Zanim zapomnisz - Ola Rochowiak

Reflow text when sidebars are open.
Oddałabym wszystko, by stracić pamięć.
Wymazać z głowy wszystkie wspomnienia, które od roku mnie atakują i zadają ból. Ból, do którego obecności zdążyłam się przyzwyczaić na tyle, by żyć, jakby wszystko było w porządku. By nikt nie dostrzegł, jak mi ciężko.
Ale tak naprawdę chciałabym się obudzić pewnego dnia i nie pamiętać.
Po prostu nie pamiętać.
- Ruby! Idziesz czy nie? - Fiona macha do mnie, po czym poprawia przerzuconą przez ramię torbę. Przed nią maszerują Lara i Polly. Jak co roku wybrałyśmy się na piknik z okazji ostatniego dnia wakacji. Tym razem to Polly zamierza pokazać nam miejsce, które odkryła zupełnie przypadkiem, przeglądając mapę Walesby w poszukiwaniu nowo otwartej księgarni.
Wszystkie trzy są radosne i pełne energii. Ich wypoczęte, muśnięte słońcem twarze zdobią szerokie uśmiechy. Słowa ich opowieści, przerywane wybuchami śmiechu, sięgają moich uszu. Przyspieszam, by dołączyć do swoich przyjaciółek, choć gdzieś tam głęboko tli się we mnie namiastka żalu. Zawsze obecna, nieustępliwa. Szczerze mówiąc, niełatwo mi cieszyć się przyziemnymi rzeczami, ale odgrywam rolę, w której Ruby O'Connor wciąż ma w sobie coś z tej pogodnej nastolatki co kiedyś. Ale gdy nikt nie patrzy, myślę tylko o tym, jak bardzo chciałabym móc cofnąć czas.
O ile lżej byłoby mi złapać oddech, gdybym mogła zapomnieć.
- Wiecie, że nie jestem w formie. Nie czekajcie na mnie! - odkrzykuję.
- Jeszcze kawałek, zaraz będziemy na miejscu! - obiecuje Polly, przedzierając się przez gęste zarośla. Nitki pajęczyny oblepiają jej twarz i jasne, zaplecione w warkocz włosy. Z piskiem przeciera dłońmi twarz, a Fiona parska jeszcze głośniejszym śmiechem.
- Jesteś pewna, że to tu? - pyta zaniepokojona Lara. Unosi spódnicę tak wysoko, że niemal widzę jej bieliznę. - Nie chcę, żeby obeszły mnie kleszcze.
- Spokojnie, mam spray. - Zapobiegawcza Fiona wyciąga z plecaka niewielką puszkę i spryskuje łydki Lary i Polly aerozolem o cytrusowym zapachu. - Chcesz? - zwraca się do mnie i czeka, aż się zbliżę.
Kręcę głową. To nie kleszczy się boję.
- Hej, co to za mina? Nie cieszysz się? Że jesteśmy znów razem? - Fiona podchodzi i zarzuca mi rękę na szyję. Jej kręcone blond włosy muskają mój policzek. W nosie czuję zapach sprayu na owady.
W tym samym czasie Polly wydaje z siebie okrzyk tryumfu.
- No nareszcie!
- Cieszę się - odpowiadam szczerze. Uwielbiam swoje przyjaciółki. Mieszkamy na jednym osiedlu, odkąd pamiętam. Można powiedzieć, że znamy się od najmłodszych lat. W dodatku chodziłyśmy do tych samych szkół. Dzielimy ze sobą wszystkie chwile, i te radosne, i smutne. Ale nawet jeśli naprawdę cieszę się, że znowu spędzamy razem czas, gdzieś w głębi serca miażdżą mnie wyrzuty sumienia. Przypominają mi, że nie powinnam pozwalać sobie na radość.
Nie zasługuję na to.
Fiona mi wierzy. Mimo to zerka na mnie z troską.
- Minęło trochę czasu, od kiedy ostatni raz rozmawiałyśmy. Coś się stało? - szepcze tak, bym tylko ja ją usłyszała.
Kręcę przecząco głową i odwracam się w kierunku, z którego dobiegają okrzyki Lary.
- Tu jest cudownie! - zachwyca się. - Ruby, Fiona, musicie to zobaczyć!
Fiona i ja wciąż tkwimy w krzakach. Jezioro, które powinno znajdować się kilka stóp dalej, jest wciąż poza zasięgiem naszego wzroku.
- Pospieszmy się, inaczej Lara wystraszy swoim wrzaskiem wszystkie zwierzęta. - Wyginam usta w łuk i wracam do marszu.
- Chcesz pogadać? Może wrócimy do domu, jeśli czujesz się nieswojo? - proponuje Fiona.
- Nie, naprawdę. Nic się nie zmieniło. - Wzruszam nonszalancko ramionami. - Minęło już wystarczająco dużo czasu, żebym się z tym pogodziła - kłamię, mrużąc oczy, i trącam ją łokciem. - Po prostu chodźmy.
- Ruby... - Kiedy ją wymijam, łapie mnie za rękę i zmusza, bym spojrzała w jej zatroskane oczy. - Widzę, że coś się dzieje. Nie udawaj.
Fiona i jej przenikliwość. Muszę się postarać bardziej niż zwykle.
- Zwariowałaś? Nic się nie dzieje - zaprzeczam. Mam ochotę wyrwać rękę z jej uścisku, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję. - Te wakacje bez was były zdecydowanie za długie. - Wykrzywiam usta w podkówkę. - W przyszłym roku muszę się wami nacieszyć na zapas, zanim wyjedziecie.
- Mogłabyś wrócić... - zaczyna nieśmiało. - Jechać z nami.
- Wiesz, że to nie wchodzi w grę. - Uśmiecham się, jednak tym razem jestem równie przekonująca co aktorka w niskobudżetowej reklamie telezakupów.
Przyjaciółka ściąga usta w wąską linię i kiwa głową. Wie, że nie ma sensu ciągnąć tego tematu.
Fiona, Polly i Lara spędziły pięć tygodni na obozie tanecznym. Wyjechały spełniać marzenia i doskonalić swoje umiejętności w Southampton. Kiedyś też tam byłam. Od sześciu lat nasza szkoła tańca organizowała pięciotygodniowe warsztaty w drugiej połowie wakacji, których wyczekiwałyśmy bardziej niż pierwszej gwiazdki. To już drugi raz, kiedy jako jedyna z naszej paczki zostałam w Walesby. Przez ten cały okres tylko ze sobą pisałyśmy, a w wiadomościach łatwo ukryć, co naprawdę się czuje. Wystarczy wstawić emotkę na końcu zdania czy wysłać gifa, a wszyscy sądzą, że jesteś w doskonałym humorze.
Gdyby nie wydarzenia sprzed piętnastu miesięcy, ja też tańczyłabym od rana do wieczora, w przerwach pływała w morzu i opalała się na słońcu. Odkąd skończyłam sześć lat, taniec towarzyski był ogromną częścią mojego życia. Pasją, której z przyjemnością oddawałam całą siebie, ale teraz? Teraz żałuję każdej sekundy, którą przeznaczyłam na trening. Każdej kropli potu, którą wylałam na sali, wierząc, że taniec jest mi przeznaczony. Marzyłam o tym, by wspomnienia o przetańczonych godzinach wyrwać ze swojego serca niczym kartkę papieru z notesu i cisnąć na dno kosza.
- Brakowało nam ciebie. - Kąciki ust Fiony drżą. Znów się nade mną lituje. Nie mogę tego znieść.
- Kłamiesz. W końcu mogłyście ode mnie odpocząć - droczę się z nią. Marszczę brwi i nos i by uniknąć dalszych pytań, odchodzę, podążając za okrzykami Polly i Lary. Fiona depcze mi po piętach.
Odgarniam dłońmi gęste, sięgające mojej talii trawy i gałęzie bukszpanu, po czym przeskakuję nad powalonym, porośniętym mchem konarem. Wreszcie wiem, co wywołało te wszystkie okrzyki zachwytu. I niespodziewanie czuję, jak moje oczy wilgotnieją, a ja desperacko błagam w duchu, by przestały.
Odchodzę na bok i udaję, że się rozglądam. Tak naprawdę mrugam jak oszalała w nadziei, że powstrzymam łzy.
Takie piękne widoki powinny być zakazane.
Odbijające się od spokojnej tafli promienie słoneczne nadają jej srebrzysty odcień. Bogactwo roślin i najróżniejszych kwiatów tworzy iluzję - wydaje mi się, że wokół jeziora rozciąga się miękki dywan, po którym skaczą pasikoniki, a nad nim leniwie fruwają trzmiele. Tuż obok przelatuje jerzyk. Polly przygląda się nam z dumą wymalowaną na twarzy. Lara kręci się wokół własnej osi z rozłożonymi na boki rękoma, jej długa spódnica faluje, a ciemne włosy targane wiatrem rozbijają się o policzki. Fiona zakrywa szeroko otwarte usta dłońmi, jakby nie mogła uwierzyć, że w okolicy, którą tak dobrze znamy, kryje się taki skarb.
Widok ukrytego za wzgórzem jeziora nie tylko odbiera mi mowę, ale i sprawia, że tęsknota, z którą muszę się mierzyć, wgniata mnie w ziemię.
Z trudem łapię oddech i dalej mrugam.
Wiem, że mama byłaby zachwycona tym miejscem. Zrobiłaby z polnych kwiatów wianki dla mnie i Willow. Tacie włożyłaby do kieszeni w koszuli mały bukiecik z niezapominajek, a sama wsunęłaby za ucho rumianek albo mak. Położyłaby się na trawie i patrzyła w niebo. Willow biegałaby w kółko, a tata próbowałby ją złapać. A ja z wycelowanym w nich aparatem dokumentowałabym każdy jeden uśmiech, okrzyk i wesoły skok, by te chwile towarzyszyły nam już zawsze.
Ale mamy i Willow już nie ma. A ja chcę zapomnieć, że kiedykolwiek istniały.
- Hej, w porządku? - słyszę po chwili cichy szept Fiony.
To sprowadza mnie na ziemię. W roztargnieniu przeczesuję palcami grzywkę i kiwam głową o wiele za bardzo entuzjastycznie. Lara i Polly zdążyły już rozłożyć żółty koc w kratkę.
Rzucamy na niego plecaki i zaczynamy wypakowywać ich zawartość.
- Jak to możliwe, że nie trafiłyśmy tu wcześniej? - dziwi się Lara.
- Szybko zapomniałaś, ile wysiłku nas kosztowało podejście pod to wzgórze. - Polly prycha i posyła jej znaczące spojrzenie. - Ta trasa zarosła lata temu.
- Pewnie tylko harcerze wiedzą, jak tu dotrzeć - zauważa Fiona i zwraca się do niej. - Gdyby nie mapy Google'a, nigdy nie trafiłabyś na to zarośnięte przejście.
- Ich obóz jest po drugiej stronie lasu. Nie sądzę, żeby zaglądali tu często - wtrącam.
Polly i Lara przyznają mi rację.
Znajdowałyśmy się na terenie rezerwatu. Od lat urządzano tu wycieczki i kilkutygodniowe wypady dla szkół i drużyn harcerskich. To one znały ten las jak mało kto. Nas nigdy nie kręciła taka forma spędzania wolnego czasu. Zamiast przesiadywać w krzakach, trwoniłyśmy czas i kieszonkowe w okolicznych kawiarniach. Szukałyśmy okazji, by plotkować o chłopakach i zachwycać się popularnymi wokalistami czy influencerami. Ale teraz... teraz było inaczej.
- Teraz będziemy musiały tu częściej zaglądać - postanawia Fiona.
- Tu jest pięknie, to fakt. Ale nie wiem, czy będzie mi się chciało znów walczyć z tymi zaroślami. I widziałyście te pajęczyny? Nawet nie chcę myśleć, jak ogromne pająki w nich siedzą! - Lara drży z przerażenia i poprawia zsuwające się na nos okulary.
- Nie przesadzaj. - Wywracam oczami i spoglądam w górę. Moja krtań się zaciska, a policzki pieką. Czy mama i Willow mnie widzą?
Niebo przybiera coraz cieplejsze barwy. Pomarańcz przechodzi w róż. Moja mała siostra powiedziałaby, że obłoki przypominają jej watę cukrową. A ja, żeby się z nią podroczyć, stwierdziłabym, że gada głupoty.
A przecież miałaby rację.
Byłam złą siostrą. Nigdy tego nie naprawię.
- Zabrałam z domu ostatnie czekoladowe batony. - Lara wyrywa mnie z zamyślenia i układa przed nami cztery opakowania swoich ulubionych przekąsek. Od samego patrzenia na nie zaczyna mnie mdlić.
- Przecież wiesz, że nie powinnyśmy - karci ją Polly. - Mają z tysiąc kalorii.
- A ja mam dosyć wiecznego pilnowania się. - Lara przewraca oczami.
- Daj spokój, przez ponad miesiąc nie widziałyśmy cukru na oczy. - Fiona sięga po jednego i otwiera go zębami. Zapach masła orzechowego i kakao miesza się z aromatem sprayu na kleszcze.
By nie wzbudzać ich podejrzeń, też zaczynam jeść, choć mój żołądek już dawno zawiązał się w ciasny supeł.
- Polly się całowała - rzuca nagle Lara, a moje źrenice podwajają swoją średnicę.
Natychmiast porzucam wszystkie myśli związane z mamą. Moje przyjaciółki zawsze - zupełnie nieświadomie - potrafią sprowadzić mnie na ziemię. Chociaż na kilka chwil.
- Z kim?! - domagam się odpowiedzi. - Z Jeanem?!
Jean to jej partner taneczny. Polly podkochiwała się w nim od kilku lat, ale chłopak nigdy nie był nią zainteresowany. Ostatnio jednak nabrała pewności siebie i najwyraźniej przyniosło to zamierzony skutek.
Przyjaciółka przytakuje. Odrzucam na bok niedojedzonego batona i zasypuję ją gradem pytań:
- Jak to się stało? Kiedy? Gdzie? Jak było?
- Ostatniej nocy - odpowiada Fiona.
- Przed ośrodkiem! - piszczy Lara.
- Było... cudownie! - Polly zakrywa twarz dłońmi. Widzę tylko jej jasny przerzucony przez ramię warkocz i czerwieniejące uszy. - Schowaliśmy się za murkiem otaczającym ogródek obok parkingu i rozmawialiśmy o zmianach w naszym układzie paso doble. Reszta obozu była na pożegnalnym ognisku.
- A wy? Dlaczego nie poszliście na nie? - pytam. - To decyzja Jeana?
Kiwa głową.
- Zaproponował, żebyśmy się spóźnili i jeszcze raz powtórzyli kroki. A potem przyciągnął mnie do siebie i... - Nie kończy. Zamiast tego oblewa się rumieńcem.
- Romantycznie - podsumowuję.
- Idealnie - dodaje Polly.
Dziewczyny chichoczą. Ich dobre humory doskonale na mnie oddziałują. Potrzebowałam tego. Nawet nie wiedziałam jak bardzo.
- A jak obóz? - odważyłam się zapytać.
- W porządku - odpowiada Fiona. - W tym roku tak dużo nie zwiedzaliśmy. Większość czasu spędziliśmy na sali.
- I było nas mniej niż w poprzednich latach - wtrąca Lara. - Pisałam ci, że kilka par zrezygnowało w ostatniej chwili. Trochę im zazdrościłam.
- Przestań wymyślać - upomina ją Polly.
- No co, jestem zmęczona. Tam nigdy nie ma czasu na odpoczynek - skarży się Lara i związuje na czubku głowy swoje długie włosy.
- No... w sumie to prawda. I trener nie zgodził się na zieloną noc. - Polly się krzywi.
- Poważnie?
- Powiedział, że nie da się nas upilnować i mamy nie wychodzić z pokojów. - Lara przewraca oczami.
- I miał rację. - Fiona trąca ją w ramię. - Gdyby nie Jean i Rohan skradający się do nas co wieczór, może i zmieniłby zdanie.
- Rohan? - wyrywa mi się.
Fiona gwałtownie milknie i wbija wzrok w swoje dłonie. Lara i Polly piorunują ją spojrzeniem.
Nic takiego się nie stało. Nie powinny jej o nic winić.
- Hej, w porządku. Cieszę się, że dobrze się bawił - uspokajam je.
Nagle Lara zrywa się, zdejmuje okulary, po czym zaczyna ściągać koszulkę.
- Co ty wyprawiasz? - Polly chichocze.
- Chodźmy do jeziora! - proponuje Lara.
Od razu zrozumiałam, że chciała odwrócić moją uwagę od Rohana. Nie musiała tego robić.
- Co? Oszalałaś? - Fiona otwiera szerzej oczy.
Ja kręcę głową.
- Od razu "oszalałam". A dlaczego nie? - Lara stoi przed nami w samej bieliźnie. - Przecież jest ciepło. Woda też wydaje się czysta.
- Dlatego. - Wskazuję na nią. - Nie mamy strojów kąpielowych.
- A kto nas tu zobaczy? - Śmieje się.
Wszystkie cztery się rozglądamy. Nie ma tu żywej duszy, tylko wysokie drzewa, kwiaty i ptaki. Słońce chyli się ku zachodowi, ale delikatny wiatr jest wciąż ciepły. Przyjemny.
- Nie musimy pływać. Po prostu skorzystajmy z ostatniego dnia wakacji - namawia nas.
Razem z Fioną wymieniamy spojrzenia. W jej oczach widzę psotną iskierkę. W moich zapewne czai się poczucie winy.
Wciąż uważam, że nie powinnam. Nie zasługuję na tę chwilę beztroski.
- Ja wchodzę! - Polly piszczy z podekscytowania i ściąga sukienkę.
- Co ty na to? - pyta mnie cicho Fiona.
Jestem jej wdzięczna za to, że zawsze interesuje ją moja opinia i samopoczucie, ale nie chcę odbierać jej przyjemności, dlatego zmuszam się do uśmiechu.
- Chodźmy - mówię i jednocześnie zaczynam się rozbierać, by nie zadawała żadnych dodatkowych pytań.
Chwilę później biegniemy w dół niewielkiego zbocza, krzycząc i śmiejąc się na zmianę. Nasze nogi rozchlapują przyjemnie ciepłą wodę. Moczarka kanadyjska łaskocze nas w stopy i łydki, kiedy zanurzamy się w jeziorze po pas. Lara jako pierwsza zaczyna nas chlapać, ale Polly szybko do niej dołącza. Ja i Fiona nie mamy wyboru i również stajemy do tej wodnej bitwy. Ptaki wokół nas wesoło śpiewają, zachodzące słońce ogrzewa nam twarze i odsłonięte partie ciała, a wiązki światła odbijają się w naszych oczach.
- Pamiętacie, jak w pierwszej klasie pojechaliśmy całą szkołą na basen? - zagaduje Fiona, kiedy wracamy na koc. Woda skapuje z jej jasnych loków.
Nie mamy ręczników, dlatego czekamy, aż odrobinę przeschniemy. Miesza się we mnie wiele emocji, tych złych i tych dobrych. Ale jestem wdzięczna przyjaciółkom za to popołudnie.
- Oczywiście, że tak. Przecież się topiłam. - Lara parska, odciskając włosy.
- Nie topiłaś, tylko przewróciłaś się w brodziku - przypomina jej Polly.
- Bo zamiast słuchać ratownika, odłączyłaś się od naszej klasy - dodaję.
- Miałam sześć lat! Chciałam popływać. - Chichocze. - Powinni nas ostrzec jeszcze w szatni.
To niesamowite, że znamy się ponad dekadę. I jeszcze nigdy nic nas nie poróżniło. Z Fioną mieszkamy na tej samej ulicy. Od małego widywałyśmy się na osiedlowym placu zabaw. Chyba dlatego najlepiej się dogadujemy. Polly i Larę poznałyśmy dopiero w szkole podstawowej, w pierwszej klasie, pomimo że nasze domy dzielą tylko dwie przecznice. Tam uczęszczałyśmy razem na zajęcia dodatkowe z tańca towarzyskiego, a kiedy skończyłyśmy czwartą klasę, przeniosłyśmy się do profesjonalnej szkoły tanecznej. Tej samej, w której dziewczyny trenują do dziś.
- Powinnaś wysłuchać zasad - upomina ją wesoło Polly.
- Najważniejsze, że nic ci się nie stało. - Fiona klepie ją po kolanie.
- I do dziś nie nauczyłam się pływać!
Wszystkie trzy parskamy śmiechem.
Lara i Polly przywołują kolejne historie z naszego dzieciństwa. W tym samym czasie Fiona bacznie mi się przygląda. Nie daję po sobie poznać, że jest mi w jakimś stopniu przykro. To były cudowne, pełne dziecięcej radości lata.
I nigdy nie wrócą.
Ubieramy się, nim słońce całkowicie schowa się za drzewami. Resztki wilgoci odznaczają się na naszych koszulkach i sukienkach. Robi się coraz chłodniej.
Nagle do moich uszu dociera głuchy trzask.
- Hej, słyszałyście to?
- Co? - Fiona rzuca mi zdezorientowane spojrzenie.
Polly i Lara wciąż się śmieją z jakiegoś żartu.
- Jakby gałąź - precyzuję.
- Może jakiś ptak albo sarna. - Rozbawiona Lara wzrusza ramionami.
Zaraz jednak wszystkie cztery zaciskamy usta i wytężamy słuch, bo dobiegające z oddali odgłosy się powtarzają. W równym rytmie pęka jedna gałązka po drugiej. Jakby ktoś po nich stąpał.
- Ktoś tu jest? - szepcze Fiona i jednocześnie łapie za brzeg koca. Wygląda, jakby chciała rzucić się do ucieczki.
- To niemożliwe. - Polly kręci głową. - Same widziałyście, że droga na wzgórze jest ukryta. Zjazdy harcerzy też się już skończyły, przecież jutro rozpoczęcie roku.
A mimo to nie ulega wątpliwości, że kilkanaście metrów od nas słychać kroki. Ludzkie kroki.
- Chyba powinnyśmy się zbierać. Robi się późno. - Lara wstaje i wciska do plecaka czekoladowe batony.
Polly jej pomaga, a Fiona ciągnie za koc.
Podnoszę się i mrużę powieki. I wtedy go dostrzegam. Wysoki chłopak z ciemnymi zaczesanymi do tyłu włosami skrada się w stronę czegoś, czego nie jestem w stanie zobaczyć.
- Hej - przyciągam uwagę dziewczyn. - Patrzcie.
Wszystkie trzy odwracają się jak na komendę i zauważają chłopaka, który zgarbiony trzyma coś w obu dłoniach.
- Co on robi? - dziwi się Polly.
- Może czegoś szuka - wtrąca Lara.
- Czy ja wiem? Raczej wygląda, jakby coś obserwował - stwierdzam.
W tym samym momencie chłopak przyklęka na jednym kolanie, ale sądząc po ułożeniu jego głowy, jestem niemal pewna, że patrzy przed siebie.
- A czy to nie przypadkiem... August Blackwood? - mamrocze Fiona.
- Ten August Blackwood? - pyta Polly.
Przyglądam mu się. A raczej jego potylicy i szerokim plecom. Ma opalone przedramiona i lekko falowane gęste włosy, które wywijają się na karku. Odbijają się od nich ostatnie promienie słońca. Przekrzywiam głowę i dochodzę do wniosku, że tak naprawdę mógłby być każdym brunetem z naszej okolicy.
- Lara, pożycz mi swoje okulary - żąda Polly.
- Przecież jestem dalekowidzem. One tak nie działają.
Polly prycha niezadowolona.
- To niemożliwe. Przecież Blackwood miał wyjechać na studia do Cambridge, wszyscy o tym mówili - oświadczam.
- Dokładnie! Nie pamiętam, żebym widywała go w szkole ani tym bardziej w naszej okolicy w ostatnich tygodniach. W Walesby trudno byłoby go nie zauważyć. Na pewno zdał egzaminy wcześniej i już dawno urządził się gdzieś w pobliżu uniwerku - Lara potwierdza moje podejrzenia, a ja kiwam głową.
To prawda. Nasza wioska liczy jedynie tysiąc dwustu mieszkańców. To mało i dużo jak na tak niewielką miejscowość. Jednak Blackwoodowie mieszkają po naszej stronie Walesby i podczas roku szkolnego często mijałyśmy Augusta czy to w sklepie, czy w drodze do mieszczącego się w sąsiednim miasteczku liceum. Choć był od nas starszy i chyba nigdy nie zdarzyło nam się zamienić więcej niż dwa zdania, jego nieobecność była zauważalna.
- Ale wygląda jak on - upiera się Fiona.
Nachylamy się w jego kierunku. Gdyby ktoś nas obserwował, pewnie uznałby, że zachowujemy się jak wariatki.
- Widzisz tylko jego plecy, Sherlocku. - Lara trąca ją łokciem i gwałtownie się prostuje.
- To niemożliwe - powtarzam. - To nie on.
Fiona wzdycha i przechyla głowę.
- Ale musicie przyznać, że jest całkiem podobny.
- Na tyle, na ile można to ocenić na podstawie jego tyłu.
Chichoczemy.
- W takim razie kto to? I co tu robi? - zastanawia się Polly.
- Jakie to ma znaczenie? - Lara tym razem wyciąga ciastka i nas częstuje.
Zachowujemy się jak na seansie w kinie. W ciszy chrupiemy wafle, wytężając wzrok.
A wtedy przestrzeń wokół niego rozświetla błysk, poprzedzony charakterystycznym kliknięciem. Niezauważony przez nas ptak zrywa się do lotu, a nieznajomy prostuje się i wodzi za nim spojrzeniem.
- Robi zdjęcia - oświadczam.
- Ptakom - dodaje Fiona.
- A co jeśli wcześniej to nam robił zdjęcia? - Polly pociąga nerwowo za warkocz.
- To jakiś świr. - Lara się wzdryga. Mnie w dłoni papierek po ciasteczkach i wciska go w kieszeń szortów Polly. - Chodźmy stąd.
Chłopak się wycofuje. Wciąż nie widzimy jego twarzy. Chwilę później zgodnie zabieramy się do sprzątania. Jutro czeka nas pierwszy dzień w ostatniej klasie i powinnyśmy się do niego przygotować.
Na myśl o tym, że mama nigdy nie zobaczy, jak odbieram świadectwo, ucisk w moim gardle powraca.
Do sali biologicznej wchodzę jako jedna z ostatnich. Jest już pięć minut po dzwonku, ale Polly i Lara standardowo ociągały się z wyjściem do szkoły, dlatego spóźniłyśmy się na wcześniejszy autobus. Fiona omal nie zabiła ich samym spojrzeniem, ale ja byłam spokojna. W końcu to pierwszy dzień.
Wstałam wcześniej niż zwykle i zjadłam z tatą śniadanie. Ciężko pracuje na budowie, przez co zobaczymy się dopiero wieczorem. Śniadania to nasz codzienny rytuał, jedyny moment dnia, kiedy możemy tak po prostu ze sobą być. Tacie bardzo zależy na tym, żebyśmy nie używali wtedy telefonów. To chwila dla nas. Bywa między nami niezręcznie, ale nie mam serca robić mu przykrości, więc wytrzymuję te kilkanaście wspólnych minut każdego ranka i nie uciekam z domu szybciej z jedzeniem na wynos.
Zajmuję miejsce pod oknem, to samo co w zeszłym roku, i witam się z Merry i Adele. W przeszłości razem przygotowywałyśmy referat na temat budowy komórek roślinnych. Za mną siedzi Robert. A raczej przysypia, czym ani trochę mnie nie zaskakuje. Reszta znajomych dyskutuje wesoło o wspomnieniach z wakacji. Śmieją się i przekrzykują, wymieniając doświadczenia. Siedząca przy drzwiach Molly pokazuje dwóm dziewczynom zdjęcia z albumu na telefonie, ktoś inny puszcza piosenkę, do której tańczył na plaży. Adele pyta mnie, jak minęły mi ostatnie miesiące, a ja odpowiadam półsłówkami, wyciągając z piórnika kolorowe cienkopisy. To mnie uspokaja, pozwala uciec od niej wzrokiem i zająć czymś ręce. Od dnia, w którym mama i Willow odeszły, kiepsko sobie radzę z beztroskimi pogawędkami. Mam wrażenie, że odkąd przestałam tańczyć, nie mam nic ciekawego do powiedzenia...
Nauczyciela nie ma. Okna są pootwierane i wpadają przez nie podmuchy jeszcze letniego wiatru. Słońce wisi wysoko na niebie, otoczone bezkresnym błękitem, jakby zapomniało, że powinno szykować się do jesieni. Albo nie godziło się z zakończeniem wakacji. Reszta uczniów wygląda, jakby siedzenie na lekcji w pierwszy dzień szkoły krzyżowało im plany. Pewnie woleliby opalać się nad jeziorem albo palić papierosy, kryjąc się w krzakach, niż tkwić w czterech tak dobrze im znanych ścianach.
Ale ja w końcu odżyłam. Nie muszę już spędzać długich godzin w domu i silić się na uśmiech w obecności taty. Nie muszę udawać przed nim i samą sobą, że od rana do nocy jest dobrze. Przyszła pora skupić się na nauce. Zapełnić umysł nowymi informacjami, regułkami, diagramami, które pozwolą mi nie myśleć. Zapomnieć. Choć na te kilka godzin dziennie.
W zeszłym roku potrafiłam tylko rozpaczać. Zamknięta w czterech ścianach dusiłam się żalem i nienawiścią do samej siebie. Jedyne, co czułam, to ból. Dopiero po kilku miesiącach, wczesną wiosną, moje myśli zajęło coś zupełnie innego. Cierpienie zagłuszyłam studiowaniem podręczników. Czytaniem angielskiej literatury, wykonywaniem skomplikowanych obliczeń i zapamiętywaniem schematów. Szkoła - a raczej zdobywanie wiedzy - stała się moją obsesją. Lekarstwem, od którego się uzależniłam. Dobre oceny gwarantowały wyrzuty dopaminy, testy podnosiły poziom adrenaliny nawet wtedy, gdy byłam na nie w stu procentach przygotowana. Krótko mówiąc, nauka pozwalała mi odczuwać emocje inne niż żal, ból i tęsknota. Dlatego uwielbiałam szkołę.
Profesor Quinn zjawia się w momencie, w którym kończę ozdabiać pierwszą stronę zeszytu. Jest spóźniony i potargany. Krawat pod jego szyją przekrzywił się w typowy dla niego sposób. Wzdycham spokojna, bo wiem, że nic się nie zmieniło. W szkole czuję się bezpiecznie. Nic mnie nie zaskoczy.
A wtedy drzwi ponownie się otwierają. Do środka wchodzi wysoki chłopak z czarną torbą przerzuconą przez ramię. Ma opaloną twarz, ciemne lekko kręcone włosy, wywinięte na karku, i zaciśnięte usta. Z zaskoczeniem uświadamiam sobie, że go znam. Tak naprawdę wszyscy go znamy.
- Dzień dobry. Przepraszam, że się spóźniłem - mówi, kłaniając się przed nauczycielem. - Byłem u dyrektora.
- Spokojnie, Auguście. Jeszcze nie zaczęliśmy.
Mężczyzna posyła w jego stronę zagadkowe spojrzenie i uśmiecha się łagodnie.
Szuranie krzesła przecina panującą w sali ciszę, kiedy August Blackwood zajmuje miejsce tuż przed biurkiem nauczyciela i pospiesznie wyciąga podręczniki. Widzę tylko jego szerokie plecy, ale od razu zauważam, że jest spięty. Po klasie przetaczają się szepty. Nie muszę się w nie wsłuchiwać, bo wiem, co jest głównym tematem rozmów. A raczej kto.
August jest chyba najbardziej znanym uczniem naszego liceum. Nie popularnym, ale znanym. Wszyscy dużo o nim słyszeliśmy, a w mieście zakładano, że jeszcze wiele pokoleń będzie podziwiać jego zdjęcie, wywieszone na honorowym miejscu wśród innych portretów wybitnych absolwentów przy wejściu do szkoły. Genialne dziecko, zdobywca głównych nagród na najróżniejszych olimpiadach i konkursach, począwszy od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Wspaniały mówca i oddany wolontariusz. Uczestniczył też w badaniach organizowanych przez Uniwersytet Londyński dotyczących zależności między budową serca a płcią. Wraz z innymi wybitnymi badaczami z Wielkiej Brytanii udowodnili, że lewa komora u mężczyzn może powiększać się w inny sposób niż u kobiet. Pamiętam apel zorganizowany przez dyrektora, na którym August wygłaszał referat poświęcony właśnie tym badaniom. Od zawsze twierdził, że chce zostać kardiologiem. Miał studiować medycynę na Cambridge, wszyscy mówili o tym, że planuje wyjechać na praktyki do Stanów Zjednoczonych.
A tymczasem siedzi w pierwszej ławce, na wprost nauczyciela biologii, i spija z jego ust każde słowo jak gdyby nigdy nic. Jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest od nas starszy. Jakby zapomniał o tym, że jego rocznik odbierał dyplomy w poprzednim roku szkolnym.
*
- I jak wrażenia po pierwszej lekcji? - Fiona dołącza do mnie na korytarzu. Razem kierujemy się w stronę sali do literatury.
- Całkiem pozytywne - przyznaję. - Będziemy mieli dużo nauki. To dobrze. Profesor Quinn prosił, żebyśmy na jutro przygotowali się z materiału z ostatniego omawianego przed wakacjami działu.
- Ty i ta twoja nauka. - Obejmuje mnie ramieniem. - My za to mamy już zadany pierwszy projekt z geografii. Nie wiem, kiedy go zrobię.
- Pomogę ci - obiecuję. - Pewnie Lara i Polly też będą miały coś do odrobienia. To ostatnia klasa, musimy się przyłożyć.
Kiwa głową i zwalnia kroku.
- A właśnie, a propos ostatniej klasy. Stella mówiła, że słyszała w gabinecie dyrektora, że August Blackwood nie zdał. To prawda? Dyrektor wręczał mu plan i tłumaczył, żeby poszedł do sali biologicznej. Mieliście razem lekcje? Naprawdę powtarza rok?
Polly i Lara zjawiają się w momencie, w którym otwieram usta, by odpowiedzieć.
- Na to wygląda. Raczej nie przyszedł po to, żeby posłuchać profesora Quinna - mruczę. W przeciwieństwie do przyjaciółek staram się zachować dyskrecję.
- Kto? - dopytuje Polly.
Kiedy ja pomagam Larze z zaciętym suwakiem, Fiona wszystko jej streszcza.
- Dziwne. - Lara uderza się palcem w podbródek. - Ale nie mówił nic?
- August?
Przytaknęła.
- A co miał mówić? Cześć, jakimś cudem z najwyższej średniej przeskoczyłem do najniższej? Miałem zostać kardiologiem, a zostałem w ostatniej klasie? - sarkam. - Przywitał się i usiadł od razu w ławce. Do końca lekcji nawet na moment nie przestał notować.
- W pierwszym dniu szkoły? - dziwi się Polly. - Ja nawet nie wyjęłam zeszytu na matmie.
- To August Blackwood. Kujon - przypomina nam Fiona.
- Najwidoczniej już nie. - Wzruszam ramionami.
- A co na to nauczyciel?
- Nic. Wyglądał, jakby nie był zaskoczony, że do nas dołączył. Nauczyciele musieli zostać poinformowani.
Idziemy do końca korytarza i siadamy na parapecie.
- Myślicie, że to może mieć związek z September? - podejmuje Lara. - W końcu zerwali, a mieli razem studiować.
- To był taki piękny związek. - Polly wzdycha rozmarzona. - Zazdrościłam im, a potem tak bardzo współczułam.
- Zerwali w wakacje. Rok temu - precyzuję. - To było dawno. Wątpię, że przez nią aż tak opuściłby się w nauce.
Doskonale pamiętam to całe zamieszanie powstałe wokół tej dwójki. Kiedy ja przeżywałam najczarniejsze chwile w swoim życiu, opłakując dwie najważniejsze dla mnie osoby, większa część uczniów mówiła tylko o Auguście i September. Zadawali im wścibskie pytania, bez przerwy trzymali kciuki, by do siebie wrócili, i spekulowali o prawdziwym powodzie ich rozstania. Z jednej strony byłam im wdzięczna za ten cały szum wokół ich związku, bo przez jakiś czas nikt się nade mną nie litował. Z drugiej, choć to może okrutne, jego ból mnie cieszył. Nie tylko ja cierpiałam. Nie tylko ja kogoś straciłam.
- Ale September wyjechała. Na zakończeniu roku nawet dyrektor robił sobie z nią pamiątkowe zdjęcia - przypomina Fiona.
- A Blackwooda nie było. Właściwie nie chodził do szkoły od kilku miesięcy. - Na czole Lary pojawia się głęboka zmarszczka. Polly rozmasowuje ją kciukiem.
To fakt. Rozmawiałyśmy o tym nawet poprzedniego dnia na wzgórzu. Myślałyśmy, że geniusz z Walesby zdał egzaminy we wcześniejszym terminie i szykował się do roku akademickiego w Cambridge. Tymczasem on nie ukończył liceum. Co też musiało się stać, że nie otrzymał dyplomu? Przecież to zdarza się tak rzadko! Czy to możliwe, żeby rozstanie z idealną dziewczyną tak bardzo go podłamało?
Oboje byli nierozłączni jeszcze od czasów szkoły podstawowej. Jak dwa następujące po sobie miesiące. August i September, wschodzące gwiazdy medycyny. Ona chciała zostać neurochirurgiem, a on leczyć ludzkie serca. Piekielnie inteligentni i zawsze uśmiechnięci. Wszyscy patrzyli na nich z sympatią. Zawsze gotowi do pomocy, chętni do wszelkiej współpracy. Pasowali do siebie jak dwie połówki tego samego jabłka. Chyba nie było w szkole osoby, która nie wróżyłaby im wielkiej kariery i cudownej przyszłości. Ale niespodziewanie w pierwszym tygodniu nowego roku szkolnego po liceum rozeszła się plotka, że August i September zerwali. Nie widywano ich razem na korytarzach, w salach lekcyjnych zajmowali ławki w dwóch przeciwległych kątach, a August wycofał się z jednego wolontariatu, w którym razem uczestniczyli. Później zniknął.
Nie potrafię jednak uwierzyć, że te wydarzenia mogły wpłynąć na jego końcowe oceny.
- Nie powtarzałby roku tylko dlatego, że nie zaliczył kilku egzaminów. Nie z powodu złamanego serca. Sprawa musi być poważniejsza - mówię, kiedy August jako ostatni opuszcza salę.
Musiał rozmawiać z profesorem Quinnem. Dłonie ma wciśnięte w kieszenie luźnych spodni, a na głowie kaptur.
- Coś musiało się stać - dodaję.
Ale dziewczyny już mnie nie słuchają. Trzy pary ich szeroko otwartych oczu wpatrują się w lekko zgarbionego chłopaka, który przemyka niepostrzeżenie między wesoło gawędzącymi licealistami. Niedługo później znika nam z pola widzenia.
- Trudno mi w to uwierzyć, ale faktycznie to on - mamrocze Fiona.
Polly i Lara kiwają głowami.
- Wygląda na to, że August Blackwood jest pełen tajemnic. - Fiona zerka na telefon i przeklina pod nosem. - Za minutę dzwonek, a my musimy zdążyć na literaturę angielską!
Bez słowa rzucamy się biegiem w stronę klatki schodowej. W sali zjawiamy się oczywiście jako ostatnie.
- Jak było w szkole? - Tata wraca z budowy jak zwykle umazany zasychającym tynkiem i oprószony białym pyłem. Wygląda trochę jak feniks, który dopiero co odrodził się z popiołu. Stawia w korytarzu skrzynkę z narzędziami i zawiesza klucze w drewnianym domku ze sklejki. Obok naszych kompletów wisi jeszcze jeden. Od ponad roku nikt nie miał odwagi choćby raz go użyć.
Zerka na niego ukradkiem i odkasłuje. Przez moment mam wrażenie, że chce go dotknąć, opuszką pogłaskać kupione na szkolnym festynie plastikowe serduszko przytwierdzone do największego z kluczy, ale zamiast tego jego ręka wędruje do czoła. Zaraz potem palcami strzepuje kurz z ciemnej, poprzetykanej siwymi nitkami czupryny.
- W porządku - odpowiadam, stawiając talerze z zupą na stole. - Pospiesz się, bo wystygnie.
- Podekscytowana ostatnim rokiem? Pewnie tak. - Uśmiecha się, ale jego uśmiech nie sięga oczu. Są pozbawione wyrazu, zupełnie jak moje. - Moja mała córeczka niedługo wyjedzie na studia, to dopiero coś!
Przytakuję, ale tak naprawdę jeszcze o tym nie myślę. Nie biorę pod uwagę wyprowadzki do innego miasta. Nie snuję planów ani nie tworzę listy celów do zrealizowania przed końcem roku.
Chyba tak naprawdę wcale nie chcę jeszcze studiować. Marzę o rozwoju, poszerzaniu horyzontów, zdobywaniu wiedzy. Ale nie wyobrażam sobie dnia, w którym miałabym opuścić Walesby.
Opuścić tatę.
Jego ciężkie trapery lądują na wycieraczce, wzbijając w powietrze zalegający tam kurz. Odnotowuję w głowie, by jutro przed jego powrotem odkurzyć.
- No to mów. Co w szkole? Macie jakieś wspólne przedmioty z Larą, Fioną i Polly?
- Kilka - przyznaję i rozkładam sztućce. - Ale akurat dziś zwolnili nas z dwóch ostatnich lekcji i poszłyśmy razem do vintage shopu - informuję go.
- Kupiłaś sobie coś ładnego? - Jego głos dobiega z łazienki.
- Nie. Tylko Polly znalazła śliczne kowbojki. Niestety była pierwsza, więc musiałam je sobie odpuścić.
Szczerze mówiąc, jedynie udawałam przed dziewczynami, że interesuje mnie przeglądanie asortymentu w ich ulubionym sklepie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio potrafiłam się szczerze ekscytować tak przyziemnymi sprawami jak zakupy.
- Może następnym razem - pociesza mnie i zamyka drzwi. Bierze szybki prysznic, zanim usiądziemy do kolacji.
W tym czasie kroję resztki czerstwego chleba w kostkę, obtaczam je w oleju i wędzonej papryce. Wszystko podpiekam na patelni do momentu, aż tata wkracza do kuchni. Nim przestygną, zaparzam nam jeszcze herbatę z miodem.
- Zrobiłaś grzanki? - Znów się uśmiecha, ale tym razem przez ten wymuszony grymas przebija dojmujący smutek. Kiedy kiwam głową, nie dodaje nic więcej.
Siadamy po przeciwnych stronach dębowego blatu i w ciszy zatapiamy łyżki w kremowej zupie.
Choć nasze myśli gdzieś błądzą, jestem pewna, że ostatecznie spotkają się w tym samym miejscu. Nie da się nie wracać do chwil, które spędzaliśmy we czwórkę. Do momentów, w których mama uczyła mnie, jak przyrządzić ulubione grzanki taty, i do tego, jak Willow wygrzebywała je z talerza, krzywiąc się i marudząc. Jak po jadalni rozchodził się brzdęk czterech par sztućców. Jak wszystkie cztery krzesła znosiły dzielnie ciężar czteroosobowej rodziny, a zmywarkę uruchamialiśmy nawet dwa razy dziennie. Teraz wystarczy, że zrobię to raz na tydzień.
Dlatego właśnie chciałabym o nich zapomnieć. Nie być świadomą, że kiedykolwiek istniały.
- Jesteś bardzo zmęczony? - zagaduję, zbierając puste naczynia. Wkładam je do zlewu i odruchowo myję. Łatwiej przetrwać nasze wieczorne konwersacje, jednocześnie mając jakieś zajęcie.
- Trochę. Remontujemy pierwsze piętro w szpitalu w Northampton, mówiłem ci. W niektórych miejscach musieliśmy zrywać z dziesięć warstw farby. - Wzdycha. - Ale najpóźniej pod koniec roku powinniśmy skończyć. Może wtedy wyskoczymy gdzieś na weekend? Co powiesz na Londyn?
Kiwam głową, chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że raczej do tego nie dojdzie. Od tamtego dnia jedyne miejsca, jakie razem odwiedzamy, to supermarket i sąsiednie miasteczko. Nie mam o to pretensji. Sama niechętnie wychodzę z domu.
- Byłoby fajnie.
Tata podchodzi i głaszcze mnie po głowie. Pachnie mydłem i czystym praniem. To bezpieczny zapach. Choć nasze stosunki są odrobinę formalne, dobrze się czuję, mając go obok siebie. Może i nie potrafimy już rozmawiać tak swobodnie jak kiedyś, ale nasza miłość nie potrzebuje słów. A przynajmniej taką mam nadzieję.
- Ach, i spotkałem dziś ojca Rohana - woła tata z korytarza. - Mówił, że chciałby wpaść w weekend. I kazał cię pozdrowić.
- Dzięki - mamroczę, ale nie jestem pewna, czy to usłyszał. Tak naprawdę wcale mi na tym nie zależy.
*
Następnego dnia, gdy zbliżam się do przystanku, zauważam, że Polly i Lara już na nim stoją. Witam się z nimi, nie wierząc własnym oczom. To totalnie nie w ich stylu, wczoraj o tej porze dopiero wychodziły ze swoich domów, narzekając na pędzący czas. Tym razem są podekscytowane i pełne energii.
Dochodzi siódma, a słońce mocno świeci nad naszymi głowami. Wychyla się co rusz zza niewielkiego obłoku, otulając swoim ciepłem nasze okryte lekkimi kardiganami ramiona.
- A co to się stało? - pyta Fiona, kiedy do nas podbiega. Jest w równie wielkim szoku co ja. - Wy dwie? Przede mną?
- Polly widziała się z Jeanem przed pójściem na autobus. Stęsknił się, chociaż po południu zobaczą się na treningu - odpowiadam i streszczam jej wszystko to, co udało mi się z nich wyciągnąć, zanim się zjawiła.
Mina Fiony wyraża więcej niż tysiąc słów.
- Potem przyszła do mnie i wyciągnęła mnie z łóżka - mruczy zadowolona Lara. - Z tego wszystkiego zapomniałam gumki do włosów. Ma któraś z was pożyczyć?
- Widzę, że miłość Polly obu wam służy - żartuje Fiona i wyciąga z plecaka scrunchie.
Lara szybko zaplata długi warkocz i przerzuca go przez ramię.
Mimowolnie unoszę jeden kącik ust. Mam wrażenie, że cała nasza czwórka kompletnie do siebie nie pasuje, a jednocześnie idealnie się uzupełnia. Fiona to ta rozważna, ale i zabawna. Zawsze wie, co powiedzieć, i słynie z najbardziej trzeźwego spojrzenia na świat. Na treningach tanecznych to ona dbała o porządek i najbardziej przykładała się do rozgrzewki. Polly to romantyczka i plotkara. Musi wiedzieć wszystko jako pierwsza, a w dodatku żyje, by kochać - głównie Jeana. Lara jest najbardziej frywolna i roztrzepana. Zapomina odrabiać prace domowe, a o przygotowaniu do egzaminów nawet nie wspomnę. Kiedyś zapomniała przyjechać na turniej organizowany przez naszą szkołę tańca. Gdyby nie fakt, że mieszkamy tak blisko siebie, z roztargnienia pewnie nieraz wysiadłaby na złym przystanku. No i jeszcze ja. Jedyna poważna w tej całej grupie. Często zamyślona i milcząca. Ale poukładana i systematyczna. Skupiona na celu, nauce, przyszłości. Nigdy przeszłości.
- Myślicie, że August się dziś pojawi? - Polly, nasza naczelna plotkara, wyciąga szyję, zapewne, by wypatrzyć go wśród podróżnych.
- Pewnie tak - odpowiadam. - Zresztą jakie to ma znaczenie? To nie nasza sprawa.
- Wczoraj trochę o nim rozmawiałyśmy - Polly ścisza głos do szeptu.
- Na literaturze zachowywał się normalnie, ale z jakiegoś powodu powtarza klasę. Jesteśmy ciekawe dlaczego - dodaje Lara. - Wszyscy nauczyciele traktują go tak, jakby nic się nie stało. A przecież to nie jest normalne.
- Więc zamiast słuchać tego, co dzieje się na zajęciach, rozmyślałyście o Auguście i powodach, przez które nie zdał? - Fiona kręci głową z niedowierzaniem, a Polly i Lara przytakują.
- Ruby, gdybyś czegoś się dowiedziała, powiesz nam, prawda? - prosi Polly.
- A dlaczego akurat to ja miałabym coś wiedzieć?
- Bo macie razem najwięcej przedmiotów. Prędzej czy później jakiś nauczyciel coś chlapnie. Słuchaj wtedy uważnie, dobrze? - Składa ręce jak do modlitwy.
Rozumiem naturalną ciekawość dziewczyn, ale szukają sensacji tam, gdzie nie powinny.
To prawda, August chodzi niemal na wszystkie te same przedmioty co ja. Dowiedziałam się, że poza biologią i literaturą mamy razem jeszcze matematykę i chemię, dlatego przyjaciółki upatrzyły sobie mnie jako najlepsze źródło informacji.
Ja jednak stanowczo zaprzeczam. To mnie nie dotyczy.
- Zamiast męczyć Ruby, same go zapytajcie - odparowuje Fiona, zerkając ponad ramieniem Polly.
Moje przyjaciółki wzdrygają się i natychmiast zaciskają usta, jakby w ten sposób chciały powstrzymać potok wypływający z ich ust. Obracam się i podążam wzrokiem za spojrzeniem Fiony. August idzie chodnikiem, z dłońmi w kieszeniach i oczywiście z włożonym kapturem, spod którego wystaje mu kilka zakręconych kosmyków. Co ciekawe, towarzyszy mu dziadek, pan Arthur. Obaj o czymś rozmawiają. Pan Arthur wygląda na poruszonego, za to jego wnuk zdaje się czymś denerwować. Milkną, gdy tylko znajdują się w niedalekiej odległości od ludzi czekających na autobus.
- Dziadku, wracaj do domu - prosi chłopak. Jego głos jest ostry, a zarazem miękki, jakby wzbierająca w nim złość nie mogła przezwyciężyć miłości do staruszka.
Mężczyzna odpowiada coś szeptem i zaciska pomarszczone palce na nadgarstku Augusta.
Blackwood nie odpowiada, ale widzę, że jego głowa opada w dół, jakby w ten sposób przyznawał mu rację. Następnie ściąga kaptur i wymienia z dziadkiem pełne napięcia spojrzenia. Coś w tej scenie głęboko mnie porusza. Nie mam pojęcia, o co chodzi, ale w piersi czuję niepokojący ucisk.
- Myślicie, że dziadek odprowadza go na autobus? - Polly wypowiada szeptem moje myśli.
- Ale po co? - dziwi się Lara. - Przecież mieszkają tuż za rogiem.
- Czytałyście może... - zagaduje Fiona, ale Polly i Lara szybko ją uciszają. Nadal podsłuchują Augusta. Sama nie mogę się powstrzymać i nadstawiam uszu.
- Zadzwonię. Obiecuję, że jak dojadę, zadzwonię. - Chłopak klepie dziadka po dłoni i luzuje jego uścisk. - Idź już, nie zjadłeś śniadania.
- No dobrze. - Staruszek waha się jeszcze przez chwilę, po czym odchodzi. Jego zgarbiona sylwetka chwieje się na boki, kiedy znika za rogiem ulicy.
Oczekujący na autobus mieszkańcy Walesby nie poświęcają nawet sekundy uwagi Augustowi, ale moje przyjaciółki nie przestają świdrować go wzrokiem, jednocześnie mamrocząc pod nosem. Ja też nie mogę się powstrzymać i na niego patrzę. Widzę jego odrobinę za duży nos i gęste włosy, które proszą się już o wizytę u fryzjera. Dostrzegam też malujące się na jego twarzy zmartwienie pomieszane z... lękiem? Dociera do mnie, że z jakiegoś nieznanego powodu jest mi go żal.
A potem napotykam jego błękitne oczy. Duże i strapione. I wpatrzone prosto we mnie. Na moment zapominam, jak się oddycha, bo czuję, jak jego intensywny wzrok przeszywa mnie na wskroś.
Przyłapana na gorącym uczynku szybko odwracam się w przeciwnym kierunku i z bijącym sercem zaczynam przeklinać w myślach. Czy wiedział, że go podsłuchujemy? Że od wczoraj przy każdej możliwej okazji przewija się w naszych rozmowach?
A niech to.
Do autobusu wskakuję jako pierwsza i pociągam za sobą przyjaciółki w najodleglejszy kąt pojazdu.
*
Przez cały dzień dwoję się i troję, by przypadkiem nie wpaść pod nogi Augustowi, który jak na złość pojawia się zbyt często w zasięgu mojego wzroku. Sprawy nie ułatwia fakt, iż chodzimy na większość tych samych lekcji. Wciąż jest mi wstyd. Moje przyjaciółki uważają, że niepotrzebnie to roztrząsam, ale według mnie przesadziłyśmy. Żadna z nas nie chciałaby, by ktoś przysłuchiwał się jej prywatnej rozmowie czy sprzeczce z bliskimi. Tym bardziej że August sam w sobie wzbudzał dość duże zainteresowanie. To niemożliwe, żeby nie słyszał tych wszystkich szeptów, które ciągnęły się za nim jak cień.
Po lekcjach wsiadam w autobus i w końcu mogę odetchnąć. Polly, Lara i Fiona pojechały na trening, więc czeka mnie samotna podróż do domu. Jest mi jakoś ciężko. Jakby plecak, wypełniony jedynie do połowy zeszytami, nagle ważył dwa, a może trzy razy więcej. Wszystkie miejsca siedzące są zajęte, dlatego staję przy wyjściu i obserwuję krajobraz migający za oknami. Wciąż świeci słońce, po ulicach spacerują przechodnie. Niektórzy niemal biegną, inni przechadzają się spokojnie dwójkami, trzymając się za ręce i gawędząc. Widzę kobietę z dziewczynką w wieku podobnym do Willow i od razu czuję nadchodzące łzy. Oczy zaczynają piec, a podbródek drżeć. Zamykam powieki, a rękę zaciskam na metalowym drążku, skupiając się na tym, by głęboko oddychać. Na zmianę zalewają mnie fale zimna i gorąca. Autobus staje na przystanku, a ja, choć od domu dzieli mnie jeszcze kilka mil, wyskakuję na zewnątrz, po czym siadam na pustej obdrapanej ławce. Pojazd odjeżdża i po chwili słyszę już tylko szum wiatru i drzew. Czas płynie powoli, a ja nie mam pojęcia, co robić, bo nie chcę wracać do domu, ale też nie zamierzam spędzić reszty dnia na pustym przystanku. Sprawdzam godzinę w telefonie i w końcu zaczynam iść. Przed siebie. Już wiem, gdzie powinnam się znaleźć. Po jakimś czasie ściągam sweter i wpycham go do plecaka, który z każdym krokiem staje się lżejszy. Jakby każdy pokonany przeze mnie jard zabierał ode mnie ciążący mi żal. Po drodze zrywam rosnące na poboczu polne kwiaty i składam z nich zgrabny bukiecik, a kiedy kwadrans później docieram na miejsce, na moim gardle zaciska się niewidzialna pętla.
Mosiężna brama jest uchylona na tyle, że bez trudu wślizguję się na ogrodzony teren. Obchodzę stary budynek kościoła, którego cegły pokrywa coraz grubsza warstwa mchów i porostów. Mnę w palcach łodygi kwiatów, a ich zapach delikatnie drażni moje nozdrza. Skóra na moich dłoniach zaczyna się kleić, a każde uderzenie serca jest coraz szybsze. Przygryzając wnętrze policzka, kroczę wąską wydeptaną ścieżką, by w ciszy przejść za kaplicę i odnaleźć dwa nowe nagrobki, wyróżniające się na tle innych, zapuszczonych tablic.
Pamięci Willow O'Connor
Żyła lat siedem
Zmarła 15 czerwca 2022
Pamięci Barbary O'Connor
Żyła lat czterdzieści pięć
Zmarła 15 czerwca 2022
Ten widok rozrywa mi wnętrzności. Wspomnienia nacierają na mnie z siłą, której nie potrafię powstrzymać. Podchodzę bliżej i opuszkami gładzę wyryte w kamieniu imiona mamy i siostry. Po moich policzkach płyną łzy. Tu nie muszę udawać. Nie muszę zaciskać zębów i uśmiechać się tak, jakby wszystko było w porządku.
Bo nie jest. I nigdy nie będzie.
Dlatego tak bardzo pragnę o nich zapomnieć.
By nigdy więcej nie czuć tego miażdżącego bólu.
By znów móc oddychać.
Rozdzielam kwiaty na dwa w miarę równe bukiety i układam je pod tablicami. Zielona trawa łaskocze mnie w palce, kiedy jeden po drugim lądują przy nagrobku. Przyklękam tak, żeby znaleźć się dokładnie pośrodku, by móc patrzeć na nie obie.
- Tak bardzo za wami tęsknię - szepczę. A może tylko wydaje mi się, że otworzyłam usta? Cierpienie mnie paraliżuje. Odbiera zdrowy rozsądek.
Kładę się na boku i zwijam w kulkę, szukając choć odrobiny ukojenia. Słone krople wsiąkają w trawnik. Słyszę tylko dudnienie swojego serca.
- Przepraszam, że tak rzadko tu zaglądam - łkam, wpijając paznokcie w trawnik. - Przepraszam, że nie przychodzę codziennie.
Wyrzuty sumienia, które noszę w sercu od tamtego dnia, zaczynają mnie dusić. Powietrze staje się gęste, na niebie nie ma ani jednej chmury. Słońce razi mnie w oczy, jego promienie radośnie tańczą między kolorowymi liśćmi. Jakby wszystko było w porządku. Jakbym w środku nie przeżywała kolejnej burzy.
- Mamo, Willow, przepraszam was. Przepraszam, że tu jesteście, że nie ma was w domu. Z nami. Przepraszam.
Nic więcej nie dodaję, ale wciąż leżę, zanosząc się płaczem.
Dalsza część w wersji pełnej