Listy od taty ją bawią. Są roztańczone, gibkie. Nieco zalotne. Pisane, gdy coś samo się przyrządza na jedynym palniku kuchenki taty. O zebraniach na wydziale. Nudnych kolegach. Skomplikowanych problemach naukowych. O podróżach tu i tam. O wszystkim. Listy są formą rozrywki przy maszynie do pisania, zatykają lukę w czasie.
Do mojej córki, by dotrzymała mi towarzystwa podczas samotnej kolacji, która w tej chwili przygotowuje się na palniku, wymyśliłem przepis, ubitymi jajkami polałem kiełbasę, jednocześnie rozkoszuję się wieczorną szklaneczką whisky.
Dzień dobry, córko na wygnaniu. Cholera, że też ciągle budzę się o takiej nieludzkiej godzinie. Teraz przynajmniej będę miał powód, żeby wyjść na spacer wczesną porą i wysłać list.
Kupiłem opiekacz do chleba. Niestety nie taki, z którego tosty wyskakują same. Z powodu mojego rozkojarzenia dają o sobie znać smrodem spalenizny i dymu, skrupulatnie zdrapuję sadzę.
Do mojej córki, której śmiech jest tak jasny (ach tak, więc ma jasny śmiech?). Wczoraj byłem na kolacji u dziesięciu mędrców, szacownych profetów wykładających na najbardziej zadziwiające tematy. Biolodzy wypróbowują narkotyki, po których ciało się ulatnia i zaczynają tańczyć różowe słonie. Chirurdzy opowiadają o tym, że mózg da się pociąć na różne sposoby, zwykle z wątpliwym wynikiem.
Dobry wieczór, córko, o czym to ja miałem Ci przypomnieć? O zębach! Jeśli nie dba się o zęby, wypadają z gęby. A chyba nie chcesz być szczerbata. Dostałem witaminowy napój do stosowania doustnego, ponoć ma gasić pęd do alkoholu, ale muszę ci zdradzić, że lepiej smakuje z odrobiną whisky.
Kochana córko o drobnych kobiecych dłoniach (zwrócił uwagę na jej dłonie?). Wczoraj zaprosiłem moje pozostałe córki oraz ich niezliczone przyjaciółki do kina; sześć pięknych młodych dam; nie śmiem pomnieć, ile to kosztowało. PS. Pamiętasz o zębach?
Dzień dobry, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Pytasz w liście, jak ma się moja dusza? Au, jakież to kłopotliwe pytanie. Odpowiedź musi poczekać. Od dłuższego czasu zastanawiałem się nad dywanem do pokoju. Wczoraj go wreszcie ustrzeliłem. Jest błękitny. Nie masz pojęcia, jak się z niego cieszę. Teraz leżę i mu się przyglądam. Dobranoc. Twój niepoprawny ojciec błazen.
Tata. Między kobietami. W wynajętym pokoiku z wnęką kuchenną i jednym palnikiem. Bez prysznica, z ustępem cztery piętra niżej na podwórzu. Wiecznie zajęty. Może trochę za dużo whisky. Czy wie o nim coś więcej? Czytając jego listy, widzi go przed sobą. Jak kuca na krześle. Jak pochyla się nad maszyną do pisania, z tlącym się papierosem, dwoma palcami stuka w klawisze.
Filiżanka kawy na stole. Na łóżku bilety lotnicze i gazety. Książki piętrzące się na błękitnym dywanie. A wzrok wbity w sufit, gdy duma nad wyjątkowo złośliwym problemem: twierdzeniem Taubera. Nazywa tę czynność tauberowaniem. Pisze chyba dla pocieszenia. Zdaje się, że z powodzeniem.
Wygląda na to, że potrzebuje właśnie jej jako adresatki listów. Ona nie ma wątpliwości, że ich relacja jest wyjątkowa. Pobratymstwo. Lekkie zakochanie. Komitywa. Można by to nazwać konspiracją, gdyby wyraz ten nie brzmiał tak brzydko. Jasne, jakkolwiek by to nazwać, należy to ukrywać, by nie wzbudzać w innych zazdrości.
Trudno jej traktować go jak ojca. Szczególnie teraz, na odległość. Dla dodania otuchy w studiowaniu posyła jej cytat z matematyka Haralda Bohra, brata fizyka jądrowego Nielsa: swoją dziedzinę nauki należy nosić w butonierce niczym kwiatek. Przepisuje go i przypina do ściany.
Można by tę relację nazwać amusante. Amoureuse? Aimante? Czy amorami?
Przypomina drżenie motylich skrzydeł w ogrodzie. Ten niemal niesłyszalny szum w parku. Przypomina zapach niektórych kwiatów, tak delikatny, że trudno go uchwycić, zawsze gdzieś ulatuje nazwa kwiatka, którego aromat budzi lekkomyślność, powoduje oczarowanie i lekkie zawroty głowy. Dzisiaj myślę, że było to wielkie skryte zakochanie młodej dziewczyny w swoim ojcu.
Nie może się doczekać powrotu swojego chłopaka. Wręcz pożąda go, ale kiedy ten wraca, staje na drodze jej tęsknocie. Jest bosko miły. Jak jakiś Carlsson z Mieszkańców Hemsö przychodzi do niej na Landsvägsgatan, niczym silny wiatr wpada ze swym wielkim rechotem, przychodzi z małym piecykiem naftowym zawieszonym na sznurku i bańką nafty w dłoni.
Napełnia piecyk i uczy ją, jak się nim posługiwać.
Śmieje się z jej niezdarności. Teraz będzie miała ciepło na zimę.
Ale ona z nim zrywa. Skończmy to już, mówi po wyjściu z kina, kiedy kłócą się o film. Siadają na ławce przy Linnégatan. Jest jesień, w powietrzu czuć wilgoć. Ona nie ma żadnych powodów. Lubi go. To prawda, tak właśnie jest. Ale muszą zerwać. On się wkurza i opuszcza ławkę.
Ale wraca: po co się tu przeprowadziłaś?
Ona odpowiada, że nie wie, ale że czuje, że się dusi.
Dusisz się przeze mnie? Do diabła! Odchodzi, a potem wraca. Dlaczego ty zawsze musisz wszystko komplikować? Odchodzi i wraca. Znów odchodzi, a ona siedzi na ławce i patrzy na jego plecy. Jak zwykle trochę krzywo stawia jedną nogę. Auta przejeżdżają obok, rozbryzgując kałuże. Rynsztokiem płyną zwiędnięte liście i papiery.
Dlaczego czuje, że musi to skończyć? Chodzi o język. Że brakuje im wspólnego języka. Ona tęskni za językiem, który ją poniesie - dokąd? Tym razem on nie wraca. Gdy ona jest już domu, w łóżku, śni jej się coś dziwnego. Kochają się, ona i chłopak, on jest nienasycony, między nimi leży chudziutka dziewczynka i płacze tak, że serce się kraje.
On nie zauważa dziewczynki. Co ten sen oznacza. Czy płacząca dziewczynka to ona?
Po jakimś czasie jest załamana tym, że z nim zerwała. Późnym wieczorem dzwoni do jego drzwi. On otwiera, wcale nie jest zdziwiony, ale nie zaprasza jej do środka. Ma już nową dziewczynę, która właśnie u niego jest. Czuje się zdruzgotana, porzucona, w środku nocy łapie autostop do Lundu. Ia tak się cieszy, że aż ją to boli. Porzuciła ją, podobnie jak porzuciła Ninne i mamę.
Kto podejmuje decyzje o jej działaniach? Nie wie.
Pociągiem wraca do Göteborga.
Co rano wstaje, rozsuwa zasłony, głośno i wyraźnie mówi do siebie. Rozpoczynamy nowy dzień, błyszczący jak nowo narodzona foczka. Posłuchamy w radiu koncertu skrzypcowego Brahmsa. Przy śmietnikach widzimy żółte jesienne liście. Mówi do siebie. Przed lustrem nad zlewem: oto nasza twarz. Oto ja. Jednak o tym nie jest całkiem przekonana.
Przeprowadziła się tu, by czegoś uniknąć. Cokolwiek by to było, jej kontury robią się od tego niewyraźne. Czasem wydaje się jej, że od tego umrze. Przy takich myślach strofuje samą siebie. Co za głupoty, myśleć, że się umrze. To konflikt lojalnościowy, który zjada ją łyżeczką. Wciąż niewiele wie o mieście, do którego się przeprowadziła. Wie tylko, że wiatr jest bardzo słony. Że przybył znad Atlantyku, gdzie żyją wieloryby. Że morze za miastem piętrzy się wysokimi falami i śpiewa, dziko i kusząco.
Czyta. Horacego i Tołstoja. Dostojewskiego. George'a Bernarda Shawa, o którym ma pisać wypracowanie. Larsa Gyllenstena, Gunnara Ekelöfa i Edith Södergran, wszystko naraz, a kiedy już nie ma siły więcej czytać, wychodzi.
W porcie stoją gęsto zacumowane okręty. Szeroka rzeka wije się ospale w stronę morza.
Dźwigi na nabrzeżu z hałasem przenoszą i ładują kontenery. Mężczyźni wołają i gwiżdżą za nią. Chmury spieszą po niebie. Żona marynarza na wysokim cokole wygląda za kimś, kto prawdopodobnie nie wróci. W drodze do domu skręca w nieznane dzielnice. Mija rowery i auta. Kobiety na zmęczonych nogach. Dwóch mężczyzn przed bramą, jeden podaje drugiemu siatkę z butelkami. Wspina się do Skansenu Korona.
Schody rozwijają się przed jej oczami. Domy stoją ciasno. Najpierw na wysokości jej wzroku są okna z do połowy zasuniętą roletą, zwiędnięty kwiatek w doniczce. Słyszy jakiś przebój z radia. Wąskie stopnie, coraz bardziej strome.
Na górze na trawniku grupka wyrostków. Piłka. Z twierdzy widać szare i czarne dachy. Kominy, jak wykręcone ciała. Znikające dymy. Odrzutowiec. Pręgowaty kot wyciąga grzbiet i ziewa. Piłka frunie ku niebu, a chłopcy za nią. Śmiech. Dzikie wrzaski.
Po powrocie do domu opisuje spacer Nannie, obrazami bez podmiotu.
Film a la Dżiga Wiertow, Człowiek z kamerą filmową, widziany w studenckim klubie filmowym, do którego się zapisała. Jest przepełniona obrazami, brakuje im podmiotu.
Mama. Wiadomości od niej nie przypominają tych od ojca. Muszę z tobą porozmawiać, zadzwoń! Z monetami w kieszeni drałuje do budki telefonicznej przy Järntorget. Jesienne liście leżą na ziemi jak rozrzucone złoto. Jej matka jest wodną otchłanią. Morzem, ale nie Atlantykiem.
Jej matka runęła z wysokiego urwiska. Z czteroletnich młodzieńczych studiów fortepianowych w Akademii Muzycznej, potem kilku lat w Paryżu u najlepszych nauczycieli muzyki, jeden z nich nazywał się Cartot, w małżeństwo z młodszym uroczym mężczyzną. Żeby nie utonąć w rozpaczy mamy spowodowanej tym, że tata ją zostawił, ona jest w Göteborgu.
Rozumie swoją matkę i kocha ją. Za szczerość.
Najwięcej wylewa się szczególnie na najstarszą córkę. Czasem odczuwa delikatne nuty tęsknoty za nią. Należy ostrożnie się z nimi obchodzić. Z mamą jest tak, jakby w jej wnętrzu otworzyła się agrafka. Ostrze wypadło z zawiasu i teraz porusza się wyswobodzone i śmiertelnie niebezpieczne. W środku jest bardzo krucha. Wnętrzności łatwo skaleczyć, co sprawia, że mama broni się gwałtownymi i ostrymi atakami. Wie o tym. Często tego doświadczyła.
Zanim zadzwoni, musi zebrać się w sobie, stać się jednym dostojnym spokojem. Z portu dochodzi hałas dźwigów i głuche sygnały okrętów. Wrzuca monety do automatu. Okazuje się, że mama - w przeciwieństwie do taty, który często jest już w drodze, ale zawsze coś go zatrzymuje - ma zamiar ją odwiedzić.
Ścieli jej łóżko, a sama pożycza materac od pani Nilsson z półpiętra. Stoi na peronie, jest dużo przed czasem. Kiedy dostrzega mamę, przekrzywiony beret, ciemne włosy i zaciekawione oczy, serce wyrywa się do przodu. Jest dorosła i przyjmuje matkę w innym mieście. Idą pod rękę do tramwaju. Idzie w takt kuśtykania matki, przywykła do tego.
Wita matkę w swoim nowym mieszkaniu. Mama wchodzi do środka. Długo siedzi na taborecie i się rozgląda. Nic nie mówi. Tylko patrzy. W końcu się odzywa: Acha. A więc tu mieszkasz.
Jedzą kolację w restauracji Papagallo przy Järntorget. Wygląda na to, że wszystko idzie dobrze. Nie ma potrzeby wspominać o tym, że mama jest zrozpaczona z powodu wyprowadzki taty, ale ona żartami i tak stara się podnieść ją na duchu.
Małżeństwo jest nienormalne, ludzie się zmieniają. Twierdzi z przekonaniem. Powinno zapisać się w ustawie, że małżeństwo należy po dziesięciu latach anulować. Wszystko trzeba zweryfikować. Sama nie ma zamiaru przysiąc komuś miłości, aż śmierć nas nie rozłączy. To wbrew naturze. Wbrew długości życia. Wbrew nietrwałości ludzkiego temperamentu.
Jeśli miałabyś dzisiaj wybierać, pewnie wybrałabyś innego faceta?
Nie rozumiesz, odpowiada mama, jesteś za młoda.
Palą w milczeniu. Napełnia kieliszek mamy. Nie lubi własnego natręctwa. Na dworze zrobiło się ciemno, zapalają się lampy. Poruszają się nerwowe cienie.
Jesteś piękna, mamo. Mama uśmiecha się i wzrusza ramionami. Ale to prawda: jej matka jest bardzo piękna. Ma twarz bez zmarszczek, chociaż skończyła pięćdziesiąt lat. Kończą posiłek i idą pod rękę przez ciemne podwórze. Wypijają ostatni kieliszek wina, mama na brzegu łóżka, ona na podłodze.
Mama z mozołem szuka tematów do rozmowy. Dobrze ci tu? Odpowiada w jedyny możliwy sposób. Świetnie się tu czuję. Brzmi sztucznie, sama to słyszy. Masz jakichś przyjaciół? Odpowiada, że nie ma czasu na przyjaciół; uczy się. Jasne, że mam przyjaciół, zaprzecza sobie po chwili.
W środku nocy budzi się, mama siedzi na łóżku z rozczochranymi włosami. Hałas z góry jest ogłuszający, dudni muzyka, słychać wrzaski i tupanie. Jakaś grupka, której nie wpuszczono do środka, stoi na podwórzu i wyje.
Co to za ludzie, gangsterzy? Ktoś otwiera okno w budynku od ulicy, ktoś dzwoni po policję.
Zapewnia, że sąsiedzi nie są niebezpieczni, nawet jeśli nieco głośni.
Co jest z tobą nie tak, że decydujesz się na mieszkanie w takiej nędzy? Nie masz ani krzty szacunku do siebie! Mama wstaje z łóżka, szuka w torebce papierosów, potem siada na brzegu łóżka w koszuli nocnej i mocno się zaciąga. Ona milczy, żeby nie usłyszeć o sobie jeszcze gorszych rzeczy. To sprawia, że czuje się nieszczera. Naprawdę brak jej szacunku do siebie? Nie, wcale nie. Po jakimś czasie przyjeżdża policja, w końcu zapada cisza.
Pierwsza noc się nie udała, nada ton reszcie wizyty. Mama nie toleruje jej mieszkania, rudera. Nie ma na to odpowiedzi.
Gdy po dwóch szarych dniach rozstają się przy pociągu, mama mówi coś luzackiego i pozbawionego sentymentów, by zatuszować to, jak źle wypadła jej wizyta. Ona w tramwaju pochlipuje, bezbronna, w ostatniej sekundzie wyskakuje przy Järntorget.
Z rękami wbitymi głęboko w kieszenie płaszcza robi cztery okrążenia w ciemności wokół monumentalnych kobiet z kamienia.
Przedstawiają kontynenty: Europę, Azję, Amerykę, Australię i Afrykę.
Rzeźbiarz uformował ich piersi według geografii, małe azjatyckie i obfite afrykańskie. Spoglądają w cztery strony świata i na pięć kontynentów, milczą jak zaklęte. Chce mieszkać dokładnie tak, jak mieszka. Rozumie reakcję mamy i trudno jej ją odeprzeć. Tak bardzo wczuła się w sytuację porzuconej mamy, że empatia przypomina opatrunek na ranie. Ta wizyta sprawia, że zaczyna gardzić sobą z powodu braku szczerości.
Przy wejściu do mieszkania spotyka mężczyznę, który wynajmuje lokum nad nią. Schodzi po schodach, w tej swojej ramonesce wygląda na wychudzonego i skacowanego. Wyprowadza się, zawiadamia. O tym, że go wyrzucono, dowie się później. Dopija wino, które zostało po mamie, i kładzie się do łóżka z Edith Södergran.
Jestem śmiejącym się pasmem szkarłatnego słońca...
jestem siecią na wszystkie ryby żarłoczne...
ogniem i wodą w prawym związku na swobodnych zasadach...
Wspaniałe słowa. Pewne siebie. Zarozumiałe. Jak smagnięcia batem, a jednak piękne, szczere i prawdziwe. To manifest przyszłości, której się obawia, ale którą ma zamiar pokonać.
Musi to zrobić. Musi wydostać się z tego dziecięcego uzależnienia od małżeństwa, które, nawet jeśli formalnie się nie rozwiązało, od dawna jest skończone. Chce pisać. Żyć. I kochać.
Chce wydostać się z tego trójkąta, w którym miłość do taty jest zdradą mamy. Stoi w samych skarpetach przy oknie i patrzy, jak płatki śniegu wirują w ciemności. To dumni wirtuozi. Mali cyrkowcy, którzy wyglądają, jakby rzucali się do góry i frunęli do nieba, bez najmniejszego strachu przed nieuniknionym końcem.