Rozdział 1
Połowa grudnia 2012 r.
Wczesnym rankiem William postanowił zajść do piekarni. Tego dnia było bardzo zimno. Zarzucił na siebie długi płaszcz i wyszedł z mieszkania. Na zewnątrz zaskoczył go lodowaty podmuch wiatru. Szedł wąskimi uliczkami Londynu, które o tej porze roku ledwo wyłaniały się zza białego puchu. Blask latarni raził go w oczy, padający śnieg moczył ubranie. Obojętnie mijał przechodzących ludzi. Pomyślał, że gdyby była przy nim Rose, z uśmiechem witałaby każdego przechodnia. William nie przejął od niej tego zwyczaju. Od momentu jej śmierci samotność zamieszkała w nim na zawsze. W nocy nie pozwalała mu spokojnie spać, a rano - budzić się z uśmiechem na twarzy.
Tymczasem Londyn stawał się coraz piękniejszy. Oszałamiał atmosferą zbliżających się świąt. Kiedy William stanął w drzwiach piekarni, ogarnęły go wspomnienia. To było ulubione miejsce Rose. Zawsze przychodziła tu o poranku, żeby kupić świeże, pachnące bułeczki. Ekspedientki znały ją doskonale; mówiły, że wraz z jej śmiercią odeszło coś, co dodawało uroku piekarni. Wystarczyło tylko, że się tam pojawiła, a klientów zaczynało przybywać, atmosfera stawała się radośniejsza.
Wspomnienie najdroższej osoby wywołało w Williamie lawinę negatywnych emocji. Wykonał jeden chwiejny krok naprzód. Kotłowało się w nim tyle smutku, przygnębienia i żalu, że czasami wydawało mu się, że nie będzie już dłużej w stanie tego wszystkiego udźwignąć.
- Dzień dobry, panie Gart - przywitała go Miriam, pracująca w piekarni od lat.
- Witaj, Miriam. Zwracaj się do mnie po imieniu, proszę - odpowiedział. - Tak długo się przecież znamy. Minęło już ponad sześć lat, prawda?
- Tak, to Rose nas ze sobą poznała - wtrąciła ze smutkiem. - Powiem to jeszcze raz: bardzo mi przykro z powodu jej odejścia. Szczerze ci współczuję. - Zerknęła na jego twarz, na której widać było ogromny ból. - Wyglądasz na przygnębionego... Dalej się tym zadręczasz, prawda? Wiesz - urwała i wypuściła z ust powietrze - jej życie przeminęło, ale twoje... Twoje, Williamie, wciąż trwa.
Miriam wyszła zza lady i chwyciła go delikatnie za rękę. Była sześćdziesięcioletnią kobietą o łagodnym usposobieniu.
- Nie zmieniłeś się w ogóle. Dalej zamykasz się w sobie. - Ujęła jego twarz. - Odwracasz ode mnie wzrok... Może powinieneś spróbować pogodzić się z tym, co cię spotkało? To przyniosłoby ci spokój.
- Łatwo powiedzieć - odparł łamiącym się głosem - lecz trudniej wykonać. Bo widzisz, Rose była dla mnie wszystkim. I wciąż tak jest, dlatego nie potrafię zaakceptować tego, że jej już przy mnie nie ma. Tylko w snach mogę zatrzymać ją na zawsze. Może nie uwierzysz, ale czasem nie chcę się obudzić tylko dlatego, by dłużej z nią przebywać.
- Wiem, o czym mówisz, ale jesteś facetem i powinieneś wziąć się w garść.
- Tak uważasz?
- Tak, Willu. Zaufaj mi. Ja również musiałam pogodzić się ze śmiercią ukochanej osoby, przyzwyczaić się do niedzielnych odwiedzin przy grobie.
- Tom zmarł?! - William szeroko otworzył oczy ze zdumienia. - Kiedy?
- Dwa lata temu. Wydaje się, jakby to było wczoraj. - Po jej twarzy pociekła łza. - Byłeś tak skupiony na swoim cierpieniu, że nie miałam odwagi, a może po prostu nie wiedziałam, jak ci o tym powiedzieć.
- Miriam, co ty mówisz? - Objął ją najczulej, jak tylko potrafił. - Tak mi przykro... Co mogę dla ciebie zrobić?
- Dla mnie nic, ale zrób coś dla siebie. Otwórz się na innych - szepnęła mu do ucha. - Przestań oglądać się wstecz. Jesteś tu i teraz... Wierzę, że sobie poradzisz.
- Nie byłbym tego taki pewien.
Wybrał jednego świeżego croissanta, pożegnał się z Miriam i opuścił piekarnię. Jeszcze przez witrynę spojrzał na przyjaciółkę, która właśnie podawała komuś kawałek jabłecznika. Jej twarz była spokojna. William cieszył się, że ją spotkał. Nie tylko dodała mu nieco wiary, ale też skłoniła do zastanowienia się, co dalej. Czy warto zacząć wszystko od nowa? Czy tego chciałaby Rose? Co powinien zrobić mężczyzna, który przed pięcioma laty zagubił sens życia?
-
- Znowu bujasz w obłokach? - Głos Aarona wyrwał Mię z zamyślenia.
Dziewczyna poprawiła włosy. Uśmiechnęła się blado do swojego przyjaciela, po czym spojrzała na niego, udając, że nie rozumie, co powiedział.
- Uwielbiam tę twoją dziecięcą niewinność - roześmiał się. - Przyniosłem ci materiały do przejrzenia. Za tydzień ruszamy z nowym numerem.
- Cudownie. Na co w tym miesiącu stawiamy?
- Na sukces - zażartował. - Mam nadzieję, że nasze czasopismo zostanie niebawem ogólnokrajowym brukowcem.
Przewróciła oczami.
- No co? Bez ambicji i dalekosiężnych planów nie zdołamy ruszyć dalej.
- To co tu jeszcze robisz przed moim biurkiem? - wybuchła śmiechem. - Wracaj do siebie i zabieraj się do pracy!
Tego dnia Mia promieniała. Cieszyły ją stojące na biurku kwiaty, które dostała od życzliwego portiera, radowała perspektywa spędzenia wieczoru z przyjaciółmi z pracy. Nawet delikatny uśmiech posłany przez koleżankę siedzącą naprzeciwko sprawił, że poczuła się szczęśliwa i pozytywnie nastawiona do świata.
W pracy zawsze odnajdywała się bardzo dobrze. Była lubiana i szanowana. Redaktor naczelny pisma, pięćdziesięcioletni Joe Kensley, cenił jej rzetelność i zaangażowanie; czasem nazywał ją swoją prawą ręką. Dla Mii była to pierwsza satysfakcjonująca praca. Podczas studiów dorabiała jako kelnerka i mogła jedynie pomarzyć o zajęciu związanym ze swoimi zainteresowaniami.
Zerknęła na materiały, które podesłał jej Aaron. Dotyczyły ludzi nieakceptowanych przez środowisko lub tych, którzy usunęli się w cień po tym, jak sława zaszkodziła ich życiu osobistemu. Przejrzała zdjęcia umieszczone pod wielkimi nagłówkami. Przedstawione na nich osoby miały smutne twarze i pozbawione wyrazu oczy. Mii zrobiło się przykro.
-
Nastrojowa noc.
Mia zapaliła lampki w pokoju. Gwiazdy zajaśniały na tle nieba, Boston przybierał granatowo-złote barwy. Powietrze zdawało się czystsze niż kiedykolwiek. Liście kołysały się delikatnie na wietrze. Krople deszczu spływały po szybie, tworząc na niej drobne wodospady, ślizgały się po kamiennych ścianach sąsiednich domów.
Mia spojrzała na księżyc, który tej nocy przypominał amarantową kulę. Zastanawiała się, jaka odległość dzieli ich od siebie. Jeśli cokolwiek ich dzieli...
Do jej pokoju dotarł zapach lawendy rosnącej przed domem. Deszcz powoli ustawał. Powietrze było rześkie, nie wyczuwało się w nim wszechobecnego zazwyczaj smogu. Mia wyszła boso na balkon, a jej stopy szybko zmoczył deszcz. Było chłodno, ale przyjemnie. Wyciągnęła na bok ręce i uniosła głowę, upojona czarem księżycowej nocy. Stała pod rozgwieżdżonym niebem i myślała, że chciałaby być jedną z tych gwiazd, piękną i tajemniczą, ubóstwianą od zarania dziejów. - Chciałabym być zakochana - powiedziała półgłosem.
-
Kiedyś William stwierdził, że Anglia w deszczu jest niczym nostalgiczna piosenka. Szedł spacerem w kierunku budynku, w którym mieściło się jego wydawnictwo. Przez całą drogę rozpamiętywał rozmowę z Miriam, przypominał sobie chwile, gdy wraz z Rose przebywał w jej towarzystwie. Obie kobiety, mimo bardzo dużej różnicy wieku, rozumiały się doskonale. - Spotkało cię wielkie szczęście - mówiła Miriam do Williama, gdy Rose jeszcze żyła - szczęście na literę R.
Po dziesięciu minutach dotarł na miejsce. W wydawnictwie wrzało, panowała gorączkowa atmosfera. Pracownicy biegali nerwowo od jednego stanowiska do drugiego, dyskutowali, notowali coś na kartkach lub dynamicznie stukali w klawiaturę. Nikt nie zwracał uwagi na stojącego w progu pisarza.
- Dzień dobry - przywitał się po chwili, uznając, że jeśli się nie odezwie, to nikt nie zauważy jego obecności.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - zapytała młoda kobieta, która odeszła od biurka i zbliżyła się do Williama.
- Czy zastałem wydawcę, sir Geralda Harrisa? Byłem z nim umówiony na spotkanie.
- Tak. Zaraz go poproszę - odparła grzecznie i zniknęła za jakimiś drzwiami.
Po chwili z małego pomieszczenia wyszedł niewysoki, lekko siwiejący mężczyzna ubrany w elegancki garnitur. Jego twarz była blada i pozbawiona wyrazu, aż do momentu, gdy dostrzegł stojącego nieopodal pisarza.
- Witaj, Williamie. Co u ciebie? - zapytał, rozkładając szeroko ręce.
- Lepiej powiedz mi, dlaczego mnie tu ściągasz - odparł niechętnie Gart.
- Chciałbym z tobą porozmawiać. - Na twarzy Geralda pojawił się zagadkowy uśmiech. - Chodźmy do pubu. Napijemy się czegoś dobrego i uzgodnimy to i owo.
Lokal okazał się przyjemnym miejscem. Mężczyźni usiedli przy stoliku tuż obok okna, zza którego wyłaniał się zimowy krajobraz.
- Już dawno niczego u nas nie wydałeś. Czas napisać coś nowego - zagaił Gerald.
- Ach, o to chodzi! - pisarz nie był zachwycony. - Powinienem był się domyślić.
- Traktujesz moją propozycję tak, jakbym zamierzał wyrządzić ci jakąś krzywdę. A ja pragnę jedynie twojego dobra... - urwał. - I, oczywiście, dobra wydawnictwa. Prawa do twoich książek są sprzedane w kilkudziesięciu krajach, jesteś znany na całym świecie. Nie możesz tak po prostu zniknąć. Twoje zadanie to tworzyć, pisać kolejne bestsellery.
- Bardziej cynicznie nie mogłeś tego ująć - skrzywił się William. - Przecież wiesz, w jakiej jestem sytuacji.
- Tak, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. - Gerald nie krył współczucia. - Mimo to uważam, że nie możesz ot tak rezygnować z kariery pisarskiej. Pomyśl o swojej przyszłości.
- Nie wiem. Moją przyszłością miała być Rose - westchnął ciężko. - A teraz, gdy jej nie ma, nie wiem, co ze sobą zrobić. To ona była sensem mojego życia. Radością. Siłą napędową. Wszystkim.
Do stolika podeszła kelnerka. Złożywszy zamówienie, mężczyźni powrócili do rozmowy.
- Zacznij pisać - zachęcał Williama wydawca. - Daję ci kilka miesięcy na stworzenie nowej powieści. W przeciwnym razie przestaną nas łączyć stosunki biznesowe.
- To żart, prawda? - zapytał zaskoczony William. - Zaprosiłeś mnie na kieliszek brandy, żeby mi to powiedzieć? Mogłeś się nie fatygować, tylko najzwyczajniej w świecie zadzwonić.
- Wolałem porozmawiać z tobą w cztery oczy.
William postanowił zmienić temat.
- Jak tam? Dalej kolekcjonujesz stare fotografie?
Mężczyźni przeszli do bardziej niezobowiązującej rozmowy. Wspominali studenckie czasy i zastanawiali się, który z angielskich klubów futbolowych zapewni sobie miejsce w pierwszej dziesiątce rozgrywek o puchar kraju.
- Powinieneś kogoś poznać - powiedział Gerald.
- Dajesz mi dzisiaj same złote rady.
- Ale ta jest z nich wszystkich najlepsza - roześmiał się wydawca i sięgnął po kieliszek brandy.
- Nie. Kolejny związek to nie dla mnie - usprawiedliwił się William.
- Wiesz, czasami miłość rani człowieka. - Gerald rzadko był tak poważny, jak w tej chwili. - Jednak sądzę, że najbardziej rani jej brak.
-
Wieczorem William wrócił do mieszkania, w którym przywitał go pies, wyraźnie zadowolony z widoku właściciela. Pobiegł za nim do kuchni, gdzie mężczyzna zabrał się do przygotowania kolacji. Zajrzał do lodówki i aż pokręcił z niedowierzaniem głową. Były w niej tylko ser, szynka i sałatka w hermetycznym opakowaniu. Bez chwili wahania zapiął Barneyowi smycz i udał się do najbliższego sklepu spożywczego.
Londyn urzekał swoim pięknem. Z ciemnego nieba padał śnieg. William uśmiechnął się, patrząc na Barneya.
- Wiesz, spotkałem dzisiaj Miriam i Geralda. - Na słowo "Gerald" pies zareagował warknięciem. - Tak, pamiętam, że za nim nie przepadasz - skinął głową Gart. - Oboje zachęcali mnie, bym otworzył się na innych - westchnął - ale ja tego, piesku, nie potrafię.
William spojrzał w dal, nieznaną, kuszącą, lekko zamgloną. - Taka właśnie może być moja przyszłość - szepnął do siebie. Szedł naprzód, a za nim podążał Barney.
Kiedy Gart wrócił z zakupami do domu, zorientował się, że wcale nie jest głodny. Usiadł ciężko na kanapie. Pies wtulił się w swojego pana i położył mu głowę na kolanach. Spojrzał na niego, wyrażając oczami swoją wdzięczność za wspólny spacer, po czym zasnął. William włączył cicho gramofon, z którego uwolniły się uwodzące delikatnością dźwięki. Przypomniał sobie, jak przy podobnej muzyce tańczył z Rose na dachach Paryża i, o dziwo, na jego twarzy pojawił się szczery, błogi uśmiech. Po raz pierwszy od długiego czasu.