Przedmowa do wydania z 1984 roku
To Sol Stein, kumpel z liceum, redaktor, powieściopisarz, autor sztuk teatralnych, jako pierwszy zwrócił się do mnie z sugestią napisania tej książki. Nie zareagowałem entuzjastycznie - jeśli dobrze pamiętam, powiedziałem mu, że jestem za młody na publikowanie pamiętników.
Nigdy nie myślałem, by z tych esejów mogła powstać książka. Nie wydaje mi się, bym - zostawiwszy je za sobą - wracał do nich myślą. Sugestia Sola wywołała ten szokujący i niemiły efekt, że uzmysłowiła mi upływ czasu. Jak gdyby chlusnął mi w twarz zimną wodą.
Sol nie dawał jednak za wygraną, podobnie jak trudy i niebezpieczeństwa mojego położenia. Jakiś czas przed tym, w 1954 roku, wróciłem z Paryża - z powodów, które nie były dla mnie do końca jasne. Obiecałem szwajcarskiemu przyjacielowi wizytę w kraju moich narodzin, jednak to akurat, jak sądzę, należy uznać za pretekst - brak temu wagi motywu. Nie znajduję żadnego obiektywnego powodu mojego powrotu do Ameryki w tamtym czasie - nie jestem pewien, czy znajduję jakiś subiektywny.
Tak czy inaczej przyjechałem, na początku 1954 roku, kilka miesięcy przed trzydziestką, na śmierć wystraszony, ale szczęśliwy, że jestem wśród rodziny i przyjaciół. Był to mój drugi powrót od czasu wyjazdu w 1948 roku.
Wcześniej wróciłem w roku 1952 z pierwszą powieścią, zostałem na tyle długo, by pokazać ją rodzinie i sprzedać, i czym prędzej się wyniosłem. W 1954 przywoziłem Zaułek Amen i byłem w trakcie pracy nad Moim Giovannim, który oddzielił się od tego, co miało przybrać kształt Innego kraju.
Na dobrą sprawę okres 1954 - 1955, pomimo przerażających momentów, był wspaniałym rokiem, i to nie tylko z perspektywy czasu. Coś w końcu przeżyłem - dowodem było to, że pracowałem. Rezydowałem w kolonii artystycznej Yaddo w Saratoga Springs, kiedy mój kumpel Marlon Brando otrzymał Oscara, i oglądałem w telewizji, jak Bette Davis wręcza mu nagrodę i całuje go. Za mojego pobytu tam zadzwonił też do mnie z Waszyngtonu świętej pamięci Owen Dodson, żeby mnie zawiadomić, że reżyseruje studencką inscenizację mojej sztuki na Uniwersytecie Howarda. Pojechałem do Waszyngtonu, gdzie poznałem nieżyjącego już wielkiego E. Franklina Fraziera oraz wielkiego Sterlinga Browna. Howard1 był pierwszym kampusem uniwersyteckim, z jakim się zetknąłem, i nie wiem, co by się stało z moim morale, gdyby nie ci mężczyźni. Przedstawienie, Bogu dzięki, okazało się olbrzymim siedmio- czy dziesięciodniowym dziwem, który dopiero ostatniego wieczoru oglądała przepełniona sala, i to pomimo niechętnie nastawionej, jeszcze nie czarnej kadry wydziału ("Ta sztuka cofnie Wydział Językowy o trzydzieści lat!"), zdumionej reakcji "Variety" ("Jak pan sądzi, co o tej sztuce pomyślą Murzyni na Północy?") oraz faktu, że następny raz wystawiono ją dopiero niemal dziesięć lat później. I zakochałem się. Byłem szczęśliwy - świat nigdy wcześniej nie był tak pięknym miejscem.
Istniał tylko jeden mały szkopuł. Ja, my nie mieliśmy złamanego grosza, garnka, żeby się odlać, ani okna, żeby go opróżnić.
Sol Stein ponowił atak. Umówiliśmy się na dziewięć esejów, on chciał dziesiąty, więc napisałem tytułowy tekst między domem Owena a Dunbar Hotel. Wróciłem do Nowego Jorku i tam skończyłem Mojego Giovanniego. Przy alei Wydawców, w owym opiniotwórczym mateczniku patrzono na książkę ze zgrozą i wstrętem, nie chciano jej tknąć i argumentowano, że jestem młodym murzyńskim pisarzem, który wydając tę książkę, zraziłby do siebie swoich czytelników i zniszczył sobie karierę. Krótko mówiąc, nie zamierzali jej publikować, dając przy tym do zrozumienia, że wyświadczyli mi w ten sposób przysługę. Przekazałem im moją wdzięczność, możliwe, że w odrobinę zbyt ostrych słowach, pożyczyłem pieniądze od znajomego, po czym ja oraz mój kochanek wsiedliśmy na statek do Francji.
Nie myślałem o sobie jako eseiście - podobny pomysł nigdy nie zaświtał mi w głowie. Nawet, a być może zwłaszcza, teraz trudno mi odtworzyć koleje tej drogi.
Ma to na pewno coś wspólnego z tym, co próbowałem odkryć i czego również starałem się uniknąć. Jeżeli usiłowałem odkryć siebie - co w gruncie rzeczy, jeśli się nad tym zastanowić, było pomysłem cokolwiek wątpliwym, zważywszy że starałem się również przed sobą uciec - to na pewno między tym własnym ja a mną leżała narosła przez wieki skała. Ta skała raniła rękę, w zetknięciu z nią kruszyły się wszelkie narzędzia. A jednak moje ja gdzieś tam było: czułem, jak wierzga w niewoli i przeciwko niej. Nadzieja ocalenia - tożsamość - zależała od tego, czy tę skałę będzie się potrafiło rozszyfrować i opisać.
Głos w jednej z pieśni woła: "na skałę zbyt dla mnie wysoką wyprowadź mnie"; inny zaś woła: "ukryj mnie w skale!"; jeszcze inny oświadcza: "w tej skale mój dom". Albo: "Pobiegłam ku skale, by twarz mą skryć / zawołała skała: nie ukryjesz nic!"2.
Te nagromadzone w ciągu stuleci pokłady skały po odcyfrowaniu okazywały się częścią mojego dziedzictwa - częścią, zaznaczam, nie całokształtem - ale jeżeli chciałem upominać się o prawo przysługujące mi z urodzenia, którego ledwie cieniem była dziedziczona przeze mnie spuścizna, musiałem zmierzyć się ze skałą i przyjąć ją do siebie. W przeciwnym razie to ona upomniałaby się o mnie.
Albo też, ujmując to inaczej, pozostawiona mi spuścizna była osobliwa, w szczególny sposób ograniczona i ograniczająca - moje urodzenie dawało mi rozległe prawo udziału, łącząc mnie ze wszystkim, co żyje, i z każdym, po wsze czasy. Ale nie sposób dochodzić prawa przysługującego z urodzenia, nie przyjmując jednocześnie pozostawionej spuścizny.
Dlatego kiedy zacząłem na poważnie pisać - kiedy wiedziałem już, że się zaangażowałem, że będzie to moim życiem - musiałem starać się opisać tę szczególną kondycję, która była - jest - żywym dowodem odziedziczonej przeze mnie spuścizny. A jednocześnie, posługując się tym samym opisem, musiałem upomnieć się o prawo przysługujące mi z urodzenia. Jestem tym, czym uczyniły mnie czas, okoliczności, historia - to pewne - ale jestem też czymś dużo więcej. Wszyscy jesteśmy.
Kwadratura koła, jaką jest kolorowość, to dziedzictwo każdego Amerykanina i każdej Amerykanki, zarówno czarnych, jak i białych, czy to w świetle prawa, czy w świetle dnia. To straszliwe dziedzictwo, za które niewysłowione rzesze sprzedały swoje przyrodzone prawo. Rzesze ludzi robią tak do dziś. Owa potworność tak silnie zespoliła z sobą przeszłość i teraźniejszość, że jest praktycznie rzeczą niemożliwą - a z pewnością pozbawioną sensu - mówić o niej jak o czymś, co rozgrywa się, by tak rzec, w czasie. Gestem samobójczym, tak jak zresztą było dotąd, może być próba mówienia o niej do ludzkich rzesz, które - jeśli przyjąć, że mają świadomość istnienia czasu - wierzą, że czas da się przechytrzyć.
W każdym razie coś podobnego ma pewien związek z moimi początkami. Próbowałem umiejscowić się w określonym dziedzictwie i posłużyć się tym dziedzictwem właśnie po to, żeby upomnieć się o moje przyrodzone prawo, którego owo dziedzictwo tak brutalnie i wyraźnie mi odmawiało.
Nie jest przyjemne być zmuszonym przyznać, z górą trzydzieści lat później, że ani ta dynamika, ani ta konieczność nie uległy przekształceniu. Zmiany, które zaszły, są powierzchowne, a ich skutki są w najlepszym razie niejednoznaczne, w najgorszym zaś - katastrofalne. Pod względem moralnym nic się nie zmieniło, a zmiana moralna to jedyna zmiana rzeczywista. Plus ça change, utyskują zirytowani Francuzi (którym można zaufać, że wiedzą, co mówią), plus c'est la m?me chose ("Im bardziej się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo"). Przynajmniej mają dość klasy, że stać ich w tej kwestii na szczerość.
Jedyną prawdziwą zmianą ostro rysującą się w tym obecnym, niewysłowienie groźnym chaosie jest paniczny niepokój po stronie tych, którzy oczerniali i podporządkowywali sobie innych tak długo, że sytuacja odwróciła się na ich niekorzyść. Ani razu Cywilizowani nie zdołali uszanować, uznać czy opisać Dzikusa. Jest on, praktycznie rzecz biorąc, źródłem ich bogactwa, a nieprzerwane podporządkowanie go ich jarzmu - kluczem do ich władzy i chwały. To prawda absolutna i niezaprzeczalna w Afryce Południowej - by ograniczyć się do tylko jednej części Afryki - a także w odniesieniu do codzienności czarnych mężczyzn i kobiet; tutaj czarnego z punktu widzenia gospodarki najzwyczajniej spisano na straty i z tego powodu zachęca się go, by wstępował do armii albo, zgodnie z przekonaniem, jakie żywią choćby Daniel Moynihan i Nathan Glazer, by został listonoszem, by na coś się, na miłość boską, przydał, gdy biali mężczyźni biorą na swoje barki ciężkie brzemię rządzenia światem.
Cóż. Plus ça change. A co dopiero miałby powiedzieć czarny obywatel o "takich przyjaciołach"3, mając na myśli swoich krajanów!
Pod rusztowaniem z bieżących dni, nadziei, przedsięwzięć czai się niewypowiedziana, lodowata panika. Powiedziałem, że Cywilizowani ani razu nie zdołali uszanować, uznać czy opisać Dzikusa. Z chwilą, gdy stwierdzili, że jest on dzikusem, zniknęło wszystko, co można by szanować, uznawać czy opisywać. Za to dzikusy opisują Europejczyków - którzy, wylądowawszy w Nowym (!) Świecie, nie byli jeszcze białymi - jako "ludzi z niebios". Podobnie dzicy w Afryce żadną miarą nie mogli przewidzieć udręki tej diaspory, na którą mieli być skazani. Nawet wodzowie sprzedający Afrykańczyków w niewolę nie mogli przypuszczać, że niewola ta będzie trwać wiecznie, a w każdym razie przynajmniej tysiąc lat. Doświadczenie dzikich nie mogło przygotować ich na tego rodzaju wyobrażenie, podobnie jak na to, że o ziemi będzie się myśleć jak o czymś, co można kupować i sprzedawać (tak jak ja nie mogę uwierzyć, że ludzie naprawdę kupują i sprzedają przestrzeń powietrzną nad wieżowcami Manhattanu).
A jednak to wszystko się stało i dzieje się nadal. Z głębi tego niewiarygodnego okrucieństwa otrzymujemy mit o wesołym Bambo i Przeminęło z wiatrem. Wydaje się, że mieszkańcy Ameryki Północnej do dziś wierzą w te legendy, które stworzyli i które nie mają absolutnie żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Kiedy natomiast legendy te są atakowane, jak obecnie - na całym ziemskim globie, który nigdy nie był i nie będzie biały - moi ziomkowie robią się dziecinnie mściwi i nad wyraz niebezpieczni.
Owa niewyrażona panika, o której mówiłem wcześniej, bierze się z przerażenia faktem, że oto Dzikus może już opisać Cywilizowanego - jedynym sposobem, by temu przeszkodzić, jest unicestwienie człowieczeństwa. Panika ta świadczy o tym, że zarówno pojedyncza osoba, jak i ludzka zbiorowość nie mogą uczynić niczego, nie wiedząc, co czynią. I podobnie nikt nie zdoła uniknąć zapłaty za wybory, których dokonał. Na dziką - jeśli można tak powiedzieć - ironię zakrawa fakt, że jedynym dowodem wobec świata - ludzkości - na prymat białych są czarna twarz i głos: twarz nigdy nieprzestudiowana, głos nigdy nieusłyszany. Oczy w tej twarzy stanowią świadectwo niewybaczalnej i niewyobrażalnej zgrozy życia tego, który jest niewolnikiem w ziemi obiecanej, ale dowodzą też tego, że trouble don't last always4; co do głosu - niegdyś przepełnionego gniewem i bólem, które podtrzymywały rzeczywistość strażnika - odwołuje się on do innej rzeczywistości, w innych językach. Ludzie, którzy myślą o sobie jako o białych, mają do wyboru stać się ludzkimi albo nieistotnymi.
Albo takimi, jakimi już się stali pod każdym względem poza swoją faktyczną postacią - zamierzchłymi. Bowiem jeśli zmartwienie, jak powiada nam Eklezjasta, nie trwa po wsze czasy, podobnie wieczna nie jest Władza, a to bodaj na fakcie, nadziei czy też micie Władzy owa tożsamość, która nazywa siebie białą, od zawsze bazowała.
Gdy ta książka ukazywała się po raz pierwszy, dopiero co skończyłem trzydzieści jeden lat, a w chwili, kiedy to przeczytacie, będę już po sześćdziesiątce. Uważam to za rzecz zgoła niesamowitą, ale nie wspominam o tym teraz, by coś świętować czy nad czymś płakać. Nie sądzę, bym miał powody, aby się skarżyć: z całą stanowczością myślę, że wręcz przeciwnie - raczej by przystać na to, co było, i to niezależnie od tego, co przyniesie jutro. Mam jednak powody do rozmyślań - zawsze się je ma, gdy trzeba spojrzeć wstecz. Pamiętam wielu ludzi, którzy pomogli mi na różne sposoby, których nie podejmuję się tu opisywać, tyle lat temu, kiedy byłem tamtym oniemiałym dzieciakiem z wybałuszonymi oczami, siedzącym w moim wspomnieniu gdzieś w kącie na podłodze. Było mi trudno w Village, gdzie masa ludzi, zagrzewana przez gliniarzy, uważała za świetną zabawę obijanie moją głową stołów i krzeseł, tak że wkrótce przestałem mówić o swoich "konstytucyjnych" prawach. Jestem, jak sądzę, ocalonym.
Ocalonym z czego? W tamtych latach, kiedy ogarniało mnie przerażenie, kiedy pałałem gniewem albo zbierało mi się na płacz, mówiono mi: "Trzeba czasu, Jimmy. Trzeba czasu". Zgadzam się, wciąż się zgadzam, jakkolwiek wcale nie trzeba było dużo czasu, by wielu z tych ludzi, których wówczas, w latach pięćdziesiątych, znałem, zrejterowało, postanowiło mieć z tego coś dla siebie i ustroiło się w amerykańską flagę. Żałosna i nikczemna banda tchórzy, której niegdyś zawierzyłem życie - "tacy przyjaciele"!
Ale o tym wszystkim porozmawiamy innego dnia. Kiedy mówiono mi, gdy byłem młody, że trzeba czasu, mówiono mi, że trzeba czasu, by czarną osobę w tym kraju zaczęto traktować jak istotę ludzką, ale że to się stanie. Będziemy działać, by tak się stało. Przyrzekamy ci.
Sześćdziesiąt lat ludzkiego życia to dużo czasu na wywiązanie się z obietnicy, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę wszystkie żywoty poprzedzające mój i te przebiegające równolegle z nim.
To, co wydarzyło się za mojego życia, to wyliczenie dokonań moich przodków. Nie dotrzymano żadnej z danych im obietnic, żadnej z danych mnie, a ja sam nie mogę doradzać tym, którzy przychodzą po mnie, ani moim krewnym z całej kuli ziemskiej, by wierzyli w jakiekolwiek słowo wypowiadane przez moich upadłych moralnie rodaków.
"A chociaż - jak pisze Doris Lessing w przedmowie do Opowieści afrykańskich - okrucieństwa wyrządzone przez białego człowieka czarnemu człowiekowi zaliczają się do najcięższych zarzutów w akcie oskarżenia przeciw ludzkości, uprzedzenie ze względu na kolor skóry nie jest naszą winą pierwotną, a tylko jednym z aspektów zaniku wyobraźni, który utrudnia nam dostrzeżenie nas samych w każdym stworzeniu, które oddycha pod słońcem"5.
Amen. En avant.
James Baldwin
18 kwietnia 1984
Amherst, Massachusetts