rozdział 1
Natalia
Znowu ten sen - jestem w lesie, otacza mnie zieleń. Strzeliste drzewa okalają polanę porośniętą mchem. Jest tu naprawdę urodziwie, wszystko wygląda tak idealnie. Kroczę po miękkim kobiercu. Podziwiam ten widok, ale w głębi duszy wiem, że coś jest nieidealnie, że aż nierealnie. Delikatny wiatr owiewa mi twarz, ale nie porusza liśćmi. Krajobraz jest skąpany w słońcu, ale ono nie przynosi ciepła. Nie słyszę radosnego śpiewu ptaków... Moja suknia zahacza o jeżyny. Schylam się, ujmując jej rąbek. Próbuję iść dalej, gdy materiał rozrywa się, pozostawiając białe strzępy na krzaku. Rozglądam się niepewnie. Dokoła panuje cisza, tu nie ma życia. Nagle robi mi się duszno, przyspieszam, ja nie chcę tu być...
Słońce leniwie sączyło się przez chmury. Niebo zasnuła szara kołderka, spod której co pewien czas wychylał się malutki skrawek niebieskiego nieba. Już prawie zapomniałam, jak wygląda słońce.
Tutaj na południu Niemiec pogoda była inna niż ta, do której nawykłam. Przez pół roku, a nawet dłużej, ognista kula naszej gwiazdy wisiała wysoko na niebie, zalewając swym żarem ziemię. Spopielała trawniki, a w powietrzu unosił się zapach rozgrzanych róż. Zazwyczaj od maja temperatury sięgały powyżej trzydziestu stopni i już tak trwały, zamurowane w termometrach, do września, jakby rtęć przyschła na tej granicy i nie mogła opaść. Kwitły kwiaty w ogrodach i sadach, dojrzewały winogrona - chyba tylko po to, żeby kolejnej zimy można było utopić depresję w ich sfermentowanym soku. Następnie, jakby znikąd, niebo stawało się szare i pozostawało takie do kolejnego kwietnia. Rtęć odklejała się od ścianek cienkiej rurki, a ja tylko patrzyłam każdego dnia, czy już raczy zatrzymać się w tym swoim swobodnym opadaniu.
Nastał marzec, wczesna wiosna. Było zimno, padało, na brązowej trawie spoczywała butwiejąca resztka zeszłorocznej wegetacji. Stałam na peronie w Wiesbaden i czekałam na pociąg, który zawiezie mnie do Moguncji. Wybierałam się do firmy, by pochwalić się córką i podpisać jakieś dokumenty, zanim wrócę do pracy, co notabene miało nastąpić w przyszłym tygodniu. W wózku spała Lena, moja córeczka, druga była w żłobku. Lena kończyła już ósmy miesiąc. Patrzyłam na jej słodkie, wydęte usteczka, rączki ułożone obok główki - śliczny widok. Szkoda, że ten etap się kończył, ale z drugiej strony miałam już ochotę wrócić do pracy, do towarzystwa dorosłych i normalnej konwersacji zamiast ciągłego gu-gu, ga-ga.
Tak więc czekałam, zanurzyłam głowę w szal, głębiej naciągnęłam czapkę. Nie lubiłam, gdy było mi zimno, a miałam wrażenie, że marzłam przez cały czas. Miałam dwa kilo niedowagi, wyglądałam źle - zmęczona, blada. Tak już jest, kiedy rodzi się dziecko w innym kraju i nie ma się nikogo do pomocy. Nie miałam już rodziców, z siostrą nie utrzymywałam kontaktów, a nowych znajomości jeszcze nie nawiązałam. Byłam już trzeci rok w Niemczech, a nie mówiłam po niemiecku. Uczyłam się tego języka, będąc w ciąży z pierwszą córką. Potem macierzyństwo, brak czasu na zrobienie siku, a co dopiero na naukę niemieckiego. Następnie zaczęłam pracę w pełnym wymiarze godzin w międzynarodowej korporacji. Nikt tu nie mówił po niemiecku, każdy po angielsku. A potem druga ciąża. Mąż wiecznie na wyjazdach... Właściwie na drugi dzień po porodzie Leny musiałam wrócić do domu, bo on miał delegację. Więc starałam się ogarniać dom, córki i chudłam w oczach.
Ale to miało się zmienić. Nareszcie praca... Sześć godzin siedzenia na tyłku! Będę miała czas zjeść, napić się w spokoju herbaty. Przytyję - byłam tego pewna. Poza tym odstawienie moich bomb energetycznych, zwanych dziećmi, do żłobka dobrze mi zrobi.
Daniel
- Daniel, idę przywitać Natalię. Jeśli będziesz przy biurku, to was sobie przedstawię. - Sven, mój manager personalny i, choć niewiele osób o tym wiedziało, najlepszy kompan od czasu uniwerku, właśnie wyszedł ze swojego gabinetu. W biurze to mój szef, ale prywatnie kumpel od piwa. Nie byłem typem społecznym, właściwie Sven to mój jedyny przyjaciel, a potem długo nic.
- Nigdzie się nie ruszam ze swojego posterunku - odpowiedziałem, salutując od niechcenia. Dzisiaj miałem sporo roboty.
W firmie była procedura, według której przedstawiają sobie pracowników, żeby zachować team spirit. Nie przeszkadzało mi to, przynajmniej nie było niezręcznych sytuacji przy automacie do kawy. Kątem oka dostrzegłem, jak Sven prowadzi kobietę do naszej części biura. Kolejna mama, sporo ich było w naszym zespole. Przyglądałem się jej ukradkiem, ponoć będziemy pracować razem. Była piękna... to znaczy - w moim typie. Wysoka, szczupła, zdecydowanie zbyt szczupła. Jej nogi zdawały się nie mieć końca. Kroczyła niczym gibka gazela pośród wysokich traw, zwinnie manewrując między biurkami. Miała rzęsy jak firanki, które przesłaniały absolutnie żółte tęczówki. Nie mogłem od niej oderwać wzroku. Ten kolor oczu, w życiu czegoś takiego nie widziałem - hipnotyzujące. Zamarłem na chwilę, podziwiając jej urodę. Nawet nie zauważyłem, że właściwie stała już przede mną. Poderwałem się raptownie z krzesła.
- Wejście smoka - sapnąłem zakłopotany pod nosem.
Natalia
- Natalia, to jest Daniel Schrandt, nasz nowy project manager. Daniel, to Natalia Korczyńska, project associate, będziecie razem pracować. - Sven prezentował mnie wymownie jak klacz na wybiegu.
Daniel wyciągnął rękę, uśmiechnął się miło. Był bardzo wysoki, chyba ze dwa metry, ciemne włosy, stalowe oczy i uśmiech gwiazdora.
- Miło cię poznać - powiedziałam, skoro on tylko się szczerzył. Starałam się zachować wszystkie konwenanse, skoro to będzie mój bezpośredni przełożony.
- Mnie również - odparł z uśmiechem.
Był przystojny... aż za bardzo. Powinnam powiedzieć Svenowi, że należy staranniej dobierać pracowników, jeśli oczekuje się skupienia w biurze od żeńskiej części personelu, a już zwłaszcza ode mnie.
- Słyszałem, że wracasz z macierzyńskiego? - zagadnął, orientując się, że uścisk naszych dłoni trwał stanowczo zbyt długo, biorąc pod uwagę ogólnie przyjęte standardy.
- Tak, wracam w przyszłą środę.
- Pierwsze dziecko? - Uniósł pytająco brwi.
- Nie, już drugie. Dwie córeczki: Hania i Lena.
- Na pewno równie piękne jak mama. - Patrzył na mnie tymi swoimi stalowymi oczami.
Wiedziałam, że kontakt wzrokowy jest ważny, ale to już mnie krępowało. Mimo to zarumieniłam się, słysząc komplement.
- Masz niesamowite oczy. Przepraszam, że tak patrzę, ale takich jeszcze nie widziałem. Miodowe... - Nieporadnie przeczesał krucze włosy.
- Ja też jej to powiedziałem, kiedy pierwszy raz spotkałem Natalię. - Sven, ewidentnie rozweselony sytuacją, swoim śmiechem przerwał krepującą ciszę.
- To popularny kolor oczu - odpowiedziałam. - W Polsce mówimy o nim: piwny. Pewnie dlatego jest tak lubiany przez wielu mężczyzn. - Błysnęłam uśmiechem, puszczając Danielowi oko. - Naprawdę nic nadzwyczajnego... - dodałam, reflektując się.
Zaraz, co się ze mną dzieje? Od kiedy moja gestykulacja stała się tak żywa?! Spojrzałam na swoje ręce, którymi machałam w bliżej nieokreślonych kierunkach, jakby nie należały do mnie. Czy ja flirtuję? No katastrofa! Spokojnie - wzięłam oddech - po prostu będzie mnie miał za nadpobudliwą.
- Tak, piwny kolor oczu jest pospolity w Polsce, ale twój nie jest piwny, tylko żółty, jak u wiedźmy.
Usłyszałam za sobą Magdę. Kolejna project associate, z którą pracuję, również Polka. Podeszła do nas. Jak zwykle ubrana w miniówę jak gwiazda, rozpuszczone blond włosy, nienaganny mocny makijaż.
- Już wracasz? Wyglądasz świetnie. Nie wiem, jak ty to robisz, że jesteś mniejsza po ciąży niż przed nią, ale tak trzymać.
- Dwójka dzieci utrzymuje w formie - odpowiedziałam jak typowa zołza, która wie, że to jedyny sposób, żeby przypiec perfekcyjnej bezdzietnej. Jakby posiadanie dzieci było szczytowym osiągnięciem i celem każdego istnienia - a niech ma za tę wiedźmę.
Magda nawet nie skomentowała mojej riposty, już skupiła całą swoją uwagę na Danielu. Ja byłam jedynie bezbarwnym tłem, więc nie dostrzegała już mojej skromnej egzystencji, przyćmionej przez jej świetlistą osobowość, która oślepiała jak supernowa
- Wiesz, mam przerwę - powiedziała do niego. - Może pójdziemy na lunch albo kawę?
Nie słuchałam ich dalej, wyczulony matczyny instynkt skierował moją uwagę na głos Lenki, więc niepostrzeżenie oddaliłam się do biura Svena, gdzie ją zostawiłam. Mała już się obudziła i miło sobie gaworzyła. Wzięłam ją na ręce i spojrzałam jeszcze raz w stronę Daniela. Aż mi ciarki przeszły po plecach. I ja mam z nim pracować?
- Uff - wypuściłam powietrze.
Mrugnęłam dwa razy, jakbym chciała wyostrzyć obraz, ale byłam zbyt niewyspana, żeby ten zabieg przyniósł oczekiwane efekty. Mimo to byłam pewna, że on ciągle się na mnie patrzył, choć rozmawiał z naszą biurową gwiazdą.
Daniel
Natalia odeszła. Cholera... ta dziewczyna umiała się upłynnić. Magda coś do mnie trajkotała, ale ja próbowałem dostrzec Natalię przez okna w biurze Svena. Widziałem, że podeszła do wózka i spojrzała na mnie, więc się uśmiechnąłem. Szlag, chyba się speszyła!
- Słuchaj, Magda, wszystko OK - mruknąłem. Pojęcia nie miałem, o czym mówiła. Chciałem szybko zakończyć tę rozmowę, a raczej monolog. Podwinąłem rękawy koszuli, żeby podkreślić, jak to mam roboty po łokcie. - Ale wiesz, ja mam teraz spotkanie, naprawdę. Wrócimy do tego później.
- Ale o czym ty mówisz? - Patrzyła na mnie pytająco.
- No właśnie, później, później - zbyłem ją, podnosząc ręce w geście obrony.
Pognałem do biura Svena, który omawiał właśnie jakieś detale z Jorgsem. Nie wiem, dlaczego tak się spieszyłem, ale chciałem jeszcze porozmawiać z Natalią, zanim wyjdzie. Dopadłem do gabinetu w paru krokach. Trzymała dziecko na rękach. Przy jej szczupłej sylwetce maluch wydawał się kolosalny. Głowiłem się, jak by tu zacząć rozmowę. Nigdy nie miałem z tym problemu - aż do teraz.
- Może masz ochotę na kawę? - spytałem.
Neutralnie, miło, chyba OK - analizowałem naprędce. Choć miałem nadzieję, że nie słyszała tego, jak przed chwilą sam odrzuciłem takie zaproszenie.
- Nie, dziękuję, nie pijam kawy - odpowiedziała uprzejmie, dalej patrząc na dziecko.
Co to była za odpowiedź? Nie chodziło przecież o ten konkretny napój! Czułem, że zaczynam się pocić.
- Nie musi być kawa, może być herbata, sok... woda? - Potarłem czoło. Przez głowę przelatywały mi różne rodzaje napojów jak banery reklamowe w czasie jazdy po autostradzie. Nie wiedziałem, co zaproponować, żeby się zgodziła.
- Wychodzisz z założenia, że skoro żyję, to piję? Ale musisz nieść Lenę - dodała, wręczając mi małą.
Wcale się nie dziwiłem, dziecko ważyło chyba jedną czwartą jej masy. Wziąłem małą na ręce. Była słodka ale nie miała oczu matki. Szkoda, myślałem, że będę mógł bezkarnie podziwiać ten fenomen u jej córki. No cóż, najwidoczniej wciąż będę wpatrywał się w Natalię.
Natalia
- Jaką kawę pijesz? - zapytałam, gdy weszliśmy do kuchni.
Daniel stał przy oknie, wygłupiając się z Leną. Widać było, że lubi dzieci, miał do nich dryg.
- Nie trudź się, czarna bez cukru i mleka. Piję ją dla trzeźwości umysłu, a nie dla walorów smakowych.
- To nie można połączyć jednego z drugim? - Zanurkowałam w szafce, szukając kubków.
- Można, ale wtedy trzeba mieć czas ją smakować, a mój kontrakt tego nie przewiduje, czy raczej sponsorzy tego nie tolerują. Jedno z dwojga albo nawet oba naraz!
- Jak uważasz. Ja piję herbatę, muszę się rozgrzać i uwaga - zamierzam ją smakować, skoro tymczasowo zwolniłeś mnie z obowiązków macierzyńskich. Jest popołudnie, więc już czas na earl grey z delikatną nutą bergamotki - cytowałam jak wybredny smakosz lub osoba, która naoglądała się za dużo reklam. Wrzuciłam tanią torebkę korporacyjnej herbaty do kubka.
- Do usług, madame! Tak przyjemne obowiązki mogę pełnić częściej, jeśli sytuacja tego wymaga - dodał szarmancko, trzymając Lenę na rękach.
- Lubisz dzieci? Masz już swoje? - pytałam, zalewając herbatę wrzątkiem.
- Nie, nie mam.
Dziwne, chyba nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Facet miał ze czterdziestkę, pierwsza siwizna na skroniach. Było widać, że lubił dzieci i co najlepsze - miał doświadczenie w obchodzeniu się nimi.
- To chyba masz naturalny dar. Zresztą dzisiejsza czterdziestka to jak dawna trzydziestka, jeszcze masz czas.
- Opiekuję się czasem dziećmi kuzynki, ona miewa ich dość, więc wtedy dobry wujek wkracza do akcji.
- Naprawdę? Kurczę, jak znaleźć takiego faceta?! Mój własny mąż ucieka od swoich pociech na drugi koniec świata! - żartowałam.
Zaśmiał się głośno.
- Nie jest ciężko znaleźć, tak mi się wydaje. Ogólnie, raz w tygodniu odbieram dzieciaki ze żłobka i idziemy razem się pobawić na dwór albo do mnie do domu. U wujka wszystko można - słodycze, bajki, szaleństwa. Muszę je trochę porozpieszczać, przecież nie będę smutnym wujkiem. - Zrobił Lenką samolocik i wylądowali na hokerze przy stoliku.
- Też przydałby mi się taki kuzyn - westchnęłam.
- Do którego żłobka wysyłasz dzieci?
- Do Krasnali, to koło mnie w Wiesbaden. Nowiutki budynek, nowe zabawki, naprawdę fajne miejsce, i to pięć minut od domu.
- Cóż za zbieg okoliczności! Kto wie, może któregoś dnia właśnie tam się spotkamy? Do tego samego przedszkola chodzą dzieci mojej kuzynki, świat jest mały.
- Nie pijesz kawy? Zaraz ci wystygnie - zagadnęłam z głupia frant, próbując skierować moje myśli na inny tor niż Daniel, a naprawdę wymagało to całej siły woli.
- Mam dziecko na rękach, bezpieczeństwo przede wszystkim - odparował i znowu posłał mi ten rozbrajający uśmiech.
Wykończy mnie tym. Już wiedziałam, że nie będę umiała mu odmówić przysług w trakcie projektu, jeśli będzie się do mnie tak słodko szczerzył.
- Poczekaj, zaraz ją wezmę. Lubię wyłącznie gorącą herbatę, poniżej pewnej temperatury jest dla mnie nie do przełknięcia. A ten moment już się zbliża.
- Mam nadzieję, że nie robisz tak z jedzeniem. - Spojrzał na mnie taksująco.
- Właściwie lubię, kiedy jest gorące...
- Widać.
- Czy ty do czegoś pijesz? - Uniosłam pytająco brwi. - Właśnie pracuję nad tym, żeby było mnie więcej - dodałam.
- Możemy nad tym popracować razem, jak wrócisz - powiedział niezobowiązująco.
W mojej głowie natychmiast zaczęły pojawiać się pytania jak grzyby po deszczu. Co on miał na myśli? Czy to jakaś niemoralna propozycja? Czy powinnam na to zareagować?
Sven wszedł do kuchni, przerywając moją bieganinę myśli.
- A, tutaj jesteście! To jak? Gotowa do powrotu? - zagadnął. - Naprawdę na ciebie czekamy.
- Jasne! Rozumiem, że skoro tak się stęskniliście, to mogę liczyć na bukiecik powitalny lub czekoladki...
- Oczywiście, pani Korczyńska, a także na lampkę szampana. Czy masz jakąś szczególną markę na myśli? - Sven przymrużył oczy.
- Na serio? - Już zwątpiłam, czy to tylko żarty.
- Nie, nie na serio, Natalia. Nie ma budżetu na takie duperele, dostaniesz sprzątnięte biurko - to mogę zapewnić.
- Dziękuję, od razu czuję się doceniona.
Danielowi ramiona trzęsły się ze śmiechu.
- Daniel, a tobie za co płacimy? Za gadanie czy pracowanie?
- Jasne, szefie. - Natychmiast spoważniał, podniósł się z krzesła i podał mi Lenę. - Dobrze, że toleruję zimną kawę, bo inaczej w ogóle musiałbym obyć się bez niej. - Puścił do mnie oko i poszedł.
A pode mną nogi prawie się ugięły, ależ przystojny!
- Skoro sobie pogadaliście, to teraz czas podpisać dokumenty. - Sven wskazał mi drzwi.
- Aye, aye sir! - powiedziałam z przekąsem.