Zapach szczęścia - Klaudia Kopiasz

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (26,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Początek grudnia 2012 r.

Ktoś po­wie­dział kie­dyś, że je­śli czło­wie­ka nuży Lon­dyn, to zna­czy, iż nuży go samo ży­cie1). Wil­lia­ma mia­sto nie tyle nu­ży­ło, co roz­bu­dza­ło w nim bo­le­sne wspo­mnie­nia. Do nie­daw­na Lon­dyn był dla nie­go ni­czym świa­tło, mimo że gdzie­nie­gdzie spo­wi­jał go mrok. Uwiel­biał prze­cha­dzać się ulicz­ka­mi mia­sta, któ­re każ­de­go dnia od­kry­wa­ły przed nim nowe ta­jem­ni­ce. Wil­liam Gart spoj­rzał w dal. Ob­raz otu­lo­ne­go bia­łym pu­chem mia­sta wy­wo­ły­wał w nim te­raz tyl­ko smu­tek. Ozdo­bio­ne lamp­ka­mi domy i okna, przez któ­re moż­na było uj­rzeć roz­ra­do­wa­ne twa­rze lu­dzi, rów­nież spra­wia­ły mu ból. Szedł po­wo­li z psem, któ­ry praw­do­po­dob­nie czuł to samo, co jego wła­ści­ciel - żal, pust­kę i pra­gnie­nie, by ktoś po­da­ro­wał mu odro­bi­nę mi­ło­ści. Oczy Wil­lia­ma wil­got­nia­ły; nie dla­te­go, że top­nie­ją­ce płat­ki śnie­gu gro­ma­dzi­ły się wo­kół nich. Po­wód krył się głę­bo­ko w jego ser­cu i miał na imię Rose.

1) Samuel Johnson.

Kie­dy zo­ba­czył ją po raz pierw­szy, wie­dział, że od tego mo­men­tu coś zmie­ni się w jego ży­ciu. Była pięk­na, bły­sko­tli­wa i mia­ła w so­bie dzie­cię­cą nie­win­ność. Wil­liam ko­chał jej do­tyk, cie­pło ema­nu­ją­ce z drob­nej syl­wet­ki, uj­mu­ją­ce spoj­rze­nie. Wte­dy wy­da­wa­ło mu się, że nic ich nie roz­dzie­li. Cho­ro­ba po­ja­wi­ła się nie­spo­dzie­wa­nie i ode­bra­ła mu Rose na za­wsze. Za­cho­ro­wa­ła na no­wo­twór i ża­den le­karz nie był w sta­nie jej po­móc lub cho­ciaż spra­wić, by żyła dłu­żej. Mó­wio­no, że dia­gno­za zo­sta­ła po­sta­wio­na zbyt póź­no.

Wil­liam sta­rał się z ca­łych sił, by ostat­nie mie­sią­ce jej ży­cia były jak naj­pięk­niej­sze. Mimo iż wie­rzył, że uda się ją ura­to­wać, z dnia na dzień sta­wa­ło się co­raz bar­dziej oczy­wi­ste, że Rose wkrót­ce umrze. Zdra­dza­ły to jej bla­da twarz, ga­sną­ce oczy, za­ci­śnię­te pię­ści, któ­re mia­ły chro­nić przed bó­lem. Była co­raz słab­sza, jed­nak nie tra­ci­ła na­dziei, że wy­zdro­wie­je. Wal­czy­ła do koń­ca.

Czy na pew­no do koń­ca? Na to py­ta­nie nie po­tra­fił jed­no­znacz­nie od­po­wie­dzieć. Nie było go przy niej w ostat­nich chwi­lach jej ży­cia. Nie mógł jej ob­jąć ani chwy­cić chłod­nej dło­ni. Nie wi­dział wy­ra­zu jej drob­nej, na­zna­czo­nej bó­lem twa­rzy. Był za­ję­ty pra­cą. A prze­cież ten czas mógł po­świę­cić uko­cha­nej... Nie po­wi­nien był po­zwo­lić, by umie­ra­ła bez nie­go.

Mi­nę­ło już pięć lat. Czte­ry Boże Na­ro­dze­nia i pią­te nad­cho­dzą­ce za kil­ka­na­ście dni. Wil­liam nie prze­pa­dał za świę­ta­mi. Spę­dzał je sa­mot­nie ze swo­im psem. Te wszyst­kie fra­ze­sy o mi­ło­ści i ro­dzin­nym cie­ple przy­wo­dzi­ły mu na myśl Rose. Jej nie­obec­ność czy­ni­ła go zgorzk­nia­łym i za­mknię­tym w so­bie. Nie chciał sły­szeć o Bo­żym Na­ro­dze­niu, chy­ba na­wet zwąt­pił w mi­łość Boga, sko­ro w jego prze­ko­na­niu ode­brał mu uko­cha­ną. Już od pię­ciu lat nie świę­to­wał z ro­dzi­ną. Pod­da­wał się cier­pie­niu i tkwił w nim jak w ko­ko­nie, są­dząc, że nic lep­sze­go mu nie po­zo­sta­ło w jego po­zba­wio­nym mi­ło­ści ży­ciu - może tyl­ko to­wa­rzysz jego wie­czor­nych spa­ce­rów. Je­dy­nie Bar­ney po­tra­fił spra­wić, że na mo­ment za­po­mi­nał o bólu.

Pies spoj­rzał na swo­je­go pana. Will zo­ba­czył w jego oczach mi­łość i smu­tek. Uśmiech­nął się de­li­kat­nie i po­gła­skał go po gło­wie.

- Co tak na mnie pa­trzysz, przy­ja­cie­lu? - za­py­tał. - Chodź, przej­dzie­my się jesz­cze tro­chę, a po­tem wró­ci­my do domu. Przy­go­tu­ję ci coś do je­dze­nia.

Męż­czy­zna wy­ko­nał krok na­przód, po czym zer­k­nął ką­tem oka na psa. Bar­ney po­dą­żył za nim i wkrót­ce to on go pro­wa­dził. Pies był ulu­bień­cem Rose. Już w pierw­szej chwi­li, gdy go zo­ba­czy­ła, zro­dzi­ła się mię­dzy nimi wy­jąt­ko­wa więź. Dla­te­go nie­spo­dzie­wa­ne odej­ście ko­bie­ty oka­za­ło się rów­nie bo­le­sne dla Wil­lia­ma, jak i dla jego pu­pi­la.

- Wi­dzisz? To To­wer Brid­ge. Miej­sce, któ­re­go ni­g­dy nie po­zwo­lę ci ob­si­kać. - Gart uśmiech­nął się bla­do. - Wła­śnie tu­taj oświad­czy­łem się Rose. Był wie­czór, po­dob­ny do dzi­siej­sze­go. W pew­nym mo­men­cie wy­ko­rzy­sta­łem jej nie­uwa­gę i szyb­ko wy­ją­łem pier­ścio­nek z kie­sze­ni. Uklęk­ną­łem i po­pro­si­łem ją o rękę...

Choć Bar­ney nie wy­da­wał się za­in­te­re­so­wa­ny tymi zwie­rze­nia­mi, Wil­liam opo­wia­dał da­lej.

- Rose otwo­rzy­ła ze zdu­mie­nia usta i po kil­ku se­kun­dach wy­po­wie­dzia­ła sło­wa, na któ­re cze­ka­łem. "Tak. Ko­cham cię". One sta­ły się na­szym mot­tem. Ża­łu­ję, że już ni­g­dy wię­cej nie będę mógł po­wspo­mi­nać z nią tej chwi­li. - Wes­tchnął cięż­ko.

-

Trzy przy­ja­ciół­ki sie­dzia­ły w Café In­som­nia, skrom­nej ka­fej­ce usy­tu­owa­nej na obrze­żach Bo­sto­nu. Było póź­ne po­po­łu­dnie, tem­pe­ra­tu­ra się­ga­ła kil­ku­na­stu stop­ni, w po­wie­trzu uno­sił się za­pach desz­czu.

"Jest coś uj­mu­ją­ce­go, a za­ra­zem nie­po­wta­rzal­ne­go w pro­my­ku za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Do­cie­ra do kie­lisz­ka czer­wo­ne­go wina, za­ha­cza o lśnią­ce szkło, na­stęp­nie mu­ska ze­wnętrz­ną war­stwę trun­ku, na któ­rej two­rzy zło­ci­stą po­świa­tę. Po­wo­li za­nu­rza się w głę­bi­nie roz­kosz­nych sma­ków, by w koń­cu, ni­czym zmy­sło­wa ba­let­ni­ca, wy­ko­nać sub­tel­ny pi­ru­et na dnie kie­lisz­ka" - Mia prze­czy­ta­ła gło­śno frag­ment po­wie­ści swo­je­go ulu­bio­ne­go pi­sa­rza, Wil­lia­ma Gar­ta, i przy­mru­ży­ła z za­chwy­tu błę­kit­ne oczy. Po chwi­li czy­ta­ła da­lej: "Bio­rę łyk wina, na­gle czu­ję, jak smak je­żyn i po­zio­mek zbli­ża się do mo­je­go pod­nie­bie­nia. Zwil­żam usta na­po­jem, by od­kryć jego po­zo­sta­łe wa­lo­ry: sło­na­wą mi­ne­ral­ność, ko­rzen­ną nutę i cał­ko­wi­cie znie­wa­la­ją­cy, tru­flo­wy fi­nisz" - za­koń­czy­ła Mia, uśmiech­nę­ła się i skosz­to­wa­ła znaj­du­ją­ce­go się na sto­li­ku wina.

- Ty naj­le­piej wiesz, jak umi­lić nam czas - ode­zwa­ła się Ca­ro­li­ne, zie­lo­no­oka bru­net­ka. - Jesz­cze ni­g­dy nie mia­łam tak wiel­kiej ocho­ty na wino! - Chwy­ci­ła w dłoń kie­li­szek sau­vi­gnon, upi­ła łyk trun­ku. - Sma­ku­je jak po­ca­łu­nek uko­cha­ne­go lub kro­ple desz­czu lą­du­ją­ce na roz­grza­nych ustach - stwier­dzi­ła żar­to­bli­wie.

- O, wi­dzę, że w na­szym gro­nie po­ja­wi­ła się na­wie­dzo­na po­et­ka! - wy­bu­chła śmie­chem Jo­el­le.

- Le­piej być po­et­ką niż ko­bie­tą, któ­ra po­pa­da w de­pre­sję, gdy ma nie­wy­sprzą­ta­ne miesz­ka­nie - od­gry­zła się jej Ca­ro­li­ne, mru­żąc oczy.

- Czy to ta­kie dziw­ne, że lu­bię po­rzą­dek?

Przy­ja­ciół­ki za­czę­ły się śmiać. Wznio­sły to­ast za każ­dą wspól­nie spę­dzo­ną chwi­lę i za­bra­ły się za pró­bo­wa­nie de­se­rów.

- Je­dząc ti­ra­mi­su, czu­ję się taka zmy­sło­wa - za­chi­cho­ta­ła Ca­ro­li­ne. - Za mo­ment się­gnę rów­nież po wino i będę de­lek­to­wać się nim jak ten pi­sarz, któ­re­go cy­to­wa­łaś. Jak on się w ogó­le na­zy­wa? - zwró­ci­ła się do Mii.

- Wil­liam Gart - Mia z sza­cun­kiem wy­po­wie­dzia­ła imię i na­zwi­sko pi­sa­rza. - Uwiel­biam jego książ­ki.

Ca­ro­li­ne uśmiech­nę­ła się i się­gnę­ła po le­żą­cą na ko­la­nach Mii po­wieść. Spa­ce­ry w świe­tle księ­ży­ca... Ro­man­tycz­ny ty­tuł - za­my­śli­ła się na chwi­lę. Wy­obra­zi­ła so­bie, że jest w sło­necz­nej po­łu­dnio­wej Eu­ro­pie albo w swo­jej uko­cha­nej Ka­li­for­nii, a nie w chłod­nym Bo­sto­nie.

Tym­cza­sem Mia roz­sia­dła się wy­god­niej na krze­śle i za­czę­ła roz­glą­dać do­oko­ła. Odu­rza­ją­ca woń kawy, de­se­rów i przy­praw na­peł­ni­ła ka­fej­kę. Mimo że o tej po­rze w In­som­ni było tłocz­no i tro­chę dusz­no, at­mos­fe­ra tego miej­sca wy­da­wa­ła się wręcz ma­gicz­na. Wszy­scy ra­do­śnie roz­ma­wia­li, cie­sząc się sobą na­wza­jem... oraz wspa­nia­łym je­dze­niem. Mia spoj­rza­ła na swo­je przy­ja­ciół­ki. Po­sła­ła uśmiech sie­dzą­cej obok Ca­ro­li­ne, kom­ple­men­tu­jąc w my­ślach jej wy­gląd. Zer­k­nę­ła zna­czą­co na Jo­el­le, po­chło­nię­tą roz­wią­zy­wa­niem krzy­żów­ki. Mia­ła przy tym za­baw­ny wy­raz twa­rzy.

- Trzy sło­wa, łącz­nie dwa­na­ście li­ter - szep­nę­ła do niej Mia. - Po­ga­daj­zem­ną!

- Prze­pra­szam - za­ru­mie­ni­ła się Jo­el­le. - Nie mogę żyć bez krzy­żó­wek. Roz­wią­zu­ję je w au­to­bu­sie, mię­dzy pra­niem a go­to­wa­niem, na­wet te­raz. Chy­ba się od nich uza­leż­ni­łam.

- Nic nie szko­dzi, na­praw­dę - od­par­ła Mia wy­ro­zu­mia­le. - Po­wiedz mi le­piej, co u cie­bie sły­chać.

- Mit­chell jak zwy­kle pra­cu­je do póź­na. Od­kąd zna­lazł pra­cę w kor­po­ra­cji, spę­dza ze mną co­raz mniej cza­su - ża­li­ła się. - Dzie­ci w po­rząd­ku. Ko­cha­ne i roz­ra­bia­ją­ce jak za­wsze.

- Two­je ży­cie jest wspa­nia­łe - roz­czu­li­ła się Mia. - Je­steś praw­dzi­wą szczę­ścia­rą.

- Dzię­ku­ję, Mio. - Jo­el­le przy­tu­li­ła przy­ja­ciół­kę, po czym spoj­rza­ła na za­my­ślo­ną Ca­ro­li­ne. - A ty, dla­cze­go się nie od­zy­wasz?

- Sku­piam się.

- Na czym? - prych­nę­ła. - Na so­bie?

- Wi­dzę, że nie mu­szę od­po­wia­dać. - Ca­ro­li­ne przez chwi­lę uda­wa­ła, że jest obu­rzo­na, ale z cza­sem ro­ze­śmia­ła się życz­li­wie. - Kon­cen­tru­ję się na tym, ja­kich zmian mo­gła­bym do­ko­nać w swo­im ży­ciu. Nie cho­dzi mi o nową fry­zu­rę czy lep­szy mo­del sa­mo­cho­du. Chcia­ła­bym pod­jąć de­cy­zję, któ­ra... - urwa­ła, by zna­leźć od­po­wied­nie sło­wa - zna­czą­co wpły­nę­ła­by na moje ży­cie.

- Za­cznij od rze­czy ma­łych, póź­niej się­gaj po więk­sze - za­pro­po­no­wa­ła Mia. - Ja od roku pla­nu­ję wy­lot na Za­kyn­thos. Kie­dy sły­szę na­zwę tej pięk­nej wy­spy, do­sta­ję za­wro­tu gło­wy. Gdy­bym mia­ła oka­zję, po­le­cia­ła­bym tam już te­raz, w tej chwi­li. Ru­szy­ła­bym - wska­za­ła na krze­sło, na któ­rym sie­dzia­ła - wła­śnie z tego miej­sca!

- To co cię za­trzy­mu­je? - za­py­ta­ła Ca­ro­li­ne.

- Fun­du­sze - po­wie­dzia­ła, krzy­wiąc się nie­znacz­nie. - Nie mam wy­star­cza­ją­co dużo pie­nię­dzy na tę po­dróż. Nie­daw­no skoń­czy­łam stu­dia i mu­szę spła­cać kre­dyt stu­denc­ki.

- Bie­dac­two - od­par­ła współ­czu­ją­co Jo­el­le. - Po­ży­czy­ła­bym ci tyle, ile po­trze­bu­jesz, ale nie­ste­ty sami je­ste­śmy w nie­cie­ka­wej sy­tu­acji. Do­pie­ro co wy­szli­śmy na pro­stą...

- To nic. Kie­dyś na pew­no uda mi się speł­nić moje ma­rze­nie.

Mia spoj­rza­ła do kie­lisz­ka z wi­nem tak, jak­by prze­glą­da­ła się w lu­strze. Do­strze­gła w nim ja­kieś nie­wy­raź­ne od­bi­cie - nie była pew­na, czy swo­je, czy ra­czej ota­cza­ją­cej ją rze­czy­wi­sto­ści. Wi­dzia­ła je­dy­nie de­li­kat­ny za­rys cze­goś nie­od­gad­nio­ne­go i wów­czas po­my­śla­ła o ży­ciu, któ­re dla niej rów­nież jest taką nie­wia­do­mą.

Rozdział 1

Połowa grudnia 2012 r.

Wcze­snym ran­kiem Wil­liam po­sta­no­wił zajść do pie­kar­ni. Tego dnia było bar­dzo zim­no. Za­rzu­cił na sie­bie dłu­gi płaszcz i wy­szedł z miesz­ka­nia. Na ze­wnątrz za­sko­czył go lo­do­wa­ty po­dmuch wia­tru. Szedł wą­ski­mi ulicz­ka­mi Lon­dy­nu, któ­re o tej po­rze roku le­d­wo wy­ła­nia­ły się zza bia­łe­go pu­chu. Blask la­tar­ni ra­ził go w oczy, pa­da­ją­cy śnieg mo­czył ubra­nie. Obo­jęt­nie mi­jał prze­cho­dzą­cych lu­dzi. Po­my­ślał, że gdy­by była przy nim Rose, z uśmie­chem wi­ta­ła­by każ­de­go prze­chod­nia. Wil­liam nie prze­jął od niej tego zwy­cza­ju. Od mo­men­tu jej śmier­ci sa­mot­ność za­miesz­ka­ła w nim na za­wsze. W nocy nie po­zwa­la­ła mu spo­koj­nie spać, a rano - bu­dzić się z uśmie­chem na twa­rzy.

Tym­cza­sem Lon­dyn sta­wał się co­raz pięk­niej­szy. Osza­ła­miał at­mos­fe­rą zbli­ża­ją­cych się świąt. Kie­dy Wil­liam sta­nął w drzwiach pie­kar­ni, ogar­nę­ły go wspo­mnie­nia. To było ulu­bio­ne miej­sce Rose. Za­wsze przy­cho­dzi­ła tu o po­ran­ku, żeby ku­pić świe­że, pach­ną­ce bu­łecz­ki. Eks­pe­dient­ki zna­ły ją do­sko­na­le; mó­wi­ły, że wraz z jej śmier­cią ode­szło coś, co do­da­wa­ło uro­ku pie­kar­ni. Wy­star­czy­ło tyl­ko, że się tam po­ja­wi­ła, a klien­tów za­czy­na­ło przy­by­wać, at­mos­fe­ra sta­wa­ła się ra­do­śniej­sza.

Wspo­mnie­nie naj­droż­szej oso­by wy­wo­ła­ło w Wil­lia­mie la­wi­nę ne­ga­tyw­nych emo­cji. Wy­ko­nał je­den chwiej­ny krok na­przód. Ko­tło­wa­ło się w nim tyle smut­ku, przy­gnę­bie­nia i żalu, że cza­sa­mi wy­da­wa­ło mu się, że nie bę­dzie już dłu­żej w sta­nie tego wszyst­kie­go udźwi­gnąć.

- Dzień do­bry, pa­nie Gart - przy­wi­ta­ła go Mi­riam, pra­cu­ją­ca w pie­kar­ni od lat.

- Wi­taj, Mi­riam. Zwra­caj się do mnie po imie­niu, pro­szę - od­po­wie­dział. - Tak dłu­go się prze­cież zna­my. Mi­nę­ło już po­nad sześć lat, praw­da?

- Tak, to Rose nas ze sobą po­zna­ła - wtrą­ci­ła ze smut­kiem. - Po­wiem to jesz­cze raz: bar­dzo mi przy­kro z po­wo­du jej odej­ścia. Szcze­rze ci współ­czu­ję. - Zer­k­nę­ła na jego twarz, na któ­rej wi­dać było ogrom­ny ból. - Wy­glą­dasz na przy­gnę­bio­ne­go... Da­lej się tym za­drę­czasz, praw­da? Wiesz - urwa­ła i wy­pu­ści­ła z ust po­wie­trze - jej ży­cie prze­mi­nę­ło, ale two­je... Two­je, Wil­lia­mie, wciąż trwa.

Mi­riam wy­szła zza lady i chwy­ci­ła go de­li­kat­nie za rękę. Była sześć­dzie­się­cio­let­nią ko­bie­tą o ła­god­nym uspo­so­bie­niu.

- Nie zmie­ni­łeś się w ogó­le. Da­lej za­my­kasz się w so­bie. - Uję­ła jego twarz. - Od­wra­casz ode mnie wzrok... Może po­wi­nie­neś spró­bo­wać po­go­dzić się z tym, co cię spo­tka­ło? To przy­nio­sło­by ci spo­kój.

- Ła­two po­wie­dzieć - od­parł ła­mią­cym się gło­sem - lecz trud­niej wy­ko­nać. Bo wi­dzisz, Rose była dla mnie wszyst­kim. I wciąż tak jest, dla­te­go nie po­tra­fię za­ak­cep­to­wać tego, że jej już przy mnie nie ma. Tyl­ko w snach mogę za­trzy­mać ją na za­wsze. Może nie uwie­rzysz, ale cza­sem nie chcę się obu­dzić tyl­ko dla­te­go, by dłu­żej z nią prze­by­wać.

- Wiem, o czym mó­wisz, ale je­steś fa­ce­tem i po­wi­nie­neś wziąć się w garść.

- Tak uwa­żasz?

- Tak, Wil­lu. Za­ufaj mi. Ja rów­nież mu­sia­łam po­go­dzić się ze śmier­cią uko­cha­nej oso­by, przy­zwy­cza­ić się do nie­dziel­nych od­wie­dzin przy gro­bie.

- Tom zmarł?! - Wil­liam sze­ro­ko otwo­rzył oczy ze zdu­mie­nia. - Kie­dy?

- Dwa lata temu. Wy­da­je się, jak­by to było wczo­raj. - Po jej twa­rzy po­cie­kła łza. - By­łeś tak sku­pio­ny na swo­im cier­pie­niu, że nie mia­łam od­wa­gi, a może po pro­stu nie wie­dzia­łam, jak ci o tym po­wie­dzieć.

- Mi­riam, co ty mó­wisz? - Ob­jął ją naj­czu­lej, jak tyl­ko po­tra­fił. - Tak mi przy­kro... Co mogę dla cie­bie zro­bić?

- Dla mnie nic, ale zrób coś dla sie­bie. Otwórz się na in­nych - szep­nę­ła mu do ucha. - Prze­stań oglą­dać się wstecz. Je­steś tu i te­raz... Wie­rzę, że so­bie po­ra­dzisz.

- Nie był­bym tego taki pe­wien.

Wy­brał jed­ne­go świe­że­go cro­is­san­ta, po­że­gnał się z Mi­riam i opu­ścił pie­kar­nię. Jesz­cze przez wi­try­nę spoj­rzał na przy­ja­ciół­kę, któ­ra wła­śnie po­da­wa­ła ko­muś ka­wa­łek ja­błecz­ni­ka. Jej twarz była spo­koj­na. Wil­liam cie­szył się, że ją spo­tkał. Nie tyl­ko do­da­ła mu nie­co wia­ry, ale też skło­ni­ła do za­sta­no­wie­nia się, co da­lej. Czy war­to za­cząć wszyst­ko od nowa? Czy tego chcia­ła­by Rose? Co po­wi­nien zro­bić męż­czy­zna, któ­ry przed pię­cio­ma laty za­gu­bił sens ży­cia?

-

- Zno­wu bu­jasz w ob­ło­kach? - Głos Aaro­na wy­rwał Mię z za­my­śle­nia.

Dziew­czy­na po­pra­wi­ła wło­sy. Uśmiech­nę­ła się bla­do do swo­je­go przy­ja­cie­la, po czym spoj­rza­ła na nie­go, uda­jąc, że nie ro­zu­mie, co po­wie­dział.

- Uwiel­biam tę two­ją dzie­cię­cą nie­win­ność - ro­ze­śmiał się. - Przy­nio­słem ci ma­te­ria­ły do przej­rze­nia. Za ty­dzień ru­sza­my z no­wym nu­me­rem.

- Cu­dow­nie. Na co w tym mie­sią­cu sta­wia­my?

- Na suk­ces - za­żar­to­wał. - Mam na­dzie­ję, że na­sze cza­so­pi­smo zo­sta­nie nie­ba­wem ogól­no­kra­jo­wym bru­kow­cem.

Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- No co? Bez am­bi­cji i da­le­ko­sięż­nych pla­nów nie zdo­ła­my ru­szyć da­lej.

- To co tu jesz­cze ro­bisz przed moim biur­kiem? - wy­bu­chła śmie­chem. - Wra­caj do sie­bie i za­bie­raj się do pra­cy!

Tego dnia Mia pro­mie­nia­ła. Cie­szy­ły ją sto­ją­ce na biur­ku kwia­ty, któ­re do­sta­ła od życz­li­we­go por­tie­ra, ra­do­wa­ła per­spek­ty­wa spę­dze­nia wie­czo­ru z przy­ja­ciół­mi z pra­cy. Na­wet de­li­kat­ny uśmiech po­sła­ny przez ko­le­żan­kę sie­dzą­cą na­prze­ciw­ko spra­wił, że po­czu­ła się szczę­śli­wa i po­zy­tyw­nie na­sta­wio­na do świa­ta.

W pra­cy za­wsze od­naj­dy­wa­ła się bar­dzo do­brze. Była lu­bia­na i sza­no­wa­na. Re­dak­tor na­czel­ny pi­sma, pięć­dzie­się­cio­let­ni Joe Ken­sley, ce­nił jej rze­tel­ność i za­an­ga­żo­wa­nie; cza­sem na­zy­wał ją swo­ją pra­wą ręką. Dla Mii była to pierw­sza sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca pra­ca. Pod­czas stu­diów do­ra­bia­ła jako kel­ner­ka i mo­gła je­dy­nie po­ma­rzyć o za­ję­ciu zwią­za­nym ze swo­imi za­in­te­re­so­wa­nia­mi.

Zer­k­nę­ła na ma­te­ria­ły, któ­re po­de­słał jej Aaron. Do­ty­czy­ły lu­dzi nie­ak­cep­to­wa­nych przez śro­do­wi­sko lub tych, któ­rzy usu­nę­li się w cień po tym, jak sła­wa za­szko­dzi­ła ich ży­ciu oso­bi­ste­mu. Przej­rza­ła zdję­cia umiesz­czo­ne pod wiel­ki­mi na­głów­ka­mi. Przed­sta­wio­ne na nich oso­by mia­ły smut­ne twa­rze i po­zba­wio­ne wy­ra­zu oczy. Mii zro­bi­ło się przy­kro.

-

Na­stro­jo­wa noc.

Mia za­pa­li­ła lamp­ki w po­ko­ju. Gwiaz­dy za­ja­śnia­ły na tle nie­ba, Bo­ston przy­bie­rał gra­na­to­wo-zło­te bar­wy. Po­wie­trze zda­wa­ło się czyst­sze niż kie­dy­kol­wiek. Li­ście ko­ły­sa­ły się de­li­kat­nie na wie­trze. Kro­ple desz­czu spły­wa­ły po szy­bie, two­rząc na niej drob­ne wo­do­spa­dy, śli­zga­ły się po ka­mien­nych ścia­nach są­sied­nich do­mów.

Mia spoj­rza­ła na księ­życ, któ­ry tej nocy przy­po­mi­nał ama­ran­to­wą kulę. Za­sta­na­wia­ła się, jaka od­le­głość dzie­li ich od sie­bie. Je­śli co­kol­wiek ich dzie­li...

Do jej po­ko­ju do­tarł za­pach la­wen­dy ro­sną­cej przed do­mem. Deszcz po­wo­li usta­wał. Po­wie­trze było rześ­kie, nie wy­czu­wa­ło się w nim wszech­obec­ne­go za­zwy­czaj smo­gu. Mia wy­szła boso na bal­kon, a jej sto­py szyb­ko zmo­czył deszcz. Było chłod­no, ale przy­jem­nie. Wy­cią­gnę­ła na bok ręce i unio­sła gło­wę, upo­jo­na cza­rem księ­ży­co­wej nocy. Sta­ła pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem i my­śla­ła, że chcia­ła­by być jed­ną z tych gwiazd, pięk­ną i ta­jem­ni­czą, ubó­stwia­ną od za­ra­nia dzie­jów. - Chcia­ła­bym być za­ko­cha­na - po­wie­dzia­ła pół­gło­sem.

-

Kie­dyś Wil­liam stwier­dził, że An­glia w desz­czu jest ni­czym no­stal­gicz­na pio­sen­ka. Szedł spa­ce­rem w kie­run­ku bu­dyn­ku, w któ­rym mie­ści­ło się jego wy­daw­nic­two. Przez całą dro­gę roz­pa­mię­ty­wał roz­mo­wę z Mi­riam, przy­po­mi­nał so­bie chwi­le, gdy wraz z Rose prze­by­wał w jej to­wa­rzy­stwie. Obie ko­bie­ty, mimo bar­dzo du­żej róż­ni­cy wie­ku, ro­zu­mia­ły się do­sko­na­le. - Spo­tka­ło cię wiel­kie szczę­ście - mó­wi­ła Mi­riam do Wil­lia­ma, gdy Rose jesz­cze żyła - szczę­ście na li­te­rę R.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach do­tarł na miej­sce. W wy­daw­nic­twie wrza­ło, pa­no­wa­ła go­rącz­ko­wa at­mos­fe­ra. Pra­cow­ni­cy bie­ga­li ner­wo­wo od jed­ne­go sta­no­wi­ska do dru­gie­go, dys­ku­to­wa­li, no­to­wa­li coś na kart­kach lub dy­na­micz­nie stu­ka­li w kla­wia­tu­rę. Nikt nie zwra­cał uwa­gi na sto­ją­ce­go w pro­gu pi­sa­rza.

- Dzień do­bry - przy­wi­tał się po chwi­li, uzna­jąc, że je­śli się nie ode­zwie, to nikt nie za­uwa­ży jego obec­no­ści.

- Dzień do­bry, w czym mogę po­móc? - za­py­ta­ła mło­da ko­bie­ta, któ­ra ode­szła od biur­ka i zbli­ży­ła się do Wil­lia­ma.

- Czy za­sta­łem wy­daw­cę, sir Ge­ral­da Har­ri­sa? By­łem z nim umó­wio­ny na spo­tka­nie.

- Tak. Za­raz go po­pro­szę - od­par­ła grzecz­nie i znik­nę­ła za ja­ki­miś drzwia­mi.

Po chwi­li z ma­łe­go po­miesz­cze­nia wy­szedł nie­wy­so­ki, lek­ko si­wie­ją­cy męż­czy­zna ubra­ny w ele­ganc­ki gar­ni­tur. Jego twarz była bla­da i po­zba­wio­na wy­ra­zu, aż do mo­men­tu, gdy do­strzegł sto­ją­ce­go nie­opo­dal pi­sa­rza.

- Wi­taj, Wil­lia­mie. Co u cie­bie? - za­py­tał, roz­kła­da­jąc sze­ro­ko ręce.

- Le­piej po­wiedz mi, dla­cze­go mnie tu ścią­gasz - od­parł nie­chęt­nie Gart.

- Chciał­bym z tobą po­roz­ma­wiać. - Na twa­rzy Ge­ral­da po­ja­wił się za­gad­ko­wy uśmiech. - Chodź­my do pubu. Na­pi­je­my się cze­goś do­bre­go i uzgod­ni­my to i owo.

Lo­kal oka­zał się przy­jem­nym miej­scem. Męż­czyź­ni usie­dli przy sto­li­ku tuż obok okna, zza któ­re­go wy­ła­niał się zi­mo­wy kra­jo­braz.

- Już daw­no ni­cze­go u nas nie wy­da­łeś. Czas na­pi­sać coś no­we­go - za­ga­ił Ge­rald.

- Ach, o to cho­dzi! - pi­sarz nie był za­chwy­co­ny. - Po­wi­nie­nem był się do­my­ślić.

- Trak­tu­jesz moją pro­po­zy­cję tak, jak­bym za­mie­rzał wy­rzą­dzić ci ja­kąś krzyw­dę. A ja pra­gnę je­dy­nie two­je­go do­bra... - urwał. - I, oczy­wi­ście, do­bra wy­daw­nic­twa. Pra­wa do two­ich ksią­żek są sprze­da­ne w kil­ku­dzie­się­ciu kra­jach, je­steś zna­ny na ca­łym świe­cie. Nie mo­żesz tak po pro­stu znik­nąć. Two­je za­da­nie to two­rzyć, pi­sać ko­lej­ne be­st­sel­le­ry.

- Bar­dziej cy­nicz­nie nie mo­głeś tego ująć - skrzy­wił się Wil­liam. - Prze­cież wiesz, w ja­kiej je­stem sy­tu­acji.

- Tak, do­sko­na­le zda­ję so­bie z tego spra­wę. - Ge­rald nie krył współ­czu­cia. - Mimo to uwa­żam, że nie mo­żesz ot tak re­zy­gno­wać z ka­rie­ry pi­sar­skiej. Po­myśl o swo­jej przy­szło­ści.

- Nie wiem. Moją przy­szło­ścią mia­ła być Rose - wes­tchnął cięż­ko. - A te­raz, gdy jej nie ma, nie wiem, co ze sobą zro­bić. To ona była sen­sem mo­je­go ży­cia. Ra­do­ścią. Siłą na­pę­do­wą. Wszyst­kim.

Do sto­li­ka po­de­szła kel­ner­ka. Zło­żyw­szy za­mó­wie­nie, męż­czyź­ni po­wró­ci­li do roz­mo­wy.

- Za­cznij pi­sać - za­chę­cał Wil­lia­ma wy­daw­ca. - Daję ci kil­ka mie­się­cy na stwo­rze­nie no­wej po­wie­ści. W prze­ciw­nym ra­zie prze­sta­ną nas łą­czyć sto­sun­ki biz­ne­so­we.

- To żart, praw­da? - za­py­tał za­sko­czo­ny Wil­liam. - Za­pro­si­łeś mnie na kie­li­szek bran­dy, żeby mi to po­wie­dzieć? Mo­głeś się nie fa­ty­go­wać, tyl­ko naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­dzwo­nić.

- Wo­la­łem po­roz­ma­wiać z tobą w czte­ry oczy.

Wil­liam po­sta­no­wił zmie­nić te­mat.

- Jak tam? Da­lej ko­lek­cjo­nu­jesz sta­re fo­to­gra­fie?

Męż­czyź­ni prze­szli do bar­dziej nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej roz­mo­wy. Wspo­mi­na­li stu­denc­kie cza­sy i za­sta­na­wia­li się, któ­ry z an­giel­skich klu­bów fut­bo­lo­wych za­pew­ni so­bie miej­sce w pierw­szej dzie­siąt­ce roz­gry­wek o pu­char kra­ju.

- Po­wi­nie­neś ko­goś po­znać - po­wie­dział Ge­rald.

- Da­jesz mi dzi­siaj same zło­te rady.

- Ale ta jest z nich wszyst­kich naj­lep­sza - ro­ze­śmiał się wy­daw­ca i się­gnął po kie­li­szek bran­dy.

- Nie. Ko­lej­ny zwią­zek to nie dla mnie - uspra­wie­dli­wił się Wil­liam.

- Wiesz, cza­sa­mi mi­łość rani czło­wie­ka. - Ge­rald rzad­ko był tak po­waż­ny, jak w tej chwi­li. - Jed­nak są­dzę, że naj­bar­dziej rani jej brak.

-

Wie­czo­rem Wil­liam wró­cił do miesz­ka­nia, w któ­rym przy­wi­tał go pies, wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny z wi­do­ku wła­ści­cie­la. Po­biegł za nim do kuch­ni, gdzie męż­czy­zna za­brał się do przy­go­to­wa­nia ko­la­cji. Zaj­rzał do lo­dów­ki i aż po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. Były w niej tyl­ko ser, szyn­ka i sa­łat­ka w her­me­tycz­nym opa­ko­wa­niu. Bez chwi­li wa­ha­nia za­piął Bar­ney­owi smycz i udał się do naj­bliż­sze­go skle­pu spo­żyw­cze­go.

Lon­dyn urze­kał swo­im pięk­nem. Z ciem­ne­go nie­ba pa­dał śnieg. Wil­liam uśmiech­nął się, pa­trząc na Bar­neya.

- Wiesz, spo­tka­łem dzi­siaj Mi­riam i Ge­ral­da. - Na sło­wo "Ge­rald" pies za­re­ago­wał wark­nię­ciem. - Tak, pa­mię­tam, że za nim nie prze­pa­dasz - ski­nął gło­wą Gart. - Obo­je za­chę­ca­li mnie, bym otwo­rzył się na in­nych - wes­tchnął - ale ja tego, pie­sku, nie po­tra­fię.

Wil­liam spoj­rzał w dal, nie­zna­ną, ku­szą­cą, lek­ko za­mglo­ną. - Taka wła­śnie może być moja przy­szłość - szep­nął do sie­bie. Szedł na­przód, a za nim po­dą­żał Bar­ney.

Kie­dy Gart wró­cił z za­ku­pa­mi do domu, zo­rien­to­wał się, że wca­le nie jest głod­ny. Usiadł cięż­ko na ka­na­pie. Pies wtu­lił się w swo­je­go pana i po­ło­żył mu gło­wę na ko­la­nach. Spoj­rzał na nie­go, wy­ra­ża­jąc ocza­mi swo­ją wdzięcz­ność za wspól­ny spa­cer, po czym za­snął. Wil­liam włą­czył ci­cho gra­mo­fon, z któ­re­go uwol­ni­ły się uwo­dzą­ce de­li­kat­no­ścią dźwię­ki. Przy­po­mniał so­bie, jak przy po­dob­nej mu­zy­ce tań­czył z Rose na da­chach Pa­ry­ża i, o dzi­wo, na jego twa­rzy po­ja­wił się szcze­ry, bło­gi uśmiech. Po raz pierw­szy od dłu­gie­go cza­su.

Rozdział 2

Koniec grudnia 2012 r.

Nic nie wska­zy­wa­ło, że tego dnia mia­ło wy­da­rzyć się coś nie­po­ko­ją­ce­go. Dwu­dzie­sty trze­ci grud­nia, wdzięcz­na data, tuż przed roz­po­czę­ciem świąt bo­żo­na­ro­dze­nio­wych, przy­nio­sła jed­nak la­wi­nę nie­spo­dzie­wa­nych zda­rzeń. Tego dnia Mia zo­sta­ła dłu­żej w pra­cy, ce­le­bru­jąc za­koń­cze­nie roku w re­dak­cji. Wszy­scy cie­szy­li się otrzy­ma­ny­mi od sze­fa pre­mia­mi, na­strój nad­cho­dzą­cych świąt udzie­lał się każ­de­mu. I na­gle na­stą­pi­ło coś nie­spo­dzie­wa­ne­go - Mia ze­mdla­ła.

Za­wie­zio­no ją do naj­bliż­sze­go szpi­ta­la. Nikt nie znał przy­czy­ny jej za­słab­nię­cia. Nie­któ­rzy pró­bo­wa­li wy­tłu­ma­czyć to zda­rze­nie prze­mę­cze­niem. Mia ucho­dzi­ła bo­wiem w re­dak­cji za nie­ule­czal­ną pra­co­ho­licz­kę. Po­wód utra­ty przy­tom­no­ści oka­zał się jed­nak zu­peł­nie inny.

-

Gdy w szpi­ta­lu w cen­trum Bo­sto­nu po­ja­wi­li się ro­dzi­ce Mii, le­karz po­pro­sił ich do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

- Otrzy­ma­li­śmy wy­ni­ki ba­dań krwi i biop­sji - po­wie­dział. - Jest mi ogrom­nie przy­kro...

Pań­stwo Zie­len­scy, zmar­twia­li z prze­ra­że­nia, nie mo­gli wy­do­być z sie­bie gło­su.

- Dia­gno­za nie­ste­ty jest po­waż­na. To ostra bia­łacz­ka szpi­ko­wa - kon­ty­nu­ował. - To cho­ro­ba, któ­ra po­ja­wia się na­gle i już po kil­ku dniach po­tra­fi dać o so­bie znać. Mu­si­my na­tych­miast roz­po­cząć le­cze­nie. Ina­czej ko­mór­ki no­wo­two­ro­we na­mno­żą się do tego stop­nia, że nie bę­dzie­my w sta­nie za­ha­mo­wać ich roz­wo­ju. Może na­wet ko­niecz­ny oka­że się prze­szczep. - Męż­czy­zna spu­ścił gło­wę. - Czy cór­ka skar­ży­ła się kie­dy­kol­wiek na ja­kieś cho­ro­by przej­ścio­we? Za­pa­le­nie wę­złów chłon­nych, ane­mię, ogól­ne osła­bie­nie or­ga­ni­zmu?

Gin­ny i Ste­ven po­krę­ci­li prze­czą­co gło­wa­mi. Sło­wa le­ka­rza z tru­dem do nich do­cie­ra­ły. Na ich twa­rzach ma­lo­wał się co­raz więk­szy lęk. Chwy­ci­li się za ręce. Byli świa­do­mi, że od tej pory ży­cie Mii ule­gnie dia­me­tral­nej zmia­nie i że bę­dzie po­trze­bo­wa­ła ogrom­ne­go wspar­cia.

-

Dziew­czy­na le­ża­ła w łóż­ku, nie wie­dząc, co się sta­ło - pa­mię­ta­ła je­dy­nie mo­ment, kie­dy za­pa­no­wa­ła ciem­ność. Wi­dok zgro­ma­dzo­nych wo­kół jej łóż­ka ro­dzi­ców oraz przy­ja­ciół z re­dak­cji nie zwia­sto­wał ni­cze­go do­bre­go.

- Gdzie je­stem? Co się sta­ło? - za­py­ta­ła sła­bym gło­sem i na­gle po­czu­ła, jak ogrom­ny ból prze­szy­wa jej gło­wę.

Spoj­rza­ła na roz­trzę­sio­ną mat­kę. Oj­ciec pod­trzy­my­wał jej drżą­cą rękę. Nie­da­le­ko stał Aaron z pa­nem Ken­sley­em, obaj wy­glą­da­li na tak samo zmar­twio­nych i prze­ra­żo­nych jak jej ro­dzi­ce.

- Chy­ba nie chce­cie mi po­wie­dzieć, że umie­ram? - Mia ro­ze­śmia­ła się reszt­ka­mi sił, z tru­dem wy­do­by­wa­jąc głos ze zmę­czo­ne­go gar­dła. Wy­raz twa­rzy i spoj­rze­nia bli­skich mó­wi­ły same za sie­bie. - O nie... - urwa­ła na­gle i się roz­pła­ka­ła. - To nie może być praw­da. Prze­cież - wes­tchnę­ła cięż­ko - ja ni­g­dy nie cho­ro­wa­łam.

- Mio - ode­zwa­ła się jej mat­ka, któ­rej ser­ce pę­ka­ło z bólu. Ni­g­dy nie po­my­śla­ła­by, że jej uko­cha­nej có­recz­ce mo­gło­by przy­da­rzyć się coś ta­kie­go. Aż drgnę­ła na samą myśl, że Mia może spę­dzić świę­ta wła­śnie tu­taj, w szpi­ta­lu. - Ko­cha­nie, nie bój się - cią­gnę­ła - je­ste­śmy z tobą. Po­mo­że­my ci przejść przez te trud­ne dni.

Mia chcia­ła krzy­czeć, pła­kać, ale każ­dy ruch po­tę­go­wał po­twor­ny ból gło­wy. Było jej bar­dzo cięż­ko od­dy­chać. Nie­prze­rwa­nie pły­ną­ce łzy przy­sła­nia­ły jej wi­dok. Je­dy­ne, co była w sta­nie zo­ba­czyć, to roz­ma­za­ne twa­rze. Jej wzrok za­wo­dził, ale słuch wciąż był do­sko­na­ły, chło­nął każ­de sło­wo, każ­dy dźwięk. Za­pa­mię­ty­wa­ła je. Umysł po­wta­rzał je ni­czym man­trę, spra­wia­jąc, że tra­ci­ła pa­no­wa­nie nad wła­sną świa­do­mo­ścią oraz emo­cja­mi. Nie po­tra­fi­ła już nad ni­czym za­pa­no­wać, mia­ła wra­że­nie, że jej gło­wa bez prze­rwy wi­ru­je.

- Mio, bę­dzie­my przy to­bie. Nie mo­żesz się tyl­ko pod­da­wać - szep­nął jej do ucha oj­ciec. - Nie po­zwo­lę, by co­kol­wiek złe­go ci się sta­ło. Wyj­dziesz z tej cho­ro­by. Udo­wod­nisz świa­tu, że je­steś sil­na.

Ste­ven Zie­len­ski de­li­kat­nie ujął i uca­ło­wał dłoń cór­ki. Spoj­rzał w jej twarz za­lęk­nio­ny­mi ocza­mi, w któ­rych po­ja­wi­ły się łzy. Przy­cią­gnął ją do sie­bie, jak wte­dy, gdy była małą dziew­czyn­ką, tak samo bez­bron­ną wo­bec świa­ta. Moja có­recz­ka - po­my­ślał, a jego ser­ce za­czę­ło szyb­ciej bić - moja naj­uko­chań­sza Mia.

-

Lon­dyn jest pe­łen cza­ru - gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, tam uśmiech­nię­ci, ra­do­śni lu­dzie przy­go­to­wu­ją się do świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Sen­ne ulicz­ki toną w bla­skach, dźwię­kach i za­pa­chach.

Wil­liam za­pa­rzył her­ba­tę i usiadł przy for­te­pia­nie. Był póź­ny wie­czór, przez szpa­ry w oknach prze­dzie­ra­ły się po­dmu­chy wia­tru. Męż­czy­zna po­sta­no­wił za­grać utwór, przy któ­re­go dźwię­kach kil­ka lat temu ra­zem z Rose ubie­rał cho­in­kę. Uko­cha­na sta­ran­nie czy­ści­ła bomb­ki, przy­pi­su­jąc nie­któ­rym spe­cjal­ne zna­cze­nie. - Spójrz, Wil­lu - po­wie­dzia­ła - ta bomb­ka bę­dzie sym­bo­li­zo­wać na­dzie­ję. Jest pięk­na, praw­da?

Wil­liam do­sko­na­le pa­mię­tał ten mo­ment. Sta­ła wów­czas obok wiel­kie­go kar­to­no­we­go pu­deł­ka z ozdo­ba­mi. Mia­ła na so­bie bor­do­wą su­kien­kę i ciem­ny kasz­mi­ro­wy swe­te­rek. Wło­sy upię­ła luź­no, po­je­dyn­cze ko­smy­ki przy­sła­nia­ły jej szma­rag­do­we oczy. Wy­glą­da­ła uro­czo. Wil­liam uwiel­biał na nią pa­trzeć. Zwłasz­cza wte­dy, gdy była za­ję­ta ja­kąś pra­cą. Cza­sa­mi zda­rza­ło się, że ich oczy się spo­tka­ły. Uda­wa­ła wte­dy, że jest po­iry­to­wa­na, co ogrom­nie go ba­wi­ło.

W tym roku z tru­dem ubrał cho­in­kę. Był to dla nie­go wy­jąt­ko­wo mę­czą­cy ry­tu­ał i choć pró­bo­wał po­czuć at­mos­fe­rę zbli­ża­ją­cych się świąt, za­wiódł sa­me­go sie­bie. Nie był w sta­nie wy­do­być z sie­bie tego ognia, któ­ry roz­pa­la­ła w nim Rose, ani wy­si­lić się na szcze­ry uśmiech. Bo­le­sne wspo­mnie­nia wciąż go obez­wład­nia­ły. Gru­dzień nie ko­ja­rzył mu się już ze wspa­nia­łym cza­sem, kie­dy roz­brzmie­wa­ją ko­lę­dy, dzie­ci cie­szą się śnie­giem i świą­tecz­ny­mi pre­zen­ta­mi, a do­ro­śli ra­du­ją się swo­ją obec­no­ścią. Dla nie­go mie­siąc ten był sil­nym zde­rze­niem z prze­szło­ścią. Tą, któ­ra po­zo­sta­wi­ła bli­zny.

Bo jak po­go­dzić się ze śmier­cią uko­cha­nej? Nie­waż­ne, że ode­szła pięć lat temu, sko­ro emo­cje w Wil­lia­mie wciąż były tak żywe, jak w dniu jej po­grze­bu. Każ­da chwi­la przy­po­mi­na­ła mu o Rose, tak jak­by była przy nim przez cały czas. Sły­szał ją, wi­dział, czuł w do­ty­ku wia­tru, lecz wszyst­ko to na nic, sko­ro nie mógł już chwy­cić jej dło­ni, ob­jąć, po­ca­ło­wać. Sta­ła się za­le­d­wie po­dą­ża­ją­cym za nim cie­niem. I to mar­twi­ło go naj­bar­dziej, bał się, że kie­dyś z tego cie­nia nie po­zo­sta­nie już nic, że jego pa­mięć go za­wie­dzie. Nie chciał ni­g­dy jej za­po­mnieć, pra­gnął za­pa­mię­tać każ­dy szcze­gół, któ­ry ich łą­czył. Wie­rzył, że tyl­ko w ten spo­sób po­zo­sta­nie z nią na za­wsze.

Wil­liam za­czął grać. Jego pal­ce spo­koj­nie mu­ska­ły kla­wi­sze. Słu­chał uważ­nie dźwię­ków wy­pły­wa­ją­cych z in­stru­men­tu. Od­da­wał się mu­zy­ce i wspo­mnie­niom. Przez kil­ka chwil był wir­tu­ozem wła­snych uczuć. Ukła­dał je, sze­re­go­wał, mie­szał ze sobą. W pew­nym mo­men­cie po­czuł, że nie po­tra­fi już dłu­żej in­ge­ro­wać w mu­zy­kę i po­zwo­lił jej pły­nąć sa­mej. Dźwię­ki sta­ły się nie­re­gu­lar­ne, nie­spój­ne, nie­zno­śnie rze­czy­wi­ste. Po­brzmie­wa­ły w nich czu­łość i ból, jak wte­dy, gdy ocie­rał łzy Rose, gdy jej cia­ło cier­pia­ło tak samo moc­no, jak jego du­sza w tej chwi­li. Tra­wio­ne przez smu­tek, strach i cho­ro­bę, wy­gry­wa­ło swo­ją ostat­nią me­lo­dię.

Nie­spo­dzie­wa­ny dźwięk te­le­fo­nu prze­rwał jego sza­leń­czą grę. Le­ni­wym ru­chem dło­ni pod­niósł słu­chaw­kę.

- Wi­taj, Wil­lu. - Od razu roz­po­znał głos mat­ki.

- Wi­taj, mamo - od­parł lek­ko oszo­ło­mio­ny.

- Mam na­dzie­ję, że tym ra­zem przyj­miesz za­pro­sze­nie na świę­ta - po­wie­dzia­ła bez wstę­pów. - Chy­ba nie za­mie­rzasz po raz ko­lej­ny spę­dzić ich w sa­mot­no­ści.

- Mam Bar­neya. - Dla Wil­lia­ma od­po­wiedź ta była cał­ko­wi­cie wy­czer­pu­ją­ca.

- I masz też nas, mnie, tatę - szep­nę­ła. - Na­wet nie wiesz, jak bar­dzo za tobą tę­sk­ni­my. Je­steś prze­cież na­szym je­dy­nym i naj­droż­szym dziec­kiem. Tak daw­no się nie wi­dzie­li­śmy. Od­no­szę wra­że­nie, że nas uni­kasz - wes­tchnę­ła. - My rów­nież nie po­go­dzi­li­śmy się ze śmier­cią Rose. Bar­dzo ją ko­cha­li­śmy. - W słu­chaw­ce moż­na było usły­szeć cięż­ki od­dech mat­ki. - Stra­ci­li­śmy ją. Ale po­myśl - urwa­ła - jaki nie­wy­obra­żal­ny ból czu­je mat­ka, gdy po­wo­li tra­ci syna?

Rozdział 3

23-24 grudnia 2012 r.

Tracę cię... - szep­nę­ła Vi­vian Gart. W słu­chaw­ce nie usły­sza­ła żad­nej od­po­wie­dzi. Odło­ży­ła ją więc i ze smut­kiem spoj­rza­ła na męża, któ­ry stał obok niej. Była roz­trzę­sio­na. Bill ob­jął ją i pró­bo­wał po­cie­szyć.

- Bil­lu, mar­twię się o na­sze­go syna. Mar­twię się, że po raz ko­lej­ny sa­mot­nie spę­dzi świę­ta.

- I co te­raz? Co mamy zro­bić? Pró­bo­wa­li­śmy prze­cież wszyst­kie­go, żeby go przy nas za­trzy­mać - od­parł.

- Ko­cha­nie... On wciąż żyje wspo­mnie­nia­mi - po­wie­dzia­ła przy­gnę­bio­na. - Dla­te­go się za­mknął w swo­im peł­nym cier­pie­nia świe­cie i ni­ko­go do nie­go nie wpusz­cza. Na­wet gdy­by mi­łość za­pu­ka­ła do drzwi, on nie po­zwo­lił­by jej wejść do środ­ka.

- Na­praw­dę tak uwa­żasz?

- Nie wiem. Ga­dam jak wa­riat­ka. Chy­ba po­wo­li tra­cę zmy­sły. Nasz Will, nasz naj­droż­szy syn, od­da­lił się od nas... Dla­cze­go tak się sta­ło?

Bill nie od­po­wie­dział. Za­pro­wa­dził żonę do sy­pial­ni, a sam po­szedł do kuch­ni, by za­pa­rzyć her­ba­tę. Za­my­ślo­ny pa­trzył w okno. Po szy­bie spły­wa­ły kro­ple desz­czu, a on przez krót­ką chwi­lę uległ złu­dze­niu, że wi­dzi pła­czą­cą Rose.

- Chcia­ła­bym do­żyć chwi­li, w któ­rej uj­rza­ła­bym go szczę­śli­we­go - po­wie­dzia­ła Vi­vian, kie­dy mąż po­dał jej fi­li­żan­kę her­ba­ty z mle­kiem. - Nic nie ucie­szy­ło­by mnie bar­dziej od wi­do­ku jego roz­iskrzo­nych oczu i ro­ze­śmia­nej twa­rzy.

- Mnie tak­że. - Bill prze­łknął ner­wo­wo śli­nę i usiadł obok niej na łóż­ku.

- Wiesz, sta­je­my się co­raz star­si, kto wie, czy ju­tro... - urwa­ła, a do jej oczu na­pły­nę­ły łzy.

- Nie kończ. Pro­szę, nie rób tego.

- ...czy ju­tro bę­dzie nam dane po­wi­tać ko­lej­ny dzień.

- Nie wiem. - Ukrył twarz w dło­niach. - Nie chcę tego wie­dzieć.

- Bill - zdję­ła dło­nie z jego twa­rzy - ko­cha­nie... Spójrz mi w oczy.

- Ko­cham cię i dla­te­go nie mogę znieść wi­do­ku two­ich łez. Wiesz, ty i Will da­li­ście mi tyle ra­do­ści, że o wię­cej nie śmiał­bym pro­sić. Da­li­ście mi mi­łość, o któ­rej każ­dy ma­rzy. Tak czę­sto wspo­mi­nam te do­bre cza­sy... By­li­śmy tacy szczę­śli­wi. I dla­te­go nie mogę po­go­dzić się z tym, że nasz syn tak cier­pi.

Vi­vian tyl­ko wes­tchnę­ła w od­po­wie­dzi.

- Tak bar­dzo rani mnie to, że nie je­stem w sta­nie przy­wró­cić mu choć­by odro­bi­ny tej ra­do­ści, któ­rą miał kie­dyś. - Bill Gart czuł się bez­rad­ny i zroz­pa­czo­ny. - Pa­mię­tasz, jaki był ener­gicz­ny, za­ko­cha­ny, pe­łen ży­cia?

- Dla­cze­go on i Rose nie mo­gli prze­żyć tylu wspa­nia­łych lat, co my? - za­py­ta­ła ze smut­kiem w gło­sie. - Ich zwią­zek trwał zde­cy­do­wa­nie za krót­ko... Za krót­ko! - Po­krę­ci­ła ze zre­zy­gno­wa­niem gło­wą.

Bill ujął jej dłoń.

- Nie pod­da­waj się - po­pro­sił ci­cho. - Ko­cham cię i za­wsze będę przy to­bie.

- Och, Bill, z nas dwoj­ga ty za­wsze by­łeś dziel­niej­szy - wzru­szy­ła się. - Pro­szę, prze­ko­naj Wil­lia­ma, żeby...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej