Zapojutrze - Małgorzata Gwiazda-Elmerych

Kup ebooka

26.25 zł
21.00 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Lasjest piękny, typowo jesienny. Rdzawobrązowe, brązowożółte,żółtozielone liście. Gama kolorów, jaką można sobie tylko wymarzyć,raj dla oczu każdego artysty. Ścieżki zasypane barwnymi liśćmi, niewidać piasku, tylko kolorowy dywan. Dywan, choć brzmi to banalnie, toodpowiednie słowo. Gdzieniegdzie kolory zlewają się, z góry, z gałęzidrzew brąz spływa na pnie i ziemię.

Idziepo tym dywanie cicho. Wszystko wokół jest mokre, dlatego liście nieszeleszczą, a jego kroki są miękkie, stopy zapadają się w wilgoć.Jeszcze jest pięknie, brązowo, ale słońce jakby przygasło. Zbliża sięwieczór? Brąz jest coraz ciemniejszy, a on powoli wtapia się w las, wciemność. Próbuje odetchnąć. Otwiera szeroko usta i chce nabraćpowietrza, które czuje w nozdrzach, ale które nie dostaje się dopłuc. Czuje jego gęstość i wilgoć, ale ono wciąż nie wpływa dośrodka... Las wokół jest już tylko ciężką, mokrą, brunatną papkąpomieszanych liści i błota, a on walczy, by wchłonąć tę wilgoć dośrodka, bo ta dałaby mu życie. Jeszcze jedna próba, jeszcze jedenwdech, i traci przytomność. Leci w ciemność. Dusi się.

Głębokihaust powietrza. Cząsteczkitlenuprzedzierają się przez gardło i ranią tchawicę, przebijają pęcherzykipłucne. Oddycha, ale ból oddechu staje się nie do zniesienia. Łapiesię za gardło i siada gwałtownie. Dopiero teraz uświadamia sobie, żejest w swojej sypialni, w swoim łóżku. Sen o lesie miesza się z bólemoddychania. Zaciska dłoń na gardle z nadzieją, że przyniesie to ulgę,ale nawet małe porcje powietrza, które teraz wnikają do płuc,powodują cierpienie. Są jak kolczaste kulki, które płyną powoli przezgardło, krtań, tchawicę, oskrzela... Na każdym z tych odcinkówzahaczają o tkankę i ranią, tocząc dalej krwawą miazgę do płuc. Niewie, czy oddychać i cierpieć, czy lepiej umrzeć z braku powietrza.Jedną ręką wciąż trzyma się za gardło, drugą odrzuca kołdrę. Musi cośzrobić. Wokół ciemność. Nie wie, czy jest przed północą, czy możezaraz zacznie świtać. Z trudem przypomina sobie, jak znalazł się włóżku. Dwa oddechy. Mała porcja powietrza znów przedziera się przezkrtań. Ręka wciąż zaciska się na gardle, jakby mogła zatrzymaćkolczaste kulki, pozwalając samemu powietrzu dotrzeć do płuc. Powolipodnosi się z łóżka. Zadzwoni po pogotowie albo do ojca. Ktośprzecież musi mu pomóc. Kolejna porcja powietrza i kolejna fala bólu.W ciemności próbuje znaleźć kapcie, ale rezygnuje, gdy uświadamiasobie, że nie ma to sensu: obojętnie, czy umrze w kapciach, czy bez.Dociera do drzwi, otwiera je. To dziwne, przecież nigdy ich niezamyka. Mieszka sam, i nie ma potrzeby oddzielania zamkniętymidrzwiami dużego pokoju od małego, od jego sypialni. Za drzwiami gęstaciemność. Pokój wydaje się nierealnie rozciągnięty, zdeformowany.Może to jakieś halucynacje z braku powietrza... Nieważne. Obraca sięw stronę, gdzie powinien być telefon. Idzie, jakby stąpał po wacie,nie czuje stóp ani podłogi, czuje za to, że o coś zahacza. Fotel.Duży, rzeźbiony, dziwaczny sprzęt przytargany z jakiegoś komisu. Skądten fotel? Usiłuje sobie przypomnieć, ale głowa zajęta jest czymśinnym. Łapie płytki oddech i fala bólu przetacza się przez jegociało. Robi kolejny krok. Wata, po której stąpa, jest gęsta i miękka,tak jak ciemność dokoła. Mija rzeźbiony fotel, jeszcze raz zadającsobie pytanie, skąd on się wziął? Przestrzeń między nim a telefonemrozrasta się i coraz bardziej zniekształca. Chce uchwycić się czegośrealnego, konkretnego. Obraca głowę w kierunku fotela. "Tato",przelatuje mu przez myśl. To, co widzi w ciemności, miesza się zobrazami z pamięci.

"Tato?Co ty tu robisz?", raczej myśli, niż mówi. Powietrze cienkąstrużką wpływa do płuc, ale nie wypływa, przekształcając się w głoslub ledwo słyszalny dźwięk. Kolejna fala bólu. Ojciec siedzispokojnie, oparty całymi plecami, z rękami swobodnie położonymi naporęczach. Na ustach lekki uśmiech, a oczy... Mimo ciemności widzi,że oczy ojca są... Nie ma ich. Są tylko puste, zakrwawione, martweoczodoły. Już nie walczy o oddech. Traci przytomność, zapada się wczarną watę.

Kolejnyhaust powietrza. I jeszcze jeden. Siada na łóżku, zrzucając z siebiekołdrę. Boże, znów ten sen. Znów to samo, znów brakuje powietrza.Chaotycznymi ruchami dłoni szuka włącznika lampki. Trafia, aleprzewraca lampkę. Oddech jest wciąż rozpaczliwy, głęboki, jakbywalczył o każdą porcję powietrza, o każdą sekundę życia. Rozgląda siędookoła. W świetle rozpoznaje swój pokój, swoje mieszkanie, samegosiebie. Oddech powoli się uspokaja. To był jeden z tych snów, żeumiera. Czasami umiera inaczej, zwykle jednak z braku powietrza. Czyma inne sny? Pewnie ma, ale ich nie pamięta.

Mężczyznaoddycha już zupełnie spokojnie. Przez szeroko otwarte drzwi widzizarysy sprzętów stojących w drugim pokoju. Musi wstać i upewnić się,czy nie ma tam rzeźbionego fotela. Wie, że nie, ale czuje przymus, bywłączyć światło, dokładnie sprawdzić i stwierdzić, że nie ma tamfotela z martwym ojcem. Ojcem Grzegorzem. Krótkie spodenki od piżamysą przepocone, podobnie włosy. Wkłada stopy w kapcie. Nie lubi ich,ale mama zawsze mówiła, że na podłodze jest mnóstwo bakterii, że mogągo zabić. Nie chce być zabity przez bakterie, więc zakłada kapcie,choć już od czterech lat nie mieszka z matką. Jeszcze jeden głębokioddech, zanim podniesie się z łóżka. Jest zmęczony. Każdy taki sen tomaraton, dlatego jest tak chudy - spala kalorie podczas snu. Wkońcu zbiera odrobinę sił i dźwiga się z łóżka. Serce zaczyna bićmocniej. A co, jeśli rzeźbiony fotel jest w drugim pokoju, a na nimmartwy ojciec bez oczu?

"Toobłęd, ja wariuję, wariuję coraz bardziej. Jestem wariatem, głupkiem,odmieńcem". Powoli podchodzi do szeroko otwartych drzwi.Dwadzieścia centymetrów od framugi jest włącznik światła, wystarczytylko zanurzyć w ciemności dłoń, i zaraz stanie się światło. Imbliżej drzwi, tym kroki wolniejsze. Wsuwa rękę w przestrzeń drugiegopokoju, wyczuwa pod palcami włącznik, naciska i słyszy cichekliknięcie. Oddycha teraz spokojniej. Stara meblościanka na wysokipołysk stoi w tym samym miejscu, gdzie stała. Ława, dwa fotele, dywan- wszystko jest, jak było. Wsuwa głowę do drugiego pokoju isprawdza, czy nie pojawiło się nic nowego, niespodziewanego.Wszystko, co dostał od rodziców - osobno od matki i osobno odojca - jest w pokoju. Na szczęście nie ma tam rzeźbionegofotela.

Dokuchni idzie już spokojnie, upewnia się tylko po włączeniu światła,czy kosz na śmieci jest szczelnie zamknięty w szafce pod zlewem. "Tosiedlisko bakterii", tak mówiła mu matka. Bierze szklankę zsuszarki i nalewa wody prosto z kranu. Pije i czuje, jak chłódrozlewa się w środku. Wypija drugą szklankę. Siada na taborecie,opiera rękę na stole, palcami uderzając o ścianę. Po raz kolejny wżyciu czuje, że nie daje rady, że przegrywa.

Wyprowadziłsię od matki i dziadków. Znalazł pracę, byle jaką, ale przy jegoskromnych możliwościach to i tak dobrze. Powiedział ojcu, żeby doniego nie przychodził, kiedy chce, tylko wtedy, kiedy się umówi.Pracuje nad sobą. Od lat leczy się u tej samej terapeutki i ma zasobą setki przegadanych godzin. On, dziecko, które na widok obcejosoby odwracało głowę i czuło, że świat przestaje istnieć. Tak siędziało: świat przestawał istnieć, głos obcej osoby nie docierał douszu, a pole widzenia zawężało się i ciemniało, aż stawało się jednąmałą gwiazdką, która też znikała. Trwało to pięć, piętnaście alboczterdzieści minut, a światło pojawiało się dopiero na hasło: "Tomuś,idziemy". Głos matki jak jad lub krople trucizny wlewające siędo uszu. "Tomasz, słyszysz? Wracamy", mówił ojciec.Dodawał jeszcze: "z ciebie to jakiś odszczepieniec, co ta matkaci robi?".

2.

- Znówbrak oddechu? Co czułeś? - pyta terapeutka.

Kasztanowewłosy łagodnie opadają jej na ramiona. Ma sylwetkę gruszki -szczuplutkie ramiona i obfite biodra, stworzone do rodzenia dzieci.On chyba nigdy nie będzie miał dzieci. Kto będzie chciał takiegopopaprańca, jak babcia mówiła...

- Coczułeś? - Głos kobiety wyrywa go z zamyślenia. Zawsze czuje tosamo: strach. Czasami większy, czasami mniejszy, ale strachtowarzyszy mu każdego dnia, o każdej godzinie, nawet, gdy śpi. Gdynie śpi, strach wielką grudą zalega w gardle.

- Strach- odpowiada po chwili milczenia.

Niepatrzy jej w oczy, wstydzi się. Jaka jest, jakie ma oczy, włosy ibiodra, zauważa wtedy, gdy ona nie widzi, robi notatki, pisze receptęna antydepresanty albo prochy na sen.

- Jakijest? - Czuje, że terapeutka przygląda mu sięuważnie,czeka na jego spojrzenie.

- Boli.- Znów milczenie.

Taksamo bolało, gdy matka z zaciśniętymi ustami zmuszała go do ubieraniasię, jedzenia, spania. Szara, chuda twarz i ciasno związany z włosówkucyk z tyłu głowy. Przez to wydawało się, że jej oczy wychodzą zczaszki. Ten obraz wrył mu się w pamięć i został z nim na zawsze. Bozawsze taka była. Schylała się nad nim chuda, zgarbiona, w za dużymswetrze, i syczała prosto w twarz:

- Ubierajsię szczeniaku, ile razy będę ci mówić! - Ciskała w niegorajstopami. - Słyszysz? Taki sam jak ojciec. Taki sam głupi -dodawała, a on, nawet gdyby najbardziej na świecie chciał ubrać tegłupie rajstopy, to nie potrafił. Zawsze skręcały się jakoś tak, żenie mógł ich podciągnąć, nawet jeśli poradził sobie z nasunięciem ichna stopy.

- Mamo- próbował cicho prosić ją o pomoc.

- Cotam mamroczesz pod nosem? Mów głośniej. Słyszysz? Głośniej. -Znów podchodziła i pochylała się nad nim. - Głośniej, słyszysz,co mówię?

Przestawałwtedy chcieć mówić cokolwiek. Ona wręcz przeciwnie, zawsze miała dużodo powiedzenia.

- Czemumi przytrafiło się takie gamoniowate dziecko? Taki sam jak jegoojciec. Stoczniowiec, co sobie wziął dziewczynę z inteligenckiejrodziny. Robol, co mu się porządna kobieta zamarzyła, a ja głupia sięzgodziłam. Taki sam tępy. Robol zawsze pozostanie robolem, nic go niezmieni. A teraz po sądach się włóczy i bzdury opowiada, że zdzieckiem chce być. A co by z tym dzieckiem robił? Z takim kretynem,jak on...

Matkanagle przypomina sobie o rajstopach i znów rzuca nimi w Tomka.

- Zakładaj,bo jak nie, to w samych majtkach pójdziesz.

Rajstopynadal nie dają się założyć. Chłopiec czuje, jak łzy płyną mu popoliczkach. A przecież nie chciał płakać. Nie chciał, to jakośsamo...

- Iznów beczysz?

Matkajest już ubrana w żółtą kurtkę. Przez ten kolor jej twarz staje sięjeszcze bardziej blada. Szara i blada. Tomek boi się tej twarzy.

- Niezałożyłeś rajstop, to nie. Zakładaj buty. - Rzuca mu kalosze.

Chłopiecpodnosi jednego i powoli nakłada na stopę. Z drugim robi to samo. Tonie jest trudne, wystarczy tylko wsunąć stopę, nie tak jak zrajstopami.

- Zakładaj!

Matkałapie go za rękę i siłą wciąga rękaw kurtki. Coś się zaplątuje, dłońnie może przedostać się do końca rękawa. Boli. Kolejna fala łezpłynie po policzkach. Druga ręka na szczęście ma mniej problemów.Mniej boli.

- Idziemy.- Krótkie hasło jest jak strzał z procy.

Zkuchni wychodzi babcia i opiera się o futrynę.

- Takgo zabierasz? - Gestem głowy wskazuje na gołe nogi i kalosze.

- Jaksię gówniarz nie potrafi ubrać, to tak będzie szedł. Przedszkole niejest daleko, mrozu nie ma. Może się głupek w końcu nauczy. -Łapie torebkę, klucze i szarpie Tomka za rękę. - Zaraz będę. -Odwraca się do starszej kobiety.

- Aleco w przedszkolu powiedzą? - z troską pyta babcia, ale nawetzapłakany Tomek czuje, że nie chodzi o niego.

- Gównomnie to obchodzi. Wykształcone paniusie przedszkolanki są od tego, byzajmować się dzieciakami, a nie mówić mi, co mam robić.

- Mogąojcu powiedzieć, a on, wiesz, że zaraz poleci do sądu.

Chwilazawahania, Tomek czuje, że ręka matki się rozluźnia.

- Powiem,że zsikał się po drodze w spodnie i musiałam je zdjąć. W przedszkoludadzą mu coś do ubrania. - Dłoń znów zaciska się na drobnejręce dziecka. - Idziemy. Może się w końcu nauczysz, jakdzieciaki w przedszkolu cię wyśmieją.