Zapach nieba - Jerzy Gotowała

Kup ebooka

45.00 zł
37.35 zł (35,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pią­tek, 25 stycz­nia 1963 r.

Raport

Wyzwo­liły nas jesienne sza­rugi. Pod koniec roku aura zaczy­nała być kapry­śna, zda­rzało się, że rejon naszego bazo­wa­nia obej­mo­wała we wła­da­nie przy­sło­wiowa "trzyd­niówa", pogoda, że nawet ptaki wra­cały do gniazd na pie­chotę. Wtedy zbie­ra­li­śmy się w jed­nym pokoju; gra­li­śmy w karty, obcho­dzi­li­śmy imie­niny czy uro­dziny prze­kła­dane z dni tygo­dnia na sobotni wie­czór, pili­śmy wino, opo­wia­da­li­śmy kawały i śmia­li­śmy się: bez­tro­ski śmiech mło­do­ści, kiedy się ma dwa­dzie­ścia dwa czy dwa­dzie­ścia cztery lata, a życie jest serią odkryć i emo­cjo­nu­ją­cych prze­żyć, kiedy tro­ski wydają się mało realne. Roz­mowy zawsze scho­dziły - jakże by ina­czej - na lata­nie. Moty­wem prze­wod­nim tego typu kon­wer­sa­cji zawsze było zagad­nie­nie, jak wyjść cało z sytu­acji, kiedy wszystko zawie­dzie. W ogóle nie bra­li­śmy pod uwagę, że każdy z nas jutro, poju­trze mógł zgi­nąć. Co mie­siąc, dwa dowia­dy­wa­li­śmy się o czy­jejś śmierci w któ­rymś z lot­ni­czych puł­ków, ale miłość do lata­nia była zde­cy­do­wa­nie sil­niej­sza od tych wypad­ków. Prze­cież to było lot­nic­two i życie na peł­nym gazie.

Radiowy odbiór był wtedy dość kiep­ski, ale słu­cha­li­śmy pierw­szych prze­bo­jów Beatle­sów i Rol­ling Sto­ne­sów nada­wa­nych przez Radio Luk­sem­burg i Monte Carlo. Radio szwedz­kie było wyraź­niej­sze, a Szwe­cja miała już zna­ko­mi­tych jazz­ma­nów. W naszym mogli­śmy się zado­wa­lać Chó­rem Cze­janda i Kapelą Feliksa Dzier­ża­now­skiego, albo "Trzema przy­ja­ciółmi z boiska" czy "Wio, koniku". W dru­giej poło­wie XX wieku my, mło­dzi, mie­li­śmy wciąż nad­miar zaszcze­pia­nych nam codzien­nie obaw o wybuch kolej­nej wojny świa­to­wej, suro­wych oby­cza­jów i mate­ria­li­zmu rodzi­ców. Ale wtedy Pol­skę wypeł­niała już popkul­tura. A na randki do Kosza­lina czy Bia­ło­gardu, cza­sem nawet do szcze­gól­nie atrak­cyj­nego dla kobiet Połczyna ("chcesz mieć córkę albo syna, wyślij żonę do Połczyna..."), zawsze na grzbiet zarzu­ca­li­śmy lot­ni­cze kurtki - musiał być fason: kurtka, fan­ta­zyjny sza­lik, ręka­wiczki. W tym wszyst­kim była masa szpanu ("zabawy i gów­nia­rze­rii..." - jak mówił kpt. Jachi­mo­wicz). To było zupeł­nie coś nowego, coś dotych­czas nie­spo­ty­ka­nego. 12 kwiet­nia 1961 roku w pry­mi­tyw­nym statku kosmicz­nym Jurji Gaga­rin okrą­żył Zie­mię, po czym szczę­śli­wie kata­pul­to­wał się na wyso­ko­ści sied­miu tysięcy metrów, wra­ca­jąc z kosmosu. Przez ilu­mi­na­tor Rosja­nin widział krzy­wi­znę Ziemi, jasno­błę­kitną wstęgę nad hory­zon­tem i nieco szer­sze pasmo gra­natu prze­cho­dzące w aksa­mitną czerń kopuły nieba. Kap­suła mknęła nad Afryką, widział długi odci­nek afry­kań­skiego wybrzeża, wiel­kie burze pia­skowe nad pusty­nią, ale całego globu spoj­rze­niem objąć nie zdo­łał.

21 lipca 1969 roku pierw­szy czło­wiek posta­wił stopę na Księ­życu, a w Pol­sce poja­wiła się coca-cola, marl­boro, fran­cu­skie gau­lo­ises i zachod­nie luk­su­sowe pro­dukty w skle­pach Pewex.

W ciągu tych dwu lat w bojo­wym pułku tylko dwóch zmie­niło stan cywilny. Dalej w soboty scho­dzi­li­śmy się do jed­nego pokoju hote­lo­wego, wciąż razem oglą­da­li­śmy filmy, słu­cha­li­śmy radia, pili­śmy wino... Bie­ga­li­śmy do samo­lo­tów, star­to­wa­li­śmy, lata­li­śmy w samo jądro ciem­no­ści nocy i wra­ca­li­śmy z powro­tem.

W tej atmos­fe­rze pouczał nas inży­nier uzbro­je­nia pułku, stary mjr Cajc: "alko­hol, chło­paki, pity z umia­rem, nie szko­dzi nawet w naj­więk­szych ilo­ściach...", ale wła­ści­wie każdy z nas potra­fił w porę tę butelkę odsta­wić. W każ­dym razie ni­gdy nie byli­śmy pijani. Nie... ni­gdy...

Tyle że w Zegrzu Pomor­skim pew­nym ryzy­kiem było przy­zna­nie się do pre­fe­ro­wa­nia wina, a nie wódki i piwa. Zaraz nara­żało się na lek­ce­wa­żące spoj­rze­nia lub wręcz oskar­że­nia o to, że jest się jakimś sno­bem, który leczy swoje kom­pleksy mał­po­wa­niem zachod­niego świata. Oso­bi­ście uwa­ża­łem ten pogląd za wielce nie­spra­wie­dliwy, bo także moja mama uwa­żała, że wino to naj­lep­sze, co czło­wie­kowi udało się uzy­skać od kul­tury, korzy­sta­jąc z cudu fer­men­ta­cji. Byłem pewny, że wino ma same zalety.

Zdrowy, inte­li­gentny facet nie miał po nim dokucz­li­wego kaca, nawet jeśli wlał w sie­bie wię­cej niż jedną butelkę. Pod warun­kiem jed­nak, że było to dobre czer­wone wino. Po piwie zwy­kle chce się spać albo biec do toa­lety. Toteż Austriacy wymy­ślili to fajne powie­dze­nie: "Wino, kobiety i śpiew...", dale­kie prze­cież od "Piwo, baby i wycie...". I jesz­cze jedno: wódkę trudno ze sma­kiem sączyć i popi­jać, bo pije się jed­nym hau­stem. Ona ma zwa­lać z nóg, a z winem jest jed­nak zupeł­nie ina­czej. Zawsze więc odpo­wia­da­łem na zaczepki i pod­śmie­wa­nia się z mojego wina.

- Jeśli zamie­rzasz się na jakiś czas znie­czu­lić, to pro­szę bar­dzo: czy­sta, wybo­rowa, klu­bowa, soplica, śli­wo­wica czy jakiś inny bim­ber. Ale wino, przy­ja­cielu? Wino wymaga kul­tu­ral­nej roz­mowy, dys­ku­sji, inte­lektu - a więc przede wszyst­kim odpo­wied­niego towa­rzy­stwa... Czy to jasne?

A my byli­śmy jesz­cze dość świeżo po ofi­cer­skiej pro­mo­cji i mie­li­śmy całe życie przed sobą; pełne nie­spo­dzia­nek i rado­snych momen­tów, marzeń i nadziei, któ­rych - jak przy­pusz­cza­li­śmy - nie uda się tak do końca zre­ali­zo­wać. Bo kiedy czło­wiek ma dwa­dzie­ścia parę lat, to ma przed sobą co naj­mniej dwie trze­cie życia peł­nego dni, tygo­dni, mie­sięcy i lat, które może sobie wypeł­nić w dowolny spo­sób. Ile w życiu czło­wieka zależy od jego wła­ści­wych decy­zji, a ile jest kwe­stią przy­padku? Zresztą, czy to w ogóle miało teraz jakieś zna­cze­nie?

Przy­szedł listo­pad, potem krótki gru­dzień. Nuda. Bra­ko­wało nam weso­łych nocy w jasnym bły­sko­tli­wym mie­ście, gdzie było mnó­stwo roz­ma­itych trun­ków i weso­łych kobiet. Nawie­dziły Pomo­rze obfite opady śniegu i lata­li­śmy jedy­nie od przy­padku do przy­padku, koń­cząc pracę nie­jed­no­krot­nie w poło­wie pla­no­wej tabeli lotów.

Póź­no­gru­dniowy niż. To ozna­czało, że ciśnie­nie baro­me­tryczne było dwie kre­ski niżej niż nor­mal­nie. Zna­leź­li­śmy się pośrodku ostrego, zim­nego frontu, który mógł trwać Bóg jeden wie, jak długo.

Wresz­cie przy­szły święta i nad­cho­dził Nowy Rok. Sęk w tym, że zabro­niono opusz­czać bazę - goto­wość bojowa przed impe­ria­li­stami musiała zostać zacho­wana. Żonaci sobie chwa­lili, ale kawa­lerka? Nowy, od ponad pół roku dowódca pułku ppłk Bil trzy­mał nas na cho­ler­nie krót­kiej smy­czy.

Na tym zabi­tym dechami, odda­lo­nym od świata i ludzi zadu­piu nudzi­li­śmy się jak mopsy. Z syl­we­stro­wej zabawy w Klu­bie Ofi­cer­skim wyszli­śmy bez pod­rywu wcze­śniej (same mężatki), drąc się na cały głos, że "ułani, ułani pol­ska kawa­le­ria, z dupy lecą strupy, spod sio­dła mate­ria...", kiedy ni stąd, ni zowąd zawtó­ro­wał nam ryk roz­bu­dzo­nej naszym śpie­wem krowy, gdy roz­ba­wioną grupą mija­li­śmy sto­jące przy wod­nym prze­pu­ście gospo­dar­skie zabu­do­wa­nia. Do dziś nie wia­domo, kto wpadł na sza­tań­ski pomysł osio­dłania krowy. Ale wtedy wszy­scy nagle poczu­li­śmy się kow­bo­jami, bo krowa - choć przy­znaję, z dużym ocią­ga­niem - pod­dała się jed­nak naszej woli. Do pew­nego momentu, jak to po win­nym raj­dzie, było faj­nie, zabaw­nie, spusz­czona ze smy­czy fan­ta­zja gnała do przodu, w ogóle nie bio­rąc pod uwagę kon­se­kwen­cji. A kon­se­kwen­cją musiał być oczy­wi­ście kac i coś w woj­sku znacz­nie gor­szego... służ­bowy raport.

Zaraz po Nowym Roku zastępca dowódcy do spraw poli­tycz­nych ppłk Dio­nizy Rustecki (popu­lar­nie nazy­wany w pułku Dyz­iem) poja­wił się w szta­bie jak zawsze punk­tu­al­nie o jede­na­stej i od razu ruszył do gabi­netu dowódcy. "Sztab" to było nieco gór­no­lotne okre­śle­nie. My, mło­dzi, tę par­szywą ruderę nazy­wa­li­śmy "psiar­nią", dowódcy eskadr "Pen­ta­go­nem", a sam Bil "dobit­nym przy­kła­dem pogardy, jaką darzą pilo­tów 26. pułku te dupy wołowe z Byd­gosz­czy...".

Rustecki otwo­rzył przy tym drzwi z takim roz­ma­chem, że aż ude­rzył w regał, a sekre­tarka pode­rwała się z krze­sła na równe nogi. Ale ochło­nęła nad­zwy­czaj szybko i zbyt zdzi­wiona jed­nak nie była, uśmiech­nęła się nawet do niego ze współ­czu­ciem. Puł­kow­nik na ogół odwie­dzał dowódcę w dobrym humo­rze i naj­czę­ściej zacho­wy­wał się w taki wła­śnie spo­sób. Choć aku­rat tym razem spra­wiał wra­że­nie nieco bar­dziej zagnie­wa­nego niż zazwy­czaj. Twarz miał zaczer­wie­nioną od pośpiesz­nego gole­nia bez pianki.

Drzwi gabi­netu dowódcy były lekko uchy­lone. Rustecki zapu­kał sygne­tem w oścież­nicę.

- Mam coś waż­nego, dowódco, do zako­mu­ni­ko­wa­nia - oznaj­mił od progu bez­ce­re­mo­nial­nie, wcho­dząc do gabi­netu Bila. Chyba bar­dzo chciał prze­ka­zać posia­dane wie­ści i gotów był od razu zła­pać byka za rogi.

Ale Bil nie dał się zasko­czyć. Pod­puł­kow­nik Cze­sław Bil - czter­dzie­ści cztery lata, 168 cen­ty­me­trów wzro­stu i 76 kilo­gra­mów wagi (czyli równo 10 wię­cej, niż ważył, koń­cząc naukę w 1949 roku w OSL Dęblin) - pod wzglę­dem fizycz­nym nie był impo­nu­ją­cym męż­czy­zną. Był bru­ne­tem o krótko ostrzy­żo­nych wło­sach i praw­dzi­wym zaprze­cze­niem wyglądu typo­wego dowódcy pułku, ale w jakiś szcze­gólny spo­sób wypeł­niał gabi­net, w któ­rym pra­co­wał. Zauwa­żono w nim tę cechę, kiedy jesz­cze był porucz­ni­kiem. Szybki i bez­po­średni, kiedy zwra­cał się do kogoś, mówił gło­sem sta­now­czym o głę­bo­kim brzmie­niu. Instruk­to­rzy w Dębli­nie nazy­wali tę cechę "oso­bo­wo­ścią przy­wód­czą". Bil miał to w sobie, nawet kiedy jesz­cze był pod­cho­rą­żym. Nie­wy­soki, o lekko przy­gar­bio­nej syl­wetce, miał pocią­głą twarz, w któ­rej ude­rza­ją­cym kon­tra­stem były oczy, duże i prze­ni­kliwe. Mimo uro­ków nad­mor­skiego kli­matu dowódca nie nosił koszul z dłu­gim ręka­wem, a kurtkę mun­du­rową wkła­dał wyłącz­nie wtedy, kiedy oka­zy­wała się abso­lut­nie nie­zbędna. Teraz na sobie miał codzienny mun­dur - bluzę olim­pijkę i spodnie sta­lo­wego koloru. Na piersi lśniła srebrna gapa pilota i nic wię­cej. Kochał latać. Był zawsze gotów do lotu i za to lubi­li­śmy go naj­bar­dziej.

Per­so­nalne teczki uło­żone były na biurku w zgrabny sto­sik. W każ­dej znaj­do­wała się cha­rak­te­ry­styka pilota, jego osią­gnię­cia i dotych­cza­sowe doko­na­nia. Wła­śnie doszedł do czwar­tej z nich. Odchy­lił się w fotelu, aż zaskrzy­piała jakaś sprę­żyna opar­cia. Widać było, że wibro­wał napięty jak mocno nacią­gnięty drut.

Dziwna to była para: puco­ło­waty, tęgawy, zawsze z uśmie­chem na czer­stwej twa­rzy Rustecki i Bil, nie­spo­kojny, szybki w podej­mo­wa­niu decy­zji, któ­rego resztki wło­sów ni­gdy nie pod­po­rząd­ko­wy­wały się grze­bie­niowi i któ­rego wojow­ni­czo wysu­nięta dolna szczęka nie pod­da­wała się uści­skowi gumo­wej maski tle­no­wej. Przy­brał natych­miast czujny wyraz twa­rzy, ale widać było, że nara­sta w nim gniew.

- A ja też mam ci coś do zako­mu­ni­ko­wa­nia. Nad­staw uszu i przy­go­tuj się, bo jestem wście­kły jak jasna cho­lera...

Wyraz lek­kiej iry­ta­cji zmarsz­czył mu czoło.

- Tak jest, panie puł­kow­niku. Tak jest... Nie mam co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Bil patrzył na niego spode łba, pró­bu­jąc odgad­nąć, czy ten już wie wszystko, czy jest zupeł­nie zie­lony.

- Otóż wyobraź sobie... Ale uru­chom całą swoją wyobraź­nię. Więc wyobraź sobie, że śpię z żoną w naj­lep­sze po Syl­we­strze - a ledwo tylko przy­ło­ży­łem swoją dość ciężką prze­cież głowę do poduszki - a tu nagle na hote­lo­wym kory­ta­rzu roz­lega się prze­cią­gły ryk krowy. Nie wie­rzy­łem wła­snym uszom. Na cały głos ryczy krowa. Krowa w hotelu... potra­fisz to sobie wyobra­zić?!!! - stał przed nim po rap­tow­nym ode­pchnię­ciu się od biurka i trząsł się cały ze zło­ści. - Krowa w hotelu...

- Krowa w hotelu? U nas? Krowa? Ale skąd krowa w hotelu? Nie może być. To nie­moż­liwe...

- A moż­liwe, moż­liwe... Oka­zuje się, że bar­dzo moż­liwe... - krzy­czał, a widząc powąt­pie­wa­nie malu­jące się na jego twa­rzy, dodał szybko - i musisz mi to natych­miast wyja­śnić. Zro­bić solidne śledz­two, solidne docho­dze­nie i wyja­śnić wszystko w szcze­gó­łach do samego dna, do gołej prawdy. Skąd mło­dzi piloci wzięli w grud­niu krowę, kto wpadł na ten "genialny" pomysł. I jak ją wpro­wa­dzili po scho­dach aż na dru­gie pię­tro...

- Cooooo?

- A tak... a tak... na dru­gie pię­tro. Ryczała tak prze­raź­li­wie, bo rano nie miał jej kto wydoić. Czy ty to sobie potra­fisz wyobra­zić?

- Nie do wiary... To nie do wiary... W naszym pułku?

- W moim pułku, Dyziu! - wrzesz­czał Bil. - W moim... Dwu­dzie­stym szó­stym myśliw­skim pułku.

- O, jasna cho­lera nagła. Ale heca. O tym nie wie­dzia­łem. No i co?

- I co... i co... jajco... Kie­row­nik Tryba cały Nowy Rok szu­kał na wsi wła­ści­ciela, żeby ją w jakiś spo­sób spro­wa­dzić scho­dami na dół. To skan­dal, skan­dal... Ale Engel­gard to wyja­śni... już on wszystko wyja­śni. Wyja­śni do samego końca, a wtedy... sprawca musi się wyno­sić z bazy. Albo sprawcy... Prze­cież oni poło­żyli na szali swoje ofi­cer­skie kariery. Oni po pro­stu poło­żyli swoje jaja pod topór...

- Dowódco... - Rustecki wzro­kiem wska­zał wej­ściowe drzwi. - Niech mi będzie wolno zapro­po­no­wać, żeby­śmy roz­ma­wiali ciszej. Pań­ska sekre­tarka to z całą pew­no­ścią wcie­le­nie dys­kre­cji, ale praw­do­po­dob­nie sły­chać nas w całym Kuro­zwę­czu...

Bil spio­ru­no­wał go wzro­kiem, wes­tchnął ciężko i usiadł, zacią­ga­jąc się papie­ro­so­wym dymem. Po chwili uspo­koił się nieco.

- Tylko nie mów mi, że masz jesz­cze w zana­drzu dla mnie jakieś nowe rewe­la­cje. Dla­czego znów mam prze­czu­cie, że nie spodoba mi się to, co usły­szę? Pew­nie się nie spodoba...

- Nie, w zasa­dzie to nic wiel­kiego. Ot, takie tam... Otóż podej­rze­wam, że co naj­mniej kil­ku­na­stu ofi­ce­rów w hotelu regu­lar­nie zatrzy­muje w poko­jach dziew­czyny, które przy­jeż­dżają na sobot­nie dan­cingi w Klu­bie. Po Syl­we­strze zostało dwa­na­ście... Cho­dzi głów­nie o mło­dych ofi­ce­rów, zwłasz­cza pilo­tów. Przy­ja­ciółka pod­po­rucz­nika Sobani na przy­kład zazwy­czaj opusz­cza bazę dopiero w ponie­dzia­łek, i to dość póź­nym ran­kiem, a Gre­niuka nawet póź­niej...

- Porucz­nika Gre­niuka? Tego cher­laka z dru­giej eska­dry Woło­je­wi­cza? - Bil roze­śmiał się powąt­pie­wa­jąco i Rustecki uznał w duchu, że robi się wresz­cie nieco lepiej. Pomy­ślał, że dobrze zro­bił, decy­du­jąc się na wymianę tego wła­śnie nazwi­ska. Cokol­wiek robił pod­po­rucz­nik, wia­do­mość zacie­ka­wiła i jed­no­cze­śnie wpra­wiła jakby dowódcę w zdu­mie­nie.

Gre­niuk bowiem to był szczu­pla­czek o twa­rzy dziecka, ważył może pięć­dzie­siąt sześć kilo­gra­mów, i to w lot­ni­czych butach.

- A ja, jak się oka­zuje, zupeł­nie nie zdaję sobie sprawy z tego, co się wokół mnie dzieje! Ale kapi­tan Engel­gard z całą pew­no­ścią wie, co się dzieje; obaj możemy być tego pewni. Ofi­ce­ro­wie kontr­wy­wiadu zawsze wie­dzą wszystko... Można nawet zary­zy­ko­wać twier­dze­nie, że na tym polega ich praca...

Bil zmarsz­czył czoło; zasę­pił się i myślał inten­syw­nie. Spra­wiał przy tym wra­że­nie dużego dzie­ciaka pra­co­wi­cie roz­wią­zu­ją­cego rachun­kowe słupki.

- Tu zawsze dużo się dzieje, Dyziu! To zna­czy, wiem oczy­wi­ście, że od czasu do czasu jakaś dziew­czyna zostaje na noc w hotelu, ale...

- Nie no, wia­domo, że lot­ni­ska w cało­ści nie spo­sób upil­no­wać, to pewne. Jak się odgoni kogoś od bramy głów­nej, to znaj­dzie drogę przez opłotki Rosnowa, albo przez las od strony boiska spor­to­wego, albo dzia­łek. Są wypadki let­nich spo­tkań alta­no­wych. Nasz poprzedni dowódca mjr Stre­lau otrzy­mał raz skargę od mili­cji, bo ojciec jakiejś dziew­czyny z Kre­to­mina doniósł, że nie wró­ciła na noc do domu i jest na lot­ni­sku. Z Kosza­lina przy­słali plu­ton żan­dar­mów z WSW. Wywró­cili bazę do góry nogami i w nie­dzielne popo­łu­dnie wygar­nęli trzy­dzie­ści dzie­więć kobiet: sie­dem­na­ście panie­nek i dwa­dzie­ścia dwie mężatki, w tym dzie­sięć żon ofi­ce­rów i podofi­ce­rów z naszego osie­dla...

Pod­puł­kow­nik Bil spoj­rzał groź­nie na swego zastępcę. Usta zło­żył niczym do gwizd­nię­cia, ale gwizd­nąć nie zdo­łał.

- Pró­bu­jesz mi zapro­po­no­wać, żebym puścił to pła­zem? Zapo­mnieć o całej spra­wie?

- Wiem, że ten pro­ce­der zda­rza się nie tylko u nas. We wszyst­kich lot­ni­czych bazach w Pol­sce wywie­szają ogło­sze­nia, że wszy­scy cywile muszą opu­ścić bazę naj­póź­niej w nie­dzielę do dwu­dzie­stej dru­giej. My na tym naszym zadu­piu wcale nie musimy tego robić na piśmie. Ale może mi dowódca pozwoli przez moich ofi­ce­rów poin­for­mo­wać zain­te­re­so­wa­nych cho­ciażby ust­nie...

- Wiesz, Dyziu... cza­sem odno­szę wra­że­nie, że ty jesteś face­tem, który zban­kru­to­wał, zmie­nia­jąc jed­nostki lot­ni­cze w całej Pol­sce jedna po dru­giej, a ja jestem nie­zna­ją­cym życia dęcia­kiem z Pozna­nia...

Rustecki chrząk­nął zna­cząco, uśmiech­nął się pod nosem z wdzięcz­no­ścią i lek­kim zaże­no­wa­niem; wie­dział, że w ustach Bila to chyba naj­więk­szy kom­ple­ment. Sprawa choć w czę­ści została zaże­gnana. Ale tylko w czę­ści.

- Zajmę się oczy­wi­ście sprawą... krowy, ale...

Urwał nagle, przy­gwoż­dżony lodo­wa­tym wzro­kiem Bila.

- Żad­nych ale, żad­nych ale... Ta mle­czar­nia ma być dokład­nie roz­po­znana i raz na zawsze zamknięta...

Rustecki poznał, że jesz­cze chwila, a dowódcę pułku utłu­cze apo­plek­sja.

- Tak jest!

Ale w pułku już huczało o spra­wie jak w ulu. Mie­li­śmy oczy­wi­ście nie­złe roze­zna­nie i wie­dzie­li­śmy, co się święci. Te pod­py­ty­wa­nia mimo­cho­dem, krót­kie roz­mówki, przy­pad­kowe uwagi, podej­rze­nia bez adresu - zwy­czajne węsze­nie. Prę­dzej czy póź­niej dowie­dzą się wszyst­kiego, odkryją tajem­nicę naszej syl­we­stro­wej eska­pady. A prze­cież gdyby nie fakt, że byli­śmy poszu­ki­wani jak jasny gwint, wszystko ukła­dało się po pro­stu wspa­niale.

- By­naj­mniej prze­srana sprawa. Ale jaja... - szep­nął mi kie­dyś Kar­woś, mru­żąc zna­cząco oczy i oka­zu­jąc, że rozu­mie potrzebę kon­spi­ra­cji. Przy tym zna­cząco poło­żył palec wska­zu­jący na ustach, a potem wyszcze­rzył zęby. Tylko on do każ­dego nie­mal zda­nia musiał wsa­dzać to "by­naj­mniej".

Powoli docho­dziło do nas, że jeste­śmy odpo­wie­dzialni za całe to sza­leń­stwo, które jakoś wymknęło się spod kon­troli i któ­rego kul­mi­na­cją musiał być raport, nie wia­domo tylko, o jakich skut­kach. W końcu prze­cież zda­wa­li­śmy sobie dokład­nie sprawę z tego, kto nawa­rzył tego całego piwa. Trzeba było zawczasu brać pod uwagę naj­gor­sze... Debrzno, takie samo zadu­pie jak Zegrze, tyle tylko, że dalej od morza. Niby mimo­cho­dem wspo­mniał mi o tym per­so­nalny. Rze­telne prze­cież źró­dło infor­ma­cji, nie ma to tamto... Co tu dużo gadać, strach nara­stał powoli, pod­stęp­nie w każ­dym z nas.

- Niech to dia­bli. Wdep­nę­li­śmy w wiel­kie gówno...i sie­dzimy w nim po szyję - trzeźwo oce­nił sytu­ację Roman Rejew­ski, prze­cie­ra­jąc ręką nie­do­go­lony pod­bró­dek. - Myślę tak... Póki co nie mają żad­nego dowodu, kto jest sprawcą. Widzę więc tak: musimy moż­li­wie naj­le­piej wyko­ny­wać zada­nia i cze­kać, co się wyda­rzy, a potem - jeżeli nas wykryją i sta­nie się coś złego - będziemy myśleli, jak to sen­sow­nie wyja­śnić.

- Oby tylko nie naj­do­tkliw­sza kara w lot­nic­twie - Bolek Sobo­nia zwie­sił głowę. - Wszy­scy dobrze wiemy, co to zna­czy. Stary może nas zawie­sić w lata­niu i wszystko...

Prak­tyczne strze­la­nie do celu powietrz­nego to popu­larny jesz­cze od przed­woj­nia, dwu­na­sto­me­tro­wej dłu­go­ści rękaw. Cze­ka­li­śmy na ten szcze­gólny dzień od bar­dzo dawna, przy­go­to­wu­jąc spe­cjalne plan­sze wyni­ków - na brudno. Naczy­ta­li­śmy się o strze­lec­kich doko­na­niach Sta­cha Skal­skiego, Urba­no­wi­cza, Zum­ba­cha, Tola Łoku­ciew­skiego, Arcta, Króla, Hor­ba­czew­skiego w bitwie o Anglię i teraz mie­li­śmy sta­nąć do egza­minu. Dopiero po tych strze­la­ni­nach miał być zesta­wiony praw­dziwy "ran­king" puł­ko­wych asów. Major Biał­kow­ski, kpt. Cha­ra­chaj­czuk, Olszew­ski, Bajor, Żmin­kow­ski, Łuko­wiak, Jachi­mo­wicz - to byli sta­rzy wyja­da­cze, puł­kowe wygi lot­ni­cze - gdzie nam, żół­to­dzio­bom, rów­nać się z nimi.

Aku­rat przez Pomo­rze od Szcze­cina ku wscho­dowi szła wio­sna, dość wcze­sna w tym roku i sucha. Słońce ope­ro­wało już sil­niej, czer­wie­niło skórę, jeżeli ktoś zna­lazł dobre miej­sce osło­nięte od wia­tru. Nad­szedł wresz­cie ten dzień poprze­dzony spe­cjal­nym przy­go­to­wa­niem naziem­nym, tre­nin­gami na strze­lec­kim urzą­dze­niu tre­nin­go­wym STŁ-2 i w kabi­nie samo­lotu z pozo­ro­wa­nym uży­ciem uzbro­je­nia.

To był zwy­kły, płó­cienny wto­rek. Na weran­dzie przed dom­kiem pilo­tów jak na jar­marku. Nie­któ­rzy stali stło­czeni w roz­ga­da­nych i hała­śli­wych gro­mad­kach, inni roz­sie­dli się na krze­seł­kach poroz­sta­wia­nych wokół nie­wiel­kich sto­li­ków. Pozo­stali w dwu- lub trzy­oso­bo­wych grup­kach popi­jali coca-colę, her­batę lub poranną kawkę. W pod­nie­ce­niu, które nie opu­ściło jesz­cze uczest­ni­ków pierw­szej tury strze­lań ani ich obser­wa­to­rów, na gorąco dzie­lono się wra­że­niami. Żywo przy tym gesty­ku­lo­wano dłońmi w powie­trzu, naśla­du­jąc manewry samo­lo­tów, jak zwy­kli to czy­nić piloci myśliwcy po każ­dym locie. Zda­wało się przy tym, że wszy­scy mówią jed­no­cze­śnie, dla kogoś z zewnątrz ich słow­nic­two było cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­miałe. Wyma­chi­wali rękami i dłońmi, tłu­ma­cząc coś sobie nawza­jem, naśla­du­jąc manewry i ata­ku­jące samo­loty, ale więk­szość wolała raczej mówić niż słu­chać. Krzy­żo­wały się spo­strze­że­nia, uwagi, pod­po­wie­dzi, rady i sto­sowne żarty. Każdy miał coś do powie­dze­nia, każdy zna­lazł się w cza­sie strze­la­nia w odmien­nej sytu­acji, czego innego doświad­czył. Każdy chciał prze­ka­zać swoje doświad­cze­nia doty­czące tak­tyki ata­ko­wa­nia. Z cha­osu gorą­cej dys­ku­sji wyła­niał się pla­styczny obraz dzia­łań pierw­szej czwórki reali­zu­ją­cej strze­lec­kie zada­nie.

Pierw­szy strze­la­jący do dru­giego rękawa por. Sta­chu Dzie­kan wła­śnie wystar­to­wał i ostrym zwro­tem przez prawe skrzy­dło szybko zwięk­szał wyso­kość w kie­runku Bytowa. Rękaw, długi worek z płótna na pasie star­to­wym, pod­cze­piono na trzy­stu­me­tro­wej linie pod kadłub holow­nika MiG-17. Cha­ra­chaj­czuk wysko­czył z rzędu usta­wio­nych na sto­isku maszyn. Koło­wa­łem bli­sko za nim jako trzeci strze­la­jący. Sekundę potem holow­nik drgnął i po otrzy­ma­niu zezwo­le­nia na start poszedł pła­sko w górę, cią­gnąc za sobą napom­po­waną powie­trzem, obłą kitę rękawa. Cha­ra­chaj­czuk był zaraz za nim, ale odszedł piękną świecą w górę nad Bia­ło­gard.

Wystar­to­wa­łem zaraz za nim i po czte­rech zale­d­wie minu­tach dostrze­głem lśniącą w słońcu maszynę Dzie­kana krę­cącą się w kółko nad Byto­wem. "Holow­nik" dołem zawra­cał wła­śnie na zachodni kurs do Bia­ło­gardu i Stach zaata­ko­wał ostro, z bli­ska. Koń­cząc atak, poszedł wywro­tem w dół i nieco w bok, by po chwili strze­lić świecą w górę, a potem po zwięk­sze­niu wyso­ko­ści pono­wić atak. Spły­nął zręcz­nie w dół i znowu otwo­rzył ogień z mniej­szego dystansu. Potem ata­ko­wał jesz­cze kil­ka­krot­nie z tyłu i z boku, aż znik­nął mi razem z "holow­ni­kiem" na hory­zon­cie.

Pod­eks­cy­to­wany cze­ka­łem na swoją kolej. Pół­au­to­ma­tyczny celow­nik prze­łą­czy­łem na "żyro", pocią­gną­łem nos MiG-a w lewo i prawo po hory­zon­cie. Poma­rań­czowa siatka celow­nika cho­dziła po linii wid­no­kręgu miękko, płyn­nie, choć jak zawsze ospale.

- Trzy­sta jede­na­sty holow­nik docho­dzi do cie­bie od zachodu, wyso­kość trzy tysiące...

Dostrze­głem go z daleka. Obcią­żona ręka­wem, sunąca nieco niżej ode mnie sre­brzy­sta maszyna błysz­czała w słońcu. Pilot holow­nika nawi­ga­tor naszej eska­dry por. Józek "Kozieł" Kozłow­ski też już mnie obser­wo­wał w swoim pery­sko­pie, bo zezwo­lił zająć strze­lecką pozy­cję.

- Trzy­sta jede­na­sty, prze­ła­duj i możesz ata­ko­wać. - Dwoma nie­zna­czą­cymi śli­zgami wytra­cam zbędną wyso­kość, by podejść do pierw­szego ataku z dogod­nej pozy­cji. Rzu­ci­łem się na ten rękaw niczym kot polu­jący na mysz. Pod­cho­dzę do celu z tyłu, nieco z boku i z góry. Wypra­co­wuję sto­sowną poprawkę w pła­skim nur­ko­wa­niu, cze­ka­jąc na dogodną sytu­ację, by oddać serię przy moż­li­wie dużym kącie ataku. Ener­gicz­nie odwró­ci­łem samo­lot w lewo, zmniej­szy­łem nieco obroty tur­biny sil­nika i nie­znacz­nie nur­ku­jąc, kładę markę cen­tralną celow­nika tuż za ogo­nem samo­lotu holu­ją­cego tak, aby cią­gle mieć sta­lową linę na osi pół­au­to­ma­tycz­nego celow­nika ASP-3 nm. Gdy tylko rękaw zaczął się zbli­żać, prze­ło­ży­łem maszynę z lewego zwrotu w prawo.

Ale i Kozioł popra­wia kie­ru­nek lotu także nieco w prawo. I to jest dla mnie nad­zwy­czaj korzystna sytu­acja. Cią­gnę za nim po rów­no­le­głym nie­mal łuku, zbli­ża­jąc się jesz­cze bar­dziej. Wypeł­niona powie­trzem kicha rękawa gwał­tow­nie rosła w oczach, za moment wyraź­nie mia­łem przed sobą białe płótno i ogon zamia­ta­jący kawa­łek nieba.

Teraz już nic mnie nie inte­re­so­wało - jedy­nie ten kawa­łek falu­ją­cego na wie­trze, wypeł­nio­nego powie­trzem płótna. Gdy więc wyda­wał mi się wystar­cza­jąco duży, naci­sną­łem przy­cisk bojowy. Huk pokła­do­wego działka na moment przy­ga­sił odgłos pra­cu­ją­cego sil­nika. Rękaw sza­mo­tał się w celow­niku, z lek­kim nie­po­ko­jem obser­wo­wa­łem jego wydęty powie­trzem kształt. Oszczęd­nie przy­trzy­ma­łem spust w kró­ciut­kiej serii. Pil­nie śle­dzi­łem lot czer­wo­nych poci­sków mkną­cych do celu; z każ­dym ude­rze­niem serca rękaw był bli­żej i w ostat­niej chwili szarp­ną­łem gwał­tow­nie stery, by omi­nąć wypeł­niony powie­trzem płó­cienny walec. Byłem pewny, że tra­fi­łem - tym­cza­sem jaskrawe smugi moich poci­sków, zamiast obra­mo­wy­wać rękaw, w ostat­niej nie­mal chwili wdzięcz­nie zakrę­ciły swój lot i opa­dły w dół, ukła­da­jąc się bia­łymi dym­kami wyraź­nie z tyłu za nim. "Ażeby cię jasna cho­lera...". Nie­stety za mała poprawka. Ta seria nie­wąt­pli­wie poszła "Panu Bogu w okno".

Wycho­dzę świecą w górę, na ple­cach spo­glą­dam w dół i kładę maszynę na prawe skrzy­dło. W dru­gim ataku muszę być zde­cy­do­wa­nie pre­cy­zyj­niej­szy, zało­żyć nieco więk­szą poprawkę, jesz­cze bli­żej podejść do celu.

Drugi atak wyko­nuję jesz­cze ener­gicz­niej, maszyna drży jak w febrze. Idę tuż, tuż pod strzę­pami kłę­bia­stych cumu­lu­sów na wyso­ko­ści trzech tysięcy trzy­stu metrów. Przed samym lot­ni­skiem, gdzie zachmu­rze­nie cał­ko­wi­cie nie­mal zani­kło, Kozłow­ski leci spo­koj­nym, nie­zmien­nym kur­sem. Dystans mię­dzy nami znowu gwał­tow­nie maleje.

Jego spo­kój aż mnie pod­nieca, nara­sta we mnie złość, czuję roz­cho­dzące się po całym ciele leciut­kie drże­nie. Za moment zaata­kuję ponow­nie, ponow­nie otwo­rzę ogień. Musi być celny. Wciąż zbli­ża­łem się do celu. Jesz­cze sekunda, dwie... Rękaw staje się coraz wyraź­niej­szy, rośnie, ogrom­nieje. Im bli­żej, tym pew­niej, ale trzeba pamię­tać, że i tym ryzy­kow­niej - zwłasz­cza po ataku. Poma­rań­czowe rom­biki celow­nika oplo­tły go wokół, wprost go piesz­czą. Płyn­nie zmniej­szam odło­żoną uprzed­nio zwięk­szoną poprawkę, szu­kam wła­ści­wego kąta wyprze­dze­nia.

Strze­lam... Wrr­ry­y­yttt... Działko zagrzmiało pod moimi sto­pami, wyplu­wa­jąc gorące poci­ski z nie­bie­skim ozna­ko­wa­niem. Smugi moich poci­sków tym razem niby ramiona ośmior­nicy opla­tają cały rękaw. Poci­ski prze­szy­wały powie­trze z pręd­ko­ścią tysiąca czte­ry­stu metrów na sekundę, zosta­wia­jąc za sobą białe smugi wska­zu­jące kie­ru­nek ich lotu. Co szó­sty pocisk lśnił poma­rań­czo­wym bla­skiem smu­ga­cza. Moc­niej ści­skam ręko­jeść ste­ro­wego drążka i ani na moment nie spusz­czam wzroku z rękawa. Zbli­żam się jesz­cze: "150... 100 metrów... jesz­cze ździebko bli­żej" - świ­druje w mózgu natrętna myśl. "Już, teraz!!!".

Naci­skam ponow­nie język spu­stowy. Stary, poczciwy ener wypluwa kilka ostat­nich poci­sków. Jestem ide­al­nie pod syl­wetką dwie czwarte, więk­sza poprawka chyba zbędna. Przy­trzy­muję spust do wyczer­pa­nia amu­ni­cji. Ale to już nie seria, chyba trzy, może cztery ostat­nie poci­ski.

Ostro wyry­wam maszynę w górę, ocie­ra­jąc się nie­mal o płótno rękawa. W pół­zw­ro­cie widzę, jak holow­nik zama­new­ro­wał w lewo i prawo.

- Trzy­sta jede­na­sty, zabra­niam ata­ko­wać...

- Zro­zu­mia­łem, zakoń­czy­łem, odcho­dzę.

Wyłą­czam uzbro­je­nie, walę się w pio­nowo dół i prze­cho­dzę na radiowy kanał lot­ni­skowy. Ląduję leciutko, deli­kat­nie. Chcę jak naj­szyb­ciej być na sto­isku. Kiedy gra­molę się z kabiny, zrzu­cony nad lot­ni­skiem rękaw opa­dał powoli, tra­cąc obły kształt. Aby można było oce­nić wyniki strze­la­nia, poci­ski zała­do­wane do sys­temu uzbro­je­nia poszcze­gól­nych samo­lo­tów bio­rą­cych udział w strze­la­niu były pokry­wane far­bami: czarną, czer­woną, zie­loną, nie­bie­ską. W jed­nym locie ata­ko­wały cztery myśliwce i po zabar­wie­niu prze­strze­lin w worku można było oce­nić rezul­taty strze­la­nia poszcze­gól­nych pilo­tów. Sze­fo­wie strze­la­nia powietrz­nego skru­pu­lat­nie liczyli prze­strze­liny, a mecha­nicy oczysz­czali je i zaszy­wali do ponow­nego wylotu.

Dopiero teraz życie wydaje się cudowne, piękne: aż cztery nie­bie­skie! Cztery moje, nie­bie­skie! Cztery! Cztery na dwa­dzie­ścia. Hurrrr­ra­aaa!!! A to ci dopiero słodka wisienka na cze­ko­la­do­wym tor­cie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Od autora

Jak więk­szość pilo­tów woj­sko­wych jestem roman­ty­kiem. Ludzie rzadko ryzy­kują życie dla sprawy, do któ­rej nie są prze­ko­nani, w którą tak do końca nie wie­rzą. Lecz piloci szyb­kich woj­sko­wych maszyn wciąż pozo­stają przy sta­rych, spraw­dzo­nych praw­dach. Bo wie­dzą, że ota­cza­jący ich wokół świat to prze­strzeń, w któ­rej cią­gle toczy się walka dobra ze złem, porządku z cha­osem, i że prę­dzej czy póź­niej trzeba będzie to dobro bro­nić. Dla­tego jestem głę­boko prze­ko­nany, że po pro­stu "robią swoją robotę", kiedy star­tują do nie­bez­piecz­nego zada­nia. A praw­dziwą cechą każ­dego bojo­wego pilota jest to, że pod twardą sko­rupą z har­to­wa­nej stali kryje się gorące serce, co zazwy­czaj jest dla nas także krę­pu­jące. Wraz z wielu mi podob­nymi wybra­łem życie pod wzglę­dem sta­ty­styki uwa­żane za nie­bez­pieczne, wyczer­pu­jące dość szybko psy­chicz­nie i fizycz­nie i... do lukra­tyw­nych raczej nie­na­le­żące.

Żół­to­dziób, pierw­sza część Zapa­chu nieba, jest książką o lot­nic­twie, o zawi­ło­ściach, o tru­dach lot­ni­czego dora­sta­nia. Te prze­ży­cia sta­ra­łem się oddać tak, jak je sam odczu­wa­łem.

Lite­ra­tura pamięt­ni­kar­ska nie jest u nas zbyt popu­larna. Ale wbrew pozo­rom chyba w miarę dokład­nie oddaje te chwile, gdy wytrwale dosko­na­li­li­śmy swoje umie­jęt­no­ści, tylko po to, by umieć je racjo­nal­nie wyko­rzy­stać, gdy zaj­dzie taka potrzeba. Moi wierni Czy­tel­nicy zorien­tują się, że na kar­tach także tej książki-pamięt­nika wystę­pują moi kole­dzy piloci, nawi­ga­to­rzy, ludzie nauki i tech­niki, moi przy­ja­ciele, z któ­rymi spę­dzi­łem na lot­ni­skach i w powie­trzu wiele godzin.

Część druga, Pod­niebni łowcy, odnosi się do służby na kie­row­ni­czych sta­no­wi­skach, do życia dowód­czego, dosko­na­le­nia lot­nic­twa pol­skiego na pozio­mie ope­ra­cyj­nym. To także pierw­sze kon­takty z siłami powietrz­nymi NATO. Zaha­czam w niej rów­nież o pro­ble­ma­tykę uciąż­li­wej cywil­nej kon­troli nad armią, szcze­gól­nie zaś nad nie­zna­nym poli­ty­kom zupeł­nie lot­nic­twem. Bo w końcu i do Pol­ski przy­szedł czas oparty o ame­ry­kań­ską tezę jesz­cze z Wiet­namu, że woj­skowi nie­stety nie potra­fią pro­wa­dzić wojen. Nie może dzi­wić, że wtrą­ca­jąc się do naszej służby, do tego, na czym się nie znali, dopro­wa­dzili do mar­nego jej poziomu, czę­sto­kroć do wypad­ków, a nawet śmierci, i to nie tylko mło­dych pilo­tów. I cho­ciaż wie­dzie­li­śmy lepiej, to te nowe usta­le­nia, te nowe normy, te zasady nie pozwa­lały eks­po­no­wać publicz­nie naszych poglą­dów, uzy­ska­nej doświad­cze­niem wie­dzy.

A mimo to nie prze­sta­li­śmy wyko­ny­wać swo­ich obo­wiąz­ków na naj­wyż­szym pozio­mie; wie­dzie­li­śmy, że te zada­nia są ważne dla nas samych, dla kraju, dla spo­łe­czeń­stwa. Pierw­sze kon­takty z per­so­ne­lem lata­ją­cym sił powietrz­nych NATO to potwier­dziły. Mieli do czy­nie­nia z lot­ni­kami naj­wyż­szej próby. Lot­nicy także dziś służą naj­le­piej, jak potra­fią, jak spo­łe­czeń­stwo ma prawo od nich ocze­ki­wać.

Pomimo wielu dra­ma­tycz­nych nie­jed­no­krot­nie chwil wciąż patrzę na ota­cza­jący świat pozy­tyw­nie, bo tak mnie nauczono, wynio­słem to z rodzin­nego domu, a doświad­cze­nia życiowe stały się przy­czyn­kiem do wielu prze­my­śleń.

Ponie­dzia­łek, 28 kwiet­nia 1962 r.

Począ­tek drogi

Przy wyj­ściu z dworca kole­jo­wego w Byd­gosz­czy było jak zazwy­czaj tłoczno. Wie­czo­rem poże­gna­łem się z rodziną w moim Szczaw­nie-Zdroju i przez Wro­cław zmie­rza­łem do dowódz­twa 2. Kor­pusu Obrony Powietrz­nej na Szu­biń­ską. Tam mie­li­śmy się sta­wić w ponie­dzia­łek całą dwu­dziestką świeżo upie­czo­nych pod­po­rucz­ni­ków pilo­tów. Nocny z War­szawy był zawsze pełny. Pociąg wła­ści­wie się wlókł, a nie jechał. Z gło­śni­ków wydo­by­wały się trudno z reguły zro­zu­miałe komu­ni­katy - jakiś pociąg miał opóź­nie­nie, inny wła­śnie pod­sta­wiano na tor trzeci przy pero­nie pierw­szym, a wszyst­kich bez wyjątku prze­strze­gano, aby "odsu­nąć się od toru, bo to grozi śmier­cią lub kalec­twem...". Nie­wiele wię­cej można było zro­zu­mieć. Ludzie pod­bie­gali lub pod­cho­dzili do dyżur­nego ruchu, który idąc wolno wzdłuż peronu, nie­chęt­nie i pół­gęb­kiem udzie­lał infor­ma­cji.

Na nie­wiel­kim placu przed dwor­cem od razu ufor­mo­wała się pokaź­nych roz­mia­rów kolejka do tak­sówki. Sta­łem z ogrom­nym, ciem­nego koloru mary­nar­skim wor­kiem miesz­czą­cym wewnątrz całe moje popro­mo­cyjne wypo­sa­że­nie i w duchu modli­łem się, by moż­li­wie szybko zna­leźć się na lot­ni­sku.

Ludzie nie­cier­pli­wili się - samo­chody pod­jeż­dżały dość rzadko i powoli. Sią­pił lekki, ale dokucz­liwy desz­czyk, mżawka pra­wie. Naprze­ciwko naszej kolejki po dru­giej stro­nie ulicy utwo­rzyła się wcale nie mniej­sza druga, do budki z piwem. Tam jed­nak znacz­nie żwa­wiej posu­wano się naprzód; kilku naj­bar­dziej spra­gnio­nych sku­tecz­nie tamo­wało dostęp do okienka, za któ­rym senna jesz­cze z pew­no­ścią eks­pe­dientka jak auto­mat wpraw­nie ścią­gała kap­sle z bute­lek.

Wska­zówki na dużym dwor­co­wym zega­rze prze­kro­czyły wła­śnie siódmą.

- Prze­pra­szam, Szu­biń­ska daleko? - zapy­ta­łem sto­jącą przede mną kobietę z małą córeczką na ręku.

- O, to już za mia­stem - odpo­wie­działa z uśmie­chem. - Przy szo­sie wylo­to­wej, będzie z pięć kilo­me­trów, dwa­dzie­ścia minut, nie wię­cej...

Wła­śnie wtedy pod­je­chało rów­no­cze­śnie kilka tak­só­wek i prze­rwało dys­kurs. Trze­cia była moja, nowa war­szawa z obszer­nym, spłasz­czo­nym bagaż­ni­kiem. I to było wyba­wie­nie, bowiem bez trudu zmie­ścił mój cały doby­tek.

- Na Szu­biń­ską...

- Pan porucz­nik do Kor­pusu. A na długo?

- Jak to w woj­sku. Może na długo, a może nie. Ale raczej na krótko...

Ulica, którą jecha­li­śmy, była brzydka, zapusz­czona, pełna par­te­ro­wych budyn­ków, nie­kiedy nawet zwy­kłych ruder. Roz­ma­zy­wa­łem dło­nią szybę zapot­niałą od desz­czu i z cie­ka­wo­ścią przy­glą­da­łem się miej­skiemu pej­za­żowi. Tu na Lele­wela uro­dzili się moi dwaj bra­cia: star­szy Ryszard i młod­szy Zby­chu. Ja na oku­pa­cyj­nym wysie­dle­niu - w Roz­wa­do­wie.

Na ulicy pro­wa­dzą­cej do Kor­pusu dostrze­głem biblio­tekę, sta­cję ben­zy­nową i naprawy pojaz­dów, kilka skle­pi­ków. Nieco dalej stał ratusz - podłużny, niski budy­nek typowy dla budow­nic­twa lat pięć­dzie­sią­tych. Obok niego gim­na­zjum i liceum, cia­sno złą­czone niczym bliź­nięta. Z więk­szej witryny ocie­ka­ją­cej cien­kimi struż­kami desz­czu, pod mie­dzia­nym fry­zjer­skim tale­rzem, spo­glą­dał mar­two na ulicę gip­sowy mane­kin w rudej peruce - kilka małych skle­pi­ków: zegar­mistrz, galan­te­ria z jar­marczną pstro­ka­ci­zną, kra­wiec, sło­dy­cze. Na samym skraju stał kamienny kościół, piękny okaz budowli z XVIII wieku.

Mia­łem za sobą stu­dia w Dębli­nie: kiedy loty, to loty, a tak masze­ro­wa­nie, masze­ro­wa­nie, masze­ro­wa­nie. Lodo­waty wiatr na lot­ni­sku, zie­lone dre­li­chy, szare kry lodowe pły­nące Wie­przem, zsi­niałe z zimna twa­rze. "Bóg, Honor, Ojczy­zna". Ale to był począ­tek lep­szego samo­po­czu­cia w przy­szło­ści. Na tym polega prze­cież zja­wi­sko pię­cia się po życio­wej dra­bi­nie... upward mobi­lity. Po lot­ni­czej dra­bi­nie. A to nas pory­wało.

Ruch na dro­dze był zni­komy, od czasu do czasu prze­je­chała cię­ża­rówka. Ale za nie­wiel­kim ron­dem wszystko się nagle odmie­niło. Widać było ono gra­nicą dwóch świa­tów; dookoła wzno­siły się jeden za dru­gim wyso­kie bloki. Także nieco dalej z lewej, we wszyst­kich odcho­dzą­cych z ronda uli­cach, widać było budow­lany ruch; spy­cha­cze, cię­ża­rówki, dźwigi, grupy prze­krzy­ku­ją­cych się robot­ni­ków. Nie­młody już tak­sów­karz całą drogę narze­kał na świa­towy kry­zys i na dro­ży­znę, która nie­chyb­nie miała nad­cią­gnąć. Odpo­wia­da­łem mu rzadko, zasta­na­wia­jąc się, co też mnie czeka. Pro­wa­dził war­szawę dosyć non­sza­lancko, wciąż roz­ma­wia­jąc ze mną bez skrę­po­wa­nia.

- Grze­bią w tej matce ziemi i grze­bią, będzie ponad dwa lata. Już nawet nie wia­domo, jak jeź­dzić. Wciąż nowe nakazy, zakazy, objazd, man­daty...

- Ale za to nowych domów przy­bywa. Bloki nowo­cze­sne, wyso­kie, ładne. Ludzie będą się cie­szyć.

- Co tam bloki. I tak nie nadą­żymy. Kro­pla w morzu potrzeb. - Tak­sów­karz nie był widocz­nie zado­wo­lony z byd­go­skich porząd­ków.

- No to co, nie budo­wać?

- Dla­czego? Budo­wać. Ale ludzi przy­bywa. I tak wciąż wię­cej i wię­cej. Nie­długo to ta nasza Byd­goszcz będzie przy­po­mi­nała jedno ogromne mro­wi­sko. Wia­domo: brat Polak albo kom­bi­nuje, albo dzieci robi...

- No wie pan, aku­rat to zaję­cie nie tylko w Pol­sce ma powo­dze­nie.

- Prawda. Nie tylko... - roze­śmiał się gło­śno i zatrą­bił na inną tak­sówkę. - Robota, robota... Weźmy cho­ciażby mnie. Od siód­mej do pięt­na­stej za kół­kiem, a potem od szes­na­stej do dwu­dzie­stej dora­biam na zała­dunku cię­ża­ró­wek.

Wyko­nał gwał­tow­niej­szy manewr, żeby nie potrą­cić prze­chod­nia kry­ją­cego się pod czar­nym para­so­lem.

- A to mał­żonka też pra­cuje?

- A jakże - zaśmiał się pod nosem, lawi­ru­jąc zręcz­nie w stru­mie­niu pojaz­dów. - Pra­cuje w księ­garni, a potem zaj­muje się domem...

Wyjeż­dża­li­śmy z roz­bu­do­wu­ją­cego się śród­mie­ścia, wyło­niła się ulica długa i pro­sta z drze­wami po obu stro­nach. Znów poja­wiły się par­te­rowe domki, tyle że bar­dziej pod­miej­skie, ogródki, altany, tu i ówdzie kawa­łek sadu. Coraz też wię­cej widzia­łem woj­sko­wych, w naszych sta­lo­wych mun­du­rach, znak, że Kor­pus był już bli­sko. Minę­li­śmy jesz­cze jeden, tym razem czer­wony kościół po pra­wej i zaraz potem po lewej wyło­nił się kom­pleks bia­łych szta­bo­wych kosza­ro­wych budyn­ków.

- Za nimi, tam jest lot­ni­sko, a ten niski budy­ne­czek to dowódz­two, panie porucz­niku. Koniec jazdy, należy się trzy­dzie­ści osiem...

Młody żoł­nierz zabrał worek i posta­wił go pod kory­ta­rzową ścianą w kącie wraz z innymi. Nie­wiele byłem od niego star­szy, a może nawet równy wie­kiem. Poszedł przo­dem, zatrzy­mał się w poło­wie kory­ta­rza i wska­zał gestem sze­ro­kie drzwi. Usły­sza­łem docho­dzące stam­tąd odgłosy gło­śnej dys­ku­sji. Zaraz potem nie­mal wpa­dłem na grupę zaj­mu­jącą nie­dbale roz­sta­wione krze­sła i zaja­dle komen­tu­jącą ostat­nie wyda­rze­nia kole­gów z pro­mo­cji. Na mój widok roz­le­gło się grom­kie "Oooooo!". Wyszcze­rzy­li­śmy się do sie­bie. Wszy­scy byli­śmy ci nowi, nagle rzu­ceni w wir służ­bo­wego życia i nie­wie­dzący do końca, czego od tego życia ocze­ki­wać; mie­li­śmy jedy­nie te zagu­bione, bli­skie paniki spoj­rze­nia. Ale zaraz uci­chło. Do sali wszedł dowódca Kor­pusu z jed­nym puł­kow­ni­kiem i dwoma pod­puł­kow­ni­kami. Kazał nam zająć miej­sca, przed­sta­wił się, cho­ciaż zna­li­śmy go przy­naj­mniej z widze­nia, powie­dział kilka słów powi­ta­nia, a potem każ­demu z nas kazał powie­dzieć coś o sobie. Czu­li­śmy na sobie uważny, tak­su­jący każ­dego wzrok sta­rego lot­nika. Potem ura­czył nas cie­płym, przy­chyl­nym i zaraź­li­wym uśmie­chem, który roz­świe­tlił jego zasę­pioną twarz. Odwza­jem­ni­li­śmy ten uśmiech. Tak wła­śnie pozna­li­śmy legen­dar­nego pilota, pro­wa­dzą­cego akro­ba­cyj­nego zespołu myśliw­skiego, teraz dowódcę naszego Kor­pusu. Bar­dzo skromny, ale wystar­czyło tylko spoj­rzeć, by zro­zu­mieć, z kim ma się do czy­nie­nia. Ostatni z nas, Woj­tek Son­dow­ski, zakoń­czył swoją wypo­wiedź, jak przy­stało na raso­wego pilota.

- Cie­szymy się, że tu jeste­śmy. Chcemy latać i to latać jak naj­wię­cej...

- Tak. O to aku­rat może­cie być spo­kojni - gene­rał Wła­dy­sław Her­ma­szew­ski potwier­dził to, uśmie­cha­jąc się lekko. - Dzie­się­ciu do Debrzna, reszta Zegrze Pomor­skie. Start samo­lotu trans­por­to­wego za godzinę.

Ja byłem ta "reszta"...

Ponie­dzia­łek, 12 maja 1962 r.

Debiut

26. plm OPK Zegrze Pomor­skie. To było pra­wie zbyt piękne, by mogło być praw­dziwe. To, co zaczęło się od marzeń, teraz było już rze­czy­wi­sto­ścią, i to rze­czy­wi­sto­ścią jakże szczę­śliwą.

Jest maj 1962 r. Mam dwa­dzie­ścia jeden lat, metr osiem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try wzro­stu, nad­miar odwagi, a pierś wzbiera od ocze­ku­ją­cych prze­żyć. Wydaje się, że moje serce zaraz wybuch­nie. Chciał­bym sze­roko roz­ło­żyć ramiona i objąć cały świat: ten "demo­kra­tyczny" i ten "demo­kra­tyczny bar­dziej".

Ale po Wro­cła­wiu, Wał­brzy­chu, Szczaw­nie-Zdroju, po Dębli­nie nawet, zmiana miej­sca służby na Zegrze Pomor­skie była pra­wie szo­kiem. "Zie­lony gar­ni­zon": świat zabity dechami, wydmu­chów odcięty od kul­tury i cywi­li­za­cji, głu­chy graj­do­łek, izo­latka odgra­dza­jąca od świa­teł i dźwię­ków wiel­kiego mia­sta. Baza poło­żona była na ubo­czu, może nawet zbyt na ubo­czu. Zrazu nie mogłem się przy­zwy­czaić do pustych nie­mal dróg i nabie­ra­łem prze­ko­na­nia, że nie przy­zwy­czaję się ni­gdy.

Rzeź­bio­nych w pio­nie i pozio­mie kilka zale­d­wie budyn­ków posta­wio­nych na łagod­nej skar­pie, w otu­li­nie ogrom­nego zie­lo­nego lasu, z dłu­gim, wąskim, dwu­na­sto­ki­lo­me­tro­wym Jezio­rem Rosnow­skim. Tej boga­tej zie­leni ni­gdy nam nie bra­ko­wało, ani na ziemi, ani w powie­trzu.

Z zewnątrz, z nie­wiel­kiego odda­le­nia poło­żone tuż nad jezio­rem osie­dle przy­po­mi­nało opusz­czone domo­stwa na Dzi­kim Zacho­dzie. Poma­lo­wane na jasny brąz ściany nabie­rały już zie­lo­nych i sza­rych odcieni. Słone powie­trze od morza powo­do­wało, że barwy latem były nawet soczy­ste, ale jesie­nią i zimą robiły przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Osie­dle nie­mal doty­kało brze­gów jeziora. Pra­wie zawsze było spo­kojne jak szklana tafla, a w wodzie u prze­ciw­le­głego brzegu odbi­jało się dłu­gie, drew­niane molo. Woj­skowi miesz­kańcy trzy­mali tam róż­nego rodzaju łodzie, od małych "bącz­ków", łóde­czek z zewnętrz­nym sil­ni­kiem, po kil­ku­me­trowe żaglówki. Wie­lo­krot­nie nocą przed zaśnię­ciem otwie­ra­łem okna, wpusz­cza­jąc chłodny powiew, i słu­cha­łem, jak oli­no­wa­nie dzwoni o alu­mi­niowe maszty.

Latem sia­da­li­śmy na kra­wę­dzi drew­nia­nego pomo­stu i patrzy­li­śmy w dół na szarą wodę plu­ska­jącą łagodną falą i mie­niącą się sło­necz­nym bla­skiem.

Kuro­zwęcz, gdzie mie­ścił się sztab myśliw­skiego pułku, bru­ko­wany jest kocimi łbami, a otyn­ko­wany na biało przy­po­mina wio­skę z teatral­nych deko­ra­cji przy­le­pioną z połu­dnio­wej strony do lot­ni­ska. Dopiero trzy kilo­me­try dalej jest Zegrze Pomor­skie, od któ­rego pocho­dzi woj­skowa nazwa bazy.

Lot­ni­sko leżało na połu­dniowy zachód od Kosza­lina, nie­da­leko od wybrzeża. Od wschodu, za beto­no­wym pasem bie­gła tylko jedna asfal­towa droga pro­wa­dząca na pół­noc do Kosza­lina i dalej do Mielna, a w drugą stronę, na zachód - do Bia­ło­gardu. W tej czę­ści Pol­ski można było nie­raz jechać dobre pół godziny i nie spo­tkać żad­nego samo­chodu. Tyle rze­czy było tutaj dla nas nowych. Tydzień na zapo­zna­nie się z lot­ni­skiem, z rejo­nem przy­szłego lata­nia, egza­miny ze sprzętu, prze­pi­sów, regu­la­mi­nów, spraw­dza­nie naszej wie­dzy, zacho­wań, wytrzy­ma­ło­ści... wresz­cie loty.

Ranek był nawet pogodny, choć bez słońca. Nisko nad lasami snuły się napęcz­niałe wil­go­cią cumu­lusy, choć na hory­zon­cie roz­ła­ziły się już, odsła­nia­jąc czy­stą, nie­bie­ską prze­strzeń. Obok dwóch pamię­ta­ją­cych wcze­sne lata powo­jenne sta­rych auto­bu­sów MAN robią­cych za domek pilo­tów na całym wiel­kim obsza­rze lot­ni­ska pano­wał oży­wiony ruch, jak zwy­kle przed lotami. Wszyst­kie samo­loty usta­wione równo pod sznu­rek gotowe były do startu. Kil­ka­dzie­siąt uskrzy­dlo­nych srebr­nych cygar; ciche, dostojne, bliź­nia­cze. Krę­cili się wokół nich mecha­nicy, krą­żyły cysterny z pali­wem i podobne do wię­zien­nych kibi­tek dys­try­bu­tory tlenu i powie­trza, zaopa­trzone z tyłu w ostrze­gaw­cze znaki. Tro­chę z boku, jakby nie chcąc rzu­cać się w oczy, stała samotna sani­tarka, a nieco dalej bojowy wóz straży pożar­nej. Sta­rzy piloci wypeł­niali wszyst­kie fotele wewnątrz auto­bu­sów i widać było, że każdy z nich ma swój ulu­biony. Wyglą­dali teraz zupeł­nie ina­czej niż przez te kilka dni uro­czy­stego przyj­mo­wa­nia nas w pułku. My mło­dzi sta­li­śmy gro­madką na zewnątrz i wyglą­da­li­śmy jak ubrani w skó­rzane kurtki wyro­śnięci lice­ali­ści.

Na myśl mi przy­szły ostat­nie godziny popro­mo­cyj­nego urlopu. Sie­dzie­li­śmy przy kawie i lampce varny z moją dziew­czyną z dzie­wią­tej jesz­cze klasy w "Maleń­kiej", gdy w drzwiach sta­nęła wysoka blon­dynka.

- Cześć...

- Cześć, Jadwiga. Poznaj­cie się, to mój Jurek. Jest wła­śnie po ofi­cer­skiej pro­mo­cji w Dębli­nie i jedzie do swo­jej przy­szłej jed­nostki.

- Ach, tak. To nie będę prze­szka­dzać.

- Ależ sia­daj. Jurek opo­wiada o lotach na odrzu­tow­cach. To jest fascy­nu­jące. Sia­daj i słu­chaj...

Odchy­liła połę jasnego płasz­czyka, usia­dła i wyda­wało mi się, że popa­trzyła na mnie z zain­te­re­so­wa­niem.

- Aha, lot­nic­two... To woj­sko dla tech­no­zbo­czeń­ców. Tak mi to ktoś okre­ślił. To ile ty masz lat? Dwa­dzie­ścia jeden? O Boże... Nie wie­dzia­łam, że Pol­ska jest znowu w takim nie­bez­pie­czeń­stwie, że do woj­ska biorą wprost z koły­ski...

- Ty też nie wyglą­dasz na star­szą - wpa­dłem jej w słowo.

- No nie­zu­peł­nie. Mam równo dwa­dzie­ścia cztery lata. I wierz mi, że pomię­dzy świa­tem dwu­dzie­sto­latka a dwu­dzie­stocz­te­ro­latki jest jed­nak ogromna róż­nica.

Dopiero dużo póź­niej zro­zu­mia­łem tę prawdę.

Jak zawsze przed lotami pano­wała ta ledwo uchwytna ner­wo­wość; skrzęt­nie masko­wana, zaga­dy­wana, pokry­wana nic nie­zna­czą­cymi, obo­jęt­nymi poga­dusz­kami, prze­ry­wana wybu­chami śmie­chu.

- Druga eska­dra do leka­rza. Migiem, chłopcy... - wzy­wał ofi­cer dyżurny startu z biało-czer­woną opa­ską na ramie­niu. - Szyb­ciej, szyb­ciej, nie maru­dzić!

Lekarz, por. Bogusz, młody, tęgawy, lekko przy­gar­biony męż­czy­zna, sie­dział w bia­łym kitlu z prze­wie­szo­nymi przez szyję słu­chaw­kami za mikro­sko­pij­nym biu­recz­kiem. Będąc przed trzy­dziestką, ale mając sporą już fałdę tłusz­czu na wyso­ko­ści bio­der, dok­tor wyraź­nie nie paso­wał do światka pilo­tów.

- Jak sza­nowne samo­po­czu­cie panów? - przy­wi­tał nas od progu, mie­rząc każ­dego czuj­nym, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem jasnych, nie­bie­skich oczu. - Spało się dobrze?

- Zna­ko­mi­cie - zapew­nił go za nas wszyst­kich pierw­szy z naszej dzie­siątki Bolek Sobo­nia.

Uważ­nie badał nas po kolei, coś tam notu­jąc, wresz­cie skoń­czył.

- Powo­dze­nia, pano­wie...

I było po wszyst­kim.

Loty trwały. Na pły­cie usta­wione w długą linię sre­brzy­ste Mi-Gi spra­wiały wra­że­nie, jakby wołały o to, by zasiąść za ich ste­rami. Patrzy­łem na codzienną krzą­ta­ninę. W oddali Bolek Soba­nia i Mie­tek Brańka stali przy goto­wych do lotu maszy­nach i wymie­niali z mecha­ni­kami uwagi o sprzę­cie. Sil­niki nie­któ­rych maszyn już pra­co­wały. Silne podmu­chy wycho­dzą­cych gazów wylo­to­wych, pomimo zabu­do­wa­nych za każ­dym sta­no­wi­skiem kie­row­nic strug, wznie­cały potężną kurzawę i trudno było się zorien­to­wać, kto zaj­muje miej­sce w poszcze­gól­nych samo­lo­tach. Patrzy­łem, jak mecha­nik odsta­wia od kadłuba pierw­szego samo­lotu dra­binkę, jak ten, co sie­dzi w środku, zatrza­skuje nad głową osłonę kabiny i wolno roz­po­czyna koło­wa­nie na pas star­towy. Odpro­wa­dzi­łem samo­lot wzro­kiem aż do chwili, gdy wraz z resztą klu­cza ode­rwał się od ziemi i z potęż­nym hukiem znik­nął nad hory­zon­tem.

Cze­kam na swoją kolej­ność lotu. Mam jesz­cze tro­chę czasu. W kolum­nie nazwisk Pla­no­wej Tabeli Lotów moje nazwi­sko jest dopiero na siód­mej pozy­cji. Wolno posze­dłem w kie­runku star­to­wego sta­no­wi­ska dowo­dze­nia, popu­lar­nie nazy­wa­nego "kra­sulą". Nazwa ta była bar­dzo trafna, jak więk­szość gwa­ro­wych, lot­ni­czych okre­śleń - oszklony górą samo­chód cię­ża­rowy wyma­lo­wany był w biało-czarne kwa­draty i stąd dostrze­galny zarówno z ziemi, jak i z powie­trza.

W powie­trzu i na całym lot­ni­sku pano­wał już oży­wiony ruch. Samo­loty koło­wały, star­to­wały, pod­cho­dziły do lądo­wa­nia; ryk sil­ni­ków darł powie­trze na strzępy. To był nasz pierw­szy po ponad mie­sięcz­nej prze­rwie dzień lotny i wszystko - samo­loty i ludzie - tym zauwa­żal­nym, wzmo­żo­nym tem­pem jakby usi­ło­wali nad­ro­bić dotych­cza­sowe leni­stwo.

Przed "kra­sulą" przy noży­co­wej arty­le­ryj­skiej lor­ne­cie peł­nił służbę młody żoł­nierz, któ­rego jedy­nym zada­niem była kon­trola w pod­cho­dzą­cym do lądo­wa­nia samo­lo­cie wypusz­cze­nia pod­wo­zia i klap. Z boku lor­nety miał zamon­to­wany przy­cisk do sygna­li­za­cji kie­row­ni­kowi lotów, że wszystko jest w porządku. Gdy tak nie było, robił raban i pilot samo­lotu musiał przejść na ponowne zaj­ście.

Przez szyby "kra­suli" widzia­łem kie­ru­ją­cego lotami: w sku­pie­niu obser­wo­wał cały ruch na lot­ni­sku, w ręku trzy­mał mikro­fon i mono­ton­nym, nie­zno­szą­cym sprze­ciwu gło­sem zezwa­lał na starty i lądo­wa­nia, przyj­mo­wał mel­dunki z powie­trza, akcep­to­wał lub zabra­niał prze­lo­tów z jed­nej strefy do innej.

Przez chwilę z uwagą przy­słu­chi­wa­łem się nieco chra­pli­wym, znie­kształ­co­nym przez laryn­go­fony gło­som pilo­tów wyko­nu­ją­cych zapla­no­wane zada­nia. Cia­łem i duszą tkwi­łem tam wysoko w górze, gdzie wła­śnie znaj­do­wał się cały mój nowy pułk. Mru­żąc oczy przed pro­mie­niami słońca, odpro­wa­dzi­łem wzro­kiem kolejną parę samo­lo­tów, która wła­śnie zato­czyły zgrabny pół­okrąg nad wschod­nią połową lot­ni­ska, wyko­nu­jąc lot w rejon trze­ciego zakrętu. Grzmot sil­ni­ków odrzu­to­wych prze­wier­cał uszy. Zaraz pode­szli do lądo­wa­nia. Spod głów­nych kół pod­wo­zia wykwi­tły pasemka błę­kit­nego dymu, gdy dotknęły star­to­wego pasa. Kilka sekund póź­niej na beton opa­dły przed­nie kółka i maszyny poko­ło­wały w stronę han­garu, odda­lo­nego o kil­ka­set zale­d­wie metrów. Nale­żało już wra­cać. Pierw­szy lot to coś jakby prze­jażdżka, żeby się obu­dzić, rozej­rzeć po wybrzeżu, poznać pro­ce­dury i lokalne punkty orien­ta­cyjne w rejo­nie przy­szłych lotów.

Pierw­szy lot w moim nowym, macie­rzy­stym od kilku dni pułku mia­łem wyko­nać po naka­za­nej tra­sie na wyso­ko­ści sied­miu tysięcy metrów: Zegrze-Debrzno-Słupsk-Zegrze. Kon­tro­lu­ją­cym był dowódca eska­dry mjr Sta­ni­sław Biał­kow­ski, na któ­rego przyj­ście cze­ka­łem już przed dwu­miej­scową "sparką", dokładną kopią bojo­wego MiG-15, tyle że na dwie osoby. Nie było mi to w smak, bo wieść nio­sła, że Biał­kow­ski nie wyba­cza nawet naj­mniej­szych błę­dów. Dużo bym dał, żeby lecieć z kim­kol­wiek innym.

W ocze­ki­wa­niu na wylot zamkną­łem oczy i skie­ro­wa­łem twarz ku słońcu, które widzia­łem nawet przez opusz­czone powieki. Lekki wia­te­rek mierz­wił mi włosy. Otwo­rzy­łem oczy i na jasnym błę­ki­cie nieba ujrza­łem wypię­trza­jące się powoli cumu­lusy.

Biał­kow­ski był w Zegrzu posta­cią nie­zwy­kłą. Wyglą­dał jak prze­ciętny pilot myśliw­ski, ale jego prze­ni­kliwy wzrok i postawa odróż­niały go natych­miast od innych pilo­tów, cho­ciaż nosił taki sam kom­bi­ne­zon lot­ni­czy. Miał krótko przy­strzy­żone włosy, silną budowę i domi­nu­jącą oso­bo­wość. Był żonaty i miał dwoje pod­ra­sta­ją­cych dzieci. Uwiel­biał siat­kówkę i węd­ko­wa­nie. Na tym jed­nak koń­czyło się podo­bień­stwo do wize­runku typo­wego zegrzyń­skiego ofi­cera w sta­lo­wym mun­du­rze.

Szybki awans Biał­kow­skiego roz­po­czął się, kiedy został jed­nym z naj­młod­szych instruk­to­rów szko­le­nia tak­tycz­nego. To on wła­śnie opra­co­wał teo­rię i prak­tykę walki na puła­pie ope­ra­cyj­nym i zespo­ło­wych ata­ków na cele naziemne.

Przy samo­lo­cie krę­cił się mecha­nik. Paliwo, tlen i powie­trze były już zatan­ko­wane. Coś tam jesz­cze spraw­dzał pod kadłu­bem, bar­dziej chyba dla zabi­cia czasu niż z istot­nej potrzeby, bo poda­jąc nad­cho­dzą­cemu Biał­kow­skiemu pokła­dową książkę, zamel­do­wał zwięźle: "Samo­lot gotowy do lotu".

- Wszystko gra?

- Tak jest, panie majo­rze.

Po pię­ciu szcze­bel­kach meta­lo­wej dra­binki wspią­łem się do kabiny. Sta­ną­łem na brud­no­sza­rej poduszce spa­do­chronu sie­dze­nio­wego, a następ­nie usta­wi­łem nogi po obu stro­nach drążka ste­ro­wego, zanim opu­ści­łem się na sie­dze­nie. Spa­do­chron był zimny i twardy, ale nie­mal tego nie zauwa­ży­łem.

Szybko powtó­rzy­łem w pamięci całą pro­ce­durę przed­star­tową, wzro­kiem i doty­kiem zba­da­łem poło­że­nie każ­dego prze­łącz­nika i przy­ci­sku w zasięgu obu rąk. Sier­żant od kabiny Biał­kow­skiego prze­szedł do mnie i pomógł zapiąć pasy. Ramiona i tułów przy­trzy­my­wała uprząż, która przy­ci­skała ciało do kata­pul­to­wego fotela. Poza tym, niczym kie­rowca wyści­gowy, moje dłu­gie nogi mia­łem wycią­gnięte przed sie­bie i scho­wane głę­boko pod tablicę przy­rzą­dów pokła­do­wych. Wresz­cie osłona kabiny została zamknięta, opusz­czona w dół z tępym stuk­nię­ciem. W kabi­nie zro­biło się ciszej.

Czu­łem za ple­cami obec­ność dowódcy. Znów prze­le­ciała mi przez głowę myśl, że tak jak zawsze, tak i teraz wolał­bym być w samo­lo­cie sam. To uczu­cie nie opusz­czało mnie ni­gdy w lotach kon­tro­l­nych. Na ziemi raczej szu­ka­łem towa­rzy­stwa, nie prze­pa­da­łem za samot­no­ścią; ina­czej w powie­trzu - tutaj obec­ność instruk­tora była zawsze złem koniecz­nym, prze­szka­dzała w peł­nym odbio­rze prze­pięk­nych wra­żeń, na pozór zawsze do sie­bie podob­nych, a w isto­cie stale nowych, innych. Ale z tym odczu­ciem nie zdra­dza­łem się przed nikim...

Teraz całą uwagę sku­pi­łem tylko na tych czyn­no­ściach, które musiały być ter­mi­nowo i pre­cy­zyj­nie wyko­nane. Zaraz poczu­łem, jak sil­nik wcho­dzi gładko na obroty. Na znak tech­nika samo­lotu wszy­scy obsłu­gu­jący "sparkę" mecha­nicy wyszli spod maszyny. Otrzy­ma­łem zezwo­le­nie na wyko­na­nie zada­nia ruty­no­wym "start zezwa­lam".

Płyn­nie zwięk­szy­łem obroty tur­biny. Sil­nik i wszyst­kie przy­rządy pra­co­wały wła­ści­wie. Nara­sta­jącą moc sil­nika rów­no­wa­ży­łem, utrzy­mu­jąc pła­to­wiec na hamul­cach. Następ­nie kiw­ną­łem jed­no­cze­śnie dłońmi i dwaj sze­re­gowi dosko­nale wyćwi­czo­nymi ruchami zanur­ko­wali pod skrzy­dła maszyny, wycią­gnęli pod­stawki zabez­pie­cza­jące koła główne przed rusze­niem i natych­miast wypro­sto­wali się, abym zoba­czył, że wszystko w porządku. Teraz pchną­łem dźwi­gnię ciągu o dwa cen­ty­me­try w przód i gdy samo­lot tylko ruszył, natych­miast zebra­łem obroty do mini­mum i siłą iner­cji zmie­ni­łem kie­ru­nek koło­wa­nia na pas star­towy.

Gdy tylko pod­nio­słem maszynę w powie­trze, scho­wa­łem pod­wo­zie i klapy pod­skrzy­dłowe i pią­łem się w górę z kur­sem na Bia­ło­gard. Czujne oczy wędro­wały bez prze­rwy od przy­rządu do przy­rządu, 1500, 2000, 3000 metrów, coraz wyżej i wyżej. Ciemna plama Bia­ło­gardu wcho­dziła pod kadłub; na skrzy­dła padały raz jasne pro­mie­nie słońca, to znów cie­nie mija­nego zachmu­rze­nia.

Wró­ci­łem wzro­kiem do sztucz­nego hory­zontu, kon­tro­lu­jąc poło­że­nie maszyny pod­czas wypro­wa­dza­nia samo­lotu na kurs pierw­szego odcinka trasy. Chmury sta­wały się coraz rzad­sze, tu i ówdzie widać było roz­le­głe prze­świty. Rzu­ci­łem okiem w prawo. War­stwa chmur była z tej strony bar­dziej jed­no­lita. Minęło jesz­cze kilka chwil i chmury zostały cał­ko­wi­cie pod nami. Wtedy wła­śnie odnio­słem wra­że­nie, że hory­zont przyj­muje jakieś dziwne poło­że­nie; nie leży poziomo, a jest nieco koślawy, jakby miał lewy zwis. Potrzą­sną­łem szybko głową do przodu i na boki, jak zawsze, gdy tylko poja­wiały się naj­mniej­sze nawet symp­tomy jakich­kol­wiek złu­dzeń w powie­trzu. Jesz­cze w dębliń­skiej szkole nauczył mnie tego mój wspa­niały instruk­tor i przy­ja­ciel Józef Zduń­czyk. Nie zawsze to oczy­wi­ście poma­gało, ale tym razem złu­dze­nie ustą­piło nad­spo­dzie­wa­nie szybko: hory­zont znów leżał rów­no­le­gle do skrzy­deł, a sztuczny hory­zont wska­zy­wał lot bez zwi­sów. Teraz dopiero odkry­łem, że niebo na 7000 nie było cał­kiem czy­ste.

- To zamgle­nie tam koło Szcze­cinka zaraz się skoń­czy... - usły­sza­łem z tyl­nej kabiny. Biał­kow­ski był na oblo­cie pogody i dosko­nale znał panu­jące w rejo­nie warunki atmos­fe­ryczne.

W dole szu­ka­łem potwier­dze­nia swego geo­gra­ficz­nego poło­że­nia. Mia­łem już za sobą naukę ziemi. Gdy bowiem samo­lot stał się na tyle posłuszny, że mogłem na krótko wypu­ścić drą­żek ste­rowy z ręki, gdy rzeki i mia­sta zaczęły mieć nazwy, gdy zie­mia po pro­stu dawała się czy­tać. W miarę jak sta­wa­łem się bie­gły w sztuce pilo­to­wa­nia i nawi­go­wa­nia, dostrze­ga­łem kolejno to, co genialny Picasso dostrzegł od pierw­szego rzutu oka. Trój­kąty, pro­sto­kąty, kwa­draty, romby. Kolory. Bo tuż po sie­wie zie­mia jest czar­no­fio­le­towa, wcale nie czarna. Ina­czej wygląda z góry ugór, a ina­czej łąka. Tory kole­jowe są lepiej widoczne zimą niż latem. Zni­kają jeziora pod śnie­giem. Ucząc się ziemi kolejno, jak pisa­nia liter alfa­betu, dopiero teraz po kilku latach swo­bod­nie mogę się roz­glą­dać i odkry­wać tajem­nice barw i per­spek­tywy. Byłem dokład­nie na kur­sie. Tak z nie­zli­czo­nej ilo­ści kom­po­zy­cji pla­stycz­nych leżą­cych głę­boko pod nami wyła­niał się wyraźny, dający się czy­tać płyn­nie obraz przy­chyl­nej mi pomor­skiej ziemi.

Prze­sze­dłem na kanał napro­wa­dza­nia i od razu ogar­nął nas zgiełk prze­chwy­ceń i walk powietrz­nych. Głos jakie­goś nawi­ga­tora spo­koj­nie poda­wał zmiany kursu i odle­głość do prze­chwy­ty­wa­nego celu. Inny naka­zy­wał pilo­towi nagły manewr wyso­ko­ścią w dół... Musia­łem odcze­kać nieco, by zgło­sić swoją pozy­cję. Ale moja obec­ność nikogo zbyt­nio nie zain­te­re­so­wała; jakiś nawi­ga­tor burk­nął, że mnie widzi i żebym nie prze­szka­dzał; "Rób swoje" - powie­dział.

Lecia­łem lotem pozio­mym, równo na wyso­ko­ści sied­miu tysięcy. Gdzieś daleko z przodu z pra­wej, pewno nad Byd­gosz­czą, bły­snęła złota nitka bły­ska­wicy na tle wypię­trzo­nych w górę chmur, prze­cięła czerń chmu­ro­wej pira­midy, ale nie była zwia­stu­nem zmiany pogody. Jakaś rejo­nowa burza.

Na pierw­szym punk­cie zwrot­nym przy­ją­łem nowy, pół­nocny kurs na Słupsk. Ten drugi dzie­więć­dzie­się­cio­ki­lo­me­trowy odci­nek prze­mknę­li­śmy w dzie­więć minut i gdy tylko wska­zówka radio­kom­pasu zasy­gna­li­zo­wała prze­lot nad lot­ni­skiem, przy­ją­łem kurs "do domu".

I wła­śnie wtedy, z góry od pra­wej strony, cały w słońcu, wyło­nił się sre­brzy­sty punk­cik - byłem dla kogoś tre­nin­go­wym celem.

- Z pra­wej u góry samo­lot...

- Taaaa - usły­sza­łem w odpo­wie­dzi. - Zaczy­naj scho­dzić w dół.

Prze­sze­dłem na radiowy kanał lot­ni­skowy, wyko­na­łem nie­wielki dowrót w lewo. Dokoła gnane wia­trem chmury kłę­biły się, gęst­niały, to znów ule­gały roz­rze­dze­niu, cza­sami widać było zie­mię. Na wyso­ko­ści dwa i pół tysiąca dla kon­troli poło­że­nia wezwa­łem lot­ni­skowy radio­na­mier­nik, który potwier­dził zgod­ność lotu w kie­runku lot­ni­ska. I kiedy tylko wska­zówka radio­kom­pasu zaczęła docho­dzić do kursu pasa star­to­wego, dowró­ci­łem maszynę w prawo na kurs lądo­wa­nia. Zaraz też wypu­ści­łem pod­wo­zie i klapy, roz­po­czy­na­jąc scho­dze­nie z wyso­ko­ści.

Zegrzyń­scy myśliwcy mło­dego poko­le­nia. Stoją od lewej: autor, ppor. Buch­man, Brańka, Sobo­nia, Fąfara, Soko­łow­ski, z tyłu pod­cho­dzi Brze­zicki

Spod chmur wyło­niły się kwa­draty doj­rze­wa­ją­cego zboża, ale zaraz za nimi mroczny masyw leśny z długą kichą Jeziora Rosnow­skiego. Czu­łem roz­pie­ra­jącą mnie radość, jak zawsze, gdy udało się dobrze wyko­nać lot. Na krańcu jeziora widać już było lot­ni­sko. Po minu­cie koła dotknęły betonu. Zapisz­czały hamulce, chwilę jesz­cze trwało koło­wa­nie na sto­isko. Prze­łkną­łem ślinę i wzią­łem głę­boki oddech. Spły­nęło na mnie poczu­cie ulgi. Rozej­rza­łem się jesz­cze wokół i zamknąw­szy "stop-kran", poczu­łem, jak sil­nik wdzięcz­nie zmniej­sza obroty, a potem cich­nie zupeł­nie.

Mecha­nicy szybko wto­czyli samo­lot na jego miej­sce w sze­regu innych maszyn i pod­sta­wili dra­binkę. Biał­kow­ski wysko­czył pierw­szy, głę­boko wcią­gnął powie­trze i ścią­gnął ręka­wiczki. Kiedy zamel­do­wa­łem się po locie, zdjął z głowy heł­mo­fon i zmu­sił się do uśmie­chu.

- Nie ma to jak twardy grunt pod nogami, nie­praw­daż, porucz­niku...? - Zacią­gnął się zapa­lo­nym przed momen­tem papie­ro­sem.

Ruszy­li­śmy wolno w stronę domku-auto­busu. Pod­czas tej roz­mowy moją uwagę przy­cią­gały jego oczy, czarne i błysz­czące. Bił z nich żar, jakiego ni­gdy przed­tem u nikogo nie zauwa­ży­łem. Rów­no­cze­śnie była w tych oczach melan­cho­lia czło­wieka, który dość napa­trzył się już w swoim życiu na wyczyny powie­rzo­nych jego pracy mło­dych pilo­tów. Zawiał lekki, orzeź­wia­jący wia­te­rek, chło­dził twarz i przy­wra­cał dobre samo­po­czu­cie.

- W porządku, panie porucz­niku. Widać, że lek­cja została odro­biona, dobrze przy­go­to­wana - oce­nił mój lot. Jesz­cze ni­gdy dotych­czas nie byłem tak dumny z żad­nej opi­nii. - Nad­cho­dzą dla waszej dzie­siątki w Zegrzu cudowne dni i cudowne zda­rze­nia... Naprawdę cudowne. A ten, który nie­ba­wem znaj­dzie się w samym ich środku, stoi teraz przede mną...

I opo­wie­dział mi o życiu swoim i pułku, gdy zmie­rza­li­śmy do miej­sca odpo­czynku.

Może to był spo­sób, żebym nabrał pew­no­ści sie­bie. A może byłem tak dobrym akto­rem, że Bia­łek nie zauwa­żył, że mój żołą­dek sza­lał przez te pięć­dzie­siąt minut lotu z niepew­no­ści i stra­chu.

Środa, 21 maja 1962 r.

Walka

Dwa dni póź­niej wró­ci­łem z Kosza­lina dycha­wiczną wąsko­to­rówką, nazy­waną piesz­czo­tli­wie przez wszyst­kich ciuch­cią. Hote­lowa recep­cjo­nistka w przy­bru­dzo­nym nieco szalu na ramio­nach podała klucz, nie pod­no­sząc nawet głowy. Miała szarą zmę­czoną twarz i oczy czer­wone z nie­wy­spa­nia. Pomimo to robiła na dru­tach z takim zapa­mię­ta­niem, że nic poza tą czyn­no­ścią zda­wało się dla niej nie ist­nieć.

Pokój mia­łem nie­wielki, a jego ume­blo­wa­nie zgodne z naj­tań­szym chyba warian­tem Cen­trali Han­dlu Meblami; jedy­nie to, co naprawdę nie­zbędne do życia: jasny kwa­dra­towy stół, trzy biu­rowe krze­sła, szpi­talne łóżko, szafka przy­łóż­kowa z nocną lampką, ubra­niowa szafa i wie­szak (czte­ro­ra­mienny - jak gło­siła naklejka). Pod­łoga była goła, prócz małego skrawka powierzchni przy łóżku, gdzie poło­żono mikro­sko­pijny, zie­lony chod­ni­czek. Nie róż­niłby się ten skromny pokój od tysiąca innych, gdyby nie sterty wypo­ży­czo­nych z gar­ni­zo­no­wej biblio­teki i zaku­pio­nych ksią­żek zaj­mu­ją­cych każde nie­mal wolne miej­sce i nie­wielki model srebr­nego myśliwca MiG-17. Mój pokój był mały, ale można w nim było całymi godzi­nami marzyć. Spo­glą­dać przez okna na roz­le­głe jezioro, zapo­mnieć o kło­po­tach i czy­tać. To było moje wszystko, moje kró­le­stwo, dom, pokój odpo­czynku, przy­jęć, czy­tel­nia i sypial­nia.

Za to dni pły­nęły szybko, nie­po­strze­że­nie, od lotów do lotów. I wciąż w kółko uczy­li­śmy się, i zda­wa­li­śmy egza­miny doty­czące naj­drob­niej­szych szcze­gó­łów pła­towca, sil­nika, osprzętu samo­lotu i jego uzbro­je­nia. Pako­wano nam do głów wie­dzę o tak­tyce, nawi­ga­cji, tech­nice pilo­to­wa­nia, mete­oro­lo­gii i wielu innych zagad­nie­niach. Tu rzą­dziła pra­co­wi­tość i dys­cy­plina. Urlop mia­łem zapla­no­wany w paź­dzier­niku, pobyt w zako­piań­skim "Gro­niku" w grud­niu. W końcu roku powin­ni­śmy zro­bić drugą klasę pilota woj­sko­wego. To zaś, oprócz umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia myśliw­skich walk powietrz­nych, wyma­gało zna­jo­mo­ści spo­so­bów nisz­cze­nia celów naziem­nych na poli­go­nie oraz zapo­cząt­ko­wa­nie dosko­na­le­nia w lotach noc­nych. Ambitny Biał­kow­ski zapla­no­wał nam także szko­le­nie w lotach nad morzem.

Po mie­siącu zna­li­śmy lot­ni­sko i teren wokół tak, że mogli­śmy się po nich poru­szać z zawią­za­nymi oczami. Nie było żad­nego wol­nego dnia, lata­li­śmy nie­mal bez prze­rwy, także w soboty, a nawet trzy razy w nie­dziele, bo aku­rat miała być wyma­rzona pogoda. Ale każdy z nas czuł się w powie­trzu coraz lepiej, coraz pew­niej.

Lata­nie trak­to­wa­li­śmy po pro­stu jako naszą pasję. To było fascy­nu­jące, na tyle dobrze opa­no­wać maszynę, żeby swo­bod­nie wyko­ny­wać prze­wroty, pętle, immel­many, a potem spro­wa­dzać maszynę bez­piecz­nie na zie­mię. Ludziom nie jest pisane latać, a więk­szość nie potrafi także nauczyć się pilo­tażu, tym bar­dziej uwiel­bia­łem tę szcze­gólną wol­ność. I na­dal ją uwiel­biam.

Nas mło­dych mimo pie­czo­ło­wi­tej indok­try­na­cji w więk­szo­ści nie obcho­dziły względy natury geo­po­li­tycz­nej. Jak więk­szość mło­dych wojow­ni­ków, byłem zapa­leń­cem i dość pro­stym w sumie urzą­dze­niem. Mia­łem dwie srebrne gwiazdki na pago­nach mun­duru, na piersi upra­gnioną "gapę" pilota i świetny samo­lot bojowy. I czu­łem się naj­więk­szym szczę­ścia­rzem na ziemi, otrzy­mu­jąc z lot­nic­twa nie­złe wyna­gro­dze­nie za coś, co i tak chęt­nie bym robił za darmo, za samo pozwo­le­nie na lata­nie. Nie przej­mo­wa­łem się za bar­dzo tymi, z któ­rymi zawsze powi­nie­nem być goto­wym do walki. A będąc jed­nym z tych gości, któ­rzy wal­czą, zawsze trzeba wie­rzyć, że jest się lep­szym, groź­niej­szym, bar­dziej prze­bie­głym i bar­dziej zabój­czym niż facet sie­dzący w kabi­nie wro­giego samo­lotu. Byłem świę­cie prze­ko­nany, że jeste­śmy naj­lepsi.

Jesz­cze w Dębli­nie, a potem w pułku, cały czas mówiono nam, że w Korei MiG-15 dekla­so­wał ame­ry­kań­skie F-80 Sho­oting Star i F-86 Sabre. Lata­li­śmy na dobrym myśliwcu uzbro­jo­nym w trzy działka pokła­dowe wystar­cza­jąco cięż­kie, by na strzępy poszat­ko­wać każdy samo­lot nie­przy­ja­ciela. Ela­styczny sil­nik MiG-a jesz­cze w 1946 r. kupiono w Wiel­kiej Bry­ta­nii, co Sta­lin sko­men­to­wał z dez­apro­bu­ją­cym zdzi­wie­niem: "...co też za idiota sprze­daje nam swoje naj­głęb­sze tajem­nice...?", i dawał nam w powie­trzu wiele satys­fak­cji. Sam samo­lot był typowo ruski - nad­zwy­czaj pro­sty, odporny na uszko­dze­nia, funk­cjo­nalny i do tego stop­nia nie­za­wodny, że dość szybko zyskał sobie miano "samo­lot-żoł­nierz".

Wie­dzie­li­śmy też, że F-86 Sabre, kore­ań­ski kon­ku­rent MiG-a, uzbro­jony był jedy­nie w sześć kara­bi­nów maszy­no­wych, które mogą (ewen­tu­al­nie) "nad­gryźć" tylko solid­nie zbu­do­wany sowiecki myśli­wiec. Miał słab­szą pręd­kość wzno­sze­nia, ale lep­szy sys­tem celow­ni­czy. I jak czy­ta­li­śmy w prze­my­ca­nych od szcze­ciń­skich mary­na­rzy "Air Force Maga­zine", lep­szych... pilo­tów. I dla­tego trzeba było wypru­wać sobie flaki, by mistrzow­sko opa­no­wać MiG-a, nie dać się zestrze­lić byle pata­ła­chowi z Bostonu, a poka­zać mu, gdzie raki zimują, odnieść zwy­cię­stwo.

Pro­blem był jedy­nie w tym, że ten cho­lerny "zgniły Zachód" chyba góro­wał zna­cząco nad naszym sys­te­mem tak pod wzglę­dem mate­rial­nego poziomu życia lud­no­ści i dobro­bytu, jak poziomu tech­no­lo­gicz­nego zaawan­so­wa­nia. Chyba potra­fił pro­du­ko­wać nie­złe samo­loty a jed­no­cze­śnie jesz­cze auto­ma­tyczne pralki, lodówki, roboty kuchenne, pyszną kawę, kakao i masło. Socja­li­styczny obóz mimo usil­nych sta­rań jakoś nie potra­fił tego doko­nać. Inni, bar­dziej zaradni, mądrzejsi ludzie czy co?

Tym­cza­sem mocno tkwi­li­śmy za Chur­chil­low­ską żela­zną kur­tyną. Nie tylko w poli­tyce, ale i w port­fe­lach. Cytrusy w deli­ka­te­sach na święta, lep­sza her­bata, lep­sza kawa, whi­sky czy praw­dziwe dżinsy, klocki lego i minia­turki zachod­nich aut na amor­ty­za­to­rach, oczy­wi­ście tylko z Pewexu. Za dola­rowe bony, kupione u cink­cia­rza.

Wciąż jeste­śmy w pułku "mło­dzi". Dni lecą jeden za dru­gim nie­praw­do­po­dob­nie szybko, nie mamy nawet zbyt dużo czasu, by wresz­cie ogar­nąć się nieco w "cywilne łaszki" a pozna­li­śmy już tro­chę dobro­dziej­stwa Kosza­lina, Szcze­cinka, Połczyna i Bia­ło­gardu. Wybie­ra­li­śmy się tam chwy­tać umy­ka­jącą mło­dość. Takich wypraw oczy­wi­ście nie było zbyt wiele, lecz nio­sły ze sobą nie mniej adre­na­liny niż pod­niebna akro­ba­cja czy lądo­wa­nie w mini­mal­nych warun­kach pogo­do­wych.

Było naprawdę miło. Ciuch­cia woziła nas naj­czę­ściej jed­nak do Kosza­lina na trzy-cztery godziny. Pozwa­lało to na wizytę w księ­garni, pobyt w Mokce na kawie z "Bachu­sem", bo już na pod­ryw lice­ali­stek z suk­ce­sem czasu ździebko bra­ko­wało.

Cały efekt takiego życia psuł zimny hotel, po któ­rego wszyst­kich kory­ta­rzach hulały prze­ciągi, oraz deszcz tań­czący na dachu i bęb­niący w szyby okien.

We wto­rek mia­łem zapla­no­waną pierw­szą walkę powietrzną z nawi­ga­to­rem eska­dry, sta­tecz­nym, grzecz­nym i bar­dzo przez nas lubia­nym kpt. Igo­rem Utkie­wi­czem. Na posta­wie­niu zadań Biał­kow­ski try­skał wigo­rem, obiema dłońmi naśla­do­wał samo­loty i nie wia­domo jak, ale uda­wało mu się spra­wić, że dosko­nale zapa­mię­ty­wa­li­śmy, co miał nam do prze­ka­za­nia. Pułk chyba miał szczę­ście, że miał go w swoim skła­dzie bojo­wym. Potem przez godzinę maglo­wał nas por. Janusz Dro­żyń­ski - szef strze­la­nia powietrz­nego naszej eska­dry, spec do tak­tyki, "szef ognia i dymu", jak go nazy­wali wszy­scy. Ten posłu­gi­wał się dwoma sre­brzy­stymi mode­lami samo­lo­tów, ale tak umie­jęt­nie, że zawsze MiG nie wie­dzieć, jakim cudem znaj­do­wał się w ogo­nie Sabre'a.

Leża­łem wygod­nie na łóżku i patrząc w popę­kany sufit mojego pokoju, roz­pa­try­wa­łem różne warianty sytu­acji powietrz­nej, pró­bu­jąc zna­leźć naj­lep­sze dla sie­bie roz­wią­za­nia. Naczy­ta­łem się wspo­mnień Skal­skiego, Urba­no­wi­cza, Zum­ba­cha, Arcta, Rol­skiego i Króla i wie­dzia­łem, że pilot myśliw­ski zazwy­czaj wal­czy samot­nie. Jest wpraw­dzie czę­ścią klu­cza czy eska­dry, piloci oczy­wi­ście współ­dzia­łają w powie­trzu ze sobą na tak­tycz­nym szcze­blu, ale walka ma zawsze cha­rak­ter oso­bi­sty - poje­dynku mię­dzy pilo­tami. To sztuka oparta na postrze­ga­niu dyna­micz­nie zmie­nia­ją­cej się w powie­trzu sytu­acji - zbie­ra­jąc i reje­stru­jąc róż­no­rodne infor­ma­cje, trzeba moż­li­wie szybko uzu­peł­niać bra­ku­jące ele­menty dzięki wie­dzy i wyobraźni, tak by stwo­rzyć w swym umy­śle wie­lo­barwny obraz. Jej wynik zawsze w znacz­nym stop­niu zależy od indy­wi­du­al­nych umie­jęt­no­ści i wła­ści­wej inter­pre­ta­cji zmie­nia­ją­cej się gwał­tow­nie sytu­acji, zdol­no­ści do wycią­ga­nia poten­cjal­nych korzy­ści z aktu­al­nego poło­że­nia, wyczu­cia, jak pokie­ro­wać star­ciem i narzu­cić prze­ciw­ni­kowi swoje reguły gry, jak uzy­skać w powie­trzu prze­wagę i zabi­jać naj­bar­dziej sku­tecz­nie i pew­nie. Ale aby to osią­gnąć, trzeba dosko­nale znać moż­li­wo­ści swo­jego samo­lotu i potra­fić je wyko­rzy­stać w mak­sy­mal­nym stop­niu. Trzeba latać na gra­nicy ryzyka, a cza­sem nawet je prze­kra­czać w sfe­rze, gdzie ciało i zmy­sły, odczu­cia stają się jed­nym z sys­te­mów maszyny, jej spe­cja­li­stycz­nych ukła­dów, a ludzki mózg i kom­pu­ter pokła­dowy oddzia­ły­wają na sie­bie wza­jem­nie w tym szcze­gól­nym połą­cze­niu czło­wieka z maszyną. Jesz­cze pod­czas stu­diów w Dębli­nie por. Zduń­czyk nauczył mnie jed­nej pod­sta­wo­wej zasady walki powietrz­nej: nie przyj­muj niczego na wiarę. Wszel­kie warianty i plany roze­gra­nia walki zazwy­czaj ule­gają bły­ska­wicz­nym zmia­nom i jedy­nie wypo­sa­żony w bogatą wyobraź­nię pilot może prze­żyć. Ten, kto nie potrafi w porę o sie­bie zadbać, kto traf­nie nie prze­wi­duje manew­rów prze­ciw­nika, prę­dzej czy póź­niej obe­rwie. To było w ponie­dział­kowe popo­łu­dnie.

Wie­czo­rem nie mogłem zasnąć. Leża­łem na ple­cach, gapiąc się w ciem­ność i jesz­cze raz myśląc o wszyst­kich wąt­pli­wo­ściach, pró­bu­jąc wizu­ali­zo­wać spo­soby pora­dze­nia sobie z nimi.

Walka ofen­sywna ma miej­sce wtedy, gdy ata­kuje się prze­ciw­nika. On reaguje róż­nie, ale trzeba go zestrze­lić, z nim uda mu się zmie­nić pozy­cję i zro­bić to szyb­ciej, lepiej, dokład­niej.

Walka defen­sywna to sytu­acja, gdy nie­stety jest się zwie­rzyną, na którą poluje prze­ciw­nik i znaj­duje się z tyłu, w ogo­nie. Trzeba umie­jęt­nie obro­nić się przed jego ata­kiem, a potem utrzy­mać się przy życiu na tyle długo, żeby pozba­wić go prze­wagi i oczy­wi­ście wykoń­czyć.

Walka odmienna to taka, gdy toczy się prze­ciwko innemu niż zazwy­czaj w szko­le­niu, odmien­nemu typowi samo­lotu. Ale zawsze pod­sta­wo­wym celem każ­dej walki koło­wej jest zna­le­zie­nie się z tyłu za maszyną prze­ciw­nika albo zmu­sze­nie go do zej­ścia z wła­snego ogona, co zazwy­czaj daje szansę zna­le­zie­nia się za nim. Toteż naj­więk­szym wyzwa­niem było dla mnie utrzy­ma­nie się za ogo­nem samo­lotu Utkie­wi­cza i ulo­ko­wa­nie cho­ciażby jed­nej, nawet naj­krót­szej, cel­nej serii z foto­ka­ra­binu. Jak bli­sko trzy­mać się "prze­ciw­nika"? Kiedy ata­ko­wać, a kiedy jedy­nie towa­rzy­szyć jego MiG-owi? A jak dopusz­czę do spadku pręd­ko­ści? Jak zabez­pie­czyć się przed kor­ko­cią­gową?

Jaskrawe słońce póź­nego maja oble­wało wszystko z góry, jakby ktoś wychlu­snął ogromną złotą misę świa­tła i wia­tru. Las dookoła stał w zie­lo­nych pło­mie­niach, wio­sna jak harfa dźwię­czała o poranku w mło­dym listo­wiu ota­cza­ją­cych osie­dle topoli i roz­kwi­tał bez.

Teraz sie­dzia­łem na leżaku obok swo­jego dowódcy klu­cza por. Igna­cego Jonika, wysłu­chu­jąc w sku­pie­niu ostat­nich wska­zó­wek.

- Szyb­kość, pamię­taj, szyb­kość jest w lot­nic­twie pod­stawą wszyst­kiego. Setki razy wbi­jają nam to do głów i zwy­kle o tym zapo­mi­namy, patrząc tylko za celem. Ale zawsze jak będziesz miał zapas pręd­ko­ści i wyso­ko­ści, z pew­no­ścią nie­mal z każ­dej sytu­acji wybrniesz z hono­rem. A co potrafi z samo­lotu wyci­snąć Utkie­wicz, zaraz prze­ko­nasz się na wła­snej skó­rze. Z pew­no­ścią brać cię będzie na różne sztuczki... Pamię­taj: pręd­kość i jesz­cze raz pręd­kość...

- Tak jest. Prze­my­śla­łem tę walkę kilka razy i wydaje mi się, że mam także swoje spo­soby...

- No, no, no... wię­cej skrom­no­ści. Nie odsta­wiaj kozaka. - Spoj­rzał na mnie prze­ni­kli­wie swo­imi czar­nymi jak węgiel oczami. - Spo­ty­ka­łem już w życiu róż­nych choj­ra­ków. Nie wszy­scy dobrze skoń­czyli, a też byli mocni w gębie. Ostat­nio Sta­siu Dzie­kan, wiesz, co się z nim stało na walce.

- Wiem...

Każdy z nas wie­dział. Kiedy MiG utraci ste­row­ność poni­żej pręd­ko­ści trzy­sta kilo­me­trów na godzinę, spada w dół jak strą­cony w prze­paść głaz. Sześć ton metalu wiruje do ziemi, poły­ka­jąc w jed­nej zwitce ponad tysiąc metrów. Można kor­ko­ciąg zasto­po­wać ste­rami w trze­cim obro­cie, lecz do tego potrzebna jest duża wyso­kość i... głę­boka wiara, że wyj­dzie. A ta wiara była złudna. W prak­tyce nale­żało uni­kać kor­ko­ciągowych sytu­acji.

- No więc... Na wszelki wypa­dek jesz­cze raz przy­po­mi­nam: gdy­byś przy­pad­kowo wpadł w kor­ko­ciąg, natych­miast wypro­wa­dzaj. A poni­żej trzech tysięcy - wia­domo, kata­pulta. I w żad­nym wypadku nie cze­kaj na jakiś cud, bo ich nie ma...

- Tak jest, wszystko będzie "na mikado". Tylko to słońce, chmur na lekar­stwo...

Nie­mal każdy z nas wci­snął się w bar­dzo obci­sły kom­bi­ne­zon prze­ciw­prze­cią­że­niowy, który nie­za­pięty na nogach przy­po­mi­nał nieco skó­rzane kow­boj­skie spodnie z ame­ry­kań­skich wester­nów albo takie, jakich używa się na rodeo, ale dzie­lił się przy tym na wiele wypeł­nia­nych powie­trzem komór. Gdy myśli­wiec manew­ro­wał z dużą pręd­ko­ścią, napeł­niały się gwał­tow­nie sprę­żo­nym powie­trzem. Obci­skały dokład­nie nogi i brzuch, poma­ga­jąc krwi w jej podróży do mózgu, a to poma­gało zapo­bie­gać utra­cie przy­tom­no­ści. Z boku kom­bi­ne­zonu zwi­sał przy­po­mi­na­jący nie­mow­lęcą pępo­winę krótki prze­wód, który pod­łą­czało się do gniazda sprę­żarki w samo­lo­cie.

Punk­tu­al­nie o dzie­sią­tej zamel­do­wa­łem się Utkie­wi­czowi. Ten nie­wy­soki, pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wany i umię­śniony męż­czy­zna zawsze spra­wiał wra­że­nie odprę­żo­nego i swo­bod­nego, choć wyczu­wało się, że to pozorny spo­kój, że na zagro­że­nie odpo­wie bły­ska­wicz­nie. Zresztą jego ciemne włosy, czarne oczy i nie­na­gan­nie dopa­so­wany kom­bi­ne­zon upo­dab­niały go do jastrzę­bia. Spoj­rzał na mnie z ukosa.

- A, to pan... Pokrę­cimy się tro­chę nad pla­żo­wi­czami koło Mielna.

Ale kiedy posze­dłem do swego samo­lotu, ruchy mia­łem już bar­dziej ner­wowe niż zwy­kle; w moje myśli bez par­donu wdzie­rał się zwy­czajny nie­po­kój, ula­ty­wała gdzieś pew­ność sie­bie i mimo czy­nio­nych wysił­ków nie potra­fi­łem jej zatrzy­mać. Byłem pod wra­że­niem mistrzo­stwa Utkie­wi­cza i wie­dzia­łem z opo­wia­dań, że lata genial­nie i nie­wielu udaje się z nim wygrać.

- Foto­ka­ra­bin zała­do­wany. Tylko wsia­dać, drzwi zamy­kać... - zamel­do­wał mecha­nik.

Zają­łem miej­sce w kabi­nie. Robiło się coraz cie­plej; przez chwilę przy­mknięte powieki prze­bi­jała czer­wień słońca. Nieco bar­dziej w prawo ode mnie koń­czył przy­go­to­wa­nie do lotu Utkie­wicz. Miał ciało pilota myśliwca, krępe i silne. Z pew­no­ścią lepiej od innych nada­wało się do zno­sze­nia prze­cią­żeń. Roz­ma­wiał jesz­cze przez chwilę z dowódcą eska­dry, ale już z nogą na dra­bince; zaraz potem sado­wił się we wnę­trzu kabiny.

Poranne powie­trze było czy­ste i rześ­kie, bez ter­micz­nych prą­dów i póki co wolne od tur­bu­len­cji, które poja­wiały się wraz z przed­po­łu­dnio­wym upa­łem.

Uważ­nie spraw­dzi­łem wszyst­kie urzą­dze­nia pokła­dowe, nie zanie­dbu­jąc naj­mniej­szego nawet dro­bia­zgu. Poczu­łem, że pasy bez­pie­czeń­stwa wią­żące mnie z fote­lem kata­pul­to­wym są nieco polu­zo­wane, więc usa­do­wi­łem się wygod­niej, jak to robi­łem przed każ­dym star­tem, i ścią­gną­łem je do oporu. W końcu włą­czy­łem radio, dopa­so­wa­łem do twa­rzy maskę tle­nową i kiedy "płucka" zare­ago­wały wła­ści­wie na wdech i wydech, zgło­si­łem goto­wość do lotu.

- Trzy­dzie­sty, parą do strefy - popro­sił Utkie­wicz i zaraz otrzy­ma­li­śmy pozwo­le­nie.

Od razu włą­czy­łem insta­la­cję roz­ru­chową i poda­łem ruty­nową w takich sytu­acjach komendę.

- Od sil­nika. Patrz pło­mień...

Nie­mal razem z tą komendą wró­cił spo­kój i pew­ność sie­bie. Roz­luź­ni­łem mię­śnie, zwil­ży­łem języ­kiem wargi i popra­wi­łem się w kata­pul­to­wym fotelu. Ruchy, gesty dokładne, pre­cy­zyjne, wystu­dio­wane, jak w bale­cie.

- Jest pło­mień - potwier­dził mecha­nik i poru­szył ste­rem kie­runku, sygna­li­zu­jąc, że pro­ces roz­ru­chu sil­nika prze­biega pra­wi­dłowo. Jak zwy­kle poru­szyłem drąż­kiem ste­ro­wym, który ster­czał z pod­łogi mię­dzy kola­nami. Zato­czy­łem nim nie­duży krąg, pocią­gną­łem w lewo i prawo, ku przo­dowi i do tyłu i wypo­środ­ko­wa­łem. Ster kie­runku rów­nież poru­szał się bez żad­nego oporu. Zatrza­sną­łem osłonę kabiny i prze­krę­ci­łem kran her­me­ty­za­cji. Utkie­wicz już koło­wał na pas.

Na dro­dze star­to­wej zają­łem pozy­cję dwa­dzie­ścia na trzy­dzie­ści metrów z boku i nieco z tyłu samo­lotu pro­wa­dzą­cego i za moment śmi­ga­li­śmy już po beto­nie. Obszer­nym łukiem w prawo zwięk­sza­li­śmy wyso­kość w kie­runku Mielna. Przed nami był wyłącz­nie błę­kit, we wszyst­kich moż­li­wych odcie­niach. Hory­zont jak pro­sta linia nary­so­wana nie­bie­skim atra­men­tem, a nad nią błę­kitna nie­skoń­czo­ność nieba. Zie­mia leżała w dole roz­pięta i lśniąca jak brą­zowy skó­rzany pas. Doci­sną­łem maskę tle­nową do twa­rzy, kilka razy zro­bi­łem głę­boki wdech; tlen poda­wany był pra­wi­dłowo.

Z pra­wej została plama Kosza­lina, przed sobą mie­li­śmy długi pas wybrzeża, a dalej tylko woda. Od razu zablo­ko­wa­łem żyro­skop celow­nika, włą­czy­łem foto­ka­ra­bin - byłem gotów.

- Trzy­sta siódmy na pozy­cję, zezwa­lam ata­ko­wać...

I teraz roz­po­czy­nała się powietrzna par­tyjka sza­chów, która miała roze­grać się w eks­pre­so­wym tem­pie. Mia­łem prze­ciwko sobie dosko­na­łego pilota, świet­nie zna­ją­cego zalety i wady MiG-a. Obaj dosko­nale wie­dzie­li­śmy, jaki będzie praw­do­po­dobny rezul­tat star­cia, ale mia­łem mgli­stą nadzieję, że może uda mi się ulo­ko­wać w kadłu­bie jego myśliwca jedną krótką, kró­ciutką cho­ciażby serię.

MiG Utkie­wi­cza prze­chy­lił się płyn­nie w lewo, wszedł w dość łagodny wiraż. Zaraz posze­dłem w jego ślady i moc­niej ści­sną­łem ręko­jeść drążka. Nie zamie­rza­łem prze­ga­pić tej wyśmie­ni­tej oka­zji. Ześli­zgną­łem się poni­żej o kil­ka­dzie­siąt metrów i świe­tli­sty krąg celow­nika zatrzy­mał się na syl­wetce celu. Srebrny kadłub samo­lotu prze­ciw­nika na odle­gło­ści trzy­stu metrów bły­snął jaskrawo w słońcu. Jesz­cze chwilka, maleńka poprawka zwięk­sza­jąca wyprze­dze­nie i wypru­łem pierw­szą serię.

Nie odry­wa­łem teraz wzroku od zamknię­tego w klesz­czach świetl­nych rom­bi­ków celu, choć czu­łem, że rośnie prze­chy­le­nie. Kątem oka rzu­ci­łem na sztuczny hory­zont, prze­chył docho­dził do dzie­więć­dzie­się­ciu stopni; siatka celow­nika tkwiła nieco wyżej. Scho­dzi­li­śmy w dół, wario­metr wska­zy­wał opa­da­nie z pręd­ko­ścią trzy­dzie­stu metrów na sekundę.

Nie­znacz­nie zwięk­szy­łem obroty tur­biny sil­nika i pozo­sta­wa­łem nieco niżej pod samo­lo­tem "prze­ciw­nika". I wtedy MiG Utkie­wi­cza prze­szedł przez lewe skrzy­dło i zma­lał w gwał­tow­nym nurku, zapra­sza­jąc do tańca. Maszyną trzep­nął stru­mień zabu­rzo­nego powie­trza, ude­rza­jąc jak zama­szy­sta płachta. Sze­dłem za nim krok w krok, teraz wyżej nieco, by cały czas śle­dzić jego poczy­na­nia i nie dać się wybić z osi ataku. Pręd­kość rosła gwał­tow­nie, gdy Utkie­wicz zakrzy­wił lot. Prze­cią­że­nie było tak nagłe, że odru­chowo napią­łem mię­śnie brzu­cha, a głowa sama weszła głę­boko w ramiona. Prze­ły­ka­łem gwał­tow­nie ślinę, pró­bu­jąc uwol­nić się od bólu w uszach, ale nie­wiele mi to pomo­gło. Napeł­nia­jący się sprę­żo­nym powie­trzem kom­bi­ne­zon bole­śnie obci­skał dół ciała. Na moment przed oczami zawi­ro­wały mi ciemne plamy utraty świa­do­mo­ści i szybko prze­rzu­ci­łem skrzy­dełko pokła­do­wego inha­la­tora na awa­ryjne poda­wa­nie tlenu. Ze skrzy­deł myśliwca Utkie­wi­cza spły­wały białe war­ko­cze zerwa­nych strug powie­trza, two­rząc malow­ni­cze, wygięte w dół łuki. Ale odle­głość do niego wciąż wzra­stała. Musia­łem natych­miast zmniej­szyć ten dystans.

Zale­d­wie kilka chwil walki koło­wej, wszystko wyko­nane ład­nie, gładko i spraw­nie. Dokład­nie tak, jak nas uczono w szkole. Byłem coraz bar­dziej pod­nie­cony. Poziom adre­na­liny wzrósł. Ni­gdy jesz­cze nie uczest­ni­czy­łem w tak gwał­tow­nej walce powietrz­nej. Wszyst­kie dotych­cza­sowe loty były szko­le­niowe i prze­bie­gały dość spo­koj­nie. Moja myśliw­ska natura rwała się do walki, pod­czas gdy logika pod­po­wia­dała, że wciąż jestem nowi­cju­szem, który dopiero uczy się swo­jego rze­mio­sła. Prze­my­ślany plan był dobry jedy­nie na pierw­sze trzy­dzie­ści sekund walki. Bo potem to już było istne sza­leń­stwo. Nie można było stwier­dzić defi­ni­tyw­nie, by któ­ry­kol­wiek z nas osią­gnął prze­wagę - nikt jak dotąd trwale nie sie­dział nikomu na ogo­nie, nikt nie znaj­do­wał się na wyż­szym puła­pie. Po pro­stu wyko­ny­wa­li­śmy całe serie dzi­kich manew­rów, co jakiś czas mija­jąc się ze sobą na takiej pręd­ko­ści, że druga maszyna była led­wie smugą na nie­bie. Fajna par­tia pod­nieb­nych sza­chów. Raz minę­li­śmy się tak bli­sko, że nie­mal otar­li­śmy się kabi­nami. Żaden z nas nie zajął pozy­cji do otwar­cia ognia. Przez kilka minut wyko­na­li­śmy cały sze­reg manew­rów, zda­jąc sobie sprawę, że nie­uchron­nie zbli­żamy się do momentu, który zde­cy­duje o wyniku. Ale zaraz zado­wo­le­nie zaczęło się kru­szyć jak kromka suchego chleba. Wie­dzia­łem, że jeśli choć na moment zgu­bię maszynę Utkie­wi­cza, zaprze­pasz­czę szansę na hono­rowe wyj­ście z walki. A ta zabawa w kotka i myszkę oczy­wi­ście nie mogła trwać całą wiecz­ność. Zmu­sza­jąc ciało do wysiłku i wal­cząc z zawro­tami głowy, z całych sił sta­ra­łem się utrzy­mać pozy­cję za samo­lo­tem "prze­ciw­nika". I wtedy Utkie­wicz zaapli­ko­wał mi kla­sycz­nego blac­ko­uta. Na moment włą­czy­łem zakres dopa­la­nia i moc­niej ścią­gną­łem stery na sie­bie. Z pra­wym prze­chy­łem wspi­na­łem się stromo w górę, trzy­ma­jąc syl­wetkę samo­lotu prze­ciw­nika nieco po pra­wej. Wykrę­ci­łem szyję, żeby cały czas śle­dzić cel, ale Utkie­wicz poło­żył aku­rat MiG-a w naj­cia­śniej­szy manewr, jakiego kie­dy­kol­wiek doświad­czy­łem. I to aku­rat na mnie, w lewo. Z koń­có­wek jego skrzy­deł zeszły smugi. Moim samo­lo­tem szarp­nęło gwał­tow­nie i pró­bu­jąc powtó­rzyć manewr, poczu­łem się jak w hydrau­licz­nej pra­sie. Opa­ko­wana w hełm głowa z ciężką maską tle­nową auto­ma­tycz­nie wci­śnięta została mię­dzy barki. Nie mia­łem nawet ułamka sekundy, żeby napiąć mię­śnie. Trzy­ma­łem się drążka i dźwi­gni ste­ro­wa­nia sil­ni­kiem, kiedy zaczęła ogar­niać mnie ciem­ność. Prze­cią­że­nie...

Wszy­scy piloci znają zja­wi­sko "blac­kout", do któ­rego docho­dzi, kiedy prze­cią­że­nie przy gwał­tow­nym manew­rze spy­cha krew do nóg, zmniej­sza­jąc jego ciśnie­nie w gło­wie. W pierw­szej kolej­no­ści nastę­puje roz­my­cie widze­nia, potem jego cał­ko­wita utrata - chwi­lowa śle­pota. Cza­sami może nawet dojść do omdle­nia. Blac­ko­uty w naszej codzien­no­ści są dość popu­larne. Ale na otrzą­śnię­cie się potrzeba tro­chę czasu, cza­sem kilka sekund. Wła­śnie dla­tego blac­kout w walce powietrz­nej może spo­wo­do­wać poważne kło­poty, w real­nej nawet śmierć...

Uprząż wci­snęła się w moje ramiona. Czu­łem, jak opada mi żuchwa, a z kącika ust zaczyna ciek­nąć ślina. Mia­łem wra­że­nie, że jakaś potężna siła chce mnie prze­ci­snąć przez opar­cie kata­pul­to­wego fotela. Waży­łem teraz bez mała jakieś 600 kilo­gra­mów. Wzrok zamglił mi się nieco, a powietrzne komory prze­ciw­prze­cią­że­nio­wego kom­bi­ne­zonu wypeł­niły się mak­sy­mal­nie i obci­snęły uda oraz brzuch, sta­ra­jąc się, aby krew pły­nęła we wła­ści­wym kie­runku. A mimo to czu­łem, jak z głowy odpływa do stóp, a pośladki stają się kwa­dra­towe. Spo­wo­do­wany prze­cią­że­niem zawrót głowy mącił ostrość widze­nia. Wszystko stało się nie­ostre i przy­sło­nięte pul­su­jącą bla­do­ró­żową sza­ro­ścią. Wszystko było stłu­mione i zama­zane jak we śnie. I wtedy pomy­śla­łem, że nie­źle mi się wszystko pochrza­niło.

W gło­wie czu­łem zamęt i chaos. Przez trwa­jącą nie wia­domo jak długo chwilę czu­łem się tak, jak­bym pły­wał, zanu­rzony głę­boko w bez­kształt­nym, nie­roz­po­zna­wal­nym mroku. Ale nawet gdy cał­kiem stra­ci­łem wzrok, cią­gle jesz­cze mia­łem resztki czu­cia. Potem ciem­ność zaczęła się stop­niowo roz­pły­wać i już roz­po­zna­wa­łem wszystko wokół.

Nie­mal wstrzy­ma­łem oddech, usi­łu­jąc wyjść z opre­sji, a ciało stę­żało w ocze­ki­wa­niu na naj­gor­sze. Zaraz zwol­ni­łem nacisk na drą­żek, krew szybko dotarła do mózgu i znowu widzia­łem nor­mal­nie.

I kiedy świa­do­mość zaczęła powra­cać, nagle ośle­pił mnie cał­ko­wi­cie blask słońca. Ostre pro­mie­nie zalały całą kabinę; wci­skały się dosłow­nie wszę­dzie i zmu­szały do mru­że­nia oczu pod­czas prze­glądu prze­strzeni powietrz­nej wokół. Wszystko zro­biło się prze­raź­li­wie białe. Zaklą­łem szpet­nie, gdy maszyna Utkie­wi­cza znik­nęła wśród zło­ci­stych pro­mieni słońca. Mru­żąc oczy, jak gdy­bym patrzył w roz­pa­lony piec, usi­ło­wa­łem mimo wszystko doj­rzeć samo­lot "prze­ciw­nika". Mecha­nizm zasta­wio­nej na mnie pułapki zaczął dzia­łać. Odwró­ci­łem na uła­mek sekundy wzrok w oba­wie, że cał­ko­wi­cie zostanę ośle­piony. Dopu­ści­łem się nie­wy­ba­czal­nego błędu roz­luź­nie­nia się, opusz­cze­nia gardy aku­rat w momen­cie, w któ­rym moja goto­wość bojowa, wyczu­cie nie­bez­pie­czeń­stwa i czuj­ność powinny być wyostrzone do gra­nic ludz­kich moż­li­wo­ści. I wtedy poczu­łem wewnętrzne odrę­twie­nie i świa­do­mość utraty cze­goś, co było dla mnie nie­zmier­nie ważne.

Jesz­cze moc­niej ścią­gną­łem drą­żek ste­rowy na sie­bie, ale samo­lot sta­wał się jakiś ocię­żały, mniej posłuszny, pły­wał w powie­trzu... To nie był dobry znak. Mimo że sil­nik pra­co­wał na peł­nym ciągu, pręd­kość spa­dła poni­żej trzy­stu kilo­me­trów na godzinę i nagle samo­lot zadrżał raz i drugi. To były drga­nia zapo­wia­da­jące rychłe prze­cią­gnię­cie. Maszyna drżała i kole­bała się na boki niczym samo­chód na mokrej dro­dze pod­czas hamo­wa­nia. Przez dobrą chwilę czu­łem bez­gra­niczne prze­ra­że­nie, znane tylko pilo­towi, który stra­cił pręd­kość, do tego w dość trud­nym do pre­cy­zyj­nego okre­śle­nia poło­że­niu. Przez chwilę byłem bez­radny, jak każdy, komu zni­kają nagle jego wzro­kowe punkty orien­ta­cyjne. Przez trwa­jący całe wieki uła­mek sekundy nie wie­dzia­łem, gdzie jest góra, gdzie dół, a gdzie boki.

"Wyjdź wresz­cie z tego pie­przo­nego poło­że­nia", doma­gał się mój mózg. "I to szybko, bo...".

Gar­dło mia­łem suche, spie­czone i jakby pełne pia­sku. Tęt­niło mi w skro­niach, a mózg zda­wał się obi­jać po całej czaszce jak piłka. Czu­łem, jak pod kom­bi­ne­zo­nem pot spływa mi z karku po ple­cach, a pachy robią się mokre. Siła ciągu utrzy­my­wała maszynę w takiej pozy­cji przez kil­ka­na­ście ude­rzeń serca i mnie w sta­nie nie­waż­ko­ści. Z tru­dem zapa­no­wa­łem nad pęche­rzem. Poczu­łem, że prze­cią­że­nie maleje. Byłem roz­dy­go­tany po serii gwał­tow­nych manew­rów.

Łagod­nie, deli­kat­niutko prze­sze­dłem na plecy, wyco­fa­łem stery do neu­tral­nego poło­że­nia i cze­ka­łem... cze­ka­łem... cze­ka­łem. Drże­nie skrzy­deł ustą­piło, pręd­kość zatrzy­mana na dwu­stu pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trach, wresz­cie zaczęła stop­niowo wzra­stać i znów poczu­łem "gapę" pilota na lewej piersi. Nie­stety, póki co pręd­kość samo­lotu pozo­stała swego rodzaju poduszką puchową pod­czas ener­gicz­nego manew­ro­wa­nia w powietrz­nej walce. Z sze­roko otwar­tymi oczami i sucho­ścią w ustach usi­ło­wa­łem odna­leźć mojego "prze­ciw­nika".

Moja głowa obra­cała się teraz we wszyst­kie strony. Świa­do­mość sytu­acyjną, czyli dość ulotne wyczu­cie tego, co dzieje się wokół mnie, w jed­nej chwili dia­bli wzięli. Nie widząc maszyny Utkie­wi­cza, nie wie­dzia­łem, w którą stronę wyko­nać manewr uchy­le­nia się od ataku, a co za tym idzie, nie mia­łem poję­cia, z jakiego kie­runku zaata­kuje. Znowu poczu­łem napływ adre­na­liny. To, co się przed chwilą stało, nie mogło mi się podo­bać. Gar­dło mia­łem ści­śnięte, lecz ręce i nogi pra­co­wały cały czas, poru­szały się bły­ska­wicz­nie. Szybką "żmijką" zmie­nia­jąc kie­ru­nek lotu w lewo i prawo, sta­ra­łem się wyśle­dzić, dostrzec samo­lot "prze­ciw­nika". Mia­łem oczy dookoła głowy. Instynkt i nawyki robiły swoje. Dysząc ciężko i stę­ka­jąc pod napo­rem prze­cią­że­nia, poło­ży­łem MiG-a w ostry zakręt poziomy, kie­ru­jąc tępy nos na pół­noc.

W nur­ko­wa­niu odwró­ci­łem maszynę do nor­mal­nego poło­że­nia, uspo­ko­iłem nerwy i bacz­nie obej­rza­łem hory­zont wokół. Wtedy nie­ocze­ki­wa­nie dostrze­głem w pery­sko­pie maszynę Utkie­wi­cza bez­ce­re­mo­nial­nie wcho­dzącą mi na ogon. Aż chrup­nęło coś w szyi, kiedy szybko spoj­rza­łem do tyłu przez prawe ramię.

Znów poczu­łem coś w rodzaju może nieco innego niż przed chwilą, ale jed­nak stra­chu. A może w ten wła­śnie spo­sób dawał o sobie znać nad­miar dozna­nych emo­cji?

Trwało to sekundy, ale trwało... Rzu­ci­łem MiG-a na plecy w lewo i cia­snym prze­wro­tem prze­sze­dłem w nur­ko­wa­nie. Zaraz poczu­łem się niczym zrzu­cony przez dzi­kiego konia jeź­dziec, który spad­nie nie­ba­wem na zie­mię. Tym manew­rem gra­łem na zwłokę - chcia­łem mieć chwilę, żeby się zasta­no­wić. Nadzieja, że go zaraz znowu ujrzę, była pra­wie cał­ko­wi­cie uni­ce­stwiona, ale z nie­zro­zu­mia­łej przy­czyny byłem prze­ko­nany, że jeżeli nie zasto­suję jakie­goś spe­cjal­nego manewru, pozba­wię się nawet nikłej szansy. I teraz nie widzia­łem żad­nej, ale w gło­wie cią­gle koła­tała mi ta wątła nadzieja. Pręd­kość rosła bar­dzo szybko: 500... 600... 700... 800 kilo­me­trów na godzinę; wska­zówki wyso­ko­ścio­mie­rza krę­ciły się wokół skali w sza­lo­nym tem­pie.

Teraz... Szarp­ną­łem obu­rącz drą­żek ste­rowy na sie­bie i samo­lot wystrze­lił w górę pro­sto w jasną plamę słońca. Hory­zont roz­sze­rzył się gwał­tow­nie. I gdy tylko tępy nos MiG-a zna­lazł się dwa­dzie­ścia stopni ponad hory­zon­tem, znów ostre pro­mie­nie na krótką chwilę zalały całą kabinę. Wtedy wyko­na­łem łagodną pół­beczkę w prawo i na ple­cach skon­tro­lo­wa­łem tylną pół­s­ferę - była pusta. Dobra nasza. Pocią­gną­łem samo­lot do kolej­nej pętli, potem immel­man z przej­ściem w strome nur­ko­wa­nie, w końcu zwro­tem bojo­wym w prawo osią­gną­łem wyso­kość 5 500 metrów. Zwa­li­łem się w dół na lewe skrzy­dło... Robi­łem to wszystko pod­świa­do­mie, wciąż prze­szu­ku­jąc wzro­kiem niebo.

Teraz czuj­nie obser­wo­wa­łem pery­skop, prze­glą­da­jąc strefę ogo­nową. Czy­sto. Rozej­rza­łem się dookoła sie­bie w lewo i prawo. Utkie­wi­cza nie było koło mnie, gdzieś znikł, prze­padł, roz­pły­nął się w powie­trzu. W ete­rze także pano­wała cisza. Uśmiech­ną­łem się lekko pod śli­ską od potu tle­nową maską - zgu­bi­łem prze­ciw­nika.

I wtedy z góry z pra­wej spadł na mnie cały w słońcu. Wyszedł kapkę do przodu i poma­chał skrzy­dłami. Teraz dopiero odkry­łem, że w cza­sie walki roz­łą­czył się prze­wód radiowy. Szybko zaci­sną­łem złą­cze i po kilku sekun­dach waha­nia zde­cy­do­wa­łem ode­zwać się do prze­ciw­nika. To z pew­no­ścią nie był mój dzień.

- Trzy­dzie­sty, trzy­sta siódmy za tobą z pra­wej...

- Dobra. Dołącz, idziemy do domu.

Dopiero teraz śmie­lej poru­szy­łem ramio­nami i całym cia­łem w fotelu, pró­bu­jąc roz­luź­nić mię­śnie. Wyłą­czy­łem uzbro­je­nie i zają­łem stałą pozy­cję przy skrzy­dle pro­wa­dzą­cego. Powoli scho­dzi­li­śmy z wyso­ko­ści. Dopiero teraz ponad mono­ton­nym hukiem sil­nika znów odczu­wa­łem lek­kie drże­nie kadłuba maszyny. Regu­lar­ność tych odgło­sów była niczym bal­sam, poma­gała roz­pro­szyć to ner­wowe napię­cie, które towa­rzy­szyło nie­daw­nym powietrz­nym epi­zo­dom w walce. Na moment odwró­cił głowę w moją stronę, bły­snął oku­la­rami i mach­nął dło­nią. Nie wie­dzia­łem: wszystko w porządku czy do dupy...

Świetny skur­czy­byk. No, ale ma ponad dwa tysiące prze­la­ta­nych godzin na MiG-ach, a do tego pew­nie plecy u Pana Boga...

Świat za oszkloną kulą kok­pitu wysta­wiony na pokaz, upo­rząd­ko­wane mia­sta, wsie, osie­dla, drogi na roz­wi­ja­ją­cej się mapie, którą nie­sie leżąca w dole zie­mia niczym fala przy­pływu. Widać już było pokrytą lasami Chełm­ską Górę, miej­ską zabu­dowę Kosza­lina, Manowo i wąską kichę Rosnow­skiego Jeziora wypro­wa­dza­jącą wprost na począ­tek star­to­wego pasa.

Z daleka widać już było lot­ni­sko i szarą wstążkę beto­no­wego pasa dla lot­nika pięk­niej­szą niż wszyst­kie cuda świata razem wzięte. Zwłasz­cza że zapło­nęła czer­wona lampka sygna­li­zu­jąca resztkę paliwa - zale­d­wie trzy­sta litrów, dwa­na­ście do pięt­na­stu minut lotu.

Manew­rowa walka powietrzna na małej wyso­ko­ści. W celow­niku MiG-21

Utkie­wicz swo­bod­nie wszedł w nad­lot­ni­skowy krąg, popro­sił o roz­pusz­cze­nie pary i cia­snym manew­rem pod­cho­dził do lądo­wa­nia. Powtó­rzy­łem jego zaj­ście i po chwili oba samo­loty zatrzy­mały się na sto­isku. Wyłą­czy­łem sil­nik i odsu­ną­łem osłonę kabiny ku tyłowi. Krępy mecha­nik wspiął się na nasadę lewego skrzy­dła i pomógł mi zdjąć pasy uprzęży spa­do­chronu. Potem pomógł wstać i utrzy­mać rów­no­wagę na dra­bince. Czu­łem, że bolą mnie mię­śnie, każda naj­drob­niej­sza kosteczka. Tro­chę więc trwało, zanim wygra­mo­li­łem się z kabiny i zamel­do­wa­łem po locie.

- Jak było? - zapy­tał z uśmie­chem.

- Dosta­łem w skórę, panie kapi­ta­nie - to pewne. Doło­żył mi pan, że hej...

- Nic nie szko­dzi. Ode­grasz się jesz­cze. Taki to już nasz myśliw­ski los. Raz ja tobie, drugi raz ty mnie. Musisz bar­dziej uwa­żać na słońce: raz jest sprzy­mie­rzeń­cem, ale bywa, że zapie­kłym wro­giem...

- Chyba ni­gdy nie dam panu rady...

- Nie mów głupstw, chło­paku. Po pro­stu mam wię­cej doświad­cze­nia w powie­trzu. To wszystko.

- Doświad­cze­nie doświad­cze­niem. Ale to chyba nie do końca tylko to. Jest w tym chyba także coś innego. Czy­ta­łem o tym. Ale jak się tego nauczyć?

- Tro­chę w tym racji. Ale to temat na dłuż­szą roz­mowę. Naj­pierw jed­nak prze­ana­li­zu­jemy szcze­gó­łowo naszą walkę. Faza za fazą.

Godzinę póź­niej roz­pra­wi­li­śmy się z naszą walką na cacy i już wie­dzia­łem dużo wię­cej. To była krótka, rze­czowa ana­liza. Razem przej­rze­li­śmy "taśmy prawdy" na wyświe­tla­czu, aby prze­ana­li­zo­wać je pod kątem sku­tecz­no­ści tak­tyki i uzbro­je­nia. Nie było to dla mnie miłe. Nie pozo­sta­wało mi nic innego, jak przy­jąć porażkę na klatę i moż­li­wie szybko pró­bo­wać wyeli­mi­no­wać wytknięte błędy.

- Nie­zwy­kle szybka zmien­ność, a cza­sem nie­okre­ślo­ność sytu­acji w powie­trzu jest - że użyję porów­na­nia z kuchni mojej żony - esen­cją walki powietrz­nej, ale uzy­ska­nie zasko­cze­nia należy uzna­wać za regułę... - powie­dział mi na zakoń­cze­nie.

Wie­czo­rem sie­dzia­łam w pokoju z głową pod­partą dłońmi, mocno zamy­ślony. Dosze­dłem do wnio­sku, że byłem igno­ran­tem i że nasza walka powietrzna wcale nie prze­bie­gła tak, jak sobie przed­tem wyobra­ża­łem, i wcale nie tak jak te, które oglą­da­łem na fil­mach. Wpraw­dzie Utkie­wicz pocie­szył mnie tro­chę, mówiąc, że było dobrze, wąt­pi­łem jed­nak, czy mówił prawdę. Byłem po pro­stu wystra­szony, jak rzadko przed­tem.

Póź­niej w ciem­no­ściach hote­lo­wego pokoju jesz­cze raz prze­ży­wa­łem każdą sekwen­cję lotu. Pró­bo­wa­łem poskła­dać jakoś do kupy swą nad­wą­tloną wiarę w sie­bie. Pocie­sza­łem się w duchu, że być może nikt poza mną tego uszczerbku nie dostrzegł. Ale to była żadna nadzieja.

Dopiero po kilku dniach na nad­je­zior­nej plaży wró­ci­li­śmy do tematu. Po czę­ści walka powietrzna toczy się pod wpły­wem instynktu bio­rą­cych w niej udział pilo­tów, bo nie ma dość czasu, aby dokład­nie roz­wa­żyć następny ruch. Ponie­kąd tro­chę przy­po­mina taniec. Pilot musi mieć umie­jęt­ność selek­cjo­no­wa­nia docie­ra­ją­cych do jego mózgu infor­ma­cji i wyboru jedy­nie tych, które w danej sytu­acji są naj­waż­niej­sze. Musi też nauczyć się natych­mia­sto­wego, instynk­tow­nego reago­wa­nia. "Walka defen­sywna to nie zabawa. Tu nie uga­niasz się za zdo­by­ciem potrzeb­nych punk­tów. Sta­rasz się ze wszyst­kich sił oca­lić wła­sne życie". I trzeba to wyćwi­czyć pod­czas dłu­gich godzin lotów tre­nin­go­wych i lat lot­ni­czego doświad­cze­nia. Do bólu pamię­tać, że powietrzna walka jest pro­sta - żyjesz albo umie­rasz. I nie wygrywa osi­łek, który potrafi znieść naj­więk­sze nawet prze­cią­że­nie, ale pilot, który wie, jak wyci­snąć ze swej maszyny mak­si­mum moż­li­wo­ści. Jakiś tydzień póź­niej ze swo­ich odczuć zwie­rzy­łem się por. Doro­żyń­skiemu. Wysłu­chał mnie uważ­nie, zasta­no­wił się przez chwilę, a potem, patrząc mi w oczy, stwier­dził bez ogró­dek: "Widzisz, walka powietrzna to jak gra w pokera: jeżeli maszyny mają podobne osiągi, sztuka pro­wa­dze­nia walki polega na cią­głym ble­fo­wa­niu...".

W końcu uświa­do­mi­łem sobie, że walka w powie­trzu wymaga nie tylko mistrzow­skiego opa­no­wa­nia pilo­tażu i umie­jęt­no­ści zestrze­le­nia samo­lotu prze­ciw­nika, ale przede wszyst­kim roz­wagi, podej­mo­wa­nia racjo­nal­nych decy­zji w ułamku sekundy, pod­czas lotu z oko­ło­dź­wię­kową pręd­ko­ścią. Bo prze­waga tech­no­lo­giczna bez wąt­pie­nia nale­żała do domnie­ma­nego "prze­ciw­nika". Dla­tego z całych sił nale­żało się sta­rać go zaska­ki­wać. Zawsze i wszę­dzie. I na tym tylko pole­gać mogła nasza prze­waga.

Piloci z krót­kim sta­żem lub ci, któ­rzy mało latają, giną pierwsi; nie dla­tego, że nie opa­no­wali dobrze pilo­tażu, ale z powodu nie­wła­ści­wych lub nie­do­sta­tecz­nie roz­wi­nię­tych instynk­tow­nych reak­cji na bodźce poja­wia­jące się pod­czas powietrz­nego star­cia. Wbrew temu, co się powszech­nie sądzi, w cza­sie powietrz­nego poje­dynku czas nie stoi w miej­scu. Pilot musi w każ­dej chwili zda­wać sobie sprawę z jego upływu, a także ze swo­jego poło­że­nia w prze­strzeni. Utrata orien­ta­cji prze­strzen­nej, podob­nie jak brak doświad­cze­nia, może stać się przy­czyną prze­gra­nej, przy­czyną śmierci. Refleks - fizyczny i umy­słowy - jest dla pilota myśliw­skiego cechą zasad­ni­czą, bez któ­rej raczej trudno o suk­ces.

Czwar­tek 21 sierp­nia 1962 r.

Poli­gon

Cztery mie­siące w bojo­wym pułku. Zawie­ramy pierw­sze zna­jo­mo­ści: w Klu­bie Ofi­cer­skim, w biblio­tece, na spor­to­wej hali w pobli­skiej szkole, w kosza­liń­skich księ­gar­niach. Jonik, mój dowódca klu­cza, bar­dzo inte­re­suje się moją wie­dzą nie tylko fachową, spe­cja­li­styczną, ale rów­nież ogólną. Jest oczy­tany i czę­sto dys­ku­tu­jemy na różne tematy, szcze­gól­nie w trak­cie jego węd­ko­wa­nia. W prze­rwach mię­dzy dniami lot­nymi "poły­ka­li­śmy" całe cykle zajęć teo­re­tycz­nych. Ponad trzy­sta godzin nauki obej­mu­ją­cej wprost dro­bia­zgową zna­jo­mość wszyst­kich insta­la­cji samo­lotu na pozio­mie nie­mal inży­nier­skim, wszyst­kie warianty uzbro­je­nia. Dogłęb­nie ana­li­zo­wa­li­śmy tak­tykę "nie­przy­ja­ciela", spo­soby prze­ciw­dzia­ła­nia, każde zagro­że­nie, z któ­rym być może przyj­dzie nam się kie­dyś zmie­rzyć. I lata­li­śmy bez umiaru. Loty...loty... loty... cza­sem gra­li­śmy zapa­mię­tale w nogę lub w siatkę dla odprę­że­nia i kon­dy­cji. I kocha­li­śmy to.

Pra­wie przez cały luty chmury oku­po­wały zachod­nią część Pol­ski nie­mal od ziemi aż do stra­tos­fery. Zima nio­sła ze sobą wiele takich dni, pozba­wio­nych koloru zady­mek, które zacie­rały odle­głość i zabi­jały dźwięk; całe dnie nie­pew­nego świa­tła, kiedy zatro­skany świt prze­cho­dził w zatro­skany zmierzch bez prze­rwy na dzień. Jeden przy­gnę­bia­jący dzień po dru­gim.

W ostat­nim tygo­dniu nastą­piła wresz­cie wyraźna zmiana. Deszcz prze­ty­kany mar­z­ną­cym śnie­giem sią­pił jesz­cze z nisko wiszą­cych chmur, ale cza­sem wie­czo­rem mię­dzy stra­tu­sami można było nawet dostrzec gwiazdy.

Na czwar­tek zapla­no­wano loty na poli­gon Pod­bor­sko poło­żony na połu­dniowy wschód od Bia­ło­gardu. Wsta­łem wcze­śnie rano i wyj­rza­łem za okno. Niebo ponad lasem po dru­giej stro­nie jeziora pełne było czer­wo­nych i poma­rań­czo­wych odcieni i świe­tli­stych, war­stwo­wych chmur. Woda w jezio­rze poły­ski­wała poma­rań­czo­wym, migo­cą­cym świa­tłem. Szron pocu­krzył traw­niki, choć widać było, że się ocie­pla. Słońce już wstało - blady, cytry­nowy balon dry­fu­jący nad dachami osie­dla.

Biały szron top­niał w dol­nych kątach szyb okien­nych zarówno w hote­lo­wych poko­jach, jak i w jadal­nej sali. Gdy opusz­cza­li­śmy cie­płe kasyno, powie­trze było świeże, czy­ste i wiał zimny wiatr.

Budzi się lotny dzień. Samo­loty przed wyj­ściem z han­garu na płytę lot­ni­ska

Słońce wyła­ziło zza drzew, które od wschodu gęstą ścianą zamy­kały lot­ni­sko, powoli, jakby ocię­żale. Mróz utwar­dził powierzch­nię ziemi, a te kałuże, które prze­trwały cało­nocny silny wiatr od morza, pokryte były cien­kim lodem. Gdy zna­leź­li­śmy się na lot­ni­sku, było już szaro, a niebo, na zacho­dzie różowe, zle­wało się wyżej nad hory­zon­tem z ciem­nym jesz­cze błę­ki­tem. Jaśniało szybko i słońce w peł­nej kra­sie mie­li­śmy zoba­czyć w ciągu następ­nych pięt­na­stu minut. Pogoda zapo­wia­dała się cudowna, widocz­ność "milion na milion", co nie­któ­rzy, spo­glą­da­jąc przez sze­ro­kie okna sta­no­wi­ska dowo­dze­nia, oce­niali ruty­no­wym: "jak stąd do Hong­kongu". W poran­nym słońcu rząd MiG-ów na sto­isku lśnił niczym żyła sre­bra. Jed­no­litą barwę maszyn prze­ła­my­wały jedy­nie czer­wone numery tak­tyczne z przodu i biało-czer­wone sza­chow­nice z tyłu. Obok usta­wio­nych dłu­gim rzę­dem samo­lo­tów krę­cili się tech­nicy, mecha­nicy i spe­cja­li­ści. Pod­jeż­dżały samo­chody, pod­cią­gano roz­ru­chowe wózki - znak, że loty nie­ba­wem się roz­poczną. Mecha­nicy ści­gali się z cza­sem, by zdą­żyć z przy­go­to­wa­niem maszyn - taki już był ich los. Pod­wie­szali bomby, łado­wali ołówki rakiet do pęka­tych, pod­wie­szo­nych pod skrzy­dłami wyrzutni.

Czu­łem się jak nowo naro­dzony. Pod­nie­ce­nie zresztą udzie­liło się wszyst­kim, z obsługą tech­niczną włącz­nie, co prze­ja­wiało się w uśmie­chach, żwa­wych ruchach, gesty­ku­la­cji i pozdro­wie­niach zna­nym powszech­nie gestem z kciu­kiem do góry.

W cia­snej sali odpraw było tłoczno i gwarno. Ściany poobwie­szane były pospiesz­nie przy­mo­co­wa­nymi wycin­kami map, fotosz­ki­cami celów, sche­ma­tami ata­ków róż­nymi środ­kami raże­nia, komu­ni­ka­tami meteo. W pomiesz­cze­niu trwały oży­wione kon­wer­sa­cje, w któ­rych brało udział co naj­mniej kil­ka­na­ście osób. W przed­niej czę­ści, pod roz­wie­szoną na ścia­nie dużą mapą, ści­szo­nym gło­sem roz­ma­wiali ze sobą dowódcy eskadr. Takie roz­mowy, pro­wa­dzone na luzie, pozwa­lały poczuć, że jeste­śmy na ziemi cali, zado­wo­leni i zdrowi.

- Oby­wa­tele ofi­ce­ro­wie... - Biał­kow­ski uprze­dził wcho­dzą­cego dowódcę.

- No dobrze, pano­wie, zaczy­namy.

Miej­sca w salach odpraw zaj­mo­wane były według star­szeń­stwa. Każdy dowódca pułku cenił sobie hie­rar­chię, dla­tego z reguły rzą­dziła ta wła­śnie zasada: naj­pierw wyso­kie szarże, potem kapi­ta­no­wie, porucz­nicy, a następ­nie my, podporucz­nicy, zazwy­czaj daleko pod samymi ścia­nami.

Połowę ściany zaj­mo­wała duża mapa sytu­acyjna, pełna kolo­ro­wych pro­sto­ką­tów, kwa­dra­tów, kółek, linii i cyfr. Na dru­giej poło­wie wisiały sche­maty i fotosz­kice rejonu naszego ude­rze­nia.

Dowódca pułku mjr Zdzi­sław Stre­lau, z rysu­jącą się już ten­den­cją do tycia, koń­czył oma­wia­nie zada­nia.

- Nie­przy­ja­ciel­skie woj­ska uzy­skały powo­dze­nie na kie­runku Szcze­ci­nek - Bia­ło­gard. Otrzy­ma­li­śmy zada­nie ognio­wego wspar­cia jed­no­stek 6. Dywi­zji apli­ka­cyj­nie osła­nia­ją­cej Koło­brzeg. Pułk trzema eska­drami ude­rzy na ugru­po­wa­nie prze­ciw­nika i znisz­czy wyzna­czone cele naziemne. Godzina G - 5.30. Pierw­szy ze swoją eska­drą star­tuje mjr Biał­kow­ski. Waszymi celami są: radar wcze­snego ostrze­ga­nia - wska­zał punkt na mapie i pla­nie rejonu ude­rze­nia - i rakiety osłony. Radar kon­tro­luje prze­strzeń powietrzną i będzie kie­ro­wać myśliw­cami osłony nie­przy­ja­ciela, jeżeli poja­wią się w rejo­nie w cza­sie naszej ope­ra­cji. Z uwagi na znaczną liczbę celów będzie­cie dzia­łać klu­czami. Dowódcy zosta­wiam przy­dział poszcze­gól­nych obiek­tów ude­rzeń.

Teraz druga eska­dra. Wasze MiG-i pójdą po Biał­kow­skim, ale bez­po­śred­nio w rejon celu. Wyko­na­cie podej­ście nisko i wyko­si­cie wszystko, co mogłoby zagro­zić gru­pie ude­rze­nio­wej. Trze­cia eska­dra zostaje na górze i będzie wyła­py­wała wszystko, co zacznie się zbli­żać na wyso­kim puła­pie w rejon ude­rze­nia. Zosta­wiam pro­blemy przy­go­to­wa­nia grup zarówno do ata­ko­wa­nia celów naziem­nych, jak i myśliw­ców osłony do walk powietrz­nych.

Biał­kow­ski, poja­wisz się nad celem dopiero wtedy, gdy wszyst­kie zagro­że­nia zostaną wyeli­mi­no­wane.

Uży­wa­jąc drew­nia­nego wskaź­nika, dowódca zata­czał na mapie kręgi, sygna­li­zu­jąc strefy ognia obrony prze­ciw­lot­ni­czej i ostrze­ga­jąc przed nimi. Ładu­nek bojowy bomby, rakiety i broń pokła­dowa... "Sie­dem­nastki" sta­no­wiły dość marną osłonę przed nowo­cze­snymi "Phan­to­mami", zaś "dwu­dzie­ste pierw­sze" miały udzie­lić wspar­cia ognio­wego wal­czą­cym woj­skom lądo­wym. W końcu czuj­nie rozej­rzał się po sali.

- Jakieś pyta­nia?

Ktoś chrząk­nął, ktoś zaka­słał, ktoś inny zaszu­rał butami. Pytań nie było.

Potem kolejni spe­cja­li­ści oma­wiali szcze­góły tech­niczne i tak­tyczne, współ­dzia­ła­nie z woj­skami lądo­wymi i kolej­ność poszcze­gól­nych star­tów. Piloci już w kom­bi­ne­zo­nach zapo­zna­wali się z przed­sta­wianą sytu­acją, czy­nili ostat­nie notatki, spraw­dzali obli­cze­nia, ale ich szyb­kie ruchy i nie­cier­pliwe zer­ka­nie w stronę okien świad­czyło o tym, że myślami są już przy swo­ich samo­lo­tach. Jesz­cze mete­oro­log na moment powie­sił swoją mapę syn­op­tyczną z aktu­alną pro­gnozą pogody i po chwili wysy­pa­li­śmy się przed budy­nek - weseli i roz­ga­dani. Auto­busy roz­wo­ziły poszcze­gólne grupy wprost na roz­le­głe sto­isko samo­lo­tów i nie­składna dotąd gro­mada szybko się upo­rząd­ko­wała: każdy trzy­mał się swo­jej pary i klu­cza. Pocho­dzi­li­śmy jesz­cze tro­chę po wyma­lo­wa­nej na beto­nie tra­sie dolotu do miej­sca ude­rze­nia, poćwi­czy­li­śmy manewry nad celem i byli­śmy gotowi.

Na sto­li­kach cze­kało już dru­gie śnia­da­nie: gorąca her­bata, gołąbki i pyszna sałatka warzywna, wędliny, sma­żony karp. Pani Rasz­ko­wej poma­gała dziś wysoka, czar­no­oka Mary­sia z twa­rzą zupeł­nie bez maki­jażu. Dzię­ko­wa­li­śmy wylew­nie za ser­wo­wane potrawy, uśmie­cha­jąc się lubież­nie, ale nie mogli­śmy nic wskó­rać. "Masz dziś wolny wie­czór, Mary­sieńko?", "Nakarm mnie, nakarm. Nakarm stę­sk­nio­nego...", "Pode­rwać taką i umrzeć...". W powie­trzu krzy­żo­wały się żar­to­bliwe zaczepki, głów­nie ze strony żona­tych, a że wysmu­kła czar­nulka nie­mal nikomu nie pozo­sta­wała dłużna, śnia­da­nie prze­dłu­żyło się nieco.

Tym­cza­sem pra­co­wał zawzię­cie per­so­nel tech­niczny, pod­cią­gano lawety pokła­do­wego uzbro­je­nia, spraw­dzano pra­wi­dło­wość pod­wie­sze­nia bomb, tan­ko­wano tlen i powie­trze. Na komendę: "do góry" dwóch mecha­ni­ków uzbro­je­nia wyda­wało zgodny okrzyk "Hooop!" i 250-kilo­gra­mowa bomba wędro­wała w stronę węzła. Siłą swych mię­śni utrzy­my­wali ją w powie­trzu, dopóki szef uzbro­je­nia nie zamknął spe­cjal­nych mecha­nicz­nych zatrza­sków przy­twier­dza­ją­cych bomby do belek na skrzy­dłach i nie wsu­nął ozna­czo­nych czer­wo­nymi wstąż­kami zawle­czek zabez­pie­cza­ją­cych. Gdy oba szare kor­pusy bomb zawi­sły już na bel­kach, do każ­dego z nich pod­cho­dził kolejny uzbro­je­niec z zapal­ni­kami i wkrę­cał je w czo­łowe stożki oraz insta­lo­wał dru­ciane prze­wody odbez­pie­cze­nia wia­traczka.

Zza szta­bo­wego budynku wytur­lała się sani­tarka. Wysko­czył z niej dok­tor Bogusz ze swoją sta­ro­świecką torbą kole­jar­ską w ręku. Jego nieco pochy­lona postać zda­wała się być w nie­zgo­dzie z porucz­ni­kow­skim mun­du­rem, w któ­rym nie­mal zawsze choć jeden guzik musiał być roz­pięty. Obrzu­cił nas spo­koj­nym, czuj­nym spoj­rze­niem i naj­bli­żej sto­ją­cych zaczął ruty­nowo inda­go­wać. Cho­ciaż wiecz­nie takie same pyta­nia były nudne i mono­tonne, nie­stety nie można było ich nie zadać. Wszy­scy dosko­nale o tym wie­dzieli, zarówno on, jak i piloci, któ­rzy jak zwy­kle na nic nie narze­kali: byli zdrowi, wypo­częci, nikomu nic nie dole­gało i... klawo jest. Wzdy­cha­jąc pociesz­nie, dawa­li­śmy sobie mie­rzyć ciśnie­nie krwi, tętno, rza­dziej tem­pe­ra­turę, trak­tu­jąc ten obrzą­dek jako swego rodzaju dopust boży.

Bogusz zda­wał się jed­nak tego w ogóle nie zauwa­żać, rze­czowo i dokład­nie wypy­ty­wał żona­tych o sekrety alkowy, rodzinne kło­poty, zdro­wie dzieci, nas, kawa­lerkę, o spo­kój snu, samo­po­czu­cie, o naj­drob­niej­sze nawet dole­gli­wo­ści. Zwy­kle pusz­czał nas wolno, rzu­cił jakiś żart, cza­sem zro­bił notatkę w gru­bym, czar­nym note­sie.

Mecha­nicy raz jesz­cze wygrali wyścig z cza­sem i cze­ka­jąc na nas, stali przy maszy­nach. Dyszeli ciężko po wciąż jesz­cze widocz­nym wysiłku. Wcze­sno­po­ranne słońce igrało na oszkle­niu kabin.

Jonik zebrał przed star­tem cały klucz: Jan Dar­now­ski, Zby­chu Gajew­ski i ja. Raz jesz­cze przy­po­mniał cha­rak­te­ry­stykę i pokry­cie terenu w rejo­nie ude­rze­nia. Mówił wyraź­nie, dobit­nie i gło­śno, cho­ciaż wyczu­wało się w nim pewne prze­ję­cie spo­wo­do­wane nie­ty­po­wym dla nas, myśliw­ców, zada­niem.

- Cel mamy dość pro­sty - rakiety na sta­no­wi­skach star­to­wych. Ja z Gajew­skim nisz­czymy sta­cję napro­wa­dza­nia rakiet, ty z Jur­kiem rakiety na sta­no­wi­skach star­to­wych. Cel z pew­no­ścią będzie z daleka widoczny. Kąt nur­ko­wa­nia 25-30 stopni. Uwa­żać na wypro­wa­dze­nie z każ­dego ataku - nie niżej niż 200 metrów. Ope­ra­cja pro­sta jak drut: skok na poli­gon, pełne zasko­cze­nie, naci­snąć przy­cisk bojowy i sio. Pyta­nia?

- Czy spo­dzie­wać się jakie­goś kamu­flażu, celów pozor­nych...

- Zawsze trzeba się z tym liczyć. Ale to chyba pro­blem innych grup. Nasz cel uwa­żam za zbyt trudny do dokład­nego zama­sko­wa­nia. To wszystko.

Temat został wyczer­pany. Załogi roze­szły się do swo­ich maszyn i tempo dzia­łań gwał­tow­nie przy­spie­szyło. Piloci, poru­sza­jąc się ocię­żale w swych sta­lo­wego koloru lot­ni­czych ubio­rach, dłu­gich butach i kom­bi­ne­zo­nach prze­ciw­prze­cią­że­nio­wych, doko­ny­wali skru­pu­lat­nego prze­glądu maszyn, a także spraw­dzali zabez­pie­cze­nie pod­wie­sza­nych zbior­ni­ków paliwa, rakiet i bomb. Czuj­nie badali samo­loty w poszu­ki­wa­niu ewen­tu­al­nych wycie­ków paliwa i mie­szanki hydrau­licz­nej, po czym od nie­chce­nia zaj­rzeli do wlotu do sil­ni­ków odrzu­to­wych, by upew­nić się, że żadne obce ciało nie zosta­nie wcią­gnięte do wnę­trza deli­kat­nego zespołu napę­do­wego. Potem zaj­mo­wali miej­sca w kabi­nach.

Ruty­nowo rzu­ci­łem okiem na dwie wiszące pod skrzy­dłami 250-kilo­gra­mowe piguły. Były grube i wyglą­dały nie­szko­dli­wie. Ręką szarp­ną­łem jedną, żeby upew­nić się, czy są dobrze pod­wie­szone. Kołki zabez­pie­cza­jące wia­traczki zapal­nika były na swoim miej­scu.

Wtedy z gło­śnika dało się sły­szeć komendę: "Do kabin!". Padła zgod­nie z dawno wyzna­czo­nym przez puł­kowy sce­na­riusz ter­mi­nem. Nie­mal natych­miast w sieci dowo­dze­nia roz­le­gły się mel­dunki pro­wa­dzą­cych poszcze­gól­nych grup o goto­wo­ści do reali­za­cji wyzna­czo­nych zadań. W końcu Biał­kow­ski zamel­do­wał dowódcy pułku to samo. Radio przy­nio­sło szybką odpo­wiedź:

- Uru­cho­mie­nie sil­ni­ków i start poszcze­gól­nych grup bojo­wych według obli­czo­nego czasu!

Zapią­łem pasy i spraw­dzi­łem w kabi­nie pod­sta­wowe wskaź­niki; mia­łem jesz­cze tro­chę czasu na uru­cho­mie­nie sil­nika i w duchu roz­wa­ża­łem naj­waż­niej­sze dla zada­nia infor­ma­cje podane na odpra­wie. Sie­dząc wewnątrz maszyny, gdy pro­wa­dzi­łem ruty­nową pro­ce­durę spraw­dza­nia gąsz­czu podzia­łek, prze­łącz­ni­ków, przy­ci­sków, poło­że­nia pokrę­teł, wyłącz­ni­ków, dźwi­gni i przy­rzą­dów pomia­ro­wych, poczu­łem, jak roz­luź­niają się napięte dotąd nerwy. Jeden drobny błąd będący wyni­kiem prze­ocze­nia lub wadli­wego funk­cjo­no­wa­nia mógł dopro­wa­dzić do szcze­gól­nej sytu­acji w locie lub nawet wypadku. Co chwilę nie­cier­pli­wie rzu­ca­łem okiem na tar­czę pokła­do­wego zegara, aby nie prze­ga­pić czasu uru­cho­mie­nia sil­nika.

Cze­reda mecha­ni­ków uga­niała się wokół samo­lo­tów; jesz­cze mie­rzyli wzro­kiem, jesz­cze spraw­dzali wszystko skru­pu­lat­nie, raz po raz kie­ru­jąc pyta­jące spoj­rze­nia w kie­runku sie­dzą­cych w kabi­nach pilo­tów. Ostat­nie roz­mowy były krót­kie, rze­czowe, żar­go­nowe - ot takie pół­słówka - i doty­czyły jedy­nie spraw w tej sytu­acji naj­waż­niej­szych.

Głos Biał­kow­skiego: "Uwaga, eska­dra - uru­cha­miamy!", prze­to­czył się przez fale eteru i zelek­try­zo­wał wszyst­kich. Gwizd wycho­dzą­cych na obroty sil­ni­ków poszcze­gól­nych maszyn łączył się w jeden trudny do wytrzy­ma­nia huk. Piloci uru­cha­miali sil­niki swo­ich maszyn jeden po dru­gim, dokła­da­jąc się do ogól­nego ryku dwu­na­stu, które mogły obu­dzić całą oko­licę. Stru­mie­nie powie­trza z dysz wylo­to­wych kła­dły sre­brzy­stą od szronu trawę. Odrzu­cane potęż­nymi podmu­chami grudy ziemi leciały hen daleko, aż ku krza­kom poprze­dza­ją­cym sosnowy las. Osłony kabin zamy­kały się jedna po dru­giej.

- Gotów! - Gotów! - Gotów! - kolejni piloci mel­do­wali swą spraw­ność do wyko­na­nia zada­nia. Spraw­dzane jak przed każ­dym wyko­ło­wa­niem ze sto­iska stery kie­runku myśliw­ców prze­ska­ki­wały z jed­nej strony na drugą. Mimo bli­sko­ści morza na pół­nocy tem­pe­ra­tura była już wysoka i powie­trze na krań­cach lot­ni­ska drgało.

Ruch na pły­cie się nasi­lił, gdy poszcze­gólne samo­loty zaczęły koło­wać w kie­runku pasa star­to­wego. Per­so­nel tech­niczny robił wszystko, co mógł, żeby uchro­nić się od palą­cego żaru potęż­nych stru­mieni spa­lin z odrzu­to­wych rur. Maszyna Biał­kow­skiego powoli ruszyła w stronę pasa star­to­wego; za nią gęsiego ruszyła cała reszta. Samo­loty koło­wały cia­sno, jedna maszyna za drugą. Sil­niki wycho­dziły na coraz więk­sze obroty, kiedy piloci popy­chali manetki ciągu. Maszyny cią­gnęły za sobą welony gorą­cych, wydo­by­wa­ją­cych się z odrzu­to­wych dysz gazów wylo­to­wych. Gdy wykrę­ci­łem w stronę pasa star­to­wego, widzia­łem przed sobą kil­ka­na­ście ster­czą­cych w górę ogo­nów, każdy z biało-czer­woną sza­chow­nicą. Gdy maszyna mjr. Biał­kow­skiego zakrę­cała na pas star­towy i koło­wała, by zro­bić miej­sce innym, wszy­scy podzi­wiali impo­nu­jący widok, jaki sta­no­wiło dwa­na­ście myśliw­ców. Co naj­mniej połowa per­so­nelu lot­ni­ska stała przy han­ga­rze, na parze dyżur­nej i na sto­iskach samo­lo­tów, patrząc na samo­loty szy­ku­jące się do startu. Te spek­ta­kle ni­gdy nikogo nie nudziły i zawsze wzbu­dzały w widzach coś w rodzaju respektu dla mocy odrzu­to­wych sil­ni­ków, dla potęgi prze­no­szo­nego pod skrzy­dłami maszyn ognia.

Jesz­cze minuta i cze­reda była gotowa do startu - dwa­na­ście samo­lo­tów w cia­snej gru­pie, trzy czwórki jedna za drugą. Nawet z dużej odle­gło­ści było widać, jak samo­loty chwieją się na gole­niach pod­wo­zia w stru­gach gazów wylo­to­wych maszyn ich poprze­dza­ją­cych, niczym sta­rusz­ko­wie eme­ryci w poran­nej roz­mo­wie.

Po dłuż­szej chwili, sto­jąc już klu­czami na beto­nie pasa, cze­ka­li­śmy na sygnał. Biał­kow­ski pro­wa­dził ruty­nową roz­mowę z obsługą sta­no­wi­ska dowo­dze­nia. Samo­loty stały na hamul­cach, drżały lekko jak zawod­nicy gotu­jący się do startu na setkę. Wokół poran­nego słońca widać było kilka strzęp­ków chmur. Poza tym niebo było bez­chmurne. Te sekundy zawsze naj­bar­dziej mi się dłu­żyły. W końcu ze sta­no­wi­ska dowo­dze­nia padła upra­gniona komenda i pierw­sza czwórka wyszła w powie­trze, rycząc sil­ni­kami. Po zwol­nie­niu hamul­ców maszyny naj­pierw osia­dały nieco na beto­nie, a potem ruszały przed sie­bie, naj­pierw powoli, a potem coraz szyb­ciej. Sil­niki huczały niczym na hamow­niach. Następne czwórki star­to­wały w odstę­pach dzie­się­cio­se­kun­do­wych i nad lot­ni­skiem grzmiało jak w cza­sie burzy. Huk sil­ni­ków roz­cho­dził się w pro­mie­niu kilku kilo­me­trów.

Obser­wo­wa­łem, jak wyprze­dza­jące nas maszyny chwieją się na pod­wo­ziu w stru­gach powie­trza dar­tego skrzy­dłami star­tu­ją­cych samo­lo­tów. Eska­dra wycho­dziła w powie­trze klucz za klu­czem, wspi­na­jąc się w sza­rze­jące, zaranne niebo.

Jonik wypro­wa­dził sil­nik na pełne obroty i puścił samo­lot z hamul­ców. Pręd­kość szybko nara­stała, przed­nie kółka już się unio­sły, już były w górze, a zaraz potem czwórka maszyn była w powie­trzu. Pod­wo­zia zna­la­zły swoje miej­sca we wnę­kach kadłu­bów i skrzy­deł i Jonik kop­nął się w lewo w pogoni za ucho­dzą­cym przed nami rojem samo­lotów.

Trzy­ma­łem się kur­czowo pra­wego skrzy­dła samo­lotu mojego pro­wa­dzą­cego por. Jana Dar­now­skiego jak dzie­cię mat­czy­nego far­tu­cha, na tyle bli­sko, na ile pozwa­lała mi odwaga i zdrowy roz­są­dek. Jed­no­cze­śnie sta­no­wi­łem zamknię­cie całego ugru­po­wa­nia. Mój myśliw­ski MiG z bom­bo­wym ładun­kiem zacho­wy­wał się niczym oporne juczne zwie­rzę, które czuło się w obo­wiązku zapro­te­sto­wać prze­ciwko obar­cza­niu go od samego świtu jakimś rzadko spo­ty­ka­nym cię­ża­rem, ale dość szybko przy­zwy­czaił się do tego, bo maszynę pro­wa­dziło się bez wysiłku i robiła dokład­nie to, czego od niej wyma­ga­łem. Na 500 metrach eska­dra poło­żyła się w lewy zakręt na kurs w stronę poli­gonu i roz­po­częła zwięk­sza­nie wyso­ko­ści. Nim upły­nęło trzy­dzie­ści sekund, do naszej bazy w Zegrzu wró­cił spo­kój wio­sen­nego poranka.

W ete­rze pano­wała zupełna cisza.

Kolejne klu­cze stop­niowo usta­wiły się za pierw­szym i cała nasza pro­ce­sja leciała teraz połu­dniowo-wschod­nim kur­sem. Pozo­stałe klu­cze leciały za nim jeden za dru­gim, utrzy­mu­jąc mię­dzy sobą odle­głość 1000 metrów. Poru­szały się w rów­nym ryt­mie i wyda­wało się, że są połą­czone jakąś nie­wi­doczną liną, niczym wago­niki gór­skiej kolejki w weso­łym mia­steczku. Przed sobą mia­łem więc całą eska­drę poły­sku­ją­cych sre­brem samo­lo­tów, niczym ławicę barasz­ku­ją­cych w wodzie ryb. Pod nami prze­su­wał się kra­jo­braz: zie­leń lasów, łąk i kry­ją­cych się wśród nich wio­sek i poje­dyn­czych domostw. Niebo wciąż było czy­ste, tylko tu i ówdzie wykształ­cały się już i szybko pęcz­niały malow­ni­cze kara­wany samot­nych cumu­lu­si­ków.

Myśli mia­łem spo­kojne, poukła­dane, gdy tym­cza­sem oczy nie­ustan­nie, ze zwie­lo­krot­nioną czuj­no­ścią pene­tro­wały powie­trze i leżący w dole teren, wszystko to, co znaj­do­wało się w ich zasięgu. Nieco z przodu, z pra­wej poja­wił się główny punkt orien­ta­cyjny. Według niego wła­śnie nale­żało wyko­nać manewr na linię drogi bojo­wej.

Spoj­rza­łem w górę i zoba­czy­łem, jak "sie­dem­nastki" esują nad naszymi gło­wami, jakby chciały zade­mon­stro­wać, że górna osłona jest szczelna i możemy na nie liczyć.

Tym razem bez żad­nych komend radio­wych i nie uprze­dza­jąc, Biał­kow­ski prze­chy­lił swo­jego MiG-a, a reszta poszła za jego przy­kła­dem. Teraz już tylko dwie i pół minuty dzie­liły nas od celu. To był ten szcze­gólny czas, w któ­rym nale­żało moż­li­wie naj­umie­jęt­niej podzie­lić uwagę na pilo­to­wa­nie samo­lotu, utrzy­ma­nie swego miej­sca w przy­ję­tym ugru­po­wa­niu bojo­wym, a przede wszyst­kim na moż­li­wie szyb­kie roz­po­zna­nie swego celu. Każda sekunda miała teraz swoją wagę; dosko­nale zda­wa­łem sobie sprawę, że jeśli Jonik się spóźni, to i wszy­scy się spóź­nią, i nie wyko­namy ude­rze­nia z pierw­szego nalotu, a to... wstyd i docinki.

Jonik prze­chy­lił swój samo­lot nieco na prawe skrzy­dło i przez dłuż­szy czas leciał z takim wła­śnie nie­na­tu­ral­nym zwi­sem. Ale w ten spo­sób uła­twiał sobie obser­wa­cję ziemi w leżą­cym z przodu sek­to­rze. Samo­loty naszego klu­cza zafa­lo­wały nie­znacz­nie, ale zaraz uspo­ko­iły lot. Zie­mia przed nami w kolo­rze khaki była zupeł­nie pusta, ale dalej za poli­go­nem zmie­niała się w nakra­pianą narzutę brą­zo­wych pól, sza­rych dróg i roz­sia­nych bez­ład­nie wio­sek.

Z całych sił sta­ra­łem się skon­cen­tro­wać uwagę na utrzy­ma­niu naka­za­nego miej­sca w przy­ję­tym ugru­po­wa­niu bojo­wym. Czu­łem przy tym łomo­ta­nie serca, wzma­gał się ucisk w oko­licy krtani. Pano­wa­łem nad tym z nie­ma­łym tru­dem. Wyda­wało mi się, ze nie­mal szo­ru­jemy skrzy­dłami po koro­nach drzew. Zie­mia prze­my­kała pod nami w sza­lo­nym pędzie, zabu­do­wa­nia, zagaj­niki i lasy zle­wały się w oczach.

Lot prze­bie­ga­jący dotąd w nie­mal zupeł­nej ciszy radio­wej prze­rwany został nagle krótką, suchą komendą Biał­kow­skiego: "Z pra­wej, pięt­na­ście stopni cel! Włą­czyć uzbro­je­nie. Atak poszcze­gól­nych celów zgod­nie z zada­niem!".

Biał­kow­ski jest teraz zastępcą dowódcy pułku. Przy­po­mina mi pierw­szego skrzypka w orkie­strze, który dosko­nale gra nawet wtedy, kiedy dyry­gent nawala, i który byłby w sta­nie popro­wa­dzić cały inte­res nawet bez dyry­genta.

Teraz poszcze­gólne klu­cze za przy­kła­dem dowódcy zmniej­szały wyso­kość. Rzu­ci­łem okiem na wyso­ko­ścio­mierz - 300 metrów. Pra­wie rów­no­cze­śnie bomby oddzie­liły się od skrzy­deł wszyst­kich samo­lo­tów pierw­szego i dru­giego klu­cza i maszyny zafa­lo­wały w powie­trzu.

Teren ota­cza­jący sta­cję rada­rową pozba­wiony był roślin­no­ści, jeśli nie liczyć rosną­cych dookoła krze­wów. Na połu­dnie od sta­cji prze­ci­nały się dwie drogi grun­towe, a po pół­noc­nej stro­nie rósł oka­la­jący poli­gon las. Dwa więk­sze pojazdy zapar­ko­wane koło połu­dnio­wego skraju drogi imi­to­wały bate­rie rakiet prze­ciw­lot­ni­czych. Anteny rada­rów stały w miej­scu, nie obra­cały się. Nie­świa­do­mie wstrzy­ma­łem oddech. Całą uwagę skon­cen­tro­wa­łem na bom­bach pod skrzy­dłami pro­wa­dzą­cego, trzy­ma­jąc palec na przy­ci­sku bojo­wym, który zwolni moje bomby. Byli­śmy w środku imprezy, z któ­rej nie było odwrotu. Z przodu prze­ra­ża­jąco bły­snęła seria bia­łych świa­teł, a uła­mek sekundy póź­niej poja­wiła się potężna kula poma­rań­czo­wego ognia. Grupa Biał­kow­skiego młó­ciła pozy­cje sta­cji radio­lo­ka­cyj­nych ładun­kiem bom­bo­wym. Seria prze­raź­li­wych eks­plo­zji była tak długa, jak gdyby eska­dra pró­bo­wała roz­pruć ziem­ską sko­rupę. Po wybu­chach bomb świeże słupy dymu i kurzu unio­sły się z rejonu ugru­po­wa­nia sta­cji. Świat wokół celu jakby sta­nął w pło­mie­niach. Najwięk­szej eks­plo­zji, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łem, towa­rzy­szyła abso­lutna cisza - w kok­pi­cie nie było sły­chać żad­nego dźwięku. Wyglą­dało to jak trzę­sie­nie ziemi w skali mikro. Szyb­kie myśliwce o trój­kąt­nych skrzy­dłach żło­biły w celach na poli­gonie bruzdy śmierci. Po cel­nym i przy tej licz­bie maszyn miaż­dżą­cym nalo­cie "dwu­dzie­ste pierw­sze" znik­nęły rów­nie nagle, jak się poja­wiły.

Wzdry­gną­łem się w kabi­nie, gdy spory kawa­łek powierzchni poli­gonu po mojej lewej stro­nie wybuch­nął nagle w tej impo­nu­ją­cej, gwał­tow­nej eks­plo­zji. Zie­mia, krzaki, jakieś rupie­cie, odłamki wyle­ciały wysoko w powie­trze. A bez­ładna masa poma­rań­czo­wego ognia, czar­nego dymu i kawał­ków poli­go­no­wej ziemi roz­la­ty­wała się we wszyst­kie strony. Krwi­ste pło­mie­nie tań­czyły wśród kłę­bów czar­nego dymu. Ognie jarzyły się pod tym dymem uno­szą­cym się z pło­ną­cych wra­ków. Tro­chę wyżej czerń prze­cho­dziła w jaśniej­szą sza­rość i roz­pły­wała się na boki. Ta sze­roka rzeka dymu pod wpły­wem wia­tru powoli zba­czała na połu­dnie. Dostrze­głem jesz­cze, jak poma­rań­czową poświatę pochła­nia, połyka ten kurz i ole­ista zawie­sina. Pomimo dzie­lą­cych nas 2 kilo­me­trów widok robił wra­że­nie. Długa przy­czepa, na któ­rej zamon­to­wana była antena, leżała na boku. Jej środ­kowa część została roze­rwana na strzępy. Ster­czały z niej jakieś meta­lowe ele­menty. Spo­mię­dzy kłę­bów dymu widać było, że anteny zmie­niły się w pło­nący stos poskrę­ca­nego metalu. To była praw­dziwa rzeź­nia...

Nasza kolej, teraz my powin­ni­śmy zosta­wić po sobie nieco spa­lo­nej ziemi. Nie było czasu na podzi­wia­nie oko­licy. Jonik zro­bił nie­znaczny dowrót, tym razem w lewo, i w jarzą­cych się rom­bi­kach celow­nika dostrze­głem bate­rię rakiet; przy­mie­rzy­łem się do pierw­szej z brzegu, skon­tro­wa­łem deli­kat­nie prawą lotką i orczy­kiem, by utrzy­mać siatkę celow­nika dokład­nie na celu, nie­mal rów­no­cze­śnie z podaną krótko przez Dar­now­skiego komendą: "zrzut!".

- Już... - Gdy wdu­si­łem przy­cisk zwal­nia­jący bomby, FAB-y ode­rwały się czy­sto od belek pod skrzy­dłami, a maszyna od razu stała się lżej­sza i lepiej słu­chała ste­rów.

Pilot myśliwca nie widzi wybu­chów swo­ich bomb ani rakiet, bo jest zajęty wycho­dze­niem z ataku i stara się to robić szybko, żeby odłamki bomb nie uszko­dziły maszyny. W cza­sie nalotu bom­bo­wego jedy­nym wra­że­niem, jaki odczuwa, jest moment uwol­nie­nia bomb, kiedy prze­no­szony cię­żar odrywa się od skrzy­deł. Potem natych­miast ściąga drą­żek ste­rowy na sie­bie, wnętrz­no­ści skręca mu prze­cią­że­nie i pró­buje jak naj­szyb­ciej wzbić się na bez­pieczną wyso­kość. Ale w gru­pie nale­żało trzy­mać się dokład­nie na wyzna­czo­nym miej­scu.

Do dziś nie wiem dla­czego. Nagle skrzy­dło jego samo­lotu zna­la­zło się dokład­nie przed pan­cerną szybą mojej kabiny. Szczęki zaci­snęły się same w bole­snym skur­czu.

Wtedy włą­czył się chyba instynkt i zba­wien­nie pokie­ro­wał moimi ruchami. Zastrzyk adre­na­liny wystrze­lił z oko­lic żołądka i przez serce ude­rzył pro­sto do głowy. Co to było? Wyłącz­nie dzięki odru­chom i zako­rze­nio­nym jesz­cze w dębliń­skiej szkole nawy­kom udało mi się zro­bić szybki unik, ale nie­opatrz­nie wpa­dłem w strugi. MiG zatrze­po­tał skrzy­dłami, prze­chy­la­jąc się gwał­tow­nie w lewo i prawo, i obró­ciw­szy się w końcu na jeden bok, osu­wał się nie­mal pio­nowo w dół. Czu­łem, jak prze­pada w kie­runku ziemi. Myśli­wiec szarp­nął w bok i zwol­nił. Zauwa­ży­łem polną drogę bie­gnącą skra­jem poli­gonu nie­całe 100 metrów od mojego pra­wego skrzy­dła. Zdją­łem obroty tur­biny nie­mal do sze­ściu tysięcy i natych­miast odsta­łem od ugru­po­wa­nia. Dobrze, że ładu­nek bomb odszedł od skrzy­deł i poszedł w dół razem z innymi. Wyso­kość malała i musia­łem wrze­pić pełne obroty, żeby zatrzy­mać to zni­ża­nie... 200... 150... 100 metrów. Obser­wo­wa­łem zie­mię przez oszkle­nie kabiny. Ścią­gną­łem drą­żek ste­rowy na sie­bie, lecz mimo tra­gicz­nej sytu­acji nie za mocno, żeby nie zerwać strug ze skrzy­deł. Zie­mia zaj­rzała mi do kabiny. Nic wię­cej nie mogłem zro­bić.

Przy locie z pręd­ko­ścią nie­mal 600 kilo­me­trów na godzinę, zale­d­wie 20, może 30 metrów nad zie­mią, naj­mniej­szy błąd musiał oka­zać się fatalny w skut­kach.

Trwa­łem stru­chlały przez kilka dobrych sekund, spo­dzie­wa­jąc się ude­rze­nia ogona w powierzch­nię poli­gonu. Bli­sko pod sobą mia­łem pooraną bom­bami zie­mię. MiG opa­dał zbyt szybko ku zaku­rzo­nemu, żół­to­brą­zo­wemu mętli­kowi, a moje myśli natych­miast skie­ro­wały się ku kata­pul­cie, gdy wresz­cie nos maszyny dźwi­gnął się nieco do góry. Pró­bo­wa­łem prze­łknąć ślinę, ale usta mia­łem zupeł­nie wyschnięte. Lecz ręce poru­szały się bły­ska­wicz­nie. Instynkt i nawyki wzięły górę, pchną­łem prze­pust­nicę do przodu i odsko­czy­łem nieco w bok. Samo­lot roz­pacz­li­wie chwy­cił się powie­trza, przy­trzy­mał się go i wresz­cie począł mozol­nie zyski­wać kolejne metry. Ste­row­ność odzy­ska­łem nie wyżej niż jakieś 40 metrów nad zie­mią. Gdy z boku z pra­wej poja­wiły się korony sosen, zde­cy­do­wa­łem się na łagodne wzno­sze­nie. Komory kom­bi­ne­zonu wypeł­niły się powie­trzem, obci­ska­jąc sil­nie uda i brzuch. Moje ciało ważyło teraz pię­cio­krot­nie wię­cej i cię­żar ten wtła­czał mnie bez­ce­re­mo­nial­nie w fotel z taką siłą, że nie byłem w sta­nie unieść dłoni, aby wyłą­czyć uzbro­je­nie. Czu­łem, jak oblewa mnie prze­raź­li­wie zimny pot; przez moment byłem nawet prze­ko­nany, że być może się nim zachły­snę, że nie­chyb­nie zde­rzę się z zie­mią. W któ­rejś czę­ści mózgu prze­mknął jakiś cień nadziei, że być może serce pozosta­nie mi jed­nak w klatce pier­sio­wej. Dosto­so­wu­jąc prze­pust­nicę do ciągu samo­lo­tów całego klu­cza, prze­łkną­łem gulę w gar­dle i... było już po wszyst­kim. Byłem naj­młod­szym człon­kiem zespołu Biał­kow­skiego. Mia­łem dopiero 550 godzin oso­bi­stego nalotu. Brak doświad­cze­nia sta­ra­łem się więc nad­ro­bić deter­mi­na­cją, nie­mal nie bacząc na nie­bez­pie­czeń­stwo. Byłem ura­to­wany...

Trwało to szyb­ciej niż błysk i nikt, naj­bar­dziej nawet wni­kliwy obser­wa­tor, nie mógł wie­dzieć, co zaszło na pokła­dzie mojego MiG-a. Co naj­wy­żej ten i ów wstrzy­mał na chwilę oddech z emo­cji, gdy despe­racko dołą­cza­łem do odda­la­ją­cej się w lewym zwro­cie grupy. W sekundę byłem na miej­scu przy skrzy­dle Dar­now­skiego. Inni z pew­no­ścią byli prze­ko­nani, że tak to miało być. Ręka roz­bo­lała mnie od walki z drąż­kiem ste­ro­wym, sta­ra­łem się jed­nak kon­tro­lo­wać lot.

Teraz nad cel pod­cho­dziła eska­dra mjr. Ludwika Żmin­kow­skiego i za chwilę znów sły­chać było "zrzut". Spoj­rza­łem w dół po sko­sie. Wszystko odbyło się pla­nowo, pre­cy­zyj­nie i szybko. Wyrwane z ziemi kawałki darni, piach i kamie­nie wysko­czyły wysoko w górę ponad kłęby dymu i kurzu; na krótką chwilę zupeł­nie skryły cel­nie rażone i roz­pa­da­jące się obiekty ude­rze­nia.

Główny ładu­nek został zrzu­cony. Musie­li­śmy utrzy­mać tempo ostrzału i nastą­piła rady­kalna zmiana. Teraz klucz za klu­czem, każdy z innego kie­runku i na innej wyso­ko­ści, wyko­ny­wał manewry, by ponow­nie ude­rzyć rakie­tami i z broni pokła­do­wej. Pierw­szy ze śred­niej wyso­ko­ści zaata­ko­wał rakie­tami Biał­kow­ski, a za nim kolejno piloci lecący w jego klu­czu. Dosko­nale było widać, jak spod skrzy­deł MiG-ów wystrze­liły ogni­ste języki; odpa­lone salwy nie­kie­ro­wa­nych poci­sków rakie­to­wych zna­czyły swój lot dym­nymi nićmi. I zaraz potem posy­pały się serie z broni pokła­do­wej. Kolejne eks­plo­zje wstrzą­snęły zie­mią poli­gonu. Któ­ryś z pilo­tów nie mógł opa­no­wać swej rado­ści (ppor. Henio Porzu­czek) i puścił w eter nie­cen­zu­ralne zado­wo­le­nie "Ale mu dopie­przy­łem! Dostał w sam śro­dek...". To mi dodało otu­chy i polep­szyło samo­po­czu­cie - "pod­eks­cy­to­wany, zaro­zu­miały szczę­ściarz...". W ciągu kilku minut było po wszyst­kim.

Była godzina 5.47. Nad celem prze­by­wa­li­śmy dokład­nie 4 minuty i 56 sekund. Poli­gon stał w ogniu, przy­go­to­wa­li­śmy warunki do dzia­łań wojsk lądo­wych. Zaraz po ataku niskim, koszą­cym nie­mal lotem, wyko­nu­jąc jed­no­cze­sne uniki w lewo i prawo, poszcze­gólne klu­cze odcho­dziły z rejonu ude­rze­nia. Kiedy wyszli­śmy na kurs odwrotny do kie­runku ataku, spoj­rza­łem w lewo i dopiero teraz zda­łem sobie sprawę z ogromu znisz­czeń, jaki był efek­tem naszych dzia­łań. Na ziemi wciąż tlił się ogień, a nisko zawie­szone smugi dymu powoli roz­wie­wały się w poran­nym powie­trzu, nada­jąc miej­scu dziwny, nieco senny wygląd. Zbom­bar­do­wany minutę wcze­śniej cel zosta­wał z tyłu, zakry­wała go żół­to­czarna kolumna kurzu i dymu zwie­wana wia­trem na wschód, która roz­ra­stała się i wypię­trzała szybko jak burzowy cumu­lo­nim­bus. No i dobrze... Zada­nie zostało wyko­nane, ale z jakimi wyni­kami?

W rejon macie­rzy­stego lot­ni­ska wra­ca­li­śmy na małej wyso­ko­ści przez Szcze­ci­nek. Kiedy okrą­głe jezioro Wie­li­mie weszło pod lewe skrzy­dło, ode­tchną­łem głę­biej i roz­luź­ni­łem maskę tle­nową. Wtedy poczu­łem na ple­cach wil­goć. Rów­nież dłoń w ręka­wiczce zaci­śnięta na drążku ste­ro­wym wyda­wała się mokra od potu. Robi­łem wszystko, aby nie myśleć o tym, co zda­rzyło się pod­czas pierw­szego ataku. Nie było to łatwe. Pro­sta, znana trasa i czy­ste niebo wokół stwa­rzały warunki, aby wra­cać do przy­czyn zaist­nia­łej nad poli­go­nem sytu­acji.

Na szczę­ście ode­zwało się sta­no­wi­sko dowo­dze­nia; Biał­kow­ski potwier­dził powrót i przy­po­mniał zasady roz­pusz­cze­nia grup nad lot­ni­skiem i kolej­ność podej­ścia poszcze­gól­nych par do lądo­wa­nia. Z uwagą śle­dzi­łem samo­lot pro­wa­dzą­cego. Dar­now­ski wypu­ścił pod­wo­zie, potem klapy, wyko­na­li­śmy czwarty zakręt dokład­nie razem - jak w tańcu. Wresz­cie samo­loty dotknęły kołami beto­no­wego pasa.

Chro­niąc oczy przed jaskra­wym słoń­cem, mecha­nicy osła­niali je dłońmi i uważ­nie przy­glą­dali się kołu­ją­cym samo­lo­tom, pró­bu­jąc roz­po­znać, czy wszystko nad poli­go­nem było w porządku.

W stre­fie roz­ła­do­wa­nia broni piloci szybko wyska­ki­wali z kabin. Mie­li­śmy pół­to­rej godziny przed kolej­nymi wylo­tami. Odcze­ka­łem chwilę, aby zostać sam, i oznaj­miw­szy mecha­ni­kowi, że z samo­lo­tem wszystko w porządku, ścią­gną­łem z głowy heł­mo­fon i powlo­kłem się przed sie­bie.

To nie był naj­lep­szy lot. Nie mogłem zro­zu­mieć, jak nagle skrzy­dło samo­lotu Dar­now­skiego zna­la­zło się tak bli­sko oszkle­nia mojej kabiny. Dla­czego tak późno zare­ago­wa­łem? Prze­cież od kata­strofy dzie­liły mnie zale­d­wie sekundy.

Wargi mia­łem cał­kiem suche, a w ustach bra­ko­wało śliny. Bar­dzo chciało mi się pić, i to pra­gnie­nie było teraz domi­nu­ją­cym uczu­ciem. Waha­łem się, czy nie wstą­pić do bufetu, ale myśl, że zna­la­zł­bym się wśród oży­wio­nej, roz­ga­da­nej gro­mady była wprost nie­zno­śna.

Powoli, bar­dzo powoli zbie­ra­łem myśli do kupy. Wie­dzia­łem dosko­nale, że naj­waż­niej­sza chwila, ów uła­mek sekundy nad samym celem, w któ­rej ja i mój MiG mogli­śmy zmie­nić się w mie­sza­ninę alu­mi­nium i krwa­wych bebe­chów, na zawsze pozo­sta­nie moją tajem­nicą. Tak jak te naj­bar­dziej intymne i mało chwa­lebne chwile życia, któ­rych nie ujaw­nia się ni­gdy nikomu i od któ­rych nikt na świe­cie nie jest wolny. Zro­zu­mia­łem, że pilot, który za dużo gapi się w przy­rządy zamiast wokół sie­bie, naraża się na roz­ma­ite nie­spo­dzianki, a w sztur­mo­wa­niu celów naziem­nych i w walce powietrz­nej nie­spo­dzianki nie­zwy­kle rzadko bywają przy­jemne i prze­waż­nie koń­czą się zgo­nem nie­roz­sąd­nego deli­kwenta.

W skry­to­ści ducha sądzi­łem, że nikt mnie o nic nie będzie pytał - byłem zamy­ka­ją­cym eska­drę. A gdyby nawet, to już kieł­ko­wała w gło­wie pro­sta odpo­wiedź: zni­ży­łem się nieco bar­dziej, sto­su­jąc nowa­tor­skie (moim oczy­wi­ście zda­niem) roz­wią­za­nie tak­tyczne. Ba, ale kto w to uwie­rzy...

Na taką myśl natych­miast poczu­łem się nieco lepiej. Wła­śnie z bufetu wyszedł mój przy­ja­ciel ppor. Zyg­munt Stec, sprzę­to­wiec, z wło­sami blond, które na pierw­szy rzut oka chyba tęsk­niły za szam­po­nem.

- Jak poszło? Nie­przy­ja­ciel zdru­zgo­tany?

- Zmie­tli­śmy go z powierzchni ziemi. Nie ma prawa się pod­nieść... Jeżeli nie wie­rzysz, to wyjdź za róg budynku i popatrz na połu­dnie. Prze­ko­nasz się, że wciąż się tam dymi. Sia­daj - wska­za­łem zie­loną ławeczkę na beto­no­wym postu­men­cie. Zdją­łem skó­rzaną kurtkę i popra­wi­łem swój gra­na­towy pół­golf. Sie­dząc na wol­nym powie­trzu, czu­łem na twa­rzy powiew łagod­nego wia­tru. Było to bar­dzo miłe, ale jed­no­cze­śnie ogrom­nie roz­le­ni­wia­jące. Na chwilę przy­mkną­łem oczy i nagle poczu­łem sen­ność tak wielką, że tylko z naj­więk­szym tru­dem opa­no­wa­łem się, żeby nie kim­nąć. Głos Zyg­munta docho­dził do mnie jakby zza lasu albo dru­giego brzegu rzeki.

- Zmę­czony? Prze­cież to dopiero pierw­szy wylot. Była wczo­raj jakaś balanga, o któ­rej nie wiem, czy co?

- Nie było żad­nej balangi, asceta jestem od samego uro­dze­nia. - Spod nieco przy­mknię­tych powiek popa­trzy­łem na bladą twarz przy­ja­ciela. I zaraz uzmy­sło­wi­łem sobie, ile sym­pa­tii czuję do faceta, który wyczuwa moją sytu­ację i nie pyta o szcze­góły lotu.

- Dobra. No to wpad­nij do mnie wie­czo­rem na kawę. Powiedzmy, o ósmej, może być?

- Wpadnę z chę­cią, Zyg­munt. Do zoba­cze­nia.

Kiedy odszedł szyb­kim kro­kiem na sto­isko samo­lo­tów, popa­dłem w rodzaj zadumy. Trwało to dłuż­szą chwilę, a potem wsta­łem ener­gicz­nie, zabra­łem kurtkę i heł­mo­fon i kop­ną­łem się do bufetu, żeby być wśród swo­ich. "Trzeba się lepiej, dokład­niej przy­go­to­wy­wać do lotów... i trzeba się spraw­dzić w dzie­dzi­nie pilo­tażu. Czy jestem w powie­trzu wystar­cza­jąco swo­bodny, czy też mam jakieś nie zauwa­żone dotąd opory. Jak będzie?".

Środa, 3 wrze­śnia 1962 r.

Strefa

Pro­mień słońca pod­stęp­nie wśli­zgnął się na hote­lowe łóżko i zbu­dził mnie od razu. Odru­chowo odwró­ci­łem głowę, lecz nie­sforny pro­myk musiał sunąć nie­stru­dze­nie dalej, bo w końcu zupeł­nie wypło­szył ze mnie sma­ko­wity sen. W czu­pry­nach drzew za oknem dzie­liły się poran­nymi wia­do­mo­ściami roz­ćwier­ko­tane wró­ble.

Z tru­dem popra­wi­łem się na podusz­kach. Kiedy tak nieco otę­piały sie­dzia­łem nie­ru­chomo z zamknię­tymi oczami, powoli docho­dzi­łem do sie­bie. Pomy­śla­łem jesz­cze o ewen­tu­al­nej krót­ko­trwa­łej drzemce, gdy lek­kie puka­nie do drzwi otrzeź­wiło mnie zupeł­nie.

- Panie porucz­niku, dzwo­nili z lot­ni­ska, że przy­sy­łają samo­chód... Ma pan gdzieś lecieć, ale zapo­mnia­łam gdzie...

- Która godzina?

- Jesz­cze wcze­śnie... jest siódma...

Świer­got pta­ków cią­gle roz­brzmie­wał w uszach. Resztki snu powoli ula­ty­wały poza zasięg mojej świa­do­mo­ści. Wsta­łem wresz­cie i prze­cią­gną­łem się; kilka przy­sia­dów przy­wró­ciło mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

Wydo­by­łem z szafy dres, teni­sówki.

Zaczą­łem biec w momen­cie, gdy zsze­dłem z ostat­niego stop­nia hote­lo­wych scho­dów pro­wa­dzą­cych na zewnątrz budynku. Potrze­bo­wa­łem cze­goś takiego. Ten poranny bieg wyci­szał psy­che przed cze­ka­ją­cym dniem lot­nym. Nie­mal po stu metrach zorien­to­wa­łem się, jak mar­nie z moją kon­dy­cją. Oddech mia­łem ciężki, nie­re­gu­larny, a nogi cią­żyły jakby napom­po­wane wodą.

Na pro­wa­dzą­cej na lot­ni­sko betonce co chwila musia­łem uska­ki­wać przed samo­cho­dami oso­bo­wymi i cię­ża­rów­kami, klu­czyć pomię­dzy auto­bu­sami i rowe­rzy­stami. Czu­łem, jak pasa­że­ro­wie i kie­rowcy przy­glą­dają mi się z zacie­ka­wie­niem. Ucie­szy­łem się, gdy wresz­cie napo­tka­łem mój dukt skrę­ca­jący w las dokład­nie na pół­noc. Bie­głem wzdłuż wyso­kich sosen i zie­leni krze­wów. Pobie­głem jesz­cze pięć minut przed sie­bie, a potem skrę­ci­łem w prawo i obok dzia­łek zmie­rza­łem już pro­sto do hotelu. Zwol­ni­łem do truchtu i mój oddech stał się peł­niej­szy, coraz bar­dziej mia­rowy i już wie­dzia­łem, że jutro będą mnie bolały łydki. Ale sto metrów przed hote­lem przy­spie­szy­łem ponow­nie do sprintu, wyci­ska­jąc z sie­bie wszystko. Dwu­dzie­sto­trzy­mi­nu­towa dawka biegu jak na dzień po noc­nych lotach zupeł­nie wystar­czała.

Samo­chód już cze­kał, pół godziny potem mel­do­wa­łem się w eska­drze. To był zwy­czajny oblot samo­lotu po usu­nię­ciu uste­rek, które stwier­dzi­łem ubie­głej nocy. Ale umoż­li­wiał poha­sa­nie nieco w powie­trzu pod kon­trolą jedy­nie dyżur­nego kie­row­nika lot­ni­ska.

Ten ranek był czy­sty jak umyte szyby w oknach. Patrząc z wyso­ko­ści sze­ściu tysięcy metrów na pasy, kwa­draty i romby doj­rze­wa­ją­cego zboża, poły­sku­jące w słońcu jeziora i rzeczki, a także roz­le­głe leśne masywy, wybra­łem kie­ru­nek pro­sto pod wiatr, by lepiej krę­ciło mi się pilo­taż. Mała, ale za to grub­sza wska­zówka wyso­ko­ściomierza, tego naj­wier­niej­szego aku­rat przy­rządu, usta­bi­li­zo­wała się na cyfrze sześć; duża, wąska stała pio­nowo na zerze. Pal­cami lewej ręki przy­ci­sną­łem na moment prze­łącz­nik try­mera, wywa­ża­jąc samo­lot do lotu hory­zon­tal­nego. Szybko prze­śli­zgną­łem wzro­kiem po przy­rzą­dach, tablica była w zupeł­nym porządku.

W tym samym momen­cie, stę­ka­jąc pod napo­rem nara­sta­ją­cego prze­cią­że­nia, płyn­nym ruchem drążka ste­ro­wego i steru kie­runku poło­ży­łem MiG-a w ostry, poziomy wiraż; utrzy­my­wa­łem stałą pręd­kość i wyso­kość, gdy prze­chy­le­nie rosło. Aż usta­bi­li­zo­wa­łem je na sześć­dzie­się­ciu stop­niach. Choć w począt­ko­wej fazie lewego wirażu wszystko było w ide­al­nym porządku, już pod koniec zaczą­łem mieć kło­poty z wario­me­trem; wska­zówka raz znaj­do­wała się nad, drugi raz pod linią zerową, a nos samo­lotu koły­sał się raz w górę, raz w dół. "Słabo" - zga­ni­łem się w duchu i korzy­sta­jąc ze wska­zań radio­kom­pasu, wysze­dłem z lewego wirażu, tylko po to, by natych­miast wejść w prawy.

Z tym było podob­nie, ale prze­cież nie musia­łem się tym chwa­lić na ziemi. Ale powtó­rzyć trzeba - więc wyko­na­łem jesz­cze jeden prawy.

U góry było niebo, z podartą firanką dość rzad­kich jesz­cze chmur. Słońce świe­ciło upo­rczy­wie i jaskrawo po oczach.

Wcią­gną­łem zaraz duży haust tlenu, zamie­rza­jąc przejść do pilo­ta­żo­wych figur - nieco trud­niej­szych. Przy­bra­łem nieco obro­tów tur­biny sil­nika i śle­dząc wska­za­nia pręd­ko­ścio­mie­rza, przez kilka sekund przy­go­to­wy­wa­łem się do wyko­na­nia prze­wrotu. Kom­plet figur pio­no­wych: prze­wrót, pętla i immel­man, był zawsze ogrom­nie atrak­cyjny dla widzów obser­wu­ją­cych samo­lot z ziemi. Tym razem jed­nak ze względu na wyso­kość ci na lot­ni­sku mogli dostrzec jedy­nie maleńki, srebrny punk­cik na nie­bo­skło­nie i frag­men­ta­rycz­nie cią­gnące się za samo­lotem kon­den­sa­cyjne smugi.

Ścią­gną­łem drą­żek nieco na sie­bie, pod­rzu­ci­łem MiG-a wysoko w górę i sko­or­dy­no­wa­nym ruchem nogi oraz wychy­le­niem lotki rzu­ci­łem samo­lot w prze­wrót. Krew od razu napły­nęła do głowy - byłem na ple­cach; szybko wybra­łem luz na drążku ste­ro­wym, prze­sze­dłem do lotu nur­ko­wego, kon­tro­lu­jąc nara­sta­nie pręd­ko­ści. Zie­mia wraz ze wszyst­kimi kolo­rami leciała mi naprze­ciw: pięć­set, sześć­set, sie­dem­set... Kiedy strzałka pręd­ko­ściomierza prze­kro­czyła sió­demkę, pocią­gną­łem drą­żek zde­cy­do­wa­nie na sie­bie, wypro­wa­dzi­łem maszynę na wzno­sze­nie, aby za chwilę wyko­nać regu­larną pętlę. Prze­cią­że­nie było zbyt duże, bo MiG, jakby się bun­tu­jąc, zadrżał raz i drugi ostrze­gaw­czo. Zaraz zmniej­szy­łem nieco prze­cią­że­nie, ale wciąż z wyczu­ciem cią­gną­łem drą­żek na sie­bie, sta­ra­jąc się nie dopu­ścić do zbyt dużej utraty pręd­ko­ści w gór­nym poło­że­niu, bo to zawsze grozi kor­ko­cią­giem, a już na pewno prze­cią­że­niem ujem­nym i kil­ko­se­kun­do­wym wisze­niem na pasach głową w dół. A mnie wcale nie uśmie­chało się to obrzy­dliwe zawi­śnię­cie na pasach albo nawet opar­cie się głową o przej­rzy­stą osłonę kabiny. No i ta nie­uchronna w takich razach burza pia­sku i pyłu, która zawsze sza­leje w kok­pi­cie w tym poło­że­niu i oble­pia oczy i twarz pilota, jako że naj­lep­szy nawet mecha­nik nie jest w sta­nie dostrzec każ­dej dro­biny pod kata­pul­to­wym sie­dze­niem.

Prze­cią­że­nie na kilka sekund ode­brało mi wzrok. Czu­łem ból w pier­siach, kiedy wytę­ża­łem siły, cią­gnąc drą­żek ste­rowy do sie­bie. Na chwilę stra­ci­łem wzrok, nie będąc w sta­nie odczy­ty­wać wska­zań kabi­no­wych przy­rzą­dów. Mimo tego chwi­lo­wego przy­ćmie­nia pętla wyszła cał­kiem dobrze. Mia­łem swój dzień i trzeba to było do końca wyko­rzy­stać. "Przez ostat­nie dwa lata całe moje życie roz­gry­wało się tylko mię­dzy nie­bem a zie­mią..." - pomy­śla­łem, jed­no­cze­śnie wyobra­ża­jąc sobie, co by się stało, gdyby teraz zamilkł sil­nik MiG-a.

Wyko­na­łem drugi prze­wrót, tym razem w prawo. Znów pomkną­łem w dół ku ziemi, aby nabrać pręd­ko­ści i nową pio­nową figurą wypry­snąć w górę. Sil­nik na peł­nych obro­tach pchał MiG-a do następ­nej pętli, ale tym razem cią­gną­łem nieco mniej, bałem się zbyt dłu­giej utraty świa­do­mo­ści i posta­no­wi­łem robić to z więk­szym wyczu­ciem. W słu­chaw­kach heł­mo­fonu usły­sza­łem zna­jomy głos kie­row­nika lotów, który żądał mel­dunku o samo­po­czu­ciu i aktu­al­nej wyso­ko­ści.

- Wyko­nuję - zamel­do­wa­łem. - Wyso­kość sześć pięć­set...

I nie prze­ry­wa­jąc czyn­no­ści w kabi­nie, wsze­dłem w kolejną pętlę. Ale kiedy docho­dzi­łem do ple­co­wego poło­że­nia, oce­ni­łem, że nie­stety na dodat­kowy ruch drążka jest już za późno; zbyt szybko wytra­ci­łem pręd­kość - i tak jak przy­pusz­cza­łem - zawi­sną­łem na pasach do góry nogami i pod­par­łem głową o osłonę kabiny. Z sekundy na sekundę samo­lot sta­wał się bar­dziej miękki, nie­mrawy i coraz mniej ste­rowny; niby utru­dzony wspi­naczką tater­nik, któ­remu zaczyna bra­ko­wać sił na zdo­by­cie szczytu. Mój MiG wciąż dra­pał się w górę, żeby przejść przez górny sek­tor ogrom­nia­stej pętli. Spod kata­pul­to­wego fotela sypał się pia­sek, grudki dawno zeschnię­tego błota, jakieś odpry­ski farby jak zabłą­kane płatki śniegu i pył; natręt­nie wci­skał się pod powieki, zapró­szał oczy. Gdyby nie maska tle­nowa, prze­do­stałby się do nosa i ust. Kurwa mać... ale ze mnie dupa wołowa... Maszyna trzę­sła się jak fur­manka jadąca po wybo­jach i nale­żało natych­miast nieco odpu­ścić stery. Następne sekundy mijały niczym na zwol­nio­nym fil­mie.

Trwa­łem w tym par­szy­wym sta­nie, tkwi­łem jak po uszy w gów­nie i nic nie mogłem zro­bić oprócz pod­szy­tego coraz więk­szym stra­chem cze­ka­nia. Deli­kat­nie poru­szy­łem luź­nym drąż­kiem ste­ro­wym, ale nie uzy­ska­łem żad­nej reak­cji. Wciąż zbyt mało powie­trza opły­wało skrzy­dła. Dźwi­gnia ciągu od dawna była cał­ko­wi­cie w przo­dzie i nie była już w sta­nie wyci­snąć nawet ździebka szyb­ko­ści z maszyny. A mimo to pcha­łem żółtą dźwi­gnię, choć dosko­nale zda­wa­łem sobie sprawę, że lecę na mak­sy­mal­nych obro­tach, a sil­nik dał już z sie­bie wszystko. Mia­łem wra­że­nie, że tkwię nie­ru­chomo w powie­trzu, że nie­mal nic nie ważę. Wisia­łem jak zawie­szony na nitce. MiG był w tej chwili tylko bez­władną kupą metalu, która wisiała cztery kilo­me­try nad kosza­liń­ską zie­mią. Był pozba­wiony pręd­ko­ści, a przez to moż­li­wo­ści jakie­go­kol­wiek manew­ro­wa­nia. Cze­ka­łem. Wystar­czył jeden nie­sko­or­dy­no­wany ruch, jeden nie­wielki błąd, a wypra­wię sie­bie do wiecz­no­ści i zasłynę w pol­skim lot­nic­twie jako kolejny kor­ko­cią­go­wiec. Czu­łem, że drżą mi ręce. Gdzieś ulot­niła się pre­cy­zja ruchów drąż­kiem. Jesz­cze długa niczym wiecz­ność chwila i nie­zno­śność poło­że­nia zaczy­nała w końcu powoli ule­gać zmia­nie. MiG nie­chęt­nie, śla­ma­zar­nie, choć maje­sta­tycz­nie opusz­czał swój tępy nochal pod widziany w dali hory­zont.

Burza fru­wa­ją­cego dookoła pyłu usta­wała. Samo­lot prze­cho­dził już ple­cowe poło­że­nie i łagod­nie spa­dał w stronę matki ziemi. Pręd­kość wzra­stała wresz­cie i myśli­wiec zare­ago­wał rado­śnie jak rasowy koń na wyści­go­wej goni­twie. Nie­bez­pie­czeń­stwo minęło i zaczą­łem docho­dzić do sie­bie. Zmniej­szy­łem obroty tur­biny sil­nika, wypu­ści­łem hamulce aero­dy­na­miczne i kiedy prze­szedł do lotu hory­zon­tal­nego, popra­wi­łem się w kabi­nie i roz­luź­ni­łem obo­lałe mię­śnie. Nie­mal kipia­łem ze zło­ści, bo w gorączce lotu nie pomy­śla­łem nawet, że może się stać coś takiego.

"Odpręż się do cięż­kiej cho­lery..." - zga­ni­łem sam sie­bie. Idąc z rosnącą pręd­ko­ścią coraz niżej, wra­ca­łem do świa­do­mo­ści.

To nie było dobre i musia­łem powtó­rzyć figurę. Wyrów­na­łem na wyso­ko­ści dwóch tysięcy metrów, scho­wa­łem hamulce i pchną­łem żółtą dźwi­gnię mak­sy­mal­nie do przodu, sta­ra­jąc się wyci­snąć dodat­kowe kilo­gramy ciągu z sil­nika. Biała strzałka pręd­ko­ścio­mie­rza po lewej stro­nie celow­nika sko­czyła na war­tość sze­ściu­set kilo­me­trów na godzinę. Pod samo­lo­tem prze­mknęły kolo­rowe pola pod Boni­nem. Przez chwilę czu­łem prze­cią­że­nie 5 g. MiG zako­ły­sał się, gdy pocią­gną­łem nos maszyny ku górze. Teraz było dobrze, dokład­nie trzy­sta pięć­dzie­siąt kilo­me­trów na godzinę w ple­co­wym poło­że­niu. Znów pocią­gną­łem do immel­mana, wysze­dłem z niego, waląc się znowu w odwró­cone nur­ko­wa­nie. Jesz­cze zostały beczki na wzno­sze­niu i w nur­ko­wa­niu...

Pętla, beczka w lewo, prze­wrót, immel­man, beczka w prawo, wszystko już spo­koj­nie, nie tra­cąc pano­wa­nia nad maszyną ani na sekundę, tak jak wyma­gał tego Biał­kow­ski. Linia hory­zontu wypra­wiała cuda, cza­sami nad głową widzia­łem niebo, cza­sami pro­sto­kąty i kwa­draty pól o róż­nych odcie­niach zie­leni. Byłem zde­cy­do­wa­nym entu­zja­stą lot­ni­czej akro­ba­cji.

Chwile odpo­czynku i reflek­sji po wyczer­pu­ją­cych lotach w moim hote­lo­wym pokoju

Wra­ca­łem na lot­ni­sko pod cię­ża­rem obo­jęt­nego nieba, któ­rego błę­kit był wciąż tak surowy jak świeżo poło­żona farba.

Gra­molę się z kabiny. Jak zawsze czuję ożyw­czy oddech wia­tru - to pierw­sze wra­że­nie. W tym odde­chu i smak, i zapach, i dotyk, i dźwięk.

Mają rację sta­rzy lot­nicy - aby w lot­nic­twie ucho­dzić za dobrego, konieczna jest sze­roka, wciąż uzu­peł­niana wie­dza i... mor­der­czy wprost tre­ning w powie­trzu.

Wto­rek, 18 listo­pada 1962 r.

Sorry

Syreny alar­mowe roz­ję­czały się krótko przed świ­tem - w całym osie­dlu, kosza­rach i na lot­ni­sku jed­no­cze­śnie. W chłod­nym powie­trzu wil­got­nego, listo­pa­do­wego poranka wznosi się i opada jękliwe wycie alar­mowej syreny. Już obu­dzony zbie­gam z hote­lo­wych scho­dów z nie­od­łączną, miękką lot­ni­czą torbą.

Poże­gna­łem się wresz­cie z reszt­kami snu. Zbu­dzi­łem się i jak roz­pę­dowe koło zama­chowe wol­niutko nabie­ram coraz szyb­szych obro­tów... Z róż­nych stron zaspa­nego osie­dla, spo­mię­dzy budyn­ków pędzą inni: ludzie tech­nicz­nej obsługi, spe­cja­li­ści ubez­pie­cze­nia lotów, służba ochrony, medyczna, kole­dzy piloci.

Gdy auto­bus mija bramę lot­ni­ska, część mecha­ni­ków jest już na sto­isku samo­lo­tów po zachod­niej stro­nie han­garu. Wypchnięte z ciem­nego wnę­trza i sto­isk cię­ża­rowe, zie­lone "Robury" wycią­gają maszyny w różne miej­sca na lot­ni­sku: w ziemne obwa­ło­wa­nia, zalot­ni­skowe zabu­do­wa­nia, do lasu. To pokło­sie doświad­czeń z izra­el­sko-egip­skiej wojny sze­ścio­dnio­wej 1967 roku. Wtedy usta­wione pod sznu­rek na lot­ni­sko­wych sto­iskach egip­skie samo­loty zostały roz­strze­lane z powie­trza. Z 740 samo­lo­tów anty­izra­el­skiej koali­cji w pierw­szym ataku znisz­czono 400.

W budynku wieży portu lot­ni­czego są już nie­mal wszy­scy. Dowódcy eskadr zło­żyli mel­dunki o sta­nie ludzi i sprzętu. Mete­oro­log obja­śnia stan aury: fronty... chmury... chmury... chmury - dolna pod­stawa czte­ry­sta metrów, górna powierzch­nia osiem-dzie­więć tysięcy. Nie polep­szy się szybko. W Gole­nio­wie, Świ­dwi­nie, Słup­sku, Babich Dołach tak samo... wszę­dzie trzy­sta-czte­ry­sta metrów. W Gole­nio­wie pada, ciśnie­nie...

Stu­dio­wa­łem wzro­kowo zawie­szoną na ścia­nie mapę pogody, uzna­jąc, że te loty to chyba nieco ryzy­kowny plan. Niebo za oknem było nie­po­ko­jąco ciemne i nie­mal wszystko wska­zy­wało na to, że pułap jesz­cze się obniży. Podej­rze­wa­łem, że aura prze­kre­ślić może opty­mizm Służby Mete­oro­lo­gicz­nej Wojsk Lot­ni­czych RP. Żeby tylko nie poku­siła się o to, gdy będziemy w powie­trzu...

Dowódca pułku mjr Zdzi­sław Stre­lau zawsze wyglą­dał, jakby przy­go­to­wy­wał się do defi­lady. Jego koszula, mun­dur, buty były bez zarzutu, jak nowe. Krótko infor­muje o sytu­acji ope­ra­cyjno-tak­tycz­nej, wska­zuje na potrzebną rubież wpro­wa­dze­nia do walki; gruba czer­wona linia poło­żona jest w odle­gło­ści jakichś trzy­dzie­stu kilo­me­trów od linii wybrzeża Koło­brzeg-Mielno-Dar­łowo.

- Z pół­noc­nych rejo­nów Związku Radziec­kiego spo­dzie­wam się nalotu samo­lo­tów bom­bo­wych Tu-95 i Tu-16 - mówi. - Mogą iść wzdłuż naszej mor­skiej gra­nicy kory­tem Morza Bał­tyc­kiego, a potem przez Niemcy, Cze­chy, Węgry i Buł­ga­rię.

Samo­dzielne przy­go­to­wa­nie do lotów na lot­ni­sku polo­wym Pie­nięż­nica. Od przodu ku tyłowi ppor. Kar­wow­ski, autor, Brańka, Porzu­czek

Roz­dziela zada­nia. Pre­cy­zują je dowódcy eskadr Biał­kow­ski, Żmin­kow­ski, Woło­je­wicz. Przy­dzie­lają samo­loty, wyzna­czają kolej­ność dyżu­ro­wa­nia w goto­wo­ści do startu, łączą nas w grupy na wypa­dek zespo­ło­wych dzia­łań.

Nie ma pytań, jedziemy do domku pilo­tów, nakła­damy kom­bi­ne­zony i... kawka. Nie­któ­rzy wzięli się za czy­ta­nie, inni grali w karty, kilku chwy­ciło dodat­kowe chwile snu, ale wszy­scy byli ubrani i gotowi do akcji. Docho­dzi piąta... Porucz­nik Dzie­kan, Chy­la­szek, Rejew­ski, Brańka, Matu­szak już bie­gną do samo­lo­tów. Wcho­dzi na obroty pierw­szy uru­cha­miany sil­nik. Powoli roz­kręca się lot­ni­skowe koło zama­chowe. Puł­kowa machina ruszyła, nabiera pędu. Pierw­sze MiG-i peł­zły powoli w stronę star­to­wego pasa.

Nie mogę oprzeć się dziw­nemu wra­że­niu. Jest jakaś potworna nie­zdar­ność w ruchu myśliwca na ziemi. Jesz­cze ist­nieją osobno, oddziel­nie: pilot w kabi­nie roz­glą­da­jący się bacz­nie dookoła, zro­śnięty wciąż z zie­mią i piękny, aero­dy­na­micz­nie dopra­co­wany w szcze­gó­łach, smu­kły kształt samo­lotu stwo­rzony do zupeł­nie innego świata, do obra­ca­nia się w zupeł­nie innym żywiole. Ale wła­śnie pod­czas tego krót­ko­trwa­łego koło­wa­nia na start, nastę­puje ten nie­do­strze­galny akt peł­nego zespo­le­nia czło­wieka z maszyną. Myśli­wiec dopiero w powie­trzu nabiera życia i nie tylko pod­daje się woli i inten­cjom pilota, ale zazwy­czaj odzwier­cie­dla także jego wigor, jego tem­pe­ra­ment. Po praw­dzie, ni­gdy tak do końca nie zdo­ła­łem prze­my­śleć, w jaki spo­sób się to doko­nuje. Pochło­nięty czyn­no­ściami w kabi­nie przed star­tem myślę raczej o pre­cy­zyj­nym wyko­na­niu cze­ka­ją­cego mnie zada­nia, o warian­tach jego reali­za­cji, o bez­piecz­nym powro­cie do bazy.

- Porucz­nik Goto­wała goto­wość numer jeden... - przy­nosi pole­ce­nie gło­śnik. Jesz­cze koń­cowy haust nie­mal zim­nej już kawy. Na lot­ni­sku mokrym od rosy roz­dzie­rane rykiem sil­ni­ków star­tu­ją­cych maszyn powie­trze drży i wibruje. Mój 1104 stoi ukryty w lesie na zakolu drogi mani­pu­la­cyj­nej i kie­rowca dyżur­nej nyski pod­wozi mnie pod maszynę.

Dwie minuty póź­niej pchną­łem dźwi­gnię ste­ro­wa­nia sil­ni­kiem za zapadkę dopa­la­nia z myślą wzbi­cia się w błę­kit nieba. Ale za moment prze­ko­na­łem się, że nie ma mowy o błę­ki­cie: zupa, w któ­rej odtąd mia­łem bro­dzić nie­mal godzinę, cią­gnęła się bez końca. Według "meteo" chmury miały się koń­czyć na dzie­wię­ciu tysią­cach, tym­cza­sem nawi­ga­tor napro­wa­dza­nia zosta­wił mnie na sze­ściu. Zatem zano­siło się na grę w berka w wiel­kiej sza­ro­ści.

Czuję pod­skór­nie, że cel musi być gdzieś dia­bel­nie bli­sko potrzeb­nej rubieży wpro­wa­dze­nia do walki. Orien­tuję się po tej sta­now­czej komen­dzie, że pode­rwany zosta­łem w powie­trze nieco za późno. Cel znaj­duje się już nie­da­leko, zbliża się do obiek­tów ude­rze­nia - o wyniku star­cia zde­cy­duje tylko wyszko­le­nie. A więc dla mnie naj­waż­niej­szym pro­ble­mem jest dokładne wyko­ny­wa­nie komend kpt. Ryszarda Żołę­dziow­skiego, prze­ło­żo­nego wszyst­kich puł­ko­wych nawi­ga­to­rów napro­wa­dza­nia. On widzi wszystko na ekra­nie radio­lo­ka­tora, potrafi wyli­czyć miej­sce mojego spo­tka­nia z celem i zabez­pie­czyć mi wstępną prze­wagę tak­tyczną nad prze­ciw­ni­kiem, wypro­wa­dza­jąc mnie na cel z naj­do­god­niej­szego kie­runku. Albo więc go zła­pię nieco przed tą rubieżą i "znisz­czę", albo też nie zdo­łam go prze­chwy­cić i wykona zada­nie - zbom­bar­duje Kosza­lin, naszą bazę lot­ni­czą czy gry­fic­kie zgru­po­wa­nie rakie­towe.

Nie wiem, gdzie jest. Nie orien­tuję się wcale, czy wysoko, czy może nisko, ale wiem, że za wszelką cenę muszę go prze­chwy­cić i to moż­li­wie daleko przed rubieżą wyko­na­nia przez jego załogę zada­nia.

Dostaję wstępny, pół­nocno-zachodni kurs. Pode mną pogrą­żona w poran­nym mroku zie­mia, która wygląda jak pla­styczna kom­po­zy­cja. Czy­tam z niej jak z otwar­tej księgi. Pro­sto­kątne pola, śmiałe linie dróg, wio­ski, miej­sco­wo­ści, osie­dla i kościoły roz­rzu­cone wokół niby fan­ta­zją arty­sty. Ten roz­le­gły przy­mglony nieco obraz pode mną ma jakże bogatą treść, ume­blo­waną przy tym tak roz­sąd­nie i solid­nie. Ciemna, roz­iskrzona gdzie­nie­gdzie świa­tłami plama Kosza­lina umyka za koń­cówką pra­wego skrzy­dła i nie­mal natych­miast wcho­dzę w chmury.

Cele zostały ter­mi­nowo wykryte i są śle­dzone. Wystar­czy spraw­nie wystar­to­wać, prze­chwy­cić i znisz­czyć. W dro­dze na pas star­towy...

Dookoła robi się szaro. Świa­do­mość poziomu i pionu tak zwy­kłą, że w ogóle nie myślimy o niej, cho­dząc po uli­cach miast - teraz, wobec braku wszel­kich ukła­dów odnie­sie­nia, muszę zastą­pić surową dys­cy­pliną, pod­po­rząd­ko­wać się bez­względ­nie obo­wią­zu­ją­cym pra­wom lotu bez widocz­no­ści. To nie jest tak pro­ste, jak by się wyda­wało - swoją wyobraź­nię muszę zastą­pić skru­pu­latną obser­wa­cją wska­zó­wek wielu przy­rzą­dów, wielu wskaź­ni­ków i skal. Poko­nać chmury to zna­czy płyn­nie czy­tać żółte cyfry na roz­licz­nych tar­czach pokła­do­wych wskaź­ni­ków, to zna­czy dzie­lić swą uwagę tak, by widzieć jed­no­cze­śnie sztuczny hory­zont i wario­metr, pręd­ko­ścio­mierz i wyso­ko­ścio­mierz, busolę, auto­ma­tyczny radio­kom­pas i wskaź­nik liczby Macha, a także przy­rządy kon­tro­lu­jące pracę sil­nika, to zna­czy wszyst­kie wskaź­niki trzy­mać na z góry prze­wi­dzia­nych war­to­ściach skal.

A prze­cież wiem, że choć te strzałki dosko­nale tłu­ma­czą zja­wi­sko lotu i okre­ślają jego warunki, to nie two­rzą nie­stety obrazu ota­cza­ją­cego mnie świata. Trzeba wyjść nad zbeł­taną mie­sza­ninę chmur, by twardo sta­nąć na nogi, bo żaden naj­lep­szy nawet sztuczny hory­zont nie zastąpi tego praw­dzi­wego na kra­wę­dzi ziemi i nieba.

Drą­żek ste­rowy pod­cią­gam lekko na sie­bie, poma­ga­jąc try­me­rem, dźwi­gnia ste­ro­wa­nia sil­ni­kiem do przodu. Idę w górę i mrok pochła­nia mnie natych­miast, auto­ma­tycz­nie włą­cza się czer­wona poświata oświe­tle­nia przy­rzą­dów. Tajem­ni­czy przed­smak zacza­ro­wa­nej kra­iny. Całą uwagę sku­piam teraz na kabi­no­wych przy­rzą­dach - wiem, że za trzy, cztery minuty poranne słońce zło­tymi iskrami zagra rado­śnie na krót­kich skrzy­dłach i osło­nie kabiny myśliwca.

- Trzy­sta jede­na­sty, popraw w lewo na trzy­dzie­ści, wyso­kość dzie­więć tysięcy...

- W lewo na trzy­dzie­ści i dzie­więć...

Suchy, rze­czowy język lot­ni­czej kore­spon­den­cji. Krótki - nie zabiera dro­go­cen­nego czasu, nie zaj­muje eteru, a wyraża wszystko. Wszystko z wyjąt­kiem może uczuć, któ­rym pod­lega prze­cież każdy na ziemi, na morzu i w powie­trzu. Uczu­cia zazwy­czaj prze­szka­dzają nam w jasnym okre­śla­niu sytu­acji, a prze­cież jedy­nie roz­wią­za­nia sytu­acji liczą się tak naprawdę. Zda­nie nastę­puje po zda­niu jak dobrze wyuczone hasło i odzew. Szyb­kie, zupeł­nie bez­barwne, jedy­nie prze­ra­ża­jąco rze­czowe.

Chmury leżały dwiema war­stwami. Z pierw­szej wysze­dłem na trzech i pół tysią­cach, ale zaraz na czte­rech osiem­set wsze­dłem w drugą, jesz­cze ciem­niej­szą. Idę na mini­mal­nym dopa­la­niu. Trzy­mam dziób MiG-a wysoko w górze, pozioma linia hory­zontu pozo­sta­wała głę­boko w dole. MiG wznosi się szybko, prze­bi­ja­jąc się przez gęste chmury, wypa­da­jąc z nich co jakiś czas w jaśniej­sze poła­cie wil­goci i znów wśli­zgu­jąc się w mętną biel. Nieco wyżej zaczęło tro­chę jaśnieć, chmury wokół z sza­rych robią się biel­sze, światu wokół przy­bywa kolo­rów, słońce cza­ro­dziej musiało być tuż tuż.

6000 metrów. W chmu­rach, które z całą pew­no­ścią za moment znajdą się pode mną, świa­tło zała­mie się jak w bajecz­nym pry­zma­cie. Oto­czy mnie wokół kłę­bo­wi­sko barw. Mete­oro­lo­dzy mówią wtedy "tęcza" - ale to oczy­wi­ście fachowe poję­cie, zwy­kły banał. Bo w rze­czy­wi­sto­ści jest tak, że każdy wyraźny kolor, każda siódma część tej tęczy roz­bija się na dodat­kowe, całe tysiące odcieni. I wiem, że będę podą­żał mostem z sied­miu aż tysięcy barw.

Nie wspo­mi­nał o tym mjr Stre­lau pod­czas sta­wia­nia zadań. To nieco inny czło­wiek, nad­zwy­czaj spo­kojny, melan­cho­lijny, sta­now­czy, choć nie­praw­do­po­dob­nie powolny na ziemi. Za jego ple­cami nazy­wa­li­śmy go "bisku­pem". Wysoki czter­dzie­sto­letni major nie pił, nie palił, ni­gdy nie prze­kli­nał - poza to, czy rze­czy­wi­stość... - nikt nie potra­fił tego jed­no­znacz­nie okre­ślić. Kie­dyś w cza­sie kubań­skiego kry­zysu pierw­sza i druga eska­dra stały na polo­wym lot­ni­sku w Pło­tach, trze­cia w Zegrzu. Nie wolno było ani na krok odda­lić się z lot­ni­ska, nawet żon­ko­sie nie byli w sta­nie wyrwać się w nocy do Rosnowa "na kozaczka", tuż za las do osie­dla, w któ­rym miesz­ka­li­śmy.

To był pech, że z moim przy­ja­cie­lem Bol­kiem Soba­nią mie­li­śmy umó­wione dziew­czyny w kawiarni z dan­cin­giem Malutka, w odda­lo­nym zale­d­wie o trzy­dzie­ści kilo­me­trów od Zegrza Bia­ło­gar­dzie, w sobotę o sie­dem­na­stej. Piękne dziew­czyny, jak malo­wane, palce lizać... cho­lerny świat...

Bolek miał bzika na punk­cie siły i spraw­no­ści. Od razu zdo­był sobie uzna­nie u moich dziew­cząt, kiedy zapo­zna­wa­łem go z nimi. Gdy weszli­śmy do głów­nej sali Malut­kiej, roz­glą­dał się cie­ka­wie.

- Czy to te dwie łanie, co sie­dzą tam w rogu?

- Tak, to one - odpo­wie­dzia­łem i poma­cha­łem ręką.

- Niczego sobie - oce­nił fachowo. - Naprawdę niczego sobie...

Pode­szli­śmy z gra­cją i przed­sta­wi­łem Bolka, który w posta­wie na bacz­ność leciutko skło­nił głowę. Vio­letta miała jasne blond włosy - za krót­kie, żeby mogła je wią­zać w koń­ski ogon, lekko pod­krę­cone z przodu, się­gały jej poni­żej uszu. Od razu uśmiech­nęła się do niego pro­mie­ni­ście i spy­tała:

- Pan jest tym kolegą Jurka, o któ­rym mi tak barw­nie opo­wia­dał? Czy pan także jest pilo­tem? To jest Kaśka... - wska­zała na przy­ja­ciółkę.

- Tak, pro­szę pani. Ja też jestem stuk­nięty - grzecz­nie odpo­wie­dział Bolek.

Violka roze­śmiała się per­li­ście. - To do lata­nia trzeba mieć fioła?

- Tak. Trzeba być nie­źle kop­nię­tym, by wpaść w coś takiego jak awia­cja... - odpo­wie­dział Bolek z powagą w gło­sie. - Niech pani mi wie­rzy, jedy­nie praw­dziwi maniacy na to przy­stają...

Bolek, "sek­su­alna petarda z Kwi­dzy­nia", był cho­ler­nie przy­stoj­nym bru­ne­tem o czar­nych oczach i zębach pro­sto z Hol­ly­wood, odsła­nia­nych w urze­ka­ją­cym uśmie­chu. Sze­roka żuchwa i dołe­czek w bro­dzie pozwa­lały się domy­ślać, że za ujmu­ją­cym uśmie­chem kryje się wyjąt­kowo silny pod­ry­wacz. Lep­szego modela do rekla­mo­wa­nia lot­nic­twa OPK nie można było zna­leźć. Prze­wi­dy­wa­łem, że jeśli zde­cy­duje się pozo­stać w armii, z całą pew­no­ścią zdo­bę­dzie gene­ral­skie szlify. Spo­kojny i pewny sie­bie, do tego cho­ler­nie dobry pilot. Chło­pak miał talent, ale co rów­nie ważne - dużo szczę­ścia. Kobiety łatwo ule­gały uro­kowi Bolka. Też jesz­cze nie był żonaty i poza lata­niem miał tylko dwie pasje: sport i lice­alistki. Nie dzi­wiło mnie, że cho­dził jak struty, wresz­cie przy­le­ciał do mnie z kar­ko­łom­nym pomy­słem.

- Lecisz na kon­trolę ze "sta­rym" do strefy.

- Lecę...

- Słu­chaj. Zrób ją na mikado, a jak cię pochwali, poproś o zwol­nie­nie dla nas obu na sobotę i... kawa­łe­czek nie­dzieli. Wró­cimy w połu­dnie... Musisz przy tym zasu­ge­ro­wać, grzecz­nie zasu­ge­ro­wać, jeśli cho­dzi o ści­słość, iż nasz wyjazd będzie naj­lep­szym spo­so­bem psy­chicz­nej rege­ne­ra­cji jego pilo­tów w tak trud­nej sytu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej...

Jego zawsze dobry nastrój i cięty język dobrze dzia­łały na wszyst­kich wokół. Miał poczu­cie humoru i zdol­ność dobie­ra­nia słów tak, że wystar­czyło mu ich kilka, aby powie­dzieć wszystko o spra­wie, co chciał.

Par­sk­ną­łem, dając do zro­zu­mie­nia, jakie wydaje mi się to nie­sto­sowne.

- Dla­czego ja? - popa­trzy­łem na niego jak na wariata. Pomysł był pod­cho­rą­żacko sza­tań­ski. W kate­go­riach woj­sko­wych zupeł­nie nie do przy­ję­cia. Zmarsz­czył brwi. Patrzył mi pro­sto w oczy, sta­ra­jąc się zmu­sić mnie do opusz­cze­nia wzroku.

- No bo ty lecisz - odparł przy­tom­nie. - Nie wydzi­wiaj, dziew­czyn żal... Nie będą cze­kały, są kapry­śne jak gwiazdy fil­mowe. Chło­pie! Mam tyle ener­gii, że wprost muszę roz­sie­wać swój pyłek, że tak się wyrażę, już, natych­miast...

Czarne oczy Bolka wypeł­niało roz­ma­rze­nie. Zupeł­nie jakby nie sły­szał moich wąt­pli­wo­ści.

- Mów do mnie jesz­cze...

I dal­sza roz­mowa zeszła oczy­wi­ście na roz­wa­ża­nia na temat nie­mal pew­nych roz­ko­szy ocze­ku­ją­cych na nas w Bia­ło­gar­dzie. Słu­cha­łem tego scep­tycz­nie, niczym dziecko wysłu­chu­jące opo­wie­ści wujka, który w dzie­ciń­stwie musiał brnąć codzien­nie sie­dem kilo­me­trów po śniegu do szkoły w Kwi­dzy­nie. Wresz­cie wzru­szył ramio­nami, patrząc gdzieś poza mnie.

- Powiem ci starą prawdę... Oka­zje codzien­nie nie pukają do naszych drzwi - powie­dział wolno. - Sły­sza­łeś kiedy o tym? A jeśli tego nie zro­bisz, to będzie mała skaza na naszej dotych­cza­so­wej przy­jaźni...

Następ­nie przy­braw­szy surowy wyraz twa­rzy, dodał od nie­chce­nia:

- I ni­gdy ci tego nie zapo­mnę, Jerzy, ni­gdy...

- Co ty nie powiesz! Jest u was w rodzi­nie wię­cej takich bystrzy­ków? I daj mi wresz­cie spo­kój, ty eks­per­cie od taj­nych ope­ra­cji...

- Nie zro­zum mnie źle - zastrzegł się w jed­nej chwili. - Ale zda­rzają się sytu­acje, kiedy musimy być, że tak powiem... bar­dziej pomy­słowi. Tylko spo­koj­nie. Idź już...

- Wyobra­żam sobie...

Jesz­cze w trak­cie krę­ce­nia strefy odkry­łem, że pomysł nie jest naj­gor­szy, tym bar­dziej że wszystko wycho­dziło jak należy. Odkrę­ci­łem strefę, jak umia­łem naj­le­piej. Po locie zamel­do­wa­łem się zgrab­nie "sta­remu".

- Dobrze, porucz­niku. - Widać było, że jest zado­wo­lony. - Nie mam uwag, ocena pięć... - odwró­cił się na pię­cie i zro­bił trzy, może cztery kroki, gdy się zde­cy­do­wa­łem.

- Panie majo­rze... - zatrzy­ma­łem go w pół kroku, sta­wia­jąc dobrą dotych­czas opi­nię o sobie na jedną kartę.

- Tak, słu­cham...

- Wiem, że kry­zys kubań­ski, że goto­wość bojowa i te rze­czy. Ale mam sprawę nie­mal życiową. Pozna­łem dziew­czyny. Cudo, panie majo­rze. Bri­gitte Bar­dot, a może nawet ciut lepiej. I czy mogli­by­śmy z porucz­ni­kiem Soba­nią wysko­czyć na popo­łu­dniową sobotę i... ździebko nie­dzieli...

Spoj­rzał na mnie spod groź­nie ścią­gnię­tych brwi. Na twa­rzy malo­wało się zdu­mie­nie połą­czone z nie­do­wie­rza­niem i już wie­dzia­łem, że prze­gra­li­śmy z kre­te­sem. Wtedy dopiero uświa­do­mi­łem sobie, co wła­ści­wie powie­dzia­łem. Wysze­dłem prze­cież na aro­ganc­kiego porucz­nika, suge­ru­ją­cego poważ­nemu majo­rowi, dowódcy myśliw­skiego pułku, jaki powi­nien być opie­kuń­czy dla swo­ich pod­wład­nych. I coś jesz­cze stało się nagle jasne. Tak jasne, że wręcz bole­sne.

Stre­lau wzniósł oczy do góry w geście nie­mej roz­pa­czy.

- Matko Boska na wyso­ko­ściach! - wykrzyk­nął gło­śno. - Czy wy rze­czy­wi­ście nie macie co robić? Dziew­czyny? A goto­wość, porucz­niku? Czy wy cho­ciaż tro­chę wczu­wa­cie się w napiętą, mię­dzy­na­ro­dową sytu­ację poli­tyczno-mili­tarną? Świat na kra­wę­dzi wojny, a oni... dziew­czyny. Sza­leju żeście się naje­dli czy co?

I poszedł. Ale po paru kro­kach odwró­cił się z leciut­kim uśmiesz­kiem.

- Dam odpo­wiedź...

Bolek był nie­po­cie­szony. "Taka strata, rozu­miesz... Taka strata... Takie dupy..." - nie mógł prze­bo­leć. Nie wie­dzieć czemu był świę­cie prze­ko­nany, że jego plan się powie­dzie.

- Ale jest nadzieja.

- Nadzieja... przy "sta­rego" kosmicz­nej szyb­ko­ści podej­mo­wa­nia decy­zji prze­srana sprawa.

W sobotę nie było lotów. Cztery godziny zajęć z "impe­ria­li­zmu", potem czynny wypo­czy­nek - siat­kówka. Bolek przy­le­ciał do mnie po dwóch roze­gra­nych setach.

- Jedziemy - powie­dział. - Wymkniemy się po cichutku lasem, sta­rym pod­cho­rą­żac­kim spo­so­bem. Nikt nie będzie wie­dział...

- Nie jadę.

- Jedziesz i koniec. W końcu to ty je przy­gru­cha­łeś...

Poczu­łem na sobie zły wzrok Bolka. Spoj­rza­łem w te jego zimne oczy pod ścią­gnię­tymi zło­ścią brwiami i zro­zu­mia­łem, że ten napa­lony syn Soba­niów uważa mnie albo za tchó­rza, albo za kom­plet­nego głupca. I poje­cha­li­śmy. Oczy­wi­ście było wspa­niale. Zapo­mnie­li­śmy o lotach, o "sta­rym", o kubań­skim kry­zy­sie i gorą­cym świe­cie na kra­wę­dzi wojny. W nie­dzielę przed połu­dniem znowu byli­śmy na lot­ni­sku. I nikt na naszą nie­obec­ność nie zwró­cił nawet uwagi.

Naj­pierw mijały pierw­sze godziny nie­pew­no­ści. Potem jedna, druga doba - nie było żad­nej reak­cji. W czwar­tek mjr Biał­kow­ski wysłał mnie do sztabu na drugą stronę lot­ni­ska po mapy do puł­ko­wego ude­rze­nia na cele naziemne poło­żone nie­da­leko Solca Kujaw­skiego. Z rulo­nem map pod pachą roz­ma­wia­łem na szta­bo­wym kory­ta­rzu z uro­czą panną Marzeną, sekre­tarką szefa sztabu pułku, gdy otwo­rzyły się jakieś drzwi i wyszedł dowódca. Sfron­to­wa­łem prze­pi­sowo ze stuk­nię­ciem obca­sami. Prze­szedł obok, po czym odwró­cił się na moment.

- Aha! Niech będzie... Może­cie sko­czyć do tego Bia­ło­gardu. Tylko na sobot­nie popo­łu­dnie i wie­czór... Rozu­miemy się...

- Tak jest, panie majo­rze... - Bolek miał rację. "Stary" miał nieco prze­dłu­żony prze­wód myślowy. A do Bia­ło­gardu sko­czy­li­śmy oczy­wi­ście...

Jesz­cze zwięk­szam kąt wzno­sze­nia, krótka strzałka wyso­ko­ścio­mie­rza minęła sie­dem tysięcy metrów. Mój MiG jest wciąż lekki, zwinny i posłuszny - jest dla mnie zabawką, wię­cej niż maszyną, która nie­sie mnie na spo­tka­nie z "nie­przy­ja­cie­lem". Każda cząstka maszyny pra­co­wała dokład­nie, ryt­micz­nie, nie­mal mono­ton­nie, z uczci­wo­ścią dosko­nale skon­stru­owa­nego robota. Nie­spo­dzie­wa­nie maszyną zatrzę­sło na krótko, zna­la­złem się w roz­le­głej stre­fie krót­kich, ale sil­nych tur­bu­len­cyj­nych potrzą­sań, szar­pań, ude­rzeń jak w febrze. Moment sze­dłem w górę, jak­bym moim szyb­kim fia­ci­kiem 850 jechał po kocich łbach albo pofał­do­wa­nej bla­sze archa­icz­nej, ręcz­nej pralki. Sza­ro­czarny stra­tus dymił wokół jak ogromny kocioł gotu­ją­cej się smoły; sze­dłem poprzez te poszar­pane wia­trem opary, rzad­sze z pew­no­ścią niż wnę­trze cumu­lo­nim­busa, ale tak samo zdra­dliwe. Szar­pany tur­bu­len­cją samo­lot przy­po­mi­nał począt­ku­ją­cego bok­sera na ringu. Rzut oka na wario­metr - wciąż mia­łem trzy­dzie­ści metrów wzno­sze­nia.

- Trzy­sta jede­na­sty, w lewo na trzy­sta sześć­dzie­siąt, cel z lewej, odle­głość czter­dzie­ści.

- W lewo na trzy­sta sześć­dzie­siąt, obser­wuję...

- Cel wyżej trzy tysiące, duży... przy­go­tuj się do skrętu w lewo.

- Gotów...

Jestem na wyso­ko­ści dzie­więć tysięcy pięć­set metrów, gdy radio przy­nosi nową infor­ma­cję.

- Cel przed tobą. Wyko­nuj w lewo... do kursu sto pięć­dzie­siąt...

- Wyko­nuję.

Sma­ruję przez tę chyba ostat­nią już war­stwę chmur i usi­łuję sobie wyobra­zić, gdzie może być mój cel, chciał­bym go już ujrzeć wzro­kowo, mieć go w polu widze­nia. Jestem już bar­dzo bli­sko gór­nej gra­nicy, bo chmury są coraz jaśniej­sze i wiem, że jesz­cze chwila i wysko­czę wprost w kra­inę świa­tła. Dookoła wciąż jesz­cze było szaro, ale nad głową chmury żyły, prze­le­wały się jak kipiące z wiel­kiego garnka mleko. Mignął ostry pro­mień słońca, zaiskrzył się w prze­zro­czy­stej osło­nie kabiny i zgasł rów­nie szybko. Nosem samo­lotu jestem już w słońcu, ogon pew­nie jesz­cze w chmu­rach, gdy...

- Trzy­sta jede­na­sty, w lewo na sto trzy­dzie­ści. Prze­chy­le­nie mak­sy­malne...

Oho! Lep­sza polka... Napro­wa­dził na czo­ło­wych łeb w łeb i teraz stara się napra­wić swój błąd. Naresz­cie... błę­kit nieba! Trzeba było wyjść aż tak wysoko, aby prze­ko­pać się przez war­stwy coraz rzad­szego powie­trza i cięż­kich chmur, żeby go ujrzeć. Drą­żek ste­rowy na lewe kolano, MiG prze­chyla się bły­ska­wicz­nie. Rzut oka po hory­zon­cie - nic. Wresz­cie jestem nad tą ogrom­nie grubą war­stwą stra­tusa. Sztuczny hory­zont wró­cił do poziomu po zakoń­cze­niu zwrotu. Cof­ną­łem dźwi­gnię ciągu o cen­ty­metr do tyłu zmniej­sza­jąc pręd­kość. Wyso­ko­ścio­mierz wska­zy­wał 11 000 metrów. Ależ to była frajda, znowu zoba­czyć słońce nad jed­no­stajną, białą w świe­tle, roz­le­głą rów­niną, jak pusty­nią w śniegu. Lekko pofał­do­wana górna powierzch­nia niczym nie zatrzy­muje mojej uwagi; roz­po­ściera się po krańce wid­no­kręgu wszę­dzie nie­mal taka sama.

Mimo­wol­nie spoj­rza­łem w górę i zamar­łem: tuż nad samą głową ogromne ciel­sko sre­brzy­stego, lśnią­cego w pro­mie­niach słońca bom­bowca. Patrzy­łem oczami wiel­kimi jak kurze jaja na prze­ogromną bestię nad samą głową. Był jakiś taki pła­ski, opły­wowy, ogromny del­fin. Szedł połu­dnio­wym, zgod­nym, nieco koli­zyj­nym kur­sem nie wię­cej niż jakieś dwa­dzie­ścia, może pięć­dzie­siąt metrów wyżej. Na wycią­gnię­cie ręki. Chyba Tupo­lew Tu-95. Cztery tur­bo­śmi­głowe sil­niki "Niedź­wie­dzia" cią­gnęły za sobą gruby bal­da­chim bia­łych, kon­den­sa­cyj­nych smug.

Zdej­muję dopa­la­nie, wypusz­czam hamulce aero­dy­na­miczne, żeby zostać nieco z tyłu. Maszyna zadrżała w pro­te­ście, zwal­nia­jąc rów­nie szybko, jak szybko wcze­śniej przy­śpie­szała. Pasy fotela napięły się, powstrzy­mu­jąc ciało lecące do przodu siłą bez­wład­no­ści. Cię­żar hełmu pochy­lił moją głowę do przodu i tylko z naj­wyż­szym wysił­kiem sta­ra­łem się trzy­mać ją wysoko, obser­wu­jąc szybko potęż­nie­jącą syl­wetkę bom­bowca. Tro­chę tylko wyżej mia­łem wresz­cie swój łup na tle jasnego błę­kitu. Jego gorące sil­niki już sta­no­wiły wyśmie­nitą pożywkę dla gło­wicy wiszą­cej pod lewym skrzy­dłem szkol­nej rakiety. Ale ogon. Teraz dopiero zwró­ci­łem uwagę na ogon. Był jakiś dziwny, trzy sta­tecz­niki pio­nowe. Żaden ruski bom­bo­wiec nie ma aż trzech sta­tecz­ni­ków pio­no­wych. Pew­nie jakaś nowa wer­sja, może maszyna walki elek­tro­nicz­nej?

- Trzy­sta jede­na­sty, odej­ście od celu. To nie jest twój cel. Odchodź natych­miast...

- Cel widzę, duży, cztery sil­niki...

- Odejdź... Powta­rzam: natych­miast odejdź od celu. To roz­kaz.

Po raz pierw­szy głos Żołę­dzia prze­szedł ze swej dotych­cza­so­wej chłod­nej rezerwy do nie­mal krzyku.

- Dobra, zni­kam...

Oddaję nieco stery i natych­miast znowu jestem w chmu­rach. Słońce zga­sło w ułam­kach sekundy. Strzałka wario­me­tru ocho­czo poszła w dół, gdy wypro­wa­dzi­łem na kur­sie stu osiem­dzie­się­ciu stopni. Zaraz uspo­ko­iłem lot, wró­ciła rów­no­waga roz­bie­ga­nych strza­łek na przy­rzą­dach, nie­ru­cho­miały kolejno na zapla­no­wa­nych przeze mnie war­to­ściach. Zwol­ni­łem nacisk ręki na drą­żek ste­rowy; wie­dzia­łem, że muszę być wciąż bar­dzo czujny. Nie odry­wa­łem wzroku od sztucz­nego hory­zontu.

Co się stało? Dla­czego tak cho­ler­nie źle mnie napro­wa­dził? Zła­pa­łem się na myśli, że zro­dziło się we mnie powąt­pie­wa­nie w Żołę­dziow­skiego, powąt­pie­wa­nie w umie­jęt­no­ści, w wie­dzę naj­lep­szego naziem­nego nawi­ga­tora w pułku. Prze­cież z pew­no­ścią z uwagą śle­dził mój znacz­nik pomię­dzy sre­brzy­stymi pla­mami chmur na ekra­nie swego radio­lo­ka­tora. Musiał oczy­wi­ście obser­wo­wać także ten olbrzymi cel.

Jestem lata­ją­cym nawi­ga­to­rem eska­dry. Wiem, że każde powietrzne prze­chwy­ce­nie to bitwa liczb, bitwa zależ­no­ści mię­dzy nimi. Bez doda­nia lub odję­cia od innej, bez porów­na­nia z inną są nie­wiele zna­czą­cym zna­kiem gra­ficz­nym. Dla mnie są ważne, jako zespół potrzeb­nych mi danych kurs, pręd­kość, wyso­kość... Każda z nich z osobna staje się - jak kie­dyś na ćwi­cze­niach z mate­ma­tyki w liceum u prof. Styrny - jedy­nie wiel­ko­ścią, poję­ciem jed­nost­ko­wym. I wiem też, że Żołę­dziow­ski ma wokół sie­bie na sta­no­wi­sku pracy dzie­siątki powietrz­nych sytu­acji zawar­tych w milio­nach prze­ci­na­ją­cych się w prze­strzeni płasz­czyzn. Że ma je prze­li­czone, zapla­no­wane, prze­wi­dziane, że wyniki tych obli­czeń ota­czają je kolum­nami liczb i wykre­sów. On dobrze wie, że jego nie­wielki nawet błąd, nie­wła­ści­wie wybrany i zasto­so­wany wzór, zmie­nia sytu­ację w powie­trzu.

Ale cała ta tajem­ni­cza wie­dza jakby nagle gdzieś umknęła. Gdzie tkwił błąd? Dla­czego na gra­nicy nie­mal stra­tos­fery wypro­wa­dził mnie tak nie­bez­piecz­nie bli­sko celu, na zde­rze­nie nie­mal? Toż to do niego zupeł­nie nie­po­dobne. Jestem wewnętrz­nie prze­ko­nany, że Żołądź teraz z pew­no­ścią inten­syw­nie ana­li­zuje całą sytu­ację, poszu­kuje błędu i że błąd ten znaj­dzie. Z pew­no­ścią użyje w tym celu wszyst­kich dostęp­nych środ­ków. Miał w ręku bate­rię rada­rów zdol­nych do śle­dze­nia celów powietrz­nych i uła­twia­nia wła­snym myśliw­com ich prze­chwy­ce­nie. Ale prze­cież już nie raz doświad­cza­łem, jak to po pro­stu, zwy­czaj­nie par­ta­czono. Zde­ner­wo­wany, scho­dząc w dół, zasta­na­wia­łem się, czy rada­rowi ope­ra­to­rzy mają pod sufi­tem wszystko w porządku. "Dobrze byłoby zabrać kie­dyś któ­re­goś z ope­ra­to­rów ze sobą w powie­trze. Może wtedy zro­zu­mie­liby co nieco..." - pomy­śla­łem roze­źlony. Już nie pierw­szy raz wysy­łali mnie w pogoń za cie­niem. Moim zda­niem nawi­ga­to­rzy naziemni w więk­szo­ści byli pata­ła­chami, któ­rzy nie potra­fiąc latać, wsa­dziw­szy swoje tłu­ste tyłki w cie­płe fotele, pouczali tych, któ­rzy latać potra­fili. Napro­wa­dza­nie myśliw­ców w powie­trzu powinno się powie­rzać tylko byłym pilo­tom.

Uczu­cie zło­ści, a potem wewnętrz­nego nie­po­koju ustą­piło z cza­sem. Odru­chowy nawyk sta­łego, myśliw­skiego roz­glą­da­nia się po nie­bie w poszu­ki­wa­niu celu zaczął powoli zani­kać, ale jedy­nie po to, by zastą­piło go coś nowego. Coś, co zaczy­nało pukać do drzwi zdro­wego roz­sądku. Zasta­na­wia­łem się nad całym zda­rze­niem, pró­bu­jąc odpo­wie­dzieć na pyta­nie, co to było. To było coś, czego doświad­czy­łem oso­bi­ście, co widzia­łem nie­mal na wycią­gnię­cie ręki, czego nie­mal można było dotknąć. Ogromne, zakry­wa­jące całe niebo ciel­sko nad głową, sre­brzy­ste i tak nie­wia­ry­god­nie bli­skie.

Zgo­dzi­łem się, by stery prze­jął mój wewnętrzny auto­pi­lot, a jego "otwarte pliki" roz­po­częły ponowne wer­to­wa­nie taśmy z tego krót­ko­trwa­łego spo­tka­nia. "Tutka" była nad głową i leciała wyraź­nie połu­dnio­wym kur­sem. A nie powinna... powinna raczej trzy­mać nos w oko­li­cach zachodu. Więc cóż to miało być? Powoli nabie­ra­łem pew­no­ści, że to musiało być coś nie­do­brego, coś nie­zgod­nego z pla­nem ćwi­czeń, coś naprawdę przy­pad­ko­wego. Ale cóż to było, do tego naprawdę nie byłem w sta­nie dojść.

Infor­ma­cje w mojej świa­do­mo­ści zaczęły krą­żyć tam i z powro­tem, jakby jakieś wewnętrzne sito miało nadzieję zna­leźć przy­pad­kowo mały błysk złota, który uczy­niłby cały wysi­łek war­tym zachodu.

Ale mimo wszystko czu­łem się tak pod­eks­cy­to­wany, jak­bym gołą ręką dotknął przed chwilą prze­wo­dów elek­trycz­nych, nie mogłem zna­leźć wła­ści­wych słów, by dać upust zde­ner­wo­wa­niu. Prze­zwy­cię­ży­łem jed­nak tę nie­moc, posta­no­wi­łem upu­ścić nieco powie­trza i wygar­nąć Żołę­dziow­skiemu swoją dez­apro­batę, choć prze­cież bar­dzo go sza­no­wa­łem.

- "Ali­ga­tor", coś ty naj­lep­szego zro­bił. Omal nie sta­ra­no­wa­łem "tutki".

Cisza w ete­rze, nie było żad­nego odzewu. Prze­łkną­łem ślinę. No cóż... W zasa­dzie wszystko skoń­czyło się szczę­śli­wie i było za nami, już minęło. Mogłem sobie więc w końcu pozwo­lić na luk­sus spo­koju. W ete­rze wciąż pano­wała cisza, a pode mną otchłań chmur bez żad­nej szcze­liny.

6000 metrów. Nie­spo­dzie­wa­nie wycho­dzę z chmur, w dole druga, niż­sza war­stwa. Szara masa zale­gała prze­strzeń war­stwami, mia­łem więc nieco czasu, aby się zre­lak­so­wać, zanim ponow­nie skie­rują mnie w obszar przy­pad­ko­wej tur­bu­len­cji. Usta­lam lot mię­dzy dwoma war­stwami, w wol­nej prze­strzeni. Pochy­lam MiG-a w płyt­kim zakrę­cie.

Znów lot jest spo­kojny. Strzałki nie­ru­chomo stoją na wła­ści­wych war­to­ściach. Przyj­muję eko­no­miczną pręd­kość i stoję w lewym kręgu, tuż nad górną powierzch­nią dol­nej war­stwy chmur. Wałę­sam się po nie­bie na tej eko­no­micz­nej pręd­ko­ści, aby moż­li­wie naj­mniej tra­cić paliwo.

- "Ali­ga­tor", trzy­sta jede­na­sty, co dla mnie...

Wciąż cisza w ete­rze. Uwagę mam sku­pioną na pilo­to­wa­niu samo­lotu w roz­le­głym kory­ta­rzu mię­dzy dwoma war­stwami chmur. Spraw­dzam pracę pokła­do­wych insta­la­cji. Paliwa mam jesz­cze na dal­sze dwa­dzie­ścia pięć minut lotu i z powo­dze­niem mogę iść na kolejne prze­chwy­ce­nie. Udane, mam nadzieję tym razem...

- "Ali­ga­tor", trzy­sta jede­na­sty, jak mnie sły­szysz? - zaczy­nam się już tro­chę nie­po­koić.

- Sły­szę dobrze "Ali­ga­tor". Trzy­sta jede­na­sty, to nie był cel dla cie­bie. Sorry...

- Sorry? A niech cię cho­lera... Co masz dla mnie?

- Wra­caj na punkt. Odle­głość sto sześć­dzie­siąt, kurs trzy­sta dwa­dzie­ścia stopni, wyso­kość cztery...

Wszystko wyja­śniło się dość szybko, w ciągu zale­d­wie doby. "Tutki" rze­czy­wi­ście szły nad Bał­ty­kiem na wyso­ko­ści 10 500 metrów. Nawi­ga­to­rzy napro­wa­dza­nia śle­dzili je od momentu wykry­cia, nie­mal od samego Kali­nin­gradu i prze­ka­zy­wali sobie "z ręki do ręki". Każdy bazu­jący na wybrzeżu pułk odpra­co­wy­wał swoją kolej­ność: naj­pierw 41. z Mal­borka, potem 34. z Babich Dołów, 28. ze Słup­ska i nasz z Zegrza. Tyle że "stary" z Żołę­dziow­skim zauwa­żyli, jak jedna z "tutek" odrywa się nagle od przy­ję­tego ugru­po­wa­nia i przyj­muje ni z tego, ni z owego odmienny, zaska­ku­jący, połu­dniowy kurs nie­mal dokład­nie na nas. Major Stre­lau uznał, że to atak na naszą bazę i że trzeba ten cel znisz­czyć za wszelką cenę. Stąd mój alar­mowy start i szybki nabór wyso­ko­ści.

Tym­cza­sem w ostat­nim momen­cie zain­ter­we­nio­wały "prze­loty", że rej­sowy z Lon­dynu do War­szawy docho­dzi kory­ta­rzem do Dar­łowa na dzie­się­ciu kilo­me­trach. Ale było już za późno, wła­śnie go prze­chwy­ci­łem.

I stąd to ner­wowe docho­dze­nie po lądo­wa­niu. "Mów­cie, jak było: jak wyglą­dał ten samo­lot, dokład­nie opisz­cie syl­wetkę? Jak długo byłeś nad chmu­rami? W jakim momen­cie go dostrze­głeś? Jaka była fak­tyczna odle­głość do niego? Ile wyko­na­łeś ata­ków? Czy mogła cię dostrzec załoga albo pasa­że­ro­wie z pokładu? A w ogóle to spró­buj nary­so­wać całą tę sytu­ację...".

Potem musia­łem odbyć krótką roz­mowę z naszym puł­ko­wym leka­rzem.

- No, panie porucz­niku, jak potrak­to­wała dziś pana bogini szczę­ścia? - Roz­pro­sto­wał strony w roz­ło­żo­nym przed sobą tajem­ni­czym dla nas note­sie. Ile bym dał, żeby wie­dzieć, co też tam o mnie ma zano­to­wane. Pomy­śla­łem, że te same słowa powta­rzał z pew­no­ścią wszyst­kim pilo­tom, któ­rzy zna­leźli się w powie­trzu w jakiejś nie­ty­po­wej sytu­acji.

I oka­zało się, że był to zwy­czajny, rej­sowy Super Con­nie L-1049, pasa­żer­ski Super Con­stal­la­tion ame­ry­kań­skiej pro­duk­cji w bar­wach BOAC (Bri­tish Over­seas Air­ways Cor­po­ra­tion). Zapro­jek­to­wany został jesz­cze w cza­sach II wojny świa­to­wej dla potrzeb linii lot­ni­czych TWA (Trans­con­ti­nen­tal & Western Air­li­nes). Po wybu­chu wojny prace odło­żono i dopiero w 1943 roku samo­lot wzbił się w powie­trze. Cha­rak­te­ry­styczny był jego układ aero­dy­na­miczny z potrój­nym uste­rze­niem pio­no­wym. W roku 1950 wystar­to­wał wła­śnie Super Con­stal­la­tion, popu­lar­nie nazy­wany "Super Con­nie", ze 165 pasa­że­rami na pokła­dzie, łącząc kon­ty­nent ame­ry­kań­ski z Europą. Toteż przez załogi naj­czę­ściej nazy­wany był "The Fly­ing Dutch­man" ("Lata­jący Holen­der").

I jego wła­śnie dopa­dłem tak nie­for­tun­nie w dro­dze na war­szaw­skie Okę­cie. Całe szczę­ście, że tak nie­for­tun­nie... całe szczę­ście... Bo wszystko udało się skrzęt­nie ukryć.

Uprzejmy Żołę­dziow­ski zapre­zen­to­wał wtedy poparty w klu­bo­wej kawiarni lampką alpini meacul­pizm - nostra culpa, nasza wina. Noty dyplo­ma­tycz­nej nie było...