Widokz nieodległych górek nie odstręcza, raczej przyciąga wzrok; miastorozłożyło się w niecce obmywanej rozgałęzieniem rzeki Koropiec,tworzącej od południa nieregularne rozlewiska, kanał i trochęokolicznych bagnisk. Kopuły dwóch cerkwi i wieża kościoła sygnalizująjakieś życie duchowe. O zmyśle gospodarczym niegdysiejszych włodarzymogłaby z tej odległości świadczyć rozległa infrastruktura zfabrycznym kominem; kompleks architektury przemysłowej na miaręłódzkich fabrykantów. Niekoniecznie żydowskich, lecz kto tam wie,stąd nie widać szczegółów, pozostają statystyki o zaprzeszłejsupremacji tej nacji wśród mieszkańców okolic. Budowla ta z dalekawydaje się monumentem o nieznanym rodowodzie. Żeby sprawdzić jejprzeznaczenie, należałoby zatrzymać autobus, zejść niżej nieużytkamii polami w stronę żwirowni czy też kamieniołomów. Ziemia pod nogamizapewne tam grząska, namoknięta, choć wyżej sucho i gorący lipcowywiatr zdmuchuje z pól wyschnięte badyle. Z lewej mignął i zastygł nadnie oka rachityczny ogród z mizernymi jabłonkami, które dawnozapomniały, kto je sadził. Wzdłuż kamieniołomów gęstnieją krzakidochodzące, zdaje się, do trzęsawiska, mrocznie tam, ustronnie i wzasadzie bezpiecznie; im głębiej, tym wyższa trawa, łatwo sięschować. Więc może tam ukrywał się mój tatko przed gestapo, któredopadło wcześniej wujka Janka i torturowało go za przynależność do AKw buczackiej tiurmie.Tędyjednak, w bok od traktu ze Stanisławowa, nie wjedzie się do miastachronionego urwiskiem, krzakami i brzegiem stawu.
Zjeżdżamycoraz szybciej w dół. Mijane drzewa migają za oknami, kadry panoramyrwą się... Miasto, ze stawiskiem pobielonym chmarą gęsi, mokradłamina skraju, majaczy z oddali, jeszcze się nie zaczęło, a już minęło,rozmywa się, zanika, jakby go w ogóle nie było. Gorąc wewnątrznagrzanego autokaru dodatkowo wzmaga rosnącą atmosferę pozornegoniebytu tego zakamarka Kresów, bo jeszcze przed chwilą był, azapodział się, co niepokoi; gdzieś już o tym czytałem, skądś znam tebanialuki i złośliwości o zapyziałej topografii mojej rodzinnejmiejscowości, że "są niedowiarki, którym istnienie miastaCapowic wydaje się może problematycznym, bo nie ma tak jasnej iprostej rzeczy pod słońcem, by złość i przewrotność ludzka nie podałajej w wątpliwość". Akurat... No, nie należy takichniedorzecznych wątpliwości przyjmować na wiarę, bo niby co ma byćproblematyczne? Gdzieś tu się urodziłem, moi rodzice takoż, znajdęich dom, i pal licho, co Jan Lam miał na myśli oraz dlaczego takspostponował Monasterzyska, sprowadzając je do poziomu zatęchłychCapowic. Dworował z nich, czyniąc z miasteczka i jego rajców przykładprowincjonalnej galicyjskiej beznadziei, której istnienie - nadodatek - uznał za dolegliwie problematyczne. Marność owazapewne była i się zmyła, a ostało się jądro Monasterzysk, które są -zaraz miniemy drzewa, chaszcze, mostek, wtargniemy do cityi świat nie będzie mógł już ignorować starożytnego grodu z rynkiem,na którym - nawet jeśli koślawo - to krzyżują się głównetrakty Podola: ze Stanisławowa do Tarnopola i ze Lwowa przez Buczacz,aż na Zaleszczyki. Żadne inne miasto nie zostało tak wyróżnione czyteż naznaczone łatwym zapamiętaniem, zwłaszcza nawierzchni dróg. Ktoraz nimi zmierzał... Bezwzględnie tamtędy właśnie wożono nieletniegoLama ze Stanisławowa na nauki do gimnazjum w Buczaczu. Może trafiłysię roztopy, a na rozdeptany trakt wyległy zabłąkane capy czy teżinsza rogacizna, i dalej już poszło po linii najprostszychzłośliwości, że tu rozsiadł się między bajorami galicyjski WIELKIŚWIAT, ale z herbem capa. Miejsce, którego jakby nie było, a jednakwszystko mogło się tam zdarzyć, niestety...
Monasterzyskazawsze, choćby z dziurawej niecki, hardo wystawiały ku niebu pozaszczyty czupryny swoich hrabiowskich właścicieli, a nawet całym,nie byle jakim, rynkiem z kościelną wieżą, cerkwią i synagogąwspinały się na palce i, nie tracąc przy tym równowagi, obstawałyprzy swoich racjach, że nie wypadły sroce czy też byle capowi spodogona. Nigdy nie kryły się po kątach, ani też nie szczypały się otożsamość z wydumanymi Capowicami, co potwierdzają zapiskinajpoważniejszych kronikarzy i heraldyków zaprzeszłej epoki; mająswój znak rodowy z toporem, jakkolwiek trochę inny, niż ten z 1866roku, gdy stały się centrum prześmiewczej akcji nakręcanejsatyrycznym talentem Lama. Pisarz najwyraźniej odniósł potrzebęodreagowania, ale czego? Coś tam zapamiętałem z jego biografii.Właśnie w tych okolicach troszkę się nacierpiał - i to uzarania swej edukacji - za sprawą bazylianów z Buczacza. Zakażdym razem, gdy powożący bryczką stangret zacinał konie wMonasterzyskach, to Janek Lam od razu słyszał świst rózgi wnieodległym Buczaczu. Nie trudno więc się dziwić, że znielubił zakrętprzy rogatkach Monasterzysk, skąd jak z bicza strzelił, wieziono godziesięć kilometrów dalej do srogich zakonników, którzy tylkoczekali, żeby go ucapić i wprząc do nauki w tamtejszej, przesławnejkuźni intelektu. Austriackie gadanie, bicie po łapach linijką itrzepanie spodni przyniosło więc z czasem i takie nadspodziewaneefekty. Za edukację w buczackim gimnazjum nad rzeką Strypą zapłaciłyostatecznie Monasterzyska nad Koropcem, przy czym na Kresach takazamiana miejsc nigdy nikogo nie dziwiła, tutaj zawsze ktoś za kogośdostawał cięgi. Wojska koronne za prywatę magnaterii, a Kozacy zaambicje Chmielnickiego. Z drugiej strony, kto wie, czy Monasterzyskomjako Capowicom (jeśli już chwilowo, powiedzmy, usprawiedliwić Lama)nie należało się coś więcej, jakaś pokuta. Niechby i zagrzebanie wdziurze niecki dla nabrania rozumu oraz patriotyzmu. Tych cechrzekomo zabrakło obywatelom okolic, gdy wyuczony w Buczaczu i weLwowie Jan Lam, już po prawniczych studiach, zaciągnął się dooddziałów powstańczych i walczył w 1863 roku o Polskę, za co trafiłdo austriackiego więzienia właśnie, no gdzie? W Buczaczu! Osaczonyprzez dwa czarne orły z czterema głowami naraz. Cóż za ironia losu;walczył jako polski patriota z carem, a skazał go na trzy latawięzienia sąd w Wiedniu i osadził w pierdlu ze znakami firmowymicesarza Franza Josepha. Oni się dogadali, a on zza krat oglądałwznoszący się po drugiej stronie ulicy monastyr z gimnazjumBazylianów i wyprowadzane stamtąd na wybieg kolejne zastępykandydatów na ewentualnych patriotów. Miał o czym myśleć. Wywodzącysię z niemieckiej kalwińskiej rodziny haratał szablą trakt dowolności dla jaśnie oświeconych z Monasterzysk, którzy w tym czasiehulali i przepijali majątki, rozparcelowane później za niepłaceniepodatków pomiędzy kolonistów z Polski, na co - Bogu dzięki -załapali się i moi dziadkowie. Rzecz jasna rozgoryczenie Lama, jeślitrafnie oceniał mentalność mieszkańców tych okolic, musiało znaleźćjakieś ujście, więc wymyślił Wielkiświat Capowic,czym chciał ukarać, a unieśmiertelnił Monasterzyska, mimodługotrwałych, strategicznych manewrów rajców Kozłowa, miastależącego wszakże w odległym okręgu tarnopolskim. Ci zazdrośnicynieustannie capkiem stają i dowodzą, jeszcze dziś, i to w internecie,że tylko oni zasługują na tak szczególne literackie wyniesienie wWielkimświecie...A niby czymże ów Kozłów poza swą banalnością miałby ucapićkogokolwiek, a na pohybel, chyba że jakąś zbłąkaną, niedorośniętąkózkę... Cap, jakikolwiek by był, jednak brzmi dumniej, nawet jeśliwpadł w błoto nad Koropcem, to jednak nie stracił na hardości i nadalwystawia rogi, nie byle jakie. Ponadto nasz cap, to cap z właściwymrodowodem, i już! Hopsa!
Imbliżej dna niecki, tym goręcej, ależ podróż..., zaraz wypadniemy zdrogi. Autokar znów jęknął i zamarł w milczeniu. Panie po lewej dusząw sobie zdrowaśki, jesteśmy już tak blisko celu? Zatem koślawomierzona wielkość Monasterzysk... - hopsa! O Boże, ale nas znówwyniosło na zakręcie, wolniej, wolniej... - więc ona ma też iswoje inne walory, co próbuję rozważać, choć przy drgającej nanierównościach jeździe w dół niecki, jest trudne, łatwo stracić zęby.Trzymam się oparcia, niestety w takich warunkach ożywianie doraźnejsemantyki ocapiania, tej pięknej metaforycznej rumuńsko-karpackiejwieloznaczności, musi poczekać, bo im bliżej jądra, tym światbardziej rozedrgany, a droga najwyraźniej się kurczy. Do słownikówBrücknera i Kopalińskiego zajrzę przy innej sposobności, ale i takwiem swoje, kozioł to nie cap, a temperatura znów rośnie, gdy takpędzimy jak spieniony ogier Bohuna nad nieodległym Dniestrem.
Wjeżdżamy(oczywiście nieco za szybko) do miasta, skok przez mostek na Koropcui widzę, że kierowca autosana szuka rozpaczliwie drogowskazu. Wołam,żeby skręcił w prawo, na Buczacz, bo w lewo jest droga na Tarnopol, aza nami szlak ze Stanisławowa, czyli tak, jak w powieści Lama,dokładnie tak! Tym w Kozłowie pomyliły się chyba kierunkigeograficzne i nie mieli oni takiego rynku, jaki jest tutaj... Toznaczy, jaki kiedyś tu był bez wątpienia, bo teraz - co zniepokojem konstatuję - mamy w tym miejscu wyraźny śladradzieckiej myśli urbanistycznej, ale nie na tyle rewolucyjnej, byzwątpić w biegun magnetyczny Ziemi. Z układu dróg na skrzyżowaniu, doktórego się zbliżamy, każdy przecież może odczytać topograficznesugestie autora zawarte w wiekopomnej powieści. Opinia o niejKazimierza Wyki też nie daje podstaw, by pozbawiać Monasterzysknależnych im, nabytych praw. My, chłopcy z Monasterzysk, nie damysobie odebrać Capowic. Prawda historyczna, nawet jeśli dość przykra,ma pozostać na miejscu, czyli przy nas, po naszej stronie, choć toobecnie strona bardziej ukraińska.
Siedzącaobok Ania patrzy na mnie z niepokojem, gdy tak mruczę cośniezrozumiale pod nosem i wymachuję do kierowcy, że w prawo, no wprawo... Mistrz kierownicy po dobie jazdy z Wrocławia zatraciłrefleks polskiej husarii i gotów tu paść, może wyczuwa, że stąd jużblisko do miejsca, w którym Chmielnicki stłukł kiedyś polskie hufcekoronne, więc, nie zważając na Anię, Lidkę i Lucynę, krzyczę tymrazem bardziej donośnie, że koniecznie w prawo, bo będzie za późno.Chyba uwierzył moim wskazaniom, skręciliśmy w ostatniej chwili,pniemy się znów troszkę w górę, ponad kamieniołomy i ponownie otwierasię widok na staw w środku miasta z białymi żaglami gęsi, które terazteż ratują gród nie tyle nocnym gęganiem, co jako aprowizacja zdrowejżywności dla jego mieszkańców. Zapamiętuję najważniejsze, czyliStawisko jako centralną busolę do namiarów, które poczynimy wMonasterzyskach za dwa dni, gdy tu wrócimy, by szukać śladówprzodków, a także swoich własnych. Tymczasem hajda na Buczacz, i ulicha, niech kozłowianie pilnują swoich kozłów i zapamiętają, żecapowicka metafora za sprawą Lama pęczniała w obecnym powieciebuczackim, w mieście ongiś słynnym z pięciu rogatek do pobieraniamyta, nie pod Tarnopolem, więc gdzie Rzym, gdzie Krym?
Szkoda,że tak pędzimy, żali się Ania, rozumiem ją, wiem co ma na myśli.Polscy i ukraińscy celnicy zabrali nam blisko cztery godzinyprzewidziane pierwotnie na zwiedzanie Drohobycza. Zastanawiająca byłasynchronizacja i adekwatność bezczynności obu służb granicznych. Popolskiej stronie przejścia trzymano nas na słońcu półtorej godziny ityleż samo dojrzewaliśmy w upale już po przekroczeniu szlabanów, wautobusach bez klimatyzacji. Przy stoickim zastygnięciupograniczników, wszechwładnych panów tych okolic, chłodzących sięwszakże wiatraczkami. Ukraińcy nie skrócili nam ani minuty postoju,co mogło zapowiadać jakieś inne jeszcze niespodzianki w ramachuwznioślanej przez prasę obu zaprzyjaźnionych państw oczywistejwspółpracy. "K...a, przecież przed nami już tylko krok dowstąpienia w szeregi Unii Europejskiej i powinniśmy dawać sąsiadomprzykład, jak usprawnić ruch graniczny" - pieklił sięRysiek, mój redakcyjny, starszy kolega, który, gdyby nie nabożneniewiasty w naszym autokarze, mógłby nawet wytrawnych w bojachwopistów zadziwić wyszukaną mową wiązaną; szlabany po obu stronachpopękałyby z wrażenia. A miał do tego talent jak mało kto, coniewątpliwie związane było z tym, że to też nasz chłopak z Kresów ipochodzi z Tarnopola, do którego pojedzie za parę dni, a my już doDrohobycza niestety nie wrócimy. Teraz ja powinienem zakląć, jednakpo minięciu rogatek Monasterzysk jakoś mi ulżyło, capowickie emocjeodpłynęły, za to smutek na twarzy mojej żony zaznaczał sięintensywniej. Godzinna penetracja okolic drohobyckiego rynku,pośpiech, nieustanne zerkanie na zegarki pozostawiły jedynie goryczniespełnienia. "Tam na górce - pokazywała Ania z rynku -tam mieszkali rodzice, tam się urodziłam, nie zdążymy, bo to ze dwakilometry"... Odstąpiliśmy więc od zaplanowanej wyprawy dlaodnalezienia domu jej rodziców. Poza tym pierwsze kroki należałoskierować tam, gdzie zawsze, gdy tylko zawadzaliśmy o jakiś obcy krajpo dłuższej podróży. W kolekcjonowaniu takich obiektów Ania jestspecjalistką. W bocznej od rynku uliczce zauważyliśmy restaurację,pytamy o toaletę, w odpowiedzi wystraszona kelnerka rozkłada ręce,jakby bezradnie. Wychodzimy, w ciemnej sieni czujemy woń wzmagającąnasze naturalne potrzeby, ale to nie to. Spotkana na ulicy kobietanie udaje, że zapomniała polskiego. Jest miła, serdeczna, uczynna ipodpowiada: "Pytajcie o szczalnicę, a taka bardziej publicznajest niżej rynku, przy spalonej synagodze". Wzbogacamy się onowe słówko, które trudno nazwać wyszukanym, ale jakież użyteczne.Przy szczalnicy spotykamy Lidkę i Lucynę, one wcześniej dopytały itrafiły gdzie trzeba. Tuż przy ruinach synagogi betonowy plac, na nimbabuszka w ceratowym fartuchu i gumiakach, w dłoni szlauf, z któregopolewa wodą i zmywa pozostałości po odwiedzających ten obiekt.Współczuję Ani niezapomnianych wrażeń.
Wracamyjuż w grupie, obserwujemy mieszkańców, niestety wokół widać biedę izaniedbania. Domy z odpadającym tynkiem, a na parapetach prymulki,bardzo polskie. Idę z głową uniesioną ku górze i gdyby była to noc, aja kawalerem wracającym z bibki, pewnie odsunąłbym się jak najdalejod ścian kamienic aż na środek ulicy, by zawołać: "idzi sie",ot tak dla bezpieczeństwa, żeby ktoś nie wylał przez okno zawartościnocnika. Nie wiem, co mi przyszło do głowy, jakieś wspomnienie zdawnych lektur, a może i z Brunona Schulza, który gdzieś tu niedalekorynku mieszkał i pisał Sklepycynamonowe.Przed wyjazdem ze Szczecina przeczytałem w prasie, że odnalezionozaginione wcześniej rysunki Schulza i że rodzi się inicjatywautworzenia w Drohobyczu muzeum poświęconego jego twórczości. Ale nanic nie było już czasu, nie odnaleźliśmy domu Ani rodziców, jak ikamienicy z adresem pisarza. Pozostał rzut oka na zamknięty kościółpod wezwaniem Świętego Mikołaja, i dalej w trasę, na Iwano-Frankowsk,co brzmiało obco, nie po naszemu. Trzy kwadranse na liźnięcieDrohobycza to za mało, by ożywić mgliste, zasłyszane od dziadków irodziców opowieści o życiu w tym mieście, ale w sam raz na to, bywstępna adaptacja przy poszukiwaniu toalety osłabiła czekający nasszok cywilizacyjny, choć wcale nie czuliśmy się lepsi od miejscowych.Słońce chyli się ku zachodowi, Monasterzyska już za nami, schowanemiędzy pagórkami jedynie kominem z czerwonej cegły sygnalizują, żeczekają.
Buczaczna pierwszy rzut oka, jeszcze z autobusu, robi znacznie lepszewrażenie, niż Capowice..., przepraszam, Monasterzyska. Przejeżdżamyprzez świetnie architektonicznie skrojony rynek okalający imponujący,rokokowy - jak się wydaje - ratusz (później okaże się, żeporzucony, niszczejący i wystawiony za śmieszną cenę na sprzedaż).Kierowca z trudem wpasowuje się w boczną uliczkę i staje przed grupąkobiet wymachujących ku nam przyjaźnie. Dotarliśmy, czekające panie,w większości dość wiekowe, zabiorą nas na stancje. Wreszcie zrzucimyz siebie podróżny kurz i odpoczniemy po ponad dobowej jeździe zBolesławca aż tutaj. Lidka, Lucyna i Ania wyglądają na bardzozmęczone; upał, brak klimatyzacji, byle jaki autokar wszystkim dałysię we znaki. Ania wiedziona pięknym instynktem samarytanki wybieranoclegi u najstarszej chyba buczaczanki, pani Zofii, która późniejbędzie nam opowiadać o swoim mężu, "bywszym wojennym adiutanciemarszała Rokossowskowo". Dawno mu się zeszło z tego padołu, cozaważyło bez wątpienia na warunkach jej egzystencji, okropniezaniedbanym mieszkaniu, nieużywanej od lat łazience i hodowliwypasionych pająków, które po spędzonej z nimi nocy, obżarły mi lewąstopę, tę od serca. Paluch rozogniony do barwy czerwonej gwiazdy napapaszy adiutanta marszałka, straszącego z fotografii na kredensie,zadziwia brakiem odporności oraz niezgodą, by dać się wcisnąć wadidasa. Zabrałem na wszelki wypadek sandały, ale myślałem o innychkoniecznościach ich użycia. Na śniadanie pani Zofia serwuje namnaleśniki, pająki przypatrują się spod sufitu; czarne jak moje myśli.Po raz pierwszy w swym życiu piję do naleśników czystą wódkę, nasząze Szczecina, z własnej woli, dla odkażenia organizmu. Wiozłem drewnodo lasu, wódkę z Polski na Ukrainę. Tak, ale instynkt mnie niezawiódł, w odróżnieniu od Ani, która później powie, że żal jej byłostaruszki, "której nikt nie chciał" i dlatego ją wybrała;"przecież zostawimy jej trochę dolarów, będzie miała na życie".Lutka i Lidka wybrały wspomaganie zakonu sióstr niepokalanek wJazłowcu, prowadzących tam schronisko dla przyjezdnych turystów, alez czystą wodą i bez pająków. Wykazały się mniejszym miłosierdziem, aniech tam... I gdyby nie ten mąż adiutant marszałka okropniezasłużonego dla Polski, pewnie polubiłbym panią Zofię, a tak tylkojej współczułem. Listonosz co miesiąc przynosi jej sześćdziesiąt pięćhrywien renty, czyli około czterdzieści złotych, i za to musi"przeżyć" cztery tygodnie; niewyobrażalne! Za kilka dnistancji otrzyma od nas trochę ponad sto dolarów, czyli więcej niżwartość jej dwuletniej renty; dziwi się, ale nie oponuje. Skoro mowao sile nabywczej dolara, to za dziesięć zielonych obstalowaliśmy zAnią pojutrzejszy wyjazd do Jazłowca - samochód z kierowcą nacały dzień.
Nadranem po przegranej walce z pająkami, czekając na obiecane przezpanią Zofię naleśniki, wszedłem do ogrodu za domem. By schłodzićrozognione paluchy stóp, truchtałem boso; trawę pokrywała rosa,niebiańskie odczucia chłodu wzmacniał rosnący szum rzeki płynącej tużza okalającymi ogród krzakami. Rozgarnąłem je i Strypa mocniejzabulgotała, wartki nurt niósł jakieś deski, fragmenty drewnianejskrzynki, brunatna woda (może po niedawnej ulewie) zabierałaporzucone na brzegach śmieci i pędziła z nimi do Dniestru. Po drugiejstronie na wzgórzu wznosiła się niczym twierdza okazała budowlamonastyru. Zabudowana przestrzeń od przeciwległego brzegu Strypy, ażpo owe wzniesienia terenu, służyła zapewne szczególnemuprzeznaczeniu, otoczona wysokim murem okolonym kolczastym drutempomiędzy wieżyczkami wartowniczymi. Przez moment zdawało mi się, żedochodzi stamtąd jakieś wołanie, po chwili wyłowiłem śpiew.Dziewczyna pasąca kozy w chaszczach obrastających tamtą stronę rzekiśpiewała Kiedyranne wstają zorze...- po polsku. Sielsko, anielsko, mimo więziennych murów, za to zornamentami cerkwi na widoku. Domyślałem się, że ten pierwszy obiekt,tak zapamiętany przez wujka Janka, służy do dziś podobnym celom, żeto więzienie - najpierw austriackie, następnie polskie, potemsowieckie, niemieckie, znów sowiecko-ukraińskie i wreszcie ukraińskie- trwa przez pokolenia z tym samym przeznaczeniem, jakkolwiekobecnie chyba tam nie torturują. Po tygodniu bicia po nerkach ipiętach, z opuchniętą twarzą i pękniętą szczęką, do czego przyłożyliswe kułaki ukraińscy pomagierzy gestapo, wujek Janek stał przyokienku wychodzącym na klasztor Bazylianów z pętlą uwiązaną do krat,świadom tego, że dłużej już nie wytrzyma i w końcu sypnie kolegów zoddziału (w tym mego tatę), i gdy już zdecydował, że skończy ze sobą,usłyszał dochodzącą z klasztoru śpiewaną modlitwę. Znał ją, przezostanie dni i noce często ją odmawiał, dodawała mu otuchy, oddawałsię pod obronę Tej, której wierzył. Zaczął powtarzać dobiegającesłowa, zdjął pętlę, jeszcze nie teraz, pomyślał, poczekam aż skończą;usiadł na betonowej posadzce, wsłuchał się w znajome słowa i zasnął.Trzymając we śnie dłoń orędowniczki, która go wyprowadziła zwięzienia, szedł przez lekko ośnieżone, jak to na wiosnę bywa,wzgórza ciągnące się w stronę Monasterzysk, zobaczył dom, a jednak,pomyślał, nie spalili, jest do czego wracać, matka stała w progu,więc i do kogo jest iść, czekają... Wtedy się zbudził i postanowił,że jeszcze jeden dzień wytrzyma tortury. Minęły kolejne dni, bezbicia już, jakby oprawcy stracili zainteresowanie nim, skupili się nainnych nieszczęśnikach, jęki maltretowanych polskich więźniównieustannie docierały do niego, aż przyszła wiosna i z innego jużwięzienia kopem w tyłek wyrzucono go za mury, szedł przez pokrytetopniejącym śniegiem wzgórza i nie martwił się, czy na progu ktośbędzie czekał, bo wiedział, był tego pewien... Niesamowita historia,znałem ją w szczegółach, zdawała się jakby wyjęta, zapożyczona zopowieści ewangelisty o wyprowadzeniu apostoła Piotra z więzienia,ożywała teraz, rzeka niosła kolejne oderwane z przeszłości fragmentyżyciorysów moich bliskich. Patrzyłem na drugi brzeg Strypy izastanawiałem się, jak wypełnić wolę wujka Janka, który, mimo swychdziewięćdziesięciu dwóch lat, nie zapomniał o więzieniu w Buczaczu ibiciu kablem po piętach. "Bo to jest tak, że za każdymuderzeniem - mówił - trafia cię piorun i drętwiejesz odprzeszywającego bólu od stóp po koniuszki włosów na głowie, a mózgeksploduje, Bóg jeden wie, jak to wytrzymałem". Czuję podstopami chłód mokrej trawy, kompresy nieco pomogły, paluchy zbladły,słońce przebija się przez krzaki, dalej zastanawiam się, jak wypełnięmisję, z którą tu przyjechałem. Zadanie wydaje się dośćskomplikowane, nawet niebezpieczne, choć sprzęt, jaki tu przywiozłem,daje szansę, by działać z pewnej odległości. Ale na co to wujkowi, potylu latach?
KsiądzRutyna oprowadza po remontowanym przez wiernych kościele, zniszczonymprzez sowiecką władzę, która ze świątyni uczyniła najpierw kotłownię,a potem magazyn chemikaliów, głównie saletry. Jej niszczycielska moczapisała się na ścianach i stropach świątyni, w odpadającym tynku,dziurawym dachu, zrujnowanym po obu stronach ołtarzu. Proboszczczekał na nas, podobnie jak część parafialnej, polskiej społeczności.Nasza wyprawa ma bowiem jednocześnie charakter pielgrzymkowy,zorganizowana przez Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Buczackiej dlapodratowania starań księdza Rutyny. Przywieźliśmy tu, a właściwieprzeszmuglowaliśmy, nie tylko okazałe lichtarze, tabernakulum,patery, ornaty, ale i sporo gotówki, przeszło trzy tysiące dolarów,co na tutejsze warunki stanowi majątek. Moglibyśmy za tę kwotę kupić,na przykład, wystawiony na sprzedaż, porzucony przez władze miasta,zabytkowy ratusz, ale nas obchodzi ten kościół i jego rola, jaką zasprawą proboszcza odgrywa dla mieszkających tu naszych rodaków. Czasna rozmowy będzie później, ksiądz Rutyna wypytuje o mojego znajomego,inżyniera Kubasiewicza, emeryta, który przywiózł tu swego zięcia, a wczasie podróży z Polski zdawał się tym bardziej zdenerwowany, imbliżej było Kresów. Też przyjechał tu z jakąś misją, dał mi dozrozumienia, że to szczególne zadanie, nie ujawniał jego tajemniczejtreści, domyślałem się jednak, że to również jakaś zaszłośćokupacyjna. Ksiądz Rutyna zamienił z inżynierem kilka słów naosobności, ujął go pod łokieć i poprowadził w stronę samochodu, przyktórym czekało trzech dobrze zbudowanych mężczyzn. Na szczęściePolaków, choć wyglądających na zakapiory czy też na miejscowychbaciarów. Rwali się do jakiejś roboty, wsadzili proboszcza i naszegoinżyniera do furgonetki i pojechali. Misja misji nierówna, mojezadania też do łatwych nie należą.