Spis treściPrzedmowa
Są książki, które czyta się dla intrygi. Są takie, które czyta się dla języka. Są wreszcie książki, które zostają z człowiekiem dlatego, że dotykają miejsc zwykle starannie zasłanianych: winy, wiary, władzy, pożądania, wstydu i przemocy, która najczęściej nie zaczyna się od noża, lecz od przemilczenia. Zapach ryb należy do tego trzeciego, najrzadszego rodzaju. To nie jest po prostu kryminał. To nie jest tylko powieść polityczna. To nie jest również wyłącznie opowieść o Kościele, jego mrocznych zakamarkach i handlu tym, co miało być nienaruszalne. To książka o systemie, który przez lata uczył ludzi milczeć, i o tych, którzy pewnego dnia postanowili przestać.
Już sam tytuł jest znakomity. Ryba w tradycji chrześcijańskiej była jednym z najstarszych znaków rozpoznawczych wiary. Cichym symbolem wspólnoty, dyskretnym kodem nadziei, znakiem tych, którzy rozpoznawali się pośród prześladowań. A przecież w języku potocznym "grube ryby" to ludzie nietykalni, ciężcy od wpływów, pieniędzy i bezkarności. W tej podwójności mieści się cała siła tej powieści. Święty znak i odór rozkładu. Mistyka i polityka. Kość świętego i łapczywa ręka urzędnika. Autor bardzo precyzyjnie pokazuje, że historia korupcji nie zaczyna się od walizki z pieniędzmi, ale od chwili, gdy sacrum przestaje być święte, a staje się użyteczne.
Powieść otwiera znakomita scena zbrodni. Toruń, miasto gotyckie, spiętrzone z cegły, pamięci i legendy, staje się tu nie tylko tłem, lecz współbohaterem. Jest w tej książce Toruń prawdziwy: bruk, ulice, mury, rynek, kościoły, Wisła, zapach wilgoci i starej historii, która nie daje się zamknąć w przewodnikowych frazach. Autor widzi to miasto nie jak turysta, ale jak ktoś, kto rozumie, że każde stare miasto Europy ma dwa oblicza. Jedno dla gości. Drugie dla wtajemniczonych. To drugie jest ciemniejsze. Bardziej wilgotne. Częściej mówi szeptem niż dzwonem. Gdy w takim mieście zostaje zamordowany były minister spraw zagranicznych, a na jego piersi spoczywa odwrócony średniowieczny krucyfiks, czytelnik od razu wie, że wszedł nie do zwykłej historii kryminalnej, lecz do opowieści, w której zbrodnia ma pamięć dłuższą niż bieżąca polityka.
Najmocniejszą stroną Zapachu ryb jest jednak bohaterka. Paulina Gertz, była zakonnica, dziś oficer CBŚ, należy do tych postaci, których nie da się pomylić z nikim innym. To kobieta sklejona z pęknięć: z dawnej wiary, z policyjnej dyscypliny, z psychicznej rany i z tej szczególnej inteligencji moralnej, która nie pozwala odwrócić wzroku, nawet gdy prawda okazuje się gorsza od wszelkich przypuszczeń. Autor nie czyni z niej ani papierowej heroiny, ani cynicznej funkcjonariuszki w stylu telewizyjnych seriali. Przeciwnie. Paulina jest wiarygodna właśnie dlatego, że jej siła nigdy nie bywa tania. Kosztuje ją pamięć, ciało, samotność i wreszcie - co najważniejsze - obraz samej siebie.
To jedna z najciekawszych rzeczy w tej książce: śledztwo nie biegnie tu wyłącznie przez archiwa, korytarze statku, kościelne sejfy i notatki dawnych służb. Ono biegnie również przez psychikę bohaterki. Każdy nowy trop podważa nie tylko oficjalną wersję wydarzeń, ale też prywatne fundamenty Pauliny. W pewnym momencie czytelnik rozumie, że największym polem bitwy nie jest pokład luksusowego liniowca ani gabinet hierarchy. Największym polem bitwy jest pamięć córki, która musi na nowo przeczytać własne dzieciństwo, własną religijność i własny lęk.
Wielkim osiągnięciem tej powieści jest też sposób, w jaki łączy politykę z teologią bez popadania ani w tani antyklerykalizm, ani w naiwne moralizatorstwo. Autor wie, że instytucje religijne nie są ani czarne, ani białe. Są ludzkie, a więc pełne pęknięć, ambicji, lęków, uzasadnień, pychy i autentycznego pragnienia dobra. Właśnie dlatego ta historia tak boli. Nie dlatego, że pokazuje "złych księży" czy "skorumpowanych polityków". To byłoby zbyt proste. Boli dlatego, że pokazuje, jak zło lubi przebierać się za misję, jak przemoc używa języka zbawienia i jak bardzo człowiek potrafi uwierzyć, że grzeszy w dobrej sprawie. To jedna z najbardziej niebezpiecznych form zła: zło sumienne, zorganizowane, usprawiedliwione.
Wątek handlu relikwiami należy do najoryginalniejszych i najbardziej sugestywnych elementów książki. Autor z ogromnym wyczuciem pokazuje, że kradzież świętych przedmiotów nie jest wyłącznie procederem przestępczym ani kolekcjonerskim dziwactwem zamożnych maniaków. To także akt symboliczny. Gdy kości świętych stają się walutą, a relikwiarze przepływają przez konta, fundacje i dyplomatyczne walizki, rozpada się pewien porządek wyobraźni. To, co miało przypominać o śmierci, zbawieniu i świętości, staje się elementem czarnego rynku. W tym sensie Zapach ryb mówi coś bardzo głębokiego o współczesnej Europie Środkowej: o świecie, który po transformacji odzyskał wolność, ale stracił orientację moralną; o świecie, w którym wszystko można kupić, jeśli tylko znajdzie się odpowiednio bezczelny pośrednik.
Drugą wielką siłą tej książki jest jej wymiar psychologiczny. To nie jest tylko opowieść o przestępstwie, ale o dziedziczeniu przemocy. O tym, jak religijny chłód potrafi zniekształcić relację ojca z córką. Jak miłość zamienia się w kontrolę. Jak milczenie bywa bardziej okrutne niż krzyk. Autor z wielką subtelnością prowadzi czytelnika ku odkryciu, że najcięższe zbrodnie nie zawsze rodzą się z nienawiści. Czasem rodzą się z pychy, z potrzeby naprawienia świata własnymi rękami, z przekonania, że skoro Bóg milczy, człowiek ma prawo przemówić za Niego. To już nie jest tylko kryminał. To jest tragedia w klasycznym sensie tego słowa. Tragedia kogoś, kto myli sumienie z wyrokiem.
Nie sposób nie wspomnieć o Katarzynie Wręcz-Głębokiej, jednej z najciekawszych bohaterek drugiego planu, które bardzo szybko przestają być "drugim planem". To postać napisana z rzadką klasą. Skandalicznie zniszczona przez system, a zarazem niepokonana. Inteligentna, gorzka, dowcipna, emocjonalnie poraniona, ale nie złamana. Relacja między nią a Pauliną należy do najpiękniejszych partii tej książki. Nie dlatego, że jest efektowna. Dlatego, że jest prawdziwa. Wśród śmierci, polityki, kłamstw i kościelnych archiwów rodzi się coś, co nie ma nic wspólnego z dekoracyjnym romansem. To bliskość dwóch kobiet, które przeszły przez różne formy upokorzenia i nauczyły się nie ufać światu. Ich intymność nie osłabia kryminalnego napięcia. Przeciwnie - wzmacnia je, bo każda decyzja zaczyna mieć cenę nie tylko procesową, ale ludzką.
Luksusowy rejs po norweskich fiordach to z kolei pomysł znakomity literacko i dramatycznie. Statek jest tu niemal osobnym organizmem. Pływającą enklawą wpływów, hipokryzji, alkoholu, rytuałów klasowych i dobrze skrojonych kłamstw. Zamknięta przestrzeń daje opowieści dodatkową temperaturę. Nie ma ucieczki. Nie ma rozproszenia. Wszyscy płyną w jednym kierunku, a jednocześnie każdy próbuje płynąć osobno. To klasyczny chwyt powieści kryminalnej, ale wykorzystany z dużą świeżością i rozmachem. Fiordy nie są przy tym pocztówkową ozdobą. Są lustrem dla ludzkiej ciemności. Piękno natury w tej książce niczego nie łagodzi. Wręcz przeciwnie - wydobywa grozę.
Finałowa droga ku Preikestolen należy do tych sekwencji, które zostają z czytelnikiem długo po zamknięciu książki. Nie zdradzając za wiele, warto powiedzieć tylko tyle, że autor bardzo umiejętnie prowadzi opowieść ku miejscu, w którym wszystkie warstwy tej historii - polityczna, religijna, psychologiczna i egzystencjalna - spotykają się nad przepaścią. I nie jest to metafora nadużyta. To rzeczywiście książka o ludziach, którzy przez lata żyli na krawędzi własnych usprawiedliwień, aż w końcu musieli spojrzeć w dół.
W Zapachu ryb imponuje również język. Jest gęsty, obrazowy, chwilami wręcz poetycki, ale nie traci kontaktu z konkretem. Autor umie pisać o polityce bez publicystycznej nachalności, o teologii bez nadęcia, o przemocy bez taniej dosłowności i o pożądaniu bez ckliwości. To rzadkie połączenie. Jeszcze rzadsze jest to, że ten język nie służy wyłącznie stylowi - on służy prawdzie o świecie przedstawionym. Dzięki niemu Toruń pachnie naprawdę, statek kołysze naprawdę, a fiordy zieją chłodem naprawdę.
To książka odważna. Odważna nie dlatego, że uderza w wygodne cele. Odważna dlatego, że nie oszczędza nikogo - ani polityków, ani duchownych, ani śledczych, ani ofiar, ani sprawców. A przede wszystkim nie oszczędza czytelnika. Każe mu zadać sobie pytania, których wolelibyśmy nie zadawać. O to, ile zła rodzi się z pychy ubranej w dobre intencje. O to, czy instytucje potrafią się oczyścić same. O to, czy prawda bez przemocy w ogóle ma szansę przebić się przez układ interesów. I wreszcie - o to, co zostaje z człowieka, gdy odpadają z niego wszystkie role, sutanny, tytuły, stanowiska i legendy.
Zostają kości.
Być może właśnie dlatego ta książka jest tak potrzebna. Bo w świecie, który uwielbia fasady, przypomina o strukturze. O tym, co ukryte. O tym, co gnije. O tym, co trzeba odkopać, choćby pachniało to rybami, błotem, krwią i starym kadzidłem.
Czytelnik otwierający Zapach ryb dostaje więcej niż świetnie skrojony thriller. Dostaje opowieść, która potrafi wzruszyć, przestraszyć i zawstydzić. Dostaje bohaterkę, której nie da się zapomnieć. Dostaje historię o winie, która nie zamienia się w tani moralitet, lecz pozostaje bolesnym pytaniem. A przede wszystkim dostaje literaturę, która nie boi się zaglądać tam, gdzie inni wolą spuścić wzrok.
To książka mocna, inteligentna i niebezpiecznie prawdziwa.
I właśnie dlatego warto ją przeczytać.