Rozdział 1
1
Stała w Czyśćcu i patrzyła na śmierć. Krwawą, podłą i okrutną w swej
radości, która pojawiła się w tym miejscu jak rozkapryszone dziecko
kierowane pragnieniem zaspokojenia bezmyślnej brutalności.
Morderstwu rzadko towarzyszy ład. Nieważne, czy zostało starannie i po
mistrzowsku zaplanowane, czy dokonane pod wpływem szaleńczego impulsu,
zawsze pozostawia po sobie bałagan, który sprzątnąć musi ktoś inny, a nie morderca.
Jej praca polega na przekopywaniu się przez gruzowisko zbrodni, na
zebraniu części, dopasowaniu ich i stworzeniu z nich obrazu życia, które
zostało ukradzione. Z tej ryciny musi potem sporządzić wizerunek
zabójcy.
Był rok 2059, wiosna zbliżała się niepewnymi krokami, dzień dopiero się
rozpoczynał. Eve, stąpając po morzu rozkruszonego szkła, spokojnie
przyglądała się piwnymi oczami koszmarnemu pejzażowi: rozbitym lustrom,
potłuczonym butelkom, kawałkom drewna. Roztrzaskane ekrany na ścianach,
przewrócone i powyginane przepierzenia. Droga skóra i materiały
wyściełające stołki i miejsca do siedzenia podarte na kolorowe strzępy.
To, co jeszcze wczoraj było luksusowym klubem ze striptizem, teraz
zamieniło się w stertę drogich śmieci. To, co kiedyś było człowiekiem,
leżało pod wyginającym się w łuk barem. Teraz było ofiarą, zlaną własną
krwią.
Porucznik Eve Dallas ukucnęła przy trupie. Była policjantką, a więc
nieboszczyk należał do niej.
- Mężczyzna. Czarny. Koło czterdziestki. Liczne i rozległe obrażenia
głowy oraz reszty ciała. Wielokrotnie połamane kości. - Wyjęła z przenośnego zestawu przyrząd pomiarowy, służący do zmierzenia
temperatury ciała i powietrza. - Wygląda na to, że śmierć nastąpiła po
uderzeniu w czaszkę, ale na tym się nie skończyło.
- Ktoś go stłukł pałką na kotlet.
Eve w odpowiedzi na uwagę asystentki tylko odchrząknęła. Potem
przyglądając się leżącemu przed nią dość młodemu, dobrze zbudowanemu
mężczyźnie, zapytała:
- Co widzisz, Peabody?
Asystentka automatycznie zmieniła pozycję i wytężyła wzrok.
- Denat... cóż, wygląda na to, że został zaatakowany od tyłu.
Prawdopodobnie padł już po pierwszym uderzeniu. Jednak zabójca na tym
nie poprzestał, lecz zadawał następne ciosy. Sądząc po ułożeniu plam
krwi i kierunku, w którym rozprysnął się mózg, ofiara zginęła od uderzeń
w głowę i była bita nadal, kiedy już leżała na podłodze. Niektóre z obrażeń z pewnością zostały zadane po zgonie. Za narzędzie zbrodni
posłużyła zapewne metalowa pałka, a ten, kto jej użył, musiał dysponować
znaczną siłą. Bardzo prawdopodobne, że zabójca znajdował się pod wpływem
środków chemicznych, ponieważ rozmiar zniszczeń wskazuje na wzmożoną
agresywność, często demonstrowaną przez osoby zażywające zeusa.
- Czas zgonu: czwarta nad ranem - stwierdziła Eve, potem odwróciła głowę
i spojrzała na Peabody.
Były na służbie, więc asystentka miała na sobie nieskazitelnie czysty i wyprasowany mundur, a czapka policyjna tkwiła na jej ciemnych krótkich
włosach pod przepisowym kątem. Eve uznała, że oczy Peabody, przejrzyste
i skupione, świadczą, mimo bladości policzków spowodowanej straszliwym
obrazem, o tym, że dziewczyna jakoś się trzyma.
- Motyw? - zapytała.
- Wygląda to na zabójstwo na tle rabunkowym, pani porucznik.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Kasa jest otwarta i pusta. Maszyna na żetony kredytowe roztrzaskana.
- Hm. W takim luksusowym lokalu rachunki reguluje się zazwyczaj żetonami
kredytowymi, no ale zapewne była tu również jakaś gotówka.
- Narkoman potrafi zabić dla drobnych.
- Zgadza się. Tylko dlaczego denat znalazł się sam na sam z narkomanem w zamkniętym klubie? Dlaczego wpuścił kogoś na prochach za bar? I... -
Palcami w rękawiczkach ochronnych Eve podniosła z krwawej kałuży mały
srebrny żeton. - Dlaczego nasz narkoman to zostawił? Wokół ciała leży
ich więcej.
- Może mu wypadły. - Ale Peabody zaczynała domyślać się, że nie
dostrzega czegoś, co widzi jej przełożona.
- Może.
Zbierając monety, Eve naliczyła ich około trzydziestu. Zamknęła je w torebce na dowody rzeczowe i podała asystentce. Potem podniosła pałkę.
Była cała we krwi i w szarej masie mózgu. Długa i podejrzanie sporo
ważąca.
- To porządny, drogi metal. Czegoś takiego narkoman nie znajdzie na
ulicy. Prawdopodobnie okaże się, że pałka stanowiła wyposażenie klubu i zawsze stała za barem. Okaże się też, Peabody, że nasza ofiara znała
zabójcę. Może umówiła się z nim na drinka po pracy.
Eve zmrużyła oczy, wyobrażając sobie rozwój wydarzeń.
- Może się sprzeczali, a po jakimś czasie sprzeczka zamieniła się w poważną kłótnię. Bardzo prawdopodobne, że morderca już wcześniej miał
jakieś pretensje do ofiary. No i wiedział, gdzie znajdzie pałkę. Wszedł
za bar. Musiał to robić już nieraz, bo ofiara wcale się tym faktem nie
przejęła. Nawet nie pomyślała, żeby się obrócić.
Za to Eve się obróciła, przyglądając się pozycji ciała i otaczającym je
plamom krwi.
- Pierwsze uderzenie rzuciło go twarzą na ścianę naprzeciwko, wyłożoną
lustrem. Przyjrzyj się ranom na twarzy. To nie są zadrapania od lecących
okruchów szkła. Są zbyt długie i za głębokie. Udaje mu się jednak
odwrócić i wtedy morderca zadaje następny cios, w szczękę. Ofiara znowu
się obraca. Chwyta się za półki i ściąga je na siebie. Butelki spadają i się tłuką. W tym momencie otrzymuje śmiertelne uderzenie. To, przez
które jego czaszka pęka jak skorupka jajka.
Znowu przykucnęła, opierając się na piętach.
- Potem morderca bije już gdzie popadnie, a następnie demoluje
pomieszczenie. Może pod wpływem emocji, a może dla zmylenia policji. Ale
jest na tyle opanowany, żeby wrócić do ciała i przed wyjściem jeszcze
raz spojrzeć na swoje dzieło. Tutaj też porzuca zbędną już pałkę.
- Chciał, żeby to wyglądało jak napad rabunkowy? Jak zabójstwo dokonane
przez narkomana?
- Taaak. Albo nasz denat był idiotą, a ja zbyt wysoko oceniam jego
poziom intelektualny. Sfilmowałaś ciało i otoczenie?
- Tak, pani porucznik.
- Przekręćmy go.
Pogruchotane kości zachrzęściły jak kamienie wrzucone do worka.
- O, cholera! - Eve sięgnęła po identyfikator leżący w kałuży tężejącej
już krwi. Starła ją zabezpieczonym palcem, odsłaniając zdjęcie i odznakę. - Był na służbie.
- To policjant? - Peabody zbliżyła się, a wokół nagle zapadła cisza.
Członkowie ekipy z dochodzeniówki, zbierający odciski po drugiej stronie
baru, urwali rozmowę, przestali się poruszać. Z wyrazem oczekiwania w oczach zwrócili się w stronę Eve.
- Detektyw Taj Kohli. - Podniosła się z poszarzałą twarzą. - Jeden z nas.
*
Peabody przeszła po zaśmieconej podłodze do miejsca, gdzie stała jej
przełożona, która obserwowała pracowników pogotowia, przygotowujących
ciało ofiary do przewiezienia do kostnicy.
- Zebrałam podstawowe informacje, Dallas. Należał do 128 brygady,
Wydział Narkotyków. W policji pracował od ośmiu lat. Wcześniej służył w wojsku. Miał trzydzieści siedem lat. Żonaty. Dwoje dzieci.
- Ma coś w aktach?
- Nie, pani porucznik, jest czysty.
- Musimy się dowiedzieć, czy znalazł się tu w związku z jakąś służbową
akcją, czy tylko dorabiał po godzinach. Elliot? Przynieś mi dyski z kamer przemysłowych.
- Nie ma ich. - Do Eve zbliżył się policjant z dochodzeniówki z twarzą
wykrzywioną gniewem. - Wyczyszczone. Wszystkie. Klub ma pełny podgląd,
ale ten sukinsyn zabrał wszystkie dyski. Nie mamy nic.
- Zacierał za sobą ślady. - Z ręką na biodrze Eve obróciła się dokoła.
Klub miał trzy piętra; scena znajdowała się na parterze, parkiet do
tańczenia na pierwszym i drugim, a pokoje gościnne na samej górze.
Wyliczyła, że aby kamery mogły objąć całość, musiało ich być co najmniej
dwanaście, jeśli nie więcej. Wyjęcie z nich dysków kosztowało zabójcę
sporo zabiegów i czasu. - Morderca znał to miejsce - uznała. - Albo jest
specem od systemów bezpieczeństwa. Dekoracja - mruknęła. - Te
zniszczenia to tylko dekoracja, przykrywka. On wiedział, co robi.
Panował nad rozwojem wydarzeń. Peabody, sprawdź, do kogo należy klub,
kto go prowadzi. Chcę znać nazwiska wszystkich, którzy tu pracują.
- Pani porucznik? - Jeden z policjantów, wyglądający na zakłopotanego,
przecisnął się do Eve. - Na zewnątrz jest cywil.
- Na zewnątrz jest mnóstwo cywili. I niech tam zostaną.
- Tak, pani porucznik, ale ten chce z panią rozmawiać. Mówi, że to jego
klub. I, hm...
- I, hm, co?
- I że pani jest jego żoną.
- Przedsiębiorstwo Rozrywkowe Roarke'a - powiedziała na głos Peabody,
odczytując informację z palmtopa. Posłała przełożonej ostrożny uśmiech.
- Zgadnij, kto jest właścicielem Czyśćca?
- Mogłam się domyślić. - Eve ze zrezygnowaną miną ruszyła w stronę
frontowych drzwi.
*
Wyglądał identycznie jak przed dwiema godzinami, kiedy się rozstawali,
udając się do swoich zajęć. Elegancki i oszałamiająco przystojny. Lekką
kurtką, zarzuconą na czarny garnitur, poruszały podmuchy wiatru. Bryza
zmierzwiła też krucze włosy okalające poetycznie grzeszną twarz.
Wrażenie elegancji potęgowały ciemne okulary przeciwsłoneczne.
Gdy je zdjął, odsłaniając połyskujące niebieskie oczy, napotkał wzrok
Eve. Włożył okulary do kieszeni i uniósł brew.
- Dzień dobry, pani porucznik.
- Już kiedy tu wchodziłam, miałam złe przeczucia. To miejsce do ciebie
pasuje. Dlaczego, do cholery, jesteś właścicielem prawie wszystkiego?
- Ten klub to spełnienie chłopięcych marzeń. - Głos mężczyzny jakby
odbył podróż do dalekiej Irlandii i powrócił z muzycznym akcentem tego
kraju. Roarke oderwał wzrok od żony i spojrzał na policyjną taśmę
odgradzającą miejsce zdarzenia. - Wygląda na to, że obydwoje mamy
kłopoty.
- Musiałeś mówić, że jestem twoją żoną?
- Przecież jesteś - odparł beztrosko. - I z każdym dniem coraz bardziej
mnie to cieszy. - Uniósł jej dłoń i nim zdążyła ją wyrwać, potarł
kciukiem obrączkę.
- Żadnego dotykania - syknęła, co tylko wywołało u niego uśmiech
rozbawienia.
- Nie tak mówiłaś przed kilkoma godzinami. Mówiłaś...
- Zamknij się, Roarke. - Rozejrzała się, ale żadna z towarzyszących jej
osób nie znajdowała się na tyle blisko, by ich usłyszeć. - To
dochodzenie policyjne.
- Tak mi właśnie powiedziano.
- Kto ci powiedział?
- Kierownik obsługi, który znalazł ciało. Najpierw oczywiście zadzwonił
na policję - wyjaśnił - ale potem naturalnie zawiadomił mnie. Co się
stało?
Nie było sensu złościć się na to, że sprawy męża splatają się z jej
pracą. Zresztą któryś raz z kolei. Próbowała pocieszyć się myślą, że
Roarke zapewne pomoże jej przejść przez papierkową robotę.
- Czy pracuje u ciebie barman o nazwisku Kohli? Taj Kohli?
- Nie mam pojęcia. Ale mogę się dowiedzieć. - Wyciągnął z kieszeni
cienki notes elektroniczny i wstukał pytanie. - Nie żyje?
- Właśnie.
- Tak, pracował u mnie - potwierdził, a irlandzki akcent w jego głosie
przybrał bardziej metaliczny ton. - Przez ostatnie trzy miesiące. Cztery
wieczory w tygodniu. Miał rodzinę.
- Wiem. - Takie szczegóły jej mąż uważał za istotne, co zawsze chwytało
Eve za serce. - To policjant - dodała. Tym razem Roarke opuścił brwi. -
Tej informacji nie ma w twoim małym notesiku, co?
- Nie. Wygląda na to, że mój personalny nie był wystarczająco ostrożny.
Zajmę się tym. Czy wolno mi wejść do środka?
- Tak, za chwilę. Od jak dawna jesteś właścicielem tego klubu?
- Mniej więcej od czterech lat.
- Ile osób zatrudniasz na pełen lub na część etatu?
- Dostarczę pani wszystkich danych, pani porucznik, i odpowiem na
wszystkie pytania - w jego oczach, gdy wyciągał rękę do drzwi, pojawiła
się irytacja - ale najpierw chciałbym zobaczyć swój klub.
Wszedł, rozejrzał się, po czym utkwił wzrok w grubym czarnym worku
układanym na czymś, co pracownicy kostnicy nazywają "spacerówką".
- Jak zginął?
- Całkowicie - rzuciła Eve, a potem westchnęła, widząc, że mąż odwraca
się i patrzy na nią ze złością. - Brutalnie. Zatłuczony metalową pałką.
- Zobaczyła, że Roarke spogląda w stronę baru i przygląda się plamom
krwi, lśniącym na potłuczonym szkle niczym jakieś awangardowe malowidło.
- Po kilku pierwszych uderzeniach nic już nie czuł.
- Czy dostałaś kiedyś pałką? Ja tak - powiedział, zanim zdążyła się
odezwać. - Nic przyjemnego. Ale raczej nie można uznać, że było to
zabójstwo na tle rabunkowym, nawet jeśli się założy, że złodzieja
poniosło.
- Dlaczego?
- Tu jest dużo wysokogatunkowego alkoholu, za który nasz złodziej na
jakiś czas dobrze by się urządził. Po co tłuc butelki, jeśli można je
sprzedać? Jeśli włamujesz się do takiego miejsca, to nie po forsę, ale
po trunki i może jeszcze po sprzęt.
- Wiesz to z własnego doświadczenia?
Docinek tylko go rozśmieszył.
- Naturalnie. Z doświadczenia właściciela klubu i uczciwego obywatela.
- Racja.
- Co z dyskami z kamer bezpieczeństwa?
- Zniknęły. Zabrał wszystkie.
- To znaczy, że przygotował napad wcześniej.
- Ile jest tych kamer?
Roarke ponownie wyciągnął notes.
- Siedemnaście. Dziewięć na parterze, sześć na pierwszym piętrze i dwie
na górze, obejmujące całość. Zanim zapytasz, klub jest zamykany o trzeciej, co znaczy, że obsługa wychodzi jakieś pół godziny później.
Ostatni pokaz, a mamy tu tylko pokazy na żywo, kończy się o drugiej.
Muzycy i artyści...
- Striptizerki.
- Jak wolisz - zgodził się bez sprzeciwu. - No więc artyści wychodzą
zaraz po występie. W ciągu godziny podam ci nazwiska i harmonogram
imprez.
- Będę wdzięczna. Dlaczego Czyściec?
- Jako nazwa? - Przez usta przemknął mu cień uśmiechu. - Spodobała mi
się. Ksiądz powie, że czyściec to miejsce, w którym można się oczyścić,
zrehabilitować. Trochę jak więzienie. Mnie zawsze kojarzył się z ostatnim miejscem, w którym jeszcze można być człowiekiem. Zanim wyrosną
ci skrzydła lub staniesz twarzą w twarz z ogniem piekielnym.
- Co byś wolał? - zapytała zaciekawiona. - Skrzydła czy ogień?
- W tym rzecz. Najbardziej podoba mi się bycie człowiekiem - przerwał,
bo obok nich przejechała "spacerówka". Roarke podniósł rękę i pogłaskał
żonę po krótko ostrzyżonych kasztanowych włosach. - Przykro mi.
- Mnie też. Znasz jakiś powód, dla którego nowojorski policjant miałby
pracować jako tajniak w twoim Czyśćcu?
- Nie znam. Oczywiście jest możliwe, że niektórzy klienci zabawiali się
tu w sposób niekoniecznie aprobowany przez policję, ale nie informowano
mnie o niczym szczególnym. Jakieś narkotyki mogły zmieniać właścicieli w pokojach dla gości lub pod stolikami, ale nie dochodziło tu do większych
transakcji. Wiedziałbym o tym. Striptizerki nie sprzedają się klientom,
chyba że są licencjonowane, a niektóre są. Nie wpuszczamy tu
niepełnoletnich. Ani klientów, ani pracowników. Mam swoje zasady, pani
porucznik.
- Nie napadam na ciebie. Próbuję tylko wyrobić sobie zdanie.
- Denerwuje cię, że w ogóle tu jestem.
Milczała przez chwilę, bo pracownicy kostnicy otworzyli drzwi, aby
wywieźć ciało Kohliego. Do środka wdarły się odgłosy wzmagającego się o tej porze ruchu ulicznego. Operator ruchomego chodnika na widok ciała w worku głośno przeklął.
- Tak, jestem zła, ale mi to minie. Kiedy byłeś tu ostatnio?
- Kilka miesięcy temu. W klubie panował spokój, więc nie musiałem
zajmować się nim osobiście.
- Kto go prowadzi?
- Rue MacLean. Porozmawiam z nią i przekażę ci informacje, które od niej
uzyskam.
- I to jak najszybciej. Chcesz teraz obejrzeć klub?
- Nie ma sensu. Zrobię to, gdy sobie przypomnę, jak wyglądał. Chciałbym
wtedy móc się do niego dostać.
- Zajmę się tym. Tak, Peabody? - rzuciła pytająco Eve, widząc, że zbliża
się jej asystentka.
- Przepraszam, ale pewnie chciałabyś to wiedzieć. Rozmawiałam z kapitanem brygady, do której należała ofiara. Jedzie do żony Kohliego z kimś, kto zajmuje się wspieraniem rodzin ofiar. Chce wiedzieć, czy mają
czekać, czy iść bez ciebie.
- Powiedz im, żeby zaczekali. Zaraz wyjeżdżamy i spotkamy się na
miejscu. Muszę lecieć - rzuciła do męża.
- Nie zazdroszczę pani pracy, pani porucznik. - Ponieważ tego
potrzebował, chwycił ją za rękę i mocno uścisnął. - Ale pozwolę ci do
niej powrócić. A te informacje dla ciebie postaram się zebrać jak
najszybciej.
- Roarke! - zawołała za nim, gdy już stał przy drzwiach. - Przykro mi z powodu klubu.
- To tylko drewno i szkło. Tego nie zabraknie - odparł, patrząc na żonę
przez ramię.
- Wcale tak nie myśli - mruknęła Eve, kiedy drzwi się za nim zamknęły.
- Słucham, pani porucznik?
- Ktoś z nim zadarł i nie puści tego płazem. - Westchnęła. - Chodźmy,
Peabody. Spotkajmy się z żoną i miejmy już za sobą piekło. Zwłaszcza to.
*
Kohliowie mieszkali w porządnym, średniej klasy budynku na East Side, w dzielnicy, gdzie można spotkać tylko młode małżeństwa i emerytów. Dla
snobów takie miejsca są zbyt skromne, a dla światka przestępczego za
bogate.
Prosty budynek był ładnie, a nawet elegancko przebudowany po wojnach
miejskich.
Zabezpieczenie wejścia stanowił szyfr cyfrowy.
Eve dostrzegła swoich kolegów ze 128 brygady, jeszcze zanim zdążyła
zaparkować i włączyć sygnalizację "na służbie".
Najpierw przyjrzała się kobiecie. Zadbana blondynka w okularach
przeciwsłonecznych i tanim granatowym garniturze. Spojrzawszy na jej
buty na wąskich wysokich obcasach, Eve domyśliła się, że pracuje za
biurkiem.
Sprawiała wrażenie zarozumiałej.
Mężczyzna był barczysty i miał wystający brzuszek. Posiwiałe miejscami
włosy powiewały na wietrze wokół spokojnej, opanowanej twarzy. Na jego
nogach lśniły wypolerowane na glans policyjne buty z ciężkimi
podeszwami. Rękawy opiętej marynarki były poprzecierane na łokciach i przy mankietach.
Długodystansowiec, uznała. Z tych, co to zaczynają od obchodów, potem
dostają służbę na ulicy, aż wreszcie na koniec trafiają za biurko.
- Porucznik Dallas. - Kobieta zrobiła krok do przodu, ale nie wyciągnęła
dłoni. - Poznaję, bo często widuję panią w mediach. - Nie było to
powiedziane z otwartą przyganą, ale jej cień pobrzmiewał jednak w głosie
policjantki. - Kapitan Roth ze 128. A to sierżant Clooney z naszej
brygady. Teraz pełni funkcję doradcy rodzinnego.
- Dziękuję, że na mnie zaczekaliście. To inspektor Peabody, moja
asystentka.
- W jakim punkcie dochodzenia pani się znajduje, pani porucznik?
- Ciało detektywa Kohliego zostało przekazane do autopsji. Ma być
potraktowane priorytetowo. Ja natomiast zaraz po wyjściu stąd napiszę
raport i przekażę go przełożonym. - Eve zamilkła, chcąc uniknąć
przekrzykiwania zatrzymującego się w pobliżu autobusu. - W tej chwili,
kapitan Roth, mogę pani powiedzieć jedynie to, że mam martwego
policjanta, który, pracując po godzinach w nocnym klubie ze striptizem,
padł ofiarą wyjątkowo brutalnego napadu. Zdarzyło się to we wczesnych
godzinach porannych. Kohli był w klubie barmanem.
- Zabójstwo na tle rabunkowym?
- Wątpliwe.
- W takim razie, jaki był, według pani, motyw?
Eve poczuła w żołądku kiełkujące ziarno niechęci. Wiedziała, że musi być
czujna, bo inaczej nasionko szybko się rozrośnie.
- Na tym etapie dochodzenia nie chciałabym formułować opinii na temat
motywu. Kapitan Roth, czy zamierza pani stać na ulicy i zadawać mi te
wszystkie pytania, czy może woli przeczytać mój raport, kiedy już go
oddam?
Roth otworzyła usta, potem wciągnęła głośno powietrze.
- Chcę być dobrze zrozumiana, pani porucznik. Detektyw Kohli pracował
pod moimi rozkazami przez pięć lat. Będę mówić otwarcie. Zależy mi na
tym, by to śledztwo było prowadzone z całym poświęceniem.
- Podzielam pani uczucia związane z tą sprawą, kapitan Roth. Mogę
jedynie zapewnić, że jak długo będę prowadzić śledztwo, poświecę mu się
całkowicie. - Zdejmij te przeklęte okulary, myślała Eve. Chcę zobaczyć
twoje oczy. - Oczywiście wolno pani zwrócić się z prośbą o zmianę
prowadzącego - ciągnęła. - Ale nie będę ukrywała, że nie zrzeknę się tej
funkcji łatwo. Stałam nad Kohlim dziś rano. Widziałam, co mu zrobiono.
Jestem pewna, że nie bardziej niż ja pragnie pani ująć zabójcę.
- Pani kapitan. - Do przodu wysunął się Clooney, kładąc lekko dłoń na
łokciu Roth. Pod jego jasnoniebieskimi oczami wiła się gęstwina
zmarszczek. Sprawiały, że wyglądał na zmęczonego i godnego zaufania. -
Pani porucznik, w tej chwili wszyscy jesteśmy podekscytowani. Ale
pamiętajmy, że mamy tu zadanie do wykonania. - Podniósł głowę i spojrzał
na okna cztery piętra wyżej. - Nasze uczucia w niczym nie dorównują
uczuciom kobiety, którą zaraz spotkamy.
- Masz rację. Masz rację, Art. Miejmy to za sobą.
Roth zwróciła się w stronę drzwi wejściowych, używając do ich otwarcia
uniwersalnego klucza.
- Pani porucznik? - Clooney zaczekał na Eve. - Domyślam się, że będzie
pani chciała przesłuchać Patsy, żonę Taja. Muszę jednak prosić, aby
potraktowała ją pani łagodnie. Wiem, przez co za chwilę przejdzie. Kilka
miesięcy temu straciłem syna. Był na służbie. To przerażające i rozrywające serce doświadczenie.
- Nie zamierzam kopać leżącego, Clooney. - Eve weszła do budynku,
zatrzymała się i odwróciła. - Nie znałam go - powiedziała już spokojniej
- ale został zamordowany i był policjantem. To mi wystarcza. W porządku?
- Tak. Oczywiście.
- Chryste, nienawidzę tego - rzuciła, idąc za Roth do windy. - Jak pan
to robi? - zapytała Clooneya. - Chodzi mi o wspieranie rodzin ofiar. Jak
pan to znosi?
- Mówiąc szczerze, wybrali mnie, bo potrafię zachować spokój. Medytacja
- dodał z uśmiechem. - Przyjąłem tę funkcję na próbę, ale przekonałem
się, że mogę robić coś dobrego. Wiem, co czują rodziny ofiar... na każdym
etapie.
Zacisnął usta i wszedł do windy. Na jego twarzy już dawno nie było
uśmiechu.
- Potrafię to znieść, ponieważ mogę pomóc... choćby troszeczkę. To ważne,
że jestem policjantem. A w ciągu ostatnich kilku miesięcy przekonałem
się, że jeszcze istotniejszy jest fakt, że sam przeżyłem podobną stratę.
Czy straciła pani kogoś z rodziny, pani porucznik?
Niczym błyskawica przez umysł Eve przemknął obraz obskurnego pokoju, w którym znajdował się zakrwawiony mężczyzna i ona z połamanymi kośćmi,
wciśnięta w róg.
- Nie mam rodziny.
- Cóż... - mruknął posępnie Clooney. Winda zatrzymała się na czwartym
piętrze.
Wiedzieli, że żona Kohliego się domyśli. Partnerka policjanta wie, gdy
tylko otworzy drzwi. Wypowiadane słowa nieco się różnią i to, jak
brzmią, tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. W chwili kiedy drzwi się
otwierają, czyjeś życie zmienia się nieodwracalnie.
Nie mieli nawet szansy zapukać, nim się zaczęło.
Patsy Kohli była ładną kobietą o gładkiej hebanowej cerze i krótkich
kręconych, ciemnych włosach. Była ubrana do wyjścia, a na piersiach
miała nosidełko z niemowlęciem. Obok niej stał mały chłopiec, trzymający
matkę za rękę i podskakujący niecierpliwie.
- Chodźmy na huśtawkę! Na huśtawkę!
Ale jego matka zamarła w miejscu, a radość, która przed chwilą lśniła w jej oczach, zaczęła szybko niknąć. Podniosła rękę, przyciskając nią
niemowlę do serca.
- Taj.
Roth zdjęła okulary. Jej niebieskie oczy było chłodne, oficjalne i bez
wyrazu.
- Patsy. Musimy wejść.
- Taj. - Wdowa nie ruszyła się z miejsca, wolno kręcąc głową. - Taj.
- No, Patsy. - Clooney objął ją ramieniem. - Może usiądziemy?
- Nie. Nie. Nie.
Chłopczyk zaczął płakać, pokrzykiwać i ciągnąć matkę za rękę. Zarówno
Roth, jak i Eve spojrzały na niego w panice.
Peabody weszła do mieszkania i ukucnęła przy nim.
- Cześć.
- Idziemy na huśtawkę - powiedział żałośnie chłopczyk, a po jego
pucołowatych policzkach zaczęły spływać wielkie łzy.
- Pani porucznik, może pójdę z chłopcem na spacer? - zaproponowała
Peabody
- Dobry pomysł. Bardzo dobry. - W odpowiedzi na coraz głośniejszy płacz
dziecka w żołądku Eve rosła bolesna gruda. - Pani Kohli, jeśli się pani
zgodzi, moja asystentka zabierze syna na krótki spacer. Myślę, że tak
będzie najlepiej.
- Chad. - Patsy spojrzała w dół, jakby budziła się ze snu. - Szliśmy do
parku. Dwie przecznice stąd. Na huśtawki.
- Zabiorę go tam, pani Kohli. Będzie ze mną bezpieczny. - Z pewnością,
która wywołała zdumienie Eve, Peabody podniosła chłopca i posadziła go
sobie na biodrze. - Hej, Chad, lubisz sojowe hot dogi?
- Patsy, daj mi córeczkę. - Clooney delikatnie rozpiął nosidełko i wyjął
z niego niemowlę. Następnie, ku zaskoczeniu i przerażeniu Eve, podał jej
dziecko.
- Och, proszę posłuchać, ja nie mogę...
Ale Clooney już prowadził wdowę do kanapy, pozostawiając Eve z ciężarem
w dłoniach. Krzywiąc się, spojrzała w dół i gdy duże czarne oczy
popatrzyły na nią z ciekawością, poczuła, że jej dłonie zaczynają się
pocić.
Dziecko zakwiliło, więc Eve pospiesznie rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu pomocy. Clooney i Roth już otoczyli Patsy. Cichy głos
mężczyzny brzmiał jak mruczenie. Pokój, w którym się znajdowali, był
mały. Na dywanie leżały dziecięce zabawki. Roznosił się tu zapach,
którego Eve nie znała; talku, kredek i słodyczy. Zapach dzieci.
W końcu dostrzegła leżący na podłodze koło krzesła kosz ze starannie
złożonym praniem. Doskonale, uznała, i z ostrożnością osoby niosącej
bombę domowej roboty położyła na nim niemowlę.
- Zostań tu - szepnęła, niezręcznie głaszcząc ciemną główkę.
I znowu zaczęła oddychać spokojniej.
Spojrzała na pokój. Zobaczyła, że kobieta na kanapie skuliła się i kołysze równomiernie z rękami w dłoniach Clooneya. Nie wydawała z siebie
żadnego dźwięku, a łzy spływały jej po twarzy jak deszcz.
Eve trzymała się z boku, przyglądając się pracy Clooneya, patrząc na
wspierającą wdowę parę, otaczającą ją z dwóch stron. To, pomyślała, jest
teraz jej rodzina. Być może to mało, ale w chwilach takich jak ta jest
wszystkim.
Smutek opadł na pokój jak mgła. Eve wiedziała, że minie wiele czasu,
zanim ta mgła się uniesie.
- To moja wina. Moja wina. - Były to pierwsze słowa wypowiedziane przez
Patsy, odkąd usiadła na kanapie.
- Nie. - Clooney uścisnął jej rękę, czekając, aż na niego spojrzy.
Wiedział, że kobieta musi popatrzeć mu w oczy, zobaczyć w nich
pocieszenie i nadzieję. - Z pewnością nie.
- Nigdy by tam nie pracował, gdyby nie ja. Po urodzeniu Jilly nie
wróciłam do pracy. Chciałam zostać w domu. Pieniądze, które mogłam
zarobić, były o wiele mniejsze niż...
- Patsy, Taj cieszył się, że chcesz zostać w domu z dziećmi. Był taki
dumny z nich i z ciebie.
- Nie mogę... Chad. - Uwolniła dłonie i przycisnęła je do twarzy. - Jak ja
mu to powiem. Jak będziemy mogli żyć bez Taja? Gdzie on jest? - Opuściła
ręce i rozejrzała się niewidzącym wzrokiem po pokoju. - Muszę pójść i go
zobaczyć. Może nastąpiła pomyłka.
Eve wiedziała, że nadeszła jej kolej.
- Przykro mi, pani Kohli, ale nie było pomyłki. Jestem porucznik Dallas.
Prowadzę śledztwo.
- Widziała pani Taja. - Wdowa wstała roztrzęsiona.
- Tak. Przykro mi, bardzo przykro z powodu tego, co panią spotkało. Czy
może pani ze mną porozmawiać, pani Kohli? Pomóc mi znaleźć osobę, która
to zrobiła?
- Porucznik Dallas - zaczęła Roth, ale Patsy potrząsnęła głową.
- Nie, nie. Chcę mówić. Taj by tego chciał. Chciałby... Gdzie jest Jilly?
Gdzie moje dziecko?
- Ja, eee... - Czując, że znowu się poci, Eve wskazała kosz z bielizną.
- Och. - Patsy otarła łzy z twarzy i uśmiechnęła się. - Jest taka dobra.
Taka słodka. Prawie nie płacze. Położę ją w kołysce.
- Ja to zrobię, Patsy. - Clooney wstał. - Ty porozmawiaj z panią
porucznik. - Zerknął na Eve ze współczuciem i zrozumieniem. - Tego
chciałby Taj. Czy chcesz, żebyśmy do kogoś zatelefonowali, żeby do
ciebie przyjechał? Może do siostry?
- Tak. - Wdowa westchnęła. - Tak, proszę. Zadzwońcie po Carlę.
- Kapitan Roth tym się zajmie, prawda pani kapitan? A ja położę dziecko.
Roth przez chwilę się wahała. Miała zaciśnięte zęby. Clooney łagodnie
przejął dowodzenie, a jego przełożona nie należała do osób, które lubią
dostawać rozkazy od podwładnych.
- Tak, oczywiście. - Posyłając Eve ostrzegawcze spojrzenie, przeszła do
drugiego pokoju.
- Pracowała pani z Tajem? - spytała wdowa.
- Nie.
- Nie, oczywiście, że nie. - Patsy potarła czoło. - Pani musi być z Wydziału Zabójstw. - Zaczynała się łamać, z jej ust wymknął się
przeciągły jęk, ale po chwili, co Eve obserwowała z wielkim podziwem,
wzięła się w garść. - Co chce pani wiedzieć?
- Pani mąż nie przyszedł rano do domu? Nie zmartwiło to pani?
- Nie. - Wdowa wyciągnęła rękę do tyłu, objęła oparcie kanapy i pochyliła się. - Uprzedził, że prawdopodobnie prosto z klubu pojedzie na
posterunek. Czasami tak robił. I powiedział, że ma się z kimś spotkać po
zamknięciu lokalu.
- Z kim?
- Tego nie mówił, tylko to, że ma się z kimś spotkać.
- Czy zna pani kogoś, kto mu źle życzył, pani Kohli?
- Był policjantem - odparła kobieta po prostu. - Czy zna pani kogoś, kto
źle pani życzy, pani porucznik?
Ma słuszność, pomyślała Eve i skinęła głową.
- Może ktoś szczególny? Ktoś, o kim pani wspominał.
- Nie. Taj nie przenosił spraw zawodowych do domu. Myślę, że wziął to
sobie za punkt honoru. Nie chciał nas niczym martwić. Nawet nie
wiedziałam, nad czym pracuje. Nie lubił o tym mówić. Ale martwił się. -
Wdowa złożyła mocno splecione dłonie na kolanach i zapatrzyła się na
nie. Wpatrywała się, jak zauważyła Eve, w złotą obrączkę. - Wiem, że
czymś się martwił. Zapytałam go o to, ale mnie zbył. To cały Taj - udało
jej się wydusić z drżących w lekkim uśmiechu ust. - Właśnie taki.
Niektórzy powiedzieliby, że był mężczyzną dominującym. Taki chyba był, a w pewnych sprawach kierował się bardzo staroświeckimi zasadami. Był
dobrym człowiekiem. Wspaniałym ojcem. Kochał swoją pracę. - Zacisnęła
usta. - Byłby dumny, gdyby zginął na służbie. Ale nie tak. Nie w ten
sposób. Ktokolwiek to uczynił, pozbawił go tego. Zabrał go mnie i dzieciom. Jak to możliwe? Pani porucznik, jak to możliwe?
Ponieważ nie istniała odpowiedź na to pytanie, Eve mogła jedynie zadawać
następne.
Rozdział 2
2
To było trudne.
- Tak. - Eve odjechała od krawężnika, starając się zrzucić z siebie
ciężar, który wyniosła na barkach z mieszkania wdowy. - Patsy będzie się
trzymała. Dla dzieci. Jest silna.
- Wspaniałe te jej dzieciaki. Mały to prawdziwy spryciarz. Naciągnął
mnie na sojowego hot doga, trzy czekoladki i loda.
- Pewnie nieźle cię wymęczył.
Peabody uśmiechnęła się łagodnie.
- Mam siostrzeńca w jego wieku.
- Masz siostrzeńców w każdym wieku.
- Mniej więcej.
- Wytłumacz mi pewną rzecz, skoro masz takie doświadczenie w sprawach
rodzinnych. Jest mąż i żona. Kochają się, są dobrym, oddanym sobie
małżeństwem, mają dzieci. Dlaczego w takim razie żona, wyglądająca na
osobą zaradną i inteligentną, nic nie wie na temat pracy męża? Nie ma
pojęcia, czym on się na co dzień zajmuje?
- Może mąż lubi zostawiać pracę za drzwiami mieszkania.
- Jakoś to do mnie nie przemawia - mruknęła Eve. - Jeśli się z kimś
żyje, wie się, czym partner się zajmuje, o czym myśli, czym się martwi.
Patsy powiedziała, że Kohliego coś niepokoiło, ale nie wiedziała co. I wcale nie nalegała, żeby jej to wyjawił. - Pokręciła głową i zmarszczyła
czoło. Przebijała się przez gęsty ruch uliczny. - Nie rozumiem tego.
- Twój związek z Roarkiem charakteryzuje inna dynamika.
- Co to, do cholery, ma znaczyć?!
- Cóż. - Peabody omiotła wzrokiem profil przełożonej. - Próbowałam
łagodnie powiedzieć, że żadne z was nie zgodziłoby się na ukrywanie
czegokolwiek przed drugim. Gdy z jednym dzieje się coś dziwnego, drugie,
widząc to, docieka tak długo, aż się wszystkiego dowie. Obydwoje
jesteście wścibscy i na tyle sprytni, że nie dajecie się wywieść w pole.
Ale pomyśl na przykład o mojej ciotce Miriam.
- Muszę?
- Chodzi mi o to, że jest żoną wujka Jima już od czterdziestu lat. Wujek
codziennie rano wychodzi do pracy i wieczorem wraca do domu. Mają czworo
dzieci, ośmioro... nie... dziewięcioro wnuków i są bardzo szczęśliwi. Ciocia
nie wie nawet, ile jej mąż zarabia. On po prostu daje jej pieniądze...
Eve o mały włos najechałaby na tył taksówki.
- Co?
- No, mówiłam, że waszym związkiem rządzi inna dynamika. Tam wujek daje
cioci pieniądze na życie i dom. Ona go pyta, jak mu minął dzień, on
odpowiada, że dobrze, i na tym kończy się rozmowa na temat jego pracy. -
Peabody wzruszyła ramionami. - Tak to się między nimi układa. Natomiast
moja kuzynka Freida...
- Rozumiem już, o co ci chodzi, Peabody. - Eve włączyła pokładowy
wideofon i połączyła się z policyjnym prosektorium.
Od razu przełączono ją na numer Morse'a.
- Nadal nim się zajmuję, Dallas. - Na twarzy lekarza rysował się
zadziwiająco poważny wyraz. - To masakra.
- Wiem. Masz już wyniki toksykologiczne?
- Tym się zająłem w pierwszej kolejności. Nie znajdował się pod
działaniem narkotyków. Tuż przed śmiercią wypił kilka piw i jadł
orzeszki. Wygląda na to, że został uderzony w chwili, gdy przełykał
piwo. Ostatni treściwy posiłek, który spożył jakieś sześć godzin przed
zgonem, składał się z kanapki z kurczakiem i sałatki z makaronem. Popił
to kawą. W tym momencie mogę powiedzieć ci na pewno tylko to, że był w doskonałej formie fizycznej, zanim jakiś sukinsyn nie rozkwasił tego
biedaka na kawałki.
- W porządku. Zgon nastąpił od uderzenia w czaszkę?
- Czy nie mówiłem, że nadal się nim zajmuję? - Głos Morse'a nagle stał
się ostry jak promień lasera. Zanim Eve zdążyła coś powiedzieć, lekarz
podniósł rękę w plastikowej rękawiczce, do łokcia umazaną we krwi. -
Przepraszam. Ale mogę ci już coś jednak powiedzieć. Zabójca zaszedł
ofiarę od tyłu. Pierwsze uderzenie trafiło Kohliego w tył głowy. Rany na
twarzy wskazują, że upadł na szkło. Następny cios, w szczękę, powalił go
na ziemię. Potem ten sukinsyn otworzył mu czaszkę jak jakiś orzech. Na
szczęście Kohli już tego nie czuł, bo nie żył. Również inne obrażenia
zostały zadane po zgonie. Jeszcze ich wszystkich nie policzyłem.
- Powiedziałeś mi to, co chciałam wiedzieć. Przepraszam, że tak
nalegałam.
- Nie, to moja wina. - Morse wydął policzki. - Znałem go, więc to
osobista sprawa. Był porządnym facetem, lubił pokazywać zdjęcia i hologramy swoich dzieciaków. Nieczęsto spotyka się u nas wesołych ludzi.
- Zmrużył oczy. - Cieszę się, że to ty prowadzisz śledztwo, Dallas.
Dostaniesz mój raport pod koniec zmiany.
Przerwał połączenie, pozostawiając Eve wpatrzoną w pusty monitor.
- Był lubiany - rzuciła. - Kto więc żywił urazę do tego porządnego
faceta, dumnego tatusia i kochającego męża? Kto odważył się zamienić go
w krwawą miazgę, wiedząc, że koledzy policjanci zrobią wszystko, aby
odnaleźć zabójcę? Mimo że był tak ceniony, ktoś musiał go bardzo
nienawidzić.
- Ktoś, kogo wsadził do więzienia? - zasugerowała Peabody.
Nie wolno bać się zbirów, których się przymknęło, pomyślała Eve. Ale
trzeba o nich pamiętać.
- Jeśli policjant umawia się na drinka i odwraca plecami do kogoś, kogo
wysłał wcześniej do pierdla, sam się prosi o kłopoty - powiedziała. -
Musimy się pospieszyć ze zbieraniem informacji o Kohlim. Chcę się
dowiedzieć, jak przebiegała jego służba.
*
Eve po wejściu na komendę skierowała się prosto do swojego pokoju, ale
na drodze stanęła jej kobieta, która podniosła się z ławki dla
oczekujących.
- Porucznik Dallas?
- Zgadza się.
- Nazywam się MacLean. Rue MacLean. Właśnie usłyszałam o Taju. Ja... -
Uniosła dłonie. - Roarke wspomniał mi, że chce się pani ze mną zobaczyć,
więc postanowiłam przyjść sama od razu. Chcę pomóc.
- Doceniam to. Proszę chwileczkę zaczekać. Peabody. - Eve odeszła na bok
wraz z asystentką. - Zajrzyj do akt Kohliego, potem sprawdź jego
finanse.
- Finanse?
- Tak. Jeśli napotkasz jakieś trudności, dzwoń do Wydziału
Elektronicznego, do Feeneya. Poszperaj trochę w komputerze. Dowiedz się,
z kim się przyjaźnił w pracy. Nie opowiadał o niej żonie, ale może
znalazł sobie kogoś innego, komu się zwierzał. Chcę wiedzieć, czy miał
jakieś hobby, zainteresowania. I sprawdź, w jakich śledztwach
uczestniczył. Chcę zobaczyć jego życie jak na dłoni.
- Tak, pani porucznik.
- Pani MacLean? Przejdziemy do pokoju przesłuchań. Moje biuro jest zbyt
ciasne.
- Jak pani sobie życzy. Nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Po prostu
nie rozumiem, jak coś takiego mogło się wydarzyć.
- Zaraz o tym porozmawiamy. - I nagramy to, pomyślała Eve, prowadząc Rue
MacLean przez labirynt korytarzy do miejsca przesłuchań. - Chciałabym
nagrywać naszą rozmowę - zapowiedziała, gestem dłoni zapraszając kobietę
do kwadratowego pokoju, w którym stały jedynie stół i dwa krzesła.
- Oczywiście. Pragnę tylko pomóc.
- Proszę usiąść. - Eve włączyła magnetofon. - Porucznik Eve Dallas.
Przesłuchanie Rue MacLean. Pani MacLean zgłosiła dobrowolną chęć
współpracy i zgodziła się na zarejestrowanie jej zeznań dotyczących
funkcjonariusza Taja Kohliego. Wydział Zabójstw. Doceniam fakt, że sama
się pani do mnie pofatygowała, pani MacLean.
- Nie wiem, co pani powiedzieć, żeby było pomocne w śledztwie.
- Prowadzi pani klub, w którym Taj Kohli pracował jako barman?
Eve, przyglądając się rozmówczyni, od razu zrozumiała, dlaczego mąż ją
zatrudnił. Przed nią siedziała energiczna, elegancka i ładna kobieta.
Jej fiołkowe oczy, teraz przepełnione przejęciem, lśniły w kremowej
twarzy jak klejnoty.
Miała delikatne rysy, niemal arystokratyczne, ale dość zdecydowany
podbródek. Była zgrabna, drobna i doskonale ubrana. Wysmukłe ciało
zakończone parą oszałamiających nóg opinała śliwkowa garsonka.
Włosy koloru słońca były zaczesane gładko do tyłu, na co może sobie
pozwolić tylko osoba pewna siebie, mająca doskonale ukształtowaną
czaszkę.
- Czyściec. Tak, zarządzam tym klubem od czterech lat.
- A wcześniej czym się pani zajmowała?
- Byłam hostessą w innym małym śródmiejskim klubie. Jeszcze wcześniej
byłam tancerką. Artystką - dodała z lekkim uśmiechem. - Uznałam, że już
dosyć sceny, i postanowiłam znaleźć takie zajęcie, przy którym nie
musiałabym z siebie niczego zdejmować. Roarke dał mi taką szansę,
najpierw w Trends, gdzie pracowałam jako hostessa, potem w Czyśćcu,
którego jestem szefową. Pani mąż ceni osoby ambitne, pani porucznik.
W tę uliczkę lepiej nie wchodzić przy włączonym magnetofonie,
zdecydowała w myśli Eve.
- Czy w zakresie pani obowiązków jako kierownika klubu mieści się
przyjmowanie nowych pracowników?
- Tak. To ja zatrudniłam Taja. Szukał dorywczego zajęcia. Jego żona
właśnie urodziła dziecko i starała się o zasiłek macierzyński. Taj
chciał dorobić i zgodził się pracować na nocną zmianę, a ponieważ był
szczęśliwy w małżeństwie, nie obawiałam się, że coś głupiego wpadnie mu
do głowy.
- Czy tylko takie wymagania stawiacie pracownikom?
- Nie, ale te są dość istotne. - Rue uniosła palec. Lśnił na nim
pierścionek z trzema kamieniami koloru jej oczu. - Potrafił przyrządzać
drinki i je serwować. Znał się na ludziach i umiał wyczuć tych, którzy
sprawiają kłopoty. Nie wiedziałam, że jest policjantem. W podaniu o przyjęcie do pracy napisał, że jest ochroniarzem, i to się zgadzało.
- W jakiej firmie?
- Lenux. Zadzwoniłam tam i rozmawiałam z kierownikiem... przynajmniej tak
mi się wydawało, który potwierdził słowa Kohliego. Nie miałam powodu, by
w nie wątpić. Na początek przyjęłam go na dwutygodniowy okres próbny.
Sprawdził się, więc został u nas.
- Czy ma pani numer telefonu do tej firmy?
- Tak. - Rue odetchnęła głośno. - Już próbowałam się tam dodzwonić, ale
numer, który mam, nie odpowiada.
- Niemniej chciałabym go znać. Sprawdzę go.
- Oczywiście. - Rue sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej
elektroniczny notes. - Nie mam pojęcia, dlaczego mi nie powiedział, że
jest policjantem - wyznała, wystukując coś na klawiaturze. - Może się
obawiał, że go nie zatrudnię. Ale kiedy się wie, że właścicielka też
jest policjantem...
- Nie jestem właścicielem klubu.
- No tak, cóż. - Kobieta wzruszyła ramionami i podała Eve swój notes.
- Taj znajdował się w klubie po zamknięciu. Czy to było normalne?
- Nie, ale też nie aż tak rzadkie. Zwyczajowo klub zamyka główny barman,
który akurat pracuje na tej zmianie, wraz z jednym z ochroniarzy.
Zeszłej nocy głównym barmanem był Taj, a według moich danych klub miał z nim zamykać Nester Vine, bo to była jego kolejka. Nie zdołałam jeszcze
skontaktować się z nim.
- Czy jest pani w klubie codziennie?
- Pięć wieczorów w tygodniu. Przysługują mi wolne niedziele i poniedziałki. Wczoraj zostałam do drugiej trzydzieści w nocy. Klienci
już wyszli. Jedna z dziewcząt miała zły dzień. Kłopoty z chłopakiem.
Zawiozłam ją do domu, przez jakiś czas pocieszałam, a potem wróciłam do
siebie.
- Która była wtedy godzina?
- Kiedy dotarłam do domu? - Rue zamrugała. - Może trzecia trzydzieści
albo za piętnaście czwarta. Tak mi się wydaje.
- Jak nazywała się kobieta, którą pani odwiozła do domu?
- Mitzi. - Rue wciągnęła powietrze. - Mitzi Treacher. Pani porucznik,
gdy ostatnim razem widziałam Taja, żył i stał za barem.
- Po prostu zbieram fakty, pani MacLean. Czy pani wie, w jakim nastroju
był detektyw Kohli, kiedy się pani z nim rozstawała?
- Chyba w dobrym. Nie rozmawialiśmy dłużej. Kilka razy podeszłam do baru
po wodę mineralną. Pytałam go, jak leci, czy wieczór jest spokojny, tego
typu rzeczy. Boże! - Zacisnęła powieki. - To był miły człowiek. Cichy,
opanowany. Zawsze podczas pierwszej przerwy dzwonił do żony, żeby
sprawdzić, jak sobie daje radę.
- Używał służbowego telefonu?
- Nie. Zabroniliśmy korzystania z firmowej linii w celach prywatnych, z wyjątkiem nagłej potrzeby. Dzwonił z prywatnego telefonu komórkowego.
- Czy używał go zeszłej nocy?
- Nie wiem. Dzwonił do żony zawsze. Ale wczoraj nie widziałam. Nie
zwróciłam uwagi. Nie, proszę zaczekać. - Tym razem Rue przymknęła oczy
na dłużej. - Jadł kanapkę w sali dla obsługi. Pamiętam, że tamtędy
przechodziłam. Drzwi były otwarte. Mówił coś po dziecięcemu, chyba
rozmawiał z dzieckiem - stwierdziła, otwierając oczy. - Pamiętam to, bo
to było takie słodkie i głupie: wielki facet grucha do telefonu jak
niemowlę. Czy to ważne?
- Próbuję tylko zarysować sobie jakiś obraz. Przy ofierze ani nigdzie w pobliżu ciała nie znaleziono telefonu komórkowego. Czy wczoraj albo
kiedykolwiek zwróciła pani uwagę na kogoś, kto kręcił się przy barze w czasie zmiany Taja?
- Nie. Mamy oczywiście stałych klientów. Odwiedzają nas kilka razy w tygodniu. Taj poznał ich na tyle, że wiedział, jakie lubią drinki.
Klienci potrafią to docenić.
- Czy zaprzyjaźnił się z jakimś współpracownikiem?
- Raczej nie. Jak powiedziałam, był cichym facetem. Koleżeńskim, ale z nikim nie nawiązał szczególnie bliskich kontaktów. Zajmował się barem.
Patrzył, słuchał.
- Czy za barem trzymacie metalową pałkę?
- To legalne - szybko rzuciła Rue, blednąc. - Czy nią właśnie...
- Czy Taj miał kiedykolwiek okazję jej użyć albo zamierzał to zrobić?
- Nigdy. - Kobieta pocierała klatkę piersiową długimi, posuwistymi
ruchami płasko rozłożonej dłoni. - Choć domyślam się, że musiał ją kilka
razy wziąć do ręki. Stukał nią w bar dla odstraszenia. To zazwyczaj
wystarczy, zwłaszcza w wykonaniu takiego wielkoluda jak on. Nasz klub
należy do ekskluzywnych. Rzadko dochodzi w nim do prawdziwych awantur.
Prowadzę czysty interes, pani porucznik. Roarke nie zgodziłby się na nic
innego.
*
Wstępny raport był jasny, ale dla Eve mało satysfakcjonujący. Miała
przed sobą fakty. Martwy policjant zatłuczony pałką i zniszczenia, które
wskazywałyby na narkomana pod wpływem zeusa albo innej zabójczej
kombinacji chemikaliów. Niezręczna próba upozorowania, że do morderstwa
doszło w trakcie włamania na tle rabunkowym; zaginiony telefon komórkowy
i trzydzieści żetonów kredytowych.
Ofiara dorabiała, pragnąc podreperować rodzinny budżet. W jej aktach i przebiegu służby brak jakichkolwiek skarg i uwag. Taj był lubiany przez
kolegów i kochany przez rodzinę. Z tego, co Eve dowiedziała się do tej
pory, nie żył ponad stan, nie zdradzał żony i nie prowadził żadnego
poważnego śledztwa, które mogłoby doprowadzić do jego śmierci.
Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak nieszczęśliwy wypadek. Ale Eve w to nie wierzyła.
Wprowadziła na ekran monitora zdjęcie policjanta i zaczęła się mu
przyglądać. Wielki facet o dumnym spojrzeniu. Stanowcza szczęka,
szerokie ramiona.
- Ktoś chciał się ciebie pozbyć, Kohli. Kogo aż tak wnerwiłeś? - Wstała,
ale zaraz znowu usiadła przed komputerem. - Wykonaj test
prawdopodobieństwa na podstawie akt bieżącej sprawy oraz wstępnego
raportu z autopsji. Jakie jest prawdopodobieństwo, że Kohli znał
zabójcę?
Przetwarzanie... Prawdopodobieństwo, przy bieżących danych i wstępnym
raporcie - 93,4 procent na potwierdzenie hipotezy, że obiekt Kohli znał
zabójcę.
- Tak, cóż, miałam rację. - Eve pochyliła się i zanurzyła palce we
włosach. - Kogo znają policjanci? Innych policjantów, prostytutki,
przestępców, rodzinę. Sąsiadów. Kogo znają barmani? - Wybuchnęła krótkim
szyderczym śmiechem. - Wszystkich. Jaką czapkę włożył pan na swoje
ostatnie spotkanie, detektywie?
- Pani porucznik? - W drzwiach pojawiła się głowa Peabody. - Wiem już,
jakimi sprawami zajmował się ostatnio Kohli. Nie ma żadnych śladów
wskazujących na to, że prosił o akta spraw innych niż te, które
prowadził. Sprawdziłam też jego stan majątkowy. Wszystko, co posiada,
stanowi współwłasność, tak więc, żeby obejrzeć jego konto, musimy mieć
nakaz lub zgodę małżonka.
- Zajmę się tym. Akta przebiegu służby?
- Mam przy sobie. Nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi. Pół roku
temu przyczynił się do przymknięcia grubszej ryby. Jakiegoś dealera
narkotyków o nazwisku Ricker.
- Max Ricker?
- Tak. Kohli był na dole łańcucha dochodzeniowego, zajmował się głównie
śledzeniem albo grzebaniem w papierach. Nie był obecny przy
aresztowaniu, w przeciwieństwie do porucznika Millsa i detektyw
Martinez. Połączyli pewną hurtownię narkotyków z Rickerem i namierzyli
go. Niestety na koniec jakoś się wywinął, ale udało się przygwoździć
jego sześciu wspólników.
- Ricker nie należy do osób, które bez zastanowienia brudzą sobie ręce
czyjąś krwią. Ale zapewne nie myślałby długo, gdyby w grę wchodziła
zemsta, nawet na policjancie. - Uświadomiwszy to sobie, Eve poczuła
przypływ energii. - Sprawdź, czy Kohli zeznawał. Wydaje mi się, że
sprawa dotarła do sądu, zanim została oddalona. Dowiedz się też, jaką
rolę odegrał przy aresztowaniu. Wydobądź to z kapitan Roth, a jeśli
będzie się opierała albo robiła ci jakieś trudności, przekaż ją mnie.
Będę u komendanta.
*
Komendant Whitney, słuchając raportu Eve dotyczącego śledztwa, stał przy
oknie. Duże dłonie złączył na plecach i przyglądał się powietrznemu
ruchowi ulicznemu.
Jeden z nowych Cloud Dusters przeleciał na tyle blisko budynku, że
komendant mógł zobaczyć oczy młodego pilota, który łamał w tej chwili
przepisy o ruchu powietrznym.
Ryzykant, pomyślał Whitney, i głupiec, dodał, usłyszawszy wysokie,
jękliwe zawodzenie syreny powietrznego patrolu.
Złapali go, ucieszył się w duchu. Gdyby zawsze dawało się tak łatwo
egzekwować prawo.
Gdy stojąca za nim Eve zamilkła, odwrócił się. Jego szeroką twarz o śniadej cerze otaczały ścięte krótko, po wojskowemu, siwiejące włosy.
Ten wysoki mężczyzna o chłodnym i opanowanym spojrzeniu pierwszą połowę
swojej kariery policyjnej odbył na ulicy. I choć drugą przesiedział za
biurkiem, to nie zapomniał jeszcze, jak się czuł, gdy co rano przypinał
kaburę z bronią.
- Zanim skomentuję pani raport, pani porucznik, chcę poinformować, że
kontaktowała się ze mną kapitan Roth ze 128. Złożyła oficjalną prośbę o przeniesienie sprawy dotyczącej zabójstwa Kohliego do jej wydziału.
- Wspominała mi, że zamierza to zrobić.
- I jaka jest pani opinia w tej sprawie?
- To zrozumiałe. I podyktowane emocjami.
- Zgadzam się. - Przez chwilę milczał, przechyliwszy głowę. - Nie pyta
pani, czy przystanę na prośbę kapitan Roth?
- Nie przemawiają za tym żadne przesłanki taktyczne, a jeśli jednak
zdecydowałby się pan oddać śledztwo kapitan Roth, musiałby pan najpierw
przedyskutować to ze mną.
Whitney zasznurował usta, a potem znowu odwrócił się do okna.
- Ma pani rację. Zostawiam śledztwo pani. Ale to delikatna sprawa.
Zarówno dla wydziału kapitan Roth, jak i dla każdego policjanta w Nowym
Jorku. Śmierć jednego z nas jest zawsze przykrym wydarzeniem, choć
przecież znamy ryzyko. W tym wypadku jednak, biorąc pod uwagę brutalność
tego morderstwa, cała sprawa ma inną wagę. Sądząc po okrucieństwie
zbrodni, morderca nie był chyba profesjonalistą.
- Prawdopodobnie nie, ale nie wykluczam też i takiej ewentualności.
Jeśli założymy, że w zabójstwo zamieszany jest Ricker, to możemy
spekulować, że wynajął kogoś do wykonania tego morderstwa. I albo kazał
najemnikowi narobić bałaganu, albo ten był narkomanem lub osobą
niezrównoważoną psychicznie. Nie sprawdziłam jeszcze, jakiego rodzaju
policjantem był Kohli, więc nie mam pojęcia, czy mógł, z braku rozsądku
lub przez zapalczywość, świadomie narazić się na konfrontację z najemnikiem Rickera, z którym nie miał szans wygranej. Kazałam Peabody
przejrzeć akta i sprawy, którymi się zajmował. Muszę się dowiedzieć, z kim utrzymywał bliskie kontakty, poznać nazwiska przestępców, których
ścigał, i jak dalece wplątany był w dochodzenie i rozprawę sądową
związane z Rickerem.
- Nie po raz pierwszy podejrzewa się Rickera o to, że zaaranżował śmierć
policjanta. Ale on działa mniej brutalnie.
- Moim zdaniem, komendancie, morderstwo miało podłoże osobiste. Czy
chodziło o policję w ogóle, czy tylko o samego Kohliego, nie wiem. Ale
czuję, że to sprawa prywatna. Właścicielem klubu jest Roarke - dodała na
koniec.
- Tak, słyszałem. - Whitney odwrócił się, przebiegł wzrokiem po twarzy
Eve i przeszedł do biurka. - A więc ta sprawa jest prywatna z kilku
powodów, pani porucznik.
- Dzięki temu łatwiej i szybciej uzyskamy dane dotyczące działalności,
pracowników i klienteli klubu. Już przesłuchiwałam jego kierowniczkę,
która sama się do mnie zgłosiła. Fakt, że Kohli ukrył przed nią
informację, że jest policjantem, każe mi się zastanawiać, czy nie
prowadził w klubie prywatnego dochodzenia. Barman to doskonała
przykrywka. A że nic mi nie wiadomo, żeby dostał oficjalny rozkaz
prowadzenia tajnego śledztwa w klubie, musiała to być wobec tego jego
własna inicjatywa.
- Nie słyszałem o żadnej akcji, oficjalnej lub nie, która wymagałaby
obecności detektywa Kohliego w Czyśćcu. Ale porozmawiam na ten temat z kapitan Roth. - Whitney podniósł dłoń, nim Eve zdążyła się sprzeciwić. -
Lepiej będzie, jeśli to pytanie padnie z tego biura, a nie z pani
strony, Dallas. Nie chcę niepotrzebnie rozgrzewać i tak już gorącej
atmosfery.
- Oczywiście - zgodziła się, choć niechętnie. - Potrzebuję zgody na
przejrzenie kont bankowych Kohliego. Wprawdzie mogłabym o zgodę poprosić
jego żonę, ale na razie wolałabym nie poruszać z nią tematów dotyczących
męża.
- I nie chce jej pani alarmować, zanim nie zapozna się z zawartością
rodzinnego portfela - zakończył za nią komendant. Położył szeroko
rozwarte dłonie na biurku. - Podejrzewa pani, że brał łapówki?
- Bardzo bym pragnęła wyeliminować to podejrzenie.
- Proszę więc to uczynić, tylko dyskretnie. Załatwię dla pani to
zezwolenie. A pani niech mi przyprowadzi zabójcę.
*
Resztę dnia Eve spędziła, ślęcząc nad aktami Kohliego, zapoznając się ze
sprawami, którymi się zajmował, próbując stworzyć jego wizerunek.
Wizerunek policjanta.
Zobaczyła przeciętnego funkcjonariusza, który wypełniał polecenia na
średnim poziomie, jeśli nawet nie poniżej swoich możliwości. Rzadko brał
wolne dni, ale też rzadko zostawał w pracy po godzinach.
Nigdy nikogo nie zabił, tak więc nie przechodził globalnych testów
psychologicznych. Niemniej zamknął lub był bliski zamknięcia wielu
spraw, a jego sprawozdania, dotyczące tych niedokończonych lub
dokończonych dochodzeń, były profesjonalne, staranne i wyczerpujące.
Eve doszła do wniosku, że Taj był człowiekiem, który postępował
przepisowo, robił, co do niego należało, po czym wracał do domu,
zostawiając pracę za sobą.
Zastanawiała się, jak mu się to udawało i czy to w ogóle możliwe.
Jego kariera wojskowa prezentowała się podobnie. Żadnych potknięć, ale
też żadnych blasków. Wstąpił do armii w wieku dwudziestu dwóch lat,
odsłużył sześć, z czego ostatnie dwa w policji wojskowej.
Zdaniem Eve, prowadził całkowicie przeciętne życie. Niemal zbyt
przeciętne i normalne.
Telefon do Nestera Vine'a z Czyśćca doprowadził ją do wyglądającej na
przygnębioną żony Vine'a, która poinformowała Eve, że jej mąż wrócił
poprzedniego dnia do domu wcześniej niż zwykle, ponieważ bardzo źle się
czuł. O trzeciej nad ranem zabrano go do szpitala, skąd właśnie wróciła.
Okazało się, że miał atak wyrostka robaczkowego.
Jeśli chodzi o alibi, było nie do podważenia. Ta rozmowa nie przyniosła
Eve większego pożytku oprócz tego, że pani Vine poradziła jej
skontaktować się z jedną ze striptizerek o imieniu Nancie, która podobno
została w klubie po tym, jak Kohli zmusił Vine'a do powrotu do domu.
Wymazać Nestera, pomyślała Eve, po czym do listy osób, z którymi musi
porozmawiać, dołączyła striptizerkę.
Mimo ciągłych prób, nie mogła się połączyć z porucznikiem Millsem i detektyw Martinez. Ich telefony pozostawały głuche. Otrzymała
informację, że znajdują się w terenie i nie są osiągalni. Zostawiła
każdemu wiadomość na automatycznej sekretarce, zebrała akta i zaczęła
się przygotowywać do wyjścia do domu.
Postanowiła porządnie przyjrzeć się finansom Kohliego.
Złapała Peabody w jej kąciku, rozprawiającą się z zaległą robotą
papierkową.
- Zostaw resztę do jutra i idź do domu.
- Tak? - Asystentka spojrzała na zegarek i twarz jej pojaśniała. - W samą porę. Umówiłam się z Charlesem na obiad na ósmą. Będę miała trochę
czasu, żeby się przygotować. - Słysząc, że w odpowiedzi przełożona tylko
odchrząkuje, Peabody uśmiechnęła się. - Wiesz, jaki to problem, kiedy
się chodzi z dwoma facetami?
- Uważasz McNaba za faceta?
- Gdy ma dobry dzień, stanowi miłe przeciwieństwo Charlesa. Ale to
nieistotne. No, więc wiesz, jaki jest problem w widywaniu się z nimi
obydwoma?
- Nie, Peabody. Jaki?
- Nie ma żadnego. - Śmiejąc się głośno, Peabody pochwyciła torbę i wybiegła z biura. - Do zobaczenia jutro.
Eve potrząsnęła głową. Wystarczy jej kłopotów z jednym mężczyzną.
*
Eve starała się nie myśleć w tej chwili o dochodzeniu. Zresztą nie było
to takie trudne, ponieważ natężony ruch uliczny pochłaniał większość jej
uwagi, nie wspominając już o kolorowych reklamach zachwalających
wszystko, od wiosennej mody do najlepszych modeli aut.
Nagle na jednym z ekranów reklamowych zobaczyła znajomą twarz i z wrażenia niemal wjechała na chodnik.
Nad Czterdziestą Czwartą rozpościerała się twarz Mavis Freestone,
otoczona burzą mieniących się różnymi barwami włosów. Mavis
podskakiwała, wirowała, okryta zawiązanymi w najdziwniejszych miejscach
skrawkami materiału w kolorze elektryzującego błękitu. Przy każdym ruchu
jej włosy z czerwonych robiły się złote lub oślepiająco zielone.
To do niej pasuje, pomyślała Eve z grymasem uśmiechu na twarzy.
- Jezu, Mavis. Patrzcie tylko państwo, jaka z niej gwiazda.
Przyjaciółka przebyła długą drogę od parania się uliczną kradzieżą, za
co Eve ją w swoim czasie zatrzymała, poprzez występy w trzeciorzędnych
klubach, aż do obecnej chwili, kiedy to stała się wielką gwiazdą świata
muzycznego.
Muzycznego, myślała Eve, w najszerszym znaczeniu tego słowa.
Sięgnęła do pokładowego wideofonu, zamierzając zadzwonić do koleżanki,
żeby powiedzieć jej, na co właśnie patrzy, ale w tej samej chwili
odezwał się telefon komórkowy.
- Tak? - Nie mogła oderwać wzroku od ekranu z reklamą, choć kilku mniej
cierpliwych kierowców już na nią trąbiło. - Dallas.
- Hej, Dallas.
- Webster. - W jednej chwili mięśnie Eve stwardniały jak kamienie.
Wprawdzie znała się z Donem Websterem na stopie towarzyskiej, ale żaden
policjant nie lubi telefonów z Wydziału Spraw Wewnętrznych. - Dlaczego
dzwonisz na mój prywatny numer? Wasz wydział ma obowiązek korzystać z oficjalnych kanałów.
- Chciałem tylko z tobą pogadać. Masz wolną chwilę?
- Przecież rozmawiamy.
- Ale nie twarzą w twarz.
- A po co?
- No, Dallas. Poświęć mi dziesięć minut.
- Jestem w drodze do domu. Skontaktuj się ze mną jutro.
- Tylko dziesięć minut - powtórzył. - Spotkamy się w parku koło twojego
domu.
- Czy to sprawa związana z WSW?
- Pogadamy. - Posłał jej lekki uśmiech, co tylko bardziej rozbudziło jej
podejrzliwość. - Spotkamy się w parku. Jestem tuż za tobą.
Zmrużyła oczy, zerknęła w lusterko wsteczne i przekonała się, że Webster
nie kłamie. Nic nie mówiąc, przerwała połączenie.
Nie zatrzymała się przed bramą domu, tylko przejechała jeszcze jakieś
dwie przecznice, dla zasady. Potem, upewniwszy się, że znalazła jedyne
wygodne miejsce do parkowania, zatrzymała się.
Nie zdziwiła się, widząc że Webster zaparkował tuż za nią na ulicy,
ignorując piorunujące spojrzenie jakiejś eleganckiej pary i ich trzech
równie eleganckich afganów. Włączył sygnał świetlny "na służbie" i wszedł za Eve na chodnik.
Uśmiech był jego sprzymierzeńcem i wiedział o tym, więc go przywołał.
Rozświetlił mu przyjaźnie niebieskie oczy, pobłyskujące w pociągłej
twarzy o ostrych rysach. Ciemnokasztanowe, lekko kręcone włosy miał
krótko obcięte. Z wiekiem będzie się zapewne coraz bardziej upodabniał
urodą do typu uczonego.
- Zrobiłaś karierę, Dallas. Niezłe sąsiedztwo.
- Tak, co miesiąc urządzamy sobie balangę i szalejemy. Czego chcesz,
Webster?
- Jak ci leci? - rzucił niby od niechcenia i ruszył w stronę zielonego
trawnika i drzew ukwieconych wiosennymi pączkami.
Hamując gniew, Eve wepchnęła dłonie do kieszeni i zrównała się z nim.
- Dobrze. A co u ciebie?
- Nie mogę narzekać. Miły wieczór. Wiosna w Nowym Jorku jest piękna.
- A co tam u Jankesów? I chyba na tym przerwiemy tę towarzyską gadkę.
Czego chcesz?
- Nigdy nie lubiłaś rozmawiać. - Bardzo dobrze pamiętał ten jedyny raz,
kiedy udało mu się zaciągnąć Eve do łóżka; nie padło wtedy ani jedno
słowo. - Może znajdziemy jakąś ławkę? Jak powiedziałem wcześniej,
wieczór jest taki przyjemny.
- Nie chcę szukać ławki. Nie chcę sojowego hot doga i nie chcę rozmawiać
o pogodzie. Chcę wrócić do domu. Więc jeśli nie masz mi nic
interesującego do powiedzenia, właśnie to zrobię. - Odwróciła się i zaczęła iść z powrotem do samochodu.
- Prowadzisz śledztwo w sprawie Kohliego?
- Zgadza się. - Odwróciła się, a jej system alarmowy rozświetlił się na
czerwono. - Co to ma wspólnego z WSW?
- Nie powiedziałem, że ma to coś wspólnego z WSW, oprócz zwykłych
procedur uruchamianych w sytuacji, gdy ginie policjant.
- Ale w skład tych procedur nie wchodzi prywatne spotkanie z prowadzącym
śledztwo.
- Czasami omijamy przepisy. - Podniósł dłoń. - Do diabła z nimi, skoro
są takie sztywne.
Patrząc koledze prosto w oczy, Eve zbliżyła się i stanęła tuż przed jego
nosem.
- Nie obrażaj mnie, Webster. Co ma WSW do mojego dochodzenia?
- Posłuchaj. Widziałem wstępny raport. To poważna sprawa. Trudna dla
wydziału dla brygady, dla rodziny.
Coś zaczynało jej świtać.
- Znałeś Kohliego?
- Nie bardzo. - Uśmiechnął się słabo z lekkim rozżaleniem i zgorzknieniem. - Większość policjantów nie dba zbytnio o utrzymywanie
kontaktów towarzyskich z WSW. To śmieszne, że wszyscy użalają się nad
skorumpowanym policjantem, ale nikt nie chce wymienić uścisku dłoni z osobą, która wyciąga takiego brudasa z błota.
- Chcesz powiedzieć, że Kohli był brudny?
- Nic takiego nie mówiłem. Nie mam prawa rozmawiać z tobą o szczegółach
dochodzenia prowadzonego przez wydział, jeśli nawet takie dochodzenie w ogóle by się toczyło.
- Pieprzysz, Webster. Po prostu, pieprzysz. Jeśli był w coś zamieszany,
muszę o tym wiedzieć.
- Nie wolno mi rozmawiać o sprawach WSW. Za to wiem, że zaglądałaś w konto Kohliego.
Przez chwilę stała, milcząc, starając się pohamować gniew.
- Mnie też nie wolno rozmawiać na temat śledztwa. Ale dziwię się, że
wydział szczurów tak się nim zainteresował?
- Nie próbuj mnie wkurzyć, bo ci się nie uda - rzucił Webster,
wzruszając zarazem ramionami. - Pomyślałem po prostu, że szepnę ci
nieoficjalnie słówko, tak po przyjacielsku. Wiedz, że lepiej by się
stało dla wydziału, gdyby sprawa została jak najszybciej i jak najciszej
zamknięta.
- Czy Kohli brał od Rickera?
Tym razem, choć jego głos pozostał spokojny, zdradził się ze
zdenerwowaniem, napinając mięśnie szczęki.
- Nie wiem, o czym mówisz. Grzebanie w finansach Kohliego to ślepa
uliczka, Dallas. Możesz tylko sprawić przykrość jego rodzinie. Ten
człowiek zginął, nie będąc na służbie.
- Tego człowieka pobito na śmierć. Był policjantem. Jego żona została
wdową. Dzieci straciły ojca. I to wszystko ma mieć mniejsze znaczenie
tylko dlatego, że Taj nie zginął w czasie odbywania służby?
- Nie. - Webster posiadał choć tyle sumienia lub rozsądku, by zrobić
zawstydzoną minę, a potem spojrzeć przed siebie z zadumą. - Ale stało
się, a ty nic więcej nie znajdziesz.
- Nie mów mi, jak mam wykonywać swoją pracę, Webster. Nigdy mi nie mów,
jak mam prowadzić śledztwo w sprawie o zabójstwo. To ty porzuciłeś pracę
w policji, nie ja.
- Dallas. - Dołączył do niej, zanim zdążyła dojść do brzegu chodnika.
Pochwycił jej ramię i osłonił się drugą ręką, bo odwróciła się w jego
stronę gwałtownie.
Spojrzała mu chłodno prosto w oczy.
- Zabierz rękę. Już!
Wykonał polecenie, chowając dłoń do kieszeni.
- Próbuję ci tylko przekazać, że WSW chce, aby ta sprawa została cicho
zamknięta.
- Dlaczego sądzisz, że będę się przejmowała tym, czego chce cholerne
WSW? Jeśli masz mi coś do powiedzenia, co jest związane ze śmiercią
detektywa Taja Kohliego, proszę, zrób to w drodze oficjalnej. I nigdy
więcej mnie nie śledź, Webster. Nigdy.
Wsiadła do samochodu, poczekała na dziurę w korku i włączyła się do
ruchu.
Patrzył za nią, potem ruszył w stronę wysokiej bramy, za którą krył się
obecny świat Eve. Trzy razy głęboko nabrał powietrza, a kiedy to nie
poskutkowało, ze złością kopnął w tylne koło swojego wozu.
Nienawidził tego, co zrobił. A co więcej, nienawidził świadomości, że
tak naprawdę nigdy nie przestało mu na niej zależeć.