Dlaczego napisałam zapiski z frontu
Nie lubię poradników dla osób, u których stwierdzono chorobę nowotworową i dla ich bliskich, bo w nich zawarte są wskazówki wyłącznie dla tych, którym pomóc, zdaniem psychologów trzeba. Ja pomocy, ich zdaniem, nie potrzebuję, bo... nie pasuję. Od pierwszego dnia nie przybierałam postawy ukrywającej emocje ani złe, ani dobre. Nie potrzebowałam szukać ujść emocji, wyciszać się. Nie przeżyłam stanu szoku i niedowierzania, etapu złości, układów i pertraktacji, depresji, a w końcu - pogodzenia, jako kolejnego etapu. Nie założyłam maski, nie ukryłam tego, co czuję, nie wpadłam w panikę, czarną rozpacz i bezradność. Nie uważam też, że choruję za karę. Nie pytałam "za co" i czy to kara. Nie stosuję mechanizmów obronnych; nie biegam od lekarza do lekarza, nie biorę cudownych leków i suplementów, nie wypieram, nie projektuję, nie racjonalizuję... Tak powinnam, wg znanych mi poradników (o takich fazach choroby przeczytałam w dostępnych poradnikach dla kobiet z rakiem piersi). Nie uwzględniają mnie one, bo nie izoluję się, nie mam myśli samobójczych, nie wpadłam w depresję...
Wszystko pewnie przede mną. Tylko, że ja od początku mojej choroby, od jej pierwszego dnia, potrzebowałam potwierdzenia, że mój sposób widzenia świata jest prawidłowy. Bo czasem, kiedy robimy coś zwyczajnego, też potrzebujemy potwierdzenia, że to dobry kierunek. A psycholog-onkolog, co prawda czeka, tylko nie na mnie. Czeka na tych, którzy zachowują się standardowo. A ja? Gdzie w tym systemie poradnikowym jestem ja? A może ktoś powiedziałby do mnie "- Tak trzymać!".
Zresztą, jak bardzo nieprzygotowani są ci, którzy obcują z chorymi o niestandardowym myśleniu, niech świadczy fakt, że prawie każdy profesjonalista, z którym miałam styczność w czasie mojej choroby, stara się dawać jedną radę, odmienianą przez wszystkie możliwe formy. Jaka to rada? "- Nie możesz się poddawać, myśl pozytywnie, dzisiaj rak jest uleczalny, będzie dobrze." Przyznaję, że mam tego dość. Ja nawet nie udaję, że mam żal do Pana Boga. Bo nie mam. Tak ma być. Czemuś ta choroba ma służyć. Czemuś, może komuś. I tyle. Po ludzku robię, co mogę, by zdrowieć. Lekarze i pielęgniarki starają się ułatwić mi ten czas. No to, niech mi ktoś powie, czemu słyszę, nawet od tych, którzy widzą, iż jestem "jak dawniej", że powinnam "myśleć pozytywnie". Jeszcze pozytywniej? A to nie ma jakiejś kwalifikacji w psychiatrii? W tym miejscu chciałabym zapytać, gdzie jest poradnik dla mnie? Dlaczego nie mieszczę się w kategorii ludzi, którym warto pomagać, wspierając w tym, co robią?
Słyszę zewsząd, że normalne są pojawiające się stany depresyjne, załamania... Normalne. Ok. Tylko jak to zrobić? Jak osiągnąć ten samobójczy stan? Bo przecież warto dążyć do przyjętej normy. Bo przecież to nienormalne, że polubiło się "kosmitę" i stara się z nim żyć. A, na pewno nienormalne jest to, że najbliżsi, zamiast podporządkować się chorobie, żyją jak dawniej. Mają trochę więcej obowiązków, ale, ponieważ nie znają skutecznego "wysyłacza kosmity tam skąd przybył" - żyją bez depresji.
Postanowiłam, że przeżyję z "kosmitą" życie bez względu na to, czy będzie trwało trzy dni, trzy lata, czy lat trzydzieści. Właśnie w tym momencie maratonu o życie stwierdziłam, że lubię mojego kosmitę.
Kim jestem? - żoną, matką, córką, siostrą, przyjaciółką, pedagogiem w szkole podstawowej z zacięciem profilaktycznym, w końcu hodowcą kosmity ukrywającego się pod naukową nazwą...
Kiedy po raz pierwszy oznajmiłam mojemu organizmowi, że mam dość zasłyszanych stereotypów i staję do walki o moją normalność, mój Mąż powiedział: - "Powinnaś zacząć robić zapiski z frontu". Nie przyszło mi do głowy, że mówi poważnie.
Ponownie powtórzył to zdanie, gdy wróciłam ze szpitala po pierwszej "czerwonej chemii" i z żalem stwierdziłam, iż w dostępnych poradnikach, których w samym oddziale było wiele, nie znalazłam wsparcia dla siebie. W ogóle nie uwzględniono mojego przypadku i sposobu myślenia. Poczułam się pominięta, jako grupa chorych. Bardzo mi z tym było źle. Poczułam napływ buntu. Pominięto chorych z podobną diagnozą, w tak samo ciężkim stanie, tylko dlatego, że nie trzeba naprawiać im psychiki, tylko wspierać i... wykorzystywać do wspierania innych. Doceniam informacje zawarte w poradnikach, ale zabrakło mi w nich zrozumienia i wspierania mojej postawy. Właśnie wtedy mój Mąż powtórzył to, co już kiedyś powiedział: - "Powinnaś zacząć robić zapiski z frontu". A ja, cóż, ponownie nie potraktowałam tego poważnie. Dopiero, kiedy zaczęła się "biała chemia" i podzieliłam się powyższymi przemyśleniami z zaprzyjaźnioną lekarką, usłyszałam od niej "- Powinnaś to wszystko napisać. Takie inne spojrzenie warto przekazać... także pielęgniarkom, lekarzom...".
Wtedy, ze zrozumieniem usłyszałam to, co od dawna sugerował Mąż. I tak powstał pomysł, by napisać "Zapiski z frontu, czyli jak próbowałam oswajać kosmitę".
Nie określiłam nigdzie dla kogo piszę, bo tego pisania nie dedykuję konkretnemu odbiorcy. Może dla osób chorych, a może dla osób, które mają w pobliżu chorych i zechcą po to sięgnąć. Piszę prawdę. To pisanie jest o mnie. Nawet chyba nie o chorobie, tylko o moim chorowaniu, oczekiwaniach, realiach. O tym, jak bardzo potrzebowałam, od samego początku potwierdzenia, ze powinnam starać się żyć jak żyję, a nie tylko słuchać, że trzeba mieć siły i będzie dobrze. Moja książka jest subiektywna w 100% i to starałam się też podkreślić. Może miałam pecha, ale z takim podejściem jak moje przez te pięć miesięcy nie obcowałam. Raczej obserwowałam u ludzi i ich bliskich rozgoryczenie, chęć izolacji, pretensje do świata. To jeszcze bardziej mobilizowało mnie do pisania. Nie chcę pisać o tym co w systemie jest złe z punktu widzenia pacjenta. Celowo podkreślam punkt widzenia. Być może ktoś, kto przeczyta, poczuje ulgę, że da radę dźwignąć chorobę swoją lub osoby bliskiej.