Rok 1993
Miała jedenaście lat, gdy pierwszy raz ją dotknął. Tkwiła przed nim rozebrana do majtek, a on wodził po jej ciele chłodną głowicą stetoskopu. Potem zajrzał w gardło i uszy, a następnie poprosił:
- Odwróć się, Agatko, sprawdzimy kręgosłup.
Kiedy stanęła plecami do niego, a przodem do siedzącej na sofie matki, powiedział, żeby się pochyliła. Stanął za nią tak blisko, że dotykał udami dziewczęcych pośladków, osłoniętych bawełnianą bielizną w niebieskie kwiatki. Oparł dłoń na drobnej szyi.
- Będę teraz przesuwać palce po kręgach, a ty prostuj się powoli.
- Napijesz się herbaty? - spytała Elżbieta Górska, wstając z miejsca.
- Chętnie. - Joachim Mazur, lekarz pediatra, uśmiechnął się z wdzięcznością. - Już kończymy.
- W takim razie wstawię wodę. - Matka dziewczynki wyszła do kuchni, zamykając za sobą drzwi.
Agata, prostując plecy, poczuła przesuwające się wzdłuż kręgosłupa szorstkie palce, które po przebyciu swojej drogi wślizgnęły się pod gumkę majtek i zatrzymały między pośladkami. Dziewczynka drgnęła.
- Spokojnie, tam jest końcówka kręgosłupa - powiedział lekarz. - Nazywa się kość ogonowa, wiesz? - Odsunął się i odwrócił ją przodem do siebie. Agata stała zmieszana, ze spuszczoną głową. Joachim położył dłonie na jej ramionach, a potem zsunął niżej, dotykając pączkujących piersi. Zesztywniała, patrząc na jego krótkie, owłosione palce. W tym momencie do pokoju weszła Elżbieta Górska. Pediatra bez pośpiechu zdjął ręce z ciała jej córki.
- Możesz się ubrać, Agatko - powiedział do dziewczynki i odwrócił się w stronę drzwi. - Zaczyna dojrzewać, robi się z niej mała kobietka. - Uśmiechnął się do Elżbiety i zaczął pakować swoje rzeczy do torby. - Porozmawiaj z córką o miesiączkowaniu. Jeśli chodzi o kaszel, to tylko niegroźna infekcja, zaraz coś przepiszę. - Lekarz wyjął bloczek z receptami i długopis.
Agata włożyła spodnie i bluzkę i szybko opuściła pokój. Z bijącym sercem, wciśnięta między pluszaki zalegające łóżko w jej sypialni, czekała, aż wujek wypije herbatę i wyjdzie. Tak naprawdę nie należał do rodziny, ale ponieważ był wieloletnim przyjacielem Zdzisława Górskiego, ojca Agaty, mówiła do niego "wujku".
Wieczorem powiedziała mamie, że Joachim dziwnie ją badał. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale czuła, że było inaczej niż do tej pory. On zachowywał się inaczej; w taki sposób, że czuła się zawstydzona. A do tego poczerwieniał na twarzy i miał szkliste oczy.
Elżbieta Górska spojrzała na córkę ze zdumieniem i roześmiała się.
- Ależ co ty mówisz, Agatko! - zawołała. - Wujek jest lekarzem, badał cię, co w tym dziwnego? Jestem mu wdzięczna, że nie musimy czekać w kolejce w przychodni. Przyjeżdża do nas na każde wezwanie, wystarczy zadzwonić.
- Wolę iść do przychodni - odpowiedziała córka z ponurą miną.
Matka wzruszyła ramionami.
- Dziecięce fanaberie.
Od tamtej pory Agata unikała Mazura. Kiedy przychodził, uciekała do swojego pokoju, mówiąc, że ma dużo lekcji do odrobienia, i nie chciała jeść czekolady, którą przynosił w prezencie, chociaż słodycze były w domu rzadkością. Zdzisław uważał, że kobiety powinny dbać o linię, dlatego nadwyżkę gotówki wolał przeznaczać na alkohol.
Kilka tygodni po tamtym wydarzeniu lekarz przyjechał z pakunkiem. Elżbieta przygotowała kolację i poleciła córce usiąść ze wszystkimi przy stole. Kiedy zajęli miejsca, Joachim wyjął z teczki butelkę whisky i postawił na blacie. Potem sięgnął po leżącą na komodzie paczkę.
- A to dla Agatki.
Zdzisławowi Górskiemu rozbłysły oczy.
- Stary, rozpieszczasz nas. Flaszka, prezenty dla małej...
- Nie ma o czym mówić. Byłem na sympozjum w Monachium, trafiłem na wyprzedaże. - Joachim machał lekceważąco ręką. - Nie mam żony i dzieci, Agatka jest dla mnie jak córka. - Podał pakunek dziewczynce, siedzącej ze zwieszoną głową.
- Agata, co z tobą? Podziękuj wujkowi - warknął ojciec. - Jak cię wychowałem?
- Dziękuję - mruknęła.
- Nie rozpakujesz?
Agata niezgrabnie rozerwała papier. Ze środka wypadły spodnie dżinsowe i zielony sweterek zapinany na guziki w kształcie czterolistnych koniczyn.
- Piękny! - Mama klasnęła w dłonie. - A dżinsy akurat potrzebne, nie mogłeś lepiej trafić. Właśnie miałam kupić jej nowe, bo ze starych wyrosła.
- Może przymierzysz, Agatko? - zaproponował Joachim z uśmiechem. - Mam nadzieję, że wybrałem właściwy rozmiar.
- Tak, przymierz - poparła go Elżbieta Górska.
Agata wstała i poszła do swojego pokoju. Zamknąwszy za sobą drzwi, rzuciła ubrania na podłogę i stanęła nad nimi z zaciśniętymi dłońmi. Miała ochotę wziąć nożyczki i pociąć na paski nowe spodnie i sweter, ale wtedy dostałaby lanie od taty. Kopnęła więc tylko podarowane rzeczy w róg pomieszczenia i zwinęła się w kłębek na łóżku. Po kilku minutach ktoś nacisnął klamkę i do pokoju wsunęła się głowa mamy.
- Agatko, dlaczego leżysz? Źle się czujesz?
- Głowa mnie boli - odpowiedziała zachrypniętym głosem.
Elżbieta podeszła do córki i położyła chłodną dłoń na jej czole.
- Jesteś rozpalona, chyba masz gorączkę. - W oczach matki błysnął niepokój. - Dobrze, że wujek akurat jest.
- Nie, mamo, wszystko w porządku. - Agata poderwała się z łóżka. - Już dobrze.
- No nie wiem. - Matka patrzyła z troską. - Lepiej niech Joachim cię obejrzy, skoro jest pod ręką - zdecydowała i zawołała w stronę uchylonych drzwi.
Mazur zjawił się natychmiast.
- Co my tu mamy? - Wyjął z torby stetoskop. Zajrzał Agacie w oczy, sprawdził węzły chłonne. - Rozbierz się do połowy - poprosił. - Zbadam cię.
- Ale... Ja naprawdę... - Skurcz w okolicy żołądka spowodował, że skuliła się i skrzyżowała ramiona. Ucisk w gardle utrudniał jej oddychanie.
- Dziecko, przestań się wygłupiać. Miałeś rację, rzeczywiście chyba zaczyna dojrzewać. - Elżbieta zwróciła się do Joachima. - Ostatnio wciąż ma muchy w nosie.
Agata z jawną niechęcią zdjęła bluzkę.
- Koszulkę też - poprosił pediatra. - A teraz stań przede mną. A ty, Elu... Czy mogłabyś przynieść łyżeczkę do herbaty? Skończyły mi się szpatułki, a muszę obejrzeć gardło naszej małej pacjentki. - Roześmiał się.
Kiedy Górska wyszła, spojrzał na Agatę.
- Nie bój się, nic złego ci nie zrobię. To będzie nasza tajemnica. - Jedną ręką przesuwał głowicę stetoskopu po jej ciele, a drugą położył na małej piersi. - Jak będziesz miła, dostaniesz dużo prezentów. Wszystko, o czym zamarzysz.
Agata zesztywniała. Mdłości napłynęły gwałtowną falą i zanim zdążyła pomyśleć, zwymiotowała prosto na koszulę siedzącego przed nią na łóżku Joachima. Doktor Mazur poderwał się, a do pokoju wróciła Elżbieta.
- Boże, co tu się stało?!
- Agatka zwymiotowała - poinformował pediatra. - Wygląda to na grypę żołądkową. Przez kilka dni lekka dieta i dużo płynów. Gdyby gorączkowała, daj jej paracetamol albo ibuprofen. Będzie dobrze. - Uspokoił zatroskaną matkę.
- Dziękuję, ale twoje ubranie... - zaczęła Górska, ale jej przerwał.
- To nic, przy dzieciach różne rzeczy się zdarzają. Zdejmę i schowam do torby plastikowej. Tylko Zdzisiek musi mi pożyczyć jakąś koszulę, żebym miał w czym wrócić. Zajmij się dzieckiem, Elu, pójdę zmienić ubranie.
Po tamtych dwóch wydarzeniach z Joachimem, jak na złość, Agata zaczęła częściej chorować. Niewypowiedziane słowa stawały w gardle i dławiły, wywołując kolejny stan zapalny. Jeszcze raz próbowała szukać pomocy u matki, ale Elżbieta Górska zdenerwowała się tylko:
- Dziecko, co ty opowiadasz?! Wujek zna cię od urodzenia, leczył cię wielokrotnie, jak możesz mówić takie rzeczy? Dobrze, że ojciec tego nie słyszy. - Kręciła głową z dezaprobatą, ale została w pokoju, gdy Agata złapała kolejną infekcję. Tylko że wtedy Joachim trzymał ręce przy sobie.
W szkole stopniowo odsunęła się od koleżanek. Najpierw chciała im opowiedzieć o doktorze Mazurze, ale potem zrezygnowała. Wstydziła się i miała obawy, że nie uwierzą i ją wyśmieją. Albo powiedzą innym. Koleżanki zaczynały oglądać się za chłopakami; szeptały, chichotały, rzucały spojrzenia, chodziły za nimi po szkole. Agata nie mogła tego znieść i coraz częściej przerwy międzylekcyjne spędzała sama. Któregoś dnia poprosiła mamę o kupno biustonosza.
- Wstydzę się rozbierać na wuefie - powiedziała. - Inne dziewczyny już noszą staniki.
- Oczywiście - odpowiedziała Elżbieta Górska, gładząc córkę po policzku. - Najwyższy czas, wygląda na to, że będziesz miała duże piersi. Po mnie.
Biustonosz nie uchronił Agaty przed dotykiem Joachima. Doktor Mazur, kiedy tylko miał okazję, sięgał do jej piersi. Nauczyła się wychodzić ze swojego ciała, oddzielać od niego. Było ich dwie: ona i tamta. Siadała w rogu pokoju i patrzyła na dziewczynkę z obnażonymi piersiami, stojącą przed poczerwieniałym na twarzy, sapiącym Joachimem. To nie ja, to ona, myślała.
Pewnego dnia doktor Mazur włożył dłoń między jej uda i ścisnął.
- Jak przyjdzie pora, zrobię z ciebie prawdziwą kobietę - szepnął, owiewając twarz Agaty nikotynowym oddechem. - Nigdy nie pozwolę, żeby jakiś niezdarny gówniarz wprowadził cię w dorosłość.
Agata nie była pewna, co dokładnie oznaczały te słowa, ale domyślała się, że coś okropnego. Wujek Joachim, gdy to mówił, polizał jej ucho. Po tym zdarzeniu leżała w wannie i długo szorowała całe ciało mydłem i gąbką.
Gdy postanowiła, że ukradnie ojcu jeden z jego pistoletów i zastrzeli doktora Mazura, w jej życiu pojawiła się Justyna Lipiec. Dziewczynka mieszkała z rodzicami w tym samym bloku na Brazylijskiej i, tak jak Agata, chodziła do pobliskiej podstawówki na rogu Zwycięzców i Międzynarodowej. Pewnego dnia stanęła przed mieszkaniem Górskich i zadzwoniła do drzwi. Agata, która miała już prawie dwanaście lat, uważała młodszą córkę sąsiadów za smarkulę i ledwie odpowiadała na jej powitanie, gdy mała mówiła "cześć". Dlatego z niechęcią otworzyła drzwi, zastanawiając się, czego Justyna może od niej chcieć.
- Stało się coś? - burknęła.
- Mogę u ciebie odrobić lekcje?
- Co? - Agata otworzyła szeroko oczy. - Nie masz swojego domu? Jestem zajęta.
- Tata znów wypił i mama na niego krzyczy. Nie mogę się skupić.
Agata wyszła na klatkę schodową i zaczęła nadsłuchiwać.
- Rzeczywiście wrzeszczą. Właź.
- Twoich rodziców nie ma? - spytała Justyna, wchodząc do dużego pokoju. Usiadła na krześle i wyjęła z plecaka podręczniki.
- Wrócą wieczorem. Chcesz coś do picia?
- Poproszę herbatę, jeśli to nie kłopot.
Agata poszła do kuchni. Czekając na zagotowanie wody, zerknęła ukradkiem do pokoju. Sąsiadka rozłożyła jeden z podręczników i zaczęła pisać coś w zeszycie. Po chwili przestała i włożyła do ust końcówkę długopisu. Wyglądała tak, jakby intensywnie o czymś myślała. Agata patrzyła na nią, dopóki czajnik nie zaczął gwizdać. Zalała wrzątkiem torebki herbaciane i wyjęła cukiernicę.
- Słodzisz? - zawołała w stronę pokoju.
- Łyżeczkę - odpowiedziała Justyna i znów zaczęła pisać.
Po chwili Agata wróciła do pokoju i postawiła na stole dwa kubki z parującym napojem.
- Właściwie ja też mogę teraz odrobić lekcje - stwierdziła i poszła po swoje rzeczy. Przez godzinę siedziały ramię w ramię, skupione nad swoimi pracami domowymi. Po tym czasie Justyna przerwała ciszę niespodziewanym wyznaniem.
- Wiem, co ci robi tamten lekarz.
Agata wypuściła z rąk długopis i poczuła, jak jej ciało ogarnia fala gorąca. Policzki zaczęły płonąć, a żołądek zacisnął się w supeł.
- Co powiedziałaś? - Łzy napłynęły jej do oczu.
- Wiem, co ci robi doktor Mazur, ale nie bój się, nikomu nie mówiłam.
Agata poderwała się od stołu.
- Zabieraj swoje rzeczy i wynocha!
Zauważyła strach w oczach Justyny. Dziewczynka sięgnęła po plecak i zaczęła pakować książki i zeszyty. Potem podniosła się i skierowała w stronę przedpokoju.
- Mnie też to robił - powiedziała cicho, wychodząc na klatkę.
Agata złapała ją za ramię i wciągnęła z powrotem do mieszkania. Drżącymi rękami przekręciła zamek w drzwiach.
- Chodź do pokoju, jeszcze ktoś usłyszy.
Usiadły z powrotem przy stole. Justyna zaczęła mówić pierwsza.
- To było w przychodni.
- A twoja mama?
- Doktor Mazur powiedział jej, żeby poszła do rejestracji po czystą kartę, bo stara była cała zapisana.
- Powiedziałaś jej?
- Nie. - Justyna pokręciła głową. - Wstydziłam się... Włożył mi rękę w majtki... Powiedział, że to musi być nasza tajemnica, bo jak komuś powiem, to nikt mi nie uwierzy i wszyscy zaczną uważać mnie za kłamczuchę. A potem zobaczyłam, że to samo robi tobie.
- Jak to zobaczyłaś?
- Przez okno. Mieszkacie na parterze. Widziałam, jak wkładał rękę pod twój stanik, a potem... niżej...
- Przestań! Rozumiesz, przestań!! Nie mów tego! - Agata schowała głowę w ramiona i zaczęła płakać. Szloch wstrząsał jej całym ciałem. - Idź stąd! - krzyczała stłumionym głosem. - Odczep się ode mnie!
- Zobaczyłam go przez otwarte okno i poznałam. Byłam ciekawa, czy...
- Co?! - Agata uniosła twarz zalaną łzami. - Jak mogłaś patrzeć na to?
- Przepraszam... Chciałam coś zrobić, ale nie wiedziałam co. Nawet nie miałam aparatu.
- Zaraz zwariuję. - Agata włożyła rękę do kieszeni w poszukiwaniu chusteczki. - Jakiego aparatu?
- Normalnego, fotograficznego. - Justyna wzruszyła szczupłymi ramionami. - Tata mi kupił. Jest fotografikiem, ale mama mówi, że to gówniana praca i pieniędzy z tego nie będzie. Jak się kłócą, to krzyczy, że tata powinien wziąć się za porządną robotę.
Agata pomyślała, że gdyby ona powiedziała słowo "gówniana", ojciec wymyłby jej usta mydłem.
- A kim jest twoja mama? - spytała.
- Okulistką.
- I nie powiedziałaś jej, że Mazur cię obmacywał? - Agata wytarła chusteczką oczy i cieknący nos. - Na pewno by ci uwierzyła, przecież jest lekarzem.
- A twoja mama kim jest? - spytała Justyna.
- Pracuje w banku.
- I też jej nie powiedziałaś?
- Próbowałam, kilka razy, ale nie uwierzyła - odpowiedziała Agata i znów napłynęły jej łzy do oczu.
- No widzisz. A tata? Kim jest?
- Instruktorem strzelectwa.
- Powiedz mu, to zabije Mazura - poradziła Justyna.
- Jeszcze by mi przylał, tata jest bardzo nerwowy. Wujek Joachim jest jego najlepszym przyjacielem. Sama go zabiję, wiem, gdzie tata trzyma klucz od szafki z pistoletami.
- No widzisz, gdybym miała wtedy aparat, zrobiłabym zdjęcia. Wtedy musiałby przestać.
- Smarkulo, o czym ty mówisz? - Agacie udało się wziąć głęboki wdech.
- Nie mów tak do mnie, już dawno skończyłam dziesięć lat, a za parę miesięcy będę miała jedenaście. - Justyna spojrzała na Agatę poważnymi, piwnymi oczami. - Tata nauczył mnie wszystkiego; umiem robić zdjęcia i wywoływać. Mamy w domu ciemnię - poinformowała coraz bardziej zaskoczoną Agatę. - Dlatego szkoda, bo prawie zawsze mam aparat przy sobie. A wtedy nie miałam.
- I co byś zrobiła z tym zdjęciem?
- Mogłybyśmy iść do przychodni i nastraszyć doktora Mazura. Wtedy już nigdy by nam tego nie zrobił.
- Straszna z ciebie mądrala - stwierdziła Agata.
- Tata mówi, że mam sobie radzić w życiu i każe mi być samodzielną. - Justyna oparła podbródek na dłoniach. - Mamy przeważnie nie ma w domu, a jak jest, to mówi, że tata miesza mi w głowie - powiedziała i nagle jej oczy rozbłysły, a usta rozciągnęły się w uśmiechu. - Wiem! Zrobimy tak, jak w filmach.
- Czyli co?
- Wyślemy mu list. - Sąsiadka podskoczyła na krześle. - Tylko musisz zdobyć jego adres. Wiesz, gdzie mieszka?
- Wiem, ale jeszcze sprawdzę w takim dużym notesie. - Agata, oszołomiona, skinęła głową. - Mama zapisuje w nim wszystkie telefony i adresy.
- Wytniemy litery z gazety i nakleimy na kartkę. - Justyna popatrzyła w sufit, jakby szukała natchnienia. - Oszukamy go... Zrobimy taki napis: "Mam zdjęcie. Jak jeszcze raz to zrobisz jakiejś dziewczynce, powiem wszystkim. Życzliwy znajomy".
- Dlaczego "życzliwy znajomy"? - zdziwiła się Agata. - Nienawidzę go.
- Tak było w filmie.
- Dobrze, niech będzie - zgodziła się. - Kiedy to zrobimy?
- Jutro po lekcjach. Będziesz sama w domu?
- Tak.
- Macie jakieś gazety?
- Tak.
- Ja też przyniosę. - Justyna wstała. - To do jutra.
Nazajutrz zrobiły to, co zaplanowały. Siedząc w zgodnym milczeniu, wycięły potrzebne litery i zaczęły naklejać na kartkę z bloku rysunkowego. Wcześniej sprawdziły w słowniku przez jakie "ż" pisze się "życzliwy" oraz ustaliły pisownię słowa "zdjęcie".
- Dlaczego jesteś dla mnie taka miła? - spytała Agata, smarując klejem przedostatnią literę.
- Lubię cię, bo jesteś inna niż dziewczyny ze starszych klas. - Justyna właśnie skończyła adresować białą kopertę, którą przyniosła z domu. - Chcę, żebyś została moją przyjaciółką na śmierć i życie. Zgadzasz się?
- Ale...
- Wiem, że jestem troszkę młodsza od ciebie, ale mój tata mówi, że jestem dojrzała jak na swój wiek - pochwaliła się. - Ja też chcę być fotografikiem, jak on. A ty? Kim chcesz być?
- Ja? - zastanowiła się Agata.
Kiedyś chciała być aktorką, potem fryzjerką, a ostatnio, po przeczytaniu Trzech diamentów, wyciągniętych z maminej biblioteczki, pilotem szybowca. Teraz pomyślała, że wszystko jedno; najważniejsze, żeby już nikt nie był w stanie jej skrzywdzić. Zwilżyła językiem warstwę kleju, powlekającą brzeg koperty.
- Będę policjantką - postanowiła.
Rok 2005
Mocne kopnięcie z tyłu w zgięcia kolan sprawiło, że stracił równowagę. W tym samym momencie ten, który stał z przodu, uderzył go w twarz. Kiedy upadł na plecy, na jego ciało posypały się ciosy wymierzane przez dwie pary nóg w skórzanych, sportowych butach. Zasłaniał się rękami, licząc, że na kilku kopniakach się skończy. Miał nadzieję, że wyładują swoją złość i dadzą mu spokój. Jednak sprawcy zaczynali się rozkręcać i uderzenia były coraz bardziej bolesne. Spadały jak grad na ramiona, boki i brzuch, który próbował osłonić, podciągając nogi w kolanach. Wtedy zaczął prosić, żeby przestali, ale w odpowiedzi otrzymał silne kopnięcie w głowę. Przeszywający ból sprawił, że znieruchomiał. Pod zamkniętymi powiekami rozbłysły tysiące świateł, a z ucha wypłynęło coś ciepłego. Z trudem podniósł rękę i dotknął lepkiej cieczy. Zaczęli kopać go w głowę i twarz, wydając przy każdym uderzeniu ciche, triumfalne okrzyki. Znów próbował się bronić; czołgał się i zasłaniał rękami. Wydawało mu się, że słyszy krzyk, ale bolesne pulsowanie w głowie i uszach sprawiało, że nie mógł rozróżnić dźwięków. Tracił oddech. Kiedy uświadomił sobie, że więcej nie będzie w stanie znieść, nagle ból minął. Ze zdziwieniem patrzył na uciekających napastników, słyszał wycie syreny i obserwował ludzi, którzy przenieśli go do karetki i podłączyli do aparatury. Ktoś wbił mu igłę w ciało, ktoś inny krzyknął:
- Tracimy go.
Chciał powiedzieć, że wszystko jest w porządku, ale usta nie chciały się ułożyć do mówienia. Odetchnął głęboko i zasnął.