1
Dominik
wrzesień
Dominik stał oparty nonszalancko o ogrodzenie i patrzył tępo przed siebie. Kumple coś do niego mówili, ale niewiele z tego słyszał. Z każdej strony grała inna, coraz bardziej schizofreniczna muzyka, a okolicę rozświetlały światła stroboskopów. Wesołe miasteczko tętniło życiem - zupełnie tak samo jak wtedy, szesnaście lat temu, w noc, która zmieniła całe jego życie. Nie lubił lunaparków i jednocześnie je kochał. Przyciągały go jak magnes swoimi kolorami, światłem, muzyką i jedynymi dobrymi wspomnieniami, które od zawsze w sobie pielęgnował. A z drugiej strony nienawidził tego wszystkiego z taką samą mocą, jak to uwielbiał. Nie cierpiał jarmarcznego przepychu, uśmiechniętych ludzi, a najbardziej gówniarzy, ciągnących niecierpliwie swoje matki za ręce, drących się i piszczących z radości przy każdej atrakcji. Najchętniej by nimi potrząsnął i zmazał im uśmiechy z tych niewinnych buziek. To właśnie te okropne bachory boleśnie przypominały mu o tym, co nigdy nie zostało mu dane, ucieleśniały jego najskrytsze marzenia, pragnienia i żale. I udowadniały mu, że jest nikim innym jak tylko zwykłym przegrywem, którego wyparła się nawet własna matka.
Łzy zalśniły mu w kącikach oczu, więc czym prędzej odegnał od siebie głupie myśli. Musiał być twardy, inaczej kumple nie daliby mu żyć. No i Ewka pewnie by go zostawiła, gdyby zobaczyła, jakim jest cieniasem. A na kolejne rozstanie zwyczajnie nie mógł sobie pozwolić.
- Domin, chodź, przejedźmy się na tym. - Marcel wskazał jedną z atrakcji. - Dawaj, nie będzie tak źle!
Cała reszta zaczęła się śmiać, a Ewka pociągnęła Dominika za rękę.
- No chodź, chcę się przejechać.
Dominik popatrzył na ludzi schodzących z karuzeli. Każdy szedł jak pijany, jeden nawet wymiotował w pobliskich krzakach. On sam chyba wyrósł z takich rozrywek i robiło mu się słabo na samą myśl, że miałby usiąść na którymkolwiek z urządzeń. Ostatni raz jechał na karuzeli, kiedy miał cztery lata, potem co roku odwiedzał wesołe miasteczko, ale już nigdy nie skorzystał z żadnej atrakcji. Zamiast tego chodził dookoła i robił zblazowaną minę, a gdy był starszy, popijał piwo prosto z butelki. Ale dzisiaj nie mógł zrobić Ewce przykrości. Chodzili ze sobą ledwie pół roku i zwyczajnie nie chciał jej zawieść. Wyprostował się więc i wciągnął głęboko powietrze, a przynajmniej tak to miało wyglądać, bo w rzeczywistości westchnął ciężko i dał się poprowadzić do najbardziej szalonej atrakcji w tym cholernym wesołym miasteczku. Dzisiaj miał być jej superbohaterem - zupełnie tak samo, jak czuł się nim szesnaście lat temu.
Wszystko kręciło się wokół w coraz bardziej wariackim tempie. Przed oczami migały mu światła, a muzyka rozwalała bębenki w uszach. Jak przez szybę słyszał śmiech Ewki. Musi wytrzymać jeszcze przez chwilę. Jeszcze tylko trochę...
Bał się, oczywiście, że się bał, ale nigdy w życiu nie pokazałby tego kumplom. Był twardy, bo musiał. Bidul nie produkował mięczaków, bo tacy nie mieli szans na przetrwanie. A on przetrwał trzynaście długich lat, więc da radę wytrzymać i te dwie minuty.
Karuzela powoli się zatrzymała, a chłopak obsługujący urządzenie odpinał po kolei zabezpieczenie każdemu z siedzących w wagonikach. Zanim doszedł do Dominika, ten zdążył nieco ochłonąć. Przynajmniej na tyle, by nikt ze znajomych nie zobaczył jego niewyraźnej miny.
- Cudnie było, prawda? - Ewka darła mu się do ucha, próbując przekrzyczeć dudniącą muzykę. - Uwielbiam karuzele. Chętnie przejechałabym się jeszcze raz!
- Nie mam już kasy, mała. - Dominik lekko ją przytulił. - Sorry, ale muszę kupić coś na kolację dla siebie i Heńka.
- Wiadomo, przecież nie mam pretensji. - Dziewczyna wzruszyła tylko ramionami, choć było widać, że jest jej przykro. - To nic, następnym razem.
Pocałowała go prosto w usta i uśmiechnęła się promiennie. Kochał ten jej uśmiech. Lubił na nią patrzeć, kiedy była taka radosna. Podobały mu się jej dołeczki w policzkach i to, jak fajnie mrużyła oczy. Zresztą cała bardzo mu się podobała. Lubił ją, ale nie potrafił powiedzieć, że ją kocha. Może chodziło o to, że byli ze sobą tak krótko, jednak podejrzewał raczej inny powód. Po prostu nie potrafił kochać. Nie pamiętał już, jak to jest i co to w ogóle znaczy. Nikt go tego nie nauczył, nie przekazał mu żadnych wskazówek. Owszem, lubił spędzać z Ewką czas, lubił na nią patrzeć, fajnie było oglądać razem filmy do nocy, a potem uprawiać seks, ale czy to była miłość? Nie tęsknił za nią, raczej była mu potrzebna tak zwyczajnie, do wspólnego życia.
Odkąd opuścił dom dziecka, nie miał zbyt wielu kompanów do rozmowy. No, może poza Heńkiem - psem, którego prawie rok temu uratował spod kół ciężarówki i który od tamtej pory stał się jego jedynym prawdziwym przyjacielem. Tylko że nawet najlepszy psi przyjaciel nie był w stanie zastąpić żywego człowieka, z którym można by zwyczajnie porozmawiać.
Wiadomo, że miał kumpli - Marcela, Grześka i Kubę, ale każdy z nich miał własne życie i Dominik nie zamierzał zawracać im głowy swoimi problemami. Zresztą między facetami o pewnych sprawach się nie gada. Dlatego Ewka była najlepszym lekarstwem na samotność. Idealnie wypełniała tę ludzką lukę w jego życiu, chociaż czasami odnosił wrażenie, że była jedynie za małym plastrem na zbyt dużą ranę. Ale co innego miał zrobić? Korzystał, ile mógł, i brał to, co dawało mu życie. Bez zbędnego marudzenia, bo przecież tak było najlepiej.
- Dobra, słuchajcie, ja się zwijam. Muszę wyprowadzić psa - mruknął do znajomych.
Prawdę mówiąc, miał już serdecznie dość tego wieczoru. Najchętniej poszedłby spać. Wymęczyły go ta karuzela, światła i wspomnienia na siłę próbujące wepchnąć mu się do głowy. Jakie to szczęście, że to cholerne wesołe miasteczko przyjeżdżało do miasta tylko raz w roku. Odbębnił swoje i teraz będzie miał spokój na następne dwanaście miesięcy. A za rok być może będzie zupełnie inaczej.
Kumple nie protestowali, każdy doskonale wiedział, że Dominika nie sposób do niczego zmusić. Jak raz powie, że to koniec imprezy, to znaczy, że koniec. I nie ma sensu go namawiać, żeby został choć chwilę dłużej, niż tego chce.
Pożegnał się ze wszystkimi i pocałował Ewę w usta.
- Chodź, odprowadzę cię do domu, żebyś potem nie wracała sama po nocy.
Zrobiła zbolałą minę i oczy psiaka proszącego o ulubiony smaczek.
- Domin, mogę zostać u ciebie na noc? - Włożyła mu rękę do tylnej kieszeni spodni i przytuliła się do niego mocno. - Nie chcę jeszcze iść do domu.
- A co z twoją mamą? Przecież wiesz, że będzie się martwić.
- Zadzwonię i powiem, że nocuję u ciebie. Nie będzie miała nic przeciwko.
- No dobra, tylko zadzwoń.
Matka Ewki uwielbiała Dominika, a on bardzo ją szanował. I choć Ewka miała tylko osiemnaście lat, rodzicielka często bez wahania pozwalała jej zostawać u niego na noc.
Kiedy on i Ewa zaczęli się widywać, Dominik odbył z mamą dziewczyny poważną rozmowę na najważniejsze tematy. Była zdziwiona i mówiła, że nigdy nie spotkała tak odpowiedzialnego młodego chłopaka. Miał dwadzieścia lat, więc chyba można się było po nim spodziewać dojrzałego zachowania. Tak przynajmniej od zawsze uważał i dla niego było to zupełnie normalne. Rozmawiali nie tylko o tym, że Ewa musi zdać maturę i potem dostać się na studia, ale i o sprawach całkiem intymnych. To było oczywiste, jeśli chciał się spotykać z nieletnią. Nawet potem, kiedy Ewka skończyła osiemnaście lat, niewiele zmieniło się w ich relacjach.
Kiedy chciała u niego nocować, musiała najpierw zameldować się matce. Na początku buntowała się i krzyczała, że nie jest już dzieckiem, ale z biegiem czasu przyzwyczaiła się do tego i teraz całkiem chętnie informowała rodziców, że śpi u chłopaka. Zasady miały być jasne, bo kłopoty były ostatnim, czego Dominik potrzebował w życiu, i starał się ich unikać, jak tylko mógł.
- Załatwione! - Ewce aż zaświeciły się oczy. - Obiecałam, że jutro będę się uczyć, ale za to dzisiaj jestem cała twoja.
W sumie mu to pasowało. Przynajmniej nie będzie rozpamiętywał całego dzisiejszego dnia ani wspominał ostatnich szesnastu lat, użalając się nad sobą. Znowu będzie twardym gościem zamiast mięczakiem, w którego zamieniał się, kiedy był sam. A dzisiaj było blisko, więc tym bardziej nie powinien się rozklejać.
Pieprzyć to wszystko - pomyślał tylko, po czym objął Ewkę ramieniem. Poczuł, że dziewczyna się trzęsie, więc zdjął kurtkę i zarzucił jej na plecy.
- Chodź, mała. Musimy jeszcze kupić coś na kolację.
- I dla Heńka - przypomniała mu Ewa.
- Właśnie. I dla Heńka.