Zaplątani - Emma Chase

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Widzicie tego nieogolonego śmierdziela siedzącego na kanapie? Faceta w poplamionym, szarym podkoszulku i dziurawych portkach od dresu?
To właśnie ja. Drew Evans.
Zazwyczaj tak nie wyglądam. To znaczy, taki naprawdę nie jestem.
W rzeczywistości jestem zadbany, ogolony na gładko, mam czarne włosy zaczesane do tyłu, przez co, jak mi powiedziano, wyglądam niebezpiecznie i profesjonalnie. Moje garniaki są szyte na miarę. Mam buty, które kosztowały więcej, niż wynosi wasz czynsz.
A moje mieszkanie? Tak, teraz w nim gniję. Zaciągnąłem zasłony, przez co od mebli odbija się niebieskawa poświata telewizora. Na blatach i podłogach poniewierają się butelki po piwie, pudełka po pizzy i lodach.
Właściwie to nie jest moje mieszkanie. To, w którym mieszkam na co dzień, jest nieskazitelne; mam sprzątaczkę, która przychodzi dwa razy w tygodniu. Mam też nowoczesny sprzęt, każdą zabawkę, o jakiej może pomarzyć duży chłopiec: dźwięk przestrzenny z głośnikami porozstawianymi w każdym kącie oraz tak wielki ekran plazmowy, że każdy gość klęka przed nim i płacze. Wystrój mojego apartamentu jest nowoczesny - dużo czerni i chromu - każdy, kto wchodzi, natychmiast wie, że mieszka tu mężczyzna.
Jak już mówiłem - to, co teraz widzicie, to tak naprawdę nie ja. Mam grypę.
Influenzę.
Zauważyłyście w ogóle, że niektóre z najgorszych choróbsk w historii mają poetyckie nazwy, jak: malaria, dezynteria, cholera? Nie sądzicie, że to celowe? By w ładnych słówkach określić to, że czujecie się jak coś, co wypadło krowie spod ogona?
Influenza. Brzmi ładnie, jeśli wymówicie to w odpowiedni sposób.
Jestem prawie pewny, że ją złapałem. Dlatego właśnie od tygodnia gniję w mieszkaniu. Dlatego wyłączyłem telefon, dlatego przyrosłem do kanapy. Wstaję z niej tylko po to, by iść do kibla czy otworzyć drzwi dostawcy żarcia.
A tak w ogóle, to ile trwa grypa? Dziesięć dni? Miesiąc? Ja nabawiłem się jej tydzień temu. Budzik jak zwykle zadzwonił o piątej, jednak zamiast wstać i iść do firmy, w której jestem gwiazdą, rzuciłem zegarkiem i rozwaliłem go na miazgę.
I tak mnie wkurzał. Głupi budzik wydający nieznośne pikanie.
Przewróciłem się na drugi bok i ponownie zasnąłem. Kiedy w końcu udało mi się zwlec tyłek z łóżka, byłem słaby i chciało mi się rzygać. Bolało mnie w piersi, nawalała głowa. Widzicie - grypa, prawda? Nie mogłem już zasnąć, więc przywlokłem się tutaj i zamieszkałem na mojej wiernej kanapie. Jest wygodna, więc postanowiłem zostać. Na cały tydzień, oglądając najwybitniejsze dzieła Willa Ferrella.
Właśnie leci Legenda telewizji. Dzisiaj widziałem ją już trzykrotnie, chociaż nie udało mi się parsknąć śmiechem. Ani razu. Może czwarta próba okaże się udana, co?
Słyszę pukanie.
Pieprzony portier. Po co przylazł? Możecie być pewne, że w tym roku pożałuje, gdy otworzy kopertę ze świąteczną premią.
Ignoruję pukanie, które rozbrzmiewa ponownie.
I znowu.
- Drew! Drew, wiem, że tam jesteś! Otwieraj te cholerne drzwi!
O nie.
To Jędza. Znana także jako moja siostra Alexandra.
A kiedy mówię "Jędza", to przysięgam, że mam na myśli najbardziej czułe znaczenie tego słowa. Ale taka właśnie jest: wymagająca, zawzięta, uparta. Zabiję portiera.
- Drew, klnę się na Boga, jeśli zaraz nie otworzysz drzwi, zadzwonię na policję, by je wyważyli.
Widzicie, o czym mówię?
Chwytam poduszkę, którą trzymam na kolanach, odkąd zachorowałem. Przyciskam ją do twarzy i biorę głęboki wdech. Pachnie lawendą i wanilią. Czystością, świeżością, uzależnieniem.
- Słyszysz mnie, Drew?!
Zaciskam poduszkę na głowie. Nie dlatego, że pachnie jak... ona... ale, by zagłuszyć walenie w drzwi.
- Wyciągam telefon! Wybieram numer! - W głosie Alexandry słychać ostrzeżenie, więc wiem, że nie blefuje.
Wzdycham ciężko i zmuszam się, by wstać. Podejście do drzwi zajmuje mi trochę czasu; każdy krok obolałych nóg ze ścierpniętymi mięśniami to wysiłek.
Pieprzona grypa.
Otwieram drzwi i przygotowuję się na wściekłość Jędzy. Dłonią uzbrojoną w perfekcyjny manikiur trzyma przy uchu najnowszy model iPhone'a. Jej blond włosy ściągnięte są w prosty, acz elegancki kok, przez ramię ma przewieszoną ciemnozieloną torebkę, tego samego koloru jest jej spódnica - oczywiście wszystko musi do siebie pasować.
Za nią, w pomiętym granatowym garniturze, stoi, wyglądając na dość skruszonego, mój najlepszy przyjaciel, a zarazem współpracownik - Matthew Fisher.
Wybaczam portierowi. To Matthew musi umrzeć.
- Jezus Maria! - wrzeszczy przerażona Alexandra. - Co ci się, do diabła, stało?
Mówiłem wam, że nie jestem sobą.
Nie odpowiadam. Nie mam siły. Zostawiam otwarte drzwi i padam na pysk na kanapę. Jest miękka, ciepła, solidna.
Kocham cię, kanapo - mówiłem ci to już? Cóż, jeśli nie, to teraz już wiesz.
Chociaż twarz mam przyciśniętą do poduszki i nic nie widzę, słyszę, że Alexandra i Matthew powoli wchodzą do mieszkania. Wyobrażam sobie, że muszą mieć przerażone miny. Unoszę głowę i zauważam, że miałem rację.
- Drew? - słyszę pytanie siostry, tym razem ten krótki wyraz pełen jest zmartwienia. Chociaż jej złość natychmiast wraca. - Matthew, na miłość boską, dlaczego wcześniej nie zadzwoniłeś? Jak mogłeś do tego dopuścić?
- Nie widziałem go, Lex! - szybko tłumaczy się Matthew. Widzicie? Też boi się Jędzy. - Przychodziłem codziennie, ale nie otwierał.
Czuję, jak ugina się kanapa, gdy siostra siada obok mnie.
- Drew? - mówi cicho. Dłonią gładzi mnie po włosach. - Skarbie?
Jej pełen troski głos przypomina mi mamę. Kiedy byłem mały i leżałem chory, mama przynosiła mi zupę i gorącą czekoladę. Całowała mnie w czoło, by sprawdzić czy nadal mam gorączkę. Zawsze sprawiała, że było mi lepiej. Przez to wspomnienie i podobne zachowanie Alexandry czuję, że pod opuszczonymi powiekami zbiera mi się wilgoć.
Rozklejam się, czy co?
- Nic mi nie jest - mówię, choć nie jestem pewien, czy mnie usłyszała. Mój głos tonie w słodko pachnącej poduszce. - Mam grypę.
Słyszę dźwięk otwierania pudełka po pizzy i jęk, po czym czuję smród rozkładającego się sera i kiełbasy.
- To nie do końca danie dla kogoś chorego na grypę, braciszku.
W oddali słyszę dzwonienie butelek i szuranie przesuwanych śmieci, więc domyślam się, że zaczyna porządkować mój bajzel. Nie tylko ja w tej rodzinie mam świra na punkcie czystości.
- Och, co za paskudztwo! - Wypuszcza ostro powietrze, więc, wnosząc po smrodzie, jaki dołącza do zapachu zepsutej pizzy, sądzę, że otworzyła pudełko z lodami, które od trzech dni stoi na blacie, a które najwidoczniej nie było puste. - Drew. - Delikatnie mną potrząsa. Poddaję się i siadam, pocieram oczy ze zmęczenia, jak to mam w zwyczaju. - Mów do mnie - prosi. - O co tu chodzi? Co się stało?
Gdy widzę zaniepokojony wyraz twarzy mojej starszej siostry Jędzy, przenoszę się w czasie dwadzieścia lat wstecz. Mam sześć lat i mój chomik - Pan Wuzzles - właśnie zdechł. Zatem dokładnie tak samo jak tamtego dnia bolesna prawda po prostu wypływa z moich ust:
- W końcu się stało.
- Co się stało?
- To, czego życzyłaś mi od lat - szepczę. - Zakochałem się.
Spoglądam w górę i dostrzegam formujący się uśmiech. Zawsze tego dla mnie chciała. Poślubiła Stevena sto lat temu, a zakochała się w nim jeszcze dawniej. Zatem nigdy nie akceptowała mojego stylu życia i nie mogła się doczekać, kiedy się ustatkuję. Kiedy znajdę kogoś, kto będzie się mną opiekował, tak jak ona troszczy się o Stevena.
Tak jak mama nadal troszczy się o tatę.
Jednak powiedziałem jej, że to nigdy nie nastąpi - nie chciałem tego.
Po co wozić drewno do lasu?
Po co sypać piasek na plażę? Po co kupować krowę, gdy mleko dostaje się za darmo?
Zaczynacie chwytać, o co mi chodzi?
Kiedy zatem dostrzegam zaczątek jej promiennego uśmiechu, mówię głosem, którego sam nie poznaję:
- Wychodzi za kogoś innego. Ona mnie... ona mnie nie chce, Lex.
Współczucie odmalowuje się na twarzy siostry, jak farba na płótnie. Natychmiast jednak zastępuje je determinacja, ponieważ Alexandra naprawianie ma we krwi. Potrafi przepchać zatkaną rurę, zagipsować dziurę w ścianie i usunąć plamę z dywanu. Dokładnie wiem, co właśnie chodzi jej po głowie: jeśli jej braciszek jest rozbity, zaraz poskłada go do kupy.
Chciałbym, żeby to było takie proste. Chociaż nie sądzę, by cały klej świata był w stanie połatać moje serducho.
Wspominałem, że jest we mnie coś z poety?
- Dobra, jakoś to ogarniemy, Drew.
Dobrze znam siostrę, prawda?
- Pójdziesz wziąć długi, gorący prysznic, a ja posprzątam ten burdel, potem wychodzimy. We troje.
- Nie mogę wyjść. - Czy w ogóle mnie słuchała? - Mam grypę.
Uśmiecha się współczująco.
- Potrzebujesz smacznego, gorącego posiłku. I prysznica. Od razu poczujesz się lepiej.
Może ma rację. Bóg wie, że wszystko, co robiłem przez ostatni tydzień, wcale nie poprawiło mi nastroju. Wzruszam ramionami i wstaję, by wykonać jej polecenie. Jak czterolatek przytulankę, wlokę ze sobą cenną poduszkę.
Po drodze do kibelka rozmyślam nad tym, co się stało. Miałem dobre życie. Idealne życie. A potem wszystko szlag trafił.
Och - chcecie wiedzieć, jak to się stało? Chcecie usłyszeć moją smętną historię? Dobra. Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, w pewną zwyczajną sobotnią noc.
Cóż, przynajmniej dla mnie była zwyczajna...
CZTERY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ
- O cholera, tak. Świetnie. Tak, właśnie tak.
Widzicie tego faceta - zabójczo przystojnego, w czarnym garniturze? Tak, tego gościa, któremu ognista ruda robi loda w toalecie? To ja. Ten prawdziwy. JPG: Ja Przed Grypą.
- Jezu, mała, zaraz skończę.
Zatrzymajmy się w tym miejscu na chwilę.
Paniom, które mnie słuchają, udzielę w tym momencie dobrej rady: jeśli facet, którego właśnie poznałyście w dyskotece, zwraca się do was "mała", "złotko", "aniołku" lub jakimś innym pieszczotliwym zdrobnieniem, nie popełniajcie błędu, myśląc, że na was leci, tylko dlatego, że używa słodkich słówek. Robi tak tylko dlatego, że nie pamięta lub nie chce pamiętać waszych prawdziwych imion.
A żadna dziewczyna nie chciałaby zostać nazwana niewłaściwym imieniem, gdy klęczy przed kimś w toalecie i robi mu loda. Zatem tak na wszelki wypadek rzuciłem "mała".
Jej prawdziwe imię? A czy to w ogóle ma jakieś znaczenie?
- Cholera, mała, zaraz skończę.
Z głośnym mlaśnięciem wyjmuje mnie z ust i, jak dobra zawodniczka, łapie moje płyny, gdy kończę w jej dłoni. Po wszystkim podchodzę do umywalki, by się wytrzeć i zapiąć. Ruda patrzy na mnie z uśmiechem, wstając i wyjmując z torebki niewielką buteleczkę płynu do płukania ust.
Jak miło.
- Napijemy się czegoś? - pyta, jak zapewne jej się wydaje, uwodzicielskim głosem.
W tym miejscu muszę wam coś powiedzieć - kiedy kończę, to kończę. Nie jestem typem faceta, który dwa razy chce jechać na tej samej kolejce górskiej. Raz w zupełności wystarczy, ponieważ później nie ma emocji, tracę więc zainteresowanie.
Jednak matka wychowała mnie na dżentelmena.
- Jasne, mała. Znajdź wolny stolik, a ja zamówię coś przy barze.
Mimo wszystko ruda włożyła sporo wysiłku w obciąganie. Jakkolwiek by było, zasłużyła na drinka.
Po wyjściu z łazienki udaje się do stolika, a ja idę do zatłoczonego baru. Wspominałem, że to sobotni wieczór, prawda? A to jest REM. Nie R.E.M. tylko REM jak faza snu REM, w której śpiąc, śnicie. Chwytacie?
To najpopularniejszy klub w Nowym Jorku. Cóż, przynajmniej dzisiaj taki jest. W przyszłym tygodniu zapewne będzie to jakaś inna dyskoteka. Ale sam lokal się nie liczy. Scenariusz zawsze pozostaje niezmienny. W każdy weekend przychodzimy do klubu z przyjaciółmi, a wychodzimy osobno - lecz nigdy samotnie.
Nie patrzcie tak na mnie. Nie jestem tym złym. Nie ściemniam; nie bajeruję babek czułymi słówkami o wspólnej przyszłości i miłości od pierwszego wejrzenia. Walę prosto z mostu. Chcę się zabawić - przez jeden wieczór - i o tym mówię. Możecie mi wierzyć, że postępuję lepiej niż dziewięćdziesiąt procent facetów. A większość dziewczyn i tak szuka tego samego co ja.
No dobra, może to nie do końca prawda. Ale nic nie mogę na to poradzić, kiedy mnie zauważają, pieprzą, po czym nagle chcą mieć ze mną dzieci. To nie moje zmartwienie. Jak już wspominałem, mówię im jak jest, zapewniam rozrywkę, a po wszystkim taksówkę do domu. Dziękuję, dobranoc. Nie dzwoń do mnie, bo jestem pewien jak cholera, że ja do ciebie nie zadzwonię.
W końcu przedzieram się do baru i zamawiam dwa drinki. Przy dźwiękach muzyki wibrującej wokół przez chwilę przyglądam się kołyszącym się na parkiecie, wtopionym w siebie ciałom.
Właśnie wtedy ją zauważam. Pięć metrów ode mnie czeka cierpliwie na swoją kolej, chociaż wygląda trochę nieswojo, jakby nie mogła się zdecydować, czy unieść rękę, czy pomachać banknotem, czy podnieść pustą szklankę, by zwrócić na siebie uwagę barmana.
Mówiłem już, że mam w sobie coś z poety, prawda? Prawdę mówiąc, nie zawsze tak było. Przynajmniej nie do tej chwili. Kobieta jest wspaniała - anielska - boska. Wybierzcie sobie jakieś słówko. Skutek jest taki, że na moment tracę oddech.
Ma długie, ciemne, błyszczące, nawet w wątłym świetle klubu, włosy. Ma na sobie czerwoną sukienkę bez pleców - seksowną, lecz elegancką - która uwydatnia każdą jej doskonale ukształtowaną krzywiznę. Ma pełne, wydatne usta, błagające, by je napaść.
A jej oczy. Słodki Jezu. Ma duże, kształtne, ciemne oczy. Wyobrażam sobie, jak patrzy na mnie, gdy bierze mnie w te swoje soczyste usteczka. Mój koleżka budzi się na samą myśl. Muszę ją mieć.
Natychmiast kieruję się ku niej, decydując, że jest szczęściarą, która będzie miała przyjemność cieszyć się moim towarzystwem przez resztę wieczoru. I tę przyjemność właśnie mam zamiar jej zapewnić.
Docieram w chwili, gdy otwiera usta, by zamówić, ale jej przerywam:
- Pani chciałaby się napić... - Patrzę na nią, by zgadnąć, co chciałaby dostać. To mój talent. Niektórzy piją piwo, niektórzy szkocką z wodą, niektórzy wolą wino, inni brandy. A ja potrafię ocenić, kto co lubi. Zawsze trafiam. - ...Veramonte Merlot rocznik dwa tysiące trzy.
Kobieta odwraca się do mnie, unosi brew, spojrzeniem taksując mnie od stóp do głów. Decydując, że nie jestem jakimś frajerem, mówi:
- Dobry jesteś.
Uśmiecham się.
- Widzę, że reputacja mnie wyprzedza. Tak, jestem. A ty jesteś piękna.
Rumieni się. Właściwie, gdy róż zdobi jej policzki, odwraca spojrzenie. Kto się w dzisiejszych czasach rumieni? To cholernie urocze.
- Co byś powiedziała, gdybym zaproponował znalezienie jakiegoś wygodnego i... odosobnionego miejsca? Tak, żebyśmy mogli poznać się nieco lepiej?
Bez zająknięcia odpowiada:
- Przyszłam z przyjaciółmi. Świętujemy. Właściwie to nie chodzę do takich klubów.
- A co świętujecie?
- Właśnie skończyłam studia na kierunku finansowym i od poniedziałku zaczynam pracę.
- Poważnie? Co za zbieg okoliczności. Ja też zajmuję się finansami. Może słyszałaś coś o spółce, w której pracuję, Evans, Reinhart i Fisher? - Jesteśmy najlepszą firmą zajmującą się bankowością inwestycyjną w mieście, więc przypuszczam, że jest pod sporym wrażeniem.
Zatrzymajmy się ponownie w tym momencie, dobrze?
Zauważyłyście cudowne zaokrąglenie wspaniałych ust tej kobiety, gdy dowiedziała się, gdzie pracuję? Spostrzegłyście, jak rozszerzyły się jej oczy? To powinno było dać mi do myślenia.
Jednak nie dostrzegłem tego na czas - byłem zbyt zajęty gapieniem się na jej cycki. Tak przy okazji, są świetne. Mniejsze niż te, na które zazwyczaj lecę, nie większe niż moja pięść. Jednak, o ile mi wiadomo, cycki wielkości pięści są w porządku.
Chodzi mi o to, żebyście zapamiętały jej zaskoczoną minę - która później nabierze sensu. A teraz wróćmy do rozmowy.
- Mamy tak wiele wspólnego - mówię. - Oboje zajmujemy się pieniędzmi, oboje lubimy intensywną czerwień... Myślę, że możemy zaryzykować i sprawdzić, do czego nas to dzisiaj zaprowadzi.
Kobieta się śmieje. Cóż za magiczny dźwięk.
Teraz powinienem coś wyjaśnić. Innej nocy, z inną kobietą, siedziałbym już w taksówce, wkładając jej łapy pod sukienkę, ustami wywołując jęki. Bez wątpienia. Jak dla mnie do tego właśnie zmierza ta sytuacja. I to mnie kręci.
- Tak w ogóle, jestem Drew. - Wyciągam rękę. - A ty jesteś...?
Unosi dłoń.
- Zaręczona.
Niezrażony deklaracją, biorę jej dłoń i całuję w knykcie, przy okazji muskając językiem. Widzę, jak niechętna piękność stara się powstrzymać dreszcz, i już wiem, że wbrew jej słowom, zaintrygowałem ją.
Widzicie, nie jestem typem, który dokładnie słucha, co się do niego mówi. Bardziej patrzę na sposób, w jaki ludzie to robią. Można się wiele dowiedzieć o kimś, obserwując, jak się porusza, jak patrzy, jakim tonem mówi.
Być może jej oczy łani mówią "nie", ale jej ciało... Jej ciało wrzeszczy "tak, tak, zerżnij mnie na barze".
W ciągu trzech minut powiedziała mi już, dlaczego tu jest, czym się z życiu zajmuje, i pozwoliła mi popieścić swoją dłoń. To nie jest zachowanie niezainteresowanej kobiety - to zachowanie laski, która nie chce być zainteresowana.
I mnie to z całą pewnością wystarczy.
Już mam coś rzucić na temat jej pierścionka zaręczynowego; brylancik jest tak mały, że nawet przez lupę trudno byłoby go znaleźć, jednak nie chcę jej urazić. Powiedziała, że właśnie ukończyła studia. Mam kumpli, którzy sami płacili za naukę na kierunkach finansowych, i wiem, że spłata kredytów jest bolesna.
Zatem zmieniam taktykę - wybieram szczerość.
- To nawet lepiej. Ty nie pakujesz się w takie miejsca? Ja nie pakuję się w związki. Idealnie do siebie pasujemy. Nie sądzisz, że powinniśmy zgłębić to, co nas łączy?
Znów się śmieje. Na barze pojawia się nasze zamówienie, więc kobieta bierze kieliszek.
- Dziękuję za wino. Powinnam wracać do przyjaciół. Poznanie ciebie było przyjemnością.
Nie mogąc się powstrzymać, obdarowuję ją łobuzerskim uśmiechem.
- Złotko, jeśli pozwolisz mi się stąd zabrać, nadam słowu "przyjemność" całkiem nowe znaczenie.
Śmiejąc się, kręci głową, jakby ustępowała rozkapryszonemu dziecku. Po czym odchodzi, wołając przez ramię:
- Dobrej nocy, panie Evans.
Jak już wspominałem, jestem spostrzegawczy. Mógłbym przyjaźnić się z Sherlockiem Holmesem. Jednak jestem tak rozproszony widokiem jej słodkiego tyłeczka, że mi to umknęło.
Wy zauważyłyście, prawda? Uchwyciłyście ten szczególik, który przegapiłem?
No właśnie. Nazwała mnie "panem Evansem" - a przecież nie podałem jej nazwiska. To też zapamiętajcie.
W tej chwili pozwalam tajemniczej ciemnowłosej na ucieczkę. Zamierzam dać jej trochę luzu, po czym ją dopadnę - już na amen. Jeśli będę musiał, będę ją prześladował przez całą noc.
Jest tak cholernie apetyczna.
Jednak w tym momencie ruda - tak, ta z kibla - odnajduje mnie.
- Tu jesteś! Myślałam, że cię zgubiłam! - Przepycha się i przytula do mnie, pocierając moje ramię w dość intymny sposób. - A może poszlibyśmy do mnie? To niedaleko.
Ach, dzięki - ale nie. Ruda szybko stała się wyblakłym wspomnieniem. Mam cel ustawiony na lepszą, bardziej intrygującą perspektywę. Właśnie mam jej to zakomunikować, gdy obok niej pojawia się kolejna ruda.
- To moja siostra, Mandy. Opowiadałam jej o tobie. Pomyślała, że we trójkę moglibyśmy... no wiesz... trochę się zabawić.
Przenoszę spojrzenie na siostrę rudej - właściwie bliźniaczkę i w tej samej chwili zmieniam plany. No wiem, wiem... mówiłem, że dwa razy nie wsiadam do tej samej kolejki górskiej. Ale podwójny rollercoaster?
Coś wam powiem: żaden facet nie przegapiłby takiej przejażdżki.
ROZDZIAŁ DRUGI
Wspominałem już, że uwielbiam moją pracę?
Jeśli moja firma należałaby do ekstraklasy baseballa, ja byłbym w niej najbardziej wartościowym zawodnikiem. Jestem partnerem w jednej z najlepszych firm zajmujących się bankowością inwestycyjną w Nowym Jorku, specjalizuję się w mediach i technologii. Tak, tak, to mój ojciec wraz z dwójką przyjaciół założył tę firmę. Jednak to nie oznacza, że nie wylewałem siódmych potów, by zdobyć obecną pozycję - tak właśnie było. To również nie oznacza, że nie śpię, nie jem i nie oddycham pracą, by zasłużyć na swoją reputację, ponieważ tak właśnie się dzieje.
Pytacie, czym zajmuje się bankier inwestycyjny? Cóż, pamiętacie scenę z Pretty Woman, w której Richard Gere mówi Julii Roberts, że jego firma wykupuje inne, by sprzedać je po kawałku? Jestem gościem, który w tym pomaga. Negocjuję oferty, sporządzam umowy, poddaję analizie potencjalne obiekty do przejęcia, doradzam w kredytach i robię wiele innych rzeczy, o których pewnie nie chcecie słuchać.
Teraz pewnie zadajecie sobie pytanie, dlaczego taki facet cytuje babski film, prawda?
Odpowiedź jest prosta: gdy dorastaliśmy, matka co tydzień zmuszała nas wszystkich do "rodzinnego oglądania telewizji". Jędza co drugi tydzień miała możliwość wyboru. Przechodziła przez uwielbienie Julii Roberts i przez blisko rok zmuszała mnie do oglądania jej twórczości. Mógłbym słowo w słowo recytować ten chłam. Chociaż muszę przyznać - Richard Gere jest zarąbisty.
Ale wróćmy do mojej pracy.
Najlepsza jest euforia, którą czuję, gdy zamykam transakcję, i to jakąś szczególnie dużą. To jak wygrana w kasynie w Vegas. To jak wybranie przez Jennę Jameson do jej następnego pornola. Nie ma nic - absolutnie nic - lepszego.
Robię badania dla moich klientów, podpowiadam im, jaką strategię powinni obrać. Wiem, które firmy chcą zostać kupione, a które wymagają wrogiego przejęcia. Posiadam poufne informacje na temat tego, którzy potentaci medialni byliby gotowi skoczyć z mostu brooklyńskiego, ponieważ zbyt wiele firmowej forsy wydali na ekskluzywne dziwki.
Konkurencja w tym, co robię, jest ostra. Klientów trzeba do siebie przekonać, sprawić, by was chcieli, spowodować, by uwierzyli, że nikt lepiej nie zajmie się ich interesami. To tak jak z bzykaniem. Z tą różnicą, że na koniec nie dostaję słodkiej dupci, tylko grubą kasę. Zarabiam ją dla siebie i dla klientów - i zarabiam sporo.
Synowie wspólników ojca też tu pracują, a są to Matthew Fisher i Steven Reinhart. Tak, ten Steven - małżonek Jędzy. Podobnie jak nasi ojcowie, tak i nasza trójka również dorastała razem, razem chodziła do szkoły, a teraz razem pracujemy. Staruszkowie odstąpili nam prawdziwą pracę. Od czasu do czasu wpadają nas sprawdzić, by poczuć, że mają jeszcze jakąś kontrolę, po czym jadą na wieś do klubu popykać sobie w golfa.
Matthew i Steven też są dobrzy w swojej robocie - nie zrozumcie mnie źle, ale to ja jestem gwiazdą. Rekinem. To o mnie proszą klienci i to mnie boją się upadające firmy. Wszyscy to wiedzą i ja to wiem.
Poniedziałkowy poranek w biurze zaczynam jak zwykle o dziewiątej. Moja sekretarka - seksowna, mała blondyneczka z niezłymi cyckami - już jest na miejscu z planem mojego dnia, wiadomościami z weekendu i kubkiem najlepszej kawy w całym okręgu.
Nie, nie przeleciałem jej.
Nie to, żebym nie chciał. Możecie mi zaufać, gdyby dla mnie nie pracowała, waliłbym ją mocniej niż Mohammed Ali worek.
Jednak mam zasady - można by rzec, standardy. Jedną z nich jest zakaz bzykania w obrębie firmy. Nie sram, gdzie stoję; nie pieprzę, gdzie robię. Nie chodzi o molestowanie seksualne pracownic; tak po prostu nie postępuje się w interesach. To nieprofesjonalne.
Zatem, ponieważ Erin jest jedyną kobietą poza moimi krewnymi, z którą moje relacje pozostają platoniczne, jest jednocześnie jedyną przedstawicielką płci przeciwnej, którą uważam za przyjaciela. Nasza relacja jest świetna. Erin jest po prostu... niesamowita.
To kolejny powód, dla którego nie pieprzyłbym się z nią, nawet gdyby położyła się na plecach na moim biurku i o to błagała. Możecie wierzyć lub nie, ale naprawdę trudno znaleźć dobrą - wspaniałą - sekretarkę. Pracowały dla mnie dziewczyny, które były głupsze, niż ustawa przewiduje. Miałem też takie myślące, że będą pracowały wyłączenie na plecach - jeśli wiecie, o czym mówię. Jednak z takimi to ja się mogę spotykać w barach w sobotnie wieczory - niekoniecznie chciałbym, żeby odbierały moje telefony w poniedziałkowe poranki.
Macie już niewielki wgląd w sytuację? Wróćmy zatem do mojego upadku.
- Zamieniłam lunch z godziny trzynastej z przedstawicielem Mecha na spotkanie o szesnastej - mówi Erin, podając mi plik kartek.
Cholera.
Mecha Communications to wart wiele milionów koncern medialny. Od miesięcy pracuję nad przejęciem dla nich hiszpańskojęzycznej telewizji kablowej, a Radolpho Scucini, ich prezes, zawsze jest bardziej skory do negocjacji, gdy ma pełny żołądek.
- Dlaczego?
Wręcza mi teczkę z dokumentami.
- Ponieważ dzisiaj lunch przewidziany jest w sali konferencyjnej. Twój ojciec ma zamiar przedstawić nową pracownicę. Wiesz, jaki jest, jeśli chodzi o te sprawy.
Widziałyście kiedyś Opowieść wigilijną? Musiałyście widzieć - zawsze w święta gdzieś leci. Cóż, znacie tę scenę, w której Duch Minionych Świąt zabiera Scrooge'a w przeszłość, gdy był młody i szczęśliwy i miał szefa, Fezziwiga, grubasa uwielbiającego imprezy? Tak, właśnie tego. To mój ojciec.
Tytuł oryginału: Tangled
Copyright ? 2013 by Emma Chase
Copyright for the Polish edition ? 2015 by Wydawnictwo Termedia
Gallery Books
A Division of Simon & Schuster, Inc.
1230 Avenue of the Americas
New York, NY 10020
First Gallery Books trade paperback edition January 2014
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany
w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy.
Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania
za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Termedia, Poznań 2015
Zdjęcia na okładce: ? Getty Images/? iStock
Projekt okładki: Olga Reszelska
Przekład: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Redakcja, korekta:
CAŁA JASKRAWOŚĆ
www.calajaskrawosc.pl
eISBN: 978-83-7988-429-2
Wydawnictwo Filia
grupa Termedia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 8
61-615 Poznań
www.wydawnictwofilia.pl
Wszelkie pytania prosimy kierować na adres:
czytelnicy@wydawnictwofilia.pl
Dołącz do nas na Facebooku!
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:
DARKHART
Dariusz Nowacki
darkhart@wp.pl
SPIS TREŚCI
Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY
PODZIĘKOWANIA
O AUTORCE
Reklama 1
Reklama 2
Reklama 3
Karta redakcyjna