Zapiski dla zabicia czasu - Yoshida Kenkō

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (28,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Kie­dy uświa­do­mię so­bie, że ca­ły­mi dnia­mi prze­sia­du­ję z na­czy­niem na tusz przed so­bą i dla za­bi­cia cza­su prze­le­wam na pa­pier pierw­szą lep­szą myśl, ja­ka przyj­dzie mi do gło­wy, wy­da­je mi się to dziw­ne, a na­wet sza­lo­ne.

1.

Trud­no, sko­ro już przy­szli­śmy na ten świat, ma­my wszel­kie­go ro­dza­ju pra­gnie­nia. Oso­ba ce­sa­rza przej­mu­je nas na­boż­nym lę­kiem. Tak­że da­le­cy po­tom­ko­wie ce­sar­scy bu­dzą w nas sza­cu­nek, nie z ludz­kie­go bo­wiem po­wsta­li na­sie­nia. Im­po­nu­ją nam nie tyl­ko ary­sto­kra­ci naj­wyż­szej ran­gi, co oczy­wi­ste, ale rów­nież zwy­czaj­ni człon­ko­wie dwo­ru, któ­rym przy­słu­gu­je przy­wi­lej po­sia­da­nia świ­ty. Na­wet dzie­ci, wnu­ki i po­tom­ko­wie z bocz­nych li­nii, choć­by los ob­szedł się z ni­mi mniej ła­ska­wie, wy­róż­nia­ją się dys­tyn­go­wa­ny­mi ma­nie­ra­mi. Ci spo­śród ni­żej uro­dzo­nych, któ­rym wiel­kim wy­sił­kiem uda­ło się uzy­skać awans na mia­rę ich po­cho­dze­nia, są z sie­bie tak za­do­wo­le­ni, jak gdy­by nie wia­do­mo co osią­gnę­li. Tym­cza­sem, je­śli le­piej im się przyj­rzeć, spra­wia­ją dość ża­ło­sne wra­że­nie.

Do­praw­dy, ko­mu jak ko­mu, ale mni­cho­wi nikt nie za­zdro­ści. Już Sei Sh?nagon[4] pi­sa­ła, jak­że traf­nie, że mni­si trak­to­wa­ni są jak drew­nia­ne koł­ki[5]. Na­wet je­że­li cie­szą się du­ży­mi wpły­wa­mi i po­wszech­nie wy­chwa­la się ich za­słu­gi, ni­ko­mu nie im­po­nu­ją. Miał ra­cję świą­to­bli­wy S?ga[6], mó­wiąc, że za­szczy­ty nie przy­sto­ją mni­cho­wi, a po­goń za sła­wą kłó­ci się z na­uką Bud­dy. Go­dzien po­chwa­ły na­to­miast jest ten, kto po­rzu­ciw­szy świat do­cze­sny, wy­brał pu­stel­ni­cze ży­cie.

Jest ze wszech miar po­żą­da­ne, aby czło­wiek wy­róż­niał się uro­dzi­wym wy­glą­dem i mi­łą po­wierz­chow­no­ścią. Mo­gę go­dzi­na­mi prze­sia­dy­wać z kimś, nie nu­dząc się, pod wa­run­kiem że mi uszy nie puch­ną, gdy się ode­zwie, za du­żo nie mó­wi i ma oso­bi­sty wdzięk. Jak­że przy­kre jest roz­cza­ro­wa­nie, kie­dy oso­ba, wy­da­wa­ło­by się, z kla­są, ujaw­nia swo­je praw­dzi­we ob­li­cze i oka­zu­je się kimś znacz­nie po­ni­żej na­szych wy­obra­żeń. Uro­dze­nie i wy­gląd przy­no­si­my z so­bą na świat i nic na to nie po­ra­dzi­my. Cóż stoi jed­nak na prze­szko­dzie, aby­śmy roz­wi­ja­li się du­cho­wo i na­by­wa­li co­raz więk­szej mą­dro­ści? Zda­rza­ją się i ta­kie po­ża­ło­wa­nia god­ne sy­tu­acje, że oso­bie ob­da­rzo­nej szla­chet­ną po­sta­cią i za­cnym cha­rak­te­rem brak to­wa­rzy­skiej ogła­dy, przez co czu­je się ona nie­zręcz­nie w gro­nie lu­dzi znacz­nie jej ustę­pu­ją­cych za­rów­no po­zy­cją, jak i wy­glą­dem i w re­zul­ta­cie jest przez nich igno­ro­wa­na, a na­wet trak­to­wa­na z gó­ry.

Ze wszech miar na­le­ży przy­swo­ić so­bie na­uki prak­tycz­ne[7], opa­no­wać sztu­kę ukła­da­nia chiń­skich wier­szy i kom­po­no­wa­nia ro­dzi­mej po­ezji bądź umie­jęt­ność gry na in­stru­men­tach. A je­śli, po­siadł­szy do­brą zna­jo­mość oby­cza­ju i dwor­skie­go ry­tu­ału, po­tra­fi­my jesz­cze świe­cić przy­kła­dem, to za­słu­gu­je­my na naj­wyż­sze uzna­nie. Za­cne­go czło­wie­ka po tym moż­na po­znać, że pi­sze wpraw­ną rę­ką, a pi­smo je­go spra­wia pa­trzą­ce­mu przy­jem­ność; że ob­da­rzo­ny jest do­brym gło­sem i nie fał­szu­je, gdy in­to­nu­je pieśń; że czę­sto­wa­ny trun­kiem, wzbra­nia się zra­zu z za­kło­po­ta­niem, ale prze­cież w koń­cu nie od­ma­wia kie­li­cha.

2.

Do­praw­dy ża­ło­śnie nie­mą­drzy wy­da­ją się ci, któ­rzy nie­po­mni te­go, jak w sta­ro­żyt­no­ści spra­wo­wa­li rzą­dy świa­tli mo­nar­cho­wie, za nic ma­ją skar­gi lu­du i nie przej­mu­ją się tym, że do­bro pań­stwa na­ra­żo­ne zo­sta­je na szwank, ich głów­nym pra­gnie­niem jest zaś osią­gnąć szczy­ty luk­su­su. Za­cho­wu­ją się tak, jak­by im wciąż by­ło za cia­sno. W Prze­stro­gach spi­sa­nych przed śmier­cią przez księ­cia Kuj?[8] znaj­dzie­my ta­ką oto ra­dę: "Za­do­wa­laj­cie się tym, co ma­cie pod rę­ką, od ubio­ru po­czy­na­jąc, aż po ko­nie i po­wo­zy. Dą­że­nie do wy­kwin­tu nie ma sen­su". Po­dob­nie wśród uwag, któ­re na te­mat prak­tyk dwor­skich po­zo­sta­wił Je­go Wy­so­kość Jun­to­ku[9], znaj­dzie­my za­le­ce­nie, aby "strój no­szo­ny przez ce­sa­rza był nie­wy­szu­ka­ny".

3.

Męż­czy­zna, na­wet je­śli ce­lu­je we wszyst­kich dzie­dzi­nach, ale nie zna się na sztu­ce ko­cha­nia, po­zo­sta­je ża­ło­śnie nie­do­sko­na­ły, jak cen­na czar­ka, któ­rej od­pa­dło dno. Wzru­sza­ją­cy jest mło­dy czło­wiek, kie­dy prze­mo­czo­ny do su­chej nit­ki od ro­sy lub szro­nu błą­ka się bez ce­lu, pe­łen obaw, że na­ra­zi się ro­dzi­com, al­bo że lu­dzie we­zmą go na ję­zy­ki. Go­rącz­ko­wo ob­my­śla co­raz to no­we for­te­le, aby do­piąć swe­go, a mi­mo to gdy noc nad­cho­dzi, zno­wu za­sy­pia sa­mot­nie płyt­kim, nie­spo­koj­nym snem. Nie po­wi­nien jed­nak od­da­wać się bez umia­ru mi­ło­snym igrasz­kom. Jesz­cze po­my­ślą so­bie ko­bie­ty, że jest ła­twą zdo­by­czą.

4.

To za­cne i chwa­leb­ne my­śleć nie­ustan­nie o przy­szłym ży­wo­cie i nie za­nie­dbu­jąc żad­nych sta­rań, żyć w zgo­dzie z na­uką Bud­dy.

5.

Je­że­li spo­tka cię nie­szczę­ście i po­pad­niesz w przy­gnę­bie­nie, nie de­cy­duj się po­chop­nie, po­wo­do­wa­ny chwi­lo­wym im­pul­sem, na ogo­le­nie gło­wy[10]. Za­le­cał­bym ra­czej za­mknąć się w do­mu tak, aby nie moż­na by­ło na­wet po­znać, czy jest ktoś w środ­ku czy nie, i spę­dzać dzień za dniem, ni­cze­go od świa­ta nie ocze­ku­jąc. Moż­na do­praw­dy zro­zu­mieć, co mu­siał czuć rad­ca Aki­mo­to[11], gdy - jak gło­si prze­kaz - wzdy­chał: "Choć je­stem bez wi­ny, mi­ły był­by mi wi­dok księ­ży­ca hen, na wy­gna­niu".

6.

Na­wet szla­chet­nie uro­dzo­nym, nie wspo­mi­na­jąc już o pro­stych lu­dziach, od­ra­dzał­bym po­sia­da­nie dzie­ci. Ani Sa­ki-no Ch?sho-?[12], ani Kuj?-no Okio­to­do[13], ani Ha­na­zo­no-no Sa­da­ijin[14] nie ży­czy­li so­bie, aby ich ród trwał. We­dług re­la­cji przy­to­czo­nej w Yot­su­gi-no oki­na-no mo­no­ga­ta­ri[15] te­go sa­me­go zda­nia był Fu­ji­wa­ra-no Yoshi­fu­sa[16]. Pi­sał: "Le­piej nie mieć po­tom­stwa. By­ło­by pod każ­dym wzglę­dem po­ża­ło­wa­nia god­ne, gdy­by się oka­za­ło, że po­tom­ko­wie nam ustę­pu­ją". Po­wia­da­ją, że kie­dy ksią­żę Sh?toku[17] za­ma­wiał dla sie­bie na­gro­bek, ka­zał: "tu i ów­dzie po­przy­ci­nać i ocio­sać, bo nie ży­czę so­bie po­tom­stwa".

7.

Po­zba­wio­ne owej me­lan­cho­lij­nej uro­dy[18] by­ło­by na­sze ży­cie, gdy­by­śmy mie­li ni­g­dy nie znik­nąć tak, jak zni­ka ro­sa na rów­ni­nie Ada­shi­no[19], al­bo nie ule­cieć, jak ula­tu­ją dy­my znad szczy­tu To­ri­bey­amy[20], tyl­ko trzy­ma­li się bez koń­ca te­go ży­wo­ta. Ca­ły czar ży­cia w tym wła­śnie, że jest nie­trwa­łe.

Przyj­rzyj­cie się in­nym stwo­rze­niom - żad­ne nie ży­je tak dłu­go jak czło­wiek. Jęt­ka nie do­cze­ka wie­czo­ra, a let­nia cy­ka­da nie po­zna ni wio­sny, ni je­sie­ni. To cu­dow­ne uczu­cie uświa­do­mić so­bie, że prze­ży­li­śmy choć­by rok, nie­śpiesz­nie sma­ku­jąc każ­dą je­go chwi­lę. A je­że­li i te­go ci ma­ło, je­że­li żal ci i chciał­byś wię­cej, to choć­byś żył na­wet ty­siąc lat, i tak wy­da ci się, że to za­le­d­wie sen jed­nej no­cy. Ży­cie na­sze nie trwa wiecz­nie, po cóż więc cze­kać, aż za­wład­nie na­mi brzy­do­ta? Im dłu­żej czło­wiek ży­je, tym bar­dziej na­ra­ża się na wstyd. Za­osz­czę­dzi­li­by­śmy so­bie wie­le kło­po­tu, gdy­by­śmy ze­szli z te­go świa­ta naj­póź­niej przed czter­dziest­ką. Gdy prze­kro­czy­my ten wiek, za­pra­gnie­my, nie­po­mni swej szpet­nej po­sta­ci, spo­ty­kać się z ludź­mi, ze­chce­my u kre­su na­szych dni ho­łu­bić wnu­czę­ta i pro­sić los o dłu­gie ży­cie, aby upew­nić się, jak się urzą­dzi­ły. Po­głę­bi się na­sze przy­wią­za­nie do spraw do­cze­snych, aż w koń­cu - naj­ża­ło­śniej­sze, co mo­że się stać - utra­ci­my stop­nio­wo zdol­ność od­czu­wa­nia uro­dy świa­ta.

8.

Nic tak nie zwie­dzie czło­wie­ka na ma­now­ce jak zmy­sło­we żą­dze. Głu­pie jest ser­ce męż­czy­zny. Cho­ciaż do­sko­na­le wie­my, jak ulot­ne są pach­ni­dła i jak krót­ko­trwa­ła woń ka­dzi­deł, któ­ry­mi na­sy­ca się stro­je, nic nie po­ra­dzi­my na to, że ser­ce bi­je nam moc­niej, gdy do­cie­ra do nas za­pach nie­wy­sło­wio­nej sło­dy­czy. Po­wia­da­ją, że na­wet pu­stel­nik Ku­me[21] utra­cił swą nie­zwy­kłą moc po tym, jak uj­rzał biel łyd­ki dziew­czy­ny za­ję­tej pra­niem. I trud­no się te­mu dzi­wić, sko­ro jej no­gi, rę­ce i ca­łe cia­ło mia­ły nie­od­par­cie po­wab­ną pulch­ność i na­tu­ral­ną, nie­upięk­szo­ną sztucz­nie kar­na­cję.

9.

Pięk­ne wło­sy u ko­bie­ty naj­bar­dziej przy­cią­ga­ją wzrok męż­czy­zny. Jej cha­rak­ter i uspo­so­bie­nie po­zna­my, gdy tyl­ko się ode­zwie, na­wet je­śli jej głos do­bie­ga zza pa­ra­wa­nu.

Je­że­li zda­rzy się, że ko­bie­ta - na­wet bez­wied­nie - pod­bi­je ser­ce męż­czy­zny, jest tak pod­eks­cy­to­wa­na, że nie mo­że usnąć. Go­to­wa na wszel­kie wy­rze­cze­nia, z wdzię­kiem znie­sie rze­czy, któ­rych nor­mal­nie by nie znio­sła, a wszyst­ko dla­te­go, że po­chła­nia ją bez resz­ty uczu­cie mi­ło­ści. Za­praw­dę głę­bo­kie są ko­rze­nie mi­ło­sne­go unie­sie­nia i nie­zba­da­ne je­go źró­dła. Od wszel­kich pra­gnień po­cho­dzą­cych z na­szych zmy­słów po­tra­fi­my się ja­koś uwol­nić. Nad jed­nym tyl­ko, mi­ło­snym po­żą­da­niem, nie je­ste­śmy w sta­nie za­pa­no­wać i do­ty­czy to wszyst­kich bez wy­jąt­ku - sta­rych i mło­dych, mą­drych i głu­pich. Dla­te­go po­wia­da­ją, że na­wet ol­brzy­mie­go sło­nia da się z ła­two­ścią spę­tać, je­że­li uży­je­my sznu­ra sple­cio­ne­go z ko­bie­cych wło­sów, a gwiż­dżąc na pisz­czał­ce wy­ko­na­nej z cho­da­ka, któ­ry mia­ła kie­dyś na no­dze dziew­czy­na, bez tru­du zwa­bi­my je­sien­ne­go ło­sia. Le­piej lę­kaj się jej i uni­kaj, strzeż się jej zwod­ni­czej si­ły.

10.

Przy­jem­nie, gdy dom, choć to tyl­ko krót­ko­trwa­łe schro­nie­nie, urzą­dzo­ny jest har­mo­nij­nie i tak, jak lu­bi­my. Gdy go­ści­my u za­cnej, ob­da­rzo­nej do­brym sma­kiem oso­by, ma­my wra­że­nie, że na­wet księ­życ roz­świe­tla szcze­gól­nym bla­skiem jej przy­tul­ne do­mo­stwo. Choć wca­le nie wy­myśl­na ani nie zbu­do­wa­na we­dle obo­wią­zu­ją­cej mo­dy, sie­dzi­ba ta­ka tchnie spo­ko­jem, czu­je­my tam at­mos­fe­rę za­sie­dze­nia. Uj­mu­je nas bez­pre­ten­sjo­nal­no­ścią, uro­kiem sta­rych drzew w ogro­dzie, pie­lę­gno­wa­nych bez osten­ta­cji ro­ślin i krze­wów, we­ran­dą i kunsz­tow­nie ple­cio­ną kon­struk­cją drew­nia­ne­go par­ka­nu, roz­rzu­co­ny­mi nie­dba­le tu i tam sprzę­ta­mi, któ­re pa­mię­ta­ją daw­ne cza­sy. Przy­kro na­to­miast pa­trzeć na dom, nad któ­re­go wy­koń­cze­niem trud­ni­ła się ca­ła ar­mia cie­śli, wkła­da­jąc w pra­ce ogrom­ny wy­si­łek i po­my­sło­wość. Zgro­ma­dzo­no w nim wie­le cen­nych me­bli, spe­cjal­nie spro­wa­dzo­nych z kra­ju lub na­wet z Chin, gdzie ro­śli­nom, drze­wom w ogro­dzie nie da­je się ro­snąć tak, jak chcą, ale kształ­tu­je je ludz­ka rę­ka. Dom ta­ki spra­wia na­praw­dę przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. W koń­cu jak dłu­go w nim po­zo­sta­nie­my? Wia­do­mo, niech­by tyl­ko wy­buchł po­żar, a wszyst­ko w jed­nej chwi­li ule­ci z dy­mem. Wie­le moż­na się do­wie­dzieć o czło­wie­ku na pod­sta­wie te­go, jak miesz­ka. Mi­ni­ster Go-To­ku­da­iji[22] ka­zał prze­cią­gnąć wzdłuż ka­le­ni­cy li­nę po to, aby ka­nie nie sia­da­ły na da­chu je­go re­zy­den­cji. Wi­dząc to, Saigy?[23] rzekł: "A cóż mu szko­dzi­ło, że ptac­two sia­da na do­mu? Od ra­zu wi­dać, co z księ­cia za czło­wiek". I po­noć już ni­g­dy wię­cej go nie od­wie­dził.

Przy­po­mnia­ła mi się ta hi­sto­ria nie­daw­no, kie­dy zo­ba­czy­łem sznur roz­cią­gnię­ty na da­chu pa­ła­cu Ko­sa­ka[24], za­miesz­ka­ne­go przez księ­cia Ayanok?ji[25]. Ktoś wy­ja­śnił, że ksią­żę zro­bił to z li­to­ści. Nie mógł pa­trzeć, jak sta­da wron, rzu­ca­jąc się z da­chu pro­sto do sta­wu, po­lu­ją na ża­by. Przy­zna­ję, da­ło mi to do my­śle­nia. Kto wie, mo­że i To­ku­da­iji dzia­łał z po­dob­nych po­bu­dek.

11.

By­ło to chy­ba w dzie­sią­tym mie­sią­cu, kie­dy mi­nąw­szy po dro­dze Ku­ru­su­no[26], za­sze­dłem do wio­ski w gó­rach. Scho­dząc dłu­gą, po­kry­tą mchem ścież­ką, na­tra­fi­łem na sa­mot­nie sto­ją­cą cha­tę. Po­za szme­rem wo­dy pły­ną­cej w ukry­tej pod li­sto­wiem bam­bu­so­wej ru­rze nie do­cho­dził tu ża­den od­głos. Na oł­ta­rzu[27] le­ża­ły rzu­co­ne nie­dba­le chry­zan­te­my i czer­wo­ne li­ście klo­nu. Ktoś za­tem mu­siał miesz­kać na tym od­lu­dziu! By­łem po­ru­szo­ny - pro­szę, więc moż­na żyć i tak. Wtem spo­strze­głem w ogro­dzie nie­opo­dal ogrom­ne drze­wo man­da­ryn­ko­we, któ­re­go ga­łę­zie ugi­na­ły się pod cię­ża­rem doj­rza­łych owo­ców. Mój za­chwyt zmą­cił wi­dok ma­syw­ne­go ogro­dze­nia ota­cza­ją­ce­go drze­wo. Z ża­lem po­my­śla­łem, o ile le­piej by­ło­by, gdy­by te­go ogro­dze­nia tam nie by­ło!

12.

Uciąć so­bie ser­decz­ną po­ga­węd­kę z czło­wie­kiem o po­dob­nych upodo­ba­niach - cóż to za roz­kosz! Moż­na z nim swo­bod­nie roz­trzą­sać spra­wy wznio­słe al­bo dzie­lić się plot­ka­mi, czer­piąc z te­go praw­dzi­wą przy­jem­ność. Gdzież jed­nak zna­leźć ta­kich part­ne­rów do dys­ku­sji? A kie­dy mu­szę sta­le mieć się na bacz­no­ści, aby nie po­wie­dzieć cze­goś, co mo­gło­by ura­zić me­go roz­mów­cę, to mam wra­że­nie, jak­bym w grun­cie rze­czy był sam.

Moż­na, zda­wa­ło­by się, zna­leźć wy­tchnie­nie w roz­mo­wie z kimś, kto przy­ta­ku­je wszyst­kie­mu, co mó­wisz, od cza­su do cza­su opo­nu­jąc: "Nie, z tym bym się nie zgo­dził", al­bo wtrą­ca­jąc swo­je: "I wła­śnie dla­te­go jest tak, a nie ina­czej". W rze­czy­wi­sto­ści z ludź­mi, z któ­ry­mi cię nic nie łą­czy, moż­na roz­ma­wiać je­dy­nie o bła­host­kach. Smut­na rzecz! Tak da­le­ko im do two­ich przy­ja­ciół od ser­ca.

13.

Nie ma rów­nie wiel­kiej roz­ko­szy, jak w sa­mot­no­ści usiąść z otwar­tą księ­gą przy lam­pie i po­zna­wać lu­dzi z za­mierz­chłej epo­ki, któ­rych ni­g­dy wcze­śniej się nie spo­tka­ło. Z ksiąg wy­brał­bym po­ru­sza­ją­ce ustę­py Wen xu­an[28], ze­bra­ne dzie­ła mi­strza Bai[29], afo­ry­zmy La­ozi[30] i roz­dzia­ły Po­łu­dnio­we­go Kwia­tu[31]. Na­wet wśród ksiąg na­pi­sa­nych przez uczo­nych mę­żów na­sze­go kra­ju moż­na zna­leźć wie­le zaj­mu­ją­cych dzieł, je­że­li po­cho­dzą z daw­nych cza­sów.

Przy­pi­sy

4 Z Za­pi­sków spod wez­gło­wia w tłum. Agniesz­ki Żu­ław­skiej-Ume­dy: "Z cięż­kim ser­cem pa­trzę na ro­dzi­ców, któ­rzy uko­cha­ne­go syn­ka ska­zu­ją na to, że­by zo­stał mni­chem, a po­tem mi­strzem bud­dyj­skie­go pra­wa. Lu­dzie bę­dą mie­li go za nic, jak spróch­nia­łe drew­no. Jak­że mi go żal!".

5 Au­tor po­wo­łu­je się na frag­ment z Za­pi­sków spod wez­gło­wia: "gdy­by tyl­ko zdjąć im mni­sie cza­py z głów, dla po­stron­nych ni­czym nie róż­ni­li­by się od drew­nia­nych koł­ków".

6 Ka­płan bud­dyj­skiej szko­ły ten­dai (917-1003).

7 Tu: kon­fu­cjań­skie za­sa­dy do­ty­czą­ce sztu­ki rzą­dze­nia i ety­ki.

8 Fu­ji­wa­ra-no Mo­ro­su­ke (908-960).

9 Uro­dzo­ny w 1197 ro­ku, ab­dy­ko­wał w 1221, zmarł w 1242 na wy­spie Sa­do. Po­zo­sta­wił trzy­to­mo­we dzie­ło Kim­pi-sho, z któ­re­go po­cho­dzi ten cy­tat.

10 Czy­li zo­sta­nie mni­chem.

11 Mi­na­mo­to-no Aki­mo­to (1000-1047) - zo­stał mni­chem bud­dyj­skim w 1036 ro­ku, po śmier­ci ce­sa­rza Goichij?, któ­re­mu słu­żył.

12 Sa­ki-no Ch?sho-? (914-987) - Ka­ne­aki­ra Shinn?, syn ce­sa­rza Da­igo.

13 Kuj?-no Okio­to­do (908-960) - je­den z pro­to­pla­stów tzw. pół­noc­nej ga­łę­zi ro­du Fu­ji­wa­ra, bli­sko po­wią­za­ne­go z sio­gu­na­tem Ka­ma­ku­ra.

14 Mo­wa o Mi­na­mo­to-no Ari­hi­to (1103-1047), wnu­ku ce­sa­rza Sanj? (976-1017); peł­nił funk­cję mi­ni­stra le­wej stro­ny.

15 W Ja­po­nii po­wszech­nie zna­ny pod ty­tu­łem ?kagami (Wiel­kie zwier­cia­dło), utwór z koń­ca XII wie­ku, z ga­tun­ku tzw. opo­wie­ści hi­sto­rycz­nych.

16 Fu­ji­wa­ra-no Yoshi­fu­sa (804-872) - wpły­wo­wy dwo­rza­nin w erze He­ian.

17 Sh?toku-ta­ishi (574-622) - wy­bit­ny mąż sta­nu, syn ce­sa­rza Y?meia (la­ta pa­no­wa­nia 585-587), w 593 ro­ku ob­jął funk­cję re­gen­ta; po­ło­żył wiel­kie za­słu­gi dla roz­wo­ju kul­tu­ry i upo­wszech­nie­nia bud­dy­zmu ja­ko re­li­gii pań­stwo­wej. We­dług bio­gra­fii z 917 ro­ku, grób księ­cia zo­stał świa­do­mie za­pro­jek­to­wa­ny skrom­nie, aby wy­ga­sła je­go li­nia. W po­wszech­nym prze­ko­na­niu oka­za­ły na­gro­bek miał wró­żyć po­tom­kom zmar­łe­go roz­kwit i do­sta­tek.

18 W ory­gi­na­le mo­no-no awa­re, od cza­sów kul­tu­ry dwor­skiej (X-XI w.) jed­na z pod­sta­wo­wych ka­te­go­rii es­te­tycz­nych w Ja­po­nii; ter­min ozna­cza szcze­gól­ną wraż­li­wość na ulot­ne pięk­no oraz to­wa­rzy­szą­cy jej smu­tek pły­ną­cy ze świa­do­mo­ści prze­mi­ja­nia.

19 Tak na­zy­wał się nie­ist­nie­ją­cy już dziś cmen­tarz w sta­rym Kio­to. Ze wzglę­du na ko­no­ta­cje je­go na­zwa czę­sto po­ja­wia się w po­ezji, sym­bo­li­zu­jąc prze­mi­ja­nie, nie­trwa­łość.

20 Ist­nie­ją­cy do dziś cmen­tarz w Kio­to. "Dy­my znad szczy­tu" to alu­zja do kre­ma­cji zwłok.

21 Le­gen­dar­na po­stać z opo­wie­ści fan­ta­stycz­nych ze­bra­nych pod ko­niec XI wie­ku w Kon­ja­ku-mo­no­ga­ta­ri (Opo­wie­ści o rze­czach daw­nych); po­siadł ja­ko­by sztu­kę la­ta­nia.

22 Mo­wa o mę­żu sta­nu i po­ecie Fu­ji­wa­rze-no Sa­ne­sa­dzie (1139-1191).

23 Je­den z naj­wy­żej ce­nio­nych po­etów ja­poń­skich; żył w la­tach 1118-1190, był mni­chem bud­dyj­skim szko­ły shin­gon; pi­sał wier­sze w sty­lu kla­sycz­nej for­my po­etyc­kiej wa­ka, zło­żo­nej z pię­ciu wer­sów po 5, 7, 5, 7 i 7 sy­lab w wer­sie; przed przy­ję­ciem klasz­tor­ne­go imie­nia En'i na­zy­wał się Sat? No­ri­kiyo; po­wszech­nie zna­ny pod przy­wo­ła­nym po­wy­żej imie­niem po­etyc­kim.

24 Cho­dzi o świą­ty­nię My?h?-in na­le­żą­cą do bud­dyj­skiej szko­ły ten­dai.

25 Syn ce­sa­rza Ka­mey­amy (1249-1305).

26 Dziś re­jon Yama­shi­na w dziel­ni­cy Hi­ga­shiy­ama w Kio­to.

27 W ory­gi­na­le aka­da­na - słu­ży­ła ja­ko miej­sce do skła­da­nia Bud­dzie ofia­ry z wo­dy i kwia­tów.

28 Wen xu­an - trzy­dzie­sto­to­mo­wa an­to­lo­gia li­te­ra­tu­ry chiń­skiej, dzie­ło księ­cia Xiao Tong'a z dy­na­stii Liang (ok. 520 r.); w Ja­po­nii zna­na pod ty­tu­łem Mon­zen.

29 Mo­wa o wiel­kim po­ecie chiń­skim Bo Juyi (772-846), któ­ry cie­szył się du­żą po­pu­lar­no­ścią rów­nież w Ja­po­nii.

30 La­ozi (VI w. p.n.e.) - le­gen­dar­ny twór­ca tao­izmu fi­lo­zo­ficz­ne­go. Swo­je na­uki spi­sał w for­mie mak­sym i afo­ry­zmów w Da­ode­jing. Ist­nie­ją róż­ne tłu­ma­cze­nia te­go dzie­ła na ję­zyk pol­ski, m.in.: Księ­ga dao i de z ko­men­ta­rza­mi Wang Bi, przeł. An­na Iwo­na Wój­cik, Wy­daw­nic­two Uni­wer­sy­te­tu Ja­giel­loń­skie­go, Kra­ków 2006; Tao-Te-King, czy­li Księ­ga Dro­gi i Cno­ty, przeł. Ta­de­usz Żbi­kow­ski, "Li­te­ra­tu­ra na Świe­cie" 1987, nr 1.

31 Mo­wa o Praw­dzi­wej Księ­dze Po­łu­dnio­we­go Kwia­tu (Nan-hua zhen-jing), dzie­le Zhu­ang­zie­go (ok. 369-ok. 286 p.n.e.), wiel­kie­go my­śli­cie­la i po­ety, wy­bit­ne­go in­ter­pre­ta­to­ra my­śli tao­istycz­nej. Dzie­ło jest do­stęp­ne w ję­zy­ku pol­skim w tłu­ma­cze­niach: Wi­tol­da Ja­błoń­skie­go, Ja­nu­sza Chmie­lew­skie­go i Ol­gier­da Woj­ta­sie­wi­cza (PWN, War­sza­wa 1953), oraz Mar­ci­na Ja­co­by'ego (Iskry, War­sza­wa 2009).