Zapisane w gwiazdach - Jackie Ashenden

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Alice Smith mogła dokładnie wskazać moment, w którym jej życie legło w gruzach. Było to dokładnie wtedy, kiedy poznała swojego szwagra. I choć minęło pięć lat, sytuacja nie uległa zmianie. Sebastián Castellano, dziesiąty książę Aveiry, wciąż był nieziemsko przystojny, dokładnie tak, jak wtedy, gdy Emily po raz pierwszy przyprowadziła go na spotkanie rodzinne. Mimo upływu lat, Alice nadal czuła motyle w brzuchu przy każdym spotkaniu.

Ostatni raz widziała go na pogrzebie Emily dwa miesiące temu. Sebastián przyleciał specjalnie z Hiszpanii, żeby móc wziąć w nim udział. Nie zamienił wówczas ani słowa ani z Alice, ani z nikim innym, siedział na końcu kościoła i wyjechał zaraz po złożeniu trumny. Pogrzeb męża Alice - Edwarda, był dzień później. Alice nie oczekiwała, że Sebastián się pojawi. Dlaczego miałby to zrobić? Emily i Edward mieli romans, wyjechali razem do Szwajcarii, gdzie ich samochód rozbił się o górę.

Ten romans nie był jednak teraz dla Alice ważny. Liczył się dla niej tylko Diego, czteromiesięczny syn Emily i Edwarda. To właśnie dla niego przyleciała do Sevilli. Podróż była wyczerpująca, trwała całe czterdzieści osiem godzin, a ze względu na brak bezpośrednich lotów z Auckland, była zmuszona przesiadać się aż trzy razy. Z lotniska do rodzinnej posiadłości Castellano dostała się taksówką. Czuła się okropnie, miała jet lag, a gorące i zakurzone powietrze utrudniało jej oddychanie. Czarny garnitur, który włożyła, nie pomagał. Była cała spocona, a nerwy, które odczuwała, jadąc do hacjendy rodziny Castellano, rosły z każdym przebytym kilometrem. Sebastián był trudnym człowiekiem, wiedziała, że konfrontacja z nim nie będzie łatwa, ale nie miała wyjścia. Jej siostrzeniec był dla niej najważniejszy na świecie i musiała zabrać go do Nowej Zelandii. Tam był jego dom.

Alice dotarła na miejsce, przed nią rozpościerał się ogromny drewniany wybieg, który pamiętała z poprzednich wizyt w domu Sebastiána. Rodzina Castellano słynęła z hodowli koni andaluzyjskich. Konie z ich hodowli były najbardziej pożądanymi końmi na świecie. Wykorzystywano je do ujeżdżania, skoków przez przeszkody i wielu innych dyscyplin sportowych. Sebastián był z kolei światowej sławy hodowcą i trenerem. Alice uwielbiała odwiedzać stajnie, robiła to przy każdej wizycie. Przyjeżdżała tu w każde święta Bożego Narodzenia, dzięki hojności Sebastiána, który opłacał podróż Alice, Edwarda oraz swoich teściów, gdy ci jeszcze żyli. I choć powinna cieszyć się z wizyt w słonecznej Hiszpanii, jedyną rzeczą, która sprawiała jej radość, to czas spędzany z końmi. Kochała je od dziecka w przeciwieństwie do Emily, która zawsze się ich bała. Gdyby Emily żyła, to z pewnością przeraziłby ją widok wspaniałego, lśniącego czarnego ogiera, który właśnie kłusował wokół zagrody na uwiązie. Uwiąz trzymała postać stojąca pośrodku zakurzonego kręgu zagrody, obserwująca, jak koń krąży wokół niego.

Mężczyzna był niezwykle wysoki. Sprawiał, że Alice mierząca sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu czuła się jak krasnoludek. Jego ramiona były szerokie i muskularne. Miał figurę sportowca, a czarna koszulka i zakurzone spodnie dżinsowe, które teraz miał na sobie, tylko podkreślały jego wspaniałą fizyczność. Kruczoczarne włosy lśniły niczym grzywa konia i choć jego twarz była lekko odwrócona, nie musiała jej widzieć, żeby ją sobie przypomnieć. Ta twarz nawiedzała ją w snach. Precyzyjnie wyrzeźbione rysy arystokraty, wysokie kości policzkowe, prosty nos i jędrne, zaciśnięte usta. Oczy w kolorze ciemnego, dymnego złota.

Nie informowała go o tym, że przyjedzie. Nie chciała, żeby znał cel jej podróży, dopóki nie staną twarzą w twarz. To nie była rozmowa, którą chciała przeprowadzić przez telefon, a już na pewno nie z Sebastiánem. W torebce trzymała list Emily. Był pognieciony i poplamiony łzami. Stanowił dowód woli jej siostry i zamierzała mu go pokazać, gdyby wdali się w kłótnię. Miała nadzieję że do tego nie dojdzie, że Sebastián, potomek starożytnego księstwa, którego historia i interesy opierały się na więzach krwi, nie będzie chciał wychowywać dziecka będącego owocem romansu jego żony z innym mężczyzną. Był taki dumny ze swoich więzów rodzinnych, że Alice nawet nie potrafiła wyobrazić sobie, że będzie chciał opiekować się Diego. Może nawet się ucieszy, że Alice zabierze od niego ten problem.

Kiedy przyjechała, Lucia, gosposia zajmująca się hacjendą rodziny Castellano, powitała ją jak dawno zaginioną córkę. Poinformowała, że pan Sebastián znajduje się w stajni i zajmuje się swoim nowym zakupem. Lucia próbowała namówić Alice, żeby usiadła i wypiła coś zimnego, ale Alice nalegała na natychmiastowe spotkanie z Sebastiánem. Chciała mieć tę rozmowę z głowy najszybciej, jak to możliwe.

To właśnie dlatego stała teraz w palącym słońcu, obserwując, jak wspomniany nowy nabytek, piękny koń, zatrzymuje się tuż przed Sebastiánem. Mężczyzna wyjął z kieszeni jabłko, a koń zjadł je bezpośrednio z jego dłoni. Była jak zahipnotyzowna tym widokiem. Sebastián z czułością głaskał konia po nosie. Emily raz wspomniała, że Sebastián miał magiczną rękę do zwierząt. Mówiła, że kochał konie bardziej niż własną żonę. Alice nie przykładała wtedy wagi do słów siostry, która uwielbiała być w centrum uwagi, ciągle otoczona opieką. W rzeczywistości Emily miała rację.

Kierownik stajni otworzył bramę zagrody i wpuścił Alice do środka. Sebastián krótko rozmawiał z kierownikiem po hiszpańsku, zanim zwrócił się w jej kierunku. I wtedy, tak jak zwykle, serce Alice zaczęło szybciej bić. Zdarzało jej się to za każdym razem, gdy go widziała. Nienawidziła tego.

Poznała go pięć lat temu, po burzliwym ślubie jego i Emily. Przyjechali do Nowej Zelandii, żeby mógł poznać rodziców żony, i to właśnie wtedy, kiedy stali niezręcznie na tarasie jej rodzinnego domu, w chwili, gdy jego złote oczy spotkały się z jej, poczuła niemal instynktowny cios. Cios w brzuch, silny pociąg fizyczny, a nawet coś więcej, przynajmniej dla niej. Nie potrafiła ubrać w słowa natury emocji, które ją ogarnęły, czuła, że ma w nim bratnią duszę. Nie miała pojęcia dlaczego. Nie znała go, nigdy wcześniej go nie spotkała. Po prostu coś dotarło do jej wnętrza i zacisnęło palce na jej sercu.

Ale była żoną Edwarda, a on właśnie ożenił się z Emily, więc nie dało się z tym nic zrobić. Odłożyła swoje uczucia, zignorowała je, zakopała tak głęboko, że mogła niemal udawać, że nie istniały. Nie było jej trudno, gdyż Sebastián i Emily mieszkali w Hiszpanii. Alice stała się profesjonalistką w ukrywaniu uczuć. Nigdy nie dała Sebastiánowi żadnego znaku. Nie mógł podejrzewać, że coś do niego czuje. Jednak za każdym razem, gdy znajdował się blisko, czuła ten sam cios, to samo przyciąganie, które pchało ją do niego niczym magnes. A najgorsze było to, że czasami Sebastián przyglądał jej się z błyskiem w oku. Błyskiem, który sprawiał, że mogła podejrzewać, że on czuje do niej to samo. Jednak ignorowała również te znaki, bo przecież obydwoje byli po ślubie.

Teraz, na padoku, Sebastián odwrócił od niej wzrok, powiedział coś do kierownika zagrody Tomasa i wrócił do swojego konia. Tomas opuścił zagrodę, zamknął za sobą bramę i zwrócił się do Alice.

- Pani Smith - powiedział Tomas z ciężkim akcentem. Musiał być nowym pracownikiem Sebastiána, ponieważ Alice go nie znała, a z upływem lat zdążyła poznać większość osób pracujących dla rodziny Castellano. - Su Excelencia jest zajęty. Ale może pani poczekać w hacjendzie, aż będzie mógł z panią porozmawiać.

Przeszła ją fala gniewu. Była zgrzana, spocona i cierpiała na jet lag, a im dłużej zwlekała z rozmową dotyczącą Diego, tym trudniej jej będzie ją przeprowadzić. Bo oczywiście w kontaktach z Sebastiánem nic nigdy nie było łatwe. Nie chodziło o to, że z nim nie rozmawiała. Rozmawiała. Ale tylko wtedy, gdy nie było innego wyjścia, a nawet wtedy ich rozmowy były krótkie, sztywne i niezręczne. Był dla niej uprzejmy, ale również zimny i zdystansowany, więc starała się go unikać, kiedy mogła, a kiedy nie mogła, traktowała go z lodowatą formalnością. Przez chwilę żywiła nawet nadzieję, że Emily nie zauważy, że jej siostra i mąż się nie dogadują.

Była to fałszywa nadzieja.

Emily szybko doszła do wniosku, że skoro Alice i Sebastián się nie lubią, trzeba ich do siebie zbliżyć, żeby nauczyli się dogadywać. Bardzo ją to męczyło i w końcu Alice musiała powiedzieć Emily, żeby przestała. Tak, może nie pałali do siebie zbytnią sympatią, ale byli dorośli i potrafili pogodzić się z wzajemną nienawiścią, nie rujnując przy okazji relacji rodzinnych. Emily nie musiała wiedzieć, że to, co czuła Alice, dalekie było od nienawiści.

Alice wpatrywała się w wysoką postać stojącą w zagrodzie, ale on już się nie obejrzał. Czy wiedział, dlaczego Alice tu jest? Czy dlatego kazał jej czekać w hacjendzie? Czy Emily powiedziała mu, że Diego nie jest jego? Czy wiedział, że miała romans z Edwardem przed wypadkiem samochodowym? Czy było to dla niego tak samo szokujące, jak dla niej?

Naprawdę powinna go posłuchać i zaczekać na niego w domu. Było gorąco, rozmowa przebiegłaby lepiej w chłodnym domu. Jednak od kiedy otworzyła firmę inwestycyjną, stała się niecierpliwa. Niezwykła czekać na mężczyzn. Brała sprawy w swoje ręce i zaczynała rozmowę, zanim mężczyźni mogliby ją potraktować z góry. Bycie kobietą w świecie finansów było skomplikowane, ale starała się nie pozwolić, by płeć miała wpływ na jej firmę. Takie podejście powinno pomóc jej w rozmowie z Sebastiánem.

Miała lata praktyki w ukrywaniu tego, co do niego czuła, w ukrywaniu własnych uczuć i właśnie w ten sposób zamierzała negocjować tę konkretną sytuację. Powie mu logicznie i spokojnie, że Emily wysłała jej list w sprawie Diego i że siostra życzyła sobie, aby to Alice go wychowała. Właśnie dlatego tu była. Żeby zabrać siostrzeńca z powrotem do domu, do Nowej Zelandii, gdzie jest jego miejsce. I Sebastián nic nie mógł z tym zrobić. Koniec historii.

Sebastián próbował skupić się na Halcónie, swoim nowym ogierze, ale było to trudne. Wciąż czuł w sobie silny wstrząs wywołany nieoczekiwaną obecnością Alice. Odzyskanie nad sobą kontroli okazało się trudne. Znacznie trudniejsze, niż powinno, zwłaszcza po tylu latach praktyki. Sztuki kontroli nauczył się wcześnie, ponieważ jego ojciec nie tolerował niczego innego niż całkowite panowanie nad sobą. Okazało się to przydatne, gdy wszystkie jego plany, wszystkie marzenia na przyszłość rozsypały się po śmierci Emily. Z drugiej jednak strony, był przyzwyczajony do ciosów, jakie niesie życie, a spotkanie Alice po raz pierwszy było jednym z nich.

Nie od razu wiedział, kim ona jest. Stała wówczas na tarasie domu rodziców Emily i patrzyła na malujący się przed nią widok, na błękitną wodę, uśmiechała się na słowa ojca. Jej włosy opadały na ramiona lśniącymi falami, czarnymi jak krucze pióra, i choć jej rysy nie miały w sobie nic z filigranowej urody Emily, było w nich coś, co przykuło jego uwagę. Silna twarz, ożywiona i wyrazista. Nietypowo piękna, ale mimo to urzekająca. Czarne brwi, rzymski nos i zmysłowe usta. Miała skórę w kolorze ciemnego miodu, a kiedy jej brązowe oczy spotkały się z jego, poczuł w sobie radykalną przemianę. Jakby ziemia poruszyła się wokół własnej osi, zmieniając grawitację, zmieniając pory roku, zmieniając nawet powietrze, którym oddychał. Wtedy Emily ich sobie przedstawiła i zrozumiał, bez cienia wątpliwości, że stało się najgorsze - poślubił niewłaściwą siostrę.

Halcón opuścił głowę i szturchnął Sebastiána w rękę, domagając się kolejnego przysmaku, ale Sebastián nie zwracał na niego uwagi. Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że Alice nie poszła do domu, tak jak jej powiedział. Czuł, że go obserwuje, zawsze czuł, kiedy to robiła. Nawet teraz, po tylu latach, wciąż odbierało mu to dech.

Obiecał sobie jednak w dniu, w którym ją poznał, że będzie ignorował to uczucie. Nie mógł pozwolić, żeby pociąg fizyczny, bo na pewno tylko to odczuwał, zniszczył mu życie. Jego uczucie było bez znaczenia. Ona była bez znaczenia. Przecież już ożenił się z kobietą, z którą chciał spędzić życie. Złożył jej przysięgę, obiecał, że dotrzyma jej do końca swoich dni. Książęta Aveiry z rodziny Castellano, jak wiele razy mówił mu ojciec, mieli honor we krwi, a ponieważ nie był prawdziwym Castellano, musiał się nauczyć być honorowym. I nauczył się. To była lekcja, której nigdy nie zapomni.

Kiedy więc usłyszał, jak wypowiada jego imię niskim, chrapliwym głosem, który zdawał się głaskać jego skórę i chwytać coś w środku, nie odwrócił się od razu. Skupił uwagę na koniu, chwytając wodze i podchodząc bliżej.

- Sebastiánie - powtórzyła Alice - muszę z tobą porozmawiać. To ważne.

Oczywiście, że to było coś ważnego. Nie przeleciałaby tu bez zapowiedzi aż z Nowej Zelandii dla jakiejś bzdury. Podejrzewał, że powodem jej wizyty był Diego. Nic innego nie zmusiłoby jej do przemierzenia połowy świata.

Nawet ja - pomyślał.

Zanim poznał Emily, miał wiele kochanek. Miał doświadczenie w kontaktach z kobietami. Wiedział, kiedy kobieta go pożądała, a Alice zdecydowanie go pożądała. Zauważył ogień w jej ciemnych oczach w chwili, gdy ich spojrzenia się spotkały. To sprawiło, że koniecznym było, by nigdy nie zdradził jej swoich uczuć, i jak dotąd nigdy tego nie zrobił. Tak że nie, nie przyjechała tu dla niego, ale nawet gdyby to on był powodem jej podróży, nie miał zamiaru nic z tym nie zrobić. Fakt, że ich współmałżonkowie mieli romans, tylko wzmocnił jego postanowienie.

- Tak jak powiedziałem Tomasowi, jestem zajęty - rzucił szorstko. - Idź do hacjendy. Lucia da ci kawę. Będę za pół godziny.

Nie czekając na odpowiedź, chwycił Halcóna za grzywę i wdrapał się na grzbiet ogiera z nonszalancką łatwością właściwą długoletnim ćwiczeniom.

Wiesz, dlaczego tu jest i wciąż myślisz, że koń jest ważniejszy? - pomyślał.

Och, koń był ważny. To nowa rasa wywodząca się od koni bojowych, na których w starożytności książęta jeździli na bitwy. Nic jednak nie było ważniejsze niż Diego. Jego syn. A Diego był jego synem, wyniki badań DNA nie były ważne. Był obecny podczas porodu, jako pierwszy trzymał Diego na rękach. Kiedy spojrzał na jego buzię po raz pierwszy, poczuł ten sam uścisk, jaki poczuł przy spotkaniu z Alice.

Nie sądził, że Alice się nie dowie, kto jest biologicznym ojcem Diego. Choć po części spodziewał się jej wizyty, nie ucieszyła go ona. Potrzebował czasu, żeby zdecydować, co zrobi z tą sytuacją, co zrobi z nią, a musiał coś zrobić. Nikt nie zabierze mu Diego. Nikt.

Sebastián sterował koniem bez najmniejszego wysiłku. Halcón zatrzymał się, gdy mężczyzna położył dłoń na jego szyi, ale wciąż towarzyszyło mu napięcie. Charakterna z niego bestia. Sebastián lubił konie z charakterem. Nigdy ich nie łamał, za to naprowadzał na dobre tory i umacniał ich charakter.

- Nie chcę kawy - powiedziała Alice - chcę z tobą porozmawiać. I to natychmiast.

W jej głosie pobrzmiewała nuta chłodnego autorytetu, zupełnie inna od ciepła, które kiedyś przenikało każde jej słowo. Zauważył, że ciepło zniknęło niedługo po tym, jak założyła swoją firmę inwestycyjną, w tym samym czasie zauważył też, że iskra namiętności, która tak go pociągała w dniu, w którym się poznali, zgasła. Jakieś wewnętrzne światło w niej zgasło, a ona sama stała się chłodna i twarda. Nie wiedział, co się stało, nie pytał. Nigdy nie rozmawiał o niej z Emily, która wiedziała, że temat jej siostry był drażliwy.

Żal ścisnął mu serce na myśl o zmarłej żonie. Zawiódł Emily i wiedział o tym, ale Diego nie zawiedzie. Nigdy. Ignorując Alice, popędził konia kłusem wokół zagrody, oceniając jego tempo.

W końcu znudzi się czekaniem i zrobi to, co powiedziałem - pomyślał. Tylko że Alice nie wyszła. Stała przed zagrodą i pochylona nad słupkami ogrodzenia obserwowała go. Dała mu jasno do zrozumienia, że nie zamierza się ruszyć.

Emily nigdy nie była w stajni. Bała się koni, co powinno być dla niego ostrzeżeniem, którego nie chciał zauważyć. Była drobna i delikatna. Podobało mu się to, że został obsadzony w roli jej obrońcy. Po to się urodził - by chronić, zupełnie tak jak dawni książęta. Alice, w przeciwieństwie do swojej siostry, nigdy nie bała się koni. Za każdym razem, gdy wraz z Edwardem przylatywali w odwiedziny, szła do stajni. Obserwowała go podczas pracy, a to rozpraszało go na tyle, że w końcu zwrócił jej uwagę. Wydaje się, że już zapomniała o ich rozmowie.

- Mogę tu stać cały dzień - odezwała się Alice. - Nie możesz mnie ignorować, Sebastiánie.

Oczywiście, że mógł. Był księciem. Jednak w tym momencie po prostu chciał odwlec moment, w którym będzie musiał spojrzeć jej w oczy, poczuć to samo pożądanie, które czuł zawsze, gdy ją widział. Wiedząc, że tym razem nic go nie powstrzyma przed wzięciem tego, czego chciał. Tego, czego oboje chcieli... Nie mogło jednak do niczego między nimi dojść. Obydwoje byli wdowcami, ale nie mógł złamać obietnic dla przygodnego seksu.

Unikanie Alice było tchórzostwem, a on nie był tchórzem. Nie zsiadł z konia, zamiast tego spojrzał na nią z góry. Stała tuż za ogrodzeniem, ubrana w pognieciony czarny garnitur i dopasowaną białą koszulę. Jej lśniące czarne włosy było spięte w ciasny kucyk. Miała cienie pod oczami, a wokół ust nowe zmarszczki wywołane żałobą.

Miał powody, by z nią nie rozmawiać. Powody, by nigdy nie przebywać w tym samym pomieszczeniu, co ona. Myślał. że poradził sobie z pożądaniem, ale teraz był pewny, ono nigdy nie ustało. Pomimo widocznego zmęczenia, Alice nie wydawała się mieć żadnego problemu z patrzeniem na niego. Może nie odwzajemniała już jego uczuć.

- Myślałem, że pół godziny nie zrobi ci różnicy - odparł chłodno. - W domu byłoby ci wygodniej.

- Prawdopodobnie tak, ale ta sprawa nie może czekać. - W jej postawie zauważył nie tylko determinację, ale również dawno zagubiony ogień.

- Jesteś tu ze względu na Diego - oświadczył. Nie musiał zadawać jej pytania, doskonale znał powód jej wizyty.

- Skąd...? - zapytała z zaskoczeniem.

- Nie ma innego powodu, byś tu była, Alice - odparł.

Alice powoli wyprostowała się i odepchnęła od ogrodzenia.

- Nie, masz rację. Nie ma innego powodu - odpowiedziała niemal rozkazującym tonem.

Czuł, że pod jej wypowiedzią kryło się coś więcej, ale nie chciał zagłębiać się w jej słowa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji