Od autora
Im bliżej portów w Hamburgu, Bremie, Antwerpii czy Rotterdamie, tym
bardziej gęstniał tłum emigrantów. Może nasłuchali się jakichś
fantastycznych opowieści o zamorskich bogactwach, a może ktoś ze
znajomych lub rodziny przetarł już wcześniej szlak. Na statkach o wdzięcznych nazwach Mauretania, Kaiser Wilhelm, Kaiserin Auguste
Victoria i wielu innych mieszały się grupy pasażerów z różnych stron.
Płynęli z tych portów Polacy - prawosławni i katolicy z Galicji, biedota
zaboru rosyjskiego. Płynęły rzesze innych narodowości: rusińscy chłopi,
Słowacy, Węgrzy i wieczni tułacze - Żydzi. Tygiel kultur, języków i zwyczajów. Koniec XIX i początek XX wieku, do wybuchu pierwszej wojny
światowej, to prawdziwy exodus. Przeludnienie wsi spowodowało masową
emigrację. Za oceanem setki tysięcy akrów ziemi leżały odłogiem,
brakowało robotników w fabrykach, hutach, stalowniach, szwalniach i na
budowach linii kolejowych. Wielkie europejskie towarzystwa żeglugowe
zamawiały w stoczniach statki, które na swoje pokłady mogły zabrać po
kilka tysięcy pasażerów, by w ciągu dziesięciu dni przewieźć ich do
Nowego Świata.
Emigracja trwała także po roku 1918, kiedy odrodziła się już niepodległa
Polska. Opuszczali strony rodzinne mieszkańcy Podlasia, biedota Polesia
i Podkarpacia, ruszali za ocean krakowiacy, sądeckie Lachy i górale z Podhala. Już nie wybierali się w nieznane. Mieli do kogo jechać - w Ameryce kształtowała się Polonia.
Emigracja za Wielką Wodę za chlebem, w poszukiwaniu szans na lepsze
życie, zarobku, wolności - to także ważny rozdział historii regionu, z którego pochodzę. I to stało się głównym impulsem do napisania nowej
książki. Budziła się we mnie potrzeba przywołania tej historii,
kiełkowała, rozrastała i przystrajała w obrazy. Na tę panoramę
wychodźstwa składają się losy ludzi, których znałem i znam, słuchałem o nich opowieści i wspomnień tych, którzy zostali w kraju, a niekiedy
oddałem głos samym bohaterom - emigrantom. Zawarłem tu także owoc
poszukiwań wynikających z moich zainteresowań historycznych oraz moje
osobiste spostrzeżenia i doświadczenia z dwuipółrocznego pobytu w Stanach Zjednoczonych.
Od kiedy wstąpiliśmy do Unii Europejskiej i mamy swobodny przepływ
kapitału, towarów, ludzi i usług, z prawa do wyboru miejsca pracy i miejsca do życia skorzystało dwa i pół miliona Polaków. A przecież są
też koszty społeczne i osobiste tej współczesnej emigracji ekonomicznej.
Napisałem tę książkę dla tych, którzy teraz decydują się na opuszczenie
kraju w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Może dostarczy im
materiału do przemyśleń i refleksji, gdy tuż przed wyjściem z własnego
domu usiądą na krześle jeszcze ten ostatni raz. Oddaję ją także tym
Czytelnikom, którzy sięgną po nią po prostu z ciekawości.
Tę opowieść jestem winien wszystkim mym krajanom emigrantom z ziem u ujścia Dunajca do Wisły i z Powiśla Dąbrowskiego za ich odwagę i determinację. Oni byli pionierami tamtych wypraw w nieznane. Rozbudzali
nasze marzenia o innym świecie, o lepszym życiu za Wielką Wodą, o wolności, której symbolem była i jest Statua na Liberty Island. To oni w trudnych czasach podawali nam pomocną dłoń i ściągali do siebie
następnych przybyszów.
Napisałem ją też dla siebie, dla mojej rodziny i przyjaciół, których
spotkałem na amerykańskiej ziemi, by zatrzymać emocje, wzruszenia i czas
mojej emigracji.
Kusił mnie ten temat, chodził za mną przez wiele lat, budził w nocy
i zabierał sen. Lektura książki Martina Pollacka Cesarz Ameryki
wznieciła we mnie płomień pisarskiej zazdrości, tym bardziej że autor
przytacza w swoim reportażu emigracyjny epizod Józefa Łapy z Żabna -
miasta, w którym mieszkam.
Sięgnąłem do źródeł, szukając wiadomości o członkach mojej rodziny,
którzy popłynęli za ocean. Znalazłem wiele informacji na stronie
internetowej Muzeum Imigracji na Ellis Island (Ellis Island Immigration
Museum). I wtedy ci ludzie sprzed wieku stanęli przede mną jak żywi.
Jest w tych przekazach zdjęcie statku, na którym płynęła Wiktoria Mosio
- siostra mojej babci. I informacja o niej:
Polka z miejscowości Pilcza Żelichowska - kraj Austria. Panna lat
osiemnaście, pokojówka, czyta i pisze. Cera jasna, oczy szare, włosy
jasnobrązowe, wzrost pięć stóp i jeden cal. Stan zdrowia dobry. Nie
choruje na choroby weneryczne, jaglicę, gruźlicę i nie jest poligamistką
ani anarchistką. Jedzie do Port Richmond pod adres Richmond Terrace na
zaproszenie Weroniki Golonki - siostry przyszywanej. Ma przy sobie
piętnaście dolarów. Wypłynęła na statku Kaiserin Auguste Victoria z Hamburga dnia 12 lutego 1910 roku. Dopłynęła do Nowego Jorku dnia 22
lutego 1910 roku.
Jakoś tak się składa, że tematy do swoich książek czerpię z życia. Już
same zapisy z listy pasażerów aż się prosiły, by na nich zbudować
opowieść.
Powiśle Dąbrowskie i wioski położone u ujścia Dunajca - moja okolica -
to w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przeszłego wieku
dolarowe zagłębie. Utarło się powiedzenie: "Jadą do Ameryki jak na
jarmark do Żabna". Emigrację w opowieści Zapach dolarów pokazuję
niejako historycznie, od początku XX wieku - jeszcze za czasów
Franciszka Józefa - przez lata dwudzieste i trzydzieste II
Rzeczypospolitej, po eksplozję wyjazdów w latach siedemdziesiątych.
Epilog stanowią czasy współczesne.
Zapach dolarów rozpoczyna wspomnienie z mego dzieciństwa - tego, czym
był dla mnie wtedy świat i jaki on był wokół mnie, jak wraz z moim
dorastaniem powoli się rozszerzał i objawiał w coraz to nowych
odsłonach. Pojawiła się też Ameryka. Początkowo płynęła na falach eteru
w audycjach Głosu Ameryki, których namiętnie słuchał mój ojciec.
Wydawała się bardzo odległa, na końcu świata, a potem stawała się coraz
bliższa, namacalna, z zapachem listu czy paczki od ciotki Wiktorii z New
Jersey. Opisuję również swoje wrażenia związane ze sklepami Peweksu oraz
coraz szerszą emigrację do Stanów Zjednoczonych.
Pozwoliłem sobie pokazać moje własne doświadczenie emigracji zarobkowej
do Stanów w latach osiemdziesiątych, a także doświadczenia wielu innych
emigrantów z moich stron rodzinnych, których skusił zapach dolarów.
Opisuję marzenia, które popychały ludzi do starań o wyjazd do Ameryki, i nadzieje, z jakimi żegnały ich rodziny, jak radzili sobie Polacy na
amerykańskiej ziemi, jakie mieli doświadczenia. Przywołuję ich tęsknotę,
zachwyt, a czasem też rozczarowanie, niespełnione nadzieje, rozłąkę z rodziną. Większości z nich się powiodło, znaleźli sobie nowe, lepsze
miejsce do życia i tam już zostali. Niektórzy pojechali zarobić i wrócili do kraju z dolarami, by tu inwestować, lepiej żyć wśród swoich.
Opowiedziane w książce historie są autentyczne. Byłem ich uczestnikiem,
świadkiem, słuchałem osobistych relacji bohaterów. Większość postaci
występuje pod swymi prawdziwymi imionami i nazwiskami.
Nieliczne historie wzbogaciłem o fabułę. Robiłem to jedynie tam, gdzie
chciałem, by opowieść nabrała rumieńców i łączyły się wątki. Mam
nadzieję, że dobrze uchwyciłem tamten czas powszechnego w moich stronach
marzenia o wyjeździe do Ameryki.
W roku 1986 w Niles koło Chicago spotkałem stuletnią Polkę z emigracji z początku wieku. Z okazji swego jubileuszu otrzymała specjalne życzenia
od prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda Reagana. Wisiał ten adres
oprawiony w złote ramki obok obrazka Matki Boskiej Częstochowskiej w jej
pokoju. Staruszka uśmiechała się życzliwie. W jej oczach widziałem
zieleń poleskich równin. Przypłynęła tu na długo przed pierwszą wojną
światową. Dla mnie, trzydziestoletniego wówczas człowieka, były to
zamierzchłe czasy.
Spotkałem też byłego żołnierza z armii generała Andersa. Jedyne, co go
łączyło z ojczyzną, to właśnie mundur wojskowy i kilka odznaczeń, w tym
medal za zdobycie Monte Cassino. Nie miał już do kogo wrócić. Bliscy
zginęli, deportowani do nieludzkiej ziemi. Tylko on uszedł z Syberii z formującym się wojskiem. Jego dom został po drugiej stronie Bugu. Wybrał
emigrację. W Chicago założył rodzinę. Żył - jak na amerykańskie warunki
- biednie. Coraz częściej dopadały go zmory przeszłości. W alkoholu
topił żal i tęsknotę, czym zasmucał swoją żonę i dorosłe już dzieci.
Z kolei pan Julian pochodził ze Lwowa. Mówił z zaśpiewem lwowskiego
baciara jakimś przez siebie wyrobionym dialektem. Do słów angielskich
dodawał polskie końcówki. Słuchając go, przypomniałem sobie postać
latarnika z opowiadania Henryka Sienkiewicza. Pan Julian przybył do
Stanów Zjednoczonych zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej z falą
takich jak on przymusowych robotników zesłanych do Niemiec. Tu było mu
dobrze. Do jego domu we Franklin Park dobudowywaliśmy duży pokój od
strony ogrodu. W opowieściach wracał do miasta swojej młodości. Patrzył
na mnie z zazdrością, gdy powiedziałem mu, że kilka lat wcześniej byłem
we Lwowie. Pytał o rzeczy i sprawy, o których nie miałem pojęcia. Dla
mnie był to wyjazd handlowy, więc niewiele mnie zajmowało miasto.
Opowiadałem mu jednak, że we Lwowie bez problemów można się dogadać po
polsku. Ulice są pełne dziur w kamiennym bruku, na placu w centrum stoi
piękny teatr, niedaleko jest pomnik Adama Mickiewicza i lwowska katedra,
a domy stare, odrapane, z widocznymi jeszcze secesyjnymi zdobieniami,
jak nigdzie indziej kute balustrady balkonów i dziwny nastrój podwórzy,
jakby czas się zatrzymał, nie to co tutaj, w Ameryce.
W Stanach Zjednoczonych spotkałem wielu moich rówieśników i ludzi nieco
starszych. Pochodzili z Gdańska, Wrocławia, Warszawy, Lublina,
Białegostoku i Krakowa. Wszyscy z emigracji postsolidarnościowej.
Przyjechali zarobić parę dolarów, by wyrwać się z peerelowskiej biedy i niemożności końca lat osiemdziesiątych.
Są w książce również strony poświęcone powojennej emigracji
wolnościowej, inteligenckiej, która tam, na amerykańskiej ziemi
powoływała do życia polskie organizacje, instytuty, stowarzyszenia,
nadawała kształt amerykańskiej Polonii i miała duży wpływ na jej
postrzeganie przez władze stanowe i federalne. Byli to ludzie o wielkim
autorytecie, tacy jak profesor Jan Karski, Jan Nowak-Jeziorański,
Bolesław Wierzbiański, Stanisław Jordanowski czy Andrzej Prończuk -
redaktorzy polonijnych pism, prezesi polonijnych instytutów i fundacji.
Wiem, jak pachnie każdy zarobiony dolar. W Stanach byłem świadkiem
codzienności polskiej emigracji zarobkowej, pracy, tęsknot i dążeń tych
ludzi, którzy przybyli na kilka lat, i tych, którzy osiedli tam już na
stałe. Zarabiałem "zielone" u kontraktora - przedsiębiorcy budowlanego.
Kopałem rowy pod fundamenty w ilastej ziemi nad jeziorem Michigan.
Kruszyłem na posesjach beton i wylewałem nowy. Przybijałem
szyngle1 i gorącą smołą lepiłem papę na dachach domów, patrząc
z ich wysokości na ulice Chicago i okolicznych przedmieść. Nie było
roboty, której nie brałby mój pracodawca. Musiałem umieć wszystko, a przynajmniej szybko się uczyć. Budowałem drewniane tarasy przy domach,
stawiałem płoty, wymieniałem okna, farba do malowania ścian nie
schodziła mi z paznokci. Jak przedtem marzyłem o wyjeździe do Ameryki,
tak później tęskniłem i oczekiwałem dnia powrotu. Coraz bardziej
uświadamiałem sobie, że bez uporu, determinacji, pozbawiony bliskiego
kontaktu z rodziną, mogę się pogubić w tym kraju wielkich możliwości,
ale też wielu pokus.
W książce starałem się pokazać wielostronny obraz emigracji. Wszystkie
wątki łączy miejsce, skąd moi bohaterowie emigrowali, i właśnie Ameryka
pachnąca dolarami, dokąd się udawali. Nie próbowałem oceniać ludzkich
wyborów, tylko pokazać to, czego sami doświadczyli. A jeżeli wyrażam
swój stosunek, to jest to tylko żal, że towarzysze mojej młodości i wspólnego wrastania w dorosłe życie są tak daleko, bo zabrała ich
Ameryka. Może coś zyskali, ale myślę, że też wiele stracili. To takie
subiektywne.
Adam Tomczyk
Żabno, 10 lutego 2023 roku
Cały mój świat
Była ciepła majowa niedziela. Zapewne miałem na sobie krótkie granatowe
spodenki na szelkach, jasną koszulę, a na nogach sandały lub jakieś
półbuty. Tak wystrojony szedłem do kościoła. Nie sam. Zawsze czekałem na
rówieśników z sąsiedztwa lub spotykałem ich po drodze. Samemu nudno i droga się dłużyła. A dla dziecka była to wyprawa. Cztery kilometry i jeszcze przewóz promem przez rzekę, która jakby dla utrudnienia płynęła
w poprzek drogi. Dunajec pachniał wikliną, wilgocią i łuską ryby.
Wchodziliśmy na prom, a przewoźnik niczym mityczny Charon podnosił trap
i drewnianą żerdzią odpychał prom od brzegu. Naciągał i popuszczał
kołowrotem stalowe liny i płynęliśmy na drugi brzeg Dunajca, gdzie zza
niskiego wału wyglądała masywna bryła parafialnego kościoła, mierząca w niebo dwiema strzelistymi wieżami.
Było je widać z daleka. Wystarczyło tylko wyjść poza zabudowania wioski,
by nabrać perspektywy, ominąć wzrokiem wszystkie przydomowe drzewa,
przydrożne topole i dachy budynków. Dwie wieże neogotyckiej świątyni
majaczyły na horyzoncie. W owym czasie względem kościoła w Otfinowie
orientowałem swoje położenie, swój dom i odległości. Może to było
złudne, bo właśnie od strony północnej horyzont zamykały wał i wysokie
nadrzeczne topole, a zza nich wystawały tylko te wieże.
Wtedy mój świat był mały. Na południu perspektywę ograniczała ciemna
krecha lasu. Tam niebo łagodnie kryło się w gałęziach sosen nieco niżej
niż na zachodzie, gdzie chowało się za nadwiślańskie pagórki.
Las znajdował się daleko. Trzeba było najpierw przebyć szmat pól
uprawnych, potem minąć jezioro, za nim rozległe płaskie łąki, które
zieleniły się i pachniały ziołami i kwieciem rozmaitym. Nagrzane,
brzęczące od pszczół i trzmieli, cykające pasikonikami, rozśpiewane
skowronkiem. Za nimi rdzawa rzeczka ujarzmiona wałami płynęła leniwie w piaszczystym korycie wśród sitowi i żółtych kosaćców. To siedlisko
połyskliwych ważek, które latały jak helikoptery.
I znowu połać podmokłych łąk, a w oddali na lekkim wzniesieniu czerniał
las. Na tym lesie pocącym się żywicznie kończył się dla mnie świat, choć
wiedziałem, że tam schowała się wieś Pojawie. Pewnie dlatego tak
nazwana, bo pojawiała się nagle na leśnym przerębie. A za sosnowym borem
leżały Zaborów, Dołęga i Borzęcin. I jeszcze Waryś, Czarnawa i Rudy-Rysie. Same nazwy były dla mnie baśniowe. W tych odległych wsiach
skrytych za borem, za lasem wyobrażałem sobie scenerię bajki o wilku i Czerwonym Kapturku. Dalej było już niepoznane, tajemnicze i niewyobrażone. Wierzyłem, że za lasem jest inny świat i żyją ludzie
innej mowy. Nigdy tak daleko nie byłem. Ciemny bór stanowił granicę
mojego poznania, mojego świata. To pierwsza rzeka i pierwszy las z tych
siedmiu, za którymi działa się baśń. Jeżeli ktoś opowiadał o dalekich
krainach, państwach i ludziach na innych kontynentach, były to dla mnie
zmyślenia, iluzje i majaki. Nie istniało to, co niewidzialne. Naprawdę
był księżyc, było słońce i wszystkie gwiazdy wiszące na niebie, bo
widziałem je w dzień i każdego wieczora.
Po zmierzchu dnia często przychodził do naszego domu wuj mojej mamy
Stanisław Pytka, zapalał fajkę i snuł opowieści o ułańskim wojowaniu na
Wołyniu. Wujek wywijał szablą jak Wołodyjowski. Wpadł raz na Kozaków,
kości im porachował i czterech wziął do niewoli. Dostał za odwagę medal
trzeciej kategorii. Słuchałem zaciekawiony jego opowieści. Wyobrażałem
sobie, że kłęby dymu z jego fajki to kurz pobojowiska. Zaciskałem pięści
jak na rękojeści szabli. Widziałem siebie, jak pędzę na karym koniu i krzyczę co sił w płucach, i pałaszem razy zadaję, po czerepach tnę albo
z bagnetem na karabinie biegnę w bitewnym amoku.
Razu pewnego wuj, tknięty jakimś przeczuciem, namawiał kolegę, by wyjść
z okopu i schronić się w wykrocie powalonego drzewa. Kolega zlekceważył
jego prośbę, więc wujek sam odszedł nieopodal i jeszcze zanim się w nowym miejscu na dobre umościł, padła kula armatnia. On dostał
odłamkiem, a po druhu tylko wspomnienie zostało. Dopytywałem o szczegóły, wuj spojrzał na mamę i powiedział, że to wojna okrutna, nie
bajka dla dzieci. I była już dawno, tak dawno, że jemu rana się
zabliźniła. Tym mnie jeszcze bardziej zaciekawił. Zdjął marynarkę,
rozpiął koszulę i odchylił ją nieco. Pokazał szramę poniżej prawego
obojczyka. Uśmiechnął się jak do jakiegoś miłego wspomnienia.
Opowiadał też o saksach i o Ameryce. Ktoś tam z Danii przywiózł korony i głowę cukru, by osłodzić sobie i rodzinie biedne życie, inni z Ameryki
przywozili wielkie, okute blachą kufry pełne dobytku oraz zaszyte w parcianych pasach upragnione dolary.
- A gdzie ta Ameryka? - pytałem wujka.
- A daleko, daleko. Tak daleko, że gdy tu jest już południe i słońce
stoi nad jabłonią przed domem, i świeci prosto w okna, tam dopiero dzień
się rodzi. A gdy u nas słońce chowa się za Opatowcem już ostygłe z żaru
dnia i możesz na nie patrzeć, bo nie razi oczu, to tam jest południe.
- To od nas do Ameryki pół dnia się idzie?
- Słońce pół dnia potrzebuje, a człowiek to musi cały dzień pociągiem
jechać do portu w Gdańsku i potem statkiem jeszcze dziesięć dni płynąć
przez ogromny ocean.
Próbowałem sobie to wszystko wyobrazić, policzyć dni i noce, ranki i południa, stacje kolejowe, porty, morza i lądy, ale pogubiłem się w tej
geografii.
Nigdy tych krajów nie widziałem, może nawet nie wierzyłem, że są, choć
zawsze po zmroku przez radio przypływały stamtąd głos i jakaś melodia.
Tak mówił ojciec - że to zza oceanu. Namiętnie słuchał audycji Głosu
Ameryki. Zasiadał przed radiem, brał w palce pokrętło i szukał fali.
Odkrywał nieznane wyspy, dalekie kraje, żeglował po falach eteru. Gdy
już nastroił odbiornik, przykładał ucho do głośnika. Chłonął wiadomości
jak przypowieści i nauki z Ewangelii, jakby to była prawda objawiona,
lek na wszystkie trudy dnia codziennego, na nieprawości komunistycznych
władz, jakaś nadzieja na przyszłe dni zaklęta w słowach.
- Dziś nie zagłuszają - mówił do siebie, a może i do nas. Cieszył się i uśmiechał, zadowolony.
Bywały dni, że nie dało się słuchać. Jakieś piski, wycia, gulgotanie i kocia muzyka, ktoś tam po drodze bił w blaszany bębenek, grał na pile i rzęził na akordeonie. Inne stacje radiowe nachodziły na te fale,
mieszały się głosy, sygnały i języki jak w biblijnej wieży Babel.
Zniecierpliwiony ojciec zaciskał usta, widziałem jak w nerwach poruszał
żuchwą, wreszcie brał głęboki oddech dla uspokojenia i delikatnie
palcami kręcił gałką potencjometru, próbował nastroić radio, żeby coś
usłyszeć. Uchylał nawet okno, by fale wleciały do izby. Jak sternik
kołem, tak on obracał radiem, ustawiał ster na tym wzburzonym morzu, aby
tylko zakotwiczyć u stałego lądu i wreszcie usłyszeć ludzką mowę.
Gdy i to już nie dawało rezultatu, rozwieszał druty prowizorycznej
anteny od ściany do ściany. Plątały się jak pajęczyna, a on biegał z antenką po izbie, wreszcie kazał mi stać w kącie i trzymać tę drucianą
ramkę. Nic to nie dało, więc przestawiał radio na Wolną Europę, a ona
choć bliżej, to jeszcze gorzej. Zdenerwowany, wyłączał odbiornik. Wtedy
milkł jazgot. Cisza, ulga. Ojciec wracał z dalekiego świata do siebie.
Rozglądał się, jakby na nowo rozpoznawał to miejsce. Tu otulał go zapach
zbożowej kawy, mleka i drożdżowego ciasta. Przez uchylone okno wiosenny
podmuch wiatru przywiewał woń pól i kwietnych łąk znad Kisieliny.
Wtedy też i dla mnie kończyła się podróż w dalekie kraje, które nie
wiedziałem, gdzie leżą. Były jak z baśni, jakby jakaś mistyfikacja,
jeszcze nieuświadomione w zalążku mojej wyobraźni. Radio i te głosy
płynące z niego były tylko po to, by oszukiwać, budować światy
nierealne, wymyślone. Opowieści wieczorne, kołysanki dla dzieci.
Tamtej majowej niedzieli szedłem do kościoła. Kolega powiedział do mnie:
- Wczoraj po majówce dawali dzieciom amerykańskie długopisy.
- Kto?
- Jakieś małżeństwo. Chyba przyjechali z Ameryki? - Nie był pewien.
- Dostałeś? - Byłem ciekawy.
Chciałem mieć taki długopis. W piórniku miałem drewnianą obsadkę ze
stalówką. Nosiłem też kałamarz z atramentem. Takie pióro robiło kleks w najbardziej nieodpowiednim momencie. Długopis kleksów nie robi. Już samo
to było powodem, by o czymś takim marzyć. Chyba chodziłem wtedy do
pierwszej klasy.
- Nie, nie dopchałem się. Chmara dzieci obstąpiła tych Amerykanów. Dla
mnie zabrakło. Zostały im tylko zapalniczki, ale te rozdawali starszym.
Wtedy uwierzyłem w istnienie obcych krain.
Wyszliśmy z kościoła po mszy. Wierni rozchodzili się w dwóch kierunkach.
Niektórzy wsiadali na rowery i odjeżdżali do domów. Ci zza Dunajca
szybkim krokiem wspinali się na szczyt wału, by zdążyć na pierwszy
przewóz. Spóźnieni biegli i z wysokości wału widzieli, że prom czeka
jeszcze przy brzegu, więc puszczali się pędem. Ja z kolegą zostałem, bo
właśnie w głównych drzwiach kościoła dojrzeliśmy to amerykańskie
małżeństwo. On już lekko posiwiały, w jasnych spodniach, błękitnej
koszuli i marynarce w kratę szedł dostojnie. Uśmiechał się do każdego
przyjaźnie. Oczy błyszczały mu jakimś zadowoleniem i radością, a na
serdecznym palcu jego lewej dłoni połyskiwał złoty sygnet. Ona szła
obok, ubrana w jasną sukienkę w impresjonistyczne plamy, na którą miała
narzucony kremowy sweterek. Włosy upięła wysoko, a na świat spoglądała
przez przeciwsłoneczne okulary. Przystanęli na chwilę przed ogrodzeniem
kościoła. Ktoś podszedł się przywitać. Oni uśmiechnięci i życzliwi
dopytywali, z kim mają przyjemność, i kiwali głowami. Owszem teraz
poznają, pamiętają, choć to już tyle lat. Spoglądaliśmy na nich, nawet
podeszliśmy bliżej, ale nie rozdawali długopisów ani zapalniczek. Po
chwili z zakrystii, kierując się w stronę plebanii, wyszedł ksiądz
proboszcz Franciszek Węgiel. Był niskiego wzrostu, ale nadrabiał to
jakimś wyuczonym dostojeństwem. Zawsze gładko ogolony, grzeczny i w ruchach powolny. Zatrzymał się i na przywitanie podał Amerykanom dłoń
białą jak opłatek. Rozmawiali przez chwilę.
Wracaliśmy do domu. Gdy przyszliśmy do przewozu, prom już dobijał do
brzegu. Żałowałem, że nie byłem w sobotę na majówce. Mama mnie wysyłała,
ale wymówiłem się, że obcierają mnie buty.
Od tego czasu Ameryka zaczęła dla mnie nabierać realnej obecności. Była
gdzieś daleko, za oceanem i trzeba było płynąć do niej ponad tydzień. To
ona w szumach i trzaskach na falach eteru pojawiała się co wieczór w moim domu. I wtedy też rozrastał się świat w mojej wyobraźni, nabierał
kształtów, a czasem, około Bożego Narodzenia, prawdziwie przychodził do
mnie wraz ze smakiem cytryn i pomarańczy. Ich transport w dziennikach
radiowych i telewizyjnych był zapowiadany jak niezwykły podarunek. To
taki państwowy rytuał Świętego Mikołaja, w oficjalnej nomenklaturze
przemianowanego na Dziadka Mroza. Te cytryny były owinięte cieniutką
bibułką, każda osobno jak drogocenny klejnot. Bibułka pachniała rześko,
naperfumowana słońcem tropików i dojrzałym owocem. Poznałem wtedy smak
herbaty z cytryną. A pomarańcze smakowały jak miód, jak cymes, rarytas.
Obraną skórkę pomarańczy mama kroiła w kosteczki i kandyzowała. Potem
dodawała ją do sernika. Smak cytrusów poznałbym pewnie dużo później,
gdyby nie siostra mojej mamy. Ciocia Fela pracowała w Powiatowym Związku
Gminnych Spółdzielni w Tarnowie, miała dostęp do tych nielicznych
importowanych dóbr, zanim trafiły do geesowskich sklepów we wsiach.
Gdy miałem sześć lat, ciocia podarowała mi na imieniny książkę. To była
pierwsza moja książka. Pamiętam zapach farby drukarskiej i fakturę
papieru. Była to ilustrowana bajka o czarnym baranie we młynie. Znałem
młyn pana Józefa Borowskiego, stał w niedalekim sąsiedztwie. W jego
drewnianych wnętrznościach brzęczało, jakby rój trzmieli usiadł na
fioletowych kulach ostu. Chwierutały się sita, chrzęściły bębny,
szumiały i pędziły pasy transmisyjne, obracały się w klekocie koła
pasowe. Stukało, pukało, szeleściło, a drewnianymi rynnami jak drobny
deszczyk spadały do paki otręby i do worków bezgłośnie sypała się mąka.
Pachniało ziarnem, przedsmakiem chleba. A wszystko było spowite białą
chmurą pyłu. Z tej mgły pan Tchórzewski - pracownik młyna - wyłaniał się
jak zjawa. Nawet pan Borowski w swoim kantorku był przyprószony mąką
niczym pszenny racuch cukrem pudrem. Ale tę bajkę o czarnym baranie
umiejscawiałem nie we młynie Borowskiego, lecz za lasem, który smużył
się tajemniczo na horyzoncie. Może w Czarnawie, bo ta nazwa miała w sobie coś magicznego i pasowała do czarnego barana. Wchodziłem po
drewnianych schodach na piętro. Za moimi plecami wirowały koła pasowe,
trzęsły się rafy i sita, a ja przecierałem dłonią szybę w oknie z mącznego kurzu i patrzyłem w stronę lasu. Miałem nadzieję, że dojrzę tam
w dali wielkie łopaty wiatrowego młyna.
Dawały znać o sobie te inne światy w moim dzieciństwie, ale początkowo
pojawiały się jedynie jak fatamorgana, jak przeczucie ledwie
uświadomione.
Szczęśliwej drogi
Któregoś dnia przed furtką zatrzymał się listonosz.
- Poczta! - krzyknął. Głos miał przyjemny, słychać w nim było nadzieję
na dobre wiadomości.
Pies zaszurgotał łańcuchem i zaczął leniwie szczekać. Wybiegłem, ale że
trzeba było podpisać, więc zawołałem mamę. Podpisała kopiowym ołówkiem w pocztowym kwitariuszu zawiadomienie o przesyłce. Na poczcie czekała
paczka od ciotki z Ameryki. Zniecierpliwiony, chciałem z mamą iść ją
odebrać, lecz mama powiedziała, że tato pojedzie po nią wozem, gdy wróci
z pola. Nie będziemy targać ciężkiej paki na rowerze i paradować z nią
przez pół wsi. Nie ma co ludzi kłuć w oczy, po co wzbudzać zazdrość czy
nawet zawiść.
Ciotka Wiktoria była siostrą Marianny - mamy mojego ojca. Wyemigrowała
jeszcze przed pierwszą wojną światową. Miała wówczas osiemnaście lat. Z jej wioski wcześniej wyjechało już kilkadziesiąt osób. Statystyki
emigracji z tamtego okresu dla parafii Olesno, do której należała
rodzinna wieś Wiktorii - Pilcza Żelichowska, podają, że do roku 1907
wyjechało za morze tysiąc osób, a na emigrację sezonową do krajów Europy
udało się osób trzysta sześćdziesiąt. Moja babcia Marianna wyjeżdżała do
Niemiec. Również mój dziadek przez kilka sezonów jeździł tam do roboty w polu u bauera. Podobno tam się poznali, choć wioska rodzinna mojego
dziadka - Goruszów - leży zaledwie siedem kilometrów od Pilczy
Żelichowskiej. Pobrali się w roku 1909 i zamieszkali w Goruszowie.
Być może Wiktoria marzyła, by wyrwać się z tych galicyjskich opłotków i wyjechać do Ameryki. Czy żeby zarobić na szyfkartę, też pracowała na
saksach? Nie wiem. Ale wiem, że od najmłodszych lat ciężka praca w polu
była dla niej jak chleb powszedni. Gdy miała trzy lata, zmarł jej
ojciec. Gminny oglądacz zwłok wydał kartkę zaświadczającą o jego
niespodziewanej śmierci w wieku czterdziestu trzech lat na zapalenie
płuc. Mój pradziadek, Wojciech Mosio, zostawił żonę w ciąży. Zofia
urodziła się pół roku później.
Zapewne gdy Wiktoria miała już paszport, kupiła szyfkartę w tarnowskim
biurze agenta firmy Union Line z Hamburga. Wioskowy stolarz zrobił jej
kształtny kuferek, taki w sam raz, by mogła go unieść. Zabrała
najpotrzebniejsze rzeczy na podróż, najpewniej też różaniec i książeczkę
do nabożeństwa, bo przecież umiała czytać i pisać. Będzie więc pisać
listy.
Z pewnością na kolejowy przystanek w Oleśnie odprowadziły ją
piętnastoletnia siostra Zofia i matka. Trasą Szczucin-Tarnów pociąg
jeździł już od trzech lat.
O czym myślała przy pożegnaniu, gdy matka błogosławiła ją na drogę?
Miała przed sobą całą podróż, a kto wie, czy już nie pomyślała, że
wróci. Patrzyła na zasypane śniegiem równinne pola swojej okolicy i na
ciemne plamy zagajników. Pewnie, jak to w lutym, żegnały ją szare niebo
i dalekie zamglone słońce. Czy było jej żal?
W pociągu Wiktoria jest już zdana tylko na siebie. Na początku podróży
robi znak krzyża, by szczęśliwie dojechać do Hamburga, skąd parowcem
Kaiserin Victoria Auguste wypłynie do Nowego Jorku. W przygranicznym
Oświęcimiu jest pełna niepokoju, nawet nie patrzy przez okno wagonu.
Nasłuchała się różnych opowieści, przestrzegano wyjeżdżających, od lat
miasto ma złą sławę. Zadbali o to nieuczciwi agenci, przeróżni
naciągacze, oszuści i pośrednicy rozstawieni na dworcu, by zwabić
biednych wychodźców do biura konkurencyjnej agencji, tam ich zbałamucić,
jeszcze raz sprzedać im bilet na statek i oskubać do ostatniego guldena.
Tak było wcześniej, ale w roku 1910 jest już zapewne bezpieczniej.
Legenda tego miejsca jest jednak wciąż żywa i budzi obawy podróżujących.
Na liście pasażerów, gdzie wymieniono Wiktorię, nie ma nikogo z jej wsi
ani ze wsi sąsiednich. Gdyby płynął ktoś znajomy, zapewne trzymaliby się
razem. Myślę, że Wiktoria przyłączyła się do kogoś, by nie czuć się w podróży samotnie. Razem raźniej. Wspierali się wzajemnie, dodawali sobie
otuchy.
W czerwcu poprzedniego roku do Ameryki wyjechała serdeczna przyjaciółka
Wiktorii, o rok starsza Weronika Golonka z Olesna. Napisała do Wiktorii
list z wiadomością, że na nią czeka.
Weronika nie podróżowała sama. Na liście pasażerów numer 28 statku
Kroonland, wypływającego 29 maja 1909 roku z belgijskiego portu w Antwerpii do Nowego Jorku, widnieją sami Polacy z Galicji, w tym co
najmniej kilkanaście osób z Powiśla Dąbrowskiego. Młodzi trzymali się
razem. Do Nowego Świata płynęli Błażej Pawelec, lat osiemnaście, z Adamierza, i jego koleżanka Antonina Kogut z tej samej wioski. Z Olesna
ruszyła do Ameryki Antonina Kozyra - rówieśniczka Weroniki. Towarzyszył
im osiemnastoletni Franciszek Bania, również z Olesna. Na tej samej
liście jest z nimi Michał Banaś z Lubasza. Chłopcy z pewnością uciekali
przed służbą w cesarskim wojsku. Na statku znalazła się także Julia
Piękoś z Olesna z trzema córeczkami: pięcioletnią Stasią, trzyletnią
Michasią i czteromiesięczną Józią. Julia płynęła do swojego męża,
dwudziestosześcioletniego Wojciecha, który opuścił rodzinne strony
zaledwie dziesięć miesięcy wcześniej. Wszyscy z Olesna podali ten sam
adres docelowy w mieście Bayonne, w stanie New Jersey.
Po odprawie na Ellis Island do nieodległego Bayonne prowadził ich
Wojciech Piękoś. Szczęśliwy, bo miał już przy sobie rodzinę. Dźwigał do
przystanku tramwajowego drewniany kufer. Drugą ręką tulił do siebie
najmłodszą córeczkę. Dziecko, zmęczone, spało.
Weronika Golonka była dziewczyną ładną jak polny bławatek. Głowę nosiła
dumnie, nawet wtedy, gdy była zagubiona i niepewna. Może dlatego, że tak
odważnie patrzyła przed siebie, gdy szła ulicami Nowego Jorku, nie
wpadła w sidła rozmaitych sutenerów, alfonsów i stręczycieli oferujących
pracę kelnerki lub tancerki, a w najgorszym razie pokojówki czy
opiekunki do dzieci, by zwabioną uwięzić w jakimś burdelu. Może ktoś jej
towarzyszył, pomagał stawiać pierwsze kroki w wielkim kosmopolitycznym
mieście, pełnym zasadzek, mielizn i podstępu.
Zapewne Weronika w ciągu kilku miesięcy wynajęła sobie inne mieszkanie,
może bliżej miejsca pracy, skoro w liście poinformowała Wiktorię, że
mieszka w Nowym Jorku w okręgu Port Richmond.
Po kilkunastu godzinach podróży ze swojej wioski w biednej Galicji
Wiktoria Mosio dotarła do Hamburga. Pewnie zdumiało ją to miasto, ale
obezwładniający strach przed dalszą drogą w nieznane nie pozwalał jej o tym myśleć. To już był inny świat, a przecież ona jechała jeszcze dalej,
gdzie wszystko było nowe, ciekawe i zaskakujące. Może dopiero wtedy, gdy
już dotarła do Ameryki i opadło z niej napięcie, wspominała całą swoją
drogę i porównywała nieporównywalne. Liche, kryte strzechą drewniane
chaty swojej wioski i ogromne gmachy portowego Hamburga. W oczekiwaniu
na statek nocowała w jakimś domu noclegowym. Ufam, że i tam nie dała się
okraść i oszukać, bo przecież w cenie biletu miała opłacone noclegi i wyżywienie aż do wejścia na pokład statku.
Co tam gmachy miasta, gdy do portu wpłynął statek większy niż kościół
Księży Misjonarzy w Tarnowie! Co tam jeden kościół, statek był większy
niż dwa albo trzy kościoły! Miał dwa kominy równie ogromne jak kościelne
wieże, cztery wysokie maszty i pięć pasażerskich pokładów.
Ludzie szli i szli. Ciżba, tłum taki jak na odpuście w Odporyszowie.
Wchodzili na statek, a ten ich pochłaniał niczym biblijny wieloryb. Dwa
tysiące dziewięćset dziewięćdziesięciu sześciu pasażerów, a do tego
pięćset dziewięćdziesięciu trzech członków załogi.
Wiktoria weszła na pokład 12 lutego 1910 roku. Podróżowała zapewne w klasie trzeciej jak większość, bo tak było taniej. Płynęła na statku
swojej imienniczki. Może to dodawało jej otuchy, gdy z dolnego pokładu
strachliwie patrzyła na bezkresną pustość oceanu. I wówczas dotarło do
niej, że ten ogromy statek jest jak łupinka orzecha zdana na łaskę
żywiołów.
U celu podróży, po drugiej stronie Wielkiej Wody zobaczyła wyłaniającą
się z mgły Statuę Wolności. Dziękowała Bogu, że szczęśliwie dotarła.
Było to dwudziestego drugiego lutego. Po dopełnieniu imigracyjnych
formalności na Ellis Island, co poszło sprawnie i bez niespodzianek,
jako że nie cierpiała na syfilis czy inne choroby Wenery, nie miała też
parcha, gruźlicy czy jaglicy - owej bolesnej choroby oczu. Jako panna
nie była też poligamistką i zapewne zrobiła wielkie oczy na pytanie, czy
jest anarchistką. Nie rozumiała, co to znaczy, nigdy nie słyszała
takiego słowa. Miała przy sobie piętnaście dolarów, tyle na początek, by
dotrzeć do "przyszywanej siostry", jak została określona w dokumentach
podróży Weronika Golonka. Wiktoria mieszkała u niej przez jakiś czas
przy ulicy Richmond Terrace 1915, naprzeciw Jewett Avenue. Pracowały w szwalni. Po kilku latach Wiktoria wyszła za mąż za Jana Mikulskiego. Z Weroniką przyjaźniła się nadal i spotykała się z nią w pracy. Mijały
lata. Wiktorii rodziły się dzieci. Z wynajmowanego mieszkania Mikulscy
przenieśli się do Bayonne w stanie New Jersey, gdzie kupili dom.
Jakoś przetrwali kryzys lat trzydziestych. Prezydent Franklin Delano
Roosevelt wprowadził ubezpieczenia społeczne i płacę minimalną. Ruszyła
gospodarka i pracy było coraz więcej. Jan znalazł zatrudnienie w zakładach metalowych, a Wiktoria we włókienniczych. Było to dawno temu w Ameryce, kiedy podstawy jej gospodarczej potęgi budowali imigranci z całego świata.
Grzech Katarzyny Cybuch
Weronika Golonka wysyłała listy do brata w kraju, starała się też w miarę możności mu pomagać. Franciszek Golonka pracował ponad siły na
spłachetku pola w Kłyżu, aż się rozchorował.
Pisała do Weroniki bratowa Salomea:
Droga szwagierko, z sercem boleściwym cię powiadamiam, że zmarł
Franciszek. Naszej żałoby nic nie złagodzi, nawet w litaniach nie
znajduję ulgi i pocieszenia. Tak ciężko, szwagierko kochana. Przyjdzie
mi, wdowie, samotnie wychowywać czworo dzieci. Bez ojca sieroty zostały.
Umarł Franciszek, choć doktory dawali nadzieję, za co trzeba było
płacić. Pochowali my go na cmentarzu w Otfinowie dwudziestego trzeciego
lipca. Łzy mi w oczach stoją jak stawy, w gardle dusi i słów brakuje.
Smutno mi, że taką wiadomość ci piszę. Niech ciebie tam w Ameryce Bóg
błogosławi. Salomea z dziećmi. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
Amen.
Że Salomea została w żałobie z długami, tego się Weronika domyśliła.
Miała serce współczujące i dobre. Nadal była samotna, co często zdarza
się kobietom pięknym i niezależnym. To, co zarabiała, wystarczało jej w zupełności, nawet odkładała część wypłaty. Wiedziała, że trzeba pomóc,
jakoś bratową pocieszyć, więc postanowiła podać jej dwieście dolarów.
Po dwóch latach pobytu w Ameryce wracała do kraju Katarzyna Cybuch z Żabna. Weronika była jej przełożoną w szwalni. A że z Żabna do Kłyża
blisko, więc Weronika przez nią podała dolary i list do bratowej.
Katarzyna Cybuch wróciła do kraju, ale pieniędzy ani listu nie
przekazała Salomei. Po kilku tygodniach zaniepokojona Weronika wysłała
list do bratowej, wspomniała o pieniądzach. W pisanych słowach było czuć
nutę żalu, że Salomea nie potwierdziła otrzymania pieniędzy.
Salomea po przeczytaniu takiego listu zamarła, struchlała. Gdy
ochłonęła, udała się do Żabna, do domu Katarzyny Cybuch. Ta przywitała
ją w drzwiach, wysłuchała i całkiem spokojnie odrzekła, że żadnych
pieniędzy ani listu od Weroniki Golonki nie brała.
- Miałam swoje pieniądze i Kurzawskiego, który żonie podał dwadzieścia
dolarów. To przywiozłam i Kurzawskiej dałam do rąk własnych. Możecie się
jej spytać.
- A co mnie obchodzą dolary Kurzawskiej! O swoje się upominam. Bratowa
pisze, że podała przez was dwieście dolarów.
- Cygani!
- Co cygani!? O tu jest napisane czarno na białym, że wam dwudziestego
piątego listopada pieniądze podała! - Salomea pokazywała list. Trzęsła
się cała z emocji.
- Mówię, że cygani, bo mi nic nie dawała!
- Ja tego tak nie zostawię. Do sądu pójdę!
- Cha, cha. Do sądu pójdzie. Patrzcie ją! Ty mnie sądami nie strasz, bo
prawda jest moja! - zaśmiała się cynicznie Katarzyna Cybuch i zatrzasnęła drzwi przed nosem Salomei.
Salomea Golonka stała przez chwilę bezradna, łzy jak grochy popłynęły
jej z oczu, w końcu odeszła. Płakała przez całą drogę z Żabna przez
Podlesie Dębowe, Gorzyce do Kłyża.
- Mnie, wdowę, tak okraść, sieroty ograbić. - Nie mogła się pogodzić ze
swoją krzywdą i upokorzeniem.
Sąd sprawę rozeznał. Salomea przedstawiła listy bratowej i swoje
zeznania, w których zapewniała, że szwagierka nie kłamie. Zawsze w listach po dolarze lub dwa podawała, a przez znajomych, którzy wracali
do kraju, to nawet po dwadzieścia dolarów i list. Zawsze się wszystko
zgadzało. Pieniądze i listy świętej pamięci mąż otrzymywał.
Katarzyna Cybuch oświadczyła, że owszem znała Weronikę Golonkę, która
była kierowniczką na hali szwaczek w firmie Port Richmond Textiles, ale
ani listu, ani dolarów od niej nie brała.
Sąd sprawy nie rozstrzygnął. Słowo przeciwko słowu. Strona pokrzywdzona
żadnych dowodów nie przedstawiła. Gdyby był świadek albo było podpisane
pokwitowanie - to owszem. Tak to sprawiedliwość ludzka nie ma tu nic do
powiedzenia.
Salomea Golonka opisała bratowej, jaka ją spotkała niesprawiedliwość.
Skutek był taki tego przykrego zdarzenia, że Weronika nigdy więcej nie
wstawiła się za żadną Polką do właściciela szwalni ani nikogo z Polaków
nie przyjęła do pracy w swoim wydziale.
Salomea zapiekła się w doznanym poniżeniu. Pielęgnowała swą krzywdę.
Często o tym wspominała, dzieciom mówiła, jak zostały okradzione.
Płakała czasem, gdy obudził ją zły sen, a noc ciemna za oknem. Modliła
się o wspomożenie wszystkich świętych. Prosiła Matkę Boską o wstawiennictwo, o cud. Lata mijały, a ona nie mogła zrozumieć, że
litanie nie poruszą sumienia Katarzyny Cybuch. W trudnych chwilach,
kiedy brakowało pieniędzy, liczyła te dolary, jakby miały jej teraz
pomóc. Z bólem przeliczyła je na złotówki i marzyła, ile to można by
było za nie kupić, dzieci wysłać do szkół.
- A bodajbyś się tymi dolarami zadławiła - rzucała przekleństwo.
Na początku lat siedemdziesiątych Salomea Golonka zmarła i zabrała ze
sobą tę krzywdę rozpamiętywaną przez lata. Gdy zamykano trumnę, w dłonie
zmarłej włożono książeczkę do nabożeństwa. Między litaniami i pieśniami
wetkniętą miała karteczkę zapisaną niewprawnym pismem: "Dwieście dolarów
u Katarzyny Cybuch z Żabna".