2
Ojciec powtarzał Joli, że jeśli coś chce mieć dobrze zrobione, powinna to zrobić sama. On też się stosował do tej złotej maksymy i dzięki temu zatyrał się na śmierć. Zmarł w wieku pięćdziesięciu pięciu lat na atak serca, na zapleczu swojego sklepiku, podczas przenoszenia towaru z magazynu. Jola uznała, że ona nie potrzebuje mieć wszystkiego zrobione dobrze, wystarczy, by działało. Dlatego nie próbowała harować jak staruszek, bez litości dla siebie. Po pierwsze zatrudniła dwie dziewczyny do pracy. To mocno uszczupliło jej zyski, ale było jedynym sposobem na przetrwanie. Nie miała jednak wyjścia. Uliczkę dalej kilka lat temu pojawiła się mordercza konkurencja w postaci Biedronki, na dodatek na skraju miasteczka zbudowano coś w rodzaju lokalnego centrum handlowego z Carrefourem jako wisienką na torcie. Powstanie w tak niewielkiej miejscowości dyskontu i hipermarketu natychmiast zarżnęło większość małych rodzinnych sklepików. Nie starczyło już dla nich miejsca, nie były w stanie sprostać konkurencji w ofercie towaru, niskich cenach i dostępności o każdej porze.
Pod Świerkami mogło zatem zginąć jak wszyscy pozostali lub musiało się dostosować, ewoluować w zakresie wyboru towaru. Nie było sensu bazować na stałych klientach i ich sentymencie do sklepiku z sąsiedztwa, bo to by nie zadziałało na dłuższą metę. Jola wprowadziła więc do oferty wyroby regionalne i towar najwyższej świeżości i jakości. Poza tym zmieniła godziny otwarcia. Uznała, że sklepik powinien przyjmować klientów od szóstej do dwudziestej pierwszej. Sprostanie temu wyzwaniu miało jej umożliwić zatrudnienie dwóch sprzedawczyń, by mogły we trzy pracować na zmiany. Oczywiście Hania, dawna szefowa, nie zostawiła córki samej sobie, także uczestniczyła w pracy minimarketu, choć raczej z doskoku i nie brała pełnych zmian. Cztery osoby były w stanie podołać i rzeczywiście jakoś się kręciło. Ludzie przychodzili, czasem specjalnie omijając Biedronkę lub uzupełniając zakupy o rzeczy, których w dyskoncie nie dało się dostać.
Dziś na porannej zmianie miała się zjawić Karolina, pulchna i zawsze uśmiechnięta dwudziestotrzyletnia dziewczyna z pobliskiego osiedla. Pracowała Pod Świerkami od trzech lat, od kiedy zwolniono ją z Biedronki, nie potrafiła bowiem wejść w rygor korporacyjny. Chodziło konkretnie o jej notoryczne spóźnianie się na zmiany i luźne podejście do regulaminu i procedur. Jola uznała, że jakoś zniesie jej wewnętrzny chaos, duszę buntowniczki bez powodu, którą Karolcia pielęgnowała. W zamian dostała pracownicę życzliwą dla klientów, swoją wesołością wprowadzającą w sklepie miłą atmosferę i przez to przyciągającą kupujących. Dzięki niej sklepik dobrze się ludziom kojarzył i chętniej do niego wracali. To było warte przymknięcia oka na jej wieczną niesubordynację.
Przed szóstą się zatem Karolina nie stawiła, choć miała zacząć zmianę. Jola sama otworzyła sklep, po czym wróciła do układania produktów na półkach, zanim ktoś zajrzał. Miała nadzieję, że Karolcia zjawi się choć około siódmej i przejmie firmę. Szefowa musiała pobiec do domu, wyszykować i wypchnąć dzieci do szkoły. Były na tyle duże, że powinny same wstać, umyć się i ubrać, ale wolała wszystkiego osobiście dopilnować.
Pierwszy na zakupy przyszedł pan Witold, emerytowany inżynier z lokalnej fabryki przetwórczej. Przez lata piastował funkcję głównego technologa alias pierwszego inżyniera, co lubił podkreślać jako życiową zasługę. Był samotnie mieszkającym wdowcem, osobą zasadniczą, konserwatywną i staroświecką. Zawsze odziany schludnie, nawet mimo tego, że po zakupy przechodził raptem przez ulicę, mieszkał bowiem w najbliższym bloku na osiedlu przyfabrycznym. Jako że kupował u Hani gazety i bułki od czterdziestu lat, nawet przez chwilę nie zamierzał zamienić jej na pobliską Żabkę ani chodzić do dyskontu. Teraz ukłonił się Joli z daleka, wybrał swoje pieczywo, nabiał i dwa pomidory, po czym dłuższą chwilę grzebał w gazetach. Podeszła do kasy, kiedy już skończył.
- Zapomniałem wczoraj wziąć "Tele Tygodnia" i wieczorem się męczyłem. Nie wiedziałem, gdzie co jest, choć i tak oglądam tylko wiadomości i sport - westchnął. - Tak, wiem, wszystko jest napisane w telewizorze, wystarczy kliknąć, ale wiesz, Jolciu, że jeśli się człowiek do czegoś przyzwyczai, trudno się przestawić na nowe. Kupuję ten tygodnik, od kiedy wychodzi, i czuję się bez niego jak bez ręki. Tak samo mam z "Super Expressem". Szmatławiec z odmóżdżającą sieczką, ale moja Ania go tak lubiła, więc nadal jej kupuję... Choć Ani nie ma już dwanaście lat.
- Przyzwyczajenie. - Jola pokiwała głową. - Może i coś więcej? Pani Ania jest dzięki temu jakby bliżej. Kiedy kładzie pan tę gazetę tam, gdzie zwykle, to jakby nadal była w mieszkaniu.
- Tak właśnie jest. Siadam wieczorem przed telewizorem i kiedy włączę, coraz częściej mam pewność, że ona siedzi tuż obok, na swoim miejscu na kanapie. Zagaduję do niej, komentuję to, co oglądam. Śmiejemy się razem albo narzekamy na politykę, zupełnie jak przed laty, kiedy była jeszcze zdrowa, a ja pracowałem w przetwórni. Robię herbatę i zalewam do dwóch szklanek, nieświadomie i bez sensu, bo zanim wypiję swoją, ta druga jest już zimna i muszę ją wylać... Płacę kartą.
Przytknął ją do terminala, wystukał PIN. Patrzyła na jego łysą głowę, pokrytą starczymi plamami. Ile miał lat? Siedemdziesiąt parę, nie więcej, ale ostatnio zaczął się jakby szybko kurczyć i usychać. Ale może tylko się jej zdawało? Ostatnie lata mignęły jej jak widok za oknem pendolino.
- Nie chce się połączyć... Spróbujemy jeszcze raz - zauważyła po przedłużającym się oczekiwaniu.
- Mnie już się nigdzie nie spieszy. - Inżynier się uśmiechnął i machnął ręką. - Przychodzę tak wcześnie, bo i tak niemal nie śpię. Kładę się wieczorem i leżę, gapię się w sufit. Odpływam we wspomnienia i co jakiś czas sprawdzam puste miejsce Ani na łóżku. Ale jej nigdy tam nie ma. Zapominam się, gubię się w przeszłości. Później przez cały dzień przysypiam, z książką, przed telewizorem, gdzie tylko usiądę na dłużej niż chwilę. Starość jest straszna, Aniu... To znaczy, Jolu! Samotna starość to koszmar.
Płatność znów nie przeszła, pan Witold nie miał przy sobie gotówki, więc zapisała jego dług w zeszyciku. Niby sprzedaż na zeszyt to kompletny przeżytek, zresztą generujący jedynie problemy, ale w drodze wyjątku, dla stałych klientów, czasem z mamą jeszcze praktykowały takie kredytowanie. Najczęściej znajomym samotnym matkom i emerytkom, które ledwie wiązały koniec z końcem.
Dziadek sobie poszedł, choć zwlekał, ile mógł, i przystanął przed sklepem w oczekiwaniu na kogoś znajomego lub jakąkolwiek dobrą duszę, która chciałaby zamienić z nim kilka słów. Zimno było i wilgotno, poza tym o tej godzinie ludzie raczej spieszyli do pracy, minęło go ze trzech klientów, więc w końcu inżynier wrócił do domu. Jolanta nie zwracała już na niego uwagi, złościła się na terminal, który był całkiem nowy, zwykle łączył się jak błyskawica, w bonusie po prawidłowo zakończonej operacji wyświetlał uśmiechniętą buźkę. Dziś mimo kolejnych prób musiała prosić następnych klientów o płatność gotówką. Jeden się zezłościł, bo nie miał nic przy sobie, zostawił towar na ladzie i wyszedł, mamrocząc pod nosem.
- Już jestem - wysapała Karolcia, która pojawiła się za plecami szefowej.
- Już? - Jola zerknęła na zegarek.
Dziewczyna była spóźniona niemal godzinę. Jak zwykle uśmiechnięta i błyszcząca. Na piersi metalicznie lśnił jej ulubiony wisiorek na łańcuszku, secesyjny kluczyk z mosiądzu, tajemnicza ozdoba zupełnie niepasująca do młodej dziewczyny. Karolcia przesunęła się do kasy na miejsce szefowej, otarła o nią i wówczas Jola wyczuła coś w jej zapachu. Coś znajomego, ale odległego. Rozpalenie, gorączkę, ciepły sen i coś jeszcze, gorący, lepki poranek. Poranek w ramionach mężczyzny. Karolina była jeszcze rozgrzana po seksie, to musiało być to.
- Czyżbyś miała dziś gościa?
- Tak! Skąd wiedziałaś? - Odwróciła się, robiąc wielkie oczy. - On u mnie dziś nocował, musiałam mu zrobić śniadanie i wiesz, jacy potrafią być faceci... Przez to trochę mi się zeszło. Przyjechał wieczorem, jak zwykle bez zapowiedzi. I tak się jakoś zasiedzieliśmy, i przez to zaspałam. Musiałam go jeszcze wyprawić w drogę. Obiecał, że dziś wróci i zabierze mnie do miasta na obiad!
- Motorem? W taką pogodę? - Jola uniosła brwi. - Czy on się dobrze czuje?
- W jaką? Przecież nie pada, właściwie się rozpogodziło. Wyjdź czasem z tej jamy i spójrz w niebo, zanosi się dziś na słońce.
Jola pokręciła głową. Karolina pojechałaby nawet w śnieżycę na tym motocyklu, gdyby tylko on zechciał ją zabrać. Poznała go właśnie w tym sklepie, zatrzymał się przejazdem, jak wspomniał, przyjeżdżał czasem do miasteczka zadbać o groby swoich dziadków, jego rodzina bowiem mieszkała tu przed laty. Oczarował wesołą sklepową, po czym sprytnie i z wprawą starego lowelasa zrobił sobie z niej kochanicę do swobodnego użytku. Pojawiał się, kiedy chciał, i znikał bez śladu na całe tygodnie, wpadał się przespać lub z nią zabawić, później wskakiwał na swoje sportowe suzuki i z rykiem silnika odjeżdżał do miasta. Miał tam żonę, co oświadczył Karolci dopiero po kilku miesiącach związku, żony zaś nie zamierzał porzucać, nie miał do tego serca ani sumienia. Złamał tym serce Karolci, ale tylko na jakiś czas. Był na tyle przystojny, czarujący i wygadany, że zakręcił ją i jakimś cudem zmusił do życia w trójkącie. Panie nigdy się nie spotkały, on skakał między nimi zgodnie ze swoim widzimisię. Był może z dziesięć lat starszy od Karoliny i pracował w jakimś instytucie w mieście. Poza tym niewiele o sobie mówił. Lubił pozostawać tajemniczy. Nie wiadomo, kim była jego żona i czy mieli dzieci. Karolina wiedziała jedynie, że ma na imię Andrzej.
Jola nie miała jednak pewności, czy imię jest prawdziwe. Nie wierzyła temu cwaniakowi nawet odrobinę, uważała go za kanalię wykorzystującą młodą, naiwną dziewczynę z prowincji. Mógł mieć takich jak Karolcia kilka, w różnych częściach Mazowsza, po którym jeździł swoim ścigaczem. Klarowała to dziewczynie, ale ta uzależniła się od Andrzeja i traktowała niczym osobistego Boga. Czekała jego objawiania się niczym przybycia zbawiciela i mówiła o nim z najwyższą czcią, nie używając imienia. On.
- Wystaw kartkę, że dziś płatność tylko gotówką. Terminal nawalił i nie łączy - powiedziała Jola. - Powinien rankiem przyjechać Adaś z towarem. Niech rozładuje i zostawi fakturę, włóż ją tam gdzie zawsze. Wracam za jakąś godzinę.
- Nie spiesz się, będę miała oko na wszystko. - Karolina uśmiechnęła się, jak miała to w zwyczaju, od ucha do ucha. - Odetchnij trochę, przejdź się, złap choć jeden promyk słońca.
Jolanta odpowiedziała wymuszonym grymasem imitującym uśmiech. Wyszła na zewnątrz i rzeczywiście, słońce przebijało się przez chmury, wiał wiatr, pachniało czymś nieuchwytnym. Może Zbyszek napalił w piecu śmieciami lub w przetwórni za miasteczkiem spuścili kiszonkę odpadową na pole? Trudno powiedzieć.