Zapamiętani - Jacek Bocheński

-
Proszę czekać

OdmieniecTadeusz Bocheński(1895-1962)

Lu­dzie mu­sie­li go tak za­pa­mię­tać: jako oso­bli­wość Za­ko­pa­ne­go, coś na po­do­bień­stwo pod­re­glań­skie­go kob­zia­rza lub może prze­bie­rań­ca w ko­żu­chu z niedź­wie­dzim łbem, za­pra­sza­ją­ce­go do fo­to­gra­fii na Kru­pów­kach, a naj­praw­do­po­dob­niej jako jed­ne­go z wiel­kich za­ko­piań­skich ma­nia­ków.

"Daw­ni by­wal­cy Za­ko­pa­ne­go pa­mię­ta­ją za­pew­ne ka­li­gra­fo­wa­ne wła­sno­ręcz­nie przez pre­le­gen­ta i przy­mo­co­wy­wa­ne pi­nez­ka­mi na słu­pach ulicz­nych ogło­sze­nia za­po­wia­da­ją­ce te­ma­ty jego "piąt­ków li­te­rac­kich""- pi­sał w roku 1971 Ka­zi­mierz An­drzej Ja­wor­ski, po­eta.

Zmar­ły dzie­więć lat wcze­śniej pre­le­gent, któ­ry ka­li­gra­fo­wał i przy­bi­jał te ogło­sze­nia pi­nez­ka­mi do słu­pów, na­zy­wał się Ta­de­usz Bo­cheń­ski.

Był to mój oj­ciec.

Lu­dzie mu­sie­li go tak za­pa­mię­tać: jako oso­bli­wość Za­ko­pa­ne­go, coś na po­do­bień­stwo pod­re­glań­skie­go kob­zia­rza lub może prze­bie­rań­ca w ko­żu­chu z niedź­wie­dzim łbem za­pra­sza­ją­ce­go do fo­to­gra­fii na Kru­pów­kach, a naj­praw­do­po­dob­niej jako jed­ne­go z wiel­kich za­ko­piań­skich ma­nia­ków, bie­ga­ją­ce­go z tymi ogło­sze­nia­mi po mie­ście od słu­pa do słu­pa. Miał, oczy­wi­ście, i pi­nez­ki. Ale co do nich, to już się tro­chę nie zga­dza. On je z całą pew­no­ścią na­zy­wał in­a­czej: plu­skiew­ki. Wiem, co mó­wię.

Jest w Za­ko­pa­nem Sta­ry Cmen­tarz na Pęk­so­wym Brzyz­ku, swe­go cza­su zwa­ny też Cmen­ta­rzem Za­słu­żo­nych, gdzie leżą pół­le­gen­dar­ne po­sta­cie Pod­ha­la: ksiądz Jan Sto­lar­czyk, Sa­ba­ła, Ty­tus Cha­łu­biń­ski, Sta­ni­sław Wit­kie­wicz, Wła­dy­sław Or­kan, a i licz­ni Gą­sie­ni­co­wie, i Chram­co­wie, i Ma­ru­sa­rze. A rów­nież Kor­nel Ma­ku­szyń­ski i An­to­ni Ke­nar. Oraz jesz­cze ze dwie­ście osób.

Jest grób na pra­wo od wej­ścia, lecz nie­co głę­biej, ja­koś tak w po­ło­wie dro­gi przez cmen­tarz, jed­nak nie przy głów­nej dro­dze, tyl­ko z boku, tego pra­we­go, pod mu­rem. Jest tam grób ojca, są pa­pro­cie, gra­ni­to­wy ka­mień, na­pis: Ta­de­usz Bo­cheń­ski, po­eta i spo­łecz­nik1.

Są też jesz­cze na gra­ni­to­wym ka­mie­niu na­pi­sa­ne inne rze­czy, że na przy­kład po­eta spo­łecz­nik wal­czył o praw­dę i tak da­lej. Bo lu­dzie uwa­ża­li, że po­win­no być na­pi­sa­ne coś ta­kie­go pięk­ne­go i że to wła­śnie jest praw­da. Ale rze­czy­wi­stość była, jak mi się wy­da­je, tro­chę inna. Je­śli wal­czył w isto­cie, to o ję­zyk. Nikt tego nig­dy nie ro­zu­miał. A po­tem wszy­scy za­po­mnie­li.

My­ślę, że ja wiem o tej spra­wie pew­ne rze­czy, któ­rych nie wie­dzą inni. Dla­te­go zde­cy­do­wa­łem się o nich na­pi­sać. Bo pew­nie już pora. Aby zdą­żyć, za­nim sam umrę.

Te­raz, gdy na ho­ry­zon­cie za­ry­so­wał się niby-kon­tur ta­jem­ni­cy, któ­ra ma być od­sło­nię­ta, mógł­by ktoś ocze­ki­wać, że na­stą­pią re­we­la­cje hi­sto­rycz­no-po­li­tycz­ne, ja­kich od pew­ne­go cza­su wie­le. A nuż syn od­kry­je bo­ha­ter­ski szcze­gół ży­cio­ry­su ojca. Wyj­dzie na jaw nie­zna­na kar­ta wo­jen­na? Taj­ny sąd w piw­ni­cach NKWD? Do­ku­ment z ubec­kie­go ar­chi­wum? Ukry­wa­ne la­ta­mi re­pre­sje?

Otóż nic ta­kie­go nie bę­dzie, bo nic ta­kie­go nie było. Kto się czu­je za­wie­dzio­ny, może da­lej nie czy­tać.

Sko­ro nie­spo­dzia­nie dla sa­me­go sie­bie za­trą­ci­łem na wstę­pie o po­li­ty­kę i hi­sto­rię, to naj­le­piej po­wiem na ten te­mat od razu całą resz­tę. Za­trą­ca­jąc o po­li­ty­kę i hi­sto­rię, musi się za­trą­cić o etos. A to dla­te­go, że je­ste­śmy pod pew­ną sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficz­ną, gdzie tak się rze­czy za­zę­bia­ją. Lub za­zę­bia­ły. I nie ma co uda­wać, że nas to nie ob­cho­dzi. Nie ob­cho­dzi­ło? Bo już prze­sta­ło? Tak po­wi­nie­nem był po­wie­dzieć?

Oj­ciec, któ­ry za­wsze pi­sał wier­sze i prze­kła­dał po­ezję z ob­cych ję­zy­ków na wła­sny, a do czter­dzie­ste­go roku ży­cia uczył w szko­le ła­ci­ny i gre­ki, uwa­żał po­li­ty­kę za spra­wę brud­ną. Był to pierw­szy po­gląd na po­li­ty­kę i etos, jaki po­zna­łem jesz­cze w dzie­ciń­stwie.

Jed­nak z opo­wia­dań do­mo­wych wnio­sku­ję, że ten po­gląd nie był wca­le pier­wot­nym prze­ko­na­niem ojca, ale że oj­ciec ukształ­to­wał go w so­bie do­pie­ro z cza­sem, gdy w pew­nym mo­men­cie za­jął się mimo wszyst­ko po­li­ty­ką. Mia­no­wi­cie po prze­wro­cie ma­jo­wym (1926 - rok mego uro­dze­nia) za­an­ga­żo­wał się jako mów­ca po­li­tycz­ny w kam­pa­nii wy­bor­czej na rzecz Pił­sud­skie­go i sa­na­cji.

Może by­ło­by słusz­niej, gdy­bym za­miast "sa­na­cji" na­pi­sał "uzdro­wie­nia", bo Pił­sud­skie­mu cho­dzi­ło o uzdro­wie­nie sto­sun­ków, a oj­ciec mu­siał w sło­wie sa­na­cja wy­czu­wać przede wszyst­kim jego na­tu­ral­ne zna­cze­nie ła­ciń­skie. Te­raz też wiem, co mó­wię.

Pił­sud­ski ze swym pro­gra­mem uzdro­wie­nia był nie­wąt­pli­wie w oczach ojca czło­wie­kiem czy­stym. Nie oka­za­ły się jed­nak czy­ste ani wy­bo­ry po­ma­jo­we, ani póź­niej­sze rzą­dy, ani lu­dzie, któ­rzy mie­li ojcu w na­gro­dę za udział w kam­pa­nii wy­bor­czej i ewen­tu­al­ne przy­stą­pie­nie do BBWR (mó­wio­no BB) obie­cy­wać ja­ko­by po­sa­dę sta­ro­sty.

To mu się nie po­do­ba­ło. Ofer­ty nie przy­jął, do BB nie wstą­pił, sta­ro­stą nie zo­stał, jed­nak sen­ty­men­tu i re­spek­tu dla Pił­sud­skie­go nig­dy nie stra­cił, a samą po­li­ty­kę uznał za rzecz brud­ną i prze­stał się nią zaj­mo­wać.

Nie wiem, czy wię­cej skłon­no­ści odzie­dzi­czy­łem w pro­stej li­nii po nim ja, sta­ry koń, czy prze­ciw­nie: od­rzu­ci­łem pra­wem kon­tra­stu i bun­tu po­ko­leń.

Co się ty­czy sto­sun­ku do po­li­ty­ki i w ogó­le do spraw pu­blicz­nych, zbio­ro­wych, spo­łecz­nych, ko­niecz­nie trze­ba do­dać, że pod tym wzglę­dem nie ce­cho­wa­ła wca­le ojca taka bez­względ­na po­wa­ga, jaka do­ty­czy­ła nie­któ­rych in­nych dzie­dzin, na przy­kład es­te­ty­ki. W po­li­ty­ce nie obo­wią­zy­wał też taki asce­tyzm ani mo­ral­ny ry­go­ryzm, ja­kie­go oj­ciec żą­dał od lu­dzi w ich ży­ciu oso­bi­stym, szcze­gól­nie w in­tym­nym.

Seks był brud­ny. Poza wła­snym ewen­tu­al­nie, ale wła­sny to za­wsze jest zu­peł­nie inna spra­wa.

Po­li­ty­ka nie mia­ła zna­cze­nia. Urząd sta­ro­sty nie miał zna­cze­nia. Nie mia­ły go rów­nież pie­nią­dze ani utrzy­ma­nie ro­dzi­ny. Jak pa­mię­tam, w la­tach mo­je­go wcze­sne­go dzie­ciń­stwa (któ­re upły­nę­ły nie w Za­ko­pa­nem, lecz w Kra­ko­wie) waż­ną rze­czą było, żeby oj­ciec uzy­skał rocz­ny urlop twór­czy, a naj­le­piej, żeby po­zbył się obo­wiąz­ków na­uczy­ciel­skich moż­li­wie na sta­łe.

"Za­pro­po­no­wa­li­by mi to sami, gdy­bym użył pew­ne­go spo­so­bu - śmiał się kie­dyś, a ja dziś go jesz­cze sły­szę. - Mu­siał­bym tyl­ko na­pi­sać ar­ty­kuł po­li­tycz­ny - mó­wił - do ja­kiejś opo­zy­cyj­nej ga­ze­ty. Przy­pu­ść­my, so­cja­li­stycz­nej. To za­wsze mogę zro­bić. Bo do en­dec­kiej bym się brzy­dził".

Nie mu­siał nig­dzie pi­sać ar­ty­ku­łu. Urlop w prak­ty­ce bez­ter­mi­no­wy, jak się po­tem oka­za­ło, uzy­skał w po­ło­wie lat trzy­dzie­stych za tak zwa­ny zwrot kosz­tów za­stęp­stwa, co rów­na­ło się re­zy­gna­cji z po­ło­wy upo­sa­że­nia i gwał­tow­nie po­gor­szy­ło sy­tu­ację ma­te­rial­ną domu.

Dla­cze­go od­szedł ze szkół, w któ­rych był do­sko­na­łym na­uczy­cie­lem i któ­rych w isto­cie sam po­trze­bo­wał dla rów­no­wa­gi psy­chicz­nej?

Jego ucznio­wie po­wo­li wy­mie­ra­ją, ale oprócz lu­dzi pa­mię­ta­ją­cych za­ko­piań­skie "piąt­ki li­te­rac­kie" spo­ty­ka­łem do nie­daw­na wła­śnie uczniów ojca z dwóch przed­wo­jen­nych gim­na­zjów: imie­nia Sta­szi­ca w Lu­bli­nie oraz św. Anny (póź­niej No­wo­dwor­skie­go) w Kra­ko­wie. Ci pa­mię­ta­li nie­zwy­kłe olśnie­nia do­zna­ne na lek­cjach niby to mar­twych ję­zy­ków.

Miał też pew­nie uczniów, któ­rzy go nie zno­si­li, ale ta­kich rze­czy nie mówi się sy­no­wi.

Ja nie cho­dzi­łem do szko­ły na lek­cje ojca. Jego spo­sób ucze­nia znam z domu.

Ła­ci­na była ję­zy­kiem jak każ­dy, czy­li na­rzę­dziem do na­zy­wa­nia przed­mio­tów, osób, zwie­rząt, spraw i zja­wisk ota­cza­ją­ce­go świa­ta. Po ła­ci­nie po pro­stu roz­ma­wiał i cza­sa­mi nie za­uwa­ża­ło się, co to za ję­zyk. Ła­ci­na mo­gła być uży­ta do czy­ta­nia fa­scy­nu­ją­cych tek­stów o bo­gach i woj­nach, ale gra­ma­ty­ce ła­ciń­skiej nie po­świę­ca­ło się wię­cej uwa­gi, niż na­le­ża­ło­by po­świę­cić bu­do­wie na­rzę­dzia.

Po­wiem to w spo­sób no­wo­cze­śniej­szy i zro­zu­mial­szy. Ła­ci­na była jak sa­mo­chód, któ­ry ma się po to, żeby nim jeź­dzić, a nie po to, żeby ćwi­czyć zna­jo­mość bu­do­wy sil­ni­ka, cią­gle coś w nim roz­bie­ra­jąc i na nowo skła­da­jąc.

In­a­czej dzia­ło się z gre­ką. Owszem, tak­że gre­ka mo­gła być uży­ta do lek­tu­ry tek­stów sta­ro­żyt­nych, któ­rych pięk­no za­pie­ra­ło dech, lecz nie słu­ży­ła do roz­mów. Gre­kę się po­nie­kąd oglą­da­ło z pew­nej od­le­gło­ści, a było na co po­pa­trzeć, bo za­cho­dzi­ły w niej bar­dzo oso­bli­we pro­ce­sy. Gre­ka przy­po­mi­na­ła ni to ogród zoo­lo­gicz­ny, ni to mu­zeum przy­rod­ni­cze, gdzie sło­wa żyły, mno­ży­ły się i prze­po­czwa­rza­ły jak dziw­ne zwie­rzę­ta z roz­ma­itych świa­tów i epok jed­no­cze­śnie, di­no­zau­ry obok wie­wió­rek. No, może prze­sa­dzi­łem. Cho­dzi o to, że było wi­dać, ja­kie jest bo­gac­two form i ga­tun­ków, jaki twór z ja­kie­go po­wstał, co któ­ry po któ­rym dzie­dzi­czy, jak mo­gli wy­glą­dać hi­po­te­tycz­ni przod­ko­wie, jak to wszyst­ko mu­tu­je, ewo­lu­uje, ro­dzi się, ale też wy­mie­ra, i dla­cze­go w koń­cu di­no­zaur prze­kształ­ca się w taką wie­wiór­kę.

Chy­ba się to uda­wa­ło, chy­ba do­brze było prze­ży­wać to z ucznia­mi, sko­ro nie­któ­rzy są pod wra­że­niem do dzi­siaj.

Co jed­nak spo­wo­do­wa­ło, że ich po­rzu­cił?

Ależ ucie­kał od wszyst­kich! Bał się lu­dzi. Uni­kał kon­tak­tu ze świa­tem brud­nym jak po­li­ty­ka, a może jesz­cze brud­niej­szym. Szu­kał pu­stel­ni.

W Za­ko­pa­nem, gdzie się prze­niósł zimą 1936-1937, wkrót­ce po uzy­ska­niu urlo­pu, był tra­gicz­nym sa­mot­ni­kiem. Ale chciał sa­mot­no­ści. Tyl­ko cał­kiem wy­jąt­ko­wo przyj­mo­wał ko­goś w domu. Nie wiem, czy ta­kich wy­pad­ków zda­rzy­ło się wię­cej, niż mógł­bym wte­dy zli­czyć na pal­cach jed­nej ręki, wciąż jesz­cze dość ma­łej.

Wy­bu­chła woj­na. Po­padł w nę­dzę.

Wła­śnie pod­czas oku­pa­cji nie­miec­kiej roz­po­czął "od­czy­ty", zra­zu kon­spi­ra­cyj­ne, bo zbie­ra­nie się w kil­ka­na­ście osób po do­mach pry­wat­nych, żeby gło­śno czy­tać wier­sze, nie było, oczy­wi­ście, do­zwo­lo­ne.

Po woj­nie skoń­czy­ła się kon­spi­ra­cja, jed­nak od­czy­ty w do­mach pry­wat­nych po­zo­sta­ły. Już le­gal­ne, ale w oczach no­wej wła­dzy "bez­i­de­owe", więc po­zba­wio­ne war­to­ści. Ofi­cjal­nie nikt nie chciał ich or­ga­ni­zo­wać. Stąd wzię­ła się ko­niecz­ność wła­sno­ręcz­nie ka­li­gra­fo­wa­nych ogło­szeń, plu­skie­wek i słu­pów.

Pew­na zmia­na za­szła do­pie­ro po paź­dzier­ni­ku 1956. Po­ja­wi­ły się dru­ko­wa­ne afi­sze, sal­ka do dys­po­zy­cji w Bi­blio­te­ce Miej­skiej. Tak­że eme­ry­tu­ra skrom­na, lecz re­gu­lar­nie wy­pła­ca­na. A z cza­sem wręcz or­der!

Czym były te od­czy­ty pu­stel­ni­ka spod Strą­ży­skiej i Księ­że­go Lasu? Tam wła­śnie miesz­kał, na Żyw­czań­skim (Bog­dań­skie­go 4, par­ter), w drew­nia­nej "wil­li" pana Wań­czy­ka, zwa­nej "Osa", tam prze­kła­dał na swój oso­bli­wy ję­zyk Teo­go­nię He­zjo­da albo olim­pij­ki Pin­da­ra i wła­sno­ręcz­nie ka­li­gra­fo­wał ogło­sze­nia. Wła­sno­ręcz­nie mu­siał też co dzień na­pom­po­wać w piw­ni­cy wody po­trzeb­nej do my­cia i go­to­wa­nia, a zimą na­pa­lić w bla­sza­nym pie­cu tro­ci­nia­ku, bo wę­giel był za dro­gi.

Ale raz w ty­go­dniu wy­bie­gał nie do Strą­ży­skiej i nie do Księ­że­go Lasu, tyl­ko na dół do mia­sta, żeby spo­tkać się, jak mó­wił, ze swo­imi słu­cha­cza­mi. Re­cy­to­wał i ob­ja­śniał im wier­sze cza­sem swo­je, cza­sem cu­dze, na­to­miast prze­kła­dy za­wsze swo­je. Wkła­dał w to ogrom­ną na­mięt­ność, a re­cy­tu­jąc, mo­du­lo­wał bar­dzo wy­ra­zi­ście głos. Po­zwa­lał się ty­tu­ło­wać pro­fe­so­rem. I to był wła­śnie "pią­tek li­te­rac­ki".

My­ślę, że po odej­ściu ze szko­ły bra­ko­wa­ło mu uczniów. Stra­cił na­gle pew­ną szcze­gól­ną moż­li­wość eks­pre­sji i sły­sze­nia sa­me­go sie­bie, do któ­rej był przy­zwy­cza­jo­ny. W Za­ko­pa­nem mu­siał mu ten uby­tek z bie­giem cza­su co­raz bar­dziej do­ku­czać. Otóż może "piąt­ka­mi li­te­rac­ki­mi" coś tam so­bie wy­na­gra­dzał. Po ty­go­dniu sa­mot­no­ści usi­ło­wał w cią­gu jed­ne­go dnia wy­rów­nać cały de­fi­cyt: ze­brać jak naj­wię­cej lu­dzi i jak naj­wię­cej po­wie­dzieć. Na­stęp­nie wra­cał do pu­stel­ni w "Osie".

Py­ta­nie głów­ne, jaka jest war­tość jego twór­czo­ści, na­pra­sza się od po­cząt­ku, ale o tym za chwi­lę. Naj­pierw skończ­my z Za­ko­pa­nem i Ta­tra­mi.

Bo tak go wi­dzą, tak ro­zu­mie­ją, kla­sy­fi­ku­ją i opi­su­ją, je­śli w ogó­le ktoś o nim pi­sze: za­wsze na tle gór. Zda­je się, że i pej­zaż li­te­rac­ki, w któ­rym go umiesz­cza­ją, przy­najm­niej gdy mowa o wcze­snym okre­sie twór­czo­ści - spóź­nio­na Mło­da Pol­ska, też jest przede wszyst­kim czę­ścią pej­za­żu gór­skie­go. No i miesz­kał w Za­ko­pa­nem przez ostat­nie dwa­dzie­ścia pięć lat, a już przed­tem na­pi­sał Dzien­nik ta­trzań­ski (pro­zą) i za­wsze po­świę­cał dużo wier­szy ob­co­wa­niu z przy­ro­dą gór­ską.

Mniej się wie o Lwo­wie, gdzie, stra­ciw­szy bar­dzo wcze­śnie ojca, wy­cho­wy­wa­ny był przez mat­kę, cho­dził do gim­na­zjum i - rzecz waż­na - do kon­ser­wa­to­rium. Po­cząt­ko­wo miał być pia­ni­stą, nie po­etą. Rów­nie mało sły­chać o Wied­niu, w któ­rym pod­czas pierw­szej woj­ny świa­to­wej stu­dio­wał fi­lo­lo­gię kla­sycz­ną, roz­pacz­li­wie się bro­nił przed po­bo­rem do c.k. ar­mii, opa­no­wał do­brze ję­zyk nie­miec­ki, zgro­ma­dził całą bi­blio­te­kę nie­miec­kich ksią­żek oraz po­znał pew­ną nie­bie­sko­oką pen­sjo­nar­kę z Po­do­la Za­chod­nie­go. Pa­nien­ka ta, na wszel­ki wy­pa­dek wy­pra­wio­na z domu do Wied­nia w oba­wie przed moż­li­wy­mi gwał­ta­mi nad­cią­ga­ją­cych wojsk ro­syj­skich, mia­ła w przy­szło­ści zo­stać moją mat­ką.

Pa­mię­ta się tro­chę o Lu­bli­nie. Lu­blin to już Pol­ska, ale wciąż jesz­cze mło­dość, lata dwu­dzie­ste. W tych cza­sach pro­spe­ro­wał, jak na ska­lę lu­bel­ską, sto­sun­ko­wo nie­źle, uczył, pra­co­wał, coś bądź co bądź wy­da­wał, na krót­ko stwo­rzył na­wet ja­kąś re­dak­cję, re­cen­zo­wał przed­sta­wie­nia te­atral­ne, w ogó­le dzia­łał.

Mało kto wie o Ka­zi­mie­rzu nad Wi­słą, a nikt o Ra­do­miu, gdzie w pew­nym okre­sie za­glą­dał re­gu­lar­nie co so­bo­ta, bo znów się tam ko­chał, i to nie na żar­ty.

Wresz­cie - o Kra­ko­wie. Tu, po roz­wo­dzie z pierw­szą żoną, ale jesz­cze przed osta­tecz­nym wy­jaz­dem do Za­ko­pa­ne­go, roz­po­czął nowe ży­cie z dru­gą: tym ra­zem czar­no­oką na­uczy­ciel­ką ra­dom­ską, znacz­nie od nie­go młod­szą i nie­po­zba­wio­ną ory­gi­nal­nej uro­dy. Jed­nak miał z sobą tak­że ko­goś trze­cie­go: pię­cio­let­nie­go wów­czas syna, któ­re­go, praw­dę mó­wiąc, wy­kradł był (wska­za­ne plu­squ­am­per­fec­tum) pierw­szej żo­nie, a któ­ry po wie­lu dzie­siąt­kach lat pi­sze wła­śnie to, co pi­sze.

Nie po­win­no się prze­sad­nie wie­rzyć w związ­ki ojca z Pod­ha­lem, Za­ko­pa­nem i tra­dy­cją mło­do­pol­ską, je­śli się przez te związ­ki ro­zu­mie utoż­sa­mie­nie z lo­kal­nym śro­do­wi­skiem spo­łecz­nym, tra­dy­cja­mi kul­tu­ral­ny­mi, szcze­gól­nie sty­la­mi czy zgo­ła folk­lo­rem. W każ­dym ta­kim wy­pad­ku cho­dzi o związ­ki nie­istot­ne albo po­zor­ne, jak w ogó­le we wszel­kich przy­na­leż­no­ściach ojca do re­gio­nów, zbio­ro­wo­ści, in­sty­tu­cji, do tra­dy­cji, mód, kon­wen­cji i ko­dów po­ro­zu­mie­waw­czych z sa­mym ję­zy­kiem pol­skim włącz­nie. Al­bo­wiem był to sa­mot­nik, ego­cen­tryk, au­ty­sta i uni­kat (on sam po­wie­dział­by krót­ko: od­mie­niec). Z na­tu­ry rze­czy nie chciał i nie mógł do ni­cze­go przy­na­le­żeć.

Tak zwa­na nie­nor­mal­ność sprzy­ja cza­sem sztu­ce, ale na ogół nie uła­twia suk­ce­sów za ży­cia i tyl­ko bar­dzo rzad­ko wy­na­gra­dza­na bywa po śmier­ci.

Od­mie­niec zda­wał so­bie spra­wę ze swe­go nie­przy­sto­so­wa­nia do świa­ta, choć uwa­żał je ra­czej za nie­przy­sto­so­wa­nie świa­ta do nie­go. Wie­rzył moc­no w wyż­szy sens po­sta­wy wła­snej i w od­osob­nie­niu po­kła­dał na­dzie­ję. Za­ra­zem czuł go­rycz z po­wo­du oczy­wi­ste­go fak­tu, że przez całe ży­cie nie był do­sta­tecz­nie uzna­wa­ny. Co praw­da, u nie­licz­nych wiel­bi­cie­li cie­szył się re­spek­tem jako bez mała ge­niusz, lecz w opi­nii in­nych ucho­dził tyl­ko za nie­zno­śne­go za­ro­zu­mial­ca i gra­fo­ma­na.

Miał ogrom­ne trud­no­ści wy­daw­ni­cze. Pierw­sze zbio­ry wier­szy uka­za­ły się "na­kła­dem au­to­ra". Po­tem fun­du­szów za­bra­kło i po Mo­jej kan­tycz­ce (1926) nie wy­szło już wła­ści­wie nic, je­śli nie li­czyć dwóch ze­szy­tów spe­cjal­nych "Oko­li­cy Po­etów" (1937 i 1938) po­świę­co­nych po­ezji rzym­skiej i grec­kiej wy­łącz­nie w prze­kła­dach ojca.

Pu­bli­ka­cji książ­ko­wych do­cze­kał się rze­czy­wi­ście do­pie­ro po śmier­ci - w Wy­daw­nic­twie Lu­bel­skim (Smu­tek trium­fal­ny, 1971) i kra­kow­skim WL (Ciem­ne smre­czy­ny, 1982) - co wca­le nie zna­czy, że do­cze­kał się uzna­nia.

Aby zi­lu­stro­wać, jak by­wa­ło, opo­wiem hi­sto­ryj­kę.

Z po­cząt­kiem lat pięć­dzie­sią­tych za­dzwo­nił u mnie w War­sza­wie te­le­fon i oznaj­mił, że mówi Ju­lian Tu­wim. Czy je­stem sy­nem Ta­de­usza Bo­cheń­skie­go? Kie­dy po­twier­dzi­łem, głos Tu­wi­ma w te­le­fo­nie po­dał ad­res na No­wym Świe­cie i po­pro­sił, że­bym na­stęp­ne­go dnia przy­szedł "po­roz­ma­wiać w spra­wie ojca".

Sze­dłem z bi­ciem ser­ca, bo Tu­wim był mi zna­ny z bar­dzo wcze­snych, a peł­nych za­chwy­tu, jesz­cze chło­pię­cych lek­tur po­etyc­kich. Wy­da­wał się by­tem wręcz mi­tycz­nym. Z dru­giej stro­ny wie­dzia­łem, że przed woj­ną oj­ciec z nim ko­re­spon­do­wał. Tu­wi­mo­wi, któ­ry sam na­pi­sał Sło­piew­nie, upra­wiał sło­wo­twór­stwo w swo­jej "pięk­nej oj­czyź­nie-pol­sz­czyź­nie", pil­nie wer­tu­jąc, jak są­dzę, Słow­nik ety­mo­lo­gicz­ny Brück­ne­ra, mo­gła się po­do­bać twór­czość ojca ze wzglę­dów ję­zy­ko­wych. I rze­czy­wi­ście, Tu­wim uto­ro­wał kie­dyś dro­gę pew­nej pu­bli­ka­cji ojca w "Ska­man­drze". Na­wet ho­no­ra­rium do Za­ko­pa­ne­go przy­sła­li.

Gdy w cał­kiem już no­wej epo­ce hi­sto­rycz­nej we­zwa­ny te­le­fo­nem Tu­wi­ma, zgło­si­łem się u nie­go w domu, po­wie­dział mi, że wła­śnie otrzy­mał po la­tach jesz­cze je­den list od ojca, któ­re­go sy­tu­acja jest przy­kra, bo nig­dzie mu nic nie dru­ku­ją. Trze­ba tak zro­bić, żeby coś mo­gło się uka­zać w "No­wej Kul­tu­rze", i on, Tu­wim, to za­ła­twi, tyl­ko ja mu­szę mu po­móc ze wzglę­du na brak cza­su, jak mó­wił, to zna­czy mu­szę spo­śród licz­nych rę­ko­pi­sów ojca wy­brać od­po­wied­nie tek­sty. Niech będą wier­sze ory­gi­nal­ne albo prze­kła­dy, wszyst­ko jed­no. Ale czy da się zna­leźć coś, w czym był­by wy­dźwięk ide­olo­gicz­ny? Żeby choć z grub­sza tak wy­glą­da­ło. Bo te­raz bez tego ani rusz. Na­sza roz­mo­wa jest po­uf­na, do­dał Tu­wim. Oj­ciec nie może się o niej do­wie­dzieć. Czy jed­nak ja­kiś tłu­ma­czo­ny przez ojca Grek - tu się Tu­wim za­śmiał - nie wspo­mi­na o "ra­bach nie­wol­nych" albo czymś po­dob­nym?

Przy­zna­ję, że wy­ko­na­łem zle­co­ną mi pra­cę, choć nie­zu­peł­nie w myśl in­struk­cji Tu­wi­ma, za co zresz­tą nie od nie­go, lecz od ojca po­wi­nie­nem był do­stać po uszach. "Ra­bów nie­wol­nych" wca­le nie szu­ka­łem. Z zim­ną krwią na­to­miast wy­bra­łem, je­śli w ogó­le było to moż­li­we, tek­sty pi­sa­ne ję­zy­kiem naj­bar­dziej zbli­żo­nym do kon­wen­cjo­nal­ne­go, bo wie­dzia­łem, że tyl­ko ta­kie mają szan­sę dru­ku. Sta­no­wi­ło to zdra­dę wo­bec ojca. Czy wy­stą­pią przed czy­tel­ni­kiem ide­olo­gicz­ne "raby", czy nie wy­stą­pią, mógł oj­ciec uwa­żać za kwe­stię obo­jęt­ną i śmiesz­ną. Ale czy wy­stą­pi w ca­łej oka­za­ło­ści jego in­dy­wi­du­al­ny ję­zyk ze swy­mi cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi ce­cha­mi, czy też wsku­tek chy­trych ma­new­rów syna zo­sta­nie za­tu­szo­wa­ny - o, to cał­kiem co in­ne­go! Tę spra­wę, gdy­by tyl­ko był świa­dom rze­czy, mu­siał­by oj­ciec uznać za gar­dło­wą.

A prze­cież jest fak­tem, że przy­najm­niej część mo­je­go wy­bo­ru, acz­kol­wiek nie­wiel­ka, uka­za­ła się po­tem w "No­wej Kul­tu­rze" i była to jed­na z bar­dzo rzad­kich pu­bli­ka­cji ojca po woj­nie.

Je­śli od li­te­ra­tu­ry spo­dzie­wa­my się moż­li­wie tre­ści­we­go świa­dec­twa o re­al­nym śro­do­wi­sku, w któ­rym pi­sarz żyje, to w tym za­kre­sie po­zo­sta­wił po so­bie nie­wie­le. Ale i świa­dec­two li­rycz­ne o wła­snym wnę­trzu po­ety, cho­ciaż ist­nie­je, nie od­zna­cza się bo­gac­twem te­ma­tów. Wła­ści­wie naj­do­bit­niej i naj­czę­ściej jest tam wy­ra­ża­na sa­mo­wie­dza i de­ter­mi­na­cja twór­cza ("rzeź­bię się", "kuję po­sąg"). Mo­tyw po­są­gu, ob­rób­ki ka­mie­nia, ku­cia po­wta­rza się upo­rczy­wie. Po­eta rzeź­bi dzie­ło, lecz i sie­bie, bo rzeź­biąc w tru­dzie i na prze­kór prze­ciw­no­ściom, sam sta­je się dzie­łem. Jest pew­ny swej wyż­szo­ści nad "zgieł­kiem", "ga­wie­dzią", "głup­stew­kiem" i "mia­stem" (mia­sto było, jak pa­mię­tam, szcze­gól­nie brud­ne!).

Skąd ta pew­ność? Po­eta wie, że roz­po­znał praw­dzi­we war­to­ści, ale nie mówi nam wy­raź­nie, jak do swe­go roz­po­zna­nia do­szedł, ra­czej tyl­ko su­ge­ru­je, że dro­gą wy­trwa­łej in­tu­icji ("w sztol­niach czło­wie­czeń­stwa, w ot­chła­niach ta­jem­ni­cy"). Naj­wi­docz­niej sprzy­ja ta­kim wta­jem­ni­cze­niom kon­tem­pla­cja przy­ro­dy, ko­smo­su, a zwłasz­cza gór. I na tym po­le­ga istot­na funk­cja Tatr, poza od­dzia­ły­wa­niem czy­sto es­te­tycz­nym, in­spi­ru­ją­cym po­etyc­kie opi­sy.

Nie wia­do­mo jed­nak, czym wła­ści­wie są owe nie­wąt­pli­we war­to­ści, któ­re zo­sta­ły roz­po­zna­ne, jaka treść się na nie skła­da. Ich na­zwy to prze­waż­nie wspo­mnia­ne już "czło­wie­czeń­stwo" albo "peł­nia", "praw­da", "wiecz­ność", "nie­skoń­czo­ność", rów­nież "Bóg". Lecz je­śli Bóg, to bez "wa­szej otar­tej o kruch­tę, wy­mo­kłej w kro­piel­ni­cach bez­myśl­no­ści", nie "lal­ka na mia­rę upodo­bań". Bo: "Nic jesz­cze nie wiem. Czu­ję on­to­lo­gię".

Brak oznak, że mo­gło­by cho­dzić o war­to­ści mo­ral­ne, któ­re da się mie­rzyć do­brem dru­gie­go czło­wie­ka. Ka­te­go­ria tak po­ję­tej mo­ral­no­ści w za­sa­dzie nie ist­nie­je. Do­bra są do­bra­mi, gdyż są pięk­ne. Są do­stoj­ne. Uczest­ni­czą też ja­koś w rzeź­bie­niu i ku­ciu, ja­koś ten akt współ­two­rzą, wy­da­ją się więc ra­czej do­bra­mi wła­sny­mi ar­ty­sty.

Do­bra in­nych lu­dzi, świad­cze­nie dóbr in­nym lu­dziom, "chwi­lę ich ko­rzy­ści", je­dy­ny moż­li­wy al­tru­izm wy­obra­ża so­bie ar­ty­sta ("po­eta wasz") jako ob­da­rza­nie owych in­nych, tak­że "po­tom­nych", re­zul­ta­ta­mi swo­je­go ku­cia. Na­su­wa się py­ta­nie, czy ta­jem­ni­czą war­to­ścią, któ­rą po­eta roz­po­znał i do któ­rej z ta­kim sa­mo­za­par­ciem dąży, nie musi być w isto­cie on sam.

Ode­rwa­nie od sie­bie i du­cho­we­go ka­mie­nio­ło­mu, gdzie tkwi ze swy­mi ki­lo­fa­mi, mło­ta­mi, dłu­ta­mi i po­są­ga­mi, zda­rza się po­ecie nie­zmier­nie rzad­ko. Ale są ta­kie wy­jąt­ki. Rzeź­biarz uwal­nia się na chwi­lę od wiecz­ne­go na­pię­cia au­to­kre­acyj­ne­go, aby prze­nieść uwa­gę na cu­dzy dra­mat. Może to być, jak w Po­grze­bie, przy­go­to­wa­nie dzie­cię­ce­go po­chów­ku przez ubo­gą ko­bie­tę. "Była chu­da, ko­ści­sta i czar­na. (...) Coś nio­sła. (...) Trze­ba było zaj­rzeć w lufę pa­pie­ru sza­rą, aby po­znać tru­mien­kę dziec­ka".

Chcę jesz­cze przy­to­czyć inny przy­kład, mia­no­wi­cie mało komu zna­ny Po­żar war­szaw­skie­go get­ta, któ­ry jako ro­dzaj bo­jo­we­go sa­lu­tu, od­da­ne­go po­wstań­com w roku 1943, sta­no­wi ewe­ne­ment nie tyl­ko w li­ry­ce mo­je­go ojca, ale po­nie­kąd w pol­skiej li­ry­ce tam­tych cza­sów.

Dy­mem ogrom­nym niby mło­tem

ude­rza, po­licz­ku­je.

Do­sto­jąż po­go­dze­ni z wro­giem

szu­je?

O Cam­po di Fio­ri Mi­ło­sza wie­dzą wszy­scy, i słusz­nie. Pe­wien za­ko­piań­ski pu­stel­nik też wte­dy na po­żar war­szaw­skie­go get­ta za­re­ago­wał.

Ale trze­ba ra­czej uznać, że to, co w su­mie stwo­rzył, może się wy­dać bła­he, na­iw­ne albo wręcz pu­ste ko­muś, kto mie­rzy to kry­te­ria­mi zwy­cza­jo­wy­mi, czy­li pyta, ile dzie­ło za­wie­ra cie­ka­wych ko­mu­ni­ka­tów o świe­cie i au­to­rze lub jak ory­gi­nal­ną fi­lo­zo­fię wy­kła­da. Tu nie ko­niec py­tań, na­su­nę­ło­by się ich wię­cej. Czy jed­nak moż­na by je za­dać na przy­kład w związ­ku z dzie­łem mu­zycz­nym? Oczy­wi­ście, ale wte­dy by­ły­by to py­ta­nia od rze­czy.

Otóż nie­po­ro­zu­mie­nie co do twór­czo­ści od­mień­ca po­le­ga­ło i cią­gle po­le­ga na prze­ocze­niu przez wszyst­kich, że ten czło­wiek upra­wiał inną sztu­kę. Prze­oczył to, zda­je się, sam twór­ca, bo twier­dził ra­zem ze wszyst­ki­mi, że upra­wia sztu­kę po­etyc­ką, co jesz­cze i ja bez­wied­nie po­wta­rzam. Nie­praw­da! Od po­ezji może za­czął, lecz w pew­nej chwi­li ją rzu­cił, jak po­li­ty­kę, żonę i szko­łę. I za­mie­nił na coś no­we­go. A na co?

Po­wie­dział­bym, że na ję­zy­ko­twór­stwo, ga­tu­nek swój in­dy­wi­du­al­ny.

Kie­dy jesz­cze za­czy­nał od po­ezji - a był rok 1919 i 1920, i za pierw­szy­mi wy­da­ny­mi na­kła­dem au­to­ra Po­ezja­mi szła Po­ezyj ser­ja dru­ga i Po­ezyj ser­ja trze­cia (tu i da­lej za­cho­wu­ję pi­sow­nię ory­gi­na­łów), a przy ty­tu­łach były de­dy­ka­cje w ro­dza­ju "Mar­ji, żo­nie mo­jej, książ­kę tę po­świę­cam" (oczy­wi­ście żo­nie pierw­szej, po­dol­sko-wie­deń­skiej, któ­ra w przy­szło­ści mia­ła mnie uro­dzić) - to wte­dy mo­gło w tych po­ezjach być sło­wo tę­sk­ni­ca albo na przy­kład sło­wo gon­ty­na.

Gdy­by ktoś jed­nak się­gnął po sto­ją­ce w bi­blio­tecz­ce, pięk­nie opra­wio­ne Po­ezye Ka­zi­mie­rza Prze­rwy-Tet­ma­je­ra, też mógł­by zna­leźć w nich sło­wo tę­sk­ni­ca i sło­wo gon­ty­na, bo Tet­ma­jer nie­chyb­nie ich uży­wał. A jego Po­ezye w bi­blio­tecz­ce ojca na pew­no sta­ły sze­re­giem, Po­ezyj se­rya dru­ga, Po­ezyj se­rya trze­cia i tak da­lej, sko­ro je tam po­tem wi­dzia­łem i pa­mię­tam. Żół­ta­wy, błysz­czą­cy pa­pier, czcion­ka ozdob­na, se­ce­syj­ne za­krę­ta­ski.

Sęk w tym, że za mo­ich cza­sów było już po prze­ło­mie, któ­ry we­dle wła­sne­go wy­zna­nia oj­ciec prze­żył. Łą­czy się to z roz­wią­za­niem pierw­sze­go i za­war­ciem dru­gie­go mał­żeń­stwa. Nowe utwo­ry po­świę­cał in­nej żo­nie i pi­sał co­raz oso­bliw­szym ję­zy­kiem, jak­by w ogó­le ję­zyk dyk­to­wa­ły mu te ko­bie­ty i jak­by z za­mia­ną pierw­szej żony na dru­gą skoń­czy­ła się po­ezja, a za­czę­ło ku­cie ska­ły w sztol­niach czło­wie­czeń­stwa. Do tych sztol­ni sło­wo tę­sk­ni­ca czy gon­ty­na - każ­de z in­nej przy­czy­ny ska­za­ne te­raz na in­fa­mię i ba­ni­cję - nie mia­ło już ab­so­lut­nie pra­wa wstę­pu.

To­mi­ki były cien­kie, opraw­ne tyl­ko w szorst­ki pa­pier, rza­dziej w kar­ton. Ko­lo­ry­sty­ka ubo­ga: głów­nie sza­rość, ale pa­mię­tam i brud­na­wą zie­leń, tak­że gra­na­to­wość, w jed­nym wy­pad­ku może ce­gla­stość. Po­nad­to na okład­kach zda­rza­ły się gra­fi­ki, któ­re wy­ko­ny­wał w la­tach dwu­dzie­stych pe­wien lu­bel­ski wuj. Niech i on bę­dzie za­pa­mię­ta­ny: Boh­dan Kel­les-Krau­ze, in­ży­nier ar­chi­tekt, ar­ty­sta ma­larz.

A więc naga ko­bie­ta z ro­śli­ną. To była Olga. I czar­no-bia­ły pro­fil czło­wie­ka z dłu­tem. To był Rzeź­biarz. Książ­ki mia­ły ta­kie ty­tu­ły. Dzwo­ny. Rów­nież Ko­ściół. Jed­nak na okład­kach Dzwo­nów i Ko­ścio­ła nie było ry­sun­ków. Ry­su­nek był na He­zjo­do­wej Tar­czy He­ra­kle­sa2. Tam nie­wąt­pli­wie stał prze­chy­lo­ny na bok He­ra­kles, mu­sku­lar­ny, z list­kiem fi­go­wym, sty­li­zo­wa­ny, czy nie we­dług wzo­ru... jak go na­zy­wa­ją?... far­ne­zyj­skie­go? Czy nie opar­ty le­wym ra­mie­niem - o co? O tar­czę?

Książ­ki zna­czy­ły w domu wie­le, wię­cej od cze­go­kol­wiek in­ne­go, ale nie to, co na ogół zna­czą w do­mach dzie­ciń­stwa. Z książ­ka­mi dzia­ły się jed­no­cze­śnie rze­czy róż­ne, nie­zmier­nie po­waż­ne, pa­te­tycz­ne, tra­gicz­ne, skan­da­licz­ne, po­ni­ża­ją­ce i ta­jem­ni­cze. Lecz naj­istot­niej­szą rze­czą wśród spraw, któ­re ksią­żek do­ty­czy­ły, nie było zwy­czaj­ne czy­ta­nie, a już na pew­no nie czy­ta­nie ksią­żek dla dzie­ci. Może dla­te­go, że wszy­scy w domu od nie­pa­mięt­nych cza­sów umie­li czy­tać.

Ja na­uczy­łem się chy­ba w czwar­tym, naj­póź­niej pią­tym roku ży­cia i w dziw­nej po­zy­cji: sto­jąc na ta­bo­re­cie. Oj­ciec sta­wiał mnie w ten spo­sób na­prze­ciw sie­bie, za swym biur­kiem po­dob­nym do ni­skie­go se­kre­ta­rza, kry­tym, za­opa­trzo­nym w pod­no­śne wie­ko. Mógł sie­dzieć sam przy biur­ku i pi­sać wier­sze, a ja dzię­ki pod­wyż­sze­niu, któ­re po­zwa­la­ło mi umiesz­czać łok­cie na po­zio­mie wie­ka, też mo­głem pod okiem ojca kre­ślić li­te­ry.

Otóż - po­wta­rzam - nie czy­ta­nie ksią­żek było naj­istot­niej­szą rze­czą, tyl­ko fakt, że książ­ki w domu po­wsta­wa­ły, gdyż oj­ciec je wła­śnie pi­sał.

I za­ra­zem dru­gi fakt: że umie­ra­ły jak w obo­zie za­gła­dy, gdyż oj­ciec je sys­te­ma­tycz­nie nisz­czył.

A w ogó­le to one po­wsta­wa­ły - moż­na by po­wie­dzieć uczo­nym ję­zy­kiem - na po­zio­mie du­cha, gi­nę­ły na po­zio­mie ma­te­rii. Ja zaś dzię­ki ta­bo­re­to­wi zo­sta­łem w to wszyst­ko wcią­gnię­ty na po­zio­mie wie­ka. Czy­li al­fa­be­tu.

To­mi­ków opraw­nych w szorst­ki pa­pier, upcha­nych po sza­fach i szu­fla­dach do­mo­wych, było dużo, całe sto­sy. Mu­sia­ły dłu­go tak le­żeć. Czas ich ra­do­sne­go wzlo­tu, za­pa­łu i na­dziei daw­no mi­nął, ja go nig­dy nie prze­ży­łem, ja mia­łem być już tyl­ko świad­kiem cza­su za­gła­dy. Czę­ścio­wo tak­że opraw­cą i ka­tem, to zna­czy nie­win­nym, bez­wied­nym, śle­pym na­rzę­dziem, a jak­że!

To­mi­ki były dzie­ła­mi ojca, któ­re kie­dyś wy­da­no i któ­rych naj­wi­docz­niej nie uda­ło się sprze­dać. Nie wiem, czy spo­czę­ły w sza­fach od razu po wy­dru­ko­wa­niu i nie do­tar­ły w ogó­le nig­dy do księ­garń, czy przy­najm­niej nie­któ­ry­mi pró­bo­wał ktoś naj­pierw han­dlo­wać, a po­tem zwró­cił ojcu część lub wszyst­kie. O tym się nie mó­wi­ło. Prze­szłość to­mi­ków była nie­ja­sna.

Ale że książ­ki są to­wa­rem, któ­re­go nikt nie chce ku­pić, choć z dru­giej stro­ny są skar­bem, na któ­rym nie zna się ga­wiedź bo­ga­ta, pu­sta i głu­pia, to było ja­sne. To na­le­ża­ło do po­rząd­ku rze­czy, al­bo­wiem ży­li­śmy w ka­pi­ta­li­zmie. Nie my­ślę wpraw­dzie, żeby on się wte­dy tak na­zy­wał. Oczy­wi­sto­ści nie po­trze­bu­ją nazw. Ta oczy­wi­stość była od­wiecz­na, przy­kra, ha­nieb­na i nor­mal­na jak prze­zna­cze­nie.

Nie pa­mię­tam daty, ale na pew­no umia­łem już czy­tać, gdy do­sta­łem do za­ba­wy ja­kieś przy­pad­ko­we, wy­ję­te z sza­fy eg­zem­pla­rze. Oj­ciec dał mi je oso­bi­ście. Nie wiem, kie­dy roz­po­czął re­gu­lar­ne nisz­cze­nie swo­ich to­mi­ków po­etyc­kich i in­nych (Olga była pro­zą). Wi­dzę, jak to robi. Bie­rze Olgę w dwie ręce i roz­dzie­ra na pół. A po­tem wy­szar­pu­je po­szcze­gól­ne kart­ki, zwi­ja w trąb­ki, lej­ki czy coś tam i zu­ży­wa do bli­żej nie­okre­ślo­nych ce­lów do­mo­wych. Ja swo­je eg­zem­pla­rze też do­sta­łem na znisz­cze­nie. Z całą pew­no­ścią zna­la­zła się mię­dzy nimi He­zjo­do­wa Tar­cza He­ra­kle­sa.

Spró­bo­wa­łem czy­tać ten ry­mo­wa­ny prze­kład grec­kie­go po­ema­tu przy­pi­sy­wa­ne­go He­zjo­do­wi. Nic nie ro­zu­mia­łem. Ale do­sko­na­le sły­sza­łem fra­pu­ją­ce dźwię­cze­nie słów. Ja­kiś Am­fi­trion3 szedł do ja­kiejś Alk­me­ny, a idąc, pod­sy­cał w człon­kach mi­ło­sne po­żą­da­nie, bo z tą Alk­me­ną cze­ka­ło go słod­kie4 ob­co­wa­nie. Cóż to mo­gło zna­czyć? Wy­obra­zi­łem so­bie to­wa­rzy­stwo ta­jem­ni­czych człon­ków, zgro­ma­dzo­ne wzdłuż dro­gi na po­lach i ocho­czo po­zdra­wia­ją­ce Am­fi­trio­na-Dzeu­sa (oj­ciec prze­strze­gał pi­sow­ni fo­ne­tycz­nej). Pa­no­wa­ła tam prze­pięk­na, bar­dzo sło­necz­na po­go­da. Za­trzy­ma­łem się chy­ba na dru­giej stro­ni­cy. To, co z męż­czy­zna­mi, Am­fi­trio­nem i Dzeu­sem, wy­pra­wia­ła Alk­me­na i dla­cze­go po­wstał z tego He­ra­kles, było ab­so­lut­nie ciem­ną za­gad­ką. Jed­nak żad­na lek­tu­ra nie wy­war­ła na mnie już nig­dy po­tęż­niej­sze­go wra­że­nia.

Poza ase­man­tycz­ną mu­zycz­no­ścią słów i wi­zyj­no­ścią sko­ja­rzeń, któ­re też nie wia­do­mo co zna­czy­ły, ale dały się swo­bod­nie wy­do­by­wać z tek­stu i były nie­zwy­kłe, He­zjo­do­wa Tar­cza He­ra­kle­sa - na po­zio­mie ma­te­rii - od­sło­ni­ła mi swą mar­ną i prze­mi­ja­ją­cą ana­to­mię fi­zycz­ną. We­dle wzo­ru pod­pa­trzo­ne­go u ojca zo­sta­ła okrut­nie roz­dar­ta na pół. Coś pę­kło i ci­chut­ko za­chrzę­ści­ło w jej grzbie­cie, coś po­kru­szy­ło się, po­sy­pa­ło, ja­kiś za­schły klej, ze­rwa­ły się ścię­gna, wy­su­pła­ły ja­kieś nit­ki i za­pew­ne ob­ja­wił się w sa­mej swej me­ta­fi­zycz­nej isto­cie ma­te­rial­ny los li­te­ra­tu­ry. To ob­ja­wie­nie łącz­nie z całą resz­tą do­zna­nych przy oka­zji wta­jem­ni­czeń mia­ło w przy­szło­ści po­waż­nie wpły­nąć na moje ży­cie, za­ję­cia, po­glą­dy i de­cy­zje. Do­raź­nie na­to­miast kart­ki wy­dar­te w He­zjo­do­wej Tar­czy He­ra­kle­sa po­słu­ży­ły mi, jak są­dzę, do zbu­do­wa­nia se­rii pa­pie­ro­wych okrę­ci­ków.

Ale nie po­win­na zo­stać tu prze­mil­cza­na jesz­cze jed­na spra­wa. Dla­cze­go oj­ciec nisz­czył swo­je książ­ki? My­ślę, że za­czął to ro­bić z bar­dzo pro­ste­go po­wo­du. Zaj­mo­wa­ły zbyt dużo miej­sca w domu. Nie miał ich gdzie trzy­mać i chciał praw­do­po­dob­nie zre­du­ko­wać uciąż­li­wy nad­miar. Tak jed­nak tyl­ko za­czął, je­śli przy­pusz­cze­nie jest w ogó­le traf­ne.

Z bie­giem cza­su se­lek­cje sta­wa­ły się częst­sze i bez­względ­niej­sze, a za­sięg ich cią­gle się zwięk­szał. Rzeź­biarz nie Rzeź­biarz, Ko­ściół nie Ko­ściół - wszyst­ko było roz­szar­py­wa­ne, cię­te, mię­to­szo­ne, szło na pod­pał­kę albo koń­czy­ło w klo­ze­cie. A ja doj­rze­wa­łem i z ro­sną­cą zgro­zą pa­trzy­łem na tę ma­so­wą eks­ter­mi­na­cję. Aż sam do­ro­słem do odej­ścia z domu. Gdy to się sta­ło, stra­ci­łem bez­po­śred­ni wgląd w dal­sze dzie­je to­mi­ków.

Dłu­go by­łem pew­ny, że oj­ciec li­kwi­do­wał dru­ki, a nie idee ar­ty­stycz­ne. W moim po­ję­ciu re­ago­wał z taką kon­se­kwen­cją, a może skry­tą iry­ta­cją, na nie­po­wo­dze­nie ryn­ko­we swych wy­dań, i tyl­ko na nie­po­wo­dze­nie ryn­ko­we, mało ma­ją­ce wspól­ne­go z isto­tą sztu­ki, jak mnie sam na­uczył. My­śla­łem mniej wię­cej tak: chce ob­ni­żyć licz­bę prze­cho­wy­wa­nych eg­zem­pla­rzy do nie­zbęd­ne­go mi­ni­mum i nie za­prze­sta­nie tej rze­zi, póki nie osią­gnie pew­ne­go pro­gu. Ale gdzie miał być próg?

Otóż kie­dy oj­ciec umarł, nie zna­la­złem w domu ani śla­du po sta­rych to­mi­kach. Znisz­czył je do­szczęt­nie. Nic nie prze­ka­zał bi­blio­te­kom. Żad­ne­go z wcze­snych dru­ków nie ofia­ro­wał za ży­cia mnie. Z wy­jąt­kiem tych, oczy­wi­ście, któ­re zu­ży­łem kie­dyś na okrę­ci­ki. Zo­sta­wił tyl­ko opra­co­wa­ny w ostat­nich la­tach przed śmier­cią ma­nu­skrypt, po­my­śla­ny jako osta­tecz­na re­dak­cja ca­łe­go do­rob­ku po­etyc­kie­go od po­cząt­ku do koń­ca. Po­mi­nął tam wszyst­kie wier­sze z daw­nych wy­dań poza bar­dzo nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi.

Zro­zu­mia­łem wte­dy, że coś, co zda­wa­ło się pier­wot­nie eks­ter­mi­na­cją - moż­na po­wie­dzieć - płyt­ką, na po­zio­mie ma­te­rii, było w rze­czy­wi­sto­ści li­kwi­da­cją głę­bo­ką, na po­zio­mie du­cha. Książ­ki mo­je­go dzie­ciń­stwa wy­tę­pił sam au­tor, mój oj­ciec, nie­ko­niecz­nie dla­te­go, że więk­szo­ści nie mógł sprze­dać. Ra­czej dla­te­go, że mu się prze­sta­ły po­do­bać. Nie chciał już, by ist­nia­ły.

Nie­wąt­pli­wie był to głów­ny po­wód, zgod­ny z tym, cze­go na­uczył mnie oj­ciec o isto­cie sztu­ki. Świa­do­mość tej isto­ty uzbra­ja ar­ty­stę prze­ciw róż­nym si­łom, w szcze­gól­no­ści do­da­je otu­chy w ob­li­czu pie­nią­dza i cham­skie­go ka­pi­ta­li­zmu. Nie wiem jed­nak, czy był to je­dy­ny po­wód nisz­cze­nia ksią­żek. Po­wiem in­a­czej. Czy bez nie­po­wo­dze­nia ryn­ko­we­go był­by się oj­ciec w rów­nie dra­ma­tycz­ny spo­sób wy­rzekł daw­nych upodo­bań es­te­tycz­nych? Czy ma­te­ria du­cho­wi nie za­da­ła gwał­tu?

Mimo nauk, ja­kie po­bra­łem, sto­jąc jesz­cze na ta­bo­re­cie, wciąż nie­wie­le wiem o związ­kach mię­dzy po­zio­ma­mi. Nie mam pew­no­ści, czy po­zio­my się gdzieś prze­ci­na­ją, czy nie, a je­śli tak, to czy wpły­wa­ją na sie­bie i co z tego wy­ni­ka.

A więc było po prze­ło­mie, lecz - praw­dę mó­wiąc - nie od razu było to znać, są­dząc przy­najm­niej z ję­zy­ka. Ewo­lu­cja mu­sia­ła być stop­nio­wa. Był czas po­śred­ni, na pew­no już po tę­sk­ni­cy, ale jesz­cze przed sztol­nia­mi. Tak my­ślę, czy­ta­jąc dziś wiersz (no wła­śnie, chy­ba jed­nak wiersz?) na­pi­sa­ny wkrót­ce po prze­ło­mie, praw­do­po­dob­nie na wa­ka­cjach w Za­ko­pa­nem (1931), kie­dy mia­łem pięć lat.

Pla­ton

Słoń­ce na łąkę zło­tym na­fru­wa pło­mie­niem

i an­tycz­nie się wo­kół roz­cyr­ka­ły owa­dy.

To­bie, żono, bar­wi­sty spod ręki haft wy­peł­za,

a czar­nych oczu głę­bie raz po raz tak pod­no­sisz,

jak gdy­byś gro­ty świę­te od­my­kać mo­gła cu­dem

i mio­du z nich na ser­ce falę są­czy­ła słod­ką.

Z bru­nat­nej oto izby, co pach­nie po­ziom­ka­mi,

Pla­to­na księ­gę cze­sną wy­nio­słem pod ga­łę­zie

i czy­tam ci ma­rze­nia, któ­re ku bo­gom ro­sną,

a w ser­ca ludz­kie idą jak nu­rek w mórz ot­chła­nie.

Pa­mię­tam te gło­śne lek­tu­ry z au­top­sji. Ona z ha­ftem na le­ża­ku, on z Pla­to­nem na krze­śle. Albo od­wrot­nie: haft na krze­śle, Pla­ton na le­ża­ku. To się od­by­wa­ło czę­sto. I do­brze wiem gdzie. Nie­opo­dal Księ­że­go Lasu, ale nie z tej stro­ny, po któ­rej miesz­ka­li­śmy po­tem w "Osie", tyl­ko z prze­ciw­nej, gdzie stru­myk Mysz­ko­wiec i Buń­dów­ki.

A kon­kret­nie rzecz dzia­ła się u gó­ra­la Jo­hym­ka. Z jego cór­ka­mi, Hel­ką i Ma­ryś­ką, wol­no mi się jesz­cze było ba­wić, a tak, tak, w ko­nie, bo po­tem nie było już wol­no. Oczy­wi­ście, pod­czas ta­kich lek­tur mu­sia­ła być po­go­da i słoń­ce świe­ci­ło. A ja bie­ga­łem z go­ły­mi ko­la­na­mi po łące. Nie po­wiem, że bie­ga­łem w krót­kich spoden­kach, bo kie­dy się z po­chy­lo­ną gło­wą sa­me­mu tak bie­ga, ma­jąc pięć lat, wi­dzi się głów­nie na prze­mian pod­no­szo­ne ko­la­na, nie spoden­ki.

W tego ro­dza­ju sy­tu­acji, chy­ba pod­czas lek­tu­ry Pla­to­na, nie wiem w jaki spo­sób ktoś mnie pew­ne­go dnia chwy­cił na­gle, uniósł i ze mną ab­so­lut­nie onie­mia­łym na rę­kach za­czął biec w las. Oka­za­ło się, że była to moja mat­ka, ta nie­bie­sko­oka żona Ma­ria od tę­sk­ni­cy, któ­ra z roz­pa­czy za­cza­iła się w po­bli­żu, aby mnie pra­wem re­wan­żu wy­kraść ojcu. Ale wy­kra­dła tyl­ko na chwi­lę. Za­alar­mo­wa­ny oj­ciec uda­rem­nił pró­bę już przy stru­my­ku Mysz­kow­cu, a ja wte­dy do­pie­ro roz­ry­cza­łem się wnie­bo­gło­sy. Po­tem oj­ciec z mat­ką po­szli gdzieś na za­sad­ni­czą roz­mo­wę. Mnie tym­cza­sem, cią­gle ry­czą­ce­go, uło­żo­no w cha­łu­pie Jo­hym­ka, i pa­mię­tam, że za­wi­sły nade mną czar­nych oczu głę­bie i tak wi­sia­ły, aż się uspo­ko­iłem.

Co w ogó­le zro­bił? Stwo­rzył ję­zyk?

Opi­sa­nie, jak się z nim ob­cho­dził, zaj­mie tu tro­chę miej­sca. Ale już czas, że­bym to opi­sał.

Nie był, broń Boże, Za­men­ho­fem. Uży­wał prze­cież ję­zy­ka po­wsta­łe­go w na­tu­rze, jak naj­bar­dziej pol­skie­go. Nie skon­stru­ował sa­mo­wol­nie sztucz­ne­go zlep­ka, nie wy­my­ślił espe­ran­to. Nic w ję­zy­ku nie zro­bił sa­mo­wol­nie. Był fi­lo­lo­giem kla­sycz­nym i ję­zy­ko­znaw­cą typu kla­sycz­ne­go, ze wspa­nia­łej, jesz­cze dzie­więt­na­sto­wiecz­nej szko­ły hi­sto­rycz­no­po­rów­naw­czej. Znał pra­wa rzą­dzą­ce ję­zy­kiem, któ­re uwa­żał nie tyle może za świę­te, ile za na­tu­ral­ne, a więc uza­sad­nio­ne, do­bre i wła­ści­we. W twór­czo­ści ję­zy­ko­wej był le­ga­li­stą, do­ko­ny­wał je­dy­nie ak­tów umo­ty­wo­wa­nych pra­wa­mi. To róż­ni go w spo­sób istot­ny od au­to­rów mło­do­pol­skich. Od Tu­wi­ma zresz­tą też. Nikt z tam­tych wie­lu prze­twór­ców ję­zy­ka nie sto­so­wał się do praw, choć­by z tego po­wo­du, że ich nig­dy nie wy­stu­dio­wał, jak ten wie­deń­sko-za­ko­piań­ski fi­lo­log.

Wła­ści­wie to było tak: spo­strzegł w ję­zy­ku, któ­rym po­wszech­nie mó­wio­no i pi­sa­no, ob­jaw przy­po­mi­na­ją­cy nie­moż­ność zgi­na­nia sta­wów, po­ru­sza­nia wszyst­ki­mi pię­cio­ma pal­ca­mi, i to ta­ki­mi mniej uży­wa­ny­mi, na­wet nie u ręki, ra­czej u nogi. I po­my­ślał, że to da­ło­by się roz­gim­na­sty­ko­wać.

Dla­cze­go mo­że­my śpie­wać je­dy­nie o kimś? A gdy­by w tym wy­ra­że­niu od­po­wied­ni człon tak roz­ru­szać, że­by­śmy mo­gli śpie­wać ko­goś? Bo sło­wo śpie­wać jest do tego zdol­ne, sko­ro ogól­nie bio­rąc, mo­że­my śpie­wać coś, na przy­kład pio­sen­kę. Sło­wo jest prze­chod­nie, ale nie dość dziel­ne, nie w peł­ni wy­zy­sku­je swo­je moż­li­wo­ści, znie­do­łęż­nia­ło chy­ba, za­tra­ci­ło chwyt­ność, musi się po­słu­gi­wać pro­te­zą przy­im­ko­wą, tym "o", bez "o" nie po­tra­fi chwy­cić przed­mio­tu, to zna­czy te­ma­tu śpie­wa­nia.

"Kogo śpie­wa­ją po­eci?" - za­py­tał (w ty­tu­le wier­sza).

Ale kie­dy już od­po­wie­dział, że "bo­gów śpie­wa­ją wie­czy­stych" (dla­cze­go bo­gów, a nie prze­chod­niów, kro­wę lub sa­mo­lot, o tym póź­niej), i kie­dy chciał w opi­sie do­dać, że bo­go­wie mają słoń­ce za twarz, a or­ka­ny, czy­li hu­ra­ga­no­we wia­try, za ra­mio­na, spo­strzegł ko­lej­ną nie­spraw­ność ję­zy­ka i nie­po­trzeb­ną pro­te­zę przy sło­wie mieć, tym ra­zem w po­sta­ci przy­im­ka "za". Czy nie zdro­wiej i pro­ściej, za­miast mieć coś za twarz lub - jesz­cze go­rzej - mieć coś jako twarz, by­ło­by mieć coś twa­rzą? Na­pi­sał więc, że bo­go­wie "twa­rzą mają słoń­ce, a ra­mio­na­mi or­ka­ny".

Co do słow­nic­twa usta­li­ła się za­sa­da: rów­no­upraw­nio­ne są wszyst­kie sło­wa, bez wzglę­du na epo­kę, za­sięg te­ry­to­rial­ny ich funk­cjo­no­wa­nia i war­tość zna­cze­nio­wą w prak­ty­ce ję­zy­ka pol­skie­go, a na­wet nie­za­leż­nie od obec­no­ści w spi­sie słow­ni­ko­wym. Za­re­je­stro­wa­nie w słow­ni­ku było po­żą­da­nym świa­dec­twem, lecz nie­obo­wiąz­ko­wym. Roz­strzy­ga­ła inna le­gi­ty­ma­cja: pra­wo­wi­ty ro­do­wód oraz roz­wój i bu­do­wa zgod­ne z na­tu­rą ję­zy­ka. Cho­dzi­ło nie o to, czy sło­wo się w ję­zy­ku przy­ję­ło, tyl­ko czy teo­re­tycz­nie speł­nia wa­run­ki, by mo­gło w nim ist­nieć. Gon­ty­na nie mo­gła się wy­le­gi­ty­mo­wać ani po­rząd­ną ety­mo­lo­gią (ką­ci­na?), ani od­po­wied­nią dla pol­sz­czy­zny po­sta­cią fo­ne­tycz­ną.

Na mar­gi­ne­sie do­dam, że czę­ścio­we­mu ogra­ni­cze­niu pod­le­ga­ły sło­wa ob­ce­go po­cho­dze­nia. Nie po­win­ny były za­stę­po­wać bez wy­raź­nej po­trze­by słów ro­dzi­mych. Nie­po­trzeb­ne więc były pi­nez­ki, sko­ro w ję­zy­ku pol­skim ist­nia­ły i cał­kiem do­brze spra­wo­wa­ły się plu­skiew­ki. Ta nor­ma nie od­bie­ga­ła zresz­tą od za­le­ca­nej ogól­nie przez ję­zy­ko­znaw­ców.

Sło­wa daw­ne, za­po­mnia­ne, re­gio­nal­ne, gwa­ro­we cie­szy­ły się peł­nią praw oby­wa­tel­skich, po­dob­nie jak neo­lo­gi­zmy (nie lu­bił tego ter­mi­nu), je­śli tyl­ko zo­sta­ły utwo­rzo­ne po­praw­nie pod wzglę­dem mor­fo­lo­gicz­nym. Współ­cze­sne zna­cze­nia słów nie prze­szka­dza­ły uży­ciu tych sa­mych wy­ra­zów w zna­cze­niu pier­wot­nym. Wprost prze­ciw­nie. Sko­ja­rze­nia, któ­re wy­raz bu­dzi obec­nie, tak samo jak jego ko­no­ta­cje hi­sto­rycz­ne i w ogó­le wszel­kie uwi­kła­nia fra­ze­olo­gicz­ne na­ro­słe w ję­zy­ku uży­wa­nym przez "ogół" ("Ach, Nor­wi­dzie (...) nie jak "ogół" pi­sa­łeś"), były świa­do­mie igno­ro­wa­ne. Dziew­czy­na, dziew­ka i dzie­wi­ca zna­czy­ło to samo, po pro­stu: dzie­wa, mło­da oso­ba płci żeń­skiej. Żad­ne wzglę­dy se­man­tycz­ne lub es­te­tycz­ne ni­cze­go w tej spra­wie nie utrud­nia­ły ani nie za­bra­nia­ły.

Ale tę­sk­ni­ca zna­la­zła się jed­nak na in­dek­sie ze wzglę­dów es­te­tycz­nych, gdyż for­mal­nie była chy­ba w po­rząd­ku. Za­pew­ne rzeź­biarz wy­czuł w niej "okle­pan­kę" i nie "za­dał mło­to­wi" (rzeź­biarz nie brał nic pod młot, wo­lał bez pro­te­zy przy­im­ko­wej za­dać wprost mło­to­wi), nie za­dał więc tę­sk­ni­cy mło­to­wi, lecz od­rzu­cił, gdyż po do­zna­nym prze­ło­mie nie zno­sił ba­nal­nych, pu­stych okle­pa­nek, a w szcze­gól­no­ści tych odzie­dzi­czo­nych po Mło­dej Pol­sce, przy­po­mi­na­ją­cych mu, być może, nie­bie­sko­oką, ba­nal­ną, jego zda­niem, i pu­stą Ma­rię, któ­rej też już nie zno­sił.

Miał ta­kie gru­be bru­lio­ny w sztyw­nych okład­kach z ty­tu­ła­mi Słow­nic­two, wła­sno­ręcz­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ny­mi atra­men­tem na grzbie­tach. Za­pi­sy­wał w nich rzad­kie, god­ne uwa­gi wy­ra­zy, po jed­nym na stro­nie. Od­po­wied­nie sło­wa znaj­do­wał w naj­roz­ma­it­szych książ­kach, po­czy­na­jąc od trzy­na­sto­wiecz­nych Ka­zań świę­to­krzy­skich, na mię­dzy­wo­jen­nych de­biu­tach po­wie­ścio­wych Jalu Kur­ka lub Ta­de­usza Pe­ipe­ra koń­cząc. Wy­bra­ne oka­zy umiesz­czał w bru­lio­nach ra­zem z kon­tek­stem i ad­no­ta­cją, co na ich te­mat po­da­ją słow­ni­ki.

Bru­lio­ny trzy­mał pod ręką na biur­ku, choć le­piej by­ło­by może po­wie­dzieć "w biur­ku", po­nie­waż ten ro­dzaj kry­te­go se­kre­ta­rza, nie­wy­so­ki, po­dob­ny tro­chę kształ­tem do for­te­pia­nu, ale o po­chy­łej, skła­da­nej po­kry­wie z trzech de­sek na za­wia­sach, był w środ­ku pe­łen prze­gród, pół­ek i szu­fla­dek.

Biur­ko było czy­ste. Wnę­trze biur­ka było świą­ty­nią czy­sto­ści, od­ka­żo­ną środ­ka­mi de­zyn­fek­cyj­ny­mi. Sło­wa w bru­lio­nach były ste­ryl­ne i krysz­ta­ło­wo czy­ste.

Nie wiem, czy Słow­nic­two za­wie­ra­ło cza­sow­nik "do­stać" w zna­cze­niu "wy­trwać". Od mar­ca roku 1943 nie było mnie już w Za­ko­pa­nem. Nie mam pod­staw, aby so­bie wy­obra­żać, że pi­sząc w kwiet­niu Po­żar war­szaw­skie­go get­ta, się­gnął po bru­lion z ha­słem "do­stać", gdzie mo­gła­by być ad­no­ta­cja we­dług słow­ni­ka Lin­de­go: "Do­stać, do­stać komu, do­stać komu cze­go np. pla­cu, nie ustę­po­wać, do­trwać, do­trzy­mać, nie wa­hać się, fest ste­hen ble­iben, nicht wan­ken, nicht schwan­ken, Stich hal­ten, Stand hal­ten, fest hal­ten, uner­schüt­ter­lich be­obach­ten (roz­strze­le­nie i tłu­ma­cze­nie moje: nie­po­ru­sze­nie ob­ser­wo­wać - J.B.)". "Chcie­li go gwoź­dzia­mi przy­bi­jać, aby do­stał ognio­wi, któ­rym miał być pa­lo­ny. Birk. Kant. B.2.". Ostat­nie zda­nie to cy­tat z sie­dem­na­sto­wiecz­ne­go pi­sa­rza Fa­bia­na Bir­kow­skie­go.

Nie wiem, czy zaj­rzał do Słow­nic­twa i czy ewen­tu­al­nie w związ­ku z przed­sta­wie­niem tego ha­sła u Lin­de­go coś po­czuł, nim na­pi­sał "Do­sto­jąż po­go­dze­ni z wro­giem szu­je?". Ale wszyst­ko to jest moż­li­we, choć nie­ko­niecz­ne.

Nie mu­siał jed­nak nig­dzie za­glą­dać, by przy "do­sto­ją" umie­ścić na koń­cu ma­leń­kie "ż" dla wzmoc­nie­nia wy­zy­wa­ją­cej in­ten­cji py­ta­nia. Nie mu­siał, bo na­wet "ogół" uży­wa ta­kich ż. Ileż razy uży­wa! Ja­kiż czło­wiek nie uży­wa? Jed­nak do­cze­pić ż do róż­nych czę­ści mowy może być trud­niej albo ła­twiej. Nie­praw­daż? Do­cze­pi­myż bez opo­ru ż do cza­sow­ni­ka? Nie idzież nam ta pró­ba co­raz cię­żej? Do­sto­iż czy­tel­nik?

Ale dla­cze­go ję­zy­ko­twór­ca, tra­fiw­szy na ja­kąś nie­peł­no­spraw­ność, drob­ny nie­do­wład u cza­sow­ni­ków, nie miał­by ta­kiej skost­nia­ło­ści roz­ru­szać?

W Słow­nic­twie było na pew­no sło­wo bło­żyć (sprzy­jać), gdy tym­cza­sem "ogół" ro­zu­mie tyl­ko po­chod­ne sło­wo po­bła­żać, a tam­to pierw­sze go dzi­wi. Ale "ogół" do­brze zna inne ana­lo­gicz­ne po­chod­no­ści, jak ro­bić - po­ra­biać, go­nić - po­ga­niać, mno­żyć - po­mna­żać, i pierw­sze sło­wa z tych par wca­le go nie dzi­wią, bo jesz­cze wszyst­kie pa­mię­ta. Wszyst­kich uży­wa. A co z bło­że­niem? Nie pa­mię­ta bło­że­nia? Ale mógł­by. Więc niech so­bie przy­po­mni.

Na pew­no od­no­to­wa­ne było w bru­lio­nach sło­wo le­le­jać (chwiać). Sko­ro zaś ist­nia­ło, mo­gło na­stęp­nie po­słu­żyć sło­wo­twór­stwu w peł­nym i wła­ści­wym zna­cze­niu, gdy pod­czas prze­kła­du Teo­go­nii He­zjo­da ku­szą­ce z przy­czyn es­te­tycz­nych oka­za­ło się prze­ro­bie­nie nad­mia­ru grec­kich imion wła­snych na od­po­wied­ni­ki pol­skie. Wte­dy jed­na z Oke­anid zo­sta­ła Le­le­jan­ką.

Czy w bru­lio­nach od­no­to­wa­ne było sło­wo źreb? Nig­dy go nie wi­dzia­łem. A przy­najm­niej nie pa­mię­tam. I nie do­my­ślił­bym się bez prze­trzą­sa­nia słow­ni­ków, co zna­czy ten źreb, gdy­by w ory­gi­na­le grec­kim nie była to moj­ra. A więc cóż ta­kie­go? Ano los lub dział­ka, czy­jaś por­cja, cał­kiem jak ru­ska wie­lo­znacz­na dola, u nas za­po­ży­czo­na i gwa­ro­wa. Jed­nak dola z uwa­gi na ru­sy­cyzm nie nada­wa­ła się do użyt­ku w prze­kła­dzie, na­to­miast źreb sta­ro­pol­ski od­po­wia­dał sło­wu grec­kie­mu wprost ide­al­nie. I tak po­wstał na­stę­pu­ją­cy frag­ment Roz­ro­du bo­gów, czy­li Teo­go­nii He­zjo­da.

Ale i có­rek za­stęp zro­dzi­ła Te­tys: po zie­mi,

jak sze­ro­ka, jak dłu­ga, ho­du­ją mę­żów śmier­tel­nych,

z Apol­lo­nem, ze Stru­mie­nia­mi po­spo­łu bło­żą­ce

(ten bo źreb nie­cof­nio­ny od Dzeu­sa wzię­ły, mo­ca­rza).

Zwą się róż­nie, prze­róż­nie: Za­chę­ta, War­ta, Ucie­cha,

Przy­ja­ciół­ka, Że­glar­ka, nie­bio­som po­dob­na Mo­dro­ta,

Krą­twa, Wrza­wa, Opła­wa, roz­kosz­nie tań­czą­ca Za­ba­wa,

Błę­kit­ni­ca i cud­no­li­ca Bły­sko­ta, Szczo­dro­ta,

żwa­wa Skocz­ka i Zwin­ka, nie­utru­dzo­na Bie­lin­ka,

Jawa, czci­god­na Sła­wa i Wie­dza (ta przy­szłość uprze­dza),

trzo­dom rada Owczar­ka, nie­ską­pa Sza­far­ka, Wło­dar­ka,

pięk­nej ki­bi­ci We­so­łość, Bo­gacz­ka z oczy­ma kro­wi­mi,

ale i Zgu­ba, Oto­ka i pło­wa Płócz­ka i ona,

co ska­li­ste mi­łu­je po­brze­ża, Skał­ka urocz­na,

żywa Prze­ko­ra, Duma, nie­prze­mo­żo­na Po­tę­ga,

Peł­ni­ciel­ka, Wi­dun­ka i Wola, tę­sk­na i tę­sk­ność

roz­nie­ca­ją­ca Taj­nia-Ka­lip­so, Na­go­da, Na­do­ba,

Le­le­jan­ka, szu­mi­sta Pian­ka, ry­chli­wa By­strzy­ca

ja­koż Sty­ga-Prze­ra­za, ze wszyst­kich naj­sza­now­niej­sza.

Mia­łem wła­ści­wie za­miar przy­to­czyć prób­kę tek­stu, aby scha­rak­te­ry­zo­wać dra­mat, w jaki co­raz głę­biej po­pa­da­ła twór­czość ojca wsku­tek nie­ko­mu­ni­ka­tyw­ne­go ję­zy­ka. Po­dej­rze­wam, że w isto­cie przy­to­czy­łem ten ury­wek ze wzglę­du na cał­kiem inne ce­chy, mia­no­wi­cie na uro­dę i wdzięk tak spo­lo­ni­zo­wa­ne­go na­zew­nic­twa Oke­anid. Po­dob­ny frag­ment Teo­go­nii (o Ne­re­idach) z tych sa­mych za­pew­ne mo­ty­wów wy­brał do dru­ku w Smut­ku trium­fal­nym Ka­zi­mierz An­drzej Ja­wor­ski, przy­ja­ciel i pierw­szy po­śmiert­ny wy­daw­ca ojca. Oby­dwa ustę­py są peł­ne uro­ku, sto­sun­ko­wo też ła­two czy­tel­ne. Trze­ba było nie lada wie­dzy fi­lo­lo­gicz­nej oraz wy­obraź­ni lin­gwi­stycz­nej tłu­ma­cza, żeby te wszyst­kie nim­fy od­po­wied­nio prze­mia­no­wać i żeby na przy­kład Am­phi­rio mo­gła stać się Le­le­jan­ką.

Ale ca­łość Teo­go­nii, jak i sto­sy in­nych prze­kła­dów z wie­lu li­te­ra­tur, od sta­ro­in­dyj­skiej Ri­gwe­dy po dzie­więt­na­stoi dwu­dzie­sto­wiecz­ną li­ry­kę ukra­iń­ską, nie do­cze­ka­ły się pu­bli­ka­cji. Mię­dzy Ri­gwe­dą a Ukra­iń­ca­mi są prze­ło­żo­ne i nie­wy­da­ne po­ezje Gre­ków, Rzy­mian, Fran­cu­zów, Niem­ców, Wło­chów. Ist­nie­ją tyl­ko w roz­sy­pu­ją­cych się z wol­na rę­ko­pi­sach. Wszel­kie zna­ki wska­zu­ją, że na tym się skoń­czy. A cho­dzi o plon ca­łe­go ży­cia, dzie­siąt­ków lat sa­mo­za­par­cia i za­wzię­te­go tru­dze­nia się w sztol­niach czło­wie­czeń­stwa. Wy­sił­ki te wy­glą­da­ją na nie­po­trzeb­ne.

Mó­wiąc o tym, świa­do­mie nie ro­bię roz­róż­nie­nia twór­czo­ści ory­gi­nal­nej i prze­kła­do­wej. W obu istot­ny był ję­zyk. Treść, któ­rą ję­zyk wy­ra­żał, mia­ła zna­cze­nie dru­go­rzęd­ne. O praw­dzi­wej ory­gi­nal­no­ści de­cy­do­wa­ła szcze­gól­na po­ety­ka ję­zy­ko­znaw­cza, do­mi­nu­ją­ca jed­na­ko nad tek­sta­mi au­tor­ski­mi i po­zor­nie cu­dzy­mi. Po­zor­nie, bo wszyst­kie te hym­ny Ri­gwe­dy, bu­ko­li­ki Teo­kry­ta i so­ne­ty He­re­dii na­pi­sał po swo­je­mu Ta­de­usz Bo­cheń­ski.

Po­stę­pu­jąc tak, wy­kra­czał prze­ciw ka­no­no­wi. W myśl uzna­ne­go dziś ka­no­nu jest kar­dy­nal­nym obo­wiąz­kiem tłu­ma­cza prze­ka­zać styl ory­gi­na­łu, a sa­me­mu znik­nąć w jego cie­niu. Ten tłu­macz tak nie ro­bił, co na­tych­miast rzu­ca­ło się w oczy pierw­sze­mu lep­sze­mu lek­to­ro­wi w każ­dym wy­daw­nic­twie. Po­peł­niał wię­cej ra­żą­cych błę­dów, któ­re mu­sia­ły go dys­kwa­li­fi­ko­wać w oczach wy­daw­ców. Wbrew za­sa­dzie, że na­le­ży prze­kła­dać na ję­zyk swo­jej epo­ki, bo tyl­ko to na­da­je prze­kła­dom świe­żość i "świet­ność" (wsku­tek cze­go tłu­ma­cze dzieł kla­sycz­nych po­win­ni się co pe­wien czas zmie­niać, jak w bie­gu szta­fe­to­wym), ten tłu­macz spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka, któ­ry o ję­zy­ku swo­jej epo­ki w ogó­le nie sły­szał, a prze­kła­da wszyst­ko na ję­zyk wszyst­kich epok albo żad­nej.

Był tak na­iw­ny czy tak mą­dry?

Nie wiem. Przez całe ży­cie skła­nia­łem się to do jed­nej, to do dru­giej od­po­wie­dzi na to py­ta­nie i wciąż jesz­cze nie po­tra­fię zde­cy­do­wać się na osta­tecz­ny wy­bór.

Py­ta­nie się­ga głę­biej, da­le­ko poza sztu­kę prze­kła­du, ocie­ra się o sens i spo­sób eg­zy­sten­cji czło­wie­ka w hi­sto­rii.

Tak jak oj­ciec pi­sał, nie roz­róż­nia­jąc ję­zy­ków i epok, nie dba­jąc o sku­tecz­ne po­ro­zu­mie­nie ze współ­cze­snym śro­do­wi­skiem ludz­kim (dla­cze­go aku­rat z ja­kimś jed­nym?), tak też po­strze­gał świat i my­ślał. A wła­ści­wie tak żył. Dia­chro­nicz­nie, moż­na by po­wie­dzieć.

Jest to, je­że­li ktoś chce, za­baw­na ce­cha sta­ro­żyt­ni­ków, któ­rzy współ­ist­nie­ją jed­no­cze­śnie z nami i z Pe­ry­kle­sem. Rów­nie ła­two zresz­tą z Ody­sem-Ulis­se­sem lub Afro­dy­tą na przy­kład. Jest to też, być może, pe­wien gi­ną­cy typ kul­tu­ry, w któ­rej po­eci ra­czej "bo­gów śpie­wa­li wie­czy­stych" niż prze­chod­niów, kro­wę czy sa­mo­lot. Śpie­wa­li tych bo­gów dla­te­go, że nie od­róż­nia­jąc wpraw­dzie cza­sów, re­aliów i mi­tów, usi­ło­wa­li jed­nak wy­bie­rać to, co waż­niej­sze i war­to­ściow­sze.

Roz­po­znać ta­kie war­to­ści i wyż­szo­ści uda­je się za­pew­ne w sztol­niach czło­wie­czeń­stwa. Czy­li na wiel­kim od­lu­dziu, w głę­biach prze­strze­ni i cza­su. Wy­ni­ki pe­ne­tra­cji w te głę­bie mogą być za­ska­ku­ją­ce i bar­dzo nie­do­bre dla róż­nych ak­tu­al­nych prawd, eto­sów, kry­te­riów, umów obo­wią­zu­ją­cych wśród lu­dzi, dla roz­sąd­ków, po­rząd­ków oraz dla żon, dzie­ci i go­spo­dar­stwa do­mo­we­go.

A ja się zbun­to­wa­łem i ucie­kłem z domu. Nie o mnie ma tu być mowa, ale czu­ję, że wi­ze­ru­nek ojca tru­dzą­ce­go się w sztol­niach czło­wie­czeń­stwa na­le­ży ko­niecz­nie do­peł­nić tym szcze­gó­łem: uciecz­ką syna.

Mia­łem szes­na­ście lat, była woj­na, rok 1943, śnież­na noc mar­co­wa w Za­ko­pa­nem. Obo­wią­zy­wa­ło chy­ba za­ciem­nie­nie w oba­wie przed sa­mo­lo­ta­mi alianc­ki­mi. Wsia­dłem do nie­oświe­tlo­ne­go po­cią­gu i od­je­cha­łem na za­wsze. Zra­zu do mat­ki. Do tej wy­klę­tej przez ojca, nie­bie­sko­okiej Ma­rii. Księ­życ świe­cił pro­sto w okno wa­go­nu, a żan­dar­mi nie­miec­cy krę­ci­li się po sta­cjach. Mia­łem już po­wód, by się bać żan­dar­mów, o czym za chwi­lę.

Z domu wy­wo­zi­łem pew­ną wie­dzę ta­jem­ną o sztol­niach czło­wie­czeń­stwa, na­wet kult war­to­ści, lecz tak­że za­pa­mię­ta­ną do­brze lek­cję po­glą­do­wą o nie­przy­sto­so­wa­niu wza­jem­nym ar­ty­sty i świa­ta. Czy wi­nien był ar­ty­sta czy świat, po­zo­sta­wa­ło rze­czą nie­ja­sną. Jed­nak fa­tal­ny los ojca od­zwier­cie­dlał po­nie­kąd w spo­sób mo­de­lo­wy klę­skę, na któ­rą war­to­ści wyż­sze i czy­ste ska­zu­je po­li­ty­ka, eko­no­mia i ogól­na ma­ło­dusz­ność miesz­czań­skie­go spo­łe­czeń­stwa. Wy­pisz, wy­ma­luj, po­ło­że­nie du­cha ludz­kie­go w ka­pi­ta­li­zmie. Nie po­tra­fi­łem tego jesz­cze tak na­zwać, ale już to wie­dzia­łem. Ucie­ka­jąc w roku 1943 z Za­ko­pa­ne­go do Cheł­ma Lu­bel­skie­go, ja - wów­czas nie­let­ni po­eta - ucie­ka­łem też tro­chę przed per­spek­ty­wą klę­ski wła­snej, po­wta­rza­ją­cej klę­skę ojca.

Doj­rze­wa­nie jest samo przez się ro­dza­jem zbie­go­stwa. Mło­dy czło­wiek wy­ra­sta i po­rzu­ca gniaz­do, co jest uciecz­ką na­tu­ral­ną, ste­ro­wa­ną przez hor­mo­ny, lecz przez nie też wła­śnie ogra­ni­czo­ną, nie­zu­peł­ną. Zbieg może inną swo­ją czę­ścią, więk­szą lub mniej­szą, zo­stać w gnieź­dzie. I ja tak, od­jeż­dża­jąc na za­wsze, w znacz­nej mie­rze zo­sta­wa­łem. Jed­nak poza mo­ty­wa­mi ty­po­wy­mi dla okre­su doj­rze­wa­nia - a tym skłon­ny był­bym dzi­siaj ob­ja­śnić swój ów­cze­sny strach przed po­wtó­rze­niem klę­ski ojca - mia­łem jesz­cze do­dat­ko­we mo­ty­wy uciecz­ki. Przy­najm­niej dwa do­raź­ne. Nie wiem, któ­ry z nich za­wa­żył bar­dziej.

Osią­gną­łem wte­dy wiek do­sta­tecz­ny, by kwa­li­fi­ko­wać się do wy­wóz­ki na ro­bo­ty przy­mu­so­we do hi­tle­row­skiej Rze­szy. Oku­pa­cyj­ny Ar­be­it­samt przy­sy­łał mi już we­zwa­nia, na ra­zie w ce­lach ewi­den­cyj­nych. Za czas pe­wien jesz­cze gro­zi­ło po­wo­ła­nie do "służ­by bu­dow­la­nej" (Bau­dienst). W Ge­ne­ral­nym Gu­ber­na­tor­stwie, któ­re tak się prze­cież na­zy­wa­ło, a nie Ge­ne­ral­na Gu­ber­nia, "służ­ba bu­dow­la­na" za­stę­po­wać mia­ła Po­la­kom służ­bę woj­sko­wą.

Oj­ciec był w tych spra­wach ab­so­lut­nie bez­rad­ny. Wy­klu­czał ja­ką­kol­wiek moż­li­wość nie­za­sto­so­wa­nia się do nie­miec­kich we­zwań. A ra­czej do­pusz­czał każ­dą moż­li­wość pod wa­run­kiem, że nie na­ra­ził­bym na nie­bez­pie­czeń­stwo domu, w któ­rym, oczy­wi­ście, by­łem za­mel­do­wa­ny i w któ­rym by mnie w ra­zie nie­sta­wie­nia się szu­ka­no. A to za­gra­ża­ło­by, jak wy­czu­łem, nie tyle sa­me­mu ojcu czy resz­cie ro­dzi­ny, ile cze­muś waż­niej­sze­mu, cze­muś nie­na­ru­szal­ne­mu i świę­te­mu, chy­ba czy­sto­ści, przede wszyst­kim nie­ska­żo­ne­mu biur­ku, ste­ryl­nym rę­ko­pi­som, a w nich krysz­ta­ło­wo czy­stym sło­wom. Pew­ne­go dnia oj­ciec po­wie­dział coś nie­sa­mo­wi­te­go. Po­wie­dział, że prze­cież moż­na dać się wy­wieźć, a po­tem pró­bo­wać uciecz­ki, już z Nie­miec, gdzie są róż­ne taj­ne or­ga­ni­za­cje, któ­re w tym do­po­ma­ga­ją, szcze­gól­nie ko­mu­ni­stycz­ne.

Wpa­dłem na prost­szy po­mysł niż uciecz­ka przez Niem­cy z po­wro­tem do Pol­ski, sko­ro w Pol­sce wła­śnie już by­łem. Za­pro­po­no­wa­łem, że chwi­lo­wo uciek­nę do mat­ki i tam się za­mel­du­ję, a oj­ciec bę­dzie mnie mógł wy­mel­do­wać. Zgo­dził się od razu.

Był jesz­cze dru­gi mo­tyw, któ­ry zde­cy­do­wał o po­rzu­ce­niu prze­ze mnie ojca. Po­wiedz­my oględ­nie: kon­flikt z kuch­nią.

W domu bra­ko­wa­ło środ­ków do ży­cia. Pa­no­wa­ły wa­run­ki gło­do­we. Może na mie­siąc przed wy­jaz­dem do­sta­łem do zje­dze­nia okrop­ną po­tra­wę. Dziś jesz­cze robi mi się nie­do­brze na wspo­mnie­nie jej sma­ku, za­pa­chu i skut­ków, a mam bar­dzo wy­raź­nie w pa­mię­ci ten wy­war z ko­ści, któ­re, zda­je się, go­to­wa­ne były wpierw przez kil­ka dni, aż po­wstał śmier­dzą­cy klej. Zja­dłem więc to świń­stwo i jak­by mi spa­ra­li­żo­wa­ło wnętrz­no­ści. Jak­by też na­peł­ni­ło je ćmią­cym bó­lem i la­men­tem, a przede wszyst­kim pa­nicz­nym stra­chem przed zje­dze­niem cze­go­kol­wiek jesz­cze w ży­ciu. Za­cho­ro­wa­łem.

Ostat­nie ty­go­dnie spę­dzo­ne pod­czas woj­ny w za­ko­piań­skim domu ko­ja­rzą mi się z tą cho­ro­bą, mdło­ścia­mi i gło­dów­ką. O po­mo­cy le­kar­skiej nie było mowy. Nic nie ja­dłem, bo nie mia­łem na nic ape­ty­tu i nic do je­dze­nia nie było.

Do­pie­ro na krót­ko przed po­dró­żą mi­nę­ły za­wro­ty gło­wy i uczu­cie sła­bo­ści, któ­re pa­mię­tam jako wra­że­nie do­mi­nu­ją­ce z tych koń­co­wych dni. Naj­wi­docz­niej wra­ca­łem do zdro­wia, ale wciąż nie mia­łem od­wa­gi tknąć do­mo­wych po­sił­ków. Wte­dy moim wy­śnio­nym ma­rze­niem sta­ło się jaj­ko na mięk­ko. Był to luk­sus prze­wi­dzia­ny w na­szym ja­dło­spi­sie co naj­wy­żej dla dziec­ka, a ja dziec­kiem daw­no być prze­sta­łem. Jed­nak w swo­im bun­cie po­su­ną­łem się już tak da­le­ko, że zna­la­złem środ­ki, aby na wła­sną rękę ku­pić dzie­sięć jaj. Bez­czel­nie przy­nio­słem je do domu, a po­tem sam so­bie go­to­wa­łem co dzień po jed­nym i cho­ciaż w domu nie sia­da­no ra­zem przy sto­le, a po­sił­ki były in­dy­wi­du­al­ne, w nie­przy­zwo­icie jaw­ny spo­sób zja­da­łem, da­jąc tym do­wód ego­izmu i ma­łost­ko­wo­ści.

Tak od­ży­wio­ny, ucie­kłem.5