Rozdział 2
Leżała w ciepłej, pachnącej świeżością pościeli. Nie chciało jej się otwierać oczu. Myślała o tym, co wydarzyło się ostatnio. Najpierw dostała list - pismo urzędowe z ośrodka pomocy społecznej z małej miejscowości na Mazurach, później odbyła wielogodzinną podróż, spotkała się z obcą kobietą, rzekomo rodziną. Wiele lat była tylko z małym Maćkiem, czasem mieszkał z nimi Artur. Nie było przy nich rodziców, ciotek, wujków, sióstr, braci. Nikogo. Tak się w ich życiu poukładało, że byli zupełnie sami. Zawsze był to duży problem, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do samotnych wieczorów i świąt spędzanych tylko z dzieckiem.
Aż do teraz, gdy nagle jak grom z jasnego nieba spadła na nią wiadomość, że gdzieś, wcale nie tak daleko, była jakaś rodzina. Babka Gertruda. Cóż to za imię, dziwiła się Julka.
Było mroźne, styczniowe popołudnie, drugi dzień roku. Wracała do domu z pracy, na klatce schodowej spotkała listonosza.
- Dzień dobry, pani Julianno. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
- Dzień dobry, dziękuję. - Uśmiechnęła się. - Mam nadzieję, że ten rok będzie lepszy niż poprzedni. Panu też życzę wszystkiego najlepszego.
Listonosz machnął trzymaną w ręku kopertą.
- Mam dla pani przesyłkę. Jeszcze chwila i byśmy się nie spotkali! I musiałaby pani iść na pocztę. Proszę podpisać.
Podsunął jej pod nos kwitariusz.
- Tak, już podpisuję. - Nie patrząc na nadawcę, wpisała swoje imię i nazwisko w wyznaczonym miejscu. Otworzyła kluczem drzwi do mieszkania, jednocześnie patrząc na kopertę. Była tam pieczątka - Ośrodek Pomocy Społecznej w Dźwierzutach. Gdzie były Dźwierzuty? Nigdy nie słyszała nazwy takiej miejscowości. Zniecierpliwiona rozerwała kopertę, przebiegła wzrokiem po niedługiej treści pisma: Ośrodek Pomocy Społecznej zwraca się do Pani, jako członka rodziny Gertrudy Skrockiej zamieszkałej w Barwinach gmina Dźwierzuty, o kontakt z pracownikiem socjalnym w sprawie opieki nad w/w. I do tego numer telefonu do urzędu. Zdziwiona, aż przysiadła na krześle, na którym leżał kot Burek. Wyrwany ze snu zwierzak poderwał się z cichym miauknięciem i uciekł za kanapę. Kim była Gertruda Skrocka? Jakie Barwiny? Siadła prędko do komputera - otworzyła Internet, wpisała nazwę miejscowości. Wyskoczył opis w Wikipedii: wieś w województwie warmińsko-mazurskim, położona nad jeziorem, sześćdziesiąt kilometrów od Olsztyna. Sięgnęła pamięcią wstecz, ale nic jej nie przyszło do głowy. Nigdy nie była na Mazurach, co więcej, nie miała tam rodziny. Cóż - pomyślała sobie - noc z głowy. Pewnie będzie myślała o tej Gertrudzie.
Rano poszła do pracy. Pracowała w urzędzie miejskim. Dzięki pieniądzom przysyłanym przez Artura ukończyła zaocznie studia na kierunku administracja, podjęła pracę, stała się niezależna. Jakby coś przeczuwała. W urzędzie od rana panował ruch, ale około dziesiątej wymknęła się z pokoju, w którym pracowała. Udała się do sali konferencyjnej, drżącą ręką wybrała numer telefonu widniejący na piśmie z Dźwierzut. Po chwili oczekiwania zgłosiła się pracownica. Julka przedstawiła się, powiedziała w jakiej dzwoni sprawie.
- Jest pani jedyną osobą z rodziny, wskazaną przez panią Gertrudę, która może się nią zaopiekować. Pani Skrocka ma złamaną rękę, przez co trudno jej samej funkcjonować, a jest już starszą osobą - powiedziała kobieta.
- To pomyłka, ja nie mam żadnej rodziny, a zwłaszcza w Barwinach - odrzekła zdenerwowana Julka.
Kobieta znowu powtórzyła:
- Jest pani żoną pana Artura Skrockiego, prawda?
- Jestem jego byłą żoną, rozwiedliśmy się kilka lat temu. Utrzymujemy jednak kontakt, bo nasz syn mieszka z nim w Holandii.
Urzędniczka powtórzyła:
- No właśnie, pani Gertruda powiedziała o swoim jedynym wnuku Arturze, powiedziała gdzie mieszka, to znaczy nie znała adresu, tylko nazwę miejscowości. Nie wiedziałam jednak, że pani mąż mieszka w Holandii. Dlatego znalazłam tylko panią - powiedziała.
- Babcia Artura? - Julkę zamurowało. Artur nigdy o niej nie opowiadał. Zawsze mówił, że nikt z jego rodziny nie mieszka w Polsce, rodzice nie żyją, innych krewnych nie znał. Julce wystarczało to zupełnie, nigdy nie dopytywała o żadne szczegóły. A teraz pojawiła się jakaś babcia Gertruda.
Powiedziała do kobiety:
- My w zasadzie nie jesteśmy już rodziną, były mąż ponownie ożenił się, obecnie nasz syn z nim mieszka. Więc chyba ja nie muszę opiekować się tą panią...
- Ale ta pani nikogo nie ma. Jest zupełnie sama, a przy tym taka uparta. Nie chce mieszkać w domu opieki społecznej. Powiedziała, że umrze u siebie... - Ton głosu kobiety był łagodny, proszący.
- Nie mogę jechać tak daleko. Tutaj mam pracę, mieszkanie. Nie, nie dam rady! Poza tym nie chcę - powiedziała Julka i rozłączyła się, nie czekając na odpowiedź urzędniczki.
Zdenerwowana udała się do pomieszczenia, w którym pracownicy urzędu palili papierosy. Śmierdziało w nim tytoniem, aż szczypało w oczy. Julce jednak to nie przeszkadzało, chociaż na co dzień nie paliła. Na krześle siedział kolega z sąsiedniego pokoju.
- Poczęstuje mnie pan? - zapytała.
Zdziwiony, bo wiedział, że nie pali, dał jej papierosa, marnej jakości, z przemytu. Dym ją gryzł w oczy i gardło, lecz zdenerwowana, zaciągała się raz po raz. Myślała sobie: Dlaczego piszą do mnie? Co ja mam wspólnego z rodziną Artura? Nie, nigdzie nie pojadę. Po chwili namysłu zgasiła niedopałek i wyszła z pomieszczenia. Natychmiast, aby się nie rozmyślić, wybrała numer telefonu do Artura. Po dłuższej chwili odebrał. Powiedziała mu o liście, o rozmowie. Czuła jak narasta napięcie między nimi. Na koniec zapytała, dlaczego przez tyle lat nie wiedziała o babci. Milczał jakiś czas, a później powiedział:
- Wiesz, Julka, babka Truda wychowywała mnie, bo rodzice nie żyli. Kiedy miałem osiemnaście lat, uparłem się, żeby razem z kolegami jechać do Lublina poszukać pracy. Babcia nie chciała mnie puścić, upierała się, żebym został, bo jestem za młody, nie poradzę sobie, poza tym ona była wdową, była samotna, nie mieliśmy żadnej rodziny. Tak bardzo się pokłóciliśmy, że uciekłem z domu trzaskając drzwiami. Pojechałem z kumplami do Lublina i nigdy nie wróciłem do niej. Kilka razy napisałem list, w którym wskazałem jej swoje miejsce pobytu, poinformowałem ją, że się ożeniłem, ale ona nigdy nie odpisała. Bywało, że chciałem jechać, odwiedzić, ale im więcej czasu upływało, tym miałem mniejszą odwagę. I tak do dziś, kiedy powiedziałaś mi o niej. Wiesz, Truda ma dziewięćdziesiąt lat - powiedziawszy to, westchnął głęboko. Jakby kamień spadł mu z serca, że wreszcie komuś zdradził tę tajemnicę.
- Artur, to jest twój problem! Okłamywałeś mnie od początku i teraz za to płać! Stać cię na to, żeby wziąć kilka dni wolnego i odwiedzić staruszkę. Możesz wynająć opiekunkę. Mnie w to nie mieszaj! - Ostatnie zdanie Julka powiedziała podniesionym głosem.
Po drugiej stronie nastała cisza. W końcu usłyszała jakby ciche skomlenie.
- Julka, proszę, zrób to dla mnie. Ostatni raz cię o coś proszę. Nie mogę się wyrwać z pracy, z domu, mam tyle spraw na głowie.
Poczuła, że zaczyna mięknąć.
A przecież zanim zadzwoniła do niego, obiecywała sobie, że będzie twarda i się nie ugnie. Cała ona!
- No, ale co ja mam robić? Przecież ja też mam swoje życie, pracę, nie mogę tam jechać, zresztą ja nie jestem jej rodziną! - Julka zawiesiła głos. Czuła mętlik w głowie. Zaczynały targać nią sprzeczne uczucia, ale jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pukał zdrowy rozsądek.
- No wiem, nie musisz tego robić, może wyślę ci pieniądze, a ty po prostu wynajmiesz jakąś opiekunkę - powiedział, a za chwilę dodał: - Jeśli oczywiście będziesz mogła.
Zakończyła rozmowę, niczego nie obiecując. Zastanawiała się tylko, dlaczego chciał, żeby jechała na drugi koniec kraju, aby zaopiekować się jego babcią. Przecież ją oszukał, nie wrócił do niej z tej Holandii, porzucił dla innej kobiety! A teraz czegoś od niej wymagał. Była zła na siebie. Tak bardzo chciała być asertywna i umieć odmawiać innym. A tu znowu klapa. Znów się ugięła pod czyjąś presją. Ta jej wrażliwość...
Otworzyła oczy, otrząsając się z myśli kłębiących się w głowie. Leżała na wiekowym tapczanie, pod białą, wykrochmaloną pierzyną. Spojrzała na pokój - stara szafa, okrągły stół nakryty wzorzystą serwetką, na ścianie portret ślubny pary sprzed wielu lat. W oknie białe firanki, na parapecie czerwone pelargonie w glinianych doniczkach. Wtem uchyliły się drzwi do pokoju i mocny głos zapytał:
- Julka... Śpisz?