Wprowadzenie
Michał siedział przy stole w kuchni z niewyraźnym uśmiechem i z trudem
przełykał kolejny talerz zupy ogórkowej. Już ponad godzinę czekał na
Lucynę, z którą umówił się u niej w domu. Ale mama dziewczyny, Iwona
Zduńska, tylko zerkała na zegarek i bezradnie rozkładała ręce. Miała na
sobie niebieski fartuch z kieszonką, w której siedział chomik. Wyglądało
to zabawnie, ale tym razem Michałowi nie było do śmiechu.
- No ja nie wiem, gdzie ją poniosło. Powiedziała, że będzie koło
szóstej, tak? - upewniła się Iwona, patrząc na Michała.
Chłopak pokiwał głową. Za trzy godziny odchodził ostatni pociąg do
Poznania, a zatem nie zostało mu zbyt wiele czasu. Gdzie ona jest?
- Może poszła do jakiejś koleżanki i się zasiedziała? - podsunął
rozwiązanie, ale Zduńska tylko wzruszyła ramionami.
- Chyba nie, skoro byliście umówieni. Ale licho ją tam wie, może i faktycznie u którejś utknęła. Zjedz jeszcze zupy, bo ci wystygnie. Ja
też miałam za chwilę wychodzić, ale poczekam tu z tobą.
Michał posłusznie włożył łyżkę do talerza, chociaż zupełnie nie miał
apetytu. Czuł się tak, jakby coś ściskało mu żołądek, chociaż nie
rozumiał dlaczego. Już tak bywało czasami, że Lucyna się spóźniała, tyle
że nigdy aż tak bardzo. Raz uciekł jej autobus, a innym razem pomagała
starszej pani zanieść zakupy do mieszkania. Dlaczego zatem teraz
odczuwał dziwny niepokój? Otrząsnął się, jakby próbował strzepnąć z siebie głupie myśli. Zerknął na cztery frezje, które przywiózł Luśce,
jej mama wstawiła je do białego wazonu w niebieskie róże.
Zaraz przyjdzie.
Na pewno wkrótce się zjawi.
Wokół jego nóg podskakiwał pies Lucyny, Krokus, trzyletni jamnik
szorstkowłosy.
Kiedy jednak Luśka nie stawiła się w ciągu kolejnej godziny, uśmiechnął
się z przymusem do Iwony i powiedział, że musi się zbierać na dworzec.
Spojrzała na niego jakoś tak nieprzytomnie i szybko pokiwała głową.
- Gdzie ona może być? - spytała, wyglądając przez okno.
Michał ponownie usiadł na krześle. Jeszcze trochę mógł zaczekać.
- Ja jednak z panią zostanę, dobrze? Posiedzimy razem. Chyba że pani
musi wyjść...
Iwona Zduńska machnęła ręką.
- Nie, to nie takie ważne... - Widać było, że z każdą kolejną minutą jest
coraz bardziej zdenerwowana. Kiedy zadzwonił telefon, gwałtownym ruchem
podniosła słuchawkę, by po chwili szybko odpowiedzieć: - Niestety
dzisiaj nie dam rady. Przepraszam.
Lucyna nie zjawiła się w domu do godziny dwudziestej drugiej i wtedy
matka postanowiła pojechać na policję. Michał zadzwonił do rodziców i powiedział, że zostaje na noc.
- To do niej niepodobne, gdyby miała coś ważnego do zrobienia, dałaby
znać - powtarzała Zduńska, nerwowo skubiąc mankiet popielatej bluzki.
- Pojadę z panią - zaoferował chłopak.
To były chyba najgorsze dwie godziny w życiu ich obojga. Policja
wprawdzie przyjęła zgłoszenie, chociaż bez przekonania. Ostatecznie
Lucyna miała dziewiętnaście lat, była pełnoletnia, zatem nie dało się
tej sprawy potraktować jako zaginięcie dziecka. Iwona Zduńska
przekonywała jednak, że podobne sytuacje nigdy wcześniej się nie
zdarzały. Że nawet jeżeli Luśka się spóźniała, to zazwyczaj był to
kilkunastominutowy poślizg, w każdej innej sytuacji dzwoniła i mówiła,
że będzie później. Wiedziała, że matka może się denerwować.
- Była umówiona ze swoim chłopakiem, który nie mieszka tutaj, tylko
dojeżdża pociągiem. Na pewno uszanowałaby to, że się dla niej
pofatygował. Naprawdę tak ciężko to zrozumieć? - pytała coraz bardziej
roztrzęsiona.
Policjant, który przyjął zgłoszenie, był tu nowy i chociaż wszystko
skrupulatnie notował, to potem zadawał mnóstwo kretyńskich pytań, co w odczuciu Iwony niepotrzebne, a czas uciekał.
Kiedy zjawił się podkomisarz Bogdan Zalewski, którego znała, a on znał
również Luśkę, w końcu postanowiono rozpocząć poszukiwania. Zaczęto od
przeczesania niewielkiego lasu, który rósł niedaleko domu obu kobiet. W tym czasie Iwona obdzwoniła i obeszła wszystkich znajomych Luśki, ale
każdy tylko bezradnie rozkładał ręce. Ostatnią osobą, która widziała
Lucynę, okazała się Monika, jej serdeczna przyjaciółka. Dziewczyny
spotkały się tego dnia około godziny siedemnastej.
- Chciała ode mnie pożyczyć sukienkę, przymierzyła kilka, w końcu
wybrała taką zieloną i powiedziała, że idzie do domu. Nie mam pojęcia,
dlaczego nie wróciła - mówiła Monika, żałując, że nie może bardziej
pomóc.
- Nic nie wspomniała, że jesteście umówione - zdenerwowała się matka.
- To było na spontana. Luśka wpadła tylko po ciuchy.
Całonocne poszukiwania okazały się bezowocne, Lucyny nigdzie nie było i nikt nie potrafił powiedzieć, co się z nią mogło stać.
- Zaczniemy znowu szukać rano. - Zalewski próbował uspokoić Zduńską. -
Może jednak gdzieś zabalowała, co?
Kobieta nie odpowiedziała.
Przez całą noc nie zmrużyła oka, podobnie jak Michał. Razem próbowali
cokolwiek ustalić. Dopiero nad ranem chłopak zdrzemnął się w dużym
pokoju na kanapie, a matka dziewczyny postanowiła raz jeszcze pójść do
lasu, by szukać swojego dziecka. Wzięła ze sobą Krokusa.
Był czwartek, godzina czwarta trzydzieści sześć, dwudziesty piąty maja
dziewięćdziesiątego piątego roku. Wniebowstąpienie Pańskie. Kiedy Iwona
Zduńska weszła w młody zagajnik, pies nagle zaczął ujadać, a ona
zobaczyła postać, która na jej widok wydała z siebie dziwny dźwięk, a następnie zaczęła uciekać. Było jeszcze szaro, nie mogła zatem dojrzeć
szczegółów.
- Hej! Stój! Kim jesteś?! - krzyczała kobieta, a potem próbowała dogonić
mężczyznę. Bezskutecznie. Po niedługim czasie zupełnie straciła go z oczu.
Cały czas słyszała jednak w głowie ten charakterystyczny dźwięk, coś w rodzaju bełkotu, jakby ta postać nie potrafiła się normalnie wysłowić.
Była coraz bardziej przerażona, a jej serce biło jak oszalałe.
- Luśka, gdzie ty, na Boga, jesteś?
Szła wolno, ostrożnie, uważając na każdy krok. Wpatrywała się z napięciem w ściółkę. Słońce prześwitywało przez gałęzie drzew, a ptaki
zdawały się niemal krzyczeć. Iwona poruszała się jak w transie, miała
wrażenie, że idzie znacznie wolniej niż zwykle, a nogi grzęzną jej w błocie. Krokus za to zdawał się coraz bardziej nerwowy, w końcu znowu
zaczął szczekać i odbiegł na prawo. Iwona ruszyła za nim i wtedy
zobaczyła rower Luśki porzucony w krzakach. Otworzyła usta, ale nie
wydobył się z nich żaden dźwięk.
Wiedziała już, że stało się coś złego, coś, co wszystko zmieni.
Nieodwracalne zło.
Pół godziny później natrafiła na ciało córki. Krokus znalazł ją jako
pierwszy i położył się u jej nóg. Lucyna miała ściągnięte spodnie i opuszczaną do połowy kolan bieliznę. W ręku trzymała strzęp zielonego
materiału, prawdopodobnie z sukienki, o której wcześniej wspominała
Monika. Leżała twarzą do ziemi. Iwona podbiegła do niej i chwyciła w ramiona, wyjąc jak ranne zwierzę. Dostrzegła rozpiętą bluzkę i ślady
krwi na policzku, a na szyi ciemne pręgi. Oczy dziewczyny patrzyły przed
siebie, ale niczego już nie widziały.
Na podstawie oględzin patologa ustalono, iż zgon Lucyny Zduńskiej miał
miejsce kilka godzin wcześniej. Śmierć nastąpiła przez uduszenie, ale
najpierw dziewczyna została najprawdopodobniej zgwałcona. Później tę
hipotezę odrzucono. Sprawcy nigdy nie udało się ująć, ale Iwona Zduńska
przysięgła sobie, że będzie żyła tak długo, aż pozna prawdę.
Podkomisarz Bogdan Zalewski wspierał ją, jak mógł, poruszył niebo i ziemię, ale bezskutecznie. Gdy w dwa tysiące siódmym zmarł na zawał,
Iwona pomyślała, że teraz nie ma już nikogo, kto będzie próbował jej
pomóc.
A jednak prawie trzydzieści lat po śmierci córki pojawiła się na
poznańskiej komendzie i chciała koniecznie rozmawiać z kimś, kto
zajmował się zbrodniami sprzed lat. W ten sposób trafiła na Klarę i Antoniego.
Rozdział 1
Rozdział
1
Iwona Zduńska dobiegała osiemdziesiątki, ale nadal dobrze się trzymała.
Chodziła zdecydowanym, pewnym krokiem, a chociaż jej twarz pokrywała
siatka zmarszczek, to jednak nie sprawiała wrażenia zmęczonej życiem
staruszki. Wręcz przeciwnie. Jej oczy w dalszym ciągu błyszczały, a ruchy zdawały się dynamiczne. Kiedy opowiadała o swojej zamordowanej
przed prawie trzydziestu laty córce, cały czas nerwowo gestykulowała i zakładała za ucho opadający kosmyk siwych włosów. Poprosiła też o szklankę wody, a następnie opróżniła ją niemal jednym haustem.
- Owszem, zajmujemy się zbrodniami, do których doszło kilkadziesiąt lat
temu, ale nie bardzo rozumiemy, dlaczego pani teraz z tym przychodzi -
powiedziała ostrożnie Klara, kiedy już wysłuchała historii o zamordowanej Lucynie Zduńskiej.
Starsza kobieta wyciągnęła chusteczkę z torebki i głośno wytarła nos.
- Na jej grobie pojawiły się świeże kwiaty. I może nie byłoby w tym nic
dziwnego, gdyby nie fakt, że jestem jedyną osobą, która o to dba. Czasem
też zjawia się Michał, dawny chłopak mojej córki, ale to bardzo rzadko.
Mieszka za granicą, w Londynie, i w Polsce bywa raz, dwa razy w roku.
Zawsze kiedy przyjeżdża, najpierw przychodzi do mnie, chwilę rozmawiamy,
a potem razem idziemy na cmentarz. Wiem z całą pewnością, że te kwiaty
nie są od niego. Nikt nigdy wcześniej ich tam nie kładł. Oprócz mnie.
Dlaczego więc właśnie teraz? - Powiodła po nich bladoniebieskim
wzrokiem.
Klara i Antoni spojrzeli po sobie. To nie musiało nic znaczyć, chociaż
wiedzieli, że tego typu sytuacje nie biorą się tak zupełnie z niczego.
- A może to jednak ktoś z rodziny? - zasugerował Antoni.
Iwona Zduńska przecząco pokręciła głową.
- Ja rozumiem, że dla was to brzmi absurdalnie, ale wiem, co mówię.
Lucynkę wychowywałam samotnie, jej ojciec zmarł, kiedy była małym
dzieckiem. Tak naprawdę nie miałam żadnej rodziny, bo sama pochodzę z domu dziecka. Mój mąż wcześnie stracił rodziców, a zatem Luśka nie znała
nawet dziadków. Mam tylko kuzynkę, ale rzadko z nią rozmawiam i prawie
się nie widujemy. Poza tym ona mieszka pod Warszawą. Gdyby chciała mnie
odwiedzić albo pojechać na grób Luśki, to zrobiłybyśmy to razem, jestem
pewna. Powtarzam raz jeszcze, nie ma takiej możliwości, żeby te kwiaty
przyniósł ktoś, kogo znam.
- Może to przypadek? - zastanawiała się Klara. - Ktoś tamtędy
przechodził i w taki sposób zapragnął upamiętnić śmierć młodej
dziewczyny?
- Bzdura - orzekła starsza pani zaciętym głosem. - Poza tym to nie
wszystko. To nie były jakieś tam kwiaty, tylko frezje, które moja córka
kochała najbardziej na świecie. Powiedziała mi kiedyś, że jak skończy
chemię, to wymyśli frezjowy zapach perfum i one będą znane na całym
świecie. Bardziej nawet niż Chanel numer pięć - dodała ze smutnym
uśmiechem.
- To dość popularne kwiaty - wtrąciła nieśmiało Klara.
- Ale nie na grobach - weszła jej w słowo Zduńska. - Na groby przynosi
się tradycyjne wiązanki, chryzantemy, astry, a latem choćby róże. Frezje
rzadko się widuje, wiem, co mówię. Może się mylę, ale intuicja
podpowiada mi, że ktoś położył tam ten bukiet nie bez powodu. Czy
istnieje szansa, żebyście wrócili do tej sprawy? Ja wam we wszystkim
pomogę. W końcu to ja ją znalazłam. - Spuściła głowę.
Klara się zamyśliła. To nie był pierwszy przypadek, kiedy przychodzili
do nich rodzice zamordowanych dzieci lub byli kochankowie, którzy z różnych powodów uważali, że sprawę morderstwa sprzed lat da się wciąż
wyjaśnić. Bo ktoś gdzieś zobaczył osobę podobną do zamordowanej, bo
przeczytał o tym, że najnowsze techniki pozwalają wykryć zbrodnie nawet
sprzed kilku dekad, bo coś im się nagle przypomniało. Czasami były to
ślepe zaułki, które donikąd nie prowadziły, ale niekiedy faktycznie
udało się odkopać coś, co wydawało się, że zostało już na zawsze
pogrzebane. Klara wierzyła w intuicję, wierzyła w podszepty
podświadomości, bo wielokrotnie się przekonała, że wystarczy minimalny
punkt zaczepienia, żeby można było ruszyć dalej. Spojrzała teraz na
Antoniego i kiwnęła głową.
- Obiecuję, że zajrzymy do akt i spróbujemy zrobić, co w naszej mocy.
Czy w dziewięćdziesiątym piątym roku, kiedy zginęła pani córka, policja
kogoś podejrzewała?
Iwona Zduńska smutno się uśmiechnęła.
- Tak, ale wszystkie te osoby miały niepodważalne alibi. Część z nich
już nie żyje, dlatego nie wiem, czy to mógłby być jakiś trop. Bardzo
pomagał mi wtedy podkomisarz Zalewski, ale jego też już nie ma.
- A pani? - wtrącił nagle Antoni. - Czy pani miała jakieś swoje typy?
Zduńska dotknęła dłońmi rozpalonego czoła.
Nadal je miała. A w zasadzie jeden. Tyle że nie znalazła na to żadnych
dowodów, nic, czego mogłaby się chwycić. Śledziła go nawet, próbowała
sama się czegoś dowiedzieć, ale wszystko na nic.
- Możliwe i dlatego będę wam pomagać, na ile mogę. Tylko go złapcie. -
Spojrzała na nich błagalnym wzrokiem.
Rozdział 2
Rozdział
2
Klara Majewska od świtu siedziała nad aktami, które przyniosła jej
Kaśka. Przyjechała do pracy dużo wcześniej, w komendzie nie było jeszcze
nikogo. Wysłała Antoniemu wiadomość, że chce przyjrzeć się tej sprawie,
zanim podejmie ostateczną decyzję.
"Będę za godzinę", odpisał.
Klara nalała kawy do kubka, skrzywiła się, bo niestety skończył się
cukier, i zaczęła przeglądać dokumenty.
Lucyna Zduńska rok przed zaginięciem i tragiczną śmiercią ukończyła
liceum. Chciała się dostać na studia chemiczne, ale za pierwszym razem
oblała egzamin. Brała korepetycje, żeby spróbować ponownie.
Jej chłopak był studentem pierwszego roku politechniki poznańskiej.
Pochodzili z tej samej niewielkiej miejscowości koło Gniezna, a w samym
Gnieźnie ukończyli liceum.
Lucynę faktycznie znalazła matka, która dwudziestego piątego maja
dziewięćdziesiątego piątego roku, we wczesnych godzinach porannych,
wybrała się do lasu, żeby dalej szukać córki. Zabrała ze sobą psa rasy
jamnik. I tak naprawdę to dzięki niemu odnalazła swoje dziecko. Najpierw
pies nerwowo zaszczekał i dokładnie w tym momencie Iwona zauważyła
postać, która poderwała się z ziemi i zaczęła uciekać. Nie dogoniła tej
osoby, co zeznała podczas śledztwa. Później jamnik zaczął piszczeć,
skamleć i drapać ściółkę kilkanaście metrów od skraju lasu, w mieszanej
liściasto-iglastej drągowinie. Zduńska od razu rozpoznała czerwoną
bluzkę, w którą tego dnia ubrana była jej córka. Dziewczyna leżała
twarzą do ziemi, na głowie miała ślady uderzenia czymś ciężkim, a spodnie i bieliznę opuszczone do kolan. Padła ofiarą przemocy, zgon
nastąpił w wyniku uduszenia.
Policja przeprowadziła szczegółowe dochodzenie, przepytano większość
mieszkańców niewielkiej miejscowości pod Gnieznem, w której żyła Lucyna
Zduńska, ale niewiele ustalono. Nikt nie zauważył niczego podejrzanego,
nikt też niczego nie słyszał.
Monika, przyjaciółka denatki, była ostatnią osobą, która ją tego dnia
widziała. Dziewczyny spotkały się o siedemnastej i spędziły ze sobą
mniej więcej godzinę. W tym czasie Lucyna wybrała sukienkę, którą wzięła
ze sobą, gdy wychodziła. Powiedziała, że wraca do siebie, ponieważ
umówiła się ze swoim chłopakiem Michałem Drawskim.
Jego również przesłuchano, ale bardzo szybko odrzucono jako ewentualnego
podejrzanego. Alibi Michała nie sposób podważyć. Całe popołudnie i wieczór spędził w domu Lucyny Zduńskiej, czekając na nią razem z jej
matką. Chłopak był roztrzęsiony, trudno było z nim rozmawiać, w końcu
podano mu silne leki uspokajające. Około godziny jedenastej przyjechali
po niego rodzice i zabrali do siebie.
Przesłuchano kilkadziesiąt osób, z czego kilkanaście wytypowano na
ewentualnych podejrzanych, ale wszystkich z podejrzeń oczyszczono, a śledczym nie udało się niczego ustalić.
Lekarz medycyny sądowej stwierdził, że Lucyna nie padła ofiarą czynności
seksualnych, nie wykryto bowiem żadnych śladów spermy, niczego, co
wskazywałoby na gwałt. Na ciele dziewczyny znaleziono wprawdzie krew,
ale należała ona do denatki, z kolei próbki DNA spod jej paznokci nie
pokrywały się z tymi pobranymi od ewentualnych podejrzanych.
Na miejscu zbrodni przeprowadzono dokładne oględziny i zabezpieczono
ślady, niestety nie doprowadziły one do ujęcia przestępcy.
Jednym z podejrzanych był miejscowy niemowa, który od zawsze zaczepiał
młode dziewczyny. Mężczyznę przesłuchano, ale z braku dowodów musiano
porzucić i ten trop. Jego rodzice bowiem zaświadczyli, że w dniu
morderstwa przez cały czas przebywał z nimi w domu i nigdzie nie
wychodził.
Po dwóch latach sprawa została umorzona ze względu na niewykrycie
sprawcy zabójstwa, a motywu zbrodni nie ustalono. Podkomisarz Bogdan
Zalewski z racji tego, że znał rodzinę zamordowanej, zajmował się tą
sprawą dłużej, już na własną rękę, niestety bezskutecznie.
Klara podniosła głowę. Była to kolejna zbrodnia, której nie udało się
rozwiązać i która najwyraźniej miała swój dalszy ciąg. Coś jej mówiło,
że frezje znalezione przez matkę dziewczyny na grobie faktycznie nie
pojawiły się tam przypadkowo. Pytanie tylko, czy przyniósł je morderca,
czy zupełnie ktoś inny. Ktoś, kto jednak miał związek z tą sprawą, ale z jakiegoś powodu nie mógł o niej mówić.
Kiedy Antoni Praszyński przyjechał do komendy, Klara podała mu akta i w skrócie opisała, co się w nich znajduje.
- I co o tym myślisz? - Antoni spojrzał na nią pytająco.
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, ale coś mi mówi, że w tej sprawie może faktycznie coś
jeszcze być.
- Frezje? - odgadł Antoni.
Skinęła głową.
- Kobieta ma rację. To nie są kwiaty, które zazwyczaj kładzie się na
grobach. Ktoś wiedział, że Lucyna Zduńska je lubiła. Zaczęłabym od jej
byłego chłopaka, bo w dalszym ciągu wydaje mi się najbardziej
prawdopodobne, że to on je przyniósł. No chyba że potwierdzimy, iż w tym
czasie przebywał w Londynie.
- Mógł kogoś poprosić - zauważył przytomnie Antoni.
Klara pstryknęła palcami.
- Bierzemy to?
- Ufam twojej intuicji. - Ukłonił się jej i puścił oko.
Kilka dni później mieli już listę osób, które postanowili po raz kolejny
przepytać. Niestety większość podejrzanych, wytypowanych w dziewięćdziesiątym piątym, już nie żyła, ale w dalszym ciągu dysponowali
kilkoma nazwiskami, które ewentualnie mogłyby się do czegoś przydać.
Postanowili zacząć od Michała Drawskiego. Klara zadzwoniła do niego
jeszcze tego samego dnia.
- Sprawa Lucyny? - wyszeptał do telefonu, kiedy się przedstawiła i podała powód, dlaczego się z nim kontaktuje. - Ale czemu teraz?
- Jesteśmy z sekcji archiwum X i odkopujemy sprawy z przeszłości.
Zwróciła się do nas matka zamordowanej, sugerując, że temat zabójstwa
jej córki może mieć ciąg dalszy. Czy przebywał pan w ostatnim czasie w Polsce i czy odwiedził pan miejscowość, w której mieszka Iwona Zduńska,
matka denatki? - spytała Klara.
Michał Drawski odchrząknął i odpowiedział zmienionym głosem:
- Tak, byłem tam trzy tygodnie temu, ale wyjątkowo nie pojechałem do
pani Iwony. Przebywałem wyłącznie w Poznaniu.
- Czyli nie odwiedził pan grobu Lucyny Zduńskiej ani nie kupił kwiatów?
- drążyła Klara.
Mężczyzna zaprzeczył.
- Na cmentarz zawsze jeździłam z mamą Luśki, nigdy sam. To jest taki
nasz rytuał, ale tym razem nie udało mi się, miałem zbyt mało czasu.
Przykro mi, ale bardziej nie mogę pomóc.
- Rozumiem, a kiedy będzie pan następnym razem w Polsce?
- Planowałem przyjechać z rodziną na Boże Narodzenie, gdzieś w połowie
grudnia.
- Jeżeli będę miała wcześniej jakieś pytania, to chętnie połączę się z panem telefonicznie z możliwością użycia kamery - zaproponowała
policjantka.
- Dobrze, ale dlaczego chce pani ze mną rozmawiać? - Mężczyzna miał
coraz bardziej zdenerwowany głos, co nie uszło uwadze Klary.
- Ponieważ podjęliśmy decyzję o powrocie do tej sprawy, a pan jest jedną
z nielicznych osób, które dokładnie pamiętają, co się wtedy wydarzyło.
- Tyle że ja byłem cały czas w domu z mamą Lucyny. Nie bardzo wiem, jak
jeszcze miałbym pomóc. Wydaje mi się, że wtedy powiedziałem wszystko.
- No właśnie. - Klara się uśmiechnęła. - Wydaje się panu. I całkiem
możliwe, że jednak mógł pan o czymś zapomnieć, przeoczyć jakiś szczegół,
który może mieć istotne znaczenie. Proszę się nie denerwować, nie jest
pan o nic podejrzany. Po prostu każda informacja, nawet najdrobniejsza,
może okazać się kluczowa.
- Jasne - odparł. - Pozostaję zatem do państwa dyspozycji.
Majewska rozłączyła się i zerknęła na Antoniego.
- I co?
- Chcesz powiedzieć, że już go podejrzewasz? - Zaśmiał się. - Co prawda
w wypadku takich zbrodni często stoi za nimi ktoś bliski, zwłaszcza
partner, ale nie ulegajmy schematom. Skoro facet przez cały wieczór i popołudnie przebywał w domu matki zamordowanej, to raczej ma wyjątkowo
mocne alibi.
- Chyba że zlecił to morderstwo - zastanowiła się Klara.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki