej czas dobiega końca. WybrałaŁowcę na powiernika swojej historii, a może kogoś znaczniewięcej...

W powieściteraźniejszość splata się z historią i mitem, tworzącwspółczesną baśń o ludzkich pragnieniach i przekraczaniugranic w pogoni za ich zaspokojeniem.

GDZIEŚDALEKO STĄD

antologiaopowiadań

Wędrowcy,włóczędzy, wagabundzi

Wędrowcyprzemierzający dalekie strony. Włóczędzy odchodzący w siną dal.Wagabundzi uciekający byle dalej.

Autorzyniniejszego zbioru poszybowali wysoko na skrzydłach fantazji, zeszligłęboko w labirynt wyobraźni, zapuścili się daleko w gęstwęmarzeń, snów i koszmarów - wszystko po to, by oderwać się odtego, co bliskie, i choć na moment znaleźć się gdzieś dalekostąd. Od pustyń Lewantu, przez otchłanie galaktyk, po zawikłane mapyludzkich losów, każde z tych dziesięciu opowiadań zabierze Cięw podróż, której przecież tak bardzo potrzebujesz. Jak mywszyscy.

BIERZ MNIE

antologiaopowiadań zmysłowych

Cielesneuciechy, gorące spojrzenia, złamane serca.

Ludziepióra płci obojga kochają nie tylko książki, i nie z samejjedynie literatury czerpią rozkosz - są przecież przedewszystkim kobietami i mężczyznami. Autorki i autorzyniniejszej antologii spłodzili oto dziewięć śmiałych opowiadań o tym,co najbardziej ludzkie, choć często i obce, dla czytelniczeki czytelników otwartych na nowe doznania.

Przeszłość,teraźniejszość i przyszłość łączą się tu z miejscamibliskimi i dalekimi, nauka i magia z intymnościąi pożądaniem, a piękność z potwornością; egzotykasplata się ze swojskością, subtelność z dosadnością, a miłośćz seksem.

Z tegomariażu narodził się zbiór pobudzający zmysły i podniecającywyobraźnię, ale też dający do myślenia - nie tylkow długą, bezsenną noc.

NIEDOCZEKANIE

Gdybybabcia miała wąsy, czyli antologia historii alternatywnych.

Coby było, gdyby było inaczej, niż jest? Historie alternatywne todoskonała pożywka dla wyobraźni i niezły sposób na odreagowanieniepowodzeń jednostek i zbiorowości. Bo przecież gdyby wtedy,dawno temu, coś potoczyło się inaczej, to dzisiaj wszyscy bylibyzdrowi, bogaci i szczęśliwi. Albo i nie...

Niedoczekanie...Od alternatywy na parę, przez gwiezdnych wojowników i nieśmiertelnedynastie, po kolonializm na odwrót - antologia ośmiuhistorii alternatywnych z podniesionym czołem odpowiada napytanie: co by było gdyby?

Antologię"Niedoczekanie" promuje opowiadanie "Parowy Hycel".Kto parą wojuje, od pary ginie! Krzysztof Kochański bierze nawarsztat fascynującą konwencję steampunku i brawurowo nadaje jejautorski szlif godny kunsztu weterana polskiej fantastyki. W świeciena pozór rodem z pozytywistycznych powieści wiek paryi elektryczności okazuje się być wiekiem pary, mechaniki,chemii i... zmysłowości!

DO DIABŁA Z BOGIEM

Antologiaopowiadań fantastycznych

Opiumdla ludu w 10 odsłonach

Dodiabła z bogiem... Ale którym bogiem? Do jakiego diabła i poco? Dziesięciu autorów tej fantastycznej antologii odpowiada nadziesięć różnych sposobów - nigdy jednak na klęczkach.

Czypisarze zajmujący się fantastyką mogą pisać o religiach? Zbióropowiadań, który prezentujemy, dowodzi, że nie tylko mogą, alepowinni! Efekt konfrontacji wiary z rozumem, przeszłościz przyszłością, magii z fantazją może Was zaskoczyć.I prędzej czy później niektórzy z was dojdą do wniosku, żeto wszystko jest... fikcją.

SZABLĄI WĄSEM

Antologiaopowiadań sarmackich

Szabląi wąsem, ogniem i mieczem, kontuszem i dworkiem.

PrawdziwychSarmatów już nie ma. Co się nam ostało? Ognie i miecze, potopy,Wołodyjowskie pany... Wilcze gniazda, diabły łańcuckie, samozwańce...Charakterniki, szubieniczniki i licho wie, co jeszcze... Noi fajnie, ale czy fikcyjni Sarmaci muszą być wszyscy na jednokopyto?

"Szabląi wąsem" to zbiór opowiadań polskich autoreki autorów, którzy Sarmacji nadmierną rewerencją nie darząi opowiedzieć chcą o niej inne, świeższe historie.A opowiadać jest przecież o czym. Czasy PierwszejRzeczypospolitej to sensacje, thrillery i komedie pisanehistorią, której niestety albo się wstydzimy, albo którą sięchełpimy, zamiast po prostu się nią interesować. Zebrane w tymtomie opowiadania gromko jednak krzyczą "Veto!" i naspuściznę po Sarmacji patrzą z nowego punktu widzenia, czasemtrzeźwo, czasem krzywo, a czasem zezem.

Odlatających machin królowej Ludwiki, przez patriotyzm diabła Boruty,po alternatywne oblężenie Jasnej Góry - ten fantastycznyzbiorek bez czołobitności wyciąga z legendy i historiiSarmacji to, o czym wciąż warto snuć opowieści.

ŚWIATYRÓWNOLEGŁE

Antologiaopowiadań fantastycznych

Sekcjaliteracka ŚKF w akcji

Jakilos czeka małą dziewczynkę i jej ojca osamotnionychw postapokaliptycznym zimowym świecie? Czy genetycznieudoskonalony detektyw rozwiąże sprawę brutalnych morderstw? Cowydarzyło się na L'Isle d'Escargot, jak kończy sięprzywołanie ducha Chopina i kim naprawdę jest syn śląskiegoalchemika, który od najwcześniejszego dzieciństwa ma wrażenie, żewszyscy prócz niego żyją z jakąś straszną tajemnicą?

W "Światachrównoległych" znajdziemy opowiadania zarówno autorów znanychi nagradzanych, jak i debiutantów. Znajdziemy SF twardei humorystyczne, grozę, groteskę, kryminał oraz fantasyw różnych odcieniach. Wszystkie te teksty łączy jedno- udowadniają one, że jeśli szukać gdzieś literackichtalentów, to przede wszystkim w Śląskim Klubie Fantastyki.

ANTOLOGIA "KRYMINALNA 13"

tojedyny w swoim rodzaju projekt, firmujący pierwszy konkursliteracki organizowany przez Oficynę wydawniczą RW2010. Znaleźliśmy13 specjalistów od zbrodni, 13 sprawdzonych fachowców odliterackiej mokrej roboty i umieściliśmy ich zabójczo świetneopowiadania w jednym zbiorze. Zarazem poprosiliśmy szanowneautorskie grono, aby wzięło udział w pracach profesjonalnego,kompetentnego i niezależnego jury.

Zapraszamdo lektury naszej antologii. Prezentujemy wysmakowany zestawopowiadań kryminalnych i sensacyjnych, podlanych tajemnicą,doprawionych szczyptą fantastyki, zbiór tekstów na wskrośwspółczesnych oraz sięgających w przeszłość, a nawetdotykających wydarzeń i postaci historycznych.

PrzedWami ponad 250 stron, 13 autorów i jeden motyw...