Zanim zapadnie cisza - Sylwia Gallos

-
Proszę czekać

Sens

Zarzucił płaszcz na ciężki, drewniany, trójnożny wieszak stojący w rogu przedpokoju i ciężko opadł na sfatygowany fotel. Skończyło się, ale złapał się na myśli - a może bardziej na poczuciu - że nie żałuje. Wręcz przeciwnie, w końcu poczuł się wolny, choć przecież nikt nie więził go w dosłownym znaczeniu tego słowa. Przez większość swojego dorosłego życia był jednak więźniem. Czasami, w chwilach refleksji, miał wrażenie, że nie wszystko wygląda tak, jak powinno. Jednak pęd codziennego życia pochłaniał go tak bardzo, że brakowało mu czasu i siły, by zajmować się wątpliwościami kiełkującymi w nim niczym fasola na letniej rabacie. Wątpliwości było jednak coraz więcej i coraz częściej domagały się jego atencji. Na początku dotyczyły tylko jednej sprawy, lecz z biegiem tygodni zaczęły rozprzestrzeniać się jak wirus i uwypuklać kolejne sprawy z jego życia, którym powinien był poświęcić więcej uwagi i przyjrzeć się im dokładniej. Zauważył, że jego zachowanie zaczęło się zmieniać. To, co dotąd wykonywał w ramach codziennej rutyny, robił teraz z niechęcią, z czasem wręcz buntowniczo, aż w końcu całkowicie przestał to robić. Rezygnował z coraz większej liczby rzeczy, które okazały się jedynie marnotrawieniem czasu, a bez nich mógł funkcjonować równie dobrze. Zauważył jeszcze jedną zasadniczą zmianę - cała jego dotychczasowa energia skupiła się wyłącznie na pracy, a wszystko inne przestało mieć znaczenie.

Mieszkanie, w którym obecnie przebywał, odziedziczył po zmarłej matce. Wciąż nosiło ducha przeszłości. Gdy się wprowadził, poczuł jego obecność, lecz po kilku dniach wrócił do niego spokój, jakby znów znalazł się w utraconym domu. Na początku planował remont i zmianę wyposażenia, ale gdy pierwsze emocje opadły, zostawił wszystko tak, jak było. Może dawało mu to złudne poczucie bezpieczeństwa? Nie zaprzątał sobie głowy tymi przemyśleniami, choć teraz miał na nie wyjątkowo dużo czasu.

Wstał z fotela, zdjął ubranie, które uwierało go niczym pancerz, rzucił je na krzesło przy telewizorze i poszedł do kuchni z nadzieją, że w lodówce znajdzie coś zdatnego do jedzenia. Posiłek nie musi być wyrafinowany - wystarczy kabanos i ser pleśniowy, zagryzie to kawałkiem chleba, popije piwem i zalegnie na kanapie przed telewizorem. Wieczór upłynie mu na oglądaniu fantastycznych filmów, aż w końcu zaśnie, nie wiedząc, w której minucie historii się zatrzymał. Obudzi się w środku nocy, weźmie od niechcenia prysznic i położy w łóżku, pośrodku matczynej pościeli - tej samej, w której kiedyś znalazł ją nieprzytomną. Jej już nie będzie mu dane więcej zobaczyć.

Każdy poranek wyglądał tak samo - bez względu na to, czy był weekend czy dzień pracy. Budził się około czwartej nad ranem, w jednoczesnym poczuciu, że musi coś zrobić, i w obawie, że może nie starczyć mu na to czasu. Wstawał niechętnie. W weekendy zdarzało się, że spał do dziesiątej, ale ze smutkiem stwierdził, że robił to coraz rzadziej, bo poczucie utraconego czasu nie dawało mu odpocząć. Nie wiedział, za czym gonił. W końcu miał dopiero czterdzieści lat i był - można by rzec - w połowie życia, a on ciągle tkwił w poczuciu, jakby już wszystko przeżył i została mu tylko końcówka, która nie jest drugą połową, lecz mniejszą częścią jego - i tak długiego - życia. Przecież jeszcze sto lat temu ludzie nie dożywali takiego wieku, a niektórzy nawet połowy tego. Ci, którzy mieli to szczęście, uważani byli za starców, do których jemu z pewnością jeszcze daleko. Nigdy nie należał do osób przesadnie analizujących bieg swojego życia, ale ostatnio to się zmieniło i coraz więcej czasu poświęcał na różne przemyślenia. Dzięki nim zrobił krok naprzód i zostawił wszystko, co w jego odczuciu go ograniczało i nie pozwalało mu w pełni cieszyć się życiem. Teraz, kiedy pozamykał wszystkie sprawy, będzie mógł w pełni zająć się realizacją pasji i oddać pracy, którą uwielbiał, a która stanęła na drodze do pełnego szczęścia, gdyż z biegiem lat stała się kością niezgody.

Kiedyś, gdy w jego życiu pojawiały się dni wolne, od razu były zaplanowane i wypełnione zajęciami i osobami, które wymagały od niego atencji. Teraz, odkąd odnalazł siebie, jego wolne dni stały się czymś, co może celebrować i nazywać mianem harmonii i spokoju. Niczego nie musi, nikt na niego nie czeka i niczego od niego nie oczekuje. Może robić dokładnie to, na co ma ochotę i co mu sprawia przyjemność oraz daje poczucie satysfakcji. Uwielbia poranki, kiedy może wsiąść na rower i pojechać do wynajętego w okolicy garażu. Urządził w nim warsztat i spędza tam większość czasu - na konstruowaniu i wymyślaniu różnych rzeczy. Może i są to przedmioty w większości nieprzydatne lub które mógłby kupić, ale spokój, jaki dzięki temu osiąga, jest nieoceniony, a to w pewnym momencie jego życia stało się wartością nadrzędną. Znalazł się w takim punkcie swojego życia, w którym przestały liczyć się znajomości i pieniądze, a na pierwszy plan wysunęły się spokój duszy i samorealizacja. Czasami, aby móc osiągnąć w życiu harmonię, trzeba zapłacić najwyższą cenę - i on dojrzał do tego, aby to zrobić.

Zdarzało się, że za nią tęsknił - gdy słyszał dźwięk odstawianej torby w przedpokoju, odbijający się echem w pustym mieszkaniu; kiedy jego głowa wtulała się w poduszkę zamiast w nią; kiedy czuł zapach pościeli, ale nie czuł zapachu jej ciała; kiedy nie mógł dotknąć jej przez sen - tęsknota wciąż wracała. Z biegiem czasu pustka stawała się coraz mniejsza, aż przywykł do zimnej pościeli, nieogrzanej od obecności drugiego ciała, zapachu płynu do prania i przytulania się do poduszek, do pustego łóżka. Dokonał wyboru. Nie wiedział, czy słusznego, ale było mu z nim dobrze, spokojnie, a przede wszystkim było tak jak czuł, że być powinno. Bywały dni, kiedy odczuwał pustkę i samotność - brakowało mu domowego gwaru, rozmów, szczekania psów, dźwięków z ogrodu - wypełniał go wtedy niepokój, ale nie lęk przed jutrem. Ten trudny wybór kiełkował w nim od lat. Wybrał samotność, ale nie czuł się sam - miał siebie, swoje myśli, swoje towarzystwo i swoje życie.

Praca traciła sens z każdym kolejnym dniem. Miał wrażenie, że ludzie wokół niego nie rozumieją tego, co chce im przekazać, jego toku myślenia, pomysłu, zapału. Czuł, że się wypala, z coraz mniejszą energią podchodzi do nowych wyzwań, z coraz mniejszym zapałem realizuje powierzone projekty. Przestał widzieć cel, a przecież to on jest trzonem wszystkiego - utrzymuje nas przy życiu, kieruje nim, nadaje mu bieg. Gdy go nie ma, zostają pustka i rozpacz. Teraz zaczynał wierzyć, iż to, co robił do tej pory, było pozbawione sensu - filaru, który trzymał go w pionie i pozwalał przetrwać. Przecież dla niego to wszystko robił, zmienił swoje życie, zrezygnował z tego, co znane i bezpieczne, i rzucił się w wody niepewności i pustki. Po co, skoro teraz, po tylu latach przestaje dostrzegać istotę podjętych decyzji? Zauważył, że częściej pojawia się w jego głowie myśl, iż poranne wstawanie i majsterkowanie w garażu są bez sensu. Sprawia tylko, że zalegają w nim rzeczy nikomu niepotrzebne, choć powołane do życia i mające określone przeznaczenie. Przecież nie może być tak, że ona miała rację.

Dni mijały jak sekundy, tygodnie jak minuty, lata jak godziny. Miał wrażenie, że ktoś postanowił zrobić mu psikusa i włączyć w odtwarzaczu jego życia przyspieszenie. Nie zauważał, kiedy zima przechodziła w wiosnę, a wiosna w lato. Głowa z każdą porą roku stawała się bardziej siwa, a broda dłuższa. Jedyną stałą w jego życiu okazała się jazda na rowerze. Uczynił z niego swój środek transportu na każdą porę roku - dawało mu to poczucie wolności i niezależności, którego wraz z wiekiem coraz bardziej potrzebował. Nadal chodził do garażu, choć już dawno zrozumiał, że nie ma to sensu. Jego skostniałe palce majstrowały przeróżne rzeczy, które potem zalegały na regałach lub lądowały na śmietniku. Czasami nawet ktoś coś wziął, czuł wtedy nieprawdopodobną radość i przebłysk poczucia sensu powracał z opóźnieniem, niczym wypuszczony bumerang - może nie wszystko stracone? Czasami warto mieć nadzieję. Tak bardzo chciał ją mieć, aby móc wierzyć w słuszność dokonanych przed wielu laty wyborów. Stracił wtedy bardzo wiele, ale miał nadzieję, że zyskał tyle samo.

Dzień był szary, we znaki dawała się typowa jesienna pogoda, ze swoją wilgocią i nieprzyjemnym wiatrem przeszywającym człowieka na wskroś. Na ulicy leżały pierwsze opadłe liście, które pod wpływem deszczu robiły się śliskie i nieprzyjemne w dotyku oraz w wyglądzie. Jechał wolno dobrze znaną sobie trasą, w sobie tylko znanym kierunku, kiedy spostrzegł, że droga przed nim wygląda inaczej niż zawsze. Zwężała się, by za chwilę powrócić do normalnych rozmiarów, a później stać się szeroką niczym trzypasmowa autostrada. Zamrugał, nie bardzo wiedząc, co się z nim dzieje. Zgonił to na zmęczenie - nie był pierwszej młodości i miał za sobą parę niezbyt zdrowych lat życia - i postanowił się nie zatrzymywać, tylko jechać dalej. Przez chwilę czuł się znowu tak samo jak zawsze - oczy już nie płatały figli, świat wokół wydawał się piękny, liście przestały być śliskie i obrzydliwe w wyglądzie, przynajmniej w jego odczuciu, wiatr jakby ustał, choć nadal odczuwał go na policzkach. Za moment poczuł, że staje się lekki - w pierwszej chwili wydało mu się to dość zabawne, czuł się znowu jak mały chłopiec podrzucany przez ojca w powietrze i łapany z powrotem. Tylko tym razem nie zarejestrował miękkich ramion, w które mógłby się wtulić, a bolesny upadek na twardy asfalt. Jego głowę rozsadzało milion bodźców jednocześnie. Nie wiedział, które powinny być pierwsze ani co powinno go najbardziej boleć. Wiedział, że nie może się ruszyć, przeczuwał, że to może być koniec, choć nie tak go sobie wyobrażał. Poddał się chwili. Jego oczy się zamknęły, nic więcej nie czuł.

Obudził się w szpitalnej sali. Obok łóżka rysował się kontur jakiejś postaci. Nie mógł wyostrzyć wystarczająco wzroku, aby rozpoznać, kto to jest, ale kiedy się odezwała, już wiedział. Po policzku spłynęła mu pojedyncza łza. To wszystko nie miało sensu.