Zanim wszystkie mury zapomną - Monika Cieluch

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Ziemia była twarda niczym beton, od tygodni spragniona wody. Marcel nie spodziewał się, że czerwcowa gleba będzie potrafiła tak stanowczo bronić się przed łopatą grabarza, który teraz, wbrew panującemu zwyczajowi pozostawiania trumny obłożonej kwiatami - tak jak niegdyś - zakopywał ją na oczach gości.

Marcel podjął decyzję, że ceremonia pochówku ojczyma będzie adekwatna do tego, na co sobie nieboszczyk zasłużył. Zrezygnował z pełnych usług zakładu pogrzebowego, ograniczając je zaledwie do przechowania i dostarczenia ciała do kościoła na skromną uroczystość. Teraz stał w milczeniu, ze spokojem na twarzy, patrząc, jak kolejne grudki piachu rozbijają się o sosnową trumnę. Nie czuł żalu, tylko napięcie między łopatkami i gorące promienie słońca palące jego kark.

Nikt nie zawodził, nie lamentował. Z garstki zebranych ludzi tylko Jagna delikatnie pociągała nosem. Stała naprzeciwko Marcela, ubrana w czarne dżinsy z dużym przetarciem na kolanach. Śniadą twarz skryła w bawełnianym kapturze ciemnej bluzy, chcąc uciec od spojrzeń kilku sąsiadów, którzy zdecydowali się towarzyszyć jej ojcu w ostatniej drodze.

Marcel zdawał sobie sprawę, że jego obecność na pogrzebie nie była Jadze na rękę, a jeśli miałby być szczery, to najlepiej w ogóle by się na nim nie pokazywał. Jednak los zadecydował inaczej. Jego ojczym, a ojciec Jagi - Roman Staropolski - zmarł w wyniku śmiertelnego ciągu alkoholowego i to właśnie na Marcelu od teraz spoczął prawny obowiązek opieki nad przyrodnią siostrą.

Jagna nie miała nikogo, kto mógłby się nią zająć. Już dawno wszyscy się od nich odwrócili. Wraz z odejściem ich matki, Zofii, rozpadło się to, co z założenia powinno być trwałe - rodzina. Zostali sami. Ona i ojciec. Z dnia na dzień, zupełnie nieoczekiwanie, mieli tylko siebie. Zmuszeni byli żyć ze świadomością, że najpierw zostawiła ich Zofia, a rok później odszedł z domu Marcel. Którejś nocy, bez ostrzeżenia, zaraz po swoich osiemnastych urodzinach, spakował się i uciekł. Uciekł tak, jakby nic dla niego nie znaczyli.

A teraz stał, ubrany w elegancki garnitur, z niewzruszoną miną i upajał się jej cierpieniem. Wrócił zapewne upomnieć się o ten kawałek ziemi, który pozostawił po sobie ojciec, i dom, z którego i tak zagrażała im eksmisja wskutek naruszenia jego konstrukcji po ostatnich nawałnicach. Marcel swym odejściem zabrał jej poczucie bezpieczeństwa i jakby mu było mało, wrócił jeszcze po to, co z takim trudem udało jej się ocalić przed hazardowymi zapędami jej ojca. Nie ma wstydu ani godności - pomyślała Jagna, czując, jak w jej sercu rośnie w siłę nienawiść. Po co w ogóle się tu pojawił? Sama by sobie ze wszystkim poradziła. Tak jak robiła to do tej pory. Latami nie interesował się, co u niej słychać, więc i teraz mógł odpuścić.

W końcu trumnę Romana Staropolskiego przykrył kopiec suchej ziemi, a kilku mieszkańców wsi złożyło Jagnie kondolencje. Byli wśród nich kumple zmarłego od kieliszka, sklepowa i oczywiście proboszcz, który zgadzając się na chrześcijański pochówek, podobno łagodnie potraktował Jagę i przymknął oko na fakt, że nieboszczyk od lat nie postawił nogi w kościele. A gdy nadeszła kolej Marcela, stanął naprzeciwko siostry, spuścił głowę, pokręcił nią, jakby sam nie wierzył w to, co poniekąd zmuszony był powiedzieć, i z niemałym trudem spojrzał Jagnie w oczy.

- Moje kondolencje, Jaga - wykrztusił cicho. W jego słowach nie było współczucia ani nawet krztyny smutku. Emanowała z nich obojętność, jakże teraz bolesna dla dziewczyny.

Zacisnęła zęby z taką siłą, że aż rozbolała ją szczęka, jakby próbowała stłumić krzyk, który rwał się jej z gardła. Postąpiła krok naprzód, zmniejszając dzielący ich dystans, i z zaciętością na twarzy odpyskowała:

- Wal się!

Pani Krysia, sklepowa, aż jęknęła z niedowierzania, gdy słowa Jagny wypełniły ciszę, która panoszyła się nad grobem jej ojca. Łypnęła na Marcela z niedowierzaniem, potem na odchodzącą Jagnę i z bezradności rozłożyła ręce, wzruszając przy tym ramionami.

- Oj, nie będzie ci łatwo, Marcelku. Nie będzie - zawyrokowała.

Marcel ponownie wrócił spojrzeniem ku Jagnie, która teraz szła ciężkim krokiem i z rękami wpuszczonymi w kieszenie dżinsów mijała cmentarne alejki. Przygarbiona, jakby z racji trudnych doświadczeń życiowych nie potrafiła patrzeć przed siebie, a jedynie na czubki startych butów. W jej sylwetce można było dostrzec ból. Tkwił teraz w każdym geście, obrazując to, czego serce nie było już w stanie udźwignąć. Przez moment pomyślał, że był taki sam, gdy opuszczał rodzinny dom. Złamany przez życie, bez perspektyw i solidnej kotwicy, która pozwoliłaby mu na stałe osiąść w miejscu.

- I co ty teraz z nią poczniesz, Marcelku? Przecież ona to za Chiny ludowe nie pozwoli ci się zabrać do stolicy. Wrosła w tę naszą wieś, jak ta stara lipa, co na krzyżówce od dziesięcioleci góruje.

- Ma wybór, pani Sawicka - zapewnił Marcel, patrząc, jak postać siostry znika za bramą cmentarza.

- Tak? Ma? - zdziwiła się kobieta.

- Ma - potaknął. - Albo pozwoli mi się nią zaopiekować, albo zaopiekuje się nią państwo. - Marcel skinął głową, pożegnał się i ruszył śladem Jagny.

Gdy dotarł na parking samochodowy, już jej tam nie było. Nie tracąc chwili, wsiadł do auta i skierował się w stronę domu rodzinnego Staropolskich. Dostrzegł siostrę chwilę później, gdy szła z zaciśniętymi pięściami i wzrokiem wbitym w ziemię, kopiąc kamień z taką zadziornością, że momentami wyglądała niemal groteskowo. Wylewający się z niej bunt można było dostrzec gołym okiem. Być może w ten sposób radziła sobie z emocjami, które jej towarzyszyły po stracie ojca, a może po prostu taka się stała?

Marcel zwolnił, a gdy zrównał się z Jagną, opuścił szybę od strony pasażera i zadysponował:

- Wsiadaj, podwiozę cię.

Jaga nawet się nie zatrzymała, ale zdołała unieść dłoń i ku zaskoczeniu Marcela pokazać mu środkowy palec, który teraz dumnie sterczał w jego stronę niczym jasny przekaz - bez słów, bez zawahania, z siłą całej nastoletniej furii.

Marcel zacisnął dłonie na kierownicy. "Co za gówniara" - syknął w myślach, na głos zaś zawołał:

- Nie testuj mojej cierpliwości, musimy poważnie porozmawiać - zaczął ostro, cedząc słowa przez zęby. - Pakuj tyłek do środka.

Jaga wciąż szła przed siebie, lecz tym razem posłała bratu krótkie spojrzenie, pełne długo pielęgnowanej złości, któremu towarzyszyło szybkie uniesienie dłoni z wyprostowanym środkowym i wskazującym palcem skierowanymi ku sobie, a wewnętrzną stroną do niego - gest, który w jej świecie znaczył więcej niż słowa, niosąc w sobie wyraźny ładunek buntu i niechęci.

Marcel zrozumiał przekaz. Ów gest nie był gestem pokoju ani nawet zwycięstwa, był jasnym komunikatem, że ma się od niej odczepić - delikatnie mówiąc. W przypływie złości, ponaglany adrenaliną, docisnął gaz i wypruł do przodu, wzbijając w powietrze tuman kurzu, w którym zamajaczyła sylwetka Jagi. Jakież było jego zdziwienie, gdy w lusterku wstecznym zdążył jeszcze dostrzec, że Jagna nawet nie próbowała iść szybciej, za to uniosła dłoń, złożyła palce w lekceważący gest i zaczęła nią niedbale potrząsać, wysyłając Marcelowi sygnał, że ma go gdzieś. On z kolei zaklął cicho pod nosem, czując się pokonany. To nie było to samo dziecko, z którym kiedyś mieszkał pod jednym dachem. Co się z nią stało? Gdzie się podziała jej delikatność? Fakt, od ich spotkania minęło prawie dziesięć lat, a dzieląca ich różnica wieku nigdy nie ułatwiała im kontaktu, ale to, do czego Jagna teraz była skłonna, działało na niego niczym płachta na byka. W jakie towarzystwo wpadła? A może wieczory spędzała w gronie przyjaciół ojczyma? Może coś brała? Może była na bakier z prawem? W jego głowie co rusz pojawiały się kolejne wątpliwości i przypuszczenia, z których każde następne były jeszcze bardziej przerażające od poprzedniego. Wszystkiemu towarzyszyły budzące się z letargu wyrzuty sumienia. Dziesięć lat... Zostawił Jagnę z jej ojcem na całą dekadę i to wystarczyło, żeby zmieniła się nie do poznania; żeby stracił ją bezpowrotnie. Poczucie winy szarpnęło jego żołądkiem, aż poczuł mdłości.

Przyhamował raptownie. Z tego wszystkiego niemal przegapił zjazd prowadzący do posiadłości Staropolskich. Ostrożnie zjechał w boczną drogę, uważając, by nie zahaczyć niskim podwoziem Mercedesa o korzenie starych drzew, rosnących wzdłuż piaskowej drogi, na końcu której stał dom Jagny i jej ojca. Dom, który dla niego był jak najgorsze wspomnienie, niemogące wyblaknąć ani też zaszyć się w otchłani niepamięci. Stary, z czerwonej cegły, wciąż z dachem pokrytym eternitem. Jego ściany teraz porastał mech, a w jednym z okien pęknięta szyba została załatana od wewnątrz kawałkiem dykty. Konstrukcja budynku zdawała się lekko przechylona, jakby poddała się silnym wiatrom wiejącym od strony zachodu. Na podwórku panował bałagan. Porzucone wiadro, plastikowa miska, stare opony i resztki jakiegoś rolniczego sprzętu straszyły niemal z każdego zakamarka gospodarstwa. W kącie dostrzegł taczkę pozbawioną koła, a obok niej zardzewiały, niesprawny rower, który - pamiętał to doskonale - niegdyś należał do Jagi. Tuż obok domu stała niemal zrośnięta z nim stodoła. Z jednej strony zawalona, z drugiej ledwo trzymająca się w pionie, wsparta na nieoheblowanym paliku, który stanowił jej podporę. I tylko dąb - ten, który rósł w tym miejscu od dwóch wieków, z koroną tak rozłożystą, że rzucał cień na całą posesję - wyglądał na zadbany.

Marcel nie potrafił ocenić, ile czasu stał pośrodku tego wszystkiego, wspomnieniami cofając się do dni, które w jego przypadku smakowały bólem, cierpieniem, poczuciem niesprawiedliwości i zawodem ze strony dorosłych. I chociaż w zeszłym tygodniu skończył dwadzieścia osiem lat, dziś, stojąc w tym miejscu już jako dorosły mężczyzna, wciąż czuł się niepewnie, jak ktoś, kto znienacka znalazł się w przestrzeni, która jest mu wroga.

Dźwięk ciężkich kroków wyrwał go z natłoku wspomnień. Spojrzał przez ramię i dostrzegł Jagnę. Nie była zdziwiona jego obecnością. Być może zauważyła ślady opon pozostawione przez jego samochód, a może zwyczajnie się go spodziewała w tym miejscu, pamiętając, że zawsze lubił stawiać na swoim. Odwrócił się, wsunął dłonie do kieszeni materiałowych spodni i nie czekając na ruch ze strony Jagny, zaszedł jej drogę. Był od niej wyższy, potężniejszy, ramiona miał szerokie, a posturę mężczyzny, który potrafił zasłonić kogoś całym sobą. A mimo to wyczuwał, że energia, która emanowała z ciała jego młodszej siostry, była znacznie intensywniejsza od jego energii. Była także bardziej nieprzewidywalna i zdolna spalić wszystko, co stanie na jej drodze. Pomyślał, że tak nigdy nie powinna wyglądać relacja rodzeństwa. Czy jeszcze w ogóle nim byli? Czy będą potrafili ze sobą rozmawiać i odzyskać to, co zmuszeni byli utracić? Tysiące myśli dźgało jego głowę w jednej chwili, odbijając się nieprzyjemnym pulsowaniem w skroniach. Jaga, zmuszona przez okoliczności, spojrzała na Marcela. Ciemne, niemal kruczoczarne włosy, które skrywała pod kapturem, teraz spoczywały na jej ramionach, stanowiąc kontrast dla szarych oczu. Przypominała matkę. Gdzieś w jej rysach krył się fragment jej uśmiechu, element srogiego marszczenia brwi i odrobina ledwo dostrzegalnej czułości. Wszystko to sprawiło, że Marcelowi szybciej zabiło serce. Przez lata zastanawiał się, jak zareagują, gdy staną naprzeciwko siebie, a gdy w końcu im się to udało, oboje odnieśli wrażenie, że są dla siebie obcy.

- Powiedziałam, żebyś się odwalił - sarknęła. Wspięła się na palce stóp i z impetem wypchnęła klatkę piersiową do przodu, jakby chciała odepchnąć Marcela samą swoją obecnością. Ruch był krótki, gwałtowny, niemal instynktowny i przypominał zaczepkę, jaką mężczyźni rzucają sobie przed bójką, zaraz po tym, jak wypiją kilka kufli piwa. Jagna nie potrzebowała rąk, by dać Marcelowi do zrozumienia, że powinien zejść jej z drogi. Wystarczyły to jedno spięcie ciała, zadziorność spojrzenia i jasny komunikat, kto tu rządzi.

Marcela rozbawiła jej nietypowa, jak na nastolatkę, odwaga. Mimo to zachował na twarzy powagę, nie chcąc eskalować konfliktu. Dłonią przetarł wilgotny kark i jakby nigdy nic, zapytał:

- Widzę, że z angielskim jest u ciebie całkiem dobrze. - Wzruszył ramionami i zaśmiał się pod nosem. - Przynajmniej w kwestii wulgarnych gestów, którymi mnie uraczyłaś. A i odwagę masz imponującą. Chodziłaś na kibolskie ustawki? Twoja wieś kontra ta po drugiej stronie torów? - zapytał, zupełnie zapominając nazwy sąsiedniej miejscowości.

Jagna nie skomentowała słów Marcela. Posłała mu nieprzyjazne spojrzenie, następnie trąciła go barkiem w lewe ramię, wyminęła i szybkim krokiem udała się w stronę domu, tym razem darując sobie wulgarne gesty. Nie chciała na niego patrzeć. Obecność Marcela w żaden sposób nie przyniosła jej ulgi. Wręcz odwrotnie. Patrzenie na brata, któremu udało się coś osiągnąć, odnaleźć spokój i żyć na znacznie wyższej stopie życiowej niż jej, sprawiało Jagnie ból. Ból, który przybierał na sile z każdym spojrzeniem na mężczyznę, który swoją osobą prezentował klasę. Ona jej nie miała. Tak samo jak nie miała szans na osiągnięcie czegokolwiek, na nowe spodnie czy chociażby posiłek w jakiejś restauracji. Jej życie było tak bardzo różne od tego, które zapewne prowadził Marcel. Nie było w nim radości i spokoju, a jedynie walka o przetrwanie kolejnego dnia.

Marcel nabrał głęboko do płuc wiejskiego powietrza, pachnącego świeżo skoszoną łąką, i wstrzymał je na kilka sekund, by zapanować nad emocjami. Wyciszyć się przed czekającą go rozmową, a gdy poczuł się gotowy na podjęcie próby, odwrócił się, spojrzał na siostrę, która właśnie walczyła z zacinającym się zamkiem drzwi wejściowych, i tym razem spokojnym, pozbawionym sarkazmu tonem rzucił:

- Jaga, musimy pogadać.

Znowu to zrobiła. Znowu pokazała mu środkowy palec, niemal odgryzając sobie przy tym wargę, gdy drugą ręką wciąż walczyła z zamkiem.

- Tylko na tyle cię stać? Daj spokój! To przestaje być śmieszne! - obruszył się. W kilku krokach pokonał dystans, stanął przy Jadze i zacisnął dłonie na jej przedramionach, zmuszając ją, by na niego spojrzała. - Powygłupialiśmy się, teraz porozmawiamy poważnie.

- Puść mnie! - Próbowała się wyrwać z jego uścisku. - Nie mamy o czym gadać.

- Wiem, że jest ci ciężko i że... - zaczął, ostrożnie ważąc słowa.

- Gówno wiesz! - warknęła. - Nie potrzebuję twojej litości. Nie zadaję się z ludźmi, którzy mieli mnie w dupie przez tyle lat.

Zabolało. Mocno. Głęboko. Marcel złapał się na tym, że przestał oddychać.

- Nie miałem cię w dupie. Pisałem. To ty nie odpowiadałaś na moje listy.

- Może dlatego, że miałam cię w głębokim poważaniu, tak jak ty mnie, gdy odjeżdżałeś bez słowa wyjaśnienia i nawet się nie obejrzałeś - powiedziała chłodno.

- Przestań, miałem tylko osiemnaście lat, ledwo oddychałem w tym domu, dobrze o tym wiesz. Myślisz, że mnie było łatwo? Że to mnie nie zabolało? Nie wiesz, ile mnie to kosztowało.

Jaga uniosła rękę i boleśnie dźgnęła Marcela palcem wskazującym w pierś.

- Ale odszedłeś. Zostawiłeś mnie z nim samą. Z jego pijackimi jazdami, z bezradnością. Zastanawiałeś się kiedykolwiek, czy miałam co jeść? Czy miałam co na siebie założyć? Cholera, byłam jeszcze gówniarą, gdy wziąłeś dupę w troki. Najłatwiej było zniknąć, co nie? - oskarżała, a ton jej głosu stał się niski, głęboki i wyjątkowo obcy.

- Zniknąłem, bo sam ledwo dawałem radę. Pojęcia nie masz i nigdy nie będziesz miała, z czym było mi dane tu się mierzyć. Ale to już za mną. Za nami - poprawił się szybko. - Teraz sprawa wygląda inaczej.

- Aha... - Jaga uśmiechnęła się krzywo. - No to mów, po co naprawdę tu jesteś. Bo chyba nie po to, żeby się wzruszać nad moim losem. - Zeskoczyła ze stopnia i ruszyła w stronę dużej donicy z kolorowymi koleusami. - Słucham cię, słucham... - zapewniła z sarkazmem w głosie, gdy zza kwiatów wyjęła paczkę papierosów i ku zaskoczeniu Marcela włożyła jednego do ust i zapaliła.

- Na litość boską, Jagna, masz dopiero piętnaście lat, wyrzuć to świństwo, bo cię zabije.

Dziewczyna zaciągnęła się dymem nikotynowym i z nieskrywaną satysfakcją, powoli zaczęła go wypuszczać z ust, wiedząc, że swoim zachowaniem zagra na nerwach brata.

- Wychowywać mogłeś mnie lata temu, nie teraz - kąsała Marcela słowami. - Co cię tu sprowadza? Kto ci doniósł o śmierci ojca? Kryśka?

Marcel potaknął.

- A żeby jej język kołkiem stanął za te wszystkie ploty! - Splunęła na ziemię. - Czekaj... - dodała po chwili. - Skąd miała namiary na ciebie? - Spojrzała na brata z ogniem w oczach. - Donosiła ci o wszystkim? W mordę jeża! Co za fałszywy babsztyl! - Pokręciła głową.

- Naprawdę wierzyłaś w to, że wszystkie długi powstałe w wyniku zakupów na zeszyt w jej sklepie regulował ojciec, gdy odbierał swoją marną rentę? - spytał ze spokojem w głosie. Marcel dostrzegł w oczach Jagny niedowierzanie. Była jeszcze młoda i wciąż naiwna i najwyraźniej z wielu rzeczy nie zdawała sobie sprawy. Obserwował, jak w głowie przetwarza to, co usłyszała; jak jej rysy twarzy stają się bardziej zacięte; jak godność, którą nosiła w sercu, zostaje teraz nadszarpnięta.

- Wszystko jasne. Zatem zjawiłeś się tu po to, by zabrać spadek po ojcu jako rekompensatę za pokrycie naszych długów, tak? - Uniosła prawą brew, wyczekując odpowiedzi.

- To twój spadek, zrobisz z nim, co uznasz za słuszne. Możesz sprzedać ziemię i przeznaczyć pieniądze na przyszłość.

- Mój spadek, ale ty już wiesz, co mam z nim zrobić. - Zaśmiała się, ale nie wesoło, bardziej prześmiewczo. - Jakie to typowe...

Marcel szarpnął krawat, rozluźniając jego wiązanie. Zrobiło mu się gorąco. Rozmowa z Jagną była jak wspinaczka na szczyt góry. Gdy już myślał, że za chwilę dotrze do celu, ona atakowała go znienacka niczym gromy z jasnego nieba zmuszające do zaprzestania wędrówki.

- Posłuchaj, nie będę owijał w bawełnę. Twój ojciec nie żyje. Sprawa jest prosta: nie możesz tu zostać sama. Albo jedziesz ze mną do stolicy, albo zgłosi się po ciebie opieka. A uwierz mi, nie chciałabyś być w rodzinie zastępczej albo w innej tego typu placówce państwowej.

Jagna zesztywniała. Dostrzegł to gołym okiem. W jej oczach pojawił się strach, który szybko starała się przysłonić kurtyną buntu, by przypadkiem Marcel nie dostrzegł jej słabości.

- A ty nagle stałeś się zbawcą świata, co? Gdzie byłeś, kiedy potrzebowałam cię najbardziej? - zaatakowała ponownie, nauczona, że lepiej ugryźć jako pierwsza niż pozwolić na to, by gryziono ją.

Marcel wypuścił z płuc powietrze z głośnym szmerem.

- Wiem, masz prawo myśleć, że zawaliłem, i może faktycznie tak się stało - przyznał, dokładając wszelkich starań, by dalsza rozmowa z Jagną przebiegła w spokoju. - Ale doskonale wiesz, że jeśli tu zostaniesz, skończysz jak on. Takiego życia chcesz dla siebie? Uwięziona na tym zadupiu, żyjąca dzień po dniu, bez marzeń, bez celu, bez prawdziwych przyjaciół, dla których jesteś ważna ty, nie alkohol, który im sponsorujesz?

- O, widzę, że zaplanowałeś sobie już całą misję ratunkową - zakpiła. - Możesz nawijać mi te swoje kolorowe farmazony na uszy, ale ja doskonale wiem, że przyjechałeś po swoje.

- Jagna! - powiedział Marcel twardo. - Nie mam zamiaru się z tobą szarpać. Masz wybór. Jeszcze dziś możesz wsiąść ze mną do samochodu lub zostać na ojcowiźnie i liczyć na łaskę systemu. Tyle w temacie. - Postawił wszystko na jedną kartę. Zrozumiał, że im dłużej będzie przeciągał to, co nieuniknione, tym mocniej Jaga będzie stawiała opór. W końcu tylko w ten sposób mogła się bronić.

- Zawsze sobie radziłam, poradzę sobie i teraz. - Ponownie zaciągnęła się papierosem, po czym rzuciła niedopałek na ziemię i zmiażdżyła go butem.

Marcel stracił cierpliwość. Podszedł do Jagi tak blisko, że teraz czuł na swojej twarzy jej nikotynowy oddech.

- Nie będę cię błagał na kolanach. Mówię, jak jest. System się nie patyczkuje. Pakujesz się i jedziesz ze mną albo...

- Albo, albo! - weszła mu w słowo. - Zawsze to twoje ultimatum. Może jeszcze dasz mi rozkaz, co mam ze sobą zabrać? Zdecydujesz, jak mam mówić, co nosić, z kim się zadawać?

- Nie o to chodzi. - Pokręcił głową.

- Właśnie, że o to! Ty chcesz być opiekuńczym bratem, ale tylko na własnych zasadach, kompletnie zapominając o tym, że dziesięć lat temu miałeś mnie w dupie. A ja ci powiem jedno, braciszku: nie mam zamiaru zmieniać się dla ciebie ani dla nikogo innego.

- Nie chcę cię zmieniać - westchnął Marcel.

- Ale próbujesz. Już teraz patrzysz na mnie jak na projekt do naprawy. A ja nie jestem twoją misją ratunkową, jasne?

Marcel zrozumiał, że chcąc odnieść zwycięstwo w ich relacji, najpierw musi ponieść klęskę i pozwolić Jagnie postawić na swoim. Jeśli tego nie zrobi, straci ją, a na to nie mógł sobie pozwolić. Może nie był idealnym bratem, ale nie był też typem pozbawionym uczuć. Kochał Jagnę, gdy był dzieckiem, i kochał ją teraz, mimo że nie zawsze potrafił jej to okazać.

- Nie będę ci mówił, jak masz żyć. Jeśli tylko będziesz żyła zgodnie z prawem i nie ściągała na siebie problemów.

Jaga zmierzyła brata uważnym wzrokiem, po czym wolno i wyraźnie przedstawiła swoje żądania.

- W takim razie mam warunek. Jeśli pojadę, nie będzie żadnych "musisz", "nie wolno", "zmień się". Żadnego grzebania mi w duszy i wyrzucania rzeczy z plecaka, bo ci się nie podobają. Rozumiemy się?

Marcel dostrzegł światełko w tunelu. Jagna pękała, a to z kolei może sprawić, że przy odpowiednio podjętych krokach uda im się znaleźć nić porozumienia. Dlatego ze spokojem i świadomością słów, które wcześniej ważył w ustach, powiedział:

- Twoje życie, twoje zasady. - Uniósł ręce w geście poddania, dając dziewczynie złudne wrażenie, że to ona wygrała i ostatecznie postawiła na swoim. Rozumiał, że to pozwoli jej uwierzyć, że nadal o sobie decyduje, że on sam nie przypuścił na nią żadnego ataku, a jedynie rzucił jej koło ratunkowe, które Jagna chwyciła, by móc się utrzymać na powierzchni.

Nastolatka przechyliła nieco głowę i przez kilka chwil w milczeniu przyglądała się bratu, jakby chciała odnaleźć fałsz w jego słowach - złapać go na nieszczerości, którą następnie mogłaby wykorzystać jako kontratak lub pretekst do wykręcenia się z jego propozycji. Ponieważ niczego takiego nie znalazła, nieco niechętnie przystała na jego warunki.

- Dobrze, ale jedno ci mówię od razu. Jak tylko poczuję, że próbujesz mnie sprowadzić do swojego świata, znikam i w przeciwieństwie do ciebie nie będę pisała żadnych listów.

- W porządku - zgodził się Marcel. - Tylko daj mi się stąd zabrać. Z tego bałaganu, z tej biedy, jak najdalej od jego cienia.

Jaga przetarła twarz dłońmi. Walczyła ze sobą. Nie chciała wyjeżdżać. I chociaż przed Marcelem grała twardą zawodniczkę, w środku mierzyła się z lękiem przed życiem, którego nie znała. Nowe miasto, nowy dom, nowy on... To wszystko ją przerastało. Nie była głupia, wiedziała, że prędzej czy później, jeśli nie skorzysta z pomocy brata, skończy jak ojciec. Bez perspektyw, bez grosza przy duszy i w samotności. Do pełnoletności zostały jej niecałe trzy lata - nawet gdyby Marcel nie przybył do niej z misją ratunkową, ktoś z całą pewnością doniósłby opiece, że mieszka sama, a wówczas... kto wie, jak mogłyby się potoczyć jej losy.

- Daj mi czas do jutra rana - powiedziała cicho, tym razem bez buntu. - Jak wrócisz, może będę gotowa.

***

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji