Zapłacisz krwią. Oblicza śmierci. Tom 11 - Nora Roberts

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (27,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Stała w Czyśćcu i patrzyła na śmierć. Krwawą, podłą i okrutną w swej rado­ści, która poja­wiła się w tym miej­scu jak roz­ka­pry­szone dziecko kie­ro­wane pra­gnie­niem zaspo­ko­je­nia bez­myśl­nej bru­tal­no­ści.

Mor­der­stwu rzadko towa­rzy­szy ład. Nie­ważne, czy zostało sta­ran­nie i po mistrzow­sku zapla­no­wane, czy doko­nane pod wpły­wem sza­leń­czego impulsu, zawsze pozo­sta­wia po sobie bała­gan, który sprząt­nąć musi ktoś inny, a nie mor­derca.

Jej praca polega na prze­ko­py­wa­niu się przez gru­zo­wi­sko zbrodni, na zebra­niu czę­ści, dopa­so­wa­niu ich i stwo­rze­niu z nich obrazu życia, które zostało ukra­dzione. Z tej ryciny musi potem spo­rzą­dzić wize­ru­nek zabójcy.

Był rok 2059, wio­sna zbli­żała się nie­pew­nymi kro­kami, dzień dopiero się roz­po­czy­nał. Eve, stą­pa­jąc po morzu roz­kru­szo­nego szkła, spo­koj­nie przy­glą­dała się piw­nymi oczami kosz­mar­nemu pej­za­żowi: roz­bi­tym lustrom, potłu­czo­nym butel­kom, kawał­kom drewna. Roz­trza­skane ekrany na ścia­nach, prze­wró­cone i powy­gi­nane prze­pie­rze­nia. Droga skóra i mate­riały wyście­ła­jące stołki i miej­sca do sie­dze­nia podarte na kolo­rowe strzępy.

To, co jesz­cze wczo­raj było luk­su­so­wym klu­bem ze strip­ti­zem, teraz zamie­niło się w stertę dro­gich śmieci. To, co kie­dyś było czło­wie­kiem, leżało pod wygi­na­ją­cym się w łuk barem. Teraz było ofiarą, zlaną wła­sną krwią.

Porucz­nik Eve Dal­las ukuc­nęła przy tru­pie. Była poli­cjantką, a więc nie­bosz­czyk nale­żał do niej.

- Męż­czy­zna. Czarny. Koło czter­dziestki. Liczne i roz­le­głe obra­że­nia głowy oraz reszty ciała. Wie­lo­krot­nie poła­mane kości. - Wyjęła z prze­no­śnego zestawu przy­rząd pomia­rowy, słu­żący do zmie­rze­nia tem­pe­ra­tury ciała i powie­trza. - Wygląda na to, że śmierć nastą­piła po ude­rze­niu w czaszkę, ale na tym się nie skoń­czyło.

- Ktoś go stłukł pałką na kotlet.

Eve w odpo­wie­dzi na uwagę asy­stentki tylko odchrząk­nęła. Potem przy­glą­da­jąc się leżą­cemu przed nią dość mło­demu, dobrze zbu­do­wa­nemu męż­czyź­nie, zapy­tała:

- Co widzisz, Peabody?

Asy­stentka auto­ma­tycz­nie zmie­niła pozy­cję i wytę­żyła wzrok.

- Denat... cóż, wygląda na to, że został zaata­ko­wany od tyłu. Praw­do­po­dob­nie padł już po pierw­szym ude­rze­niu. Jed­nak zabójca na tym nie poprze­stał, lecz zada­wał następne ciosy. Sądząc po uło­że­niu plam krwi i kie­runku, w któ­rym roz­pry­snął się mózg, ofiara zgi­nęła od ude­rzeń w głowę i była bita na­dal, kiedy już leżała na pod­ło­dze. Nie­które z obra­żeń z pew­no­ścią zostały zadane po zgo­nie. Za narzę­dzie zbrodni posłu­żyła zapewne meta­lowa pałka, a ten, kto jej użył, musiał dys­po­no­wać znaczną siłą. Bar­dzo praw­do­po­dobne, że zabójca znaj­do­wał się pod wpły­wem środ­ków che­micz­nych, ponie­waż roz­miar znisz­czeń wska­zuje na wzmo­żoną agre­syw­ność, czę­sto demon­stro­waną przez osoby zaży­wa­jące zeusa.

- Czas zgonu: czwarta nad ranem - stwier­dziła Eve, potem odwró­ciła głowę i spoj­rzała na Peabody.

Były na służ­bie, więc asy­stentka miała na sobie nie­ska­zi­tel­nie czy­sty i wypra­so­wany mun­dur, a czapka poli­cyjna tkwiła na jej ciem­nych krót­kich wło­sach pod prze­pi­so­wym kątem. Eve uznała, że oczy Peabody, przej­rzy­ste i sku­pione, świad­czą, mimo bla­do­ści policz­ków spo­wo­do­wa­nej strasz­li­wym obra­zem, o tym, że dziew­czyna jakoś się trzyma.

- Motyw? - zapy­tała.

- Wygląda to na zabój­stwo na tle rabun­ko­wym, pani porucz­nik.

- Dla­czego tak sądzisz?

- Kasa jest otwarta i pusta. Maszyna na żetony kre­dy­towe roz­trza­skana.

- Hm. W takim luk­su­so­wym lokalu rachunki regu­luje się zazwy­czaj żeto­nami kre­dy­to­wymi, no ale zapewne była tu rów­nież jakaś gotówka.

- Nar­ko­man potrafi zabić dla drob­nych.

- Zga­dza się. Tylko dla­czego denat zna­lazł się sam na sam z nar­ko­ma­nem w zamknię­tym klu­bie? Dla­czego wpu­ścił kogoś na pro­chach za bar? I... - Pal­cami w ręka­wicz­kach ochron­nych Eve pod­nio­sła z krwa­wej kałuży mały srebrny żeton. - Dla­czego nasz nar­ko­man to zosta­wił? Wokół ciała leży ich wię­cej.

- Może mu wypa­dły. - Ale Peabody zaczy­nała domy­ślać się, że nie dostrzega cze­goś, co widzi jej prze­ło­żona.

- Może.

Zbie­ra­jąc monety, Eve nali­czyła ich około trzy­dzie­stu. Zamknęła je w torebce na dowody rze­czowe i podała asy­stentce. Potem pod­nio­sła pałkę. Była cała we krwi i w sza­rej masie mózgu. Długa i podej­rza­nie sporo ważąca.

- To porządny, drogi metal. Cze­goś takiego nar­ko­man nie znaj­dzie na ulicy. Praw­do­po­dob­nie okaże się, że pałka sta­no­wiła wypo­sa­że­nie klubu i zawsze stała za barem. Okaże się też, Peabody, że nasza ofiara znała zabójcę. Może umó­wiła się z nim na drinka po pracy.

Eve zmru­żyła oczy, wyobra­ża­jąc sobie roz­wój wyda­rzeń.

- Może się sprze­czali, a po jakimś cza­sie sprzeczka zamie­niła się w poważną kłót­nię. Bar­dzo praw­do­po­dobne, że mor­derca już wcze­śniej miał jakieś pre­ten­sje do ofiary. No i wie­dział, gdzie znaj­dzie pałkę. Wszedł za bar. Musiał to robić już nie­raz, bo ofiara wcale się tym fak­tem nie prze­jęła. Nawet nie pomy­ślała, żeby się obró­cić.

Za to Eve się obró­ciła, przy­glą­da­jąc się pozy­cji ciała i ota­cza­ją­cym je pla­mom krwi.

- Pierw­sze ude­rze­nie rzu­ciło go twa­rzą na ścianę naprze­ciwko, wyło­żoną lustrem. Przyj­rzyj się ranom na twa­rzy. To nie są zadra­pa­nia od lecą­cych okru­chów szkła. Są zbyt dłu­gie i za głę­bo­kie. Udaje mu się jed­nak odwró­cić i wtedy mor­derca zadaje następny cios, w szczękę. Ofiara znowu się obraca. Chwyta się za półki i ściąga je na sie­bie. Butelki spa­dają i się tłuką. W tym momen­cie otrzy­muje śmier­telne ude­rze­nie. To, przez które jego czaszka pęka jak sko­rupka jajka.

Znowu przy­kuc­nęła, opie­ra­jąc się na pię­tach.

- Potem mor­derca bije już gdzie popad­nie, a następ­nie demo­luje pomiesz­cze­nie. Może pod wpły­wem emo­cji, a może dla zmy­le­nia poli­cji. Ale jest na tyle opa­no­wany, żeby wró­cić do ciała i przed wyj­ściem jesz­cze raz spoj­rzeć na swoje dzieło. Tutaj też porzuca zbędną już pałkę.

- Chciał, żeby to wyglą­dało jak napad rabun­kowy? Jak zabój­stwo doko­nane przez nar­ko­mana?

- Taaak. Albo nasz denat był idiotą, a ja zbyt wysoko oce­niam jego poziom inte­lek­tu­alny. Sfil­mo­wa­łaś ciało i oto­cze­nie?

- Tak, pani porucz­nik.

- Prze­kręćmy go.

Pogru­cho­tane kości zachrzę­ściły jak kamie­nie wrzu­cone do worka.

- O, cho­lera! - Eve się­gnęła po iden­ty­fi­ka­tor leżący w kałuży tęże­ją­cej już krwi. Starła ją zabez­pie­czo­nym pal­cem, odsła­nia­jąc zdję­cie i odznakę. - Był na służ­bie.

- To poli­cjant? - Peabody zbli­żyła się, a wokół nagle zapa­dła cisza. Człon­ko­wie ekipy z docho­dze­niówki, zbie­ra­jący odci­ski po dru­giej stro­nie baru, urwali roz­mowę, prze­stali się poru­szać. Z wyra­zem ocze­ki­wa­nia w oczach zwró­cili się w stronę Eve.

- Detek­tyw Taj Kohli. - Pod­nio­sła się z posza­rzałą twa­rzą. - Jeden z nas.

*

Peabody prze­szła po zaśmie­co­nej pod­ło­dze do miej­sca, gdzie stała jej prze­ło­żona, która obser­wo­wała pra­cow­ni­ków pogo­to­wia, przy­go­to­wu­ją­cych ciało ofiary do prze­wie­zie­nia do kost­nicy.

- Zebra­łam pod­sta­wowe infor­ma­cje, Dal­las. Nale­żał do 128 bry­gady, Wydział Nar­ko­ty­ków. W poli­cji pra­co­wał od ośmiu lat. Wcze­śniej słu­żył w woj­sku. Miał trzy­dzie­ści sie­dem lat. Żonaty. Dwoje dzieci.

- Ma coś w aktach?

- Nie, pani porucz­nik, jest czy­sty.

- Musimy się dowie­dzieć, czy zna­lazł się tu w związku z jakąś służ­bową akcją, czy tylko dora­biał po godzi­nach. Elliot? Przy­nieś mi dyski z kamer prze­my­sło­wych.

- Nie ma ich. - Do Eve zbli­żył się poli­cjant z docho­dze­niówki z twa­rzą wykrzy­wioną gnie­wem. - Wyczysz­czone. Wszyst­kie. Klub ma pełny pod­gląd, ale ten sukin­syn zabrał wszyst­kie dyski. Nie mamy nic.

- Zacie­rał za sobą ślady. - Z ręką na bio­drze Eve obró­ciła się dokoła. Klub miał trzy pię­tra; scena znaj­do­wała się na par­te­rze, par­kiet do tań­cze­nia na pierw­szym i dru­gim, a pokoje gościnne na samej górze. Wyli­czyła, że aby kamery mogły objąć całość, musiało ich być co naj­mniej dwa­na­ście, jeśli nie wię­cej. Wyję­cie z nich dys­ków kosz­to­wało zabójcę sporo zabie­gów i czasu. - Mor­derca znał to miej­sce - uznała. - Albo jest spe­cem od sys­te­mów bez­pie­czeń­stwa. Deko­ra­cja - mruk­nęła. - Te znisz­cze­nia to tylko deko­ra­cja, przy­krywka. On wie­dział, co robi. Pano­wał nad roz­wo­jem wyda­rzeń. Peabody, sprawdź, do kogo należy klub, kto go pro­wa­dzi. Chcę znać nazwi­ska wszyst­kich, któ­rzy tu pra­cują.

- Pani porucz­nik? - Jeden z poli­cjan­tów, wyglą­da­jący na zakło­po­ta­nego, prze­ci­snął się do Eve. - Na zewnątrz jest cywil.

- Na zewnątrz jest mnó­stwo cywili. I niech tam zostaną.

- Tak, pani porucz­nik, ale ten chce z panią roz­ma­wiać. Mówi, że to jego klub. I, hm...

- I, hm, co?

- I że pani jest jego żoną.

- Przed­się­bior­stwo Roz­ryw­kowe Roarke'a - powie­działa na głos Peabody, odczy­tu­jąc infor­ma­cję z palm­topa. Posłała prze­ło­żo­nej ostrożny uśmiech. - Zgad­nij, kto jest wła­ści­cie­lem Czyśćca?

- Mogłam się domy­ślić. - Eve ze zre­zy­gno­waną miną ruszyła w stronę fron­to­wych drzwi.

*

Wyglą­dał iden­tycz­nie jak przed dwiema godzi­nami, kiedy się roz­sta­wali, uda­jąc się do swo­ich zajęć. Ele­gancki i osza­ła­mia­jąco przy­stojny. Lekką kurtką, zarzu­coną na czarny gar­ni­tur, poru­szały podmu­chy wia­tru. Bryza zmierz­wiła też kru­cze włosy oka­la­jące poetycz­nie grzeszną twarz. Wra­że­nie ele­gan­cji potę­go­wały ciemne oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

Gdy je zdjął, odsła­nia­jąc poły­sku­jące nie­bie­skie oczy, napo­tkał wzrok Eve. Wło­żył oku­lary do kie­szeni i uniósł brew.

- Dzień dobry, pani porucz­nik.

- Już kiedy tu wcho­dzi­łam, mia­łam złe prze­czu­cia. To miej­sce do cie­bie pasuje. Dla­czego, do cho­lery, jesteś wła­ści­cie­lem pra­wie wszyst­kiego?

- Ten klub to speł­nie­nie chło­pię­cych marzeń. - Głos męż­czy­zny jakby odbył podróż do dale­kiej Irlan­dii i powró­cił z muzycz­nym akcen­tem tego kraju. Roarke ode­rwał wzrok od żony i spoj­rzał na poli­cyjną taśmę odgra­dza­jącą miej­sce zda­rze­nia. - Wygląda na to, że oby­dwoje mamy kło­poty.

- Musia­łeś mówić, że jestem twoją żoną?

- Prze­cież jesteś - odparł bez­tro­sko. - I z każ­dym dniem coraz bar­dziej mnie to cie­szy. - Uniósł jej dłoń i nim zdą­żyła ją wyrwać, potarł kciu­kiem obrączkę.

- Żad­nego doty­ka­nia - syk­nęła, co tylko wywo­łało u niego uśmiech roz­ba­wie­nia.

- Nie tak mówi­łaś przed kil­koma godzi­nami. Mówi­łaś...

- Zamknij się, Roarke. - Rozej­rzała się, ale żadna z towa­rzy­szą­cych jej osób nie znaj­do­wała się na tyle bli­sko, by ich usły­szeć. - To docho­dze­nie poli­cyjne.

- Tak mi wła­śnie powie­dziano.

- Kto ci powie­dział?

- Kie­row­nik obsługi, który zna­lazł ciało. Naj­pierw oczy­wi­ście zadzwo­nił na poli­cję - wyja­śnił - ale potem natu­ral­nie zawia­do­mił mnie. Co się stało?

Nie było sensu zło­ścić się na to, że sprawy męża spla­tają się z jej pracą. Zresztą któ­ryś raz z kolei. Pró­bo­wała pocie­szyć się myślą, że Roarke zapewne pomoże jej przejść przez papier­kową robotę.

- Czy pra­cuje u cie­bie bar­man o nazwi­sku Kohli? Taj Kohli?

- Nie mam poję­cia. Ale mogę się dowie­dzieć. - Wycią­gnął z kie­szeni cienki notes elek­tro­niczny i wstu­kał pyta­nie. - Nie żyje?

- Wła­śnie.

- Tak, pra­co­wał u mnie - potwier­dził, a irlandzki akcent w jego gło­sie przy­brał bar­dziej meta­liczny ton. - Przez ostat­nie trzy mie­siące. Cztery wie­czory w tygo­dniu. Miał rodzinę.

- Wiem. - Takie szcze­góły jej mąż uwa­żał za istotne, co zawsze chwy­tało Eve za serce. - To poli­cjant - dodała. Tym razem Roarke opu­ścił brwi. - Tej infor­ma­cji nie ma w twoim małym note­siku, co?

- Nie. Wygląda na to, że mój per­so­nalny nie był wystar­cza­jąco ostrożny. Zajmę się tym. Czy wolno mi wejść do środka?

- Tak, za chwilę. Od jak dawna jesteś wła­ści­cie­lem tego klubu?

- Mniej wię­cej od czte­rech lat.

- Ile osób zatrud­niasz na pełen lub na część etatu?

- Dostar­czę pani wszyst­kich danych, pani porucz­nik, i odpo­wiem na wszyst­kie pyta­nia - w jego oczach, gdy wycią­gał rękę do drzwi, poja­wiła się iry­ta­cja - ale naj­pierw chciał­bym zoba­czyć swój klub.

Wszedł, rozej­rzał się, po czym utkwił wzrok w gru­bym czar­nym worku ukła­da­nym na czymś, co pra­cow­nicy kost­nicy nazy­wają "spa­ce­rówką".

- Jak zgi­nął?

- Cał­ko­wi­cie - rzu­ciła Eve, a potem wes­tchnęła, widząc, że mąż odwraca się i patrzy na nią ze zło­ścią. - Bru­tal­nie. Zatłu­czony meta­lową pałką. - Zoba­czyła, że Roarke spo­gląda w stronę baru i przy­gląda się pla­mom krwi, lśnią­cym na potłu­czo­nym szkle niczym jakieś awan­gar­dowe malo­wi­dło. - Po kilku pierw­szych ude­rze­niach nic już nie czuł.

- Czy dosta­łaś kie­dyś pałką? Ja tak - powie­dział, zanim zdą­żyła się ode­zwać. - Nic przy­jem­nego. Ale raczej nie można uznać, że było to zabój­stwo na tle rabun­ko­wym, nawet jeśli się założy, że zło­dzieja ponio­sło.

- Dla­czego?

- Tu jest dużo wyso­ko­ga­tun­ko­wego alko­holu, za który nasz zło­dziej na jakiś czas dobrze by się urzą­dził. Po co tłuc butelki, jeśli można je sprze­dać? Jeśli wła­mu­jesz się do takiego miej­sca, to nie po forsę, ale po trunki i może jesz­cze po sprzęt.

- Wiesz to z wła­snego doświad­cze­nia?

Doci­nek tylko go roz­śmie­szył.

- Natu­ral­nie. Z doświad­cze­nia wła­ści­ciela klubu i uczci­wego oby­wa­tela.

- Racja.

- Co z dys­kami z kamer bez­pie­czeń­stwa?

- Znik­nęły. Zabrał wszyst­kie.

- To zna­czy, że przy­go­to­wał napad wcze­śniej.

- Ile jest tych kamer?

Roarke ponow­nie wycią­gnął notes.

- Sie­dem­na­ście. Dzie­więć na par­te­rze, sześć na pierw­szym pię­trze i dwie na górze, obej­mu­jące całość. Zanim zapy­tasz, klub jest zamy­kany o trze­ciej, co zna­czy, że obsługa wycho­dzi jakieś pół godziny póź­niej. Ostatni pokaz, a mamy tu tylko pokazy na żywo, koń­czy się o dru­giej. Muzycy i arty­ści...

- Strip­ti­zerki.

- Jak wolisz - zgo­dził się bez sprze­ciwu. - No więc arty­ści wycho­dzą zaraz po wystę­pie. W ciągu godziny podam ci nazwi­ska i har­mo­no­gram imprez.

- Będę wdzięczna. Dla­czego Czy­ściec?

- Jako nazwa? - Przez usta prze­mknął mu cień uśmie­chu. - Spodo­bała mi się. Ksiądz powie, że czy­ściec to miej­sce, w któ­rym można się oczy­ścić, zre­ha­bi­li­to­wać. Tro­chę jak wię­zie­nie. Mnie zawsze koja­rzył się z ostat­nim miej­scem, w któ­rym jesz­cze można być czło­wie­kiem. Zanim wyro­sną ci skrzy­dła lub sta­niesz twa­rzą w twarz z ogniem pie­kiel­nym.

- Co byś wolał? - zapy­tała zacie­ka­wiona. - Skrzy­dła czy ogień?

- W tym rzecz. Naj­bar­dziej podoba mi się bycie czło­wie­kiem - prze­rwał, bo obok nich prze­je­chała "spa­ce­rówka". Roarke pod­niósł rękę i pogła­skał żonę po krótko ostrzy­żo­nych kasz­ta­no­wych wło­sach. - Przy­kro mi.

- Mnie też. Znasz jakiś powód, dla któ­rego nowo­jor­ski poli­cjant miałby pra­co­wać jako taj­niak w twoim Czyśćcu?

- Nie znam. Oczy­wi­ście jest moż­liwe, że nie­któ­rzy klienci zaba­wiali się tu w spo­sób nie­ko­niecz­nie apro­bo­wany przez poli­cję, ale nie infor­mo­wano mnie o niczym szcze­gól­nym. Jakieś nar­ko­tyki mogły zmie­niać wła­ści­cieli w poko­jach dla gości lub pod sto­li­kami, ale nie docho­dziło tu do więk­szych trans­ak­cji. Wie­dział­bym o tym. Strip­ti­zerki nie sprze­dają się klien­tom, chyba że są licen­cjo­no­wane, a nie­które są. Nie wpusz­czamy tu nie­peł­no­let­nich. Ani klien­tów, ani pra­cow­ni­ków. Mam swoje zasady, pani porucz­nik.

- Nie napa­dam na cie­bie. Pró­buję tylko wyro­bić sobie zda­nie.

- Dener­wuje cię, że w ogóle tu jestem.

Mil­czała przez chwilę, bo pra­cow­nicy kost­nicy otwo­rzyli drzwi, aby wywieźć ciało Koh­liego. Do środka wdarły się odgłosy wzma­ga­ją­cego się o tej porze ruchu ulicz­nego. Ope­ra­tor rucho­mego chod­nika na widok ciała w worku gło­śno prze­klął.

- Tak, jestem zła, ale mi to minie. Kiedy byłeś tu ostat­nio?

- Kilka mie­sięcy temu. W klu­bie pano­wał spo­kój, więc nie musia­łem zaj­mo­wać się nim oso­bi­ście.

- Kto go pro­wa­dzi?

- Rue Mac­Lean. Poroz­ma­wiam z nią i prze­każę ci infor­ma­cje, które od niej uzy­skam.

- I to jak naj­szyb­ciej. Chcesz teraz obej­rzeć klub?

- Nie ma sensu. Zro­bię to, gdy sobie przy­po­mnę, jak wyglą­dał. Chciał­bym wtedy móc się do niego dostać.

- Zajmę się tym. Tak, Peabody? - rzu­ciła pyta­jąco Eve, widząc, że zbliża się jej asy­stentka.

- Prze­pra­szam, ale pew­nie chcia­ła­byś to wie­dzieć. Roz­ma­wia­łam z kapi­ta­nem bry­gady, do któ­rej nale­żała ofiara. Jedzie do żony Koh­liego z kimś, kto zaj­muje się wspie­ra­niem rodzin ofiar. Chce wie­dzieć, czy mają cze­kać, czy iść bez cie­bie.

- Powiedz im, żeby zacze­kali. Zaraz wyjeż­dżamy i spo­tkamy się na miej­scu. Muszę lecieć - rzu­ciła do męża.

- Nie zazdrosz­czę pani pracy, pani porucz­nik. - Ponie­waż tego potrze­bo­wał, chwy­cił ją za rękę i mocno uści­snął. - Ale pozwolę ci do niej powró­cić. A te infor­ma­cje dla cie­bie posta­ram się zebrać jak naj­szyb­ciej.

- Roarke! - zawo­łała za nim, gdy już stał przy drzwiach. - Przy­kro mi z powodu klubu.

- To tylko drewno i szkło. Tego nie zabrak­nie - odparł, patrząc na żonę przez ramię.

- Wcale tak nie myśli - mruk­nęła Eve, kiedy drzwi się za nim zamknęły.

- Słu­cham, pani porucz­nik?

- Ktoś z nim zadarł i nie puści tego pła­zem. - Wes­tchnęła. - Chodźmy, Peabody. Spo­tkajmy się z żoną i miejmy już za sobą pie­kło. Zwłasz­cza to.

*

Koh­lio­wie miesz­kali w porząd­nym, śred­niej klasy budynku na East Side, w dziel­nicy, gdzie można spo­tkać tylko młode mał­żeń­stwa i eme­ry­tów. Dla sno­bów takie miej­sca są zbyt skromne, a dla światka prze­stęp­czego za bogate.

Pro­sty budy­nek był ład­nie, a nawet ele­gancko prze­bu­do­wany po woj­nach miej­skich.

Zabez­pie­cze­nie wej­ścia sta­no­wił szyfr cyfrowy.

Eve dostrze­gła swo­ich kole­gów ze 128 bry­gady, jesz­cze zanim zdą­żyła zapar­ko­wać i włą­czyć sygna­li­za­cję "na służ­bie".

Naj­pierw przyj­rzała się kobie­cie. Zadbana blon­dynka w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych i tanim gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze. Spoj­rzaw­szy na jej buty na wąskich wyso­kich obca­sach, Eve domy­śliła się, że pra­cuje za biur­kiem.

Spra­wiała wra­że­nie zaro­zu­mia­łej.

Męż­czy­zna był bar­czy­sty i miał wysta­jący brzu­szek. Posi­wiałe miej­scami włosy powie­wały na wie­trze wokół spo­koj­nej, opa­no­wa­nej twa­rzy. Na jego nogach lśniły wypo­le­ro­wane na glans poli­cyjne buty z cięż­kimi pode­szwami. Rękawy opię­tej mary­narki były poprze­cie­rane na łok­ciach i przy man­kie­tach.

Dłu­go­dy­stan­so­wiec, uznała. Z tych, co to zaczy­nają od obcho­dów, potem dostają służbę na ulicy, aż wresz­cie na koniec tra­fiają za biurko.

- Porucz­nik Dal­las. - Kobieta zro­biła krok do przodu, ale nie wycią­gnęła dłoni. - Poznaję, bo czę­sto widuję panią w mediach. - Nie było to powie­dziane z otwartą przy­ganą, ale jej cień pobrzmie­wał jed­nak w gło­sie poli­cjantki. - Kapi­tan Roth ze 128. A to sier­żant Clo­oney z naszej bry­gady. Teraz pełni funk­cję doradcy rodzin­nego.

- Dzię­kuję, że na mnie zacze­ka­li­ście. To inspek­tor Peabody, moja asy­stentka.

- W jakim punk­cie docho­dze­nia pani się znaj­duje, pani porucz­nik?

- Ciało detek­tywa Koh­liego zostało prze­ka­zane do autop­sji. Ma być potrak­to­wane prio­ry­te­towo. Ja nato­miast zaraz po wyj­ściu stąd napi­szę raport i prze­każę go prze­ło­żo­nym. - Eve zamil­kła, chcąc unik­nąć prze­krzy­ki­wa­nia zatrzy­mu­ją­cego się w pobliżu auto­busu. - W tej chwili, kapi­tan Roth, mogę pani powie­dzieć jedy­nie to, że mam mar­twego poli­cjanta, który, pra­cu­jąc po godzi­nach w noc­nym klu­bie ze strip­ti­zem, padł ofiarą wyjąt­kowo bru­tal­nego napadu. Zda­rzyło się to we wcze­snych godzi­nach poran­nych. Kohli był w klu­bie bar­ma­nem.

- Zabój­stwo na tle rabun­ko­wym?

- Wąt­pliwe.

- W takim razie, jaki był, według pani, motyw?

Eve poczuła w żołądku kieł­ku­jące ziarno nie­chęci. Wie­działa, że musi być czujna, bo ina­czej nasionko szybko się roz­ro­śnie.

- Na tym eta­pie docho­dze­nia nie chcia­ła­bym for­mu­ło­wać opi­nii na temat motywu. Kapi­tan Roth, czy zamie­rza pani stać na ulicy i zada­wać mi te wszyst­kie pyta­nia, czy może woli prze­czy­tać mój raport, kiedy już go oddam?

Roth otwo­rzyła usta, potem wcią­gnęła gło­śno powie­trze.

- Chcę być dobrze zro­zu­miana, pani porucz­nik. Detek­tyw Kohli pra­co­wał pod moimi roz­ka­zami przez pięć lat. Będę mówić otwar­cie. Zależy mi na tym, by to śledz­two było pro­wa­dzone z całym poświę­ce­niem.

- Podzie­lam pani uczu­cia zwią­zane z tą sprawą, kapi­tan Roth. Mogę jedy­nie zapew­nić, że jak długo będę pro­wa­dzić śledz­two, poświecę mu się cał­ko­wi­cie. - Zdej­mij te prze­klęte oku­lary, myślała Eve. Chcę zoba­czyć twoje oczy. - Oczy­wi­ście wolno pani zwró­cić się z prośbą o zmianę pro­wa­dzą­cego - cią­gnęła. - Ale nie będę ukry­wała, że nie zrzeknę się tej funk­cji łatwo. Sta­łam nad Koh­lim dziś rano. Widzia­łam, co mu zro­biono. Jestem pewna, że nie bar­dziej niż ja pra­gnie pani ująć zabójcę.

- Pani kapi­tan. - Do przodu wysu­nął się Clo­oney, kła­dąc lekko dłoń na łok­ciu Roth. Pod jego jasno­nie­bie­skimi oczami wiła się gęstwina zmarsz­czek. Spra­wiały, że wyglą­dał na zmę­czo­nego i god­nego zaufa­nia. - Pani porucz­nik, w tej chwili wszy­scy jeste­śmy pod­eks­cy­to­wani. Ale pamię­tajmy, że mamy tu zada­nie do wyko­na­nia. - Pod­niósł głowę i spoj­rzał na okna cztery pię­tra wyżej. - Nasze uczu­cia w niczym nie dorów­nują uczu­ciom kobiety, którą zaraz spo­tkamy.

- Masz rację. Masz rację, Art. Miejmy to za sobą.

Roth zwró­ciła się w stronę drzwi wej­ścio­wych, uży­wa­jąc do ich otwar­cia uni­wer­sal­nego klu­cza.

- Pani porucz­nik? - Clo­oney zacze­kał na Eve. - Domy­ślam się, że będzie pani chciała prze­słu­chać Patsy, żonę Taja. Muszę jed­nak pro­sić, aby potrak­to­wała ją pani łagod­nie. Wiem, przez co za chwilę przej­dzie. Kilka mie­sięcy temu stra­ci­łem syna. Był na służ­bie. To prze­ra­ża­jące i roz­ry­wa­jące serce doświad­cze­nie.

- Nie zamie­rzam kopać leżą­cego, Clo­oney. - Eve weszła do budynku, zatrzy­mała się i odwró­ciła. - Nie zna­łam go - powie­działa już spo­koj­niej - ale został zamor­do­wany i był poli­cjan­tem. To mi wystar­cza. W porządku?

- Tak. Oczy­wi­ście.

- Chry­ste, nie­na­wi­dzę tego - rzu­ciła, idąc za Roth do windy. - Jak pan to robi? - zapy­tała Clo­oneya. - Cho­dzi mi o wspie­ra­nie rodzin ofiar. Jak pan to znosi?

- Mówiąc szcze­rze, wybrali mnie, bo potra­fię zacho­wać spo­kój. Medy­ta­cja - dodał z uśmie­chem. - Przy­ją­łem tę funk­cję na próbę, ale prze­ko­na­łem się, że mogę robić coś dobrego. Wiem, co czują rodziny ofiar... na każ­dym eta­pie.

Zaci­snął usta i wszedł do windy. Na jego twa­rzy już dawno nie było uśmie­chu.

- Potra­fię to znieść, ponie­waż mogę pomóc... choćby tro­szeczkę. To ważne, że jestem poli­cjan­tem. A w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy prze­ko­na­łem się, że jesz­cze istot­niej­szy jest fakt, że sam prze­ży­łem podobną stratę. Czy stra­ciła pani kogoś z rodziny, pani porucz­nik?

Niczym bły­ska­wica przez umysł Eve prze­mknął obraz obskur­nego pokoju, w któ­rym znaj­do­wał się zakrwa­wiony męż­czy­zna i ona z poła­ma­nymi kośćmi, wci­śnięta w róg.

- Nie mam rodziny.

- Cóż... - mruk­nął posęp­nie Clo­oney. Winda zatrzy­mała się na czwar­tym pię­trze.

Wie­dzieli, że żona Koh­liego się domy­śli. Part­nerka poli­cjanta wie, gdy tylko otwo­rzy drzwi. Wypo­wia­dane słowa nieco się róż­nią i to, jak brzmią, tak naprawdę nie ma żad­nego zna­cze­nia. W chwili kiedy drzwi się otwie­rają, czy­jeś życie zmie­nia się nie­od­wra­cal­nie.

Nie mieli nawet szansy zapu­kać, nim się zaczęło.

Patsy Kohli była ładną kobietą o gład­kiej heba­no­wej cerze i krót­kich krę­co­nych, ciem­nych wło­sach. Była ubrana do wyj­ścia, a na pier­siach miała nosi­dełko z nie­mow­lę­ciem. Obok niej stał mały chło­piec, trzy­ma­jący matkę za rękę i pod­ska­ku­jący nie­cier­pli­wie.

- Chodźmy na huś­tawkę! Na huś­tawkę!

Ale jego matka zamarła w miej­scu, a radość, która przed chwilą lśniła w jej oczach, zaczęła szybko nik­nąć. Pod­nio­sła rękę, przy­ci­ska­jąc nią nie­mowlę do serca.

- Taj.

Roth zdjęła oku­lary. Jej nie­bie­skie oczy było chłodne, ofi­cjalne i bez wyrazu.

- Patsy. Musimy wejść.

- Taj. - Wdowa nie ruszyła się z miej­sca, wolno krę­cąc głową. - Taj.

- No, Patsy. - Clo­oney objął ją ramie­niem. - Może usią­dziemy?

- Nie. Nie. Nie.

Chłop­czyk zaczął pła­kać, pokrzy­ki­wać i cią­gnąć matkę za rękę. Zarówno Roth, jak i Eve spoj­rzały na niego w panice.

Peabody weszła do miesz­ka­nia i ukuc­nęła przy nim.

- Cześć.

- Idziemy na huś­tawkę - powie­dział żało­śnie chłop­czyk, a po jego puco­ło­wa­tych policz­kach zaczęły spły­wać wiel­kie łzy.

- Pani porucz­nik, może pójdę z chłop­cem na spa­cer? - zapro­po­no­wała Peabody

- Dobry pomysł. Bar­dzo dobry. - W odpo­wie­dzi na coraz gło­śniej­szy płacz dziecka w żołądku Eve rosła bole­sna gruda. - Pani Kohli, jeśli się pani zgo­dzi, moja asy­stentka zabie­rze syna na krótki spa­cer. Myślę, że tak będzie naj­le­piej.

- Chad. - Patsy spoj­rzała w dół, jakby budziła się ze snu. - Szli­śmy do parku. Dwie prze­cznice stąd. Na huś­tawki.

- Zabiorę go tam, pani Kohli. Będzie ze mną bez­pieczny. - Z pew­no­ścią, która wywo­łała zdu­mie­nie Eve, Peabody pod­nio­sła chłopca i posa­dziła go sobie na bio­drze. - Hej, Chad, lubisz sojowe hot dogi?

- Patsy, daj mi córeczkę. - Clo­oney deli­kat­nie roz­piął nosi­dełko i wyjął z niego nie­mowlę. Następ­nie, ku zasko­cze­niu i prze­ra­że­niu Eve, podał jej dziecko.

- Och, pro­szę posłu­chać, ja nie mogę...

Ale Clo­oney już pro­wa­dził wdowę do kanapy, pozo­sta­wia­jąc Eve z cię­ża­rem w dło­niach. Krzy­wiąc się, spoj­rzała w dół i gdy duże czarne oczy popa­trzyły na nią z cie­ka­wo­ścią, poczuła, że jej dło­nie zaczy­nają się pocić.

Dziecko zakwi­liło, więc Eve pospiesz­nie rozej­rzała się po pokoju w poszu­ki­wa­niu pomocy. Clo­oney i Roth już oto­czyli Patsy. Cichy głos męż­czy­zny brzmiał jak mru­cze­nie. Pokój, w któ­rym się znaj­do­wali, był mały. Na dywa­nie leżały dzie­cięce zabawki. Roz­no­sił się tu zapach, któ­rego Eve nie znała; talku, kre­dek i sło­dy­czy. Zapach dzieci.

W końcu dostrze­gła leżący na pod­ło­dze koło krze­sła kosz ze sta­ran­nie zło­żo­nym pra­niem. Dosko­nale, uznała, i z ostroż­no­ścią osoby nio­są­cej bombę domo­wej roboty poło­żyła na nim nie­mowlę.

- Zostań tu - szep­nęła, nie­zręcz­nie głasz­cząc ciemną główkę.

I znowu zaczęła oddy­chać spo­koj­niej.

Spoj­rzała na pokój. Zoba­czyła, że kobieta na kana­pie sku­liła się i koły­sze rów­no­mier­nie z rękami w dło­niach Clo­oneya. Nie wyda­wała z sie­bie żad­nego dźwięku, a łzy spły­wały jej po twa­rzy jak deszcz.

Eve trzy­mała się z boku, przy­glą­da­jąc się pracy Clo­oneya, patrząc na wspie­ra­jącą wdowę parę, ota­cza­jącą ją z dwóch stron. To, pomy­ślała, jest teraz jej rodzina. Być może to mało, ale w chwi­lach takich jak ta jest wszyst­kim.

Smu­tek opadł na pokój jak mgła. Eve wie­działa, że minie wiele czasu, zanim ta mgła się unie­sie.

- To moja wina. Moja wina. - Były to pierw­sze słowa wypo­wie­dziane przez Patsy, odkąd usia­dła na kana­pie.

- Nie. - Clo­oney uści­snął jej rękę, cze­ka­jąc, aż na niego spoj­rzy. Wie­dział, że kobieta musi popa­trzeć mu w oczy, zoba­czyć w nich pocie­sze­nie i nadzieję. - Z pew­no­ścią nie.

- Ni­gdy by tam nie pra­co­wał, gdyby nie ja. Po uro­dze­niu Jilly nie wró­ci­łam do pracy. Chcia­łam zostać w domu. Pie­nią­dze, które mogłam zaro­bić, były o wiele mniej­sze niż...

- Patsy, Taj cie­szył się, że chcesz zostać w domu z dziećmi. Był taki dumny z nich i z cie­bie.

- Nie mogę... Chad. - Uwol­niła dło­nie i przy­ci­snęła je do twa­rzy. - Jak ja mu to powiem. Jak będziemy mogli żyć bez Taja? Gdzie on jest? - Opu­ściła ręce i rozej­rzała się nie­wi­dzą­cym wzro­kiem po pokoju. - Muszę pójść i go zoba­czyć. Może nastą­piła pomyłka.

Eve wie­działa, że nade­szła jej kolej.

- Przy­kro mi, pani Kohli, ale nie było pomyłki. Jestem porucz­nik Dal­las. Pro­wa­dzę śledz­two.

- Widziała pani Taja. - Wdowa wstała roz­trzę­siona.

- Tak. Przy­kro mi, bar­dzo przy­kro z powodu tego, co panią spo­tkało. Czy może pani ze mną poroz­ma­wiać, pani Kohli? Pomóc mi zna­leźć osobę, która to zro­biła?

- Porucz­nik Dal­las - zaczęła Roth, ale Patsy potrzą­snęła głową.

- Nie, nie. Chcę mówić. Taj by tego chciał. Chciałby... Gdzie jest Jilly? Gdzie moje dziecko?

- Ja, eee... - Czu­jąc, że znowu się poci, Eve wska­zała kosz z bie­li­zną.

- Och. - Patsy otarła łzy z twa­rzy i uśmiech­nęła się. - Jest taka dobra. Taka słodka. Pra­wie nie pła­cze. Położę ją w koły­sce.

- Ja to zro­bię, Patsy. - Clo­oney wstał. - Ty poroz­ma­wiaj z panią porucz­nik. - Zer­k­nął na Eve ze współ­czu­ciem i zro­zu­mie­niem. - Tego chciałby Taj. Czy chcesz, żeby­śmy do kogoś zate­le­fo­no­wali, żeby do cie­bie przy­je­chał? Może do sio­stry?

- Tak. - Wdowa wes­tchnęła. - Tak, pro­szę. Zadzwoń­cie po Carlę.

- Kapi­tan Roth tym się zaj­mie, prawda pani kapi­tan? A ja położę dziecko.

Roth przez chwilę się wahała. Miała zaci­śnięte zęby. Clo­oney łagod­nie prze­jął dowo­dze­nie, a jego prze­ło­żona nie nale­żała do osób, które lubią dosta­wać roz­kazy od pod­wład­nych.

- Tak, oczy­wi­ście. - Posy­ła­jąc Eve ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, prze­szła do dru­giego pokoju.

- Pra­co­wała pani z Tajem? - spy­tała wdowa.

- Nie.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. - Patsy potarła czoło. - Pani musi być z Wydziału Zabójstw. - Zaczy­nała się łamać, z jej ust wymknął się prze­cią­gły jęk, ale po chwili, co Eve obser­wo­wała z wiel­kim podzi­wem, wzięła się w garść. - Co chce pani wie­dzieć?

- Pani mąż nie przy­szedł rano do domu? Nie zmar­twiło to pani?

- Nie. - Wdowa wycią­gnęła rękę do tyłu, objęła opar­cie kanapy i pochy­liła się. - Uprze­dził, że praw­do­po­dob­nie pro­sto z klubu poje­dzie na poste­ru­nek. Cza­sami tak robił. I powie­dział, że ma się z kimś spo­tkać po zamknię­ciu lokalu.

- Z kim?

- Tego nie mówił, tylko to, że ma się z kimś spo­tkać.

- Czy zna pani kogoś, kto mu źle życzył, pani Kohli?

- Był poli­cjan­tem - odparła kobieta po pro­stu. - Czy zna pani kogoś, kto źle pani życzy, pani porucz­nik?

Ma słusz­ność, pomy­ślała Eve i ski­nęła głową.

- Może ktoś szcze­gólny? Ktoś, o kim pani wspo­mi­nał.

- Nie. Taj nie prze­no­sił spraw zawo­do­wych do domu. Myślę, że wziął to sobie za punkt honoru. Nie chciał nas niczym mar­twić. Nawet nie wie­dzia­łam, nad czym pra­cuje. Nie lubił o tym mówić. Ale mar­twił się. - Wdowa zło­żyła mocno sple­cione dło­nie na kola­nach i zapa­trzyła się na nie. Wpa­try­wała się, jak zauwa­żyła Eve, w złotą obrączkę. - Wiem, że czymś się mar­twił. Zapy­ta­łam go o to, ale mnie zbył. To cały Taj - udało jej się wydu­sić z drżą­cych w lek­kim uśmie­chu ust. - Wła­śnie taki. Nie­któ­rzy powie­dzie­liby, że był męż­czy­zną domi­nu­ją­cym. Taki chyba był, a w pew­nych spra­wach kie­ro­wał się bar­dzo sta­ro­świec­kimi zasa­dami. Był dobrym czło­wie­kiem. Wspa­nia­łym ojcem. Kochał swoją pracę. - Zaci­snęła usta. - Byłby dumny, gdyby zgi­nął na służ­bie. Ale nie tak. Nie w ten spo­sób. Kto­kol­wiek to uczy­nił, pozba­wił go tego. Zabrał go mnie i dzie­ciom. Jak to moż­liwe? Pani porucz­nik, jak to moż­liwe?

Ponie­waż nie ist­niała odpo­wiedź na to pyta­nie, Eve mogła jedy­nie zada­wać następne.

Rozdział 2

2

To było trudne.

- Tak. - Eve odje­chała od kra­węż­nika, sta­ra­jąc się zrzu­cić z sie­bie cię­żar, który wynio­sła na bar­kach z miesz­ka­nia wdowy. - Patsy będzie się trzy­mała. Dla dzieci. Jest silna.

- Wspa­niałe te jej dzie­ciaki. Mały to praw­dziwy spry­ciarz. Nacią­gnął mnie na sojo­wego hot doga, trzy cze­ko­ladki i loda.

- Pew­nie nie­źle cię wymę­czył.

Peabody uśmiech­nęła się łagod­nie.

- Mam sio­strzeńca w jego wieku.

- Masz sio­strzeń­ców w każ­dym wieku.

- Mniej wię­cej.

- Wytłu­macz mi pewną rzecz, skoro masz takie doświad­cze­nie w spra­wach rodzin­nych. Jest mąż i żona. Kochają się, są dobrym, odda­nym sobie mał­żeń­stwem, mają dzieci. Dla­czego w takim razie żona, wyglą­da­jąca na osobą zaradną i inte­li­gentną, nic nie wie na temat pracy męża? Nie ma poję­cia, czym on się na co dzień zaj­muje?

- Może mąż lubi zosta­wiać pracę za drzwiami miesz­ka­nia.

- Jakoś to do mnie nie prze­ma­wia - mruk­nęła Eve. - Jeśli się z kimś żyje, wie się, czym part­ner się zaj­muje, o czym myśli, czym się mar­twi. Patsy powie­działa, że Koh­liego coś nie­po­ko­iło, ale nie wie­działa co. I wcale nie nale­gała, żeby jej to wyja­wił. - Pokrę­ciła głową i zmarsz­czyła czoło. Prze­bi­jała się przez gęsty ruch uliczny. - Nie rozu­miem tego.

- Twój zwią­zek z Roar­kiem cha­rak­te­ry­zuje inna dyna­mika.

- Co to, do cho­lery, ma zna­czyć?!

- Cóż. - Peabody omio­tła wzro­kiem pro­fil prze­ło­żo­nej. - Pró­bo­wa­łam łagod­nie powie­dzieć, że żadne z was nie zgo­dzi­łoby się na ukry­wa­nie cze­go­kol­wiek przed dru­gim. Gdy z jed­nym dzieje się coś dziw­nego, dru­gie, widząc to, docieka tak długo, aż się wszyst­kiego dowie. Oby­dwoje jeste­ście wścib­scy i na tyle sprytni, że nie daje­cie się wywieść w pole. Ale pomyśl na przy­kład o mojej ciotce Miriam.

- Muszę?

- Cho­dzi mi o to, że jest żoną wujka Jima już od czter­dzie­stu lat. Wujek codzien­nie rano wycho­dzi do pracy i wie­czo­rem wraca do domu. Mają czworo dzieci, ośmioro... nie... dzie­wię­cioro wnu­ków i są bar­dzo szczę­śliwi. Cio­cia nie wie nawet, ile jej mąż zara­bia. On po pro­stu daje jej pie­nią­dze...

Eve o mały włos naje­cha­łaby na tył tak­sówki.

- Co?

- No, mówi­łam, że waszym związ­kiem rzą­dzi inna dyna­mika. Tam wujek daje cioci pie­nią­dze na życie i dom. Ona go pyta, jak mu minął dzień, on odpo­wiada, że dobrze, i na tym koń­czy się roz­mowa na temat jego pracy. - Peabody wzru­szyła ramio­nami. - Tak to się mię­dzy nimi układa. Nato­miast moja kuzynka Fre­ida...

- Rozu­miem już, o co ci cho­dzi, Peabody. - Eve włą­czyła pokła­dowy wide­ofon i połą­czyła się z poli­cyj­nym pro­sek­to­rium.

Od razu prze­łą­czono ją na numer Morse'a.

- Na­dal nim się zaj­muję, Dal­las. - Na twa­rzy leka­rza ryso­wał się zadzi­wia­jąco poważny wyraz. - To masa­kra.

- Wiem. Masz już wyniki tok­sy­ko­lo­giczne?

- Tym się zają­łem w pierw­szej kolej­no­ści. Nie znaj­do­wał się pod dzia­ła­niem nar­ko­ty­ków. Tuż przed śmier­cią wypił kilka piw i jadł orzeszki. Wygląda na to, że został ude­rzony w chwili, gdy prze­ły­kał piwo. Ostatni tre­ściwy posi­łek, który spo­żył jakieś sześć godzin przed zgo­nem, skła­dał się z kanapki z kur­cza­kiem i sałatki z maka­ro­nem. Popił to kawą. W tym momen­cie mogę powie­dzieć ci na pewno tylko to, że był w dosko­na­łej for­mie fizycz­nej, zanim jakiś sukin­syn nie roz­kwa­sił tego bie­daka na kawałki.

- W porządku. Zgon nastą­pił od ude­rze­nia w czaszkę?

- Czy nie mówi­łem, że na­dal się nim zaj­muję? - Głos Morse'a nagle stał się ostry jak pro­mień lasera. Zanim Eve zdą­żyła coś powie­dzieć, lekarz pod­niósł rękę w pla­sti­ko­wej ręka­wiczce, do łok­cia uma­zaną we krwi. - Prze­pra­szam. Ale mogę ci już coś jed­nak powie­dzieć. Zabójca zaszedł ofiarę od tyłu. Pierw­sze ude­rze­nie tra­fiło Koh­liego w tył głowy. Rany na twa­rzy wska­zują, że upadł na szkło. Następny cios, w szczękę, powa­lił go na zie­mię. Potem ten sukin­syn otwo­rzył mu czaszkę jak jakiś orzech. Na szczę­ście Kohli już tego nie czuł, bo nie żył. Rów­nież inne obra­że­nia zostały zadane po zgo­nie. Jesz­cze ich wszyst­kich nie poli­czy­łem.

- Powie­dzia­łeś mi to, co chcia­łam wie­dzieć. Prze­pra­szam, że tak nale­ga­łam.

- Nie, to moja wina. - Morse wydął policzki. - Zna­łem go, więc to oso­bi­sta sprawa. Był porząd­nym face­tem, lubił poka­zy­wać zdję­cia i holo­gramy swo­ich dzie­cia­ków. Nie­czę­sto spo­tyka się u nas weso­łych ludzi. - Zmru­żył oczy. - Cie­szę się, że to ty pro­wa­dzisz śledz­two, Dal­las. Dosta­niesz mój raport pod koniec zmiany.

Prze­rwał połą­cze­nie, pozo­sta­wia­jąc Eve wpa­trzoną w pusty moni­tor.

- Był lubiany - rzu­ciła. - Kto więc żywił urazę do tego porząd­nego faceta, dum­nego tatu­sia i kocha­ją­cego męża? Kto odwa­żył się zamie­nić go w krwawą mia­zgę, wie­dząc, że kole­dzy poli­cjanci zro­bią wszystko, aby odna­leźć zabójcę? Mimo że był tak ceniony, ktoś musiał go bar­dzo nie­na­wi­dzić.

- Ktoś, kogo wsa­dził do wię­zie­nia? - zasu­ge­ro­wała Peabody.

Nie wolno bać się zbi­rów, któ­rych się przy­mknęło, pomy­ślała Eve. Ale trzeba o nich pamię­tać.

- Jeśli poli­cjant uma­wia się na drinka i odwraca ple­cami do kogoś, kogo wysłał wcze­śniej do pier­dla, sam się prosi o kło­poty - powie­działa. - Musimy się pospie­szyć ze zbie­ra­niem infor­ma­cji o Koh­lim. Chcę się dowie­dzieć, jak prze­bie­gała jego służba.

*

Eve po wej­ściu na komendę skie­ro­wała się pro­sto do swo­jego pokoju, ale na dro­dze sta­nęła jej kobieta, która pod­nio­sła się z ławki dla ocze­ku­ją­cych.

- Porucz­nik Dal­las?

- Zga­dza się.

- Nazy­wam się Mac­Lean. Rue Mac­Lean. Wła­śnie usły­sza­łam o Taju. Ja... - Unio­sła dło­nie. - Roarke wspo­mniał mi, że chce się pani ze mną zoba­czyć, więc posta­no­wi­łam przyjść sama od razu. Chcę pomóc.

- Doce­niam to. Pro­szę chwi­leczkę zacze­kać. Peabody. - Eve ode­szła na bok wraz z asy­stentką. - Zaj­rzyj do akt Koh­liego, potem sprawdź jego finanse.

- Finanse?

- Tak. Jeśli napo­tkasz jakieś trud­no­ści, dzwoń do Wydziału Elek­tro­nicz­nego, do Feeneya. Poszpe­raj tro­chę w kom­pu­te­rze. Dowiedz się, z kim się przy­jaź­nił w pracy. Nie opo­wia­dał o niej żonie, ale może zna­lazł sobie kogoś innego, komu się zwie­rzał. Chcę wie­dzieć, czy miał jakieś hobby, zain­te­re­so­wa­nia. I sprawdź, w jakich śledz­twach uczest­ni­czył. Chcę zoba­czyć jego życie jak na dłoni.

- Tak, pani porucz­nik.

- Pani Mac­Lean? Przej­dziemy do pokoju prze­słu­chań. Moje biuro jest zbyt cia­sne.

- Jak pani sobie życzy. Nie mogę uwie­rzyć w to, co się stało. Po pro­stu nie rozu­miem, jak coś takiego mogło się wyda­rzyć.

- Zaraz o tym poroz­ma­wiamy. - I nagramy to, pomy­ślała Eve, pro­wa­dząc Rue Mac­Lean przez labi­rynt kory­ta­rzy do miej­sca prze­słu­chań. - Chcia­ła­bym nagry­wać naszą roz­mowę - zapo­wie­działa, gestem dłoni zapra­sza­jąc kobietę do kwa­dra­to­wego pokoju, w któ­rym stały jedy­nie stół i dwa krze­sła.

- Oczy­wi­ście. Pra­gnę tylko pomóc.

- Pro­szę usiąść. - Eve włą­czyła magne­to­fon. - Porucz­nik Eve Dal­las. Prze­słu­cha­nie Rue Mac­Lean. Pani Mac­Lean zgło­siła dobro­wolną chęć współ­pracy i zgo­dziła się na zare­je­stro­wa­nie jej zeznań doty­czą­cych funk­cjo­na­riu­sza Taja Koh­liego. Wydział Zabójstw. Doce­niam fakt, że sama się pani do mnie pofa­ty­go­wała, pani Mac­Lean.

- Nie wiem, co pani powie­dzieć, żeby było pomocne w śledz­twie.

- Pro­wa­dzi pani klub, w któ­rym Taj Kohli pra­co­wał jako bar­man?

Eve, przy­glą­da­jąc się roz­mów­czyni, od razu zro­zu­miała, dla­czego mąż ją zatrud­nił. Przed nią sie­działa ener­giczna, ele­gancka i ładna kobieta. Jej fioł­kowe oczy, teraz prze­peł­nione prze­ję­ciem, lśniły w kre­mo­wej twa­rzy jak klej­noty.

Miała deli­katne rysy, nie­mal ary­sto­kra­tyczne, ale dość zde­cy­do­wany pod­bró­dek. Była zgrabna, drobna i dosko­nale ubrana. Wysmu­kłe ciało zakoń­czone parą osza­ła­mia­ją­cych nóg opi­nała śliw­kowa gar­sonka.

Włosy koloru słońca były zacze­sane gładko do tyłu, na co może sobie pozwo­lić tylko osoba pewna sie­bie, mająca dosko­nale ukształ­to­waną czaszkę.

- Czy­ściec. Tak, zarzą­dzam tym klu­bem od czte­rech lat.

- A wcze­śniej czym się pani zaj­mo­wała?

- Byłam hostessą w innym małym śród­miej­skim klu­bie. Jesz­cze wcze­śniej byłam tan­cerką. Artystką - dodała z lek­kim uśmie­chem. - Uzna­łam, że już dosyć sceny, i posta­no­wi­łam zna­leźć takie zaję­cie, przy któ­rym nie musia­ła­bym z sie­bie niczego zdej­mo­wać. Roarke dał mi taką szansę, naj­pierw w Trends, gdzie pra­co­wa­łam jako hostessa, potem w Czyśćcu, któ­rego jestem sze­fową. Pani mąż ceni osoby ambitne, pani porucz­nik.

W tę uliczkę lepiej nie wcho­dzić przy włą­czo­nym magne­to­fo­nie, zde­cy­do­wała w myśli Eve.

- Czy w zakre­sie pani obo­wiąz­ków jako kie­row­nika klubu mie­ści się przyj­mo­wa­nie nowych pra­cow­ni­ków?

- Tak. To ja zatrud­ni­łam Taja. Szu­kał doryw­czego zaję­cia. Jego żona wła­śnie uro­dziła dziecko i sta­rała się o zasi­łek macie­rzyń­ski. Taj chciał doro­bić i zgo­dził się pra­co­wać na nocną zmianę, a ponie­waż był szczę­śliwy w mał­żeń­stwie, nie oba­wia­łam się, że coś głu­piego wpad­nie mu do głowy.

- Czy tylko takie wyma­ga­nia sta­wia­cie pra­cow­ni­kom?

- Nie, ale te są dość istotne. - Rue unio­sła palec. Lśnił na nim pier­ścio­nek z trzema kamie­niami koloru jej oczu. - Potra­fił przy­rzą­dzać drinki i je ser­wo­wać. Znał się na ludziach i umiał wyczuć tych, któ­rzy spra­wiają kło­poty. Nie wie­dzia­łam, że jest poli­cjan­tem. W poda­niu o przy­ję­cie do pracy napi­sał, że jest ochro­nia­rzem, i to się zga­dzało.

- W jakiej fir­mie?

- Lenux. Zadzwo­ni­łam tam i roz­ma­wia­łam z kie­row­ni­kiem... przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało, który potwier­dził słowa Koh­liego. Nie mia­łam powodu, by w nie wąt­pić. Na począ­tek przy­ję­łam go na dwu­ty­go­dniowy okres próbny. Spraw­dził się, więc został u nas.

- Czy ma pani numer tele­fonu do tej firmy?

- Tak. - Rue ode­tchnęła gło­śno. - Już pró­bo­wa­łam się tam dodzwo­nić, ale numer, który mam, nie odpo­wiada.

- Nie­mniej chcia­ła­bym go znać. Spraw­dzę go.

- Oczy­wi­ście. - Rue się­gnęła do torebki i wycią­gnęła z niej elek­tro­niczny notes. - Nie mam poję­cia, dla­czego mi nie powie­dział, że jest poli­cjan­tem - wyznała, wystu­ku­jąc coś na kla­wia­tu­rze. - Może się oba­wiał, że go nie zatrud­nię. Ale kiedy się wie, że wła­ści­cielka też jest poli­cjan­tem...

- Nie jestem wła­ści­cie­lem klubu.

- No tak, cóż. - Kobieta wzru­szyła ramio­nami i podała Eve swój notes.

- Taj znaj­do­wał się w klu­bie po zamknię­ciu. Czy to było nor­malne?

- Nie, ale też nie aż tak rzad­kie. Zwy­cza­jowo klub zamyka główny bar­man, który aku­rat pra­cuje na tej zmia­nie, wraz z jed­nym z ochro­nia­rzy. Zeszłej nocy głów­nym bar­manem był Taj, a według moich danych klub miał z nim zamy­kać Nester Vine, bo to była jego kolejka. Nie zdo­ła­łam jesz­cze skon­tak­to­wać się z nim.

- Czy jest pani w klu­bie codzien­nie?

- Pięć wie­czo­rów w tygo­dniu. Przy­słu­gują mi wolne nie­dziele i ponie­działki. Wczo­raj zosta­łam do dru­giej trzy­dzie­ści w nocy. Klienci już wyszli. Jedna z dziew­cząt miała zły dzień. Kło­poty z chło­pa­kiem. Zawio­złam ją do domu, przez jakiś czas pocie­sza­łam, a potem wró­ci­łam do sie­bie.

- Która była wtedy godzina?

- Kiedy dotar­łam do domu? - Rue zamru­gała. - Może trze­cia trzy­dzie­ści albo za pięt­na­ście czwarta. Tak mi się wydaje.

- Jak nazy­wała się kobieta, którą pani odwio­zła do domu?

- Mitzi. - Rue wcią­gnęła powie­trze. - Mitzi Tre­acher. Pani porucz­nik, gdy ostat­nim razem widzia­łam Taja, żył i stał za barem.

- Po pro­stu zbie­ram fakty, pani Mac­Lean. Czy pani wie, w jakim nastroju był detek­tyw Kohli, kiedy się pani z nim roz­sta­wała?

- Chyba w dobrym. Nie roz­ma­wia­li­śmy dłu­żej. Kilka razy pode­szłam do baru po wodę mine­ralną. Pyta­łam go, jak leci, czy wie­czór jest spo­kojny, tego typu rze­czy. Boże! - Zaci­snęła powieki. - To był miły czło­wiek. Cichy, opa­no­wany. Zawsze pod­czas pierw­szej prze­rwy dzwo­nił do żony, żeby spraw­dzić, jak sobie daje radę.

- Uży­wał służ­bo­wego tele­fonu?

- Nie. Zabro­ni­li­śmy korzy­sta­nia z fir­mo­wej linii w celach pry­wat­nych, z wyjąt­kiem nagłej potrzeby. Dzwo­nił z pry­wat­nego tele­fonu komór­ko­wego.

- Czy uży­wał go zeszłej nocy?

- Nie wiem. Dzwo­nił do żony zawsze. Ale wczo­raj nie widzia­łam. Nie zwró­ci­łam uwagi. Nie, pro­szę zacze­kać. - Tym razem Rue przy­mknęła oczy na dłu­żej. - Jadł kanapkę w sali dla obsługi. Pamię­tam, że tam­tędy prze­cho­dzi­łam. Drzwi były otwarte. Mówił coś po dzie­cię­cemu, chyba roz­ma­wiał z dziec­kiem - stwier­dziła, otwie­ra­jąc oczy. - Pamię­tam to, bo to było takie słod­kie i głu­pie: wielki facet gru­cha do tele­fonu jak nie­mowlę. Czy to ważne?

- Pró­buję tylko zary­so­wać sobie jakiś obraz. Przy ofie­rze ani ni­gdzie w pobliżu ciała nie zna­le­ziono tele­fonu komór­ko­wego. Czy wczo­raj albo kie­dy­kol­wiek zwró­ciła pani uwagę na kogoś, kto krę­cił się przy barze w cza­sie zmiany Taja?

- Nie. Mamy oczy­wi­ście sta­łych klien­tów. Odwie­dzają nas kilka razy w tygo­dniu. Taj poznał ich na tyle, że wie­dział, jakie lubią drinki. Klienci potra­fią to doce­nić.

- Czy zaprzy­jaź­nił się z jakimś współ­pra­cow­ni­kiem?

- Raczej nie. Jak powie­dzia­łam, był cichym face­tem. Kole­żeń­skim, ale z nikim nie nawią­zał szcze­gól­nie bli­skich kon­tak­tów. Zaj­mo­wał się barem. Patrzył, słu­chał.

- Czy za barem trzy­ma­cie meta­lową pałkę?

- To legalne - szybko rzu­ciła Rue, bled­nąc. - Czy nią wła­śnie...

- Czy Taj miał kie­dy­kol­wiek oka­zję jej użyć albo zamie­rzał to zro­bić?

- Ni­gdy. - Kobieta pocie­rała klatkę pier­siową dłu­gimi, posu­wi­stymi ruchami pła­sko roz­ło­żo­nej dłoni. - Choć domy­ślam się, że musiał ją kilka razy wziąć do ręki. Stu­kał nią w bar dla odstra­sze­nia. To zazwy­czaj wystar­czy, zwłasz­cza w wyko­na­niu takiego wiel­ko­luda jak on. Nasz klub należy do eks­klu­zyw­nych. Rzadko docho­dzi w nim do praw­dzi­wych awan­tur. Pro­wa­dzę czy­sty inte­res, pani porucz­nik. Roarke nie zgo­dziłby się na nic innego.

*

Wstępny raport był jasny, ale dla Eve mało satys­fak­cjo­nu­jący. Miała przed sobą fakty. Mar­twy poli­cjant zatłu­czony pałką i znisz­cze­nia, które wska­zy­wa­łyby na nar­ko­mana pod wpły­wem zeusa albo innej zabój­czej kom­bi­na­cji che­mi­ka­liów. Nie­zręczna próba upo­zo­ro­wa­nia, że do mor­der­stwa doszło w trak­cie wła­ma­nia na tle rabun­ko­wym; zagi­niony tele­fon komór­kowy i trzy­dzie­ści żeto­nów kre­dy­to­wych.

Ofiara dora­biała, pra­gnąc pod­re­pe­ro­wać rodzinny budżet. W jej aktach i prze­biegu służby brak jakich­kol­wiek skarg i uwag. Taj był lubiany przez kole­gów i kochany przez rodzinę. Z tego, co Eve dowie­działa się do tej pory, nie żył ponad stan, nie zdra­dzał żony i nie pro­wa­dził żad­nego poważ­nego śledz­twa, które mogłoby dopro­wa­dzić do jego śmierci.

Na pierw­szy rzut oka wyglą­dało to jak nie­szczę­śliwy wypa­dek. Ale Eve w to nie wie­rzyła.

Wpro­wa­dziła na ekran moni­tora zdję­cie poli­cjanta i zaczęła się mu przy­glą­dać. Wielki facet o dum­nym spoj­rze­niu. Sta­now­cza szczęka, sze­ro­kie ramiona.

- Ktoś chciał się cie­bie pozbyć, Kohli. Kogo aż tak wner­wi­łeś? - Wstała, ale zaraz znowu usia­dła przed kom­pu­te­rem. - Wyko­naj test praw­do­po­do­bień­stwa na pod­sta­wie akt bie­żą­cej sprawy oraz wstęp­nego raportu z autop­sji. Jakie jest praw­do­po­do­bień­stwo, że Kohli znał zabójcę?

Prze­twa­rza­nie... Praw­do­po­do­bień­stwo, przy bie­żą­cych danych i wstęp­nym rapor­cie - 93,4 pro­cent na potwier­dze­nie hipo­tezy, że obiekt Kohli znał zabójcę.

- Tak, cóż, mia­łam rację. - Eve pochy­liła się i zanu­rzyła palce we wło­sach. - Kogo znają poli­cjanci? Innych poli­cjan­tów, pro­sty­tutki, prze­stęp­ców, rodzinę. Sąsia­dów. Kogo znają bar­mani? - Wybuch­nęła krót­kim szy­der­czym śmie­chem. - Wszyst­kich. Jaką czapkę wło­żył pan na swoje ostat­nie spo­tka­nie, detek­ty­wie?

- Pani porucz­nik? - W drzwiach poja­wiła się głowa Peabody. - Wiem już, jakimi spra­wami zaj­mo­wał się ostat­nio Kohli. Nie ma żad­nych śla­dów wska­zu­ją­cych na to, że pro­sił o akta spraw innych niż te, które pro­wa­dził. Spraw­dzi­łam też jego stan mająt­kowy. Wszystko, co posiada, sta­nowi współ­wła­sność, tak więc, żeby obej­rzeć jego konto, musimy mieć nakaz lub zgodę mał­żonka.

- Zajmę się tym. Akta prze­biegu służby?

- Mam przy sobie. Nic szcze­gól­nego nie zwró­ciło mojej uwagi. Pół roku temu przy­czy­nił się do przy­mknię­cia grub­szej ryby. Jakie­goś dealera nar­ko­ty­ków o nazwi­sku Ric­ker.

- Max Ric­ker?

- Tak. Kohli był na dole łań­cu­cha docho­dze­nio­wego, zaj­mo­wał się głów­nie śle­dze­niem albo grze­ba­niem w papie­rach. Nie był obecny przy aresz­to­wa­niu, w prze­ci­wień­stwie do porucz­nika Mil­lsa i detek­tyw Mar­ti­nez. Połą­czyli pewną hur­tow­nię nar­ko­ty­ków z Ric­ke­rem i namie­rzyli go. Nie­stety na koniec jakoś się wywi­nął, ale udało się przy­gwoź­dzić jego sze­ściu wspól­ni­ków.

- Ric­ker nie należy do osób, które bez zasta­no­wie­nia bru­dzą sobie ręce czy­jąś krwią. Ale zapewne nie myślałby długo, gdyby w grę wcho­dziła zemsta, nawet na poli­cjan­cie. - Uświa­do­miw­szy to sobie, Eve poczuła przy­pływ ener­gii. - Sprawdź, czy Kohli zezna­wał. Wydaje mi się, że sprawa dotarła do sądu, zanim została odda­lona. Dowiedz się też, jaką rolę ode­grał przy aresz­to­wa­niu. Wydo­bądź to z kapi­tan Roth, a jeśli będzie się opie­rała albo robiła ci jakieś trud­no­ści, prze­każ ją mnie. Będę u komen­danta.

*

Komen­dant Whit­ney, słu­cha­jąc raportu Eve doty­czą­cego śledz­twa, stał przy oknie. Duże dło­nie złą­czył na ple­cach i przy­glą­dał się powietrz­nemu ruchowi ulicz­nemu.

Jeden z nowych Cloud Dusters prze­le­ciał na tyle bli­sko budynku, że komen­dant mógł zoba­czyć oczy mło­dego pilota, który łamał w tej chwili prze­pisy o ruchu powietrz­nym.

Ryzy­kant, pomy­ślał Whit­ney, i głu­piec, dodał, usły­szaw­szy wyso­kie, jękliwe zawo­dze­nie syreny powietrz­nego patrolu.

Zła­pali go, ucie­szył się w duchu. Gdyby zawsze dawało się tak łatwo egze­kwo­wać prawo.

Gdy sto­jąca za nim Eve zamil­kła, odwró­cił się. Jego sze­roką twarz o śnia­dej cerze ota­czały ścięte krótko, po woj­sko­wemu, siwie­jące włosy. Ten wysoki męż­czy­zna o chłod­nym i opa­no­wa­nym spoj­rze­niu pierw­szą połowę swo­jej kariery poli­cyj­nej odbył na ulicy. I choć drugą prze­sie­dział za biur­kiem, to nie zapo­mniał jesz­cze, jak się czuł, gdy co rano przy­pi­nał kaburę z bro­nią.

- Zanim sko­men­tuję pani raport, pani porucz­nik, chcę poin­for­mo­wać, że kon­tak­to­wała się ze mną kapi­tan Roth ze 128. Zło­żyła ofi­cjalną prośbę o prze­nie­sie­nie sprawy doty­czą­cej zabój­stwa Koh­liego do jej wydziału.

- Wspo­mi­nała mi, że zamie­rza to zro­bić.

- I jaka jest pani opi­nia w tej spra­wie?

- To zro­zu­miałe. I podyk­to­wane emo­cjami.

- Zga­dzam się. - Przez chwilę mil­czał, prze­chy­liw­szy głowę. - Nie pyta pani, czy przy­stanę na prośbę kapi­tan Roth?

- Nie prze­ma­wiają za tym żadne prze­słanki tak­tyczne, a jeśli jed­nak zde­cy­do­wałby się pan oddać śledz­two kapi­tan Roth, musiałby pan naj­pierw prze­dys­ku­to­wać to ze mną.

Whit­ney zasznu­ro­wał usta, a potem znowu odwró­cił się do okna.

- Ma pani rację. Zosta­wiam śledz­two pani. Ale to deli­katna sprawa. Zarówno dla wydziału kapi­tan Roth, jak i dla każ­dego poli­cjanta w Nowym Jorku. Śmierć jed­nego z nas jest zawsze przy­krym wyda­rze­niem, choć prze­cież znamy ryzyko. W tym wypadku jed­nak, bio­rąc pod uwagę bru­tal­ność tego mor­der­stwa, cała sprawa ma inną wagę. Sądząc po okru­cień­stwie zbrodni, mor­derca nie był chyba pro­fe­sjo­na­li­stą.

- Praw­do­po­dob­nie nie, ale nie wyklu­czam też i takiej ewen­tu­al­no­ści. Jeśli zało­żymy, że w zabój­stwo zamie­szany jest Ric­ker, to możemy spe­ku­lo­wać, że wyna­jął kogoś do wyko­na­nia tego mor­der­stwa. I albo kazał najem­ni­kowi naro­bić bała­ganu, albo ten był nar­ko­ma­nem lub osobą nie­zrów­no­wa­żoną psy­chicz­nie. Nie spraw­dzi­łam jesz­cze, jakiego rodzaju poli­cjan­tem był Kohli, więc nie mam poję­cia, czy mógł, z braku roz­sądku lub przez zapal­czy­wość, świa­do­mie nara­zić się na kon­fron­ta­cję z najem­ni­kiem Ric­kera, z któ­rym nie miał szans wygra­nej. Kaza­łam Peabody przej­rzeć akta i sprawy, któ­rymi się zaj­mo­wał. Muszę się dowie­dzieć, z kim utrzy­my­wał bli­skie kon­takty, poznać nazwi­ska prze­stęp­ców, któ­rych ści­gał, i jak dalece wplą­tany był w docho­dze­nie i roz­prawę sądową zwią­zane z Ric­kerem.

- Nie po raz pierw­szy podej­rzewa się Ric­kera o to, że zaaran­żo­wał śmierć poli­cjanta. Ale on działa mniej bru­tal­nie.

- Moim zda­niem, komen­dan­cie, mor­der­stwo miało pod­łoże oso­bi­ste. Czy cho­dziło o poli­cję w ogóle, czy tylko o samego Koh­liego, nie wiem. Ale czuję, że to sprawa pry­watna. Wła­ści­cie­lem klubu jest Roarke - dodała na koniec.

- Tak, sły­sza­łem. - Whit­ney odwró­cił się, prze­biegł wzro­kiem po twa­rzy Eve i prze­szedł do biurka. - A więc ta sprawa jest pry­watna z kilku powo­dów, pani porucz­nik.

- Dzięki temu łatwiej i szyb­ciej uzy­skamy dane doty­czące dzia­łal­no­ści, pra­cow­ni­ków i klien­teli klubu. Już prze­słu­chi­wa­łam jego kie­row­niczkę, która sama się do mnie zgło­siła. Fakt, że Kohli ukrył przed nią infor­ma­cję, że jest poli­cjan­tem, każe mi się zasta­na­wiać, czy nie pro­wa­dził w klu­bie pry­wat­nego docho­dze­nia. Bar­man to dosko­nała przy­krywka. A że nic mi nie wia­domo, żeby dostał ofi­cjalny roz­kaz pro­wa­dze­nia taj­nego śledz­twa w klu­bie, musiała to być wobec tego jego wła­sna ini­cja­tywa.

- Nie sły­sza­łem o żad­nej akcji, ofi­cjal­nej lub nie, która wyma­ga­łaby obec­no­ści detek­tywa Koh­liego w Czyśćcu. Ale poroz­ma­wiam na ten temat z kapi­tan Roth. - Whit­ney pod­niósł dłoń, nim Eve zdą­żyła się sprze­ci­wić. - Lepiej będzie, jeśli to pyta­nie pad­nie z tego biura, a nie z pani strony, Dal­las. Nie chcę nie­po­trzeb­nie roz­grze­wać i tak już gorą­cej atmos­fery.

- Oczy­wi­ście - zgo­dziła się, choć nie­chęt­nie. - Potrze­buję zgody na przej­rze­nie kont ban­ko­wych Koh­liego. Wpraw­dzie mogła­bym o zgodę popro­sić jego żonę, ale na razie wola­ła­bym nie poru­szać z nią tema­tów doty­czą­cych męża.

- I nie chce jej pani alar­mo­wać, zanim nie zapo­zna się z zawar­to­ścią rodzin­nego port­fela - zakoń­czył za nią komen­dant. Poło­żył sze­roko roz­warte dło­nie na biurku. - Podej­rzewa pani, że brał łapówki?

- Bar­dzo bym pra­gnęła wyeli­mi­no­wać to podej­rze­nie.

- Pro­szę więc to uczy­nić, tylko dys­kret­nie. Zała­twię dla pani to zezwo­le­nie. A pani niech mi przy­pro­wa­dzi zabójcę.

*

Resztę dnia Eve spę­dziła, ślę­cząc nad aktami Koh­liego, zapo­zna­jąc się ze spra­wami, któ­rymi się zaj­mo­wał, pró­bu­jąc stwo­rzyć jego wize­ru­nek. Wize­ru­nek poli­cjanta.

Zoba­czyła prze­cięt­nego funk­cjo­na­riu­sza, który wypeł­niał pole­ce­nia na śred­nim pozio­mie, jeśli nawet nie poni­żej swo­ich moż­li­wo­ści. Rzadko brał wolne dni, ale też rzadko zosta­wał w pracy po godzi­nach.

Ni­gdy nikogo nie zabił, tak więc nie prze­cho­dził glo­bal­nych testów psy­cho­lo­gicz­nych. Nie­mniej zamknął lub był bli­ski zamknię­cia wielu spraw, a jego spra­woz­da­nia, doty­czące tych nie­do­koń­czo­nych lub dokoń­czo­nych docho­dzeń, były pro­fe­sjo­nalne, sta­ranne i wyczer­pu­jące.

Eve doszła do wnio­sku, że Taj był czło­wie­kiem, który postę­po­wał prze­pi­sowo, robił, co do niego nale­żało, po czym wra­cał do domu, zosta­wia­jąc pracę za sobą.

Zasta­na­wiała się, jak mu się to uda­wało i czy to w ogóle moż­liwe.

Jego kariera woj­skowa pre­zen­to­wała się podob­nie. Żad­nych potknięć, ale też żad­nych bla­sków. Wstą­pił do armii w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat, odsłu­żył sześć, z czego ostat­nie dwa w poli­cji woj­sko­wej.

Zda­niem Eve, pro­wa­dził cał­ko­wi­cie prze­ciętne życie. Nie­mal zbyt prze­ciętne i nor­malne.

Tele­fon do Nestera Vine'a z Czyśćca dopro­wa­dził ją do wyglą­da­ją­cej na przy­gnę­bioną żony Vine'a, która poin­for­mo­wała Eve, że jej mąż wró­cił poprzed­niego dnia do domu wcze­śniej niż zwy­kle, ponie­waż bar­dzo źle się czuł. O trze­ciej nad ranem zabrano go do szpi­tala, skąd wła­śnie wró­ciła. Oka­zało się, że miał atak wyrostka robacz­ko­wego.

Jeśli cho­dzi o alibi, było nie do pod­wa­że­nia. Ta roz­mowa nie przy­nio­sła Eve więk­szego pożytku oprócz tego, że pani Vine pora­dziła jej skon­tak­to­wać się z jedną ze strip­ti­ze­rek o imie­niu Nan­cie, która podobno została w klu­bie po tym, jak Kohli zmu­sił Vine'a do powrotu do domu.

Wyma­zać Nestera, pomy­ślała Eve, po czym do listy osób, z któ­rymi musi poroz­ma­wiać, dołą­czyła strip­ti­zerkę.

Mimo cią­głych prób, nie mogła się połą­czyć z porucz­ni­kiem Mil­l­sem i detek­tyw Mar­ti­nez. Ich tele­fony pozo­sta­wały głu­che. Otrzy­mała infor­ma­cję, że znaj­dują się w tere­nie i nie są osią­galni. Zosta­wiła każ­demu wia­do­mość na auto­ma­tycz­nej sekre­tarce, zebrała akta i zaczęła się przy­go­to­wy­wać do wyj­ścia do domu.

Posta­no­wiła porząd­nie przyj­rzeć się finan­som Koh­liego.

Zła­pała Peabody w jej kąciku, roz­pra­wia­jącą się z zale­głą robotą papier­kową.

- Zostaw resztę do jutra i idź do domu.

- Tak? - Asy­stentka spoj­rzała na zega­rek i twarz jej poja­śniała. - W samą porę. Umó­wi­łam się z Char­le­sem na obiad na ósmą. Będę miała tro­chę czasu, żeby się przy­go­to­wać. - Sły­sząc, że w odpo­wie­dzi prze­ło­żona tylko odchrzą­kuje, Peabody uśmiech­nęła się. - Wiesz, jaki to pro­blem, kiedy się cho­dzi z dwoma face­tami?

- Uwa­żasz McNaba za faceta?

- Gdy ma dobry dzień, sta­nowi miłe prze­ci­wień­stwo Char­lesa. Ale to nie­istotne. No, więc wiesz, jaki jest pro­blem w widy­wa­niu się z nimi oby­dwoma?

- Nie, Peabody. Jaki?

- Nie ma żad­nego. - Śmie­jąc się gło­śno, Peabody pochwy­ciła torbę i wybie­gła z biura. - Do zoba­cze­nia jutro.

Eve potrzą­snęła głową. Wystar­czy jej kło­po­tów z jed­nym męż­czy­zną.

*

Eve sta­rała się nie myśleć w tej chwili o docho­dze­niu. Zresztą nie było to takie trudne, ponie­waż natę­żony ruch uliczny pochła­niał więk­szość jej uwagi, nie wspo­mi­na­jąc już o kolo­ro­wych rekla­mach zachwa­la­ją­cych wszystko, od wio­sen­nej mody do naj­lep­szych modeli aut.

Nagle na jed­nym z ekra­nów rekla­mo­wych zoba­czyła zna­jomą twarz i z wra­że­nia nie­mal wje­chała na chod­nik.

Nad Czter­dzie­stą Czwartą roz­po­ście­rała się twarz Mavis Fre­estone, oto­czona burzą mie­nią­cych się róż­nymi bar­wami wło­sów. Mavis pod­ska­ki­wała, wiro­wała, okryta zawią­za­nymi w naj­dziw­niej­szych miej­scach skraw­kami mate­riału w kolo­rze elek­try­zu­ją­cego błę­kitu. Przy każ­dym ruchu jej włosy z czer­wo­nych robiły się złote lub ośle­pia­jąco zie­lone.

To do niej pasuje, pomy­ślała Eve z gry­ma­sem uśmie­chu na twa­rzy.

- Jezu, Mavis. Patrz­cie tylko pań­stwo, jaka z niej gwiazda.

Przy­ja­ciółka prze­była długą drogę od para­nia się uliczną kra­dzieżą, za co Eve ją w swoim cza­sie zatrzy­mała, poprzez występy w trze­cio­rzęd­nych klu­bach, aż do obec­nej chwili, kiedy to stała się wielką gwiazdą świata muzycz­nego.

Muzycz­nego, myślała Eve, w naj­szer­szym zna­cze­niu tego słowa.

Się­gnęła do pokła­do­wego wide­ofonu, zamie­rza­jąc zadzwo­nić do kole­żanki, żeby powie­dzieć jej, na co wła­śnie patrzy, ale w tej samej chwili ode­zwał się tele­fon komór­kowy.

- Tak? - Nie mogła ode­rwać wzroku od ekranu z reklamą, choć kilku mniej cier­pli­wych kie­row­ców już na nią trą­biło. - Dal­las.

- Hej, Dal­las.

- Webster. - W jed­nej chwili mię­śnie Eve stward­niały jak kamie­nie. Wpraw­dzie znała się z Donem Webste­rem na sto­pie towa­rzy­skiej, ale żaden poli­cjant nie lubi tele­fo­nów z Wydziału Spraw Wewnętrz­nych. - Dla­czego dzwo­nisz na mój pry­watny numer? Wasz wydział ma obo­wią­zek korzy­stać z ofi­cjal­nych kana­łów.

- Chcia­łem tylko z tobą poga­dać. Masz wolną chwilę?

- Prze­cież roz­ma­wiamy.

- Ale nie twa­rzą w twarz.

- A po co?

- No, Dal­las. Poświęć mi dzie­sięć minut.

- Jestem w dro­dze do domu. Skon­tak­tuj się ze mną jutro.

- Tylko dzie­sięć minut - powtó­rzył. - Spo­tkamy się w parku koło two­jego domu.

- Czy to sprawa zwią­zana z WSW?

- Poga­damy. - Posłał jej lekki uśmiech, co tylko bar­dziej roz­bu­dziło jej podejrz­li­wość. - Spo­tkamy się w parku. Jestem tuż za tobą.

Zmru­żyła oczy, zer­k­nęła w lusterko wsteczne i prze­ko­nała się, że Webster nie kła­mie. Nic nie mówiąc, prze­rwała połą­cze­nie.

Nie zatrzy­mała się przed bramą domu, tylko prze­je­chała jesz­cze jakieś dwie prze­cznice, dla zasady. Potem, upew­niw­szy się, że zna­la­zła jedyne wygodne miej­sce do par­ko­wa­nia, zatrzy­mała się.

Nie zdzi­wiła się, widząc że Webster zapar­ko­wał tuż za nią na ulicy, igno­ru­jąc pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie jakiejś ele­ganc­kiej pary i ich trzech rów­nie ele­ganc­kich afga­nów. Włą­czył sygnał świetlny "na służ­bie" i wszedł za Eve na chod­nik.

Uśmiech był jego sprzy­mie­rzeń­cem i wie­dział o tym, więc go przy­wo­łał. Roz­świe­tlił mu przy­jaź­nie nie­bie­skie oczy, pobły­sku­jące w pocią­głej twa­rzy o ostrych rysach. Ciem­no­kasz­ta­nowe, lekko krę­cone włosy miał krótko obcięte. Z wie­kiem będzie się zapewne coraz bar­dziej upo­dab­niał urodą do typu uczo­nego.

- Zro­bi­łaś karierę, Dal­las. Nie­złe sąsiedz­two.

- Tak, co mie­siąc urzą­dzamy sobie balangę i sza­le­jemy. Czego chcesz, Webster?

- Jak ci leci? - rzu­cił niby od nie­chce­nia i ruszył w stronę zie­lo­nego traw­nika i drzew ukwie­co­nych wio­sen­nymi pącz­kami.

Hamu­jąc gniew, Eve wepchnęła dło­nie do kie­szeni i zrów­nała się z nim.

- Dobrze. A co u cie­bie?

- Nie mogę narze­kać. Miły wie­czór. Wio­sna w Nowym Jorku jest piękna.

- A co tam u Jan­ke­sów? I chyba na tym prze­rwiemy tę towa­rzy­ską gadkę. Czego chcesz?

- Ni­gdy nie lubi­łaś roz­ma­wiać. - Bar­dzo dobrze pamię­tał ten jedyny raz, kiedy udało mu się zacią­gnąć Eve do łóżka; nie padło wtedy ani jedno słowo. - Może znaj­dziemy jakąś ławkę? Jak powie­dzia­łem wcze­śniej, wie­czór jest taki przy­jemny.

- Nie chcę szu­kać ławki. Nie chcę sojo­wego hot doga i nie chcę roz­ma­wiać o pogo­dzie. Chcę wró­cić do domu. Więc jeśli nie masz mi nic inte­re­su­ją­cego do powie­dze­nia, wła­śnie to zro­bię. - Odwró­ciła się i zaczęła iść z powro­tem do samo­chodu.

- Pro­wa­dzisz śledz­two w spra­wie Koh­liego?

- Zga­dza się. - Odwró­ciła się, a jej sys­tem alar­mowy roz­świe­tlił się na czer­wono. - Co to ma wspól­nego z WSW?

- Nie powie­dzia­łem, że ma to coś wspól­nego z WSW, oprócz zwy­kłych pro­ce­dur uru­cha­mia­nych w sytu­acji, gdy ginie poli­cjant.

- Ale w skład tych pro­ce­dur nie wcho­dzi pry­watne spo­tka­nie z pro­wa­dzą­cym śledz­two.

- Cza­sami omi­jamy prze­pisy. - Pod­niósł dłoń. - Do dia­bła z nimi, skoro są takie sztywne.

Patrząc kole­dze pro­sto w oczy, Eve zbli­żyła się i sta­nęła tuż przed jego nosem.

- Nie obra­żaj mnie, Webster. Co ma WSW do mojego docho­dze­nia?

- Posłu­chaj. Widzia­łem wstępny raport. To poważna sprawa. Trudna dla wydziału dla bry­gady, dla rodziny.

Coś zaczy­nało jej świ­tać.

- Zna­łeś Koh­liego?

- Nie bar­dzo. - Uśmiech­nął się słabo z lek­kim roz­ża­le­niem i zgorzk­nie­niem. - Więk­szość poli­cjan­tów nie dba zbyt­nio o utrzy­my­wa­nie kon­tak­tów towa­rzy­skich z WSW. To śmieszne, że wszy­scy uża­lają się nad sko­rum­po­wa­nym poli­cjan­tem, ale nikt nie chce wymie­nić uści­sku dłoni z osobą, która wyciąga takiego bru­dasa z błota.

- Chcesz powie­dzieć, że Kohli był brudny?

- Nic takiego nie mówi­łem. Nie mam prawa roz­ma­wiać z tobą o szcze­gó­łach docho­dze­nia pro­wa­dzo­nego przez wydział, jeśli nawet takie docho­dze­nie w ogóle by się toczyło.

- Pie­przysz, Webster. Po pro­stu, pie­przysz. Jeśli był w coś zamie­szany, muszę o tym wie­dzieć.

- Nie wolno mi roz­ma­wiać o spra­wach WSW. Za to wiem, że zaglą­da­łaś w konto Koh­liego.

Przez chwilę stała, mil­cząc, sta­ra­jąc się poha­mo­wać gniew.

- Mnie też nie wolno roz­ma­wiać na temat śledz­twa. Ale dzi­wię się, że wydział szczu­rów tak się nim zain­te­re­so­wał?

- Nie pró­buj mnie wku­rzyć, bo ci się nie uda - rzu­cił Webster, wzru­sza­jąc zara­zem ramio­nami. - Pomy­śla­łem po pro­stu, że szepnę ci nie­ofi­cjal­nie słówko, tak po przy­ja­ciel­sku. Wiedz, że lepiej by się stało dla wydziału, gdyby sprawa została jak naj­szyb­ciej i jak naj­ci­szej zamknięta.

- Czy Kohli brał od Ric­kera?

Tym razem, choć jego głos pozo­stał spo­kojny, zdra­dził się ze zde­ner­wo­wa­niem, napi­na­jąc mię­śnie szczęki.

- Nie wiem, o czym mówisz. Grze­ba­nie w finan­sach Koh­liego to ślepa uliczka, Dal­las. Możesz tylko spra­wić przy­krość jego rodzi­nie. Ten czło­wiek zgi­nął, nie będąc na służ­bie.

- Tego czło­wieka pobito na śmierć. Był poli­cjan­tem. Jego żona została wdową. Dzieci stra­ciły ojca. I to wszystko ma mieć mniej­sze zna­cze­nie tylko dla­tego, że Taj nie zgi­nął w cza­sie odby­wa­nia służby?

- Nie. - Webster posia­dał choć tyle sumie­nia lub roz­sądku, by zro­bić zawsty­dzoną minę, a potem spoj­rzeć przed sie­bie z zadumą. - Ale stało się, a ty nic wię­cej nie znaj­dziesz.

- Nie mów mi, jak mam wyko­ny­wać swoją pracę, Webster. Ni­gdy mi nie mów, jak mam pro­wa­dzić śledz­two w spra­wie o zabój­stwo. To ty porzu­ci­łeś pracę w poli­cji, nie ja.

- Dal­las. - Dołą­czył do niej, zanim zdą­żyła dojść do brzegu chod­nika. Pochwy­cił jej ramię i osło­nił się drugą ręką, bo odwró­ciła się w jego stronę gwał­tow­nie.

Spoj­rzała mu chłodno pro­sto w oczy.

- Zabierz rękę. Już!

Wyko­nał pole­ce­nie, cho­wa­jąc dłoń do kie­szeni.

- Pró­buję ci tylko prze­ka­zać, że WSW chce, aby ta sprawa została cicho zamknięta.

- Dla­czego sądzisz, że będę się przej­mo­wała tym, czego chce cho­lerne WSW? Jeśli masz mi coś do powie­dze­nia, co jest zwią­zane ze śmier­cią detek­tywa Taja Koh­liego, pro­szę, zrób to w dro­dze ofi­cjal­nej. I ni­gdy wię­cej mnie nie śledź, Webster. Ni­gdy.

Wsia­dła do samo­chodu, pocze­kała na dziurę w korku i włą­czyła się do ruchu.

Patrzył za nią, potem ruszył w stronę wyso­kiej bramy, za którą krył się obecny świat Eve. Trzy razy głę­boko nabrał powie­trza, a kiedy to nie poskut­ko­wało, ze zło­ścią kop­nął w tylne koło swo­jego wozu.

Nie­na­wi­dził tego, co zro­bił. A co wię­cej, nie­na­wi­dził świa­do­mo­ści, że tak naprawdę ni­gdy nie prze­stało mu na niej zale­żeć.