Roszpunka
Było lato, więc słońce pojawiło się w lewym dolnym rogu dużego okna
kwadrans po szóstej.
Mniej więcej.
Trudno było to stwierdzić ze stuprocentową dokładnością, dopóki nie
podniosło się odrobineczkę wyżej, aż jego promienie mogły wlać się przez
dziurki pieczołowicie wydrążone w kawałku drewna, nad którym widniały
wymalowane pięknymi zawijasami godziny. Ten prosty zegar słoneczny
zwisał z sufitu na solidnie wbitym weń patyku, bo gdyby zawiesić go na
sznurku, kręciłby się w kółko, a co za tym idzie, nie nadawałby się do
śledzenia ruchów słońca.
Za to dzwoneczki wietrzne, także wykonane z kawałków drewna, metalu oraz
fragmentów ceramiki, mogły dyndać i brzęczeć, ile tylko chciały.
Otaczały je podniebne bibeloty, które również zwisały na sznurkach z sufitu i bujały się z rozmachem przy każdym podmuchu wiatru. Były wśród
nich gwiazdy z papier mâché, komety ze zbieranych przez lata kawałków
szkła i zbitego lustra, bardzo ostrożnie odwzorowana (i złota) replika
gwiazdozbioru Oriona, wykonany z pozszywanych i haftowanych skrawków
materiału model słońca i kilka obrazów na prostokątnych panelach
zawieszonych równolegle do podłogi. Dzięki temu, leżąc w łóżku, można
było patrzeć na nie i udawać, że są oknami lub przyjaciółmi, w zależności od tego, co przedstawiały.
Ta oszałamiająca, migocząca i pobrzękująca wystawa przywitała Roszpunkę
po przebudzeniu, napełniając ją dużo większą radością, niż powinna w przypadku kogoś, kto spędził ostatnie sześć tysięcy i w przybliżeniu
dziewięćset dni samotnie w zamkniętej wieży.
-?Te urodziny będą fantastyczne. Czuję to!
Roszpunka wiedziała o istnieniu urodzin tylko dlatego, że przeczytała o nich w jednej z trzydziestu siedmiu książek, które miała w swoim
posiadaniu: książce nr 3: "Historia Rzymu i innych wielkich imperiów".
Marek Antoniusz obchodził ponoć urodziny bardzo hucznie, a Kleopatra
szykowała mu niesamowicie wymyślne prezenty. W każdym razie urodziny
wydawały się świetnym pomysłem, a Roszpunka postanowiła, że będzie je
obchodzić akurat tego dnia roku.
Gdyby w wieży mieszkał ktoś poza nią, byłby oczarowany jej urodą. Po
pierwsze zwróciłby uwagę na jej policzki, zaskakująco rumiane jak na
kogoś, kto spędził całe życie w zamknięciu.
(Było tak, ponieważ w słoneczne środowe i sobotnie popołudnia
pieczołowicie podążała za plamą słońca po całej komnacie i kładła się w jego ciepłych promieniach).
Swoje duże zielone oczy zawdzięczała rodzicom, których nigdy nie
poznała.
Jej usta zwykle układały się w pełnym oczekiwania uśmiechu, bo była
Roszpunką: pogodną, wesołą i bystrą dziewczyną, która nie zamierzała się
poddawać ponuremu nastrojowi mimo okoliczności, w jakich przyszło jej
żyć.
-?Ale urodziny muszą poczekać -?powiedziała na głos. -?Najpierw
obowiązki!
Odkładanie czegoś przyjemnego na później -?nawet odrobinę później -
zawsze potęgowało radość.
Wyskoczyła z łóżka, puszczając w brzękliwy ruch ozdoby zawieszone we
włosach, podczas gdy dekoracje zawieszone nad jej głową wydawały
podobne, choć głośniejsze odgłosy.
Włosy. Nie było wątpliwości, że to one stanowiły najbardziej
zachwycający element jej urody.
Długie na sążnie, przepiękne, połyskliwe srebrne włosy.
Splecione w warkocze, zwinięte w ślimaki, upięte w koki tak ciasno, jak
tylko się dało. Niektóre warkocze były tak długie, że tworzyły pętle,
przez które Roszpunka mogła z łatwością przełożyć rękę. Zwisały po jej
bokach jak obszerne rękawy dawnych sukien.
Całą tę konstrukcję ozdabiały tuziny świecidełek -?równie srebrnych jak
jej włosy -?egzotyczne kamienie, takie jak lapis lazuli i turkusy. Były
wśród nich także dzwoneczki, malutkie księżyce, dłonie, słońca,
sześcioramienne gwiazdy, oczy i wszystko, co na prośbę córki wynalazła
Matka Gertruda.
Te amulety były desperacką próbą okiełznania włosów, kontrolowania ich,
pozbawienia ich magicznej mocy.
Dziesięć z trzydziestu siedmiu książek w kolekcji Roszpunki dotyczyło
magii: czarów, zaklęć, ludowych obrzędów, wiedzy starożytnych Egipcjan,
mądrości ludzi żyjących jeszcze przed Chrystusem. Niestety, żadna z nich
nie wspominała o panowaniu nad magicznymi włosami. Opisywały talizmany
wykonane z pukli niewinnych dzieciątek, zaklęcia miłosne pieczętowane
włosem obiektu uczuć, służące zemście inkantacje wymagające warkocza
uplecionego z włosów wroga. Lecz nic na temat włosów, które same w sobie
były magiczne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Opowieść
Ostatnie nuty popowej piosenki wybrzmiały wraz z finałem napisów
końcowych filmu, a Brendan powoli wracał do rzeczywistości.
Zamiast świergoczącego szczęśliwym zakończeniem królestwa pełnego
kwiatów, ptaków, królów i królowych pojawiła się ciasna i zimna sala,
pusta i sterylnie biała. Starczało w niej miejsca na jedno krzesło,
niewielki wózek, plątaninę rurek i pompek kroplówki oraz szpitalne
łóżko, na którym leżała jego siostra bliźniaczka Daniella.
Brendan próbował ozdobić i jakoś ocieplić salę, tak jak robił to zawsze,
gdy towarzyszył siostrze podczas kolejnych sesji chemioterapii. Wieszał
kolorowe światełka nad jej łóżkiem (takie na baterie), umieszczał bukiet
nieprzyzwoicie jaskrawych kwiatów na wózku (sztucznych, bo prawdziwe
pyłki i alergeny szkodziły ludziom z osłabionym układem odpornościowym),
a obok stosik bajgli i kubek serka truskawkowego, na wypadek gdyby
Daniella akurat miała ochotę na przekąskę (nigdy nie miała).
Te zabiegi tłumiły lęk, ale nigdy całkowicie.
To nie był najgorszy rodzaj raka. Nie był nawet w pierwszej dwudziestce.
Ale to ani trochę nie pocieszało Brendana, gdy jego bardzo słaba i bardzo zmęczona siostra -?która podczas filmu siedziała wsparta na
poduszkach i z ożywieniem wpatrywała się w ekran -?po skończonym seansie
powoli zapadała się w sobie z wyczerpania.
W ciszy, która nastała po seansie, klikanie pompki od kroplówki zdawało
się zagłuszać wszystkie inne dźwięki.
Daniella otworzyła usta, ale nie do końca ziewnęła.
-?No dobra, trzeci pokaz "Zaplątanych" odhaczony! -?odezwał się Brendan
z prawie niewymuszonym uśmiechem. -?Na co masz teraz ochotę?
-?Poczytasz mi? -?Jej senne piwne oczy rozbłysły na jedną lśniącą
chwilę. Jak mógłby jej odmówić?
...A potem zobaczył okładkę książki, którą podetknęła mu pod nos, i uśmiech spełzł mu z twarzy.
-?Daj spokój -?mruknął. -?Właśnie obejrzeliśmy film. Nie moglibyśmy
poczytać czegoś innego?
-?Nie, chcę posłuchać o Roszpunce -?upierała się Daniella, wydymając
dolną wargę (w sposób, który ku radości Brendana przypominał mu nieco
jego dawną siostrę). -?ZNOWU. Chyba że uważasz, że twoja szesnastoletnia
chora na raka siostra na to nie zasługuje...
-?O. Rany. Dobra. -?Brendan niechętnie sięgnął po książkę. -?Okej,
rozumiem ten cały powrót do dzieciństwa. Ale dlaczego akurat Roszpunka?
Dlaczego aż tyle Roszpunki? Ty masz czarne włosy. A właściwie już ich
nie masz.
Jako jej brat był jedynym człowiekiem, któremu wolno było tak mówić.
Jako jej brat musiał tak mówić. Gdy robił się dziwny, łzawy i łagodny
jak jej chłopak czy rodzice lub gdy używał tych samych wymuszonych słów
co pielęgniarki, które zawzięcie obchodziły temat jej choroby... właśnie
wtedy Daniellę ogarniały lęk i złość. Żadna z tych strasznych rzeczy,
które się jej przytrafiły, nie przeszkadzała jej tak bardzo jak głupi,
upierdliwy brat silący się na słodycz.
Ale zdarzyło mu się, tylko raz, przyłapać ją, jak zerknęła w lustro na
kilka kępek włosów, które zostały jej na głowie w miejscu dawnych
lśniących warkoczyków. Jej gardło wydęło się jak u ptaka, który właśnie
wciągnął rybę, gdy gorączkowo przełykała, próbując powstrzymać łzy.
-?Czytaj. No już -?powiedziała teraz, wyraźnie zmęczona. Posłała mu
gromiące spojrzenie z całą siłą, na jaką było ją stać.
Brendan westchnął i otworzył książkę na pierwszej stronie. Poczuł
dreszcz. W salach do chemioterapii celowo utrzymywano niską temperaturę
-?miało to jakieś medyczne uzasadnienie, którego już nie pamiętał.
Dlatego zawsze przynosił Danielli jej stary koc z Tianą. Teraz leżała
ciasno nim otulona razem z elektrycznymi szpitalnymi kocami, które miły
pielęgniarz ustawił na najwyższą temperaturę, żeby nie marzli.
Brendan spojrzał na pierwszą stronę.
I zamknął książkę.
-?Brendan -?mruknęła Daniella sennie, ale z nutą zniecierpliwienia.
-?A co powiesz na to? -?Brendan wpadł na pewien pomysł. -?Przeczytaliśmy
tę książkę jakiś milion razy...
-?Dwa razy -?poprawiła Daniella, zamykając oczy.
-?Mógłbym opowiedzieć ją trochę... inaczej? Tak po mojemu?
Siostra gwałtownie otworzyła oczy i łypnęła na niego podejrzliwie.
-?Ehe. Zaczniesz pleść jakieś głupoty i wsadzisz tam szturmowców albo
wszyscy zaczną się wyzywać od najgorszych, a potem wylądują kosmici i zrobi się jedna wielka rozróba.
-?Nie, wcale nie! Obiecuję. Żadnych głupot. Dokładnie ta sama historia...
tylko trochę inna.
Daniella spojrzała na niego spod przymrużonych powiek.
-?I Matka Gertruda będzie zła? A Flynn zakocha się w Roszpunce? I będzie
Pascal? I wszystkie oprychy z Dziarskiego Kaczątka? I magia? Żadnych
robotów i podróży w czasie?
-?Właśnie tak. Obiecuję. Ani jednego robota.
-?No dobra -?zgodziła się Daniella. W jej głosie nadal nie było słychać
specjalnego przekonania, ale wydawała się zdecydowanie bardziej
rozbudzona niż jeszcze chwilę wcześniej. -?Spróbujmy.
-?No i super -?odparł Brendan z uśmiechem. Otworzył książkę, jakby
zamierzał zacząć czytać:
Dawno, dawno temu...
Początek baśni
Dawno, dawno temu, gdy niebiosa wciąż interesowało czasem to, co
dzieje się na ziemi, słońce świeciło tak jasno, że pewnego wspaniałego
wiosennego dnia uroniło łzę czystego szczęścia. Tam gdzie spadła, wyrósł
magiczny złoty kwiat. Lśnił ciepłym, delikatnym blaskiem jak poranne
promienie, a jego płatki kryły w sobie moc uzdrawiania chorób i ran.
...Ale los nie dał mu okazji, by się tym wykazać. Wprawdzie "dawno, dawno
temu" ludzie, którzy dobrze znali te lasy i desperacko szukali cudownego
lekarstwa, wyruszyli na poszukiwanie jego magii. Lecz w tych ciemnych
czasach całą krainą wstrząsała wojna za wojną, a wielka zaraza zabrała
całe pokolenia mędrczyń i starych pustelników. Z czasem o złotym kwiecie
niemal zupełnie zapomniano.
Minęło wiele lat. Świat się zmienił. W końcu pewna przebiegła i do cna
zła młoda kobieta wiedziona legendami i pogłoskami zdołała odnaleźć
kwiat.
Miała na imię Gertruda.
Taka magia pozwoliłaby jej wiele zdziałać. Mogła zostać wspaniałą
uzdrowicielką, a przynajmniej rozchwytywaną (i bardzo majętną) medyczką
usługującą królom i bogaczom. Ona jednak zatrzymała kwiat dla siebie, a jego moc wykorzystywała tylko w jednym celu: do zaskarbienia sobie
wiecznej młodości.
Minęło sto lat.
W państwie znów zapanował spokój. Król Fryderyk i królowa Arianna,
piękni i mądrzy ponad swój wiek, sprawowali władzę roztropnie i sprawiedliwie. I jak to często w baśniach bywa, mieli wszystko, czego
mogli zapragnąć... oprócz dziecka.
(Choć sytuacja ta była, oczywiście, źródłem smutku i obaw dla pary
królewskiej, brak potomstwa niepokoił także mieszkańców rządzonej przez
nich krainy. Bez potomka, który w swoim czasie mógłby zasiąść na tronie,
ziemie te czekał powrót do chaosu i przelewu krwi. Sąsiadujące księstwa
wiecznie ostrzyły sobie zęby na nowe terytoria, gotowe wykorzystać każdą
okazję, by je zdobyć).
Dzięki zabiegom akuszerek, medyków, kapłanów i zielarzy para królewska
wreszcie oczekiwała dziecka. W pierwszej chwili na zamku zapanowała
wielka radość, lecz niestety, jak to często zdarzało się w tych dawnych,
dawnych czasach, królowa zachorowała, i z każdym dniem, który zbliżał ją
do rozwiązania, zdawała się o krok bliższa śmierci.
Król raz jeszcze wezwał do zamku akuszerki, medyków, kapłanów i zielarzy, lecz dopiero ostatnia sędziwa mędrczyni przypomniała sobie
historię, którą opowiedziała jej własna prababka. Dotyczyła tajemnicy
złotego kwiatu. Słonecznego kwiatu.
Nie zwlekając ani chwili dłużej, król rozesłał konnych posłańców, by
przeczesali całą krainę i odnaleźli magiczny kwiat. Co noc od zmierzchu
do świtu każdy będący na siłach mieszkaniec królestwa brał udział w poszukiwaniach. Wszyscy robili to chętnie, bo para królewska cieszyła
się miłością poddanych, którzy pragnęli jej szczęścia tak jak własnego.
Pragnęli ponadto dziedzica tronu, zdolnego uchronić ich przed powrotem
do chaosu, który trawił królestwo przez długie wieki. Nie gardzili też
sowitą nagrodą, którą król obiecał znalazcy.
I kwiat w końcu odnaleziono i przygotowano napar, który uśmierzył ból i gorączkę królowej. Arianna wkrótce wydobrzała i powiła śliczną
dziewczynkę, a w całym królestwie zapanowała wielka radość.
Bo nikt nie zdawał sobie sprawy, że doszło do pomyłki.
Gdyż nowo wzbogacony chłop wcale nie znalazł słonecznego kwiatu.
Przyniósł do zamku kwiat księżycowy.
Centrum Onkologii Memorial Sloan Kettering
Zaraz, że co?
Daniella pacnęła obiema rękoma o kołdrę. Rurki kroplówki zaklekotały
ostrzegawczo, ale szczęśliwie żadna nie wypadła.
-?Kwiat księżycowy. Srebrny kwiat -?powtórzył Brendan cierpliwie. -
Zerwali nie ten, co trzeba. Mówiłem, że ta historia będzie inna.
-?No mówiłeś, ale... jak mogli zerwać zły kwiat? Chodziło o złoty kwiat.
Żółciutki, świecący i w ogóle.
Zmarszczyła czoło i skrzyżowała ręce na piersi, wydymając usta na
głupotę postaci, która nie otrzymała nawet imienia -?i która
najprawdopodobniej nieźle wzbogaciła się na swojej pomyłce, wynagrodzona
taką liczną trzodą kóz i ilością złota, że nie wiedziała, co z tym
dostatkiem zrobić.
-?Dobra, słuchaj, oba kwiaty świeciły -?zauważył Brendan, pochylając się
do przodu, gotowy bronić swojej anonimowej postaci. -?Powiedziano im
"idźcie poszukać świecącego kwiatu". To chłop poszedł i znalazł. Skąd
miał wiedzieć, że było takich więcej niż jeden? Wiele lat wcześniej
księżyc także uronił łzę, czy coś, i z niej również wyrósł kwiat.
Widział, że przez twarz siostry przemknął wyraz zrozumienia i zaciekawienia, i spróbował nie pokazać swojej satysfakcji zbyt otwarcie.
-?A czy gwiezdne kwiaty też są?
-?Nie wiem. Może. Czemu nie?
-?A jakie inne właściwości ma srebrny kwiat? -?spytała Daniella,
wyraźnie starając się nie wyglądać na zbyt zaintrygowaną.
-?Może po prostu się odprężysz i posłuchasz, głupolu? Wszystkiego się
dowiesz -?burknął Brendan, ponownie otwierając książkę, tym razem z lekkim rozmachem.
Siostra nie wyglądała na w pełni zadowoloną, lecz mimo to ponownie
ułożyła się na poduszkach, raz lub dwa razy głośno przełykając. W chemii, którą dostawała, było coś dziwnego, co sprawiało, że odczuwała
zapachy i smaki, których nie było. Brendan zanotował w pamięci, żeby
przynieść jej więcej kwaśnych żelek z automatu na korytarzu, kiedy
następnym razem pójdzie do łazienki. Nie były jej ulubionymi słodyczami,
ale ich intensywny smak pomagał choć trochę zatuszować nieprzyjemne
odczucia.
-?I tak narodziła się zdrowa dziewczynka. Królewna. -?ciągnął Brendan. -
A po tygodniu, jak kazał zwyczaj w tamtych czasach, gdy śmiertelność
wśród niemowląt była bardzo wysoka, nadano jej imię Roszpunka, bo ta
roślina rosła na łące, gdzie znaleziono magiczny kwiat. Całe królestwo
zatrzymało się, by uczcić tę wiekopomną chwilę. Były uczty i tańce,
pikniki i wszystkim mieszkańcom rozdawano dary. Para królewska wypuściła
na nocne niebo płonące lampiony. I przez moment wydawało się, że
wszystko toczy się idealnie. Ale ten moment szybko przeminął.
Roszpunka
Nowo narodzona królewna była zdrowa, energiczna i pełna wigoru. Nie
zdradzała żadnych oznak choroby czy słabości (czy też "pragnienia
opuszczania grzesznego ludzkiego padołu i powrócenia do nieba", jak
mówili niektórzy). Szybko postarano się dla niej o mamkę, którą królowa
Arianna równie szybko odprawiła, bo pragnęła opiekować się córeczką
sama. I któż mógł ją winić? Roszpunka była wesolutka i tłuściutka, miała
rumiane policzki i uwielbiała się tulić. Jedyne, co w niej dziwiło, to
włosy, bo te lśniły równie prześlicznym, co niezwykłym odcieniem srebra
i miały kilka cali już w momencie narodzin dziewczynki.
Stara Babka Berta, ochmistrzyni czuwająca nad pokojówkami i resztą
służby, powszechnie uważana za zamkową matkę, z niecierpliwością zbywała
przesądne plotki o ich rzekomo demonicznym pochodzeniu. To były pierwsze
włosy, włosy niemowlęce, które prawdopodobnie i tak wypadną za tydzień
czy dwa i zostaną zastąpione włosami we właściwym kolorze. Arianna
przyszła na świat z meszkiem czarnych jak smoła włosów, które zniknęły w dwóch pierwszych tygodniach, a po miesiącu zastąpiły je kasztanowe
pukle, do tej pory zdobiące jej głowę.
Lecz włosy Roszpunki były cienkie i kłopotliwe. Uparcie plątały się w drobne, niemowlęce kołtunki, diabelsko krnąbrne przy rozczesywaniu.
(Problem pogłębiało ślinienie się i ulewanie, co zdarza się nawet
najlepiej urodzonym niemowlętom, w tym także królewnom).
Dzień jej chrzcin ogłoszono wielkim świętem w całym królestwie. Król
Fryderyk, astronom amator, wyliczył, że tej nocy księżyc znajdzie się w nowiu, a pod jego nieobecność niebo będzie najciemniejsze.
-?Powinniśmy zapalić jeszcze więcej lampionów! -?oświadczył. -?Wypełnić
nimi całe niebo! Odpowiednio uczcić to wielkie wydarzenie!
Karawana handlowa ze Wschodu przyniosła te cuda do królestwa kilka
miesięcy wcześniej: kolorowe, malowane papierowe latarenki, które
ulatywały do nieba po zapaleniu znajdującej się w środku świecy.
Fryderyk kupił je wszystkie i błagał kupców, by wrócili z kolejną
partią.
(Nabył też sztuczne ognie, jedwabie, herbatę i przeróżne przyprawy, o których zamkowi kucharze nigdy wcześniej nie słyszeli, lecz wkrótce
zręcznie wkomponowali je w podawane na królewski stół dania).
Lampiony zostały rozdane wszystkim mieszkańcom królestwa wraz z poleceniem, by tuż po zachodzie słońca zapalili je i wypuścili z łódek w miejskim porcie.
Cały kraj pochłonięty był przygotowaniami do nadchodzącego wieczoru: na
gzymsach domów zawisły kwieciste girlandy, przybyli z dalekiego Wschodu
mnisi malowali kredą barwne mandale na miejskich placach. Muzycy stroili
i polerowali instrumenty, wszyscy szykowali swoje najlepsze stroje i kaftany, kobiety ozdabiały warkocze śnieżnobiałymi liliami, które tylko
w niewielkim stopniu oddawały blask złotego kwiatu.
(Srebrnego kwiatu).
Lecz małej Roszpunki bynajmniej nie cieszyły przygotowania do jej
własnej uroczystości.
Nie przeszkadzała jej bieluchna szata chrzcielna z najlepszego jedwabiu,
haftowana przez tuzin najsprawniejszych hafciarek w królestwie.
Nie protestowała, gdy pryskano wodą różaną po jej pofałdowanym ciałku,
by pachniała tak wspaniale, jak według naiwniaków powinny pachnieć
niemowlęta.
Nie skarżyła się nawet, gdy bardzo ostrożnie obcinano jej maciupeńkie
paznokietki, żeby nie drapała się po twarzy.
Ale nie mogła znieść całego zamieszania wokół jej włosów.
-?Jak niemowlę może narobić sobie tyle kołtunów? -?zastanawiała się
Babka Berta, tuląc Roszpunkę, gdy młoda pokojówka Lotka próbowała
pieczołowicie rozplątać supełki srebrnym grzebieniem.
Królowa Arianna przyglądała się temu z uśmiechem, w duchu ciesząc się z każdego donośnego okrzyku i zaskakująco krzepkiego kopnięcia swojej
córki. Wściekłość oznaczała witalność, co u najmłodszych dzieci wcale
nie było oczywiste. Wściekłość oznaczała silną wolę -?która przydawała
się szczególnie dziewczynkom i kobietom, a nawet królowym, zmuszonym do
walki o wszystko, co chłopcy dostawali bez kiwnięcia palcem.
Król Fryderyk krążył niecierpliwie po komnacie, co i raz doglądając prac
nadwornego malarza, który pospiesznie szkicował tę scenę. Takie
zachowanie byłoby urzekające u świeżo upieczonego ojca, tyle że ten
konkretny ojciec zmusił już biednego artystę do naszkicowania pierwszej
kąpieli Roszpunki, pierwszej drzemki w królewskiej kołysce, a nawet
pierwszej królewskiej zmiany pieluchy.
-?Nie ruszaj się, kwiatuszku -?prosiła Lotka, starając się delikatnie
trzymać niemowlęcą główkę, tak by nie zadrapać jej zdobnym grzebieniem.
-?Już dobrze, serdeńko -?zagruchała Babka Berta, lekko kołysząc małą na
biodrze.
-?Jeszcze jeden kołtunek i gotowe -?wycedziła pokojówka przez zaciśnięte
zęby.
Możliwe, że pociągnęła grzebieniem nieco mocniej, żeby czym prędzej
uporać się z zadaniem. Roszpunka wydała z siebie krzyk złości i szarpnęła główką, sprawiając, że grzebień zaplątał się w kołtun.
-?Och, skarbeczku! -?wykrzyknęła Lotka, kładąc dłoń na czerwonej główce
biednego dziecka.
Czerwona zrobiła się także twarz Roszpunki. Poczerwieniała od
niemowlęcej krzywdy i bólu niczym burak. Otworzyła swoje urocze
różowiutkie usteczka i zawyła...
...a pokojówka padła martwa.
W komnacie nastała cisza przerywana jedynie płaczem małej królewny,
który wcale nie był znów tak głośny -?była przecież dopiero noworodkiem.
-?Co...? -?Zwykle milkliwy Fryderyk odezwał się jako pierwszy.
Jeden ze strażników ochłonął szybciej od pozostałych. Przyskoczył do
służącej, uklęknął i przytknął dłoń do jej policzka.
-?Robi się zimna. Sprowadźcie medyka, ale zdaje się, że jest już za
późno.
Drugi strażnik zasalutował i ruszył korytarzem, nawołując donośnie i wzywając signore dottore Alziego, który czuwał nad zdrowiem
mieszkańców zamku i zamkowej służby.
-?Roszpunko! -?wykrzyknęła królowa, podbiegając do córeczki. Jak u każdej matki w obliczu zagrożenia jej pierwszym instynktownym odruchem
była chęć chwycenia w objęcia swojego dziecka.
Lecz Babka Berta odwróciła się, przyciskając dziewczynkę do piersi i odsuwając ją od królowej.
-?Najjaśniejsza pani, nie -?powiedziała, pojmując jako pierwsza, może
poza strażnikiem, co się właśnie wydarzyło. -?Trzymaj się z daleka.
-?Oddaj mi moje dziecko -?zażądała Arianna, a w jej pełnych strachu
ciemnych oczach błysnęła iskierka Roszpunkowej waleczności.
-?Nie, pani -?odparła Berta stanowczo. -?Dzieje się coś niedobrego, sama
widziałaś. Lotka pociągnęła Roszpunkę za włosy, a teraz leży martwa.
Może dziecię powoli się uspokaja, ale pozwól mi ją potrzymać, dopóki nie
upewnimy się, że to bezpieczne.
Mimo tych ostrzeżeń Arianna postąpiła kolejnych kilka kroków w stronę
starej niani, lecz Fryderyk złapał ją za rękę.
Malarz dalej z zapałem szkicował scenę: ponurą, pogrążoną w ciszy i chaosie komnatę, pełną smutku... i rumiane niemowlę, które już gaworzyło i postękiwało wesoło, usuwając z pamięci chwilową przykrość.
Artysta nie został zaproszony do prywatnych komnat królewskich, gdzie
rozpaczliwa scena miała swój ciąg dalszy. Smutek zastępowały powoli
zaduma i zmartwienie. Fryderyk i Arianna siedzieli obok siebie, a ich
córka leżała nieopodal pogrążona we śnie (w kołysce wydrążonej z drewna
jarzębu, który miał ją chronić przed złymi wróżkami). Byli z nimi także
signore dottore Alzi, ksiądz, Babka Berta oraz strażnik, który
pierwszy dopadł martwej Lotki.
-?Skłaniam się ku wyjaśnieniu, że to wszystko jest wynikiem
nieszczęśliwego wypadku -?odezwał się doktor zmęczonym tonem. Miał
druciane okulary i życzliwe spojrzenie. -?Być może służąca miała słabe
serce lub coś nie tak w mózgu -?próbował tłumaczyć medyk. -?Stres
związany z sytuacją sprawił, że krew i humory w jej ciele zagotowały się
i wzburzyły, a słabe narządy tego nie wytrzymały.
-?Twierdzisz, panie, że to był pierwszy raz, kiedy doświadczyła stresu?
-?warknęła Babka Berta. -?Czy miałeś kiedyś okazję porozmawiać z ładną
młodą służką z ubogiej rodziny, signore?
Doktor wzruszył ramionami. Nie miał dobrej odpowiedzi.
-?To sprawka diabła -?wtrącił ksiądz. -?Tak to się kończy, gdy człowiek
ratuje się magicznymi roślinami i czarami zamiast Słowem Bożym.
Król Fryderyk potarł, zmęczony, swoje krzaczaste brwi i ścisnął ramię
Arianny, pocieszając ją, zanim zdążyła zareagować.
-?Strażniku Tregsburg -?odezwał się -?ty pierwszy pojąłeś, co się
wydarzyło, gdy podszedłeś do tej biednej dziewczyny. Powiedz mi, co
zobaczyłeś.
Królewski strażnik Justyn Tregsburg (zwany Maximusem na rzymską modłę,
bo przerastał swoje rodzeństwo o głowę) był młody, lecz wystarczająco
doświadczony, by nie okazać emocji.
-?Wasza Królewska Mość, tak jak to widziałem, królewna się zezłościła i w tej samej chwili służąca padła nieżywa. Nie widziałem nic poza tym, że
pokojówka dotykała dziecka, a dokładniej jego włosów, gdy to się
wydarzyło. Ale przecież ochmistrzyni trzymała małą i przeżyła. Nie
potrafię powiedzieć, jak to się stało.
-?Włosów królewny... -?Arianna powoli podniosła się z krzesła i zbliżyła
do kołyski. Srebrzyste pukle Roszpunki, wciąż z tym ostatnim kołtunem,
rozlewały się po poduszce wokół jej głowy, dziwne i tak bardzo
nienaturalne u dziecka, którego oboje rodzice mieli włosy w odcieniu
głęboko kasztanowym jak sierść u najszlachetniejszego araba.
Włosy pełne złej magii.
-?Może to rzeczywiście przez ten kwiat -?zastanowił się signore Alzi.
-?Oczywiście osobiście nie wierzę w takie banialuki... Arianna to
wspaniała, zdrowa kobieta, która z pewnością wydobrzała o własnych
siłach. Ale załóżmy, że złoty kwiat posiada magiczne właściwości, a jego
esencja trafiła do organizmu królowej, gdy wypiła napar. Czy w ten
sposób nie trafiłaby także do jej dziecka, które karmi się pożywieniem i napojem matki, gdy ta nosi je pod sercem?
Arianna i Fryderyk wymienili zatrwożone spojrzenia. Ręka królowej
bezwiednie powędrowała do jej łona, choć było już puste.
-?Dziecko nie ma władzy nad swoją złością, Wasza Wysokość -?odezwał się
ksiądz łagodnie. -?Czy to sprawka diabła, czy naukowe farmazony Alziego,
jeśli królewna ma moc zabijania, zrobi to ponownie -?bezmyślnie, tak jak
niemowlęta wiją się i zżymają w atakach wściekłości.
Fryderyk starał się zapanować nad huraganem emocji, marszcząc czoło i przyjmując minę zdradzającą zadumę godną władcy, tak jak nauczył go
ojciec, który sam otrzymał tę naukę od własnego ojca.
-?Ale cóż możemy poradzić? Czy ktoś z was ma jakikolwiek pomysł?
Tregsburg?
Strażnik nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Wychował się na dalekich
rubieżach królestwa, gdzie otaczały go ludowe opowieści i tradycje. A teraz miał na sobie strój każdego baśniowego myśliwego czy kata, któremu
można by powierzyć zadanie zabrania niemowlęcia do lasu... i poradzenia
sobie z problemem.
-?Wygląda na to, że dziewczynka może stanowić poważne zagrożenie dla
Waszych Królewskich Mości -?powiedział ostrożnie. -?I ochmistrzyni, i każdego, kto będzie się nią zajmować.
Arianna starała się powstrzymać szloch.
Babka Berta spojrzała na niemowlę ze smutkiem.
-?Ale pomyśleć tylko. Królewna władająca taką mocą... Królowa... Potężna
byłaby z niej władczyni, prawda? To dopiero byłby widok.
-?Trzeba ją wychować bezpiecznie -?stwierdził Fryderyk, powtarzając na
głos jedyną myśl, która zdawała się jasno wybrzmiewać w jego głowie.
-?Bezpiecznie dla niej... i dla wszystkich wokół -?dodał Alzi pospiesznie.
-?W bezpiecznej, bogobojnej społeczności. W skromnym zakonie -
zasugerował ksiądz.
-?Może przy kimś, kto zna się na takich sprawach -?zaoponował strażnik,
najgrzeczniej jak potrafił.
-?To moje dziecko -?zawołała Arianna. -?Pojadę z nią!
-?Za przeproszeniem, jesteś królową, Najjaśniejsza Pani -?zauważyła
Babka Berta, dygając nisko. -?Masz pod swoją opieką znacznie więcej
dzieci. Wszystkie dzieci w królestwie, a także ich rodziców, którzy
potrzebują twojego przewodnictwa.
-?Nie myli się -?przyznał signore Alzi.
-?Jesteś pasterką swego ludu -?podchwycił ksiądz.
-?Może uda nam się znaleźć jakieś schronienie w okolicy, żebyś mogła ją
odwiedzać -?zasugerował król... i ta sugestia ostatecznie przypieczętowała
decyzję, którą podjął już w myślach. -?Dopóki nie wyrośnie z tych
rzeczy... lub nie nauczy się ich kontrolować.
Arianna posłała mu spojrzenie pełne jej własnej niemagicznej
wściekłości.
A potem zwiesiła głowę.
-?Tregsburg, rozpuść wici. Tym razem dyskretnie -?polecił król. -
Wszystkim akuszerkom i czar... eee, kobietom z doświadczeniem w takich
sprawach. Niebezpiecznych, magicznych sprawach. Znajdź kogoś, kto
zaopiekuje się Roszpunką jak własną córką, dobrze ją wykształci i uchroni ją przed światem, a świat przed nią.
-?Rozkaz, Wasza Wysokość. Oczywiście, Wasza Wysokość. -?Strażnik skłonił
się nisko.
-?A co takiego powiemy o tym, co tu się wydarzyło? -?spytał ksiądz,
wskazując na dziecko... i tym samym na niewidoczne, niewspomniane, ale
niezaprzeczalne ciało pokojówki.
-?Powiemy, że oddała życie, próbując uratować królewnę -?zasugerował
signore Alzi. -?Szlachetny czyn, który przyszedł jednak zbyt późno.
Wąż lub jadowita jaszczurka ukąsiła je obie.
(Signore Alzi z radością zbiegł z pełnego intryg dworu Medyceuszy,
który zastąpił znacznie mniej podstępnym i jadowitym królestwem
Fryderyka i Arianny, lecz uprzednio dobrze wyszkolił się w sztuce
kłamstwa i poznał moc pogłosek i plotek).
-?Tak też zrobimy -?zdecydował król.
A potem objął łkającą Ariannę i tulił ją mocno, póki nie zapadła ciemna
noc.
Matka Gertruda
Wybór akuszerek, znachorek, księży i zielarzy był tym razem znacznie
mniejszy, gdyż odpowiednia osoba musiała dogłębnie znać się na rzeczy i nie polegać jedynie na pogłoskach. Gdy szło o magię, istniała niewielka,
acz bardzo istotna różnica między wiarą a wiedzą. Zwykły domorosły
praktyk, taki, który w duchu marzył o mocy złotego kwiatu, a w rzeczywistości przygotowywał bezużyteczne mikstury miłosne dla
rozochoconych podlotków (serwując im je wraz z porcją całkiem rozsądnych
rad), tym razem z pewnością by się nie sprawdził. Nie można było też
polegać na ludziach wyczytujących przyszłość z kart czy prezentujących
sztuczki na królewskim dworze.
Nekromantów wykluczono od razu.
Lista kandydatów stała się naprawdę niepokaźna, gdy pewnego ciemnego
wieczoru zjawiła się na zamku, niczym postać z baśni, czarnowłosa
kobieta z twarzą ukrytą pod obszernym kapturem peleryny. Strażnicy
odryglowali bramę i otworzyli ją, lecz ona nie zwracała na nich uwagi -
była zbyt zajęta podziwianiem kształtu swojego (trzeba przyznać,
ponętnego) cienia w blasku zatkniętych na murze pochodni. Zapozowała i odrzuciła gęste włosy niczym młoda dziewczyna, którą zdecydowanie już
nie była.
-?Wybaczcie, w chatce mam fatalne światło -?powiedziała, rzucając
strażnikom czarujący uśmiech. -?Moją dziewczęcą figurę mogę podziwiać
tylko przy świeczce z łoju i w promieniach słońca.
Tregsburg nie poddał się urokowi jej uśmiechu ani powabowi wspaniałych
czarnych włosów, ani też głębi wielkich, wyrazistych oczu. Był również
wolny od uprzedzeń, powszechnych, niestety, wśród mieszkańców okolic, w których się wychował -?nie dbał o to, czy pochodziła z Romii, Judanii,
gdzieś z wysokich gór czy z dalekiego Południa. Ale było w niej coś...
niepokojącego. Fałszywego.
Mimo to zaprosił ją do środka, tak jak wszystkich, którzy zgłosili się
przed nią. Z zainteresowaniem, ale i dziwnym, złośliwym uśmieszkiem
rozglądała się dookoła, patrząc na gobeliny, zbroje i zdobne stroje
dworzan. Jakby myślała, że wszystko to jest przyjemne, ale w dużej
mierze nieistotne. "Jak też niemądrzy są mieszkańcy zamku, ceniąc takie
błahostki!".
-?Wasza Królewska Mość, Matka Gertruda -?zaanonsował ją.
-?Siostra Gertruda, jeśli łaska -?pospieszyła z doprecyzowaniem. -?Nie
to, że nie marzę, by pewnego dnia stać się matką własnego dzieciątka,
ale... "matka" brzmi dość... staro, czyż nie?
Przypomniała sobie o dygnięciu dopiero w ostatniej chwili.
Król spoczywał w swym najwygodniejszym fotelu, który nie był tronem, a słaba i blada Arianna siedziała przycupnięta na szezlongu, kurczowo
ściskając rękoma krawędź kołyski. Stojąca obok Babka Berta jedną dłoń
położyła opiekuńczo na ramieniu królowej. Ksiądz i doktor czaili się w ciemnym kącie komnaty.
-?Jestem przeszczęśliwa, że królowa zdołała wydobrzeć i powić taką
prześliczną dziewczynkę... -?zaćwierkała Gertruda, stając na palcach, by
spojrzeć na leżące w kołysce niemowlę. -?Po tym, jak nie udało się
znaleźć złotego kwiatu...
-?Wręcz przeciwnie, udało się -?przerwał jej Fryderyk, zaskoczony. Uwaga
kobiety tak zbiła go z tropu, że zapomniał o swojej oficjalnej
przemowie, którą recytował już tuzin razy. -?Znaleźliśmy kwiat,
zerwaliśmy go, uwarzyliśmy napar i królowa go wypiła. I to, jak
podejrzewamy, stało się źródłem całego problemu.
-?Co takiego, Wasza Wysokość? -?spytała kobieta, wyraźnie skołowana. -
Złoty kwiat nie mógł zostać zerwany! Wciąż go ma... To znaczy, wydaje mi
się, że pojawiłby się jakiś znak czy złowrogi omen... Wyczytałabym to z,
eee, herbacianych fusów...
-?Królewskie święto i heroldzi obwieszczający cudowne narodziny zdrowej
dziewczynki nie wystarczyły? -?spytała Babka Berta wyniośle.
Gertruda zignorowała ją i zbliżyła się do niemowlęcia. Przyjrzała mu się
z jeszcze większym zaciekawieniem niż wcześniej.
-?Jej włosy... -?powiedziała powoli -?są srebrne. Nie złote, jak można by
się spodziewać po kimś uzdrowionym esencją ze złotych płatków. Czy macie
pewność, że to był złoty kwiat?
-?Tak, o ile nie rośnie gdzieś inne świecące zielsko -?wtrącił
zniecierpliwiony signore Alzi.
Gertruda nie odpowiedziała na tę uwagę.
-?Sprawa ma się tak... -?Król po raz kolejny podjął opowieść. To była
najtrudniejsza część całej tej męczarni związanej z poszukiwaniem
piastunki: przywoływanie raz po raz wszystkich nieszczęśliwych wydarzeń.
Arianna odwróciła się i ukryła twarz w fartuchu Babki Berty niczym
dziecko, a staruszka zamknęła ją w matczynym uścisku.
Gertruda dalej milczała, ale jej wielkie oczy stawały się coraz większe
z każdym szczegółem wydarzeń, które doprowadziły do śmierci Lotki.
Gdy król umilkł, przez chwilę przyglądała się Roszpunce w ciszy.
-?Taka moc... -?mruknęła w końcu, mrużąc oczy w zamyśleniu. -?W dobrych...
czy złych... rękach... Na takiej uroczej malutkiej maszynce do zabijania
można by się nieźle wzbogacić, zamiast zamykać ją gdzieś daleko...
-?Co tam mamroczesz? -?rzuciła Arianna ostro.
Gertruda zwróciła się do króla z powagą:
-?Panie, twoje obawy są słuszne. Moce niebios skupiły się w sercu tego...
rozkosznego szkrabeczka. Trzeba ją ochronić. Przed nią samą i przed
tymi, którzy mogliby chcieć ją wykorzystać w niecnych celach. To wielka
odpowiedzialność wiążąca się z wielkim niebezpieczeństwem, ale byłoby
dla mnie zaszczytem móc wziąć jej ciężar na siebie i uwolnić twoje barki
od tego brzemienia.
-?Roszpunka nie jest brzemieniem -?zaprotestowała królowa, zaciskając
palce na krawędzi kołyski. -?To tylko niemowlę. Nie jest żadną
odpowiedzialnością, tylko dzieckiem.
-?Najjaśniejsza Pani, nie da się nie zauważyć, że jesteś... pełną
walecznej miłości młodą matką, wspieraną siłami całego królestwa. -
Gertruda dygnęła lekko i puściła oczko do Babki Berty. -?Wszystkie
niemowlęta i dzieci to zarówno odpowiedzialność, jak i brzemię... Dlatego
właśnie my, którzy praktykujemy sztukę magii, często nie mamy na nie
czasu.
Berta nie zaprotestowała, ale niespokojnie przestąpiła z nogi na nogę,
słysząc poufały ton, jakim krnąbrna kobieta zwracała się do królowej.
-?Rozumiem więc, że nigdy dotąd nie zajmowałaś się dzieckiem -?odezwał
się Fryderyk.
-?Och, nie ufaj mojemu dziewczęcemu wyglądowi, Najjaśniejszy Panie -
zaćwierkała Gertruda, chichocząc i okręcając się kokieteryjnie. -?Jestem
dużo starsza, niż wyglądam, i przeżyłam wiele trudnych lat. Nie mamy
tyle czasu, bym mogła wymienić wszystko, w czym mam doświadczenie.
-?Nie odpowiedziałaś na pytanie -?zauważył signore Alzi.
-?Proszę bardzo -?odparła Gertruda, odwracając się do Roszpunki i nachylając się nad nią.
Pogładziła ją po policzku i wyszeptała kilka łagodnych słów... po czym
wzięła ją na ręce.
Wszyscy w komnacie wstrzymali oddech.
Ale dziewczynka, początkowo zaskoczona widokiem tuż po przebudzeniu
nieznajomej twarzy, szybko zrozumiała, że nic jej nie grozi. Spróbowała
podnieść głowę z ramienia kobiety, żeby się rozejrzeć. A gdy dostrzegła
swoją matkę, odprężyła się i wtuliła w szyję Gertrudy.
-?Widzicie? -?mruknęła kobieta, kołysząc ją delikatnie. -?Całkiem nieźle
radzę sobie z maleństwami. A moja wiedza na temat złotego kwiatu i temu
podobnych bylin pozwoli mi wychować ją bezpiecznie, z dala od ludzi,
gdzie nikogo nie skrzywdzi.
-?Dopóki z tego nie wyrośnie -?odezwała się Arianna, ostrożnie
powtarzając wcześniejsze słowa Fryderyka, tak dosłownie i z przejęciem
jak dziecko obawiające się, że nie dostanie tego, co zostało mu
obiecane. -?Lub nie nauczy się tego kontrolować.
-?Och, Najjaśniejsza Pani, obawiam się, że z takich rzeczy się nie
wyrasta -?odparła Gertruda, wykrzywiając usta ze smutkiem. -?Jej moc
będzie tylko rosła i stawała się coraz potężniejsza. Aż dotyk przestanie
być konieczny, a śmiertelnym niebezpieczeństwem będzie samo przebywanie
w jej pobliżu.
-?Nie! -?krzyknęła Arianna, podrywając się z szezlonga z zaciśniętymi
pięściami.
-?Obawiam się, że tak -?westchnęła Gertruda. -?Szczerze mówiąc, biorę na
siebie absurdalnie niebezpieczne zadanie. W kręgach, w których się
obracam, ciągle słyszy się takie historie. Ktoś przygarnia przeklętą
znajdę i ginie z jej rąk... Pewnie nie powinnam się na to godzić bez
gwarancji rekompensaty dla mojej rodziny, na wypadek gdybym przypadkiem
straciła życie.
-?Naturalnie -?zapewnił król, nie zauważając bezowocnych wysiłków
Tregsburga, by nie przewrócić oczami. -?Zadbamy o ciebie. I twoją
rodzinę, jeśli... Naprawdę uważasz, że byłaby do tego zdolna?
-?Nie -?szepnęła Arianna, spoglądając na Roszpunkę, która nie wyglądała
groźniej od przeciętnego pogrążonego we śnie niemowlęcia.
-?Gdzie mieszkasz, Gertrudo? -?spytał król, siląc się na rzeczowy ton.
Ale oczy zaszkliły mu się od łez.
-?Och, nic specjalnego, w dolinie Dybru -?odparła Gertruda lekceważącym
tonem. -?Być może to nie najlepsza okolica dla takiej niebezpiecznej... to
znaczy, ślicznej królewny. Ale znam wprost idealne miejsce. Ukryte w leśnej dolince, pełne polnych kwiatów i miękkiej trawy. Pradawne
miejsce, ruiny twierdzy... Z taką jakby, hm, wieżą, która doskonale się
sprawdzi na schronienie dla naszego skarbeczka.
-?Gdzie jest ta wieża? -?spytał Tregsburg stanowczo.
-?Może lepiej będzie, jeśli zachowam to w tajemnicy. Porwania i okupy to
realne zagrożenie w przypadku dobrze urodzonej panienki, czyż nie? A co,
jeśli lud się zbuntuje i zapragnie ją zgładzić?
-?Ale ja chcę ją widywać! -?wykrzyknęła Arianna, ponownie podrywając się
na nogi. -?Chcę patrzeć, jak dorasta. Nawet jeśli nie mogę... z nią być.
-?Oczywiście zaaranżujemy wizyty -?zapewniła ją Gertruda łagodnie. -?Ale
może dla jej... i waszego... spokoju ducha tak, by o tym nie wiedziała.
Przynajmniej na początku. Powiadomię was, gdy będziecie mogli napatrzeć
się na nią do woli.
-?Powinnaś ruszyć w drogę jeszcze tego wieczoru -?oświadczył Fryderyk. -
Alzi, sprowadź skarbnika. Musimy upewnić się, że dziecku niczego nie
zabraknie i otrzyma życie, jakie miałoby z nami na zamku.
-?Zbytek łaski, Najjaśniejszy Panie -?powiedziała Gertruda, dygając z Roszpunką wciąż wtuloną w jej pierś.
-?Dziś wieczorem... -?powtórzyła Arianna, nie roniąc łez tylko dlatego, że
wypłakała już wszystkie.
W pośpiechu skompletowano i spakowano wyprawkę. Ciężkie skrzynie
wypełniono poskładanymi kocami, becikami, czepkami i najdelikatniejszymi
pieluszkami. Wyściełany kosz przytroczono do grzbietu urodziwego,
łagodnego osła, a bagaże i złoto zapakowano na wóz.
Arianna wyminęła strażników próbujących ją powstrzymać i nachyliła się
nad królewną, by po raz ostatni ucałować ją w czoło.
-?Podjęliśmy jedyną słuszną decyzję -?powiedział Fryderyk, obejmując ją.
-?Może słuszną dla królestwa -?odparła Arianna. -?Może dla naszego
bezpieczeństwa. Ale nie dla naszej córki. Nie łudź się nawet przez
chwilę.
I tak Matka Gertruda wyruszyła pod osłoną nocy niczym skradający się
złodziej z królewną bezpiecznie otuloną w beciki.
Następnego dnia po całym królestwie rozeszły się wieści o nagłej i tragicznej śmierci Roszpunki i dzielnej pokojówki, która próbowała
uratować dziecko przed jadowitym wężem. Wszyscy świadkowie wydarzeń
złożyli uroczystą przysięgę, że zachowają prawdę w tajemnicy. W państwie
ogłoszono dwutygodniową żałobę, a pełne smutku ceremonie zakończono
wypuszczeniem lampionów na cześć świętej pamięci biednej królewny. Król
ogłosił, że odtąd będą puszczane co roku, by upamiętnić rocznicę jej
przedwczesnego odejścia.
Życie powoli wróciło na dawne tory.... Lecz nie dla króla i królowej,
którzy, choć wciąż życzliwi i roztropni w swoich rządach, stali się też
przygaszeni i skłonni do milczenia.
Przerwa w baśni
Pewnej nocy niedługo po tych wydarzeniach o późnej godzinie rozległo się
lekkie, choć zdecydowane pukanie do zamkowej bramy. Jeden ze strażników
uchylił wrota, a jego oczom ukazała się cierpliwie czekająca staruszka.
Stała otulona w niezliczone warstwy szat i szali z niebarwionej wełny, a sękatą dłoń zaciskała na równie sękatym kiju. Długie włosy, w których
czerń toczyła wyrównaną walkę z siwizną, miała splecione w warkocze i upięte wokół głowy. Skóra jej twarzy była obwisła, a nos i policzki
czerwone od zimna, lecz jasne oczy spoglądały na strażnika z żywym
zainteresowaniem.
-?Przyszłam w sprawie dziecka? -?oznajmiła pytająco.
Strażnik zamrugał, zaskoczony, i potrzebował chwili, by otrząsnąć się i sprowadzić przełożonego. Kapral Tregsburg (awansowany w uznaniu za jego
spokojne -?i dyskretne -?działania związane ze sprawą królewny)
pospiesznie zaprosił staruszkę do środka i udał się z nią do
niewielkiego bocznego pomieszczenia, gdzie mogli porozmawiać w cztery
oczy.
-?Kryzys został zażegnany -?poinformował ją. -?Znaleźliśmy piastunkę dla
królewny kilka tygodni temu. Dlaczego zjawiasz się akurat teraz?
-?Och, mieszkam w sercu puszczy, gdzie rzadko docierają wieści, a gdy w końcu je usłyszę, zwykle zapominam o nich na dzień lub dwa -?odparła
kobieta bez cienia skrępowania. -?Mam inne rzeczy na głowie... głównie
kozy, naturalnie. Czasem nowo narodzone popieliczki wymagające opieki
albo małego elfa, który zgubił się w lesie, albo kawałek ziemi
zapomniany przez wiosnę... sam rozumiesz.
Tregsburg nie rozumiał. Ale zdawał sobie sprawę, że takie rzeczy nie
mieszczą się w zakresie jego obowiązków, a tym bardziej w jego
światopoglądzie, i marzył o tym, by to wszystko w końcu zostało
rozwiązane -?przez kogoś innego -?i to jak najszybciej. Polecił
służącemu przynieść kobiecie miskę pożywnego rosołu i kufel cydru, więc
uznał, że jeśli była aniołem czy czarownicą w przebraniu, potraktował
ją, jak należy.
Ze smakiem zabrała się za zupę... i ku niezadowoleniu kaprala stała się
jeszcze rozmowniejsza.
-?Cóż, skoro już tu jestem, może byłbyś tak dobry i powiedział mi, co
naprawdę się wydarzyło? Twój posłaniec przedstawił sprawę jako
niecierpiącą zwłoki, więc posłusznie zostawiłam moją przytulną chatkę i przytelepałam się tu przez pół kraju.
-?Wiąże mnie przysięga zachowania tajemnicy, a sprawa i tak została już
rozwiązana.
-?Ach, może i tak, ale gdybym zjawiła się tu na czas, to byś mi
powiedział. Poza tym mógłbyś odciąć mi język jednym machnięciem tego
twojego eleganckiego mieczyka, więc zrób przyjemność staruszce.
Znaleźliście złoty kwiat, podaliście go królowej, ona wyzdrowiała,
urodziła dziewczynkę i... I co?
Kapral westchnął i o wszystkim jej opowiedział.
Kobieta zmarszczyła brwi.
-?Zabiła biedną pokojówkę? I mówiłeś, że jej włosy są srebrne? To nie
znak działania złotego kwiatu ani jego mocy. Albo królowej podano jakiś
nieznany grzyb, albo, jak zgaduję, srebrny kwiat. Dar księżyca, nie
słońca.
Tregsburg popatrzył na nią z przerażeniem, a w głowie poczuł mętlik. Ta
kobieta nie była nawet w przybliżeniu tak powabna jak Gertruda... ale
mówiła szczerze i z przekonaniem, jakby naprawdę znała się na magicznych
sprawach. Gertruda, jak właśnie sobie uświadomił, nie powiedziała wiele
o samym kwiecie i o osobliwości całej sytuacji. Po prostu wzięła
niemowlę... i odeszła.
-?Gdzie jest teraz królewna? -?spytała staruszka z zaciekawieniem,
siorbiąc rosół, jakby wymieniali się plotkami w przydrożnej gospodzie.
-?Królewska para znalazła dla niej piastunkę, która przybyła na czas i obiecała uchronić ją od niebezpieczeństw.
-?Hm, a potem posłaliście w świat bajkę o tym, jak to królewna umarła,
żeby ukryć prawdę? -?powiedziała kobieta, wymachując łyżką. Na zamku
wciąż gdzieniegdzie wisiały czarne szarfy, choć poza jego murami
mieszkańcy królestwa powoli ściągali żałobne flagi i wracali do
normalności. -?Dziwny wybór. Nie mówię, że zły, ale... ja bym tak nie
zrobiła. Lecz z drugiej strony, ja wybrałam życie w lesie i rozmowy z roślinami. Ho, ho, niezgorsza ta łyżka -?powiedziała, znienacka
przenosząc uwagę na swoją dłoń. -?Dobrze wyważona. Metalowa. To kim była
ta kobieta, która ją zabrała?
Tregsburg zastanawiał się przez chwilę, czy wyjawić i ten sekret. Ale
staruszka poznała już większość historii... a reszty zdawała się domyślać.
Mogła sprawiać wrażenie szalonej pustelniczki, ale jej umysł był ostry
jak żyletka.
-?Matka Gertruda -?wyznał w końcu.
-?Nie słyszałam o takiej -?stwierdziła staruszka, wzruszając ramionami.
-?Była taka rodzina, w której wszystkim kobietom dawano na imię
Gertruda. Kiedy to było...? Oj, bardzo dawno temu, mieszkali po drugiej
stronie rzeki... Ale nikt tam nie parał się opieką nad dziećmi.
Kapral z całych sił starał się ukryć frustrację. Zdawało się, że doszło
do straszliwej pomyłki... Ale co się stało, to się nie odstanie, a decyzja
nie należała do niego. Królestwo doświadczyło już dość chaosu i tragedii. A gdyby królowa Arianna nagle pomyślała, że dokonała złego
wyboru, gdyby pomyślał tak król Fryderyk... mogłoby to ich zabić. A poza
wszystkim ta Gertruda sprawiała wrażenie wystarczająco kompetentnej
piastunki.
-?Cóż, zdaje się, że nie mam tu nic do roboty -?stwierdziła staruszka.
Dokończyła zupę i rozejrzała się nieco nieswojo. -?Trochę... wiesz, trochę
cieszyłam się na to zadanie. Na dziecko. Miałam kiedyś jedno... Dawno
temu. Umarł, zanim skończył dwa lata... Miło by było popatrzeć na parę
wesołych oczek i wypełnić dom śmiechem. Myślałam o tym przez całą drogę.
Gdzie postawię łóżeczko, jakie zioła uchronią ją przed ospą, jak
poprosić o pomoc duchy rzeki...
-?Przykro mi, mateczko -?powiedział Tregsburg zupełnie szczerze. -
Przykro mi z wielu powodów. Ale nic więcej nie można zrobić. Może
poszukam kogoś, kto zabierze cię na wozie tak daleko, jak potrzebujesz?
Aż do domu? Zatroszczę się o prowiant?
-?Och, nie trudź się -?odparła z uśmiechem i puściła do niego oczko. -
Taki miły i nieźle zbudowany. Gdybym tylko była młodsza... Myślę, że
spędzę trochę czasu w stolicy, skoro już przebyłam taki szmat drogi.
Zobaczę zabytki, odwiedzę parę starych znajomych drzew, nakupuję jakichś
drobiazgów. Aha, mogę zatrzymać tę łyżkę?
Strażnik zamrugał, zaskoczony nagłą zmianą tematu.
-?Co? Niech będzie. Jeśli to konieczne. Podarek od króla Fryderyka za
poświęcony czas.
-?Wyborna, wprost wyborna -?stwierdziła kobieta z westchnieniem,
oglądając swoją miskę. -?Porządna robota. Solidna. No dobrze, młody
człowieku, odprowadź mnie tylko do bramy, a nie będę zajmować ci więcej
czasu.
-?Już się robi, mateczko -?odpowiedział Tregsburg i się ukłonił.
Staruszka podniosła się ostrożnie z krzesła, ściskając w dłoni cenną
zdobycz, i podreptała do wyjścia.
-?Och, przekaż temu, kto tak wspaniale zajmuje się tymi dzwonkami, o tam
na gzymsie, że zbliża się przymrozek, za trzy dni... Osobliwy mróz -
rzuciła przez ramię, wychodząc. -?Niech je wstawi do środka.
-?Ale przecież mamy czerwiec! -?zdumiał się Tregsburg.
I tymi słowami pożegnał staruszkę na wiele, wiele lat.
A po trzech dniach dzwonki zwiędły, ich bladoniebieskie płatki najpierw
zamarzły, a potem odtajały, zmieniając się w pastelową maź, która
rozpłynęła się w deszczu.
Królowa Arianna
...odarta z nadziei, opłakiwała stratę pierwszego -?i z całym
prawdopodobieństwem jedynego -?dziecka tak długo, jak oczekiwałoby tego
od niej królestwo.
Oczywiście nikt poza królem i jego najbliższymi doradcami (oraz tym
jednym strażnikiem) nie znał prawdy i nie zdawał sobie sprawy z tego,
jak inna była jej żałoba od tej, jakiej doświadczyłaby kobieta, której
dziecko naprawdę umarło. Ona zgodziła się oddać Roszpunkę. Królewna
miała dorastać kąpana i czesana innymi rękoma, nauczyć się chodzić,
biegać, śpiewać, mówić -?robić wszystko -?pod innym okiem. Pod okiem
innej matki. Ta matka miała się nią opiekować, karmić ją, ubierać,
wyszywać jej kwiatki na sukienkach, śpiewać kołysanki przed snem.
Królowa ledwo była w stanie ruszyć się z łóżka, tak była przybita
tęsknotą i smutkiem.
Signore dottore Alzi zaproponował, by spróbowali zachęcić Ariannę do
znalezienia sobie zajęcia, które rozproszyłoby jej zgryzotę. Albo do
przygarnięcia psa, takiego małego i puszystego.
Król się nie zgodził.
Ksiądz zasugerował, że królowa powinna poświęcić się dobrym uczynkom i modlitwie. Może ufundowanie i nadzorowanie budowy nowego kościoła w stolicy królestwa, a najlepiej dwóch, pozwoliłoby jej skupić się na
czymś innym.
Król przyznał, że pomysł jest szczytny, ale niczego nie naprawi.
Stara Babka Berta wyraziła opinię, że nic nie uleczy złamanego
matczynego serca. Nawet matki, którym kolejne dzieci odbierają głód,
choroby czy wojny, nigdy nie zapominają o takiej stracie.
Król odpowiedział: "Nie, to nie może być prawda, o Boże, niech to nie
będzie prawda". Ta myśl wydała mu się nie do zniesienia.
A jeśli chodzi o samą Ariannę, gdy już nie mogła dłużej znieść pustki w swojej duszy, zaczęła błagać kaprala Tregsburga, by w tajemnicy zabrał
ją do jej dziecka.
Strażnik próbował odwieść królową od tego pomysłu na tyle, na ile
pozwalała mu na to jego pozycja. Sam miał wspaniałego, dorodnego
dziesięcioletniego siostrzeńca oraz mądrą i ładną piętnastoletnią
siostrzenicę, ale stracił też drugą siostrzenicę, która przyszła na
świat już martwa. Poza tą jedną stratą byli zdrową, szczęśliwą rodziną,
lecz jego siostra, przekonana, że nikt o tym nie wie, wciąż ukradkiem
kładła kwiaty na słonecznej polanie, gdzie pochowali niemowlę.
-?Wasza Królewska Mość, nie wyniknie z tego nic dobrego -?powiedział,
dobierając słowa tak, jak zasugerowała mu siostra. -?Nie poczujesz się
od tego lepiej, a jedynie gorzej.
-?Dziękuję za radę, ale muszę to zrobić -?odparła Arianna życzliwie, tak
jak to miała w naturze, mimo bólu, który malował się na jej twarzy i tkwił drzazgą w sercu.
Strażnik niechętnie zabrał ją do serca puszczy.
Ta kobieta, Gertruda, czekała na nich na rozstaju dróg. Dygnęła i okazywała królowej minimum wymaganego szacunku, lecz uwadze Tregsburga
nie uszło, że zawiązywanie chustki wokół oczu Arianny wydawało się jej
sprawiać nieco zbyt wiele uciechy.
-?Czy to naprawdę konieczne? -?spytał ostro. Coś w tej kobiecie
przyprawiało go o ciarki na plecach, choć nie był do końca w stanie
stwierdzić, co to takiego.
-?To dla dobra królestwa -?przypomniała mu Gertruda tonem, który również
mu się nie spodobał.
-?W porządku -?powiedziała Arianna, zbywając jego niepokój nieobecnym
uśmiechem.
Ruszyła za piastunką, trzymając ją za rękę, ścieżką, której nie mogła
zobaczyć, bo nie pozwolono jej wiedzieć, gdzie ukrywano jej dziecko.
Dlatego Tregsburg został i strzegł miejsca, w którym go zostawiły,
najlepiej, jak potrafił, choć w rzeczywistości nie było to konieczne. W okolicy nie zjawił się nikt prócz przypadkowego grzybiarza, który, choć
wyraźnie zaciekawiony, przeląkł się mężczyzny w zbroi, dotknął więc
jedynie ronda kapelusza i pospieszył dalej.
Tymczasem Arianna szła w ciszy za swoją przewodniczką, a las wokół nich
zastąpiła jakaś wilgotna, ciasna skalista przestrzeń. Tunel? Jaskinia?
Lepiej, żeby jej dziecko nie było trzymane w jaskini! Lecz po chwili
poczucie ciasnoty zelżało, aż znalazły się w przestronniejszym miejscu.
Dźwięk niósł się inaczej, a twarz Arianny musnął wietrzyk. Poczuła
zapach polnych kwiatów. Kobiety szły po miękkiej trawie, minęły
drewniane drzwi... i ruszyły w górę. Coraz wyżej i wyżej, i wyżej po
wąziutkich krętych schodach, gdzie przytrzymać się można było tylko
sznura przewiązanego supłami, który zwisał pośrodku spirali stopni. Mimo
smutku i niepokoju Arianna czuła też nieco ciekawości. Gdzie też mogły
się znajdować?
Lecz za każdym razem, gdy otwierała usta, by coś powiedzieć, czarownica
uciszała ją syknięciem lub kładła jej palec na wargach. Doprawdy śmiały
gest wobec królowej, lecz z drugiej strony palec był miękki i pachniał
drogimi olejkami, więc Arianna nie miała jej tego za złe.
W końcu dotarły do miejsca, które zdawało się końcem schodów, choć wokół
wciąż było ciasno. Gertruda zdjęła jej chustę i przez moment Arianna
czuła, jak kręci się jej w głowie i wszystko wokół wiruje, bo mimo
szeroko otwartych oczu wciąż otaczała ją całkowita ciemność. Potem
rozległ się odgłos, jakby ktoś coś odsuwał, i jej oczom ukazał się
prostokąt światła, a za nim przedziwnie spokojna scena. Zbliżyła się do
niewielkiego otworu w ścianie.
Ujrzała przestronną, dobrze wyposażoną i słoneczną komnatę z oknami
przystrojonymi drogimi kotarami i meblami, które podarowała Gertrudzie
sama królowa. Za oknem widać było błękitne niebo i kilka białych
obłoków, poza tym nic. Musiały znajdować się bardzo wysoko.
Pośrodku komnaty stała kołyska, w niej zaś leżała Roszpunka. Jej
srebrzyste włosy lśniły w blasku słońca, a jasne oczy tańczyły,
obserwując karuzelę migoczących cacuszek, które wisiały tuż poza
zasięgiem jej rączek.
Obok kołyski pojawiła się Gertruda, która wzięła niemowlę na ręce i przytuliła, gruchając do niego łagodnie. Zbliżyła się do miejsca, w którym ukrywała się królowa, i uniosła wesołe maleństwo na wysokość
otworu w ścianie, lecz nie stanęła wprost naprzeciw niego, by w całości
pokazać matce dziecko.
Roszpunka westchnęła i zaczęła się wiercić w objęciach Gertrudy z czystej radości bycia w ruchu.
-?Och, dzielne maleństwo -?zaświergotała Gertruda. -?Ho, ho, a kto to
jest taki zadziorny?
Arianna wyciągnęła rękę, lecz ta dotknęła jedynie zimnego drewna, które
dzieliło ją od jej córeczki. Cała energia, światło, uczucie i wola uszły
z jej ciała, nie pozostawiając po sobie śladu. Upadłaby na posadzkę,
gdyby nie to, że nie chciała stracić ani jednej chwili, w której dane
jej było widzieć Roszpunkę.
W końcu Gertruda odłożyła niemowlę i wróciła do ukrytego pokoiku po
królową. Arianna milczała. Łkała bezgłośnie przez całą niekończącą się
drogę po krętych stopniach i potem ścieżką, która doprowadziła je do
strażnika. Gdy zdjęła chustę z oczu, ta była ciężka od łez.
-?Nigdy więcej -?zdołała tylko powiedzieć.
I już bez żadnych słów dała się zaprowadzić z powrotem do zamku.
Tregsburg na odchodnym rzucił Gertrudzie sakiewkę monet, którą tamta
złapała z ironicznie usłużnym uśmiechem.
Choć wizyta miała zostać utrzymana w ścisłej tajemnicy przed wszystkimi
mieszkańcami zamku, niektórzy nawet nie pytając, domyślili się, co się
wydarzyło. Król bez słowa objął Ariannę i tulił ją do późnej nocy.
Doktor i ksiądz rozegrali wielogodzinną partię szachów, od czasu do
czasu posyłając posępne spojrzenia w kierunku królewskich apartamentów.
Miesiąc później Babka Berta uznała, że ma tego dosyć.
Zastała Ariannę wyglądającą przez okno i markotnie wpatrującą się w bawiące się na dziedzińcu dzieci służby. Stara niańka wyczuła, że to
przełomowy moment dla zbolałej królowej. Zbliżyła się.
-?Wiesz, Najjaśniejsza Pani -?odezwała się nieco szorstko -?jest wiele
maleństw, które straciły matkę i równie wiele innych matek, którym los
odebrał dzieci. Może odwiedzisz przytułek dla ubogich i wesprzesz tych,
którzy znaleźli się w znacznie cięższej sytuacji niż ty? Albo
sierociniec? Siostry zakonne ledwo wiążą koniec z końcem przy skromnych
środkach, które mają do dyspozycji.
-?Sieroty? -?spytała królowa, mrugając ze zdziwieniem. -?Posyłamy im
jedzenie...
-?Uważasz, że jedzenie to jedyne, czego potrzebuje chorowite, pozbawione
matki dziecko? -?spytała Babka Berta, krzyżując ręce na piersi. Zdawała
sobie sprawę, że balansuje na cienkiej granicy. Lecz kochała swoją
królową, tak jak i całe królestwo, a bywały chwile, które wymagały
zdecydowanego działania. Wszyscy pamiętali, kim stała się hrabina Batory
tylko dlatego, że nikt nie odważył się być przy niej szczerym.
-?Dobrze... Zabierz mnie do tych miejsc -?poleciła w końcu królowa.
Udowodniła tym siłę swojego charakteru i wrodzoną dobroć: nie pozwoli,
by jej osobiste nieszczęście przyćmiło niedolę tysięcy potrzebujących w jej królestwie.
Podczas wizyty w sierocińcu wzięła na ręce noworodka pokrytego wrzodami
i przytuliła go do piersi mimo okrzyków przerażenia i błagań sióstr
zakonnych i piastunek. Rozejrzała się po ciemnym i obskurnym
pomieszczeniu, gdzie trzymano niemowlęta i małe dzieci, i udała się do
sali, gdzie bez celu snuły się niechciane starsze dzieci. Te sieroty od
czasu do czasu znajdowały miejsce w gospodarstwach potrzebujących
dodatkowej pary rąk do pracy lub w bogatszych domach szukających służby.
Widok tych dzieci zmusił królową do otwarcia oczu, wcześniej równie
pustych jak jej serce.
-?To będzie moje zajęcie -?powiedziała cicho.
I tak się stało.
Arianna wciąż była w żałobie po utraconej córce i spędzała bezsenne noce
w komnacie, w której po raz ostatni dane jej było ją trzymać na rękach.
Lecz dni wypełniła odtąd budowaniem najlepszych sierocińców, jakie
widział świat. Upewniła się, że wszyscy ich mieszkańcy mają co jeść, w co się ubrać, a nad ich dobrostanem czuwają odpowiedni ludzie.
Dostarczono im książki (głównie egzemplarze Biblii), a wraz z nimi
nauczycieli. Zwyczaj posyłania starszych dzieci do pracy został
zaniechany, a pary, które nie mogły mieć potomstwa, i rodziny, które
szczerze pragnęły mieć go więcej, były przyjmowane serdecznie -?lecz po
drobiazgowej kontroli.
-?Widzicie? -?powiedział doktor. -?Mówiłem, że dodatkowe zajęcie
zmniejszy jej ból.
-?Widzicie? -?powiedział ksiądz. -?Dobre uczynki wlały spokój w jej
duszę.
Babka Berta tylko przewróciła oczami.