Zapomniana miłość. Night - Anna Wolf

Kup ebooka

41.90 zł
33.52 zł (41,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Cięż­kie po­wie­trze nie­mal osia­dło mu w płu­cach. Było tak za każ­dym ra­zem, kie­dy w Mis­si­si­pi wzra­stał po­ziom wil­go­ci i ta do­słow­nie pa­no­szy­ła się w mie­ście. Przy­tknął bu­tel­kę do ust, po czym upił łyk i ob­ser­wo­wał kro­ple desz­czu ude­rza­ją­ce o zie­mię. Uno­szą­cy się w po­wie­trzu za­pach przy­po­mniał mu dom, o któ­rym zdą­żył już za­po­mnieć. Tak na­praw­dę nie chciał pa­mię­tać... Wy­ma­zał wszyst­ko z pa­mię­ci. Obie­cał, a w su­mie to na­wet przy­siągł so­bie, że ni­g­dy, na­praw­dę ni­g­dy nie wró­ci do ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści ani do wspo­mnień z nią zwią­za­nych. Nie były do­bre. Przy­naj­mniej nie wszyst­kie. Część była miła, ale póź­niej sma­ko­wa­ły i do tej pory sma­ku­ją go­ry­czą. I cho­ciaż tak bar­dzo chciał, by w koń­cu się ulot­ni­ły, nie uda­ło się. Od cza­su do cza­su wra­ca­ły. Tak jak te­raz, kie­dy stał przed klu­bo­wym do­mem i wcią­gał w noz­drza prze­sy­co­ne wil­go­cią po­wie­trze.

Za­cią­gnął się nim. Lu­bił deszcz i jego za­pach. Tyle że cza­sem przy­po­mi­nał mu o rze­czach, któ­re ni­g­dy nie po­win­ny się wy­da­rzyć. Po­tarł dło­nią przed­ra­mię i za­pa­trzył się w ciem­ność. Tyl­ko on wie­dział, że bli­zny miał nie tyl­ko na ser­cu i du­szy.

Od­wró­cił gło­wę i uśmiech­nął się. Pre­zes i Eli ba­wi­li się na im­pre­zie, któ­rą klu­bo­wy brat wy­pra­wił te­raz swo­jej żo­nie, po dwóch mie­sią­cach po ich ślu­bie. Nie bar­dzo to ro­zu­miał, na­to­miast po szczę­ściu wy­pi­sa­nym na twa­rzy sta­rej ich przy­wód­cy mógł stwier­dził, że chy­ba wszyst­kie ko­bie­ty chcia­ły tego sa­me­go. Suk­ni, we­se­la i tor­tu ślub­ne­go. Suk­nia była, ale czer­wo­na, we­se­le ra­czej przy­po­mi­na­ło klu­bo­wą im­pre­zę, tyl­ko bez dzi­wek. No i był im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów tort. Pierw­szy raz wi­dział Dark­nes­sa tak uśmiech­nię­te­go.

Cho­le­ra, jed­nak mi­łość zmie­nia­ła coś w czło­wie­ku. I to na lep­sze. Wie­dział, że Eli była dla pre­ze­sa jego ser­cem. A Ni­ght nie czuł za­zdro­ści. Je­dy­nie cie­szył się ich szczę­ściem, jed­no­cze­śnie zda­jąc so­bie spra­wę, że on sam miał mar­ne szan­se na cho­ciaż­by uła­mek tego, co łą­czy­ło tam­tą dwój­kę. Chciał­by, ale... Chcieć nie ozna­cza­ło móc. Miał świa­do­mość, że to, co było mię­dzy jego klu­bo­wym bra­tem i Eli, jemu się ni­g­dy nie przy­tra­fi. Nie z jego wy­glą­dem i prze­szło­ścią.

Ode­tchnął głę­bo­ko i po­ki­wał gło­wą. Zo­sta­nie tu­taj. To miej­sce było jego do­mem, a Black An­gels ro­dzi­ną. W Co­rinth był u sie­bie. Zy­skał do tego nową przy­ja­ciół­kę, więc ni­g­dzie się nie wy­bie­rał. Nie miał do­kąd i po co, a mimo to jego du­szę szar­pa­ło coś, cze­go nie po­tra­fił na­zwać. Czuł gnio­tą­ce go po­czu­cie winy, któ­re­go pró­bo­wał się po­zbyć przez te wszyst­kie lata. Cza­sem się za­sta­na­wiał, czy nie za­cho­wał się jak szma­ta, ale żeby nie po­paść w sa­mo­bi­czo­wa­nie, od­ga­niał te my­śli. Ni­cze­go no­we­go by nie wnio­sły, a jemu nie­po­trzeb­ne były wy­rzu­ty su­mie­nia, na­wet je­śli uwa­żał się za by­dla­ka.

Do­pił swo­je piwo, od­sta­wił bu­tel­kę na zie­mię i ru­szył przed sie­bie, by się od­da­lić od im­pre­zy, bo nie miał ocho­ty na pi­jań­stwo ani na ja­ką­kol­wiek za­ba­wę. Cza­sem po­trze­bo­wał sa­mot­no­ści, któ­rą zresz­tą lu­bił. Dzi­siaj był taki dzień, kie­dy nie chciał my­śleć. Al­ko­hol w tym po­ma­gał, tyl­ko że on nie chciał upi­jać się z resz­tą to­wa­rzy­stwa. Wo­lał wsiąść na mo­to­cykl i po­jeź­dzić. To był jego plan, tyl­ko nie­ste­ty jeż­dże­nie w desz­czu nie na­le­ża­ło do jego ulu­bio­nych za­jęć, więc wy­brał coś in­ne­go. Rzu­cił okiem na klu­bo­wy dom, z któ­re­go do­cho­dzi­ła gło­śna mu­zy­ka oraz prze­krzy­ki­wa­nia bra­ci, po czym skie­ro­wał kro­ki do zbro­jow­ni. To tam cza­sem ucie­kał, kie­dy po­trze­bo­wał sa­mot­no­ści.

Wdra­pał się na dach. Był do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, z któ­re­go miał oko na tych far­bo­wa­nych gli­nia­rzy. Bu­dy­nek był daw­no temu czę­ścią ja­kiejś fa­bry­ki. Ni­g­dy do koń­ca się nie za­sta­na­wiał, co tu­taj pro­du­ko­wa­no. To nie mia­ło więk­sze­go zna­cze­nia. Było, mi­nę­ło. Ży­cie... On i za­pew­ne więk­szość klu­bo­wych bra­ci do­świad­czy­ła tego na swo­jej skó­rze. A jego skó­ra pa­mię­ta­ła aż za do­brze.

Spoj­rzał na swo­ją lewą rękę. Była po­kry­ta ta­tu­aża­mi, tak samo jak pra­wa. Miał zro­bio­ne całe rę­ka­wy, cho­ciaż ten dru­gi do­koń­czył za­le­d­wie dwa ty­go­dnie temu, i to nie bez przy­czy­ny. Ale nie chciał o tym na­wet my­śleć.

W koń­cu się pod­niósł, po­pa­trzył na prze­ja­śnia­ją­ce się nie­bo i po kil­ku mi­nu­tach był na dole przed zbro­jow­nią. Mimo wcze­śniej­sze­go na­sta­wie­nia po­sta­no­wił do­łą­czyć do chło­pa­ków. Ja­koś za bar­dzo mu się wdar­ły do gło­wy nie­chcia­ne ob­ra­zy z prze­szło­ści. Po­sta­no­wił je wy­ma­zać. Ni­g­dy nie brał, nie ja­rał blan­tów, a choć al­ko­ho­lu so­bie nie ża­ło­wał, za­wsze wie­dział, kie­dy się za­trzy­mać. Nie chciał skoń­czyć jak... To była wła­śnie jego ba­rie­ra. Choć jako czar­na owca w ro­dzi­nie mógł już ro­bić tyl­ko to, co uwa­żał za sto­sow­ne, sam usta­wił so­bie gra­ni­ce w pew­nych spra­wach. A do tego nie mu­siał się ni­ko­mu spo­wia­dać. Po­sia­da­nie ta­kiej po­zy­cji było wy­god­ne.

Kop­nął nie­wiel­ki ka­myk i ru­szył do klu­bo­we­go domu. Za­nim wszedł od środ­ka, do­strzegł Pam, któ­ra uśmiech­nę­ła się na jego wi­dok.

- Cześć, Ni­ght.

- Cześć.

- Idziesz do środ­ka?

- Być może - od­po­wie­dział.

- To być może masz ocho­tę na seks?

- To pro­po­zy­cja?

- Ow­szem. Więc jak, kow­bo­ju?

Na ostat­nie sło­wo się spiął, ale po chwi­li roz­luź­nił. Prze­cież nikt tu­taj nie wie­dział, kim tak na­praw­dę był albo ra­czej z ja­kiej ro­dzi­ny się wy­wo­dził.

- Tu­taj. - Po­cią­gnął ją za bu­dy­nek. Wo­lał to ro­bić w ci­szy i bez mie­lą­cych ozo­rem bra­ci. Cza­sem mu nie prze­szka­dza­ło upra­wia­nie sek­su gdzieś na ubo­czu w jed­nym po­miesz­cze­niu, ale nie dzi­siaj. Dzi­siaj po­trze­bo­wał prze­strze­ni.

- To co mam...? - urwa­ła, bo uci­szył ją dło­nią.

- Klęk­nij i mi ob­cią­gnij.

- Nie chcesz...?

- Nie chcę. To dla cie­bie ja­kiś pie­przo­ny pro­blem?

- Ależ skąd­że zno­wu. Są­dzi­łam tyl­ko... Zresz­tą nie­waż­ne - cmok­nę­ła i się uśmiech­nę­ła.

Na­wet w pół­mro­ku wi­dział jej słod­ką twarz. Lu­bił ją, to zna­czy lu­bił się z nią pie­przyć. Ni­g­dy mu nic nie po­wie­dzia­ła, ale też ni­g­dy się przy niej cał­kiem nie ro­ze­brał. Chy­ba przed żad­ną ko­bie­tą nie sta­nął nagi. Nie chciał. A klu­bo­wa ci­zia, je­śli na­wet coś doj­rza­ła, to zwy­czaj­nie tego nie sko­men­to­wa­ła.

Roz­piął spodnie, opu­ścił je wraz z bok­ser­ka­mi ni­żej, żeby dać dziew­czy­nie lep­szy do­stęp do sie­bie, a na­stęp­nie po­czuł jej cie­płą dłoń na swo­im fiu­cie. Lek­ko się spiął, co szyb­ko ustą­pi­ło, bo usta Pam zna­la­zły się na jego sprzę­cie. Po­czuł bło­gość, kie­dy za­czę­ła go de­li­kat­nie li­zać, po czym ssać. Tak, to było to, cze­go te­raz po­trze­bo­wał.

- Szyb­ciej - sap­nął, gdy ona pra­co­wa­ła nad nim in­ten­syw­nie.

Jego ku­tas cały zni­kał po­mię­dzy jej cie­pły­mi war­ga­mi, któ­ry­mi szczel­nie go obej­mo­wa­ła. To było w cho­le­rę przy­jem­ne, do tego stop­nia, że gdy moc­niej go za­ssa­ła, mało bra­ko­wa­ło, a do­szedł­by. Jed­nak po­trze­bo­wał jesz­cze tego cze­goś. Dla­te­go zła­pał ją za wło­sy z tyłu gło­wy i za­czął sam nada­wać rytm jej ustom, kie­dy zwin­nie opla­ta­ła go ję­zy­kiem. To była tyl­ko chwi­la, ale taka, że bły­ska­wicz­nie do­szedł w jej ustach.

- Dzię­ki - mruk­nął, gdy Pam wsta­ła i spoj­rza­ła na nie­go wy­mow­nie.

- Nie ma za co, cho­ciaż ja żad­nej przy­jem­no­ści z tego nie mia­łam - po­wie­dzia­ła z prze­ką­sem, ale bez ob­ra­ża­nia się.

- W klu­bie na pew­no znaj­dzie się chęt­ny, któ­ry spra­wi, że ten wie­czór sta­nie się lep­szy, ale to nie będę ja.

- Dla­cze­go?

- Bo skoń­czy­li­śmy - uciął krót­ko.

- Dziw­ny je­steś - wes­tchnę­ła i zo­sta­wi­ła go w spo­ko­ju.

Pam nie do koń­ca ro­zu­mia­ła bi­ke­ra. Zresz­tą chy­ba żad­na z klu­bo­wych suk, któ­re tu­taj prze­by­wa­ły w week­en­dy, nie wie­dzia­ła, dla­cze­go męż­czy­zna się tak za­cho­wy­wał. Niby w su­mie nie róż­nił się od in­nych, ale nie przy­po­mi­na­ła so­bie, żeby ona ani któ­raś z ko­biet chwa­li­ła się, że spę­dzi­ła z nim noc. Od­wró­ci­ła się jesz­cze na chwi­lę. Stał tam z od­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem. Nie zna­ła go, ale tro­chę zna­ła się na lu­dziach i wy­glą­dał jej na nie­zbyt szczę­śli­we­go czło­wie­ka. Cho­ciaż, co ona tam mo­gła wie­dzieć. Nie za­wra­ca­jąc so­bie nim wię­cej gło­wy, znik­nę­ła w klu­bo­wym domu.

Nie­do­pa­łek wy­lą­do­wał na zie­mi, bi­ker zdep­tał go bu­tem i ru­szył w kie­run­ku swo­jej ma­szy­ny, bo zmie­nił zda­nie na te­mat im­pre­zy. Poza tym za­je­bi­ście ko­chał swój mo­to­cykl i prze­jażdż­ki. Wte­dy czuł się pie­prze­nie wol­ny. Wiatr we wło­sach i na skó­rze spra­wiał, że wła­śnie w ta­kich chwi­lach był szczę­śli­wy. Na­praw­dę szczę­śli­wy.

Prze­ciął po­dwór­ko i pod­szedł do swo­jej dzie­cin­ki. Do­siadł ją, a po chwi­li, gdy sil­nik za­mru­czał, za­piął kask pod bro­dą. Nie lu­bił zbyt­nio ry­zy­ko­wać. Już raz miał po­waż­ny uraz po wy­pad­ku, więc ogra­ni­czał ry­zy­ko. Każ­de.

Wy­je­chał za bra­mę klu­bu i ru­szył przed sie­bie w ciem­ność Mis­si­si­pi. Cie­płe po­wie­trze otu­la­ło go, kie­dy spo­koj­nie po­ko­ny­wał ko­lej­ne ki­lo­me­try. Je­chał bez celu. Sam. Bez kum­pli. Było mu to te­raz wy­jąt­ko­wo po­trzeb­ne. Cho­ciaż jego wspo­mnie­nia i te­raź­niej­szość mia­ły gorz­ki po­smak, nie za­zdro­ścił ni­ko­mu szczę­ścia. Po pro­stu wie­dział, że jemu już ono nie bę­dzie dane. Na­to­miast z jed­nej rze­czy cie­szył się naj­bar­dziej: była to przy­jaźń ze sta­rą pre­ze­sa. Wie­dział, że bę­dzie ona jak ość w gar­dle Dark­nes­sa, ale aku­rat to miał w no­sie. Nie od­bił­by ni­ko­mu ko­bie­ty. Mimo że Eli była ład­na, to zu­peł­nie nie w jego ty­pie. O swo­im ty­pie wo­lał nie pa­mię­tać. Od­ciął się od tam­te­go ży­cia i prze­sta­ło ono dla nie­go ist­nieć. On też jak­by nie ist­niał. Był te­raz tyl­ko Ni­gh­tem i to mu­sia­ło wszyst­kim wy­star­czyć. Jemu wy­star­cza­ją­co się po­do­ba­ło. W su­mie dla Eli był wam­pi­rem, co też mu pa­so­wa­ło.

Uśmiech­nął się i cięż­ko wes­tchnął, a na­stęp­nie zje­chał do przy­droż­ne­go baru. Był głod­ny. Za­ję­ty po­sęp­ny­mi my­śla­mi nie zdą­żył nic zjeść od śnia­da­nia, więc za­par­ko­wał na koń­cu par­kin­gu przed bu­dyn­kiem, w któ­rym mie­ścił się bar. Wy­łą­czył sil­nik, zsiadł i się ro­zej­rzał. Nie po­trze­bo­wał kło­po­tów, gdy miał na ple­cach klu­bo­wą ka­mi­zel­kę. Nie miał się oczy­wi­ście cze­go oba­wiać, mimo że lu­dzie cza­sem dziw­nie re­ago­wa­li na klu­bo­we bar­wy. Nie każ­dy był przy­jaź­nie na­sta­wio­ny, ale ni­g­dy nic złe­go go nie spo­tka­ło.

Scho­wał klu­czy­ki od swo­jej ma­szy­ny do kie­sze­ni spodni, a na­stęp­nie wszedł do środ­ka. Kil­ko­ro sie­dzą­cych go­ści na­wet na nie­go nie za­re­ago­wa­ło, co mu od­po­wia­da­ło. Za­jął miej­sce przy miesz­czą­cym się koło okna sto­li­ku, skąd miał na wi­do­ku cały bar, łącz­nie z włą­czo­nym te­le­wi­zo­rem, któ­ry nada­wał ja­kieś wia­do­mo­ści. Te zaś gów­no go ob­cho­dzi­ły.

- Dzień do­bry. Co ci po­dać? - za­py­ta­ła dość mło­da kel­ner­ka.

- A co po­le­casz?

- O tej po­rze - zer­k­nę­ła w kart­kę - pro­po­nu­ję pie­czo­ne ziem­nia­ki, stek oraz sa­łat­kę, je­śli lu­bisz.

- Więc po­pro­szę taki ze­staw.

- Piwo?

- Colę, je­śli moż­na.

- Ja­sne, że moż­na. - Ko­bie­ta po­sła­ła Ni­gh­to­wi uśmiech, po czym ode­szła.

Bi­ker roz­siadł się wy­god­nie i ob­ser­wo­wał oto­cze­nie. Lu­bił to ro­bić, bo wie­le mu to uła­twia­ło. Na przy­kład w prze­wi­dy­wa­niu ludz­kich dzia­łań. Miał in­tu­icję i dzię­ki niej ja­koś się to jego ży­cie to­czy­ło do przo­du bez spe­cjal­nych przy­gód, co mu od­po­wia­da­ło.

Ode­rwał wzrok od szy­by i sku­pił się na wi­szą­cym pu­dle, na któ­re­go ekra­nie po­ka­zy­wa­no po­żar. Pa­trzył na ob­ra­zy bez­na­mięt­nie, po czym sku­pił swój wzrok na ko­bie­cie, któ­ra szła z jego za­mó­wie­niem.

- Dzię­ki - ode­zwał się, kie­dy po­sta­wi­ła przed nim ta­lerz oraz szkla­ną bu­tel­kę coli.

- Smacz­ne­go - po­wie­dzia­ła i po­ło­ży­ła na sto­li­ku ser­wet­kę.

Kie­dy ode­szła, Ni­ght za­uwa­żył, że zo­sta­wi­ła na niej nu­mer te­le­fo­nu. Olał to, bo i tak by z nie­go nie sko­rzy­stał. Nie chciał. Za to chwy­cił wi­de­lec i za­czął jeść pie­czo­ne ziem­nia­ki, któ­re były na­praw­dę do­bre, a po chwi­li do ust wpa­ko­wał spo­ry ka­wa­łek od­kro­jo­ne­go ste­ku. Prze­żu­wał po­wo­li, bo ni­g­dzie mu się nie spie­szy­ło. W klu­bie cze­ka­ło tyl­ko pi­jań­stwo, a on nie miał dzi­siaj ocho­ty na pro­cen­ty.

W po­ło­wie po­sił­ku po­now­nie spoj­rzał na te­le­wi­zor. Le­cia­ło coś z ostat­niej chwi­li. Za­wie­sił wzrok na mi­gaw­ce ob­ra­zów i za­stygł z wi­del­cem w dło­ni. Prze­łknął, po­pił i wstał, a na­stęp­nie pod­szedł bli­żej, by do­kład­niej wsłu­chać się w wia­do­mo­ści. Przy­sta­nął kil­ka me­trów od pu­dła, za­ło­żył ra­mio­na na klat­ce pier­sio­wej i sku­pił się na sło­wach re­por­te­ra. Zmarsz­czył czo­ło, ścią­gnął brwi, a na koń­cu za­ci­snął usta w wą­ską li­nię i ru­szył do kasy.

- Dzię­ku­ję. - Po­ło­żył pie­nią­dze na la­dzie. - To za tam­ten - wska­zał sto­lik - po­si­łek.

- Sma­ko­wa­ło?

- Tak. Do wi­dze­nia - po­że­gnał się i wy­szedł na ze­wnątrz, gdzie ude­rzy­ło w nie­go wie­czor­ne i dość par­ne po­wie­trze Mis­si­si­pi.

Wziął głę­bo­ki wdech. Wciąż pach­nia­ło desz­czem i czymś, cze­go nie po­tra­fił wy­tłu­ma­czyć. Cza­sem czuł dziw­ną woń, któ­rej nie mógł do ni­cze­go przy­pi­sać, ale wie­dział, że to jego umysł pła­tał mu fi­gle. Nie uwa­żał się za szur­nię­te­go, po pro­stu pew­ne za­pa­chy za­pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa. Nie­chęt­nie wy­cią­gnął te­le­fon z kie­sze­ni i wy­brał nu­mer w na­dziei, że ktoś obie­rze. Daw­no tam nie dzwo­nił. Przy­ło­żył iPho­ne'a do ucha i cze­kał pe­wien, że jak za­wsze po dru­giej stro­nie bę­dzie ta jed­na oso­ba.

- Tak, słu­cham? - Spiął się na dźwięk tego gło­su. - Halo? Jest tam kto? - Nie ode­zwał się, nie był w sta­nie. - To ty, Nath?

Chciał po­wie­dzieć, że tak, ale usta wciąż miał za­mknię­te. Nie chcia­ły z nim współ­pra­co­wać, więc na li­nii pa­no­wa­ła ci­sza. On nie był w sta­nie wciąż wy­du­sić ni sło­wa, a po dru­giej stro­nie sły­chać było je­dy­nie cięż­ki od­dech. Ko­bie­ta się nie roz­łą­czy­ła.

- Pro­szę, po­wiedz, że je­steś Na­tha­nie­lem.

Za­mknął na chwi­lę po­wie­ki. Coś ści­snę­ło go w klat­ce pier­sio­wej. Po­czu­cie winy? Nie zro­bił nic, przez co miał­by się tak czuć. Może prócz tam­te­go...

- Cześć - uda­ło mu się wy­du­sić, mimo za­ci­śnię­te­go gar­dła - mamo.

Po jego sło­wach za­pa­dła po­now­nie ci­sza. Nie wie­dział, czy ko­bie­ta się roz­łą­czy­ła, gdyż sa­pa­nie usta­ło. Do­my­ślał się, że prze­ży­ła wła­śnie szok, ale... Kur­wa, nie mógł ina­czej.

- Wszyst­ko z tobą do­brze? - za­py­ta­ła szep­tem.

- Czy on tam jest?

- Nie, nie ma - od­po­wie­dzia­ła nor­mal­nym to­nem, ale on jej nie wie­rzył. - My­śla­łam, że... - urwa­ła.

- Nie żyję? Ow­szem, Na­tha­niel Red­sto­ne nie żyje. Nie ma go. Umarł dzie­sięć lat temu - po­wie­dział spo­koj­nym to­nem.

- Wró­cisz?

- Nie, po­nie­waż nie żyję.

- Nie mów tak.

- Ja pie­przę - sap­nął ci­cho. - Nie mogę wró­cić, to się źle skoń­czy i do­brze, do cho­le­ry, wiesz dla­cze­go.

- Nie zro­bisz tego - wy­du­si­ła.

- Nie zro­bię? Myślisz, że nie je­stem w sta­nie go uszko­dzić?

- Znam cię, nie je­steś. Poza tym nie masz za co.

Tu­taj się z nią, do chu­ja, nie zga­dzał. Było wie­le rze­czy, wie­le po­wo­dów, za któ­re tam­te­mu na­le­żał się po­rząd­ny wpier­dol. A Ni­ght mógł­by go za­bić go­ły­mi pię­ścia­mi i wte­dy mat­ka by go znie­na­wi­dzi­ła. Wo­lał więc ta­kie wyj­ście. Było bez­piecz­niej­sze. Uda­wa­nie, że nie żyje, roz­wią­zy­wa­ło wszyst­kie kło­po­ty. Zresz­tą fak­tycz­nie ofi­cjal­nie zmarł.

- Jak wspo­mnia­łem, Na­tha Red­sto­ne'a już nie ma po­śród nas, więc wierz mi, że na­sze spo­tka­nie nie na­le­ża­ło­by do mi­łych. Nie po tym wszyst­kim, co się wy­da­rzy­ło.

- To był cho­ler­ny wy­pa­dek. To wszyst­ko... Nikt nic nie zro­bił. Nikt nie był ni­cze­mu wi­nien, syn­ku.

- Do­brze cię było usły­szeć, mamo. Trzy­maj się i... Po pro­stu uwa­żaj na sie­bie - po­wie­dział.

- Wil­low...

- Nie wy­po­wia­daj tego imie­nia - wark­nął.

- Ale...

- Po­prze­stań­my na tym, że za­dzwo­ni­łem. Do­brze było cię usły­szeć, cześć.

Tym ra­zem to on od razu się roz­łą­czył, po czym scho­wał te­le­fon do kie­sze­ni i ru­szył w kie­run­ku mo­to­cy­kla. Wsiadł, za­piął kask i od­je­chał z ry­kiem sil­ni­ka. Wie­dział, że prze­pi­so­wa jaz­da nie przy­nie­sie mu ulgi, więc na dłu­giej pro­stej przy­spie­szył, bo wła­śnie te­raz za­czę­ły go po­now­nie ści­gać de­mo­ny. To był pier­do­lo­ny błąd, że za­dzwo­nił do mat­ki po tylu la­tach mil­cze­nia, jed­nak mu­siał wie­dzieć, czy u niej wszyst­ko do­brze. Z te­le­wi­zji wie­dział, że pa­li­ło się są­sied­nie ran­czo, a ogień za­wsze szyb­ko się roz­prze­strze­niał. No ale sko­ro wszyst­ko było okej, nie miał za­mia­ru wię­cej zaj­mo­wać so­bie tym gów­nem gło­wy. Jak pod­kre­ślił w roz­mo­wie, Nath nie żył. Zmarł tam­tej nocy. A Ni­ght na­ro­dził się w mro­ku ta­jem­nic i licz­nych ran.

Żył już in­nym ży­ciem, a je­dy­na ro­dzi­na, jaką miał, to klu­bo­wi bra­cia. Był wdzięcz­ny za wszyst­ko, co było mu te­raz dane.

II

Pani Red­sto­ne sta­ła cią­gle w tym sa­mym miej­scu z te­le­fo­nem w dło­ni. Była w szo­ku. Nie spo­dzie­wa­ła się usły­szeć syna po tylu la­tach, mimo że wciąż ży­wi­ła na­dzie­ję, że wró­ci. Nie wró­cił i wie­dzia­ła, że to już ni­g­dy nie na­stą­pi. Nie dzi­wi­ła mu się, ale jed­no­cze­śnie uwa­ża­ła, że to, co się wy­da­rzy­ło, to był zwy­czaj­nie nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek. Tyle że te kłót­nie... to jak jej mąż od­zy­wał się do ich syna... Nie, to mu­sia­ło się tak skoń­czyć. A do tego póź­niej­sze wy­da­rze­nia...

- Co tak sto­isz? Umarł ktoś? - pa­dło zza jej ple­ców.

- Chcia­łam za­dzwo­nić do Noel, ale za­po­mnia­łam po co - skła­ma­ła.

- Po­win­naś iść do le­ka­rza, Pati, co­raz czę­ściej ci się to zda­rza.

Nie sko­men­to­wa­ła tego. Po pro­stu mia­ła go cza­sa­mi do­syć, więc uda­wa­ła, że się po­my­li­ła, że nie pa­mię­ta. Tak było pro­ściej. Kit na sta­rość ro­bił się upier­dli­wy i od­no­si­ła wra­że­nie, że przez całe ży­cie uwa­żał się za lep­sze­go od in­nych, a wca­le tak nie było.

- My­ślisz, że nie żyje?

- Kto? - za­py­tał i na­lał so­bie mro­żo­nej her­ba­ty.

- Nath - od­po­wie­dzia­ła, a jej mąż za­marł z trzy­ma­ną szklan­ką w dło­ni.

- Dla­cze­go o nim wspo­mi­nasz?

- Bo to nasz syn - po­wie­dzia­ła.

- Nie mam syna.

- Prze­stań - syk­nę­ła. - Gdy­by nie tam­to... On wciąż był­by tu­taj.

- Gdy­by był moim sy­nem, ni­g­dy nie za­dał­by się z Bur­net­ta­mi.

- Za­ko­chał się. Jezu, też by­łeś mło­dy.

- Ale nie taki głu­pi jak on. Oni chcie­li tyl­ko na­szej zie­mi, nie mo­głem na to po­zwo­lić. Nie chcia­łem, żeby nasz syn spo­ty­kał się z tą ich dzie­wu­chą.

Te sło­wa spra­wi­ły, że pierw­szy raz od tam­te­go wy­pad­ku, spoj­rza­ła ina­czej na męża.

- Co masz na my­śli, mó­wiąc mi, że nie mo­głeś na to po­zwo­lić?

- A jak my­ślisz?

- No wła­śnie py­tam cie­bie. - Za­czął w niej ro­snąć gniew. Taki po­tęż­ny, jak ni­g­dy w ży­ciu. Za­wsze była grzecz­na wo­bec męża, w su­mie nie mia­ła na co na­rze­kać. Kit ni­g­dy jej nie ude­rzył, ani na nią nie krzy­czał, ale w sto­sun­ku do syna był bar­dzo sta­now­czy i zbyt wy­ma­ga­ją­cy. Cza­sa­mi tro­chę oschły.

- Bur­net­to­wie to nie jest to­wa­rzy­stwo dla nas.

- Żar­tu­jesz? Prze­cież przy­jaź­nię się z Noel, a ty mi mó­wisz ta­kie rze­czy?

- Noel to nie Bur­nett.

- A niby kto?

- McPier­son.

- Ale to żona Sama, więc na jed­no wy­cho­dzi. Cho­dzi­łeś z nim na piwo. Więc jak mo­żesz mó­wić, że to nie to­wa­rzy­stwo dla nas?

- Bo Sam to Sam, a Noel to Noel.

- Bre­dzisz, Kit.

- Nie, nie bre­dzę. Kie­dy się upił, po­wie­dział coś, cze­go nie za­po­mnę do koń­ca ży­cia.

- To zna­czy?

- My­ślał, że jak jego cór­ka zo­sta­nie żoną na­sze­go syna, to zie­mię prze­pi­sze­my na dzie­cia­ki.

- Ale co w tym złe­go, żeby na­sze dzie­ci do­sta­ły po nas na­szą zie­mię?

- Ko­bie­to. Po na­szej śmier­ci nic, ale nie te­raz. Ten su­kin­kot my­ślał, że on nie da nic, a my prze­pi­sze­my na nich wszyst­ko.

- Ale to by­ło­by dla dzie­ci i Sam nic by do tego nie miał. Poza tym on i tak ma wię­cej zie­mi od nas. Więc po­wta­rzam, że bre­dzisz, czło­wie­ku - po­wie­dzia­ła. Po­wo­li za­czy­na­ła wąt­pić w sło­wa męża. Wi­docz­nie po­szło jesz­cze o coś in­ne­go, cze­go Kit nie chciał zdra­dzić.

- Ale na­sza zie­mia jest wię­cej war­ta. Dla­te­go wła­śnie nie mo­głem po­zwo­lić, żeby nasz syn oże­nił się z tą... - Wy­krzy­wił usta.

- Nie kończ! Jak śmiesz! - pod­nio­sła głos, aż jej mąż zro­bił wiel­kie oczy. - Oni nie mie­li brać ślu­bu. Oni się tyl­ko spo­ty­ka­li. Jezu, Kit! Byli w so­bie za­ko­cha­ni. Wi­dzia­łam mo­je­go syna, i to, jaki był szczę­śli­wy, do cho­le­ry! Ale po­sta­no­wi­łeś wszyst­ko ze­psuć! Znisz­czy­łeś na­szą ro­dzi­nę!!! - wrza­snę­ła. Wy­rzu­ci­ła z sie­bie coś, co gry­zło ją już od de­ka­dy. - My­śla­łam, że cię znam. Ale oka­zu­je się, że po tylu la­tach mój wła­sny mąż to pod­ły czło­wiek i zdraj­ca.

- Ni­ko­go nie zdra­dzi­łem! - Huk­nął szklan­ką o blat. - To Na­tha­niel nas zdra­dził, pro­wa­dza­jąc się z tą... tą Bur­net­tów­ną.

- Śmiem twier­dzić, że to, co się wy­da­rzy­ło, nie było nie­szczę­śli­wym wy­pad­kiem, a nasz syn miał ra­cję, kie­dy o tym po­wie­dział.

- A że­byś wie­dzia­ła, że nie było - wy­ce­dził, a jego żona na chwi­lę za­mar­ła.

- Niech cię dia­bli, Kit! Mam cię dość!! - krzyk­nę­ła i wy­bie­gła z domu.

*

Tego wie­czo­ru ani pani Red­sto­ne, ani Ni­ght nie mie­li spo­ko­ju. De­mo­ny prze­szło­ści tar­ga­ły ich umy­sła­mi i du­sza­mi. Bi­ker po szyb­kiej jeź­dzie zwol­nił i mknął dro­gą w kie­run­ku klu­bu. Mimo że było dość póź­no, to imię brzę­cza­ło mu w gło­wie. Tak bar­dzo, że się za­trzy­mał. Chciał za­po­mnieć. Za­ko­pać prze­szłość, nie wra­cać i uda­wać, że nic ta­kie­go nie mia­ło miej­sca. Ale mia­ło. Za­ci­snął szczę­ki, po czym wje­chał na te­ren klu­bu. Za­par­ko­wał w rzę­dzie za in­ny­mi mo­to­cy­kla­mi. Wy­łą­czył sil­nik, ścią­gnął kask z gło­wy i od­wie­sił na kie­row­ni­cy, a po chwi­li ru­szył do środ­ka, gdzie im­pre­za trwa­ła w naj­lep­sze.

- Gdzie by­łeś, bra­cie? - za­py­tał Ste­el.

- Mu­sia­łem od was od­po­cząć, skur­wie­le - rzu­cił z prze­ką­sem.

- Bar­dzo, kur­wa, za­baw­ne. Wi­dzisz, jak się śmie­ję? - Wy­szcze­rzył się sztucz­nie, po czym zro­bił po­waż­ną minę.

- No wi­dzisz, jaki je­stem za­baw­ny? - prych­nął.

- Na­pi­jesz się?

- Któ­ry to już wasz to­ast za parę mło­dą? - za­py­tał, kie­dy wszedł do sa­lo­nu.

- Stra­ci­li­śmy ra­chu­bę - przy­znał Ink.

- Tego się do­my­śli­łem, wi­dząc wasz stan.

- Pan, do chu­ja, trzeź­wy się ode­zwał - prych­nął Ice i po­dał Ni­gh­to­wi piwo. - Na­pij się, coś nie­zbyt wy­raź­nie wy­glą­dasz.

- Dzię­ki. - Nie sko­men­to­wał jego słów. Nie chciał. Po pro­stu cza­sem był zmę­czo­ny ży­ciem i trzy­ma­niem gło­wy nad po­wierzch­nią wody.

Gdy Ni­ght do­łą­czył do kum­pli, nie miał po­ję­cia, że jego te­le­fon wy­wo­ła w mał­żeń­stwie pań­stwa Red­sto­ne bu­rzę i to taką z pio­ru­na­mi. Pa­tri­cia Red­sto­ne, na­zy­wa­na przez wszyst­kich Pati, je­cha­ła wła­śnie pół­cię­ża­rów­ką na są­sied­nie ran­czo, gdy do­strze­gła uno­szą­cy się z da­le­ka dym. Przy­spie­szy­ła w na­dziei, że to nie Bur­net­to­wie się palą. Gdy tyl­ko ich ran­czo zna­la­zło się w za­się­gu jej wzro­ku, ode­tchnę­ła z ulgą. Dom był cały, czy­li po­żar tra­wił coś in­ne­go. Ja­dąc do nich, pró­bo­wa­ła so­bie wszyst­ko po­ukła­dać w gło­wie, tyl­ko nie bar­dzo mia­ła jak. Kit na­mie­szał, do tego te­le­fon Na­tha­nie­la... Chcia­ła od­zy­skać syna, ale przez czło­wie­ka, któ­ry był jej mę­żem i oj­cem ich dziec­ka, wy­da­wa­ło się to chy­ba nie­moż­li­we. Do koń­ca nie wie­dzia­ła, co za­szło tam­tej nocy, po któ­rej wszyst­ko się zmie­ni­ło. Pa­mię­ta­ła, że mię­dzy Ki­tem i Na­tha­nie­lem było źle. Po­kłó­ci­li się tak bar­dzo, że Kit ude­rzył wła­sne­go syna. Póź­niej zro­bi­ło się już tyl­ko go­rzej. I jesz­cze ten po­żar...

Kil­ka mi­nut póź­niej za­par­ko­wa­ła auto przed spo­rej wiel­ko­ści do­mem. Wy­łą­czy­ła sil­nik i wy­sia­dła. Le­d­wo we­szła na we­ran­dę, a drzwi się otwo­rzy­ły.

- Sta­ło się coś, Pati? Je­ste­śmy umó­wio­ne ju­tro - ode­zwa­ła się Noel na wi­dok są­siad­ki.

- Mu­szę się na­pić - po­wie­dzia­ła w od­po­wie­dzi.

- Cho­le­ra. - Noel mach­nę­ła ręką za­pra­sza­ją­co, a na­stęp­nie za­mknę­ła za przy­ja­ciół­ką drzwi.

Usia­dły w sa­lo­nie, z któ­re­go mia­ły wi­dok na ogród, bę­dą­cy oczkiem w gło­wie Noel. Ho­do­wa­ła pięk­ne tam kwia­ty, a jej dumą były róże. To wy­ma­ga­ło spo­re­go na­kła­du pra­cy i cza­su, ale cie­szy­ło oko. Pati spoj­rza­ła na kwia­to­wą ta­pe­tę na ścia­nach, któ­ra się nie zmie­ni­ła od lat. Jak­by czas się za­trzy­mał. Może do­brze. Cza­sem zmia­ny nie były do­bre. Cza­sem od­kry­cie praw­dy też. Na­wet czę­ścio­we. Po­dej­rze­wa­ła, że je­dy­nie syn był z nią szcze­ry. Dla­te­go tu­taj przy­je­cha­ła. Chcia­ła od­po­wie­dzi.

- Pro­szę. - Po­da­ła jej drin­ka, któ­ry po se­kun­dzie wy­lą­do­wał w dło­ni Pati.

Ko­bie­ta po­chło­nę­ła go nie­mal na raz.

- Do­lej - po­pro­si­ła, czym za­sko­czy­ła pa­nią domu.

- Do­bra, to może po­wiesz mi, co się sta­ło? - Po­da­ła przy­ja­ciół­ce whi­skey i usia­dła obok niej.

- Na­sze dzie­cia­ki...

- Pati - wes­tchnę­ła Noel - to było...

- Nath ko­chał Wil­low. Wi­dzia­łam, jak na nią pa­trzył, kie­dy my­ślał, że nikt go nie ob­ser­wu­je. To było za­wsze ta­kie do­bre dziec­ko. Na­praw­dę do­bry chło­pak. Pa­so­wa­li do sie­bie obo­je.

- Wiem, Pati. Za­wsze go lu­bi­łam, cze­go nie mogę po­wie­dzieć o two­im Ki­cie.

- Wiem, że mi­nę­ło tyle lat, ale ni­g­dy się nie do­wie­dzia­łam, jak do­szło do tego kosz­mar­ne­go wy­pad­ku, poza tym, że mój mąż po­kłó­cił się z na­szym dziec­kiem.

- Nie tyl­ko z nim. Z Sa­mem też nie gada, chy­ba że musi.

- Wiesz, o co mię­dzy nimi po­szło?

- Ja... To nie jest do­bry mo­ment.

- A kie­dy bę­dzie do­bry? To na­sze dzie­ci ucier­pia­ły naj­bar­dziej. Mój syn wy­je­chał i nie wi­dzia­łam go od dzie­się­ciu lat! - Głos jej się za­ła­mał.

- Przy­kro mi.

- Dzi­siaj pierw­szy raz do mnie za­dzwo­nił, ro­zu­miesz? Oczy­wi­ście nie wró­ci do domu, bo po co? Kit go o wszyst­ko ob­wi­nia. Ma pre­ten­sje, że chcie­li­ście na­szej zie­mi - wy­pa­li­ła Pati i na­sta­ła ci­sza. - Noel? - Red­sto­ne spoj­rza­ła na przy­ja­ciół­kę, któ­ra ucie­kła wzro­kiem.

Czyż­by Kit miał ra­cję?

Te­raz Pati nie wie­dzia­ła, co są­dzić o po­dej­rza­nym mil­cze­niu Noel.

- Mó­wi­łam ci, że to kiep­ski mo­ment.

- O nie. - Od­sta­wi­ła z hu­kiem peł­ną szklan­kę, aż brą­zo­wy płyn ob­lał jej dłoń, czym się zbyt­nio nie prze­ję­ła. - Kit mi po­wie­dział, że to wca­le nie był wy­pa­dek. Co wiesz na ten te­mat? Słu­cham.

Zno­wu za­pa­dła ci­sza. Pati wie­dzia­ła, że okła­my­wa­no ją od tylu lat, ale w koń­cu mia­ła do­syć. Noel była jej przy­ja­ciół­ką od za­wsze, ale wła­śnie za­da­no jej ko­lej­ny cios. Sko­ro tak się spra­wy mia­ły, to jej noga tu­taj już ni­g­dy wię­cej nie po­sta­nie. Wsta­ła, zmie­rzy­ła pa­nią domu obo­jęt­nym spoj­rze­niem i ru­szy­ła do wyj­ścia.

- Pati! Pa­tri­cia! - za­wo­ła­ła za nią Noel i ru­szy­ła za wy­cho­dzą­cą są­siad­ką.

- Cze­go chcesz? - Od­wró­ci­ła się. - Kar­mić mnie ko­lej­ny­mi kłam­stwa­mi? Na­sze dzie­cia­ki się ko­cha­ły, czy tego chcie­li­śmy, czy nie. Taka jest cho­ler­na praw­da. Ale ko­muś to prze­szka­dza­ło i te­raz się za­sta­na­wiam, czy tyl­ko mo­je­mu mę­żo­wi, czy wam rów­nież. A może - zro­bi­ła krok w jej stro­nę - to była wa­sza spraw­ka, co? Może to wy pod­pa­li­li­ście sto­do­łę?

- Jak mo­żesz tak mó­wić?

- Mogę. Mogę mó­wić, co mi się po­do­ba. Bo nie pa­su­je mi, że ko­bie­ta, z któ­rą się przy­jaź­nię od za­wsze, za­pew­ne od lat mnie okła­mu­je. Więc, pani Bur­nett, dzię­ku­ję za drin­ka. Na­sza przy­jaźń wła­śnie się za­koń­czy­ła - rzu­ci­ła i wy­szła, trza­ska­jąc drzwia­mi i zo­sta­wia­jąc za­sko­czo­ną Noel.

Za­pa­no­wa­ła ci­sza. Taka, któ­ra była za­po­wie­dzią bu­rzy, bo ko­bie­ty nie zda­wa­ły so­bie spra­wy, że ich roz­mo­wie przy­słu­chi­wał się jesz­cze je­den czło­nek ro­dzi­ny, któ­ry był tak samo cie­kaw od­po­wie­dzi, jak Pati. Wy­cho­dzi­ło, że nie tyl­ko pani Red­sto­ne nic nie wie­dzia­ła. Ją rów­nież kar­mio­no iden­tycz­ny­mi kłam­stwa­mi. Po ci­chu, żeby nikt nie za­uwa­żył, wy­mknę­ła się z domu, po czym po­bie­gła do staj­ni. Mo­gła­by wziąć sa­mo­chód, ale... w ten spo­sób mo­gła cho­ciaż skła­mać, że wy­bie­ra­ła się na prze­jażdż­kę. Tro­chę cza­su za­ję­ło jej osio­dła­nie ko­nia, ale kie­dy już była w sio­dle, po­gna­ła przed sie­bie ni­czym hu­ra­gan. Chcia­ła po­roz­ma­wiać z pa­nią Red­sto­ne. Mu­sia­ła. I to była je­dy­na taka oka­zja. Bo to, co dzi­siaj usły­sza­ła, wy­peł­ni­ło jej ser­ce smut­kiem, a wspo­mnie­nia po­wró­ci­ły. Ni­g­dy nie chcia­ła się ich po­zbyć, bo tak na­praw­dę pra­wie wszyst­kie były do­bre. Pra­wie.

Po­gna­ła przez łąki w kie­run­ku ran­cha Red­sto­ne'ów. Była ja­kiś ki­lo­metr od ich domu, kie­dy doj­rza­ła sto­ją­ce na po­bo­czu auto. Wie­dzia­ła, do kogo na­le­ży. Zmie­ni­ła kie­ru­nek i po­ga­lo­po­wa­ła pro­sto do nie­go. Za­trzy­ma­ła w koń­cu ko­nia, ze­sko­czy­ła i pu­ści­ła zwie­rzę lu­zem, bo i tak ni­g­dzie by da­lej nie po­szło, a te łąki na­le­ża­ły do jej ro­dzi­ny. W każ­dym ra­zie jesz­cze. Prze­ci­snę­ła się po­mię­dzy dwo­ma wi­szą­cy­mi dru­ta­mi kol­cza­sty­mi i po­de­szła do pic­ku­pa. Za kie­row­ni­cą sie­dzia­ła mama Na­tha­nie­la i... pła­ka­ła. Wil­low wy­cią­gnę­ła rękę i z lek­kim wa­ha­niem za­pu­ka­ła w szy­bę. Pati pod­sko­czy­ła na sie­dze­niu i od­wró­ci­ła gło­wę w jej stro­nę, po czym otar­ła rę­ka­wem łzy i wy­sia­dła.

- Prze­pra­szam, że pa­nią wy­stra­szy­łam - za­czę­ła ze skru­chą w gło­sie.

- Nic się nie sta­ło, Wil­low.

- Czy mo­że­my po­roz­ma­wiać?

- Nie wiem, czy będę mo­gła ci w czymś po­móc. - Pani Red­sto­ne po­cią­gnę­ła no­sem, pró­bu­jąc do­pro­wa­dzić się do po­rząd­ku.

- Sły­sza­łam wa­szą roz­mo­wę - po­wie­dzia­ła bez ogró­dek. - Pani i mamy.

- Ja... Chy­ba nie...

- Moi ro­dzi­ce nie lu­bi­li pani syna.

- Co? - za­py­ta­ła trzeź­wo Pati, mimo że wy­pi­ła drin­ka. - Jak to: nie lu­bi­li? Nie ro­zu­miem, prze­cież...

- Po­wie­dzia­ła pani, że może moi ro­dzi­ce chcie­li pań­stwa zie­mi. Że może ten po­żar to ich spraw­ka... - Za­wie­si­ła głos.

- Ko­cha­nie, tak tyl­ko mó­wi­łam. By­łam zła. Stra­ci­łam syna. On już tu­taj nie wró­ci, a nikt mi nie chce po­wie­dzieć praw­dy.

- Ja nie­wie­le pa­mię­tam z tam­te­go dnia. Wciąż mam ja­kieś luki, ale wiem, że by­łam tam wte­dy z Na­tha­nie­lem. Wcze­śniej oskar­żył mnie o coś, co było nie­praw­dą. To zna­czy tak mi się wy­da­wa­ło, że nie było...

- A mogę wie­dzieć, o co?

- Ga­dał ja­kieś bzdu­ry, któ­rych nie ro­zu­mia­łam. A naj­bar­dziej za­bo­la­ło, kie­dy wy­po­mniał, że go nie ko­cha­łam.

- Jezu - sap­nę­ła jego mama. - Już chy­ba wiem, czy­ja to spraw­ka. I wierz mi lub nie, ale wy­cho­dzi na to, że prócz two­ich ro­dzi­ców we wszyst­kim ma­czał pal­ce mój mąż.

- Nie wiem, ale to było strasz­ne. Strasz­ne - mó­wi­ła te­raz przez łzy. - A póź­niej znik­nął, więc nie tyl­ko pani go stra­ci­ła. Ja rów­nież.

- Przy­kro mi.

- Mnie też. Ko­cha­łam pani syna, na­praw­dę - szep­nę­ła, czu­jąc wciąż pust­kę i ból po jego stra­cie.

- Wie­rzę ci. I on cie­bie rów­nież. To po­win­no tro­chę ina­czej wy­glą­dać. I nie wie­rzę, że nasi bli­scy mo­gli się do­pu­ścić tego wszyst­kie­go. Nie ro­zu­miem, jak mo­gli... - mam­ro­ta­ła pod no­sem Pati, wciąż jesz­cze nie­pew­na, ale po­wo­li ukła­da­ją­ca wszyst­ko w ca­łość.

- Czy pani wie, gdzie on jest? - Zmie­ni­ła odro­bi­nę kie­ru­nek roz­mo­wy.

- Nie­ste­ty nie. Dziś roz­ma­wia­łam z nim pierw­szy raz od tam­te­go wy­da­rze­nia. Za­sko­czył mnie.

- A ma pani do nie­go nu­mer? - Wil­low była cie­ka­wa.

- Mogę go zdo­być. Co praw­da za­dzwo­nił na do­mo­wy, ale do­wiem się.

- Da mi pani znać? - za­py­ta­ła peł­na na­dziei.

- Oczy­wi­ście. I na­praw­dę ża­łu­ję, że to wszyst­ko się tak po­to­czy­ło, ko­cha­nie. - Pat uję­ła Bur­net­tów­nę za dłoń i moc­no ści­snę­ła. Bar­dzo lu­bi­ła tę dziew­czy­nę. Uwa­ża­ła, że sta­no­wi­li z jej sy­nem ład­ną parę.

- Ja też. I bar­dzo prze­pra­szam, że wy­stra­szy­łam.

- Nic się nie sta­ło.

Dziew­czy­na po­że­gna­ła się z pa­nią Red­sto­ne, li­cząc na to, że jesz­cze uda jej się do­wie­dzieć cze­goś o by­łym chło­pa­ku. Od­wró­ci­ła gło­wę i prze­szła na dru­gą stro­nę ogro­dze­nia. Ich są­siad­ka wła­śnie od­jeż­dża­ła, więc Wil­low ru­szy­ła do swo­je­go ko­nia. Czu­ła się dziw­nie nie­swo­jo. Cza­sem się za­sta­na­wia­ła, czy Na­tha­niel o niej my­ślał. Była pew­na, że zmarł, bo ni­g­dy wię­cej go nie wi­dzia­ła, a jego oj­ciec mó­wił o nim tak, jak­by chło­pak nie żył. Ale dzi­siaj wstą­pi­ła w nią nowa na­dzie­ja. Na­dzie­ja... tak na­zwa­ła swo­je­go ko­nia, na któ­re­go wsia­dła i po­gna­ła w kie­run­ku domu. Domu, któ­ry stał się jej pu­łap­ką. Po wszyst­kim za­mknę­ła się bo­wiem w so­bie i za­czę­ła stro­nić od lu­dzi. A kie­dy chcia­ła wró­cić do ży­cia, oka­za­ło się, że jej nie po­zwo­lo­no...

Mniej wię­cej po pół go­dzi­nie była w ro­dzin­nej po­sia­dło­ści. Jak tyl­ko prze­kro­czy­ła próg, na­prze­ciw­ko niej sta­nę­ła jej mama. Zmie­rzy­ła cór­kę wzro­kiem, ale dało się wy­czuć, że w po­wie­trzu coś wisi. Jak­by sie­kie­ra, któ­ra nie­dłu­go ze­tnie ko­muś gło­wę.

- Gdzie by­łaś? - za­py­ta­ła ją mat­ka po­dejrz­li­wie.

- A gdzie ja mo­głam być? Na kon­nej prze­jażdż­ce. - Tyl­ko tro­chę skła­ma­ła. - Nie mogę wiecz­nie sie­dzieć w domu.

- Ro­zu­miem, ale chcia­ła­bym z tobą o czymś po­roz­ma­wiać. - Za­pro­si­ła cór­kę do sa­lo­nu.

- O czym? Sta­ło się coś?

- Była tu­taj Pati - po­wie­dzia­ła jej mama.

- No i? Cza­sem prze­cież wpa­da cię od­wie­dzić. - Wzru­szy­ła od nie­chce­nia ra­mio­na­mi, żeby nie dać po so­bie znać, że o wszyst­kim wie. - Nic no­we­go. I chy­ba ju­tro je­ste­ście umó­wio­ne, praw­da?

- Czy­li nic nie sły­sza­łaś? - za­py­ta­ła, bacz­nie się cór­ce przy­glą­da­jąc.

- Sły­sza­łam o czym? Przed chwi­lą - wska­za­ła drzwi - wró­ci­łam. Na­wet nie wie­dzia­łam, że two­ja przy­ja­ciół­ka cię od­wie­dzi­ła - skła­ma­ła.

- Chy­ba po­kłó­ci­ła się z Ki­tem - po­wie­dział mąż Noel, któ­ry wła­śnie po­ja­wił się w domu i po­ca­ło­wał żonę w po­li­czek, a na­stęp­nie ścią­gnął ka­pe­lusz i otarł chu­s­tecz­ką pot z czo­ła.

- Na to wy­glą­da. Po­noć po­kłó­ci­li się o Na­tha­nie­la - po­wie­dzia­ła i ob­ser­wo­wa­ła re­ak­cję cór­ki.

- To nie moja spra­wa. Idę do kuch­ni. Po­mo­gę Mag­gie przy ko­la­cji - ode­zwa­ła się Wil­low i czmych­nę­ła.

Nie chcia­ła o nim wspo­mi­nać przy nich. Wie­dzia­ła, że gdy­by Nath i ona spo­tka­li się w in­nym cza­sie, a może gdy­by mie­li in­nych ro­dzi­ców, to wszyst­ko wy­glą­da­ło­by ina­czej. Ale było, jak było, na­wet je­śli nie wszyst­ko jej się po­do­ba­ło. Te­raz była na­to­miast zde­ter­mi­no­wa­na, żeby dzia­łać. Sko­ro wie­dzia­ła już, że on żył, mu­sia­ła się je­dy­nie do­wie­dzieć, gdzie miesz­kał. A to było coś, co wy­ma­ga­ło tro­chę wy­sił­ku. Rap­tem przy­po­mnia­ła so­bie o kimś, z kim nie roz­ma­wia­ła bar­dzo dłu­go. Lu­dzie wy­jeż­dża­li, zmie­nia­li nu­me­ry te­le­fo­nu i ślad po nich gi­nął. Tak też było w tym przy­pad­ku. Ow­szem, sama mo­gła się pierw­sza ode­zwać i na­wet od ja­kie­goś cza­su chcia­ła za­dzwo­nić, jed­nak było jej tro­chę głu­pio. Zwłasz­cza po tym, jak oj­ciec po­trak­to­wał jej ku­zyn­kę, któ­ra uwa­ża­ła, że Wil­low mia­ła po swo­jej stro­nie pra­wo. Ale ona jako grzecz­na cór­ka, nie chcia­ła za­drzeć z ro­dzi­ną. Te­raz już wie­dzia­ła, że zro­bi­ła źle. Wszyst­ko od­by­ło się zaś jej kosz­tem, w su­mie kosz­tem ich oboj­ga... Po­świę­co­no ich dla ja­kiejś głu­piej spra­wy. Ko­niec z tym. Tak po­sta­no­wi­ła i te­raz mu­sia­ła dzia­łać.

Za­miast do kuch­ni po­szła do sie­bie do po­ko­ju. Za­mknę­ła drzwi na klucz i za­czę­ła prze­szu­ki­wać szu­fla­dę z bie­li­zną, w któ­rej ukry­ła coś przed ro­dzi­ca­mi. Była do­ro­sła, a trak­to­wa­no ją jak przy­głu­pa. Jak­by nie mo­gła o so­bie de­cy­do­wać. Nie była ubez­wła­sno­wol­nio­na, ale cza­sem się tak czu­ła. Cią­gle wy­py­ty­wa­li ją: gdzie idzie, po co, do kogo, kie­dy wró­ci. A ona mia­ła dwa­dzie­ścia sześć lat i z całą pew­no­ścią była do­ro­sła.

III

Wil­low zna­la­zła to, cze­go szu­ka­ła. Roz­wi­nę­ła pa­pier i mo­dli­ła się w du­chu, żeby nic się nie zmie­ni­ło. Wy­cią­gnę­ła te­le­fon z kie­sze­ni, wy­bra­ła ciąg cyfr za­pi­sa­nych na kart­ce i przy­ło­ży­ła urzą­dze­nie do ucha.

Je­den sy­gnał.

Dru­gi, trze­ci...

Już mia­ła się roz­łą­czyć, gdy...

- Halo?

- Eva?

- Kto mówi?

Dziew­czy­na nie wie­dzia­ła, co ma od­po­wie­dzieć. Za­wie­si­ła się.

- To ja... - cięż­ko prze­łknę­ła - Wil­low.

Jak tyl­ko pa­dło jej imię, na li­nii za­pa­no­wa­ła wy­mow­na ci­sza. Do­my­śla­ła się, że Eva jest za­sko­czo­na. Ona by była, gdy­by na­gle skon­tak­to­wał się z nią ktoś z prze­szło­ści. Ale gdy ci­sza się prze­dłu­ża­ła, Wil­low zwy­czaj­nie się roz­łą­czy­ła. To było głu­pie z jej stro­ny, żeby za­kła­dać, iż ku­zyn­ka ucie­szy się na ten te­le­fon. Ich ostat­ni raz, kie­dy się wi­dzia­ły, był po tym, jak wy­szła ze szpi­ta­la, czy­li bar­dzo daw­no temu. Czy­li wte­dy, kie­dy czas pra­wie prze­stał ist­nieć, a ona o mało nie umar­ła w wy­ni­ku ran i tę­sk­no­ty. Wła­śnie wte­dy bez sło­wa znik­nął też Nath. Jego odej­ścia nie prze­bo­la­ła do tej pory. Ro­dzi­ce pró­bo­wa­li ją na­mó­wić na rand­kę z bo­ga­tym są­sia­dem, któ­ry rów­nież jest ran­cze­rem, ale ona nie chcia­ła. A te­raz...

Cięż­ko usia­dła na łóż­ku. Na­dzie­ja, że uzy­ska ja­kąś po­moc, wła­śnie po­szła na dno. Za­ci­snę­ła dłoń na urzą­dze­niu, któ­re po chwi­li za­dzwo­ni­ło. Od razu je unio­sła, a jej po­wie­ki się roz­sze­rzy­ły.

- Wil­low - pa­dło z dru­giej stro­ny, gdy tyl­ko przy­tknę­ła do ucha iPho­ne'a.

- Eva - wy­du­si­ła, nie bar­dzo wie­dząc, jak za­cząć roz­mo­wę. Dłu­go się nie wi­dzia­ły.

- Wszyst­ko z tobą do­brze?

- Tak - od­po­wie­dzia­ła ci­cho, żeby nikt nie usły­szał. Czu­ła się tro­chę jak w wię­zie­niu.

- Dla­cze­go szep­czesz?

- Żeby nie sły­sze­li.

- Czy­li nic się nie zmie­ni­ło.

- Nie bar­dzo. Ale...

- Da­lej miesz­kasz z nimi?

- A gdzie mia­ła­bym pójść?

- Jezu, masz stu­dia, mo­żesz wszyst­ko, Will.

- Gdy­by oni nie byli tacy, to pew­nie tak.

- Da­lej nie ro­zu­miem ich i two­je­go za­cho­wa­nia.

- To dłu­ga hi­sto­ria.

- Mamy czas.

- Wła­śnie, że nie mamy - za­prze­czy­ła z całą mocą.

- Co się dzie­je?

- Nath żyje. Jego mama była u nas, moja uda­je, że o ni­czym nie wie.

- Czy­li jak zwy­kle kłam­stwa. Mam po cie­bie przy­je­chać?

- Chcia­łam, że­byś po­mo­gła mi go od­na­leźć, ale chy­ba wy­jazd też mi do­brze zro­bi. Tyl­ko nie mam for­sy, żeby coś wy­na­jąć.

- O to się nie martw. Od tego jest ro­dzi­na. Daj mi czas, rano będę.

- Ale oni nie po­zwo­lą.

- W du­pie ich mam. Bę­dziesz mu­sia­ła wyjść z domu nie­po­strze­że­nie, kie­dy dam ci znać. Zdo­łasz to zro­bić, Will?

- Tak, choć je­stem więź­niem we wła­snym domu.

- Tym bar­dziej za­bio­rę cię z tego prze­klę­te­go mia­stecz­ka. To nie miej­sce dla cie­bie, a póź­niej od­szu­ka­my Red­sto­ne'a. Do­brze pa­mię­tam?

- Tak. Je­stem ci... - urwa­ła, bo się za­po­mnia­ła i za­czę­ła gło­śno mó­wić.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku, Wil­low? - pa­dło zza drzwi, a po chwi­li gał­ka drgnę­ła.

- Tak, wszyst­ko okej, mamo - od­po­wie­dzia­ła i ze­sztyw­nia­ła.

- To dla­cze­go masz za­mknię­te drzwi?

- Nie wiem. - Po­sta­no­wi­ła uda­wać głu­pią, bo cza­sem mia­ła ta­kie za­ni­ki pa­mię­ci.

- Będę rano - po­wie­dzia­ła Eva i się roz­łą­czy­ła.

Te­le­fon wy­lą­do­wał na biur­ku, a ona sama aż się tro­chę spo­ci­ła przez roz­mowę z ku­zyn­ką, a prze­cież na kon­cie mia­ła gor­sze spra­wy. Ale to była ro­dzi­na. I przez te wszyst­kie lata za­cho­dzi­ła w gło­wę, co się tam od­pier­ni­cza­ło. Od cza­su do cza­su dzwo­ni­ła, ale za każ­dym ra­zem sły­sza­ła tę samą śpiew­kę, że Wil­low nie ma. Że wy­szła, że już śpi, żeby za­dzwo­ni­ła kie­dy in­dziej. I Eva dzwo­ni­ła, tyl­ko że efekt wciąż był taki sam.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.