Zapamiętani - Jacek Bocheński

Reflow text when sidebars are open.
Ludzie musieli go tak zapamiętać: jako osobliwość Zakopanego, coś na podobieństwo podreglańskiego kobziarza lub może przebierańca w kożuchu z niedźwiedzim łbem, zapraszającego do fotografii na Krupówkach, a najprawdopodobniej jako jednego z wielkich zakopiańskich maniaków.
"Dawni bywalcy Zakopanego pamiętają zapewne kaligrafowane własnoręcznie przez prelegenta i przymocowywane pinezkami na słupach ulicznych ogłoszenia zapowiadające tematy jego "piątków literackich""- pisał w roku 1971 Kazimierz Andrzej Jaworski, poeta.
Zmarły dziewięć lat wcześniej prelegent, który kaligrafował i przybijał te ogłoszenia pinezkami do słupów, nazywał się Tadeusz Bocheński.
Był to mój ojciec.
Ludzie musieli go tak zapamiętać: jako osobliwość Zakopanego, coś na podobieństwo podreglańskiego kobziarza lub może przebierańca w kożuchu z niedźwiedzim łbem zapraszającego do fotografii na Krupówkach, a najprawdopodobniej jako jednego z wielkich zakopiańskich maniaków, biegającego z tymi ogłoszeniami po mieście od słupa do słupa. Miał, oczywiście, i pinezki. Ale co do nich, to już się trochę nie zgadza. On je z całą pewnością nazywał inaczej: pluskiewki. Wiem, co mówię.
Jest w Zakopanem Stary Cmentarz na Pęksowym Brzyzku, swego czasu zwany też Cmentarzem Zasłużonych, gdzie leżą półlegendarne postacie Podhala: ksiądz Jan Stolarczyk, Sabała, Tytus Chałubiński, Stanisław Witkiewicz, Władysław Orkan, a i liczni Gąsienicowie, i Chramcowie, i Marusarze. A również Kornel Makuszyński i Antoni Kenar. Oraz jeszcze ze dwieście osób.
Jest grób na prawo od wejścia, lecz nieco głębiej, jakoś tak w połowie drogi przez cmentarz, jednak nie przy głównej drodze, tylko z boku, tego prawego, pod murem. Jest tam grób ojca, są paprocie, granitowy kamień, napis: Tadeusz Bocheński, poeta i społecznik1.
Są też jeszcze na granitowym kamieniu napisane inne rzeczy, że na przykład poeta społecznik walczył o prawdę i tak dalej. Bo ludzie uważali, że powinno być napisane coś takiego pięknego i że to właśnie jest prawda. Ale rzeczywistość była, jak mi się wydaje, trochę inna. Jeśli walczył w istocie, to o język. Nikt tego nigdy nie rozumiał. A potem wszyscy zapomnieli.
Myślę, że ja wiem o tej sprawie pewne rzeczy, których nie wiedzą inni. Dlatego zdecydowałem się o nich napisać. Bo pewnie już pora. Aby zdążyć, zanim sam umrę.
Teraz, gdy na horyzoncie zarysował się niby-kontur tajemnicy, która ma być odsłonięta, mógłby ktoś oczekiwać, że nastąpią rewelacje historyczno-polityczne, jakich od pewnego czasu wiele. A nuż syn odkryje bohaterski szczegół życiorysu ojca. Wyjdzie na jaw nieznana karta wojenna? Tajny sąd w piwnicach NKWD? Dokument z ubeckiego archiwum? Ukrywane latami represje?
Otóż nic takiego nie będzie, bo nic takiego nie było. Kto się czuje zawiedziony, może dalej nie czytać.
Skoro niespodzianie dla samego siebie zatrąciłem na wstępie o politykę i historię, to najlepiej powiem na ten temat od razu całą resztę. Zatrącając o politykę i historię, musi się zatrącić o etos. A to dlatego, że jesteśmy pod pewną szerokością geograficzną, gdzie tak się rzeczy zazębiają. Lub zazębiały. I nie ma co udawać, że nas to nie obchodzi. Nie obchodziło? Bo już przestało? Tak powinienem był powiedzieć?
Ojciec, który zawsze pisał wiersze i przekładał poezję z obcych języków na własny, a do czterdziestego roku życia uczył w szkole łaciny i greki, uważał politykę za sprawę brudną. Był to pierwszy pogląd na politykę i etos, jaki poznałem jeszcze w dzieciństwie.
Jednak z opowiadań domowych wnioskuję, że ten pogląd nie był wcale pierwotnym przekonaniem ojca, ale że ojciec ukształtował go w sobie dopiero z czasem, gdy w pewnym momencie zajął się mimo wszystko polityką. Mianowicie po przewrocie majowym (1926 - rok mego urodzenia) zaangażował się jako mówca polityczny w kampanii wyborczej na rzecz Piłsudskiego i sanacji.
Może byłoby słuszniej, gdybym zamiast "sanacji" napisał "uzdrowienia", bo Piłsudskiemu chodziło o uzdrowienie stosunków, a ojciec musiał w słowie sanacja wyczuwać przede wszystkim jego naturalne znaczenie łacińskie. Teraz też wiem, co mówię.
Piłsudski ze swym programem uzdrowienia był niewątpliwie w oczach ojca człowiekiem czystym. Nie okazały się jednak czyste ani wybory pomajowe, ani późniejsze rządy, ani ludzie, którzy mieli ojcu w nagrodę za udział w kampanii wyborczej i ewentualne przystąpienie do BBWR (mówiono BB) obiecywać jakoby posadę starosty.
To mu się nie podobało. Oferty nie przyjął, do BB nie wstąpił, starostą nie został, jednak sentymentu i respektu dla Piłsudskiego nigdy nie stracił, a samą politykę uznał za rzecz brudną i przestał się nią zajmować.
Nie wiem, czy więcej skłonności odziedziczyłem w prostej linii po nim ja, stary koń, czy przeciwnie: odrzuciłem prawem kontrastu i buntu pokoleń.
Co się tyczy stosunku do polityki i w ogóle do spraw publicznych, zbiorowych, społecznych, koniecznie trzeba dodać, że pod tym względem nie cechowała wcale ojca taka bezwzględna powaga, jaka dotyczyła niektórych innych dziedzin, na przykład estetyki. W polityce nie obowiązywał też taki ascetyzm ani moralny rygoryzm, jakiego ojciec żądał od ludzi w ich życiu osobistym, szczególnie w intymnym.
Seks był brudny. Poza własnym ewentualnie, ale własny to zawsze jest zupełnie inna sprawa.
Polityka nie miała znaczenia. Urząd starosty nie miał znaczenia. Nie miały go również pieniądze ani utrzymanie rodziny. Jak pamiętam, w latach mojego wczesnego dzieciństwa (które upłynęły nie w Zakopanem, lecz w Krakowie) ważną rzeczą było, żeby ojciec uzyskał roczny urlop twórczy, a najlepiej, żeby pozbył się obowiązków nauczycielskich możliwie na stałe.
"Zaproponowaliby mi to sami, gdybym użył pewnego sposobu - śmiał się kiedyś, a ja dziś go jeszcze słyszę. - Musiałbym tylko napisać artykuł polityczny - mówił - do jakiejś opozycyjnej gazety. Przypuśćmy, socjalistycznej. To zawsze mogę zrobić. Bo do endeckiej bym się brzydził".
Nie musiał nigdzie pisać artykułu. Urlop w praktyce bezterminowy, jak się potem okazało, uzyskał w połowie lat trzydziestych za tak zwany zwrot kosztów zastępstwa, co równało się rezygnacji z połowy uposażenia i gwałtownie pogorszyło sytuację materialną domu.
Dlaczego odszedł ze szkół, w których był doskonałym nauczycielem i których w istocie sam potrzebował dla równowagi psychicznej?
Jego uczniowie powoli wymierają, ale oprócz ludzi pamiętających zakopiańskie "piątki literackie" spotykałem do niedawna właśnie uczniów ojca z dwóch przedwojennych gimnazjów: imienia Staszica w Lublinie oraz św. Anny (później Nowodworskiego) w Krakowie. Ci pamiętali niezwykłe olśnienia doznane na lekcjach niby to martwych języków.
Miał też pewnie uczniów, którzy go nie znosili, ale takich rzeczy nie mówi się synowi.
Ja nie chodziłem do szkoły na lekcje ojca. Jego sposób uczenia znam z domu.
Łacina była językiem jak każdy, czyli narzędziem do nazywania przedmiotów, osób, zwierząt, spraw i zjawisk otaczającego świata. Po łacinie po prostu rozmawiał i czasami nie zauważało się, co to za język. Łacina mogła być użyta do czytania fascynujących tekstów o bogach i wojnach, ale gramatyce łacińskiej nie poświęcało się więcej uwagi, niż należałoby poświęcić budowie narzędzia.
Powiem to w sposób nowocześniejszy i zrozumialszy. Łacina była jak samochód, który ma się po to, żeby nim jeździć, a nie po to, żeby ćwiczyć znajomość budowy silnika, ciągle coś w nim rozbierając i na nowo składając.
Inaczej działo się z greką. Owszem, także greka mogła być użyta do lektury tekstów starożytnych, których piękno zapierało dech, lecz nie służyła do rozmów. Grekę się poniekąd oglądało z pewnej odległości, a było na co popatrzeć, bo zachodziły w niej bardzo osobliwe procesy. Greka przypominała ni to ogród zoologiczny, ni to muzeum przyrodnicze, gdzie słowa żyły, mnożyły się i przepoczwarzały jak dziwne zwierzęta z rozmaitych światów i epok jednocześnie, dinozaury obok wiewiórek. No, może przesadziłem. Chodzi o to, że było widać, jakie jest bogactwo form i gatunków, jaki twór z jakiego powstał, co który po którym dziedziczy, jak mogli wyglądać hipotetyczni przodkowie, jak to wszystko mutuje, ewoluuje, rodzi się, ale też wymiera, i dlaczego w końcu dinozaur przekształca się w taką wiewiórkę.
Chyba się to udawało, chyba dobrze było przeżywać to z uczniami, skoro niektórzy są pod wrażeniem do dzisiaj.
Co jednak spowodowało, że ich porzucił?
Ależ uciekał od wszystkich! Bał się ludzi. Unikał kontaktu ze światem brudnym jak polityka, a może jeszcze brudniejszym. Szukał pustelni.
W Zakopanem, gdzie się przeniósł zimą 1936-1937, wkrótce po uzyskaniu urlopu, był tragicznym samotnikiem. Ale chciał samotności. Tylko całkiem wyjątkowo przyjmował kogoś w domu. Nie wiem, czy takich wypadków zdarzyło się więcej, niż mógłbym wtedy zliczyć na palcach jednej ręki, wciąż jeszcze dość małej.
Wybuchła wojna. Popadł w nędzę.
Właśnie podczas okupacji niemieckiej rozpoczął "odczyty", zrazu konspiracyjne, bo zbieranie się w kilkanaście osób po domach prywatnych, żeby głośno czytać wiersze, nie było, oczywiście, dozwolone.
Po wojnie skończyła się konspiracja, jednak odczyty w domach prywatnych pozostały. Już legalne, ale w oczach nowej władzy "bezideowe", więc pozbawione wartości. Oficjalnie nikt nie chciał ich organizować. Stąd wzięła się konieczność własnoręcznie kaligrafowanych ogłoszeń, pluskiewek i słupów.
Pewna zmiana zaszła dopiero po październiku 1956. Pojawiły się drukowane afisze, salka do dyspozycji w Bibliotece Miejskiej. Także emerytura skromna, lecz regularnie wypłacana. A z czasem wręcz order!
Czym były te odczyty pustelnika spod Strążyskiej i Księżego Lasu? Tam właśnie mieszkał, na Żywczańskim (Bogdańskiego 4, parter), w drewnianej "willi" pana Wańczyka, zwanej "Osa", tam przekładał na swój osobliwy język Teogonię Hezjoda albo olimpijki Pindara i własnoręcznie kaligrafował ogłoszenia. Własnoręcznie musiał też co dzień napompować w piwnicy wody potrzebnej do mycia i gotowania, a zimą napalić w blaszanym piecu trociniaku, bo węgiel był za drogi.
Ale raz w tygodniu wybiegał nie do Strążyskiej i nie do Księżego Lasu, tylko na dół do miasta, żeby spotkać się, jak mówił, ze swoimi słuchaczami. Recytował i objaśniał im wiersze czasem swoje, czasem cudze, natomiast przekłady zawsze swoje. Wkładał w to ogromną namiętność, a recytując, modulował bardzo wyraziście głos. Pozwalał się tytułować profesorem. I to był właśnie "piątek literacki".
Myślę, że po odejściu ze szkoły brakowało mu uczniów. Stracił nagle pewną szczególną możliwość ekspresji i słyszenia samego siebie, do której był przyzwyczajony. W Zakopanem musiał mu ten ubytek z biegiem czasu coraz bardziej dokuczać. Otóż może "piątkami literackimi" coś tam sobie wynagradzał. Po tygodniu samotności usiłował w ciągu jednego dnia wyrównać cały deficyt: zebrać jak najwięcej ludzi i jak najwięcej powiedzieć. Następnie wracał do pustelni w "Osie".
Pytanie główne, jaka jest wartość jego twórczości, naprasza się od początku, ale o tym za chwilę. Najpierw skończmy z Zakopanem i Tatrami.
Bo tak go widzą, tak rozumieją, klasyfikują i opisują, jeśli w ogóle ktoś o nim pisze: zawsze na tle gór. Zdaje się, że i pejzaż literacki, w którym go umieszczają, przynajmniej gdy mowa o wczesnym okresie twórczości - spóźniona Młoda Polska, też jest przede wszystkim częścią pejzażu górskiego. No i mieszkał w Zakopanem przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, a już przedtem napisał Dziennik tatrzański (prozą) i zawsze poświęcał dużo wierszy obcowaniu z przyrodą górską.
Mniej się wie o Lwowie, gdzie, straciwszy bardzo wcześnie ojca, wychowywany był przez matkę, chodził do gimnazjum i - rzecz ważna - do konserwatorium. Początkowo miał być pianistą, nie poetą. Równie mało słychać o Wiedniu, w którym podczas pierwszej wojny światowej studiował filologię klasyczną, rozpaczliwie się bronił przed poborem do c.k. armii, opanował dobrze język niemiecki, zgromadził całą bibliotekę niemieckich książek oraz poznał pewną niebieskooką pensjonarkę z Podola Zachodniego. Panienka ta, na wszelki wypadek wyprawiona z domu do Wiednia w obawie przed możliwymi gwałtami nadciągających wojsk rosyjskich, miała w przyszłości zostać moją matką.
Pamięta się trochę o Lublinie. Lublin to już Polska, ale wciąż jeszcze młodość, lata dwudzieste. W tych czasach prosperował, jak na skalę lubelską, stosunkowo nieźle, uczył, pracował, coś bądź co bądź wydawał, na krótko stworzył nawet jakąś redakcję, recenzował przedstawienia teatralne, w ogóle działał.
Mało kto wie o Kazimierzu nad Wisłą, a nikt o Radomiu, gdzie w pewnym okresie zaglądał regularnie co sobota, bo znów się tam kochał, i to nie na żarty.
Wreszcie - o Krakowie. Tu, po rozwodzie z pierwszą żoną, ale jeszcze przed ostatecznym wyjazdem do Zakopanego, rozpoczął nowe życie z drugą: tym razem czarnooką nauczycielką radomską, znacznie od niego młodszą i niepozbawioną oryginalnej urody. Jednak miał z sobą także kogoś trzeciego: pięcioletniego wówczas syna, którego, prawdę mówiąc, wykradł był (wskazane plusquamperfectum) pierwszej żonie, a który po wielu dziesiątkach lat pisze właśnie to, co pisze.
Nie powinno się przesadnie wierzyć w związki ojca z Podhalem, Zakopanem i tradycją młodopolską, jeśli się przez te związki rozumie utożsamienie z lokalnym środowiskiem społecznym, tradycjami kulturalnymi, szczególnie stylami czy zgoła folklorem. W każdym takim wypadku chodzi o związki nieistotne albo pozorne, jak w ogóle we wszelkich przynależnościach ojca do regionów, zbiorowości, instytucji, do tradycji, mód, konwencji i kodów porozumiewawczych z samym językiem polskim włącznie. Albowiem był to samotnik, egocentryk, autysta i unikat (on sam powiedziałby krótko: odmieniec). Z natury rzeczy nie chciał i nie mógł do niczego przynależeć.
Tak zwana nienormalność sprzyja czasem sztuce, ale na ogół nie ułatwia sukcesów za życia i tylko bardzo rzadko wynagradzana bywa po śmierci.
Odmieniec zdawał sobie sprawę ze swego nieprzystosowania do świata, choć uważał je raczej za nieprzystosowanie świata do niego. Wierzył mocno w wyższy sens postawy własnej i w odosobnieniu pokładał nadzieję. Zarazem czuł gorycz z powodu oczywistego faktu, że przez całe życie nie był dostatecznie uznawany. Co prawda, u nielicznych wielbicieli cieszył się respektem jako bez mała geniusz, lecz w opinii innych uchodził tylko za nieznośnego zarozumialca i grafomana.
Miał ogromne trudności wydawnicze. Pierwsze zbiory wierszy ukazały się "nakładem autora". Potem funduszów zabrakło i po Mojej kantyczce (1926) nie wyszło już właściwie nic, jeśli nie liczyć dwóch zeszytów specjalnych "Okolicy Poetów" (1937 i 1938) poświęconych poezji rzymskiej i greckiej wyłącznie w przekładach ojca.
Publikacji książkowych doczekał się rzeczywiście dopiero po śmierci - w Wydawnictwie Lubelskim (Smutek triumfalny, 1971) i krakowskim WL (Ciemne smreczyny, 1982) - co wcale nie znaczy, że doczekał się uznania.
Aby zilustrować, jak bywało, opowiem historyjkę.
Z początkiem lat pięćdziesiątych zadzwonił u mnie w Warszawie telefon i oznajmił, że mówi Julian Tuwim. Czy jestem synem Tadeusza Bocheńskiego? Kiedy potwierdziłem, głos Tuwima w telefonie podał adres na Nowym Świecie i poprosił, żebym następnego dnia przyszedł "porozmawiać w sprawie ojca".
Szedłem z biciem serca, bo Tuwim był mi znany z bardzo wczesnych, a pełnych zachwytu, jeszcze chłopięcych lektur poetyckich. Wydawał się bytem wręcz mitycznym. Z drugiej strony wiedziałem, że przed wojną ojciec z nim korespondował. Tuwimowi, który sam napisał Słopiewnie, uprawiał słowotwórstwo w swojej "pięknej ojczyźnie-polszczyźnie", pilnie wertując, jak sądzę, Słownik etymologiczny Brücknera, mogła się podobać twórczość ojca ze względów językowych. I rzeczywiście, Tuwim utorował kiedyś drogę pewnej publikacji ojca w "Skamandrze". Nawet honorarium do Zakopanego przysłali.
Gdy w całkiem już nowej epoce historycznej wezwany telefonem Tuwima, zgłosiłem się u niego w domu, powiedział mi, że właśnie otrzymał po latach jeszcze jeden list od ojca, którego sytuacja jest przykra, bo nigdzie mu nic nie drukują. Trzeba tak zrobić, żeby coś mogło się ukazać w "Nowej Kulturze", i on, Tuwim, to załatwi, tylko ja muszę mu pomóc ze względu na brak czasu, jak mówił, to znaczy muszę spośród licznych rękopisów ojca wybrać odpowiednie teksty. Niech będą wiersze oryginalne albo przekłady, wszystko jedno. Ale czy da się znaleźć coś, w czym byłby wydźwięk ideologiczny? Żeby choć z grubsza tak wyglądało. Bo teraz bez tego ani rusz. Nasza rozmowa jest poufna, dodał Tuwim. Ojciec nie może się o niej dowiedzieć. Czy jednak jakiś tłumaczony przez ojca Grek - tu się Tuwim zaśmiał - nie wspomina o "rabach niewolnych" albo czymś podobnym?
Przyznaję, że wykonałem zleconą mi pracę, choć niezupełnie w myśl instrukcji Tuwima, za co zresztą nie od niego, lecz od ojca powinienem był dostać po uszach. "Rabów niewolnych" wcale nie szukałem. Z zimną krwią natomiast wybrałem, jeśli w ogóle było to możliwe, teksty pisane językiem najbardziej zbliżonym do konwencjonalnego, bo wiedziałem, że tylko takie mają szansę druku. Stanowiło to zdradę wobec ojca. Czy wystąpią przed czytelnikiem ideologiczne "raby", czy nie wystąpią, mógł ojciec uważać za kwestię obojętną i śmieszną. Ale czy wystąpi w całej okazałości jego indywidualny język ze swymi charakterystycznymi cechami, czy też wskutek chytrych manewrów syna zostanie zatuszowany - o, to całkiem co innego! Tę sprawę, gdyby tylko był świadom rzeczy, musiałby ojciec uznać za gardłową.
A przecież jest faktem, że przynajmniej część mojego wyboru, aczkolwiek niewielka, ukazała się potem w "Nowej Kulturze" i była to jedna z bardzo rzadkich publikacji ojca po wojnie.
Jeśli od literatury spodziewamy się możliwie treściwego świadectwa o realnym środowisku, w którym pisarz żyje, to w tym zakresie pozostawił po sobie niewiele. Ale i świadectwo liryczne o własnym wnętrzu poety, chociaż istnieje, nie odznacza się bogactwem tematów. Właściwie najdobitniej i najczęściej jest tam wyrażana samowiedza i determinacja twórcza ("rzeźbię się", "kuję posąg"). Motyw posągu, obróbki kamienia, kucia powtarza się uporczywie. Poeta rzeźbi dzieło, lecz i siebie, bo rzeźbiąc w trudzie i na przekór przeciwnościom, sam staje się dziełem. Jest pewny swej wyższości nad "zgiełkiem", "gawiedzią", "głupstewkiem" i "miastem" (miasto było, jak pamiętam, szczególnie brudne!).
Skąd ta pewność? Poeta wie, że rozpoznał prawdziwe wartości, ale nie mówi nam wyraźnie, jak do swego rozpoznania doszedł, raczej tylko sugeruje, że drogą wytrwałej intuicji ("w sztolniach człowieczeństwa, w otchłaniach tajemnicy"). Najwidoczniej sprzyja takim wtajemniczeniom kontemplacja przyrody, kosmosu, a zwłaszcza gór. I na tym polega istotna funkcja Tatr, poza oddziaływaniem czysto estetycznym, inspirującym poetyckie opisy.
Nie wiadomo jednak, czym właściwie są owe niewątpliwe wartości, które zostały rozpoznane, jaka treść się na nie składa. Ich nazwy to przeważnie wspomniane już "człowieczeństwo" albo "pełnia", "prawda", "wieczność", "nieskończoność", również "Bóg". Lecz jeśli Bóg, to bez "waszej otartej o kruchtę, wymokłej w kropielnicach bezmyślności", nie "lalka na miarę upodobań". Bo: "Nic jeszcze nie wiem. Czuję ontologię".
Brak oznak, że mogłoby chodzić o wartości moralne, które da się mierzyć dobrem drugiego człowieka. Kategoria tak pojętej moralności w zasadzie nie istnieje. Dobra są dobrami, gdyż są piękne. Są dostojne. Uczestniczą też jakoś w rzeźbieniu i kuciu, jakoś ten akt współtworzą, wydają się więc raczej dobrami własnymi artysty.
Dobra innych ludzi, świadczenie dóbr innym ludziom, "chwilę ich korzyści", jedyny możliwy altruizm wyobraża sobie artysta ("poeta wasz") jako obdarzanie owych innych, także "potomnych", rezultatami swojego kucia. Nasuwa się pytanie, czy tajemniczą wartością, którą poeta rozpoznał i do której z takim samozaparciem dąży, nie musi być w istocie on sam.
Oderwanie od siebie i duchowego kamieniołomu, gdzie tkwi ze swymi kilofami, młotami, dłutami i posągami, zdarza się poecie niezmiernie rzadko. Ale są takie wyjątki. Rzeźbiarz uwalnia się na chwilę od wiecznego napięcia autokreacyjnego, aby przenieść uwagę na cudzy dramat. Może to być, jak w Pogrzebie, przygotowanie dziecięcego pochówku przez ubogą kobietę. "Była chuda, koścista i czarna. (...) Coś niosła. (...) Trzeba było zajrzeć w lufę papieru szarą, aby poznać trumienkę dziecka".
Chcę jeszcze przytoczyć inny przykład, mianowicie mało komu znany Pożar warszawskiego getta, który jako rodzaj bojowego salutu, oddanego powstańcom w roku 1943, stanowi ewenement nie tylko w liryce mojego ojca, ale poniekąd w polskiej liryce tamtych czasów.
Dymem ogromnym niby młotem
uderza, policzkuje.
Dostojąż pogodzeni z wrogiem
szuje?
O Campo di Fiori Miłosza wiedzą wszyscy, i słusznie. Pewien zakopiański pustelnik też wtedy na pożar warszawskiego getta zareagował.
Ale trzeba raczej uznać, że to, co w sumie stworzył, może się wydać błahe, naiwne albo wręcz puste komuś, kto mierzy to kryteriami zwyczajowymi, czyli pyta, ile dzieło zawiera ciekawych komunikatów o świecie i autorze lub jak oryginalną filozofię wykłada. Tu nie koniec pytań, nasunęłoby się ich więcej. Czy jednak można by je zadać na przykład w związku z dziełem muzycznym? Oczywiście, ale wtedy byłyby to pytania od rzeczy.
Otóż nieporozumienie co do twórczości odmieńca polegało i ciągle polega na przeoczeniu przez wszystkich, że ten człowiek uprawiał inną sztukę. Przeoczył to, zdaje się, sam twórca, bo twierdził razem ze wszystkimi, że uprawia sztukę poetycką, co jeszcze i ja bezwiednie powtarzam. Nieprawda! Od poezji może zaczął, lecz w pewnej chwili ją rzucił, jak politykę, żonę i szkołę. I zamienił na coś nowego. A na co?
Powiedziałbym, że na językotwórstwo, gatunek swój indywidualny.
Kiedy jeszcze zaczynał od poezji - a był rok 1919 i 1920, i za pierwszymi wydanymi nakładem autora Poezjami szła Poezyj serja druga i Poezyj serja trzecia (tu i dalej zachowuję pisownię oryginałów), a przy tytułach były dedykacje w rodzaju "Marji, żonie mojej, książkę tę poświęcam" (oczywiście żonie pierwszej, podolsko-wiedeńskiej, która w przyszłości miała mnie urodzić) - to wtedy mogło w tych poezjach być słowo tęsknica albo na przykład słowo gontyna.
Gdyby ktoś jednak sięgnął po stojące w biblioteczce, pięknie oprawione Poezye Kazimierza Przerwy-Tetmajera, też mógłby znaleźć w nich słowo tęsknica i słowo gontyna, bo Tetmajer niechybnie ich używał. A jego Poezye w biblioteczce ojca na pewno stały szeregiem, Poezyj serya druga, Poezyj serya trzecia i tak dalej, skoro je tam potem widziałem i pamiętam. Żółtawy, błyszczący papier, czcionka ozdobna, secesyjne zakrętaski.
Sęk w tym, że za moich czasów było już po przełomie, który wedle własnego wyznania ojciec przeżył. Łączy się to z rozwiązaniem pierwszego i zawarciem drugiego małżeństwa. Nowe utwory poświęcał innej żonie i pisał coraz osobliwszym językiem, jakby w ogóle język dyktowały mu te kobiety i jakby z zamianą pierwszej żony na drugą skończyła się poezja, a zaczęło kucie skały w sztolniach człowieczeństwa. Do tych sztolni słowo tęsknica czy gontyna - każde z innej przyczyny skazane teraz na infamię i banicję - nie miało już absolutnie prawa wstępu.
Tomiki były cienkie, oprawne tylko w szorstki papier, rzadziej w karton. Kolorystyka uboga: głównie szarość, ale pamiętam i brudnawą zieleń, także granatowość, w jednym wypadku może ceglastość. Ponadto na okładkach zdarzały się grafiki, które wykonywał w latach dwudziestych pewien lubelski wuj. Niech i on będzie zapamiętany: Bohdan Kelles-Krauze, inżynier architekt, artysta malarz.
A więc naga kobieta z rośliną. To była Olga. I czarno-biały profil człowieka z dłutem. To był Rzeźbiarz. Książki miały takie tytuły. Dzwony. Również Kościół. Jednak na okładkach Dzwonów i Kościoła nie było rysunków. Rysunek był na Hezjodowej Tarczy Heraklesa2. Tam niewątpliwie stał przechylony na bok Herakles, muskularny, z listkiem figowym, stylizowany, czy nie według wzoru... jak go nazywają?... farnezyjskiego? Czy nie oparty lewym ramieniem - o co? O tarczę?
Książki znaczyły w domu wiele, więcej od czegokolwiek innego, ale nie to, co na ogół znaczą w domach dzieciństwa. Z książkami działy się jednocześnie rzeczy różne, niezmiernie poważne, patetyczne, tragiczne, skandaliczne, poniżające i tajemnicze. Lecz najistotniejszą rzeczą wśród spraw, które książek dotyczyły, nie było zwyczajne czytanie, a już na pewno nie czytanie książek dla dzieci. Może dlatego, że wszyscy w domu od niepamiętnych czasów umieli czytać.
Ja nauczyłem się chyba w czwartym, najpóźniej piątym roku życia i w dziwnej pozycji: stojąc na taborecie. Ojciec stawiał mnie w ten sposób naprzeciw siebie, za swym biurkiem podobnym do niskiego sekretarza, krytym, zaopatrzonym w podnośne wieko. Mógł siedzieć sam przy biurku i pisać wiersze, a ja dzięki podwyższeniu, które pozwalało mi umieszczać łokcie na poziomie wieka, też mogłem pod okiem ojca kreślić litery.
Otóż - powtarzam - nie czytanie książek było najistotniejszą rzeczą, tylko fakt, że książki w domu powstawały, gdyż ojciec je właśnie pisał.
I zarazem drugi fakt: że umierały jak w obozie zagłady, gdyż ojciec je systematycznie niszczył.
A w ogóle to one powstawały - można by powiedzieć uczonym językiem - na poziomie ducha, ginęły na poziomie materii. Ja zaś dzięki taboretowi zostałem w to wszystko wciągnięty na poziomie wieka. Czyli alfabetu.
Tomików oprawnych w szorstki papier, upchanych po szafach i szufladach domowych, było dużo, całe stosy. Musiały długo tak leżeć. Czas ich radosnego wzlotu, zapału i nadziei dawno minął, ja go nigdy nie przeżyłem, ja miałem być już tylko świadkiem czasu zagłady. Częściowo także oprawcą i katem, to znaczy niewinnym, bezwiednym, ślepym narzędziem, a jakże!
Tomiki były dziełami ojca, które kiedyś wydano i których najwidoczniej nie udało się sprzedać. Nie wiem, czy spoczęły w szafach od razu po wydrukowaniu i nie dotarły w ogóle nigdy do księgarń, czy przynajmniej niektórymi próbował ktoś najpierw handlować, a potem zwrócił ojcu część lub wszystkie. O tym się nie mówiło. Przeszłość tomików była niejasna.
Ale że książki są towarem, którego nikt nie chce kupić, choć z drugiej strony są skarbem, na którym nie zna się gawiedź bogata, pusta i głupia, to było jasne. To należało do porządku rzeczy, albowiem żyliśmy w kapitalizmie. Nie myślę wprawdzie, żeby on się wtedy tak nazywał. Oczywistości nie potrzebują nazw. Ta oczywistość była odwieczna, przykra, haniebna i normalna jak przeznaczenie.
Nie pamiętam daty, ale na pewno umiałem już czytać, gdy dostałem do zabawy jakieś przypadkowe, wyjęte z szafy egzemplarze. Ojciec dał mi je osobiście. Nie wiem, kiedy rozpoczął regularne niszczenie swoich tomików poetyckich i innych (Olga była prozą). Widzę, jak to robi. Bierze Olgę w dwie ręce i rozdziera na pół. A potem wyszarpuje poszczególne kartki, zwija w trąbki, lejki czy coś tam i zużywa do bliżej nieokreślonych celów domowych. Ja swoje egzemplarze też dostałem na zniszczenie. Z całą pewnością znalazła się między nimi Hezjodowa Tarcza Heraklesa.
Spróbowałem czytać ten rymowany przekład greckiego poematu przypisywanego Hezjodowi. Nic nie rozumiałem. Ale doskonale słyszałem frapujące dźwięczenie słów. Jakiś Amfitrion3 szedł do jakiejś Alkmeny, a idąc, podsycał w członkach miłosne pożądanie, bo z tą Alkmeną czekało go słodkie4 obcowanie. Cóż to mogło znaczyć? Wyobraziłem sobie towarzystwo tajemniczych członków, zgromadzone wzdłuż drogi na polach i ochoczo pozdrawiające Amfitriona-Dzeusa (ojciec przestrzegał pisowni fonetycznej). Panowała tam przepiękna, bardzo słoneczna pogoda. Zatrzymałem się chyba na drugiej stronicy. To, co z mężczyznami, Amfitrionem i Dzeusem, wyprawiała Alkmena i dlaczego powstał z tego Herakles, było absolutnie ciemną zagadką. Jednak żadna lektura nie wywarła na mnie już nigdy potężniejszego wrażenia.
Poza asemantyczną muzycznością słów i wizyjnością skojarzeń, które też nie wiadomo co znaczyły, ale dały się swobodnie wydobywać z tekstu i były niezwykłe, Hezjodowa Tarcza Heraklesa - na poziomie materii - odsłoniła mi swą marną i przemijającą anatomię fizyczną. Wedle wzoru podpatrzonego u ojca została okrutnie rozdarta na pół. Coś pękło i cichutko zachrzęściło w jej grzbiecie, coś pokruszyło się, posypało, jakiś zaschły klej, zerwały się ścięgna, wysupłały jakieś nitki i zapewne objawił się w samej swej metafizycznej istocie materialny los literatury. To objawienie łącznie z całą resztą doznanych przy okazji wtajemniczeń miało w przyszłości poważnie wpłynąć na moje życie, zajęcia, poglądy i decyzje. Doraźnie natomiast kartki wydarte w Hezjodowej Tarczy Heraklesa posłużyły mi, jak sądzę, do zbudowania serii papierowych okręcików.
Ale nie powinna zostać tu przemilczana jeszcze jedna sprawa. Dlaczego ojciec niszczył swoje książki? Myślę, że zaczął to robić z bardzo prostego powodu. Zajmowały zbyt dużo miejsca w domu. Nie miał ich gdzie trzymać i chciał prawdopodobnie zredukować uciążliwy nadmiar. Tak jednak tylko zaczął, jeśli przypuszczenie jest w ogóle trafne.
Z biegiem czasu selekcje stawały się częstsze i bezwzględniejsze, a zasięg ich ciągle się zwiększał. Rzeźbiarz nie Rzeźbiarz, Kościół nie Kościół - wszystko było rozszarpywane, cięte, miętoszone, szło na podpałkę albo kończyło w klozecie. A ja dojrzewałem i z rosnącą zgrozą patrzyłem na tę masową eksterminację. Aż sam dorosłem do odejścia z domu. Gdy to się stało, straciłem bezpośredni wgląd w dalsze dzieje tomików.
Długo byłem pewny, że ojciec likwidował druki, a nie idee artystyczne. W moim pojęciu reagował z taką konsekwencją, a może skrytą irytacją, na niepowodzenie rynkowe swych wydań, i tylko na niepowodzenie rynkowe, mało mające wspólnego z istotą sztuki, jak mnie sam nauczył. Myślałem mniej więcej tak: chce obniżyć liczbę przechowywanych egzemplarzy do niezbędnego minimum i nie zaprzestanie tej rzezi, póki nie osiągnie pewnego progu. Ale gdzie miał być próg?
Otóż kiedy ojciec umarł, nie znalazłem w domu ani śladu po starych tomikach. Zniszczył je doszczętnie. Nic nie przekazał bibliotekom. Żadnego z wczesnych druków nie ofiarował za życia mnie. Z wyjątkiem tych, oczywiście, które zużyłem kiedyś na okręciki. Zostawił tylko opracowany w ostatnich latach przed śmiercią manuskrypt, pomyślany jako ostateczna redakcja całego dorobku poetyckiego od początku do końca. Pominął tam wszystkie wiersze z dawnych wydań poza bardzo nielicznymi wyjątkami.
Zrozumiałem wtedy, że coś, co zdawało się pierwotnie eksterminacją - można powiedzieć - płytką, na poziomie materii, było w rzeczywistości likwidacją głęboką, na poziomie ducha. Książki mojego dzieciństwa wytępił sam autor, mój ojciec, niekoniecznie dlatego, że większości nie mógł sprzedać. Raczej dlatego, że mu się przestały podobać. Nie chciał już, by istniały.
Niewątpliwie był to główny powód, zgodny z tym, czego nauczył mnie ojciec o istocie sztuki. Świadomość tej istoty uzbraja artystę przeciw różnym siłom, w szczególności dodaje otuchy w obliczu pieniądza i chamskiego kapitalizmu. Nie wiem jednak, czy był to jedyny powód niszczenia książek. Powiem inaczej. Czy bez niepowodzenia rynkowego byłby się ojciec w równie dramatyczny sposób wyrzekł dawnych upodobań estetycznych? Czy materia duchowi nie zadała gwałtu?
Mimo nauk, jakie pobrałem, stojąc jeszcze na taborecie, wciąż niewiele wiem o związkach między poziomami. Nie mam pewności, czy poziomy się gdzieś przecinają, czy nie, a jeśli tak, to czy wpływają na siebie i co z tego wynika.
A więc było po przełomie, lecz - prawdę mówiąc - nie od razu było to znać, sądząc przynajmniej z języka. Ewolucja musiała być stopniowa. Był czas pośredni, na pewno już po tęsknicy, ale jeszcze przed sztolniami. Tak myślę, czytając dziś wiersz (no właśnie, chyba jednak wiersz?) napisany wkrótce po przełomie, prawdopodobnie na wakacjach w Zakopanem (1931), kiedy miałem pięć lat.
Platon
Słońce na łąkę złotym nafruwa płomieniem
i antycznie się wokół rozcyrkały owady.
Tobie, żono, barwisty spod ręki haft wypełza,
a czarnych oczu głębie raz po raz tak podnosisz,
jak gdybyś groty święte odmykać mogła cudem
i miodu z nich na serce falę sączyła słodką.
Z brunatnej oto izby, co pachnie poziomkami,
Platona księgę czesną wyniosłem pod gałęzie
i czytam ci marzenia, które ku bogom rosną,
a w serca ludzkie idą jak nurek w mórz otchłanie.
Pamiętam te głośne lektury z autopsji. Ona z haftem na leżaku, on z Platonem na krześle. Albo odwrotnie: haft na krześle, Platon na leżaku. To się odbywało często. I dobrze wiem gdzie. Nieopodal Księżego Lasu, ale nie z tej strony, po której mieszkaliśmy potem w "Osie", tylko z przeciwnej, gdzie strumyk Myszkowiec i Buńdówki.
A konkretnie rzecz działa się u górala Johymka. Z jego córkami, Helką i Maryśką, wolno mi się jeszcze było bawić, a tak, tak, w konie, bo potem nie było już wolno. Oczywiście, podczas takich lektur musiała być pogoda i słońce świeciło. A ja biegałem z gołymi kolanami po łące. Nie powiem, że biegałem w krótkich spodenkach, bo kiedy się z pochyloną głową samemu tak biega, mając pięć lat, widzi się głównie na przemian podnoszone kolana, nie spodenki.
W tego rodzaju sytuacji, chyba podczas lektury Platona, nie wiem w jaki sposób ktoś mnie pewnego dnia chwycił nagle, uniósł i ze mną absolutnie oniemiałym na rękach zaczął biec w las. Okazało się, że była to moja matka, ta niebieskooka żona Maria od tęsknicy, która z rozpaczy zaczaiła się w pobliżu, aby mnie prawem rewanżu wykraść ojcu. Ale wykradła tylko na chwilę. Zaalarmowany ojciec udaremnił próbę już przy strumyku Myszkowcu, a ja wtedy dopiero rozryczałem się wniebogłosy. Potem ojciec z matką poszli gdzieś na zasadniczą rozmowę. Mnie tymczasem, ciągle ryczącego, ułożono w chałupie Johymka, i pamiętam, że zawisły nade mną czarnych oczu głębie i tak wisiały, aż się uspokoiłem.
Co w ogóle zrobił? Stworzył język?
Opisanie, jak się z nim obchodził, zajmie tu trochę miejsca. Ale już czas, żebym to opisał.
Nie był, broń Boże, Zamenhofem. Używał przecież języka powstałego w naturze, jak najbardziej polskiego. Nie skonstruował samowolnie sztucznego zlepka, nie wymyślił esperanto. Nic w języku nie zrobił samowolnie. Był filologiem klasycznym i językoznawcą typu klasycznego, ze wspaniałej, jeszcze dziewiętnastowiecznej szkoły historycznoporównawczej. Znał prawa rządzące językiem, które uważał nie tyle może za święte, ile za naturalne, a więc uzasadnione, dobre i właściwe. W twórczości językowej był legalistą, dokonywał jedynie aktów umotywowanych prawami. To różni go w sposób istotny od autorów młodopolskich. Od Tuwima zresztą też. Nikt z tamtych wielu przetwórców języka nie stosował się do praw, choćby z tego powodu, że ich nigdy nie wystudiował, jak ten wiedeńsko-zakopiański filolog.
Właściwie to było tak: spostrzegł w języku, którym powszechnie mówiono i pisano, objaw przypominający niemożność zginania stawów, poruszania wszystkimi pięcioma palcami, i to takimi mniej używanymi, nawet nie u ręki, raczej u nogi. I pomyślał, że to dałoby się rozgimnastykować.
Dlaczego możemy śpiewać jedynie o kimś? A gdyby w tym wyrażeniu odpowiedni człon tak rozruszać, żebyśmy mogli śpiewać kogoś? Bo słowo śpiewać jest do tego zdolne, skoro ogólnie biorąc, możemy śpiewać coś, na przykład piosenkę. Słowo jest przechodnie, ale nie dość dzielne, nie w pełni wyzyskuje swoje możliwości, zniedołężniało chyba, zatraciło chwytność, musi się posługiwać protezą przyimkową, tym "o", bez "o" nie potrafi chwycić przedmiotu, to znaczy tematu śpiewania.
"Kogo śpiewają poeci?" - zapytał (w tytule wiersza).
Ale kiedy już odpowiedział, że "bogów śpiewają wieczystych" (dlaczego bogów, a nie przechodniów, krowę lub samolot, o tym później), i kiedy chciał w opisie dodać, że bogowie mają słońce za twarz, a orkany, czyli huraganowe wiatry, za ramiona, spostrzegł kolejną niesprawność języka i niepotrzebną protezę przy słowie mieć, tym razem w postaci przyimka "za". Czy nie zdrowiej i prościej, zamiast mieć coś za twarz lub - jeszcze gorzej - mieć coś jako twarz, byłoby mieć coś twarzą? Napisał więc, że bogowie "twarzą mają słońce, a ramionami orkany".
Co do słownictwa ustaliła się zasada: równouprawnione są wszystkie słowa, bez względu na epokę, zasięg terytorialny ich funkcjonowania i wartość znaczeniową w praktyce języka polskiego, a nawet niezależnie od obecności w spisie słownikowym. Zarejestrowanie w słowniku było pożądanym świadectwem, lecz nieobowiązkowym. Rozstrzygała inna legitymacja: prawowity rodowód oraz rozwój i budowa zgodne z naturą języka. Chodziło nie o to, czy słowo się w języku przyjęło, tylko czy teoretycznie spełnia warunki, by mogło w nim istnieć. Gontyna nie mogła się wylegitymować ani porządną etymologią (kącina?), ani odpowiednią dla polszczyzny postacią fonetyczną.
Na marginesie dodam, że częściowemu ograniczeniu podlegały słowa obcego pochodzenia. Nie powinny były zastępować bez wyraźnej potrzeby słów rodzimych. Niepotrzebne więc były pinezki, skoro w języku polskim istniały i całkiem dobrze sprawowały się pluskiewki. Ta norma nie odbiegała zresztą od zalecanej ogólnie przez językoznawców.
Słowa dawne, zapomniane, regionalne, gwarowe cieszyły się pełnią praw obywatelskich, podobnie jak neologizmy (nie lubił tego terminu), jeśli tylko zostały utworzone poprawnie pod względem morfologicznym. Współczesne znaczenia słów nie przeszkadzały użyciu tych samych wyrazów w znaczeniu pierwotnym. Wprost przeciwnie. Skojarzenia, które wyraz budzi obecnie, tak samo jak jego konotacje historyczne i w ogóle wszelkie uwikłania frazeologiczne narosłe w języku używanym przez "ogół" ("Ach, Norwidzie (...) nie jak "ogół" pisałeś"), były świadomie ignorowane. Dziewczyna, dziewka i dziewica znaczyło to samo, po prostu: dziewa, młoda osoba płci żeńskiej. Żadne względy semantyczne lub estetyczne niczego w tej sprawie nie utrudniały ani nie zabraniały.
Ale tęsknica znalazła się jednak na indeksie ze względów estetycznych, gdyż formalnie była chyba w porządku. Zapewne rzeźbiarz wyczuł w niej "oklepankę" i nie "zadał młotowi" (rzeźbiarz nie brał nic pod młot, wolał bez protezy przyimkowej zadać wprost młotowi), nie zadał więc tęsknicy młotowi, lecz odrzucił, gdyż po doznanym przełomie nie znosił banalnych, pustych oklepanek, a w szczególności tych odziedziczonych po Młodej Polsce, przypominających mu, być może, niebieskooką, banalną, jego zdaniem, i pustą Marię, której też już nie znosił.
Miał takie grube bruliony w sztywnych okładkach z tytułami Słownictwo, własnoręcznie wykaligrafowanymi atramentem na grzbietach. Zapisywał w nich rzadkie, godne uwagi wyrazy, po jednym na stronie. Odpowiednie słowa znajdował w najrozmaitszych książkach, poczynając od trzynastowiecznych Kazań świętokrzyskich, na międzywojennych debiutach powieściowych Jalu Kurka lub Tadeusza Peipera kończąc. Wybrane okazy umieszczał w brulionach razem z kontekstem i adnotacją, co na ich temat podają słowniki.
Bruliony trzymał pod ręką na biurku, choć lepiej byłoby może powiedzieć "w biurku", ponieważ ten rodzaj krytego sekretarza, niewysoki, podobny trochę kształtem do fortepianu, ale o pochyłej, składanej pokrywie z trzech desek na zawiasach, był w środku pełen przegród, półek i szufladek.
Biurko było czyste. Wnętrze biurka było świątynią czystości, odkażoną środkami dezynfekcyjnymi. Słowa w brulionach były sterylne i kryształowo czyste.
Nie wiem, czy Słownictwo zawierało czasownik "dostać" w znaczeniu "wytrwać". Od marca roku 1943 nie było mnie już w Zakopanem. Nie mam podstaw, aby sobie wyobrażać, że pisząc w kwietniu Pożar warszawskiego getta, sięgnął po brulion z hasłem "dostać", gdzie mogłaby być adnotacja według słownika Lindego: "Dostać, dostać komu, dostać komu czego np. placu, nie ustępować, dotrwać, dotrzymać, nie wahać się, fest stehen bleiben, nicht wanken, nicht schwanken, Stich halten, Stand halten, fest halten, unerschütterlich beobachten (rozstrzelenie i tłumaczenie moje: nieporuszenie obserwować - J.B.)". "Chcieli go gwoździami przybijać, aby dostał ogniowi, którym miał być palony. Birk. Kant. B.2.". Ostatnie zdanie to cytat z siedemnastowiecznego pisarza Fabiana Birkowskiego.
Nie wiem, czy zajrzał do Słownictwa i czy ewentualnie w związku z przedstawieniem tego hasła u Lindego coś poczuł, nim napisał "Dostojąż pogodzeni z wrogiem szuje?". Ale wszystko to jest możliwe, choć niekonieczne.
Nie musiał jednak nigdzie zaglądać, by przy "dostoją" umieścić na końcu maleńkie "ż" dla wzmocnienia wyzywającej intencji pytania. Nie musiał, bo nawet "ogół" używa takich ż. Ileż razy używa! Jakiż człowiek nie używa? Jednak doczepić ż do różnych części mowy może być trudniej albo łatwiej. Nieprawdaż? Doczepimyż bez oporu ż do czasownika? Nie idzież nam ta próba coraz ciężej? Dostoiż czytelnik?
Ale dlaczego językotwórca, trafiwszy na jakąś niepełnosprawność, drobny niedowład u czasowników, nie miałby takiej skostniałości rozruszać?
W Słownictwie było na pewno słowo błożyć (sprzyjać), gdy tymczasem "ogół" rozumie tylko pochodne słowo pobłażać, a tamto pierwsze go dziwi. Ale "ogół" dobrze zna inne analogiczne pochodności, jak robić - porabiać, gonić - poganiać, mnożyć - pomnażać, i pierwsze słowa z tych par wcale go nie dziwią, bo jeszcze wszystkie pamięta. Wszystkich używa. A co z błożeniem? Nie pamięta błożenia? Ale mógłby. Więc niech sobie przypomni.
Na pewno odnotowane było w brulionach słowo lelejać (chwiać). Skoro zaś istniało, mogło następnie posłużyć słowotwórstwu w pełnym i właściwym znaczeniu, gdy podczas przekładu Teogonii Hezjoda kuszące z przyczyn estetycznych okazało się przerobienie nadmiaru greckich imion własnych na odpowiedniki polskie. Wtedy jedna z Okeanid została Lelejanką.
Czy w brulionach odnotowane było słowo źreb? Nigdy go nie widziałem. A przynajmniej nie pamiętam. I nie domyśliłbym się bez przetrząsania słowników, co znaczy ten źreb, gdyby w oryginale greckim nie była to mojra. A więc cóż takiego? Ano los lub działka, czyjaś porcja, całkiem jak ruska wieloznaczna dola, u nas zapożyczona i gwarowa. Jednak dola z uwagi na rusycyzm nie nadawała się do użytku w przekładzie, natomiast źreb staropolski odpowiadał słowu greckiemu wprost idealnie. I tak powstał następujący fragment Rozrodu bogów, czyli Teogonii Hezjoda.
Ale i córek zastęp zrodziła Tetys: po ziemi,
jak szeroka, jak długa, hodują mężów śmiertelnych,
z Apollonem, ze Strumieniami pospołu błożące
(ten bo źreb niecofniony od Dzeusa wzięły, mocarza).
Zwą się różnie, przeróżnie: Zachęta, Warta, Uciecha,
Przyjaciółka, Żeglarka, niebiosom podobna Modrota,
Krątwa, Wrzawa, Opława, rozkosznie tańcząca Zabawa,
Błękitnica i cudnolica Błyskota, Szczodrota,
żwawa Skoczka i Zwinka, nieutrudzona Bielinka,
Jawa, czcigodna Sława i Wiedza (ta przyszłość uprzedza),
trzodom rada Owczarka, nieskąpa Szafarka, Włodarka,
pięknej kibici Wesołość, Bogaczka z oczyma krowimi,
ale i Zguba, Otoka i płowa Płóczka i ona,
co skaliste miłuje pobrzeża, Skałka uroczna,
żywa Przekora, Duma, nieprzemożona Potęga,
Pełnicielka, Widunka i Wola, tęskna i tęskność
rozniecająca Tajnia-Kalipso, Nagoda, Nadoba,
Lelejanka, szumista Pianka, rychliwa Bystrzyca
jakoż Styga-Przeraza, ze wszystkich najszanowniejsza.
Miałem właściwie zamiar przytoczyć próbkę tekstu, aby scharakteryzować dramat, w jaki coraz głębiej popadała twórczość ojca wskutek niekomunikatywnego języka. Podejrzewam, że w istocie przytoczyłem ten urywek ze względu na całkiem inne cechy, mianowicie na urodę i wdzięk tak spolonizowanego nazewnictwa Okeanid. Podobny fragment Teogonii (o Nereidach) z tych samych zapewne motywów wybrał do druku w Smutku triumfalnym Kazimierz Andrzej Jaworski, przyjaciel i pierwszy pośmiertny wydawca ojca. Obydwa ustępy są pełne uroku, stosunkowo też łatwo czytelne. Trzeba było nie lada wiedzy filologicznej oraz wyobraźni lingwistycznej tłumacza, żeby te wszystkie nimfy odpowiednio przemianować i żeby na przykład Amphirio mogła stać się Lelejanką.
Ale całość Teogonii, jak i stosy innych przekładów z wielu literatur, od staroindyjskiej Rigwedy po dziewiętnastoi dwudziestowieczną lirykę ukraińską, nie doczekały się publikacji. Między Rigwedą a Ukraińcami są przełożone i niewydane poezje Greków, Rzymian, Francuzów, Niemców, Włochów. Istnieją tylko w rozsypujących się z wolna rękopisach. Wszelkie znaki wskazują, że na tym się skończy. A chodzi o plon całego życia, dziesiątków lat samozaparcia i zawziętego trudzenia się w sztolniach człowieczeństwa. Wysiłki te wyglądają na niepotrzebne.
Mówiąc o tym, świadomie nie robię rozróżnienia twórczości oryginalnej i przekładowej. W obu istotny był język. Treść, którą język wyrażał, miała znaczenie drugorzędne. O prawdziwej oryginalności decydowała szczególna poetyka językoznawcza, dominująca jednako nad tekstami autorskimi i pozornie cudzymi. Pozornie, bo wszystkie te hymny Rigwedy, bukoliki Teokryta i sonety Heredii napisał po swojemu Tadeusz Bocheński.
Postępując tak, wykraczał przeciw kanonowi. W myśl uznanego dziś kanonu jest kardynalnym obowiązkiem tłumacza przekazać styl oryginału, a samemu zniknąć w jego cieniu. Ten tłumacz tak nie robił, co natychmiast rzucało się w oczy pierwszemu lepszemu lektorowi w każdym wydawnictwie. Popełniał więcej rażących błędów, które musiały go dyskwalifikować w oczach wydawców. Wbrew zasadzie, że należy przekładać na język swojej epoki, bo tylko to nadaje przekładom świeżość i "świetność" (wskutek czego tłumacze dzieł klasycznych powinni się co pewien czas zmieniać, jak w biegu sztafetowym), ten tłumacz sprawiał wrażenie człowieka, który o języku swojej epoki w ogóle nie słyszał, a przekłada wszystko na język wszystkich epok albo żadnej.
Był tak naiwny czy tak mądry?
Nie wiem. Przez całe życie skłaniałem się to do jednej, to do drugiej odpowiedzi na to pytanie i wciąż jeszcze nie potrafię zdecydować się na ostateczny wybór.
Pytanie sięga głębiej, daleko poza sztukę przekładu, ociera się o sens i sposób egzystencji człowieka w historii.
Tak jak ojciec pisał, nie rozróżniając języków i epok, nie dbając o skuteczne porozumienie ze współczesnym środowiskiem ludzkim (dlaczego akurat z jakimś jednym?), tak też postrzegał świat i myślał. A właściwie tak żył. Diachronicznie, można by powiedzieć.
Jest to, jeżeli ktoś chce, zabawna cecha starożytników, którzy współistnieją jednocześnie z nami i z Peryklesem. Równie łatwo zresztą z Odysem-Ulissesem lub Afrodytą na przykład. Jest to też, być może, pewien ginący typ kultury, w której poeci raczej "bogów śpiewali wieczystych" niż przechodniów, krowę czy samolot. Śpiewali tych bogów dlatego, że nie odróżniając wprawdzie czasów, realiów i mitów, usiłowali jednak wybierać to, co ważniejsze i wartościowsze.
Rozpoznać takie wartości i wyższości udaje się zapewne w sztolniach człowieczeństwa. Czyli na wielkim odludziu, w głębiach przestrzeni i czasu. Wyniki penetracji w te głębie mogą być zaskakujące i bardzo niedobre dla różnych aktualnych prawd, etosów, kryteriów, umów obowiązujących wśród ludzi, dla rozsądków, porządków oraz dla żon, dzieci i gospodarstwa domowego.
A ja się zbuntowałem i uciekłem z domu. Nie o mnie ma tu być mowa, ale czuję, że wizerunek ojca trudzącego się w sztolniach człowieczeństwa należy koniecznie dopełnić tym szczegółem: ucieczką syna.
Miałem szesnaście lat, była wojna, rok 1943, śnieżna noc marcowa w Zakopanem. Obowiązywało chyba zaciemnienie w obawie przed samolotami alianckimi. Wsiadłem do nieoświetlonego pociągu i odjechałem na zawsze. Zrazu do matki. Do tej wyklętej przez ojca, niebieskookiej Marii. Księżyc świecił prosto w okno wagonu, a żandarmi niemieccy kręcili się po stacjach. Miałem już powód, by się bać żandarmów, o czym za chwilę.
Z domu wywoziłem pewną wiedzę tajemną o sztolniach człowieczeństwa, nawet kult wartości, lecz także zapamiętaną dobrze lekcję poglądową o nieprzystosowaniu wzajemnym artysty i świata. Czy winien był artysta czy świat, pozostawało rzeczą niejasną. Jednak fatalny los ojca odzwierciedlał poniekąd w sposób modelowy klęskę, na którą wartości wyższe i czyste skazuje polityka, ekonomia i ogólna małoduszność mieszczańskiego społeczeństwa. Wypisz, wymaluj, położenie ducha ludzkiego w kapitalizmie. Nie potrafiłem tego jeszcze tak nazwać, ale już to wiedziałem. Uciekając w roku 1943 z Zakopanego do Chełma Lubelskiego, ja - wówczas nieletni poeta - uciekałem też trochę przed perspektywą klęski własnej, powtarzającej klęskę ojca.
Dojrzewanie jest samo przez się rodzajem zbiegostwa. Młody człowiek wyrasta i porzuca gniazdo, co jest ucieczką naturalną, sterowaną przez hormony, lecz przez nie też właśnie ograniczoną, niezupełną. Zbieg może inną swoją częścią, większą lub mniejszą, zostać w gnieździe. I ja tak, odjeżdżając na zawsze, w znacznej mierze zostawałem. Jednak poza motywami typowymi dla okresu dojrzewania - a tym skłonny byłbym dzisiaj objaśnić swój ówczesny strach przed powtórzeniem klęski ojca - miałem jeszcze dodatkowe motywy ucieczki. Przynajmniej dwa doraźne. Nie wiem, który z nich zaważył bardziej.
Osiągnąłem wtedy wiek dostateczny, by kwalifikować się do wywózki na roboty przymusowe do hitlerowskiej Rzeszy. Okupacyjny Arbeitsamt przysyłał mi już wezwania, na razie w celach ewidencyjnych. Za czas pewien jeszcze groziło powołanie do "służby budowlanej" (Baudienst). W Generalnym Gubernatorstwie, które tak się przecież nazywało, a nie Generalna Gubernia, "służba budowlana" zastępować miała Polakom służbę wojskową.
Ojciec był w tych sprawach absolutnie bezradny. Wykluczał jakąkolwiek możliwość niezastosowania się do niemieckich wezwań. A raczej dopuszczał każdą możliwość pod warunkiem, że nie naraziłbym na niebezpieczeństwo domu, w którym, oczywiście, byłem zameldowany i w którym by mnie w razie niestawienia się szukano. A to zagrażałoby, jak wyczułem, nie tyle samemu ojcu czy reszcie rodziny, ile czemuś ważniejszemu, czemuś nienaruszalnemu i świętemu, chyba czystości, przede wszystkim nieskażonemu biurku, sterylnym rękopisom, a w nich kryształowo czystym słowom. Pewnego dnia ojciec powiedział coś niesamowitego. Powiedział, że przecież można dać się wywieźć, a potem próbować ucieczki, już z Niemiec, gdzie są różne tajne organizacje, które w tym dopomagają, szczególnie komunistyczne.
Wpadłem na prostszy pomysł niż ucieczka przez Niemcy z powrotem do Polski, skoro w Polsce właśnie już byłem. Zaproponowałem, że chwilowo ucieknę do matki i tam się zamelduję, a ojciec będzie mnie mógł wymeldować. Zgodził się od razu.
Był jeszcze drugi motyw, który zdecydował o porzuceniu przeze mnie ojca. Powiedzmy oględnie: konflikt z kuchnią.
W domu brakowało środków do życia. Panowały warunki głodowe. Może na miesiąc przed wyjazdem dostałem do zjedzenia okropną potrawę. Dziś jeszcze robi mi się niedobrze na wspomnienie jej smaku, zapachu i skutków, a mam bardzo wyraźnie w pamięci ten wywar z kości, które, zdaje się, gotowane były wpierw przez kilka dni, aż powstał śmierdzący klej. Zjadłem więc to świństwo i jakby mi sparaliżowało wnętrzności. Jakby też napełniło je ćmiącym bólem i lamentem, a przede wszystkim panicznym strachem przed zjedzeniem czegokolwiek jeszcze w życiu. Zachorowałem.
Ostatnie tygodnie spędzone podczas wojny w zakopiańskim domu kojarzą mi się z tą chorobą, mdłościami i głodówką. O pomocy lekarskiej nie było mowy. Nic nie jadłem, bo nie miałem na nic apetytu i nic do jedzenia nie było.
Dopiero na krótko przed podróżą minęły zawroty głowy i uczucie słabości, które pamiętam jako wrażenie dominujące z tych końcowych dni. Najwidoczniej wracałem do zdrowia, ale wciąż nie miałem odwagi tknąć domowych posiłków. Wtedy moim wyśnionym marzeniem stało się jajko na miękko. Był to luksus przewidziany w naszym jadłospisie co najwyżej dla dziecka, a ja dzieckiem dawno być przestałem. Jednak w swoim buncie posunąłem się już tak daleko, że znalazłem środki, aby na własną rękę kupić dziesięć jaj. Bezczelnie przyniosłem je do domu, a potem sam sobie gotowałem co dzień po jednym i chociaż w domu nie siadano razem przy stole, a posiłki były indywidualne, w nieprzyzwoicie jawny sposób zjadałem, dając tym dowód egoizmu i małostkowości.
Tak odżywiony, uciekłem.5