Prolog
Środa, 31 maja Godz. 16.55 Warszawa, skrzyżowanie ulic Puławskiej i Rakowieckiej, biurowiec Europlex
Potężna donica wypełniona ziemią oraz stukilogramowym ładunkiem wybuchowym została z niemałym trudem ustawiona w centrum przestronnego hallu wejściowego. Rozłożysta, trzymetrowa monstera z bujnymi liśćmi prezentowała się znakomicie. Po jej ulokowaniu pracownicy firmy ogrodniczej uprzątnęli otoczenie, pobrali od kierownika obiektu pokwitowanie wykonanej roboty i poszli na kawę do pobliskiego Starbucksa. Zarówno oni, jak i zleceniodawca zamawiający wyszukaną roślinę nie byli świadomi, co ukrywa się pod jej korzeniami.
Był to czternasty, ostatni już zakamuflowany ładunek bombowy umieszczony w Warszawie. Dokładnie o siedemnastej zero zero w trzynastu z nich uruchomiły się mechanizmy zegarowe. Bomba, schowana w ustawionej właśnie donicy, miała być zdetonowana autonomicznie przez człowieka, który poprosił o to osobiście organizatorów akcji. Mechanizmy w ładunkach ukrytych w innych miejscach w Polsce również zaczęły odmierzać czas.
Godz. 17.01 Warszawa, blok przy skrzyżowaniu ulic Puławskiej i Rakowieckiej, mieszkanie na ostatnim piętrze
- No, zostały wam dwadzieścia cztery godziny - mruknął do siebie Iwan Denisowicz Milutin.
Emerytowany pułkownik rosyjskich służb specjalnych, potomek carskiego feldmarszałka i ministra wojny Dimitra Aleksiejewicza Milutina, stał na balkonie wynajmowanego od kilkudziesięciu lat przez ambasadę Rosji mieszkania w szarym bloku przy skrzyżowaniu ulic Puławskiej z Rakowiecką. Było ciepło. Siedemdziesięcioletni mężczyzna odział się z nieco przesadną elegancją. Miał na sobie granatową kraciastą marynarkę z jedwabną poszetką, niebieską koszulę, czarne spodnie oraz brązowe buty. Palił papierosa i z wysokości ostatniego, ósmego piętra spoglądał w dół. Jego przerzedzone siwe włosy, wymizerowana blada twarz, zaorana licznymi zmarszczkami, sugerowały bardzo długi staż emerycki i większą niż w rzeczywistości liczbę lat.
Z daleka Milutin wyglądał na wygrzewającego się na słońcu przeciętnego emeryta, który relaksował się typowym dla starszych ludzi obserwowaniem otoczenia. Balkon na ósmym piętrze nadawał się do tego znakomicie. Dawał wgląd nie tylko na skrzyżowanie, ale też pozwalał zobaczyć perspektywę ulicy Rakowieckiej. Widać stąd było bardzo dobrze bramy wjazdowe do budynków Ministerstwa Obrony Narodowej, Sztabu Generalnego oraz do potężnych gmachów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Mieszkanie, używane kiedyś przez sowiecki wywiad, od dawna było zdekonspirowane przed polskim kontrwywiadem. Co nie znaczyło, że jakikolwiek kontrwywiad kiedykolwiek do tego mieszkania wszedł. Ale stojący na balkonie Milutin nie zważał dziś na te okoliczności.
Minęła siedemnasta.
Szum samochodów, tramwajów i autobusów potęgował się z minuty na minutę. Chodniki wypełniały się ludźmi. Pułkownik dopalał papierosa i wsłuchiwał się w uliczny gwar. Świecące od zachodu wprost na balkon słońce oślepiało, Milutin nie mrużył jednak bladoniebieskich oczu. Patrzył na dół i wyobrażał sobie, co wydarzy się tutaj jutro, o tej samej porze. Właściwie nie musiał wysilać wyobraźni, bo wiedział, co będzie. Wychylił się lekko z balkonu i spojrzał w prawo. Świecące od zachodu słońce odbijało się karykaturalnie w gigantycznych, szklanych ścianach stojącego na wprost wylotu Rakowieckiej zwalistego kompleksu biurowca Europlex. Na dole, na placu przed wejściem, chwiały się lekko na wietrze ciemnozielone parasolki kawiarni Starbucks.
Jutro będą tu pogrążone w morzu ognia ruiny, podobnie stanie się w wielu innych miejscach w tym mieście i w tym kraju, przeklętym i niewdzięcznym, pomyślał Rosjanin. Przez chwilę upajał się wizją pożogi i zniszczeń.
Pułkownik zdusił niedopałek o balustradę, pstryknął nim w dół, a potem obserwował jego lot, aż do chodnika. Upadł dokładnie pomiędzy dwoma lwami z czerwonego piaskowca. Tkwiły tam z wyszczerzonymi lekko kłami, strzegąc wejścia do biurowca Europlex i mierząc martwym, kamiennym spojrzeniem ulicę Rakowiecką. Coraz mniej warszawiaków pamiętało, skąd wzięły się tutaj owe rzeźby, rażąco archaiczne na tle nowoczesnej budowli.
Milutin wiedział. Niegdyś funkcjonowało tu kino. Jedno z dwóch pierwszych otwartych po drugiej wojnie. On, który w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia działał w Warszawie, pamiętał doskonale gmach z dużym neonem: MOSKWA. Zawsze zdawało się mu, że nazwa ta stanowi memento dla setek urzędników zdążających do pobliskich ministerstw, Spraw Wewnętrznych i Obrony Narodowej.
Bryła budynku była architektonicznie nowatorska, kino posiadało też bardzo nowocześnie, jak na owe czasy, urządzone wnętrze, z tysiącem dwustoma miejscami umieszczonymi na dwóch poziomach, na parterze i balkonie. Mieszcząca się niedaleko stąd sowiecka ambasada bardzo często wynajmowała salę kinową na różne oficjalne imprezy. Symbolem potęgi tego miejsca miały być posągi majestatycznych lwów, które umieszczono przed budynkiem. Po zmianach ustrojowych w Polsce z niewiadomych powodów, choć Milutin podejrzewał celowe działania polityczne, zadecydowano o rozbiórce kina "Moskwa". W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku budowla przestała istnieć. Rok później rozpoczęto budowę Europlexu, który postawiony w błyskawicznym tempie, rozpoczął funkcjonowanie w dziewięćdziesiątym dziewiątym. Zakulisowe działania kolegi Milutina, ówczesnego rosyjskiego attaché kulturalnego, w rzeczywistości działającego pod przykryciem oficera rosyjskich służb, doprowadziły do tego, że kamienne lwy zostały w tym miejscu - na wprost wylotu ulicy Rakowieckiej.
- Długo czekałyście - mruknął Milutin, zatrzymując wzrok na rzeźbionych reliktach dawnych czasów.
Nigdy nie był sentymentalny. Nie w tym fachu. Tym razem pozwolił sobie jednak na chwilę refleksji. Ciepło pomyślał o rosyjskiej agentce, Francuzce, która tydzień temu "zniknęła" z posady asystentki w sztabie NATO i "przeniosła się", ku rozpaczy zachodnich służb specjalnych, do Moskwy.
Odwrócił się, wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi balkonowe. Szum ulicy stał się ledwo słyszalny. Szyby w oknach, niemyte od kilku dekad, przepuszczały niewiele światła. W niewietrzonym pokoju śmierdziało dymem papierosowym, drewnem starego parkietu i pastą do butów. Pułkownik zasunął brudne firanki i usiadł ciężko na niskim fotelu z materiałowym czerwonym obiciem, poprzepalanym w wielu miejscach papierosami. Całe umeblowanie składało się z dwóch takich foteli i stojącej pomiędzy nimi niskiej, drewnianej ławy. Na blacie leżały trzy kartki, wymięte od trzymania w kieszeni marynarki. Milutin wziął do ręki pierwszą. Odpis z karty pacjenta moskiewskiego instytutu onkologii nie pozostawiał złudzeń. Nowotwór pokona pułkownika za dwa, trzy miesiące, może za pół roku. Pułkownik trzymał się jeszcze tylko dzięki drogim, zachodnim lekom.
Rosjanin upił łyk zimnej kawy z porcelanowej filiżanki i z wysiłkiem wstał ze starego fotela. Podszedł do stojącego na podłodze radiomagnetofonu kasetowego. Sprzęt był stary i zakurzony, ale wciąż sprawny. Pułkownik pochylił się i wcisnął klawisz play. Dwa głośniki ryknęły pieśnią Chóru Aleksandrowa:
Wstawaj strana agromnaja!
Wstawaj na smiertnyj boj!...
Ściszył magnetofon i ponownie usiadł w fotelu. Z drugiego kolorowego wydruku spoglądała na Milutina młoda, ładna kobieta z długimi, kasztanowymi włosami. Trzeciej kartki nie musiał analizować. Był to wydruk podobizny mężczyzny, z wyglądu czterdziestokilkuletniego, z krótko ściętymi szpakowatymi włosami, ze wzrokiem chłodno spoglądającym na obserwatora. W prawym dolnym rogu fotografii widniało kilka linijek drobnego, pisanego cyrylicą tekstu, który zaczynał się od zdania: "Krzysztof Marek Formik, major, Polska".
Milutin przysunął do siebie stojącą na ławie dużą, mosiężną popielnicę. Na jej brzegu umieszczono figurki trzech małp. Pierwsza zatykała uszy, druga oczy, a trzecia pysk. Przed laty popielniczka wyróżniała się jako wyszukany bibelot, teraz raziła tandetą. Pułkownik włożył odpis diagnozy i fotografię oficera polskiego wywiadu do popielniczki. Zastygł na chwilę w bezruchu, wpatrując się w podobiznę człowieka, który dwadzieścia lat temu omal nie złamał mu tu, w Polsce, kariery wywiadowczej. Powolnym ruchem wyjął z kieszeni marynarki dużą zapalniczkę z rubinową pięcioramienną gwiazdą na boku. Buchnął mały płomień.
Po chwili u stóp mosiężnych figurek trzech małp drgały żarzące się resztki papieru.
Godz. 17.30 Warszawa, ulica Podchorążych 15, siedziba Agencji Wywiadu, gabinet kierownika Sekcji C-IX ds. wywiadowczych działań przeciwrosyjskich w kraju
Pomieszczenie nie miało okien. Pomalowane specjalną srebrnoszarą farbą, posiadającą właściwości antypodsłuchowe, oświetlone niewielkimi ledami na suficie, tonęło w lekkim półmroku. Nowoczesne szare biurko ustawiono na środku. Stały na nim włączona lampka, klawiatura i mysz bezprzewodowa. Multimedialny ekran zajmował całą ścianę na wprost biurka. Po lewej stronie umieszczono stolik z cyfrową centralą telefoniczną, szyfrującą automatycznie wszystkie prowadzone rozmowy. Niesłyszalna klimatyzacja chłodziła wnętrze. Zapach nowoczesności, z nutami wanilii i pistacji, mieszał się z mocnym aromatem świeżo zaparzonej kawy, której kubek stał na biurku. Z czterech głośników, wkomponowanych w każdą ze ścian, sączył się cicho chropowaty głos Ryszarda Rynkowskiego:
...co tu jest prawdą, co nie,
po której stronie jest sens,
bo jeśli tam,
po co jest
ten nasz świat...
W ergonomicznym fotelu za biurkiem siedział major Krzysztof Marek Formik. W zasadzie powinien już wyjść z Firmy (major nigdy nie polubił tej nazwy, banalnej i pobrzmiewającej przebrzmiałą bombastycznością); pochylony nad pojedynczą kartką zapisywał coś jeszcze. Obok leżała otwarta mała kieszonkowa Biblia, ze śladami częstego używania. Ułożenie stron wskazywało, że otwarta była na ostatniej księdze.
Na telefonie zamigała niebieska dioda połączenia. Formik zerknął na wyświetlacz. Kapitan Piotr Seraj, jego zastępca. Podniósł słuchawkę.
- Curvus, curva, curvum... - formy osobowe łacińskiego przymiotnika krzywy wypowiadane były przez Seraja powoli, ale z wyczuwalnym zdenerwowaniem.
Podwładni Formika wiedzieli, że kiedyś uczył się przez kilka lat łaciny. Więc trochę dla zgrywy niektórzy w sekcji poznali kilka łacińskich zwrotów i niekiedy ich używali. Formik tolerował ten zwyczaj.
- Jedź z problemem - rzucił major do słuchawki.
- Milutin w Warszawie - rzekł krótko Seraj.
- Kiedy przyleciał? - Formik usłyszał swój głos, bo zdawało mu się, jakby na ułamek sekundy stanął obok siebie.
- Przed chwilą. Popołudniowym lotem z Moskwy.
- Na legalu?
- Tak. Na własnym paszporcie. Curva pipa... - Seraj znów zajechał klasyczną łaciną.
- ...z ciebie zrobię krzywą faję, jeśli się nie uspokoisz - przerwał mu Formik. - Widzę cię u siebie. Już.
Kilkanaście sekund później syknęły automatyczne drzwi do gabinetu, otwierające się po zeskanowaniu tęczówek. Seraj wszedł do środka. Ze skrytki w podłodze bezszelestnie podniósł się i rozwinął dodatkowy fotel, na którym bez wielkiego entuzjazmu zasiadł kapitan.
- Nigdy nie polubię tych deus ex machina - mruknął Seraj.
Po przeprowadzce do nowych pomieszczeń sekcja przeciwrosyjska została wyposażona zarówno pod względem informatycznym, jak i logistycznym w najnowsze cuda techniki. Goszczący niedawno z wizytą w Warszawie szef zaprzyjaźnionej sekcji z CIA bawił się jak dziecko podnoszonymi automatycznie z podłogi krzesłami i fotelami.
Obaj oficerowie milczeli. Wyglądali w tym pomieszczeniu bardzo zwyczajnie, jakby nie pasowali do tej nowoczesności. Dwóch facetów podobnych zupełnie do nikogo. Formik w szarych dżinsach, niebieskiej koszuli i sportowych butach. Seraj do szarych adidasów i niebieskich dżinsów włożył czarną koszulkę polo. Major był starszy, co zdradzała wyraźna siwizna na włosach. Jednak nie różnili się zbytnio stażem służby. Formik, rocznik siedemdziesiąty pierwszy, służył w wywiadzie ponad dwadzieścia lat. Był dumą nie tylko sekcji, ale i całej Firmy. Jego zmagania z rosyjskimi służbami przeszły do legendy i do tajnych podręczników zarówno w wywiadzie, jak i kontrwywiadzie. Seraj miał o osiem lat krótszy staż. Na samym początku pracy trafił na Formika, zaprzyjaźnili się, a trzy lata temu major zawnioskował do szefa, generała Boruty, żeby został jego zastępcą.
Seraj zapatrzył się na moment na wiszącą za plecami kierownika sekcji dużą, czarno-białą reprodukcję. Była to fotografia wykonana w grudniu osiemdziesiątego pierwszego roku, kilka dni po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Przedstawiała transporter opancerzony stojący na tle dużej planszy z reklamą filmu, wyświetlanego wówczas w Warszawie. Tablica umieszczona była na fasadzie kina "Moskwa".
Formik cierpliwie czekał, aż jego zastępca zacznie mówić.
- Samolot wylądował opóźniony, około szesnastej - zaczął raportować kapitan. - "Skorpiona" namierzyli oczywiście wszyscy dyżurni z Okęcia: nasi, kontrwywiad i pogranicznicy. U wszystkich jest na liście. Ale nie ma zakazu wjazdu, jak pamiętasz.
- Pamiętam. Gdzie się zamelinował?
- W Hyatt Regency Hotel - kapitan przesadnie zaakcentował nazwę hotelu.
- Dla takiej rangi i zasług to norma.
- I nie będzie miał daleko. To dwa kroki od ich ambasady. Nasi ruszyli za nim, rzecz jasna. Nie zgadniesz jednak, gdzie pojechał prosto z lotniska - kontynuował Seraj.
- Dawaj.
- Do ich spalonej dziupli na Puławskiej.
Formik poczuł lekki chłód na karku.
- Taką flarę odpalili? Po co? - powiedział po dłuższej chwili, bardziej do siebie niż do Seraja.
- Wiemy, że Milutin jest nieuleczalnie chory, rak - odpowiedział kapitan. - Może przyjechał się pożegnać? Może poszedł tam, bo chciał pokazać nam ostatniego fucka za to, co kiedyś ty mu odwaliłeś. O, mea cur... - zaczął Seraj, ale wbijające się w niego nieruchome spojrzenie Formika oznaczało, że tolerancja przełożonego na łacinę właśnie się wyczerpała.
- Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy - oznajmił po chwili półgłosem major, znów bardziej do siebie niż do rozmówcy. - Ogłosisz zaraz alarmową jedynkę dla całej sekcji. Spotykamy się w pokoju odpraw.
- Tak jest - odparł Seraj i wybiegł z gabinetu.
Formik powoli odwrócił się na obrotowym fotelu w stronę ściany. Spojrzał na reprodukcję. Duży tytuł wyświetlanego kilkadziesiąt lat temu w kinie "Moskwa" filmu był widoczny bardzo wyraźnie: Czas Apokalipsy.
Sięgnął po telefon i w sekretariacie Boruty zgłosił potrzebę pilnego spotkania z generałem. Potem wziął komórkę. Postanowił napisać do Idy.
Godz. 17.50 Warszawa, ulica Kwiatowa 7, kawalerka w apartamentowcu
Porucznik Agencji Wywiadu, Ida Monika Sawro, po wykonaniu długiej serii ekwilibrystycznych zmagań w warszawskich korkach wjechała wreszcie do podziemnego garażu na Kwiatowej 7 i sprawnie zaparkowała swego czarno-czerwonego mini coopera. Po chwili winda wywiozła ją na czwarte piętro.
Weszła do swojego mieszkania, rzuciła sportową torbę i klucze na stolik w przedpokoju i skierowała się prosto do łazienki. Na dziś wystarczy wrażeń. Spotkanie z agentem było denerwujące i nie przyniosło żadnych konkretów. Przekazane informacje były tak nieprawdopodobne, że aż idiotyczne. Tak, wiedziała, że w wywiadzie nie ma głupich informacji i każdą trzeba poddać analizie. Ale nie dziś. Z raportem poczeka do jutra. Teraz chce wziąć długi prysznic. Nalać sobie lampkę wina. I pomyśleć o Krzyśku. Cały wieczór. Zapach lawendy w łazience współgrał z niebieskofioletową poświatą lampek ledowych, które zapalała tylko na czas kąpieli. Zerknęła na plastikowy taboret stojący przy prysznicu. Brzytwa w rogowej oprawie koloru rubinowego leżała na swoim miejscu.
Zrzuciła ubranie i bieliznę, stanęła pod deszczownicą i puściła na siebie strumień gorącej wody. Ciepła fala ogarnęła jej sięgające do połowy pleców kasztanowe włosy, a po chwili całą szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Zaczęło znikać napięcie i znużenie, myśli odpłynęły do wczorajszego spotkania z Formikiem.
Minęło kilka lat ich związku. Myślała, że Krzysiek podejmie decyzję, ruszy z miejsca, kończąc ten mentalny rozkrok. Facet legenda, który załatwił "Skorpiona", o którego dokonaniach mówiono na kursach w wywiadzie i w kontrwywiadzie, nie potrafił podjąć w kwestiach uczuć decyzji zero-jedynkowej. A separacja z żoną tylko zwiększyła jego niepewność. Dlatego Ida postanowiła zrobić to za niego. I wspomniała Krzyśkowi o tym. Jej wzrok spoczął na brzytwie. Ostatecznie jest tylko jedno wyjście...
Nie, nie dopuści teraz do tego, by jej łzy zmieszały się z wodą, przemknęło jej w myślach.
Szybko zakręciła kurek, wzięła ręcznik i zaczęła osuszać włosy. Wróciła do wiadomości od Krzyśka, którą odczytała w samochodzie, gdy wracała ze spotkania: "Dziś się widzimy, służbowo. O nas pogadamy jutro po pracy".
Czy się widzimy? O tym dziwnym spotkaniu ze "Spinkiem" może lepiej należałoby zaraportować jeszcze dzisiaj, pomyślała Ida.
Szklana półka pod lustrem, na której położyła komórkę, zawibrowała nagle. Ida rzuciła ręcznik na taboret i odczytała esemesa. Od Seraja. Informacja była krótka: "Jedynka. Natychmiast".
To jednak się widzimy, przemknęło jej przez myśl, gdy wybiegała z łazienki. Wrzuciła na siebie bieliznę, niebieskie obcisłe dżinsy i koszulę w biało-czarne, pionowe pasy. Wzuła na nogi trampki, porwała torbę, komórkę i klucze od samochodu. Z na wpół mokrą głową wybiegła z mieszkania. W windzie zaczęła pisać do Formika: "Czyli widzimy się, ale nie pogadamy. Jutro - jak skończę na Klonowej".
Podniosła wzrok i spojrzała w lustro windy. Smutne brązowe oczy z odbicia spotkały się z jej spojrzeniem. Myśli skupiły się przez chwilę na przeszłości, kiedy była gotowa na jedno jego skinienie zmienić całe swoje dotychczasowe życie. Odgarnęła mokre włosy, które rzuciły na szkło drobne krople wody. Wróciła do pisania wiadomości:
"Więc jutro, 16.30, Starbucks w Europlexie. Tak jeszcze mi się przypomniało, co kiedyś na delegacji do Irlandii usłyszeliśmy na tamtejszym weselu. Pamiętasz? "Jeżeli masz mnie ograbić - skradnij moje smutki. Jeżeli masz mnie okłamywać - kłam, że mnie nie kochasz. Jeżeli masz mnie oszukiwać - oszukaj moją śmierć"".
Wiadomość wysłała już z samochodu. Po chwili wyjeżdżała z podziemnego garażu na Kwiatowej 7. Rzuciła okiem we wsteczne lusterko i mimochodem zauważyła, że zaraz za jej mini cooperem ruszyła czarna skoda superb.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji