V
"Zakopane stolicą polskich Tatr". Każdy słyszał ten slogan. A jak stolica Tatr, czyli gór, to - zimą i wczesną wiosną - także i nart. Wierzą w to tłumy Krakowian, Ślązaków, Warszawiaków, a nawet Gdańszczan. A na dodatek kochają oni ten swój symbol białego szaleństwa miłością czystą i... nieodwzajemnioną. Wiernym fanom zatłoczonej, przykrytej czapką smogu mieściny nie przeszkadza, że ich "narciarska stolica" oferuje zaledwie kilka tras zjazdowych, z których połowa jest tak płaska, że aby się z nich zsunąć, trzeba dobrze narobić się kijkami. Pozostałe dla odmiany są karkołomnie nieprzygotowane do jazdy - wehikuł zwany ratrakiem gości na nich rzadko i tylko przez chwilę (znacznie częściej można spotkać tam śmigłowiec TOPR zbierający ze stoku połamańców). Muldy wielkości nadmorskich wydm, ślizgawki nieznacznie tylko ustępujące jakością lodu torowi dla panczenistów, kamulce pojawiające się w najmniej spodziewanych miejscach - oto, co (chcąc nie chcąc) uwielbiają polscy narciarze. To dziwna kategoria ludzi. Bez szemrania, przez cały sobotni poranek przedzierają się zakorkowaną wąską Zakopianką, aby w południe stanąć na szczycie Kasprowego Wierchu. Pięć minut zjazdu, trzydzieści w kolejce do wyciągu, a w czasie przerwy na obiad - jeszcze czterdzieści oczekiwania na kawałek pizzy w knajpie. Dwa dni zlatują jak z bicza strzelił. W niedzielne popołudnie następne parę godzin na Zakopiance i już w poniedziałkowy poranek można powiedzieć w pracy: "Ale to był zajebiaszczy weekend!".
Do tej fanatycznej społeczności należy także Ola. Na deskach jeździ od dziecka. To zasługa dziadka - on kupił jej przed laty pierwsze narty. Dziewczyna nie wyobraża sobie sezonu bez kilku wizyt na Kasprowym i Nosalu. A ponieważ w redakcji o urlop trudno, nadgania weekendami. Do Zakopanego, a konkretnie do tej samej od lat kwatery przy ulicy Karłowicza, jej Micra mogłaby trafić nawet na węch. Stromy stok zaraz na początku zjazdu z Kasprowego Wierchu na stronę Doliny Gąsienicowej to jej ukochane miejsce na Ziemi. Nic nie mąci jej szczęścia, gdy sportowe Rossignole tną przemarznięty śnieg, a nogi jak dwa amortyzatory dynamicznie wybierają nierówności muld. Owszem, była dwa razy w Alpach. Równiutkie stoki, niemal puste wagoniki kolejki górskiej, jeden karnet na wszystkie kilkadziesiąt tras zjazdowych w okolicy... Za każdym razem wracała znudzona.
***
Kuba zdaje sobie sprawę, jakie to wyróżnienie, że Ola zaprosiła go na weekend w Zakopcu. Od czasu katastrofalnego - w jego oczach - występu w telewizji śniadaniowej spotykają się niemal codziennie. Było już kino (trzy razy), teatr (raz, bo trudno dostać bilety), bilard (dwa razy), kolacja we dwoje (oboje nie lubią drobnomieszczańskiego zadęcia, więc poszli do McDonalda), a nawet spacer w Ogrodzie Łazienkowskim. To właśnie tam ją pocałował.
Siedzieli na ławce (bez trudu znaleźli wolną, w pierwszej połowie marca było jeszcze zimno jak diabli), karmili kaczki, rozmawiali. O czym? Kuba nie ma pojęcia. Odkąd tylko tam przysiedli, w głowie miał jedną myśl: "MUSZĘ TO ZROBIĆ". Patrzył na jej usta. Coś mówiła, uśmiechała się, a on wyobrażał sobie wyłącznie, jak by to było wpić się w nie wargami. Zerkał na jej szczelnie osłonięty przed zimnem dekolt i... aż mu się gorąco robiło, gdy odsłaniał w myślach jej nieduże, kształtne piersi. Zezował nawet na jej biodra, a wtedy w głowie rysował mu się obraz... No dobra, na razie jego plan kończył się na pierwszym pocałunku. Nie jakimś tam przyjacielskim buzi w policzek czy muśnięciu ustami jej włosów. P-O-C-A-Ł-U-N-E-K. Ola go jednak onieśmielała.
"A może nie jest jeszcze zdecydowana? Może ją tylko do siebie zniechęcę? Czy nawet wręcz obrażę? To przecież piękna kobieta, pewnie ma jakiegoś faceta!" - po głowie błądził mu zestaw obaw i kompleksów.
W tym czasie Ola znowu coś powiedziała. Do zaklajstrowanego testosteronem mózgu Kuby ten komunikat przedzierał się w żółwim tempie. Ale kiedy już tam trafił, wzbudził panikę. Brzmiał w skrócie tak: skończyła się karma, kaczki sobie poszły, my chyba też się zbieramy.
"Zbieramy?" To by oznaczało kolejną niewykorzystaną okazję! "Zrób to. Po prostu działaj!" - rozkazał sobie w myślach i...
- Zimno jakoś - oświadczył odkrywczo, otaczając dziewczynę ramieniem i przysuwając się tak blisko, że na udzie poczuł ciepło jej bioder.
Ola spojrzała w górę lekko zaskoczona. Z odległości kilku centymetrów widział jej niebieskie oczy, czoło niemal zasłonięte równiutką grzywką, czuł na twarzy jej oddech. Pochylił się lekko, przymknął oczy i (nareszcie!!!) poczuł jej usta na swoich. Ciepłe, o smaku truskawkowej pomadki, przyprawiające o dreszcze. Pocałował ją delikatnie, jakby zadawał pytanie. Potem jeszcze raz, wciągając nosem boski zapach jej ciała. Usta dziewczyny leciutko się rozchyliły. Odwzajemniła jego pieszczotę, oddając mu cząstkę swojej wilgoci i ciepła.
Kilka minut później, kiedy zdyszani, zarumienieni, oszołomieni tym nowym wszechświatem, który właśnie zaczęli wspólnie odkrywać, oderwali się od siebie, Ola spytała:
- Wyjedziesz ze mną na narty? Na weekend?
Aż zakręciło mu się w głowie.
Bo po pierwsze - Ola już setki razy opowiadała mu, jaką pasją jest dla niej to całe ześlizgiwanie się po stoku (w życiu nie przyszłoby mu do głowy, że taka banalna czynność może budzić aż takie emocje, ale nieważne) i jak niezwykłym miejscem jest dla niej Zakopane. W jednej chwili pojął więc, że ta weekendowa propozycja jest jak zaproszenie do klubu tylko dla VIP-ów, byle komu Ola by go nie wręczyła. No i po drugie - weekend oznacza dwa dni: sobotę i niedzielę. A co jest pomiędzy sobotą i niedzielą? Tak! Te dwa piękne dni dzieli jedna noc! Noc, którą się spędza w pokoju, a konkretnie w łóżku. Aż mu się nogi ugięły, kiedy zdał sobie sprawę, że właśnie dostał szansę spędzenia z tą wspaniałą kobietą - o której nie potrafił już myśleć bez najwyższych emocji - jednej, fantastycznej nocy.
- Jasne! - odpowiedział natychmiast. I dopiero po chwili, z nutką niepokoju dodał: - Tyle że ja jeszcze nigdy...
- O to się nie martw! Pożyczymy dla ciebie narty i zabiorę cię na jakąś oślą łączkę. Raz dwa nauczysz się jeździć.
***
- Jedziemy razem na narty! - oświadcza nazajutrz (jest poniedziałek) Ola.
- Nie, dzięki. Ze sportów to ja lubię tylko fantastyczne, upojne i... wybacz, skarbie... ale heteroseksualne bzykano - odpowiada Patrycja, nawet nie odrywając wzroku od komputera.
- Nie z tobą, wariatko! Z nim!
Patrycja aż podskakuje na krześle.
- Zaprosiłaś obcego faceta do swojej świątyni dwóch desek?!
- Nie taki on już obcy... - Ola niewinnie spuszcza wzrok.
- Zrobiliście to? - Oczy Patrycji niemal wychodzą z orbit.
- No... Prawie. Pocałował mnie.
- Ach tak, pocałował. - Pati wyraźnie się uspokaja. - Ja, po paru drinkach w klubie, całuję się z facetami, zanim jeszcze spytają, jak mam na imię. Fakt, że czasami w ogóle później nie pytają... No nic, nieważne. Dobre i to. Więc się pocałowaliście i jedziecie razem na narty. Super.
- Już myślałam, że nigdy tego nie zrobi - opowiada dalej Ola, nie zauważając nawet dylematów targających jej przyjaciółką. - Przez pół godziny siedziałam na ławce w parku. Zmarzłam tak, że zaczynałam już tracić czucie w palcach. Wyczerpałam też wszystkie tematy do rozmowy, nakarmiłam po gardło całe stado kaczek, a on siedział jak posąg i tylko taksował mnie wzrokiem.
- Taksował wzrokiem, powiadasz? To już coś, naprawdę. Ten mój, z którym się teraz spotykam, jest jeszcze bardziej nieśmiały. Wpada wręcz w panikę, gdy tylko próbuję wyciągnąć go gdzieś sam na sam. Boi się, że chcę go uprowadzić i sprzedać na organy, czy jak?
- No więc siedzimy tak i siedzimy... - nie daje się wytrącić z rytmu Ola - a on nic. Gdyby to był ktoś inny, już dawno bym sobie poszła i wykasowała numer telefonu takiego niedojdy. Ale on jest taki... Wiesz, to urocze. Wielki facet. Męska uroda. A taki życiowo bezbronny, naiwny nawet.
- O, o! - przerywa jej Pati. - Mój to samo. Tyle że gorzej. Rumieni się, jak powiem coś bardziej pikantnego, co chwila ucieka ze wzrokiem. Ci duzi faceci tak mają czy ki diabeł?
- Mówisz o swoim instruktorze kung-fu?
- No a o kim by innym? Ile ja się za tym chłopem nalatałam... A on jak księżniczka uwięziona przez smoka na wieży. Niedostępny, odległy. Mam nadzieję, że chociaż tego smoka ma jak się patrzy, bo inaczej...
- Pati, nie bądź wulgarna!
Wybuchają śmiechem.
- Powiedz lepiej, czym się ten twój zajmuje? - wraca do rozmowy Patrycja.
- Właściwie to... nie wiem. Podczas randek to ja gadam jak najęta. On tylko słucha. Małomówny gość. Ale jak umie słuchać, ci mówię, dziewczyno...
- Fajnie. Całujesz się z nieznajomymi. Idziesz w moje ślady.
- No bez przesady. Spotykamy się już trzeci tydzień.
- Żaden z moich związków nie przetrwał aż takiej próby czasu - komentuje Patrycja z uśmiechem. - No, nie licząc tego bieżącego. Z panem Piękna Wiosna. Ale czy to w ogóle jest związek? Nie byliśmy razem nawet w kinie.
- Jak to? Mówisz przecież, że się spotykacie?
- No tak, ale zawsze tylko po treningu i za każdym razem są z nami dziewczyny, z którymi ćwiczę.
- O cholera...
- Nie-nie, czuję, że to musi być z jego strony coś więcej - dodaje szybko Patrycja. - Bo zresztą po co łaziłby z nami na te ciastka i pizzę, gdyby czegoś do mnie nie czuł?
- Z głodu?
- Przestań, nie naśmiewaj się. Jeszcze go złapię w sieć. Może tym razem ty mi podpowiesz? Jak usidlić chorobliwie nieśmiałego faceta? Bo ja do tej pory spotykałam raczej tylko takich, którzy od razu pchają łapy pod sukienkę...
***
- Wiesz, miałem ochotę spuścić ci łomot - oznajmia Kuba lekkim, radosnym wręcz tonem Darkowi.
Powiedzieć, że to wyznanie robi na adresacie piorunujące wrażenie, byłoby przesadą, ale Darek zerka jednak badawczo na przyjaciela. Kuba jest od niego wyższy o głowę, szerszy w ramionach, a klata instruktora kung-fu rozpierająca sweter w norweskie wzory mogłaby wzbudzić respekt nawet u Pudziana.
- Za ten program? - pyta dla pewności. W myślach się pociesza, że w pubie, a więc w miejscu publicznym, Kuba nie zrobi zadymy. Zwłaszcza, że to Darek zapłacił za piwo.
- Cynicznie mnie w to wmanewrowałeś, kolego.
- Fakt. Też mi to nie daje spokoju.
- Tobie nie daje spokoju, a mnie na ulicy zaczepiają obce paniusie ze słowami otuchy i wyrazami współczucia. Ostatni raz w warzywniaku... Dobra, nie chcę nawet o tym gadać. Wiesz, jak nie znoszę współczucia. Dodam tylko, że moja mama, która wprawdzie programu nie oglądała, ale szybko jej o moim występie doniesiono, nie odzywała się do mnie przez trzy doby. A normalnie dzwoni dwa razy dziennie!
- Spytam od razu, żeby mieć to z głowy - przerywa mu Darek głosem, w którym prawie już nie słychać lekkiego drżenia. - Co cię w takim razie powstrzymuje przed obiciem mi mordy?
- Ola - odpowiada Kuba. - To dzięki tobie ją poznałem.
- Ola? Jaka Ola? No nie... Nie mów, że ta z programu!
- Ta z programu.
- Okej, w porządku, bez agresji, druhu. Laska jest fajna, wysoka, zgrabna. Cycki mogłaby mieć trochę większe. Za to dupeczka... - przerywa, bo w dalszej werbalizacji przeszkadza mu dłoń Kuby zaciskająca się na jego krtani.
- Mówisz o dziewczynie, którą - zacina się Kuba i czerwienieje - którą...
- Kochasz? - chrypi Darek.
- Cholera, chyba tak.
- Nie, no to super. Rewelacja. Nareszcie dałeś się którejś zdobyć. A z tymi cyckami to nie, spoko. Na pewno są fajne, jędrne i... Luz bracie, luz - dodaje szybko, widząc spojrzenie Kuby. - Lepiej opowiedz, jak wy tam razem tego-tego.
Kuba wzdycha niczym dwudziestowieczny parowóz.
- Tylko się całowaliśmy - oznajmia.
- Tylko się całowaliście - powtarza Darek, a jego twarz wyraża lekkie rozczarowanie. - No nic, jak na ciebie to i tak zawrotne tempo. Pamiętam, jak wtedy w liceum się zakochałeś. Spotykałeś się z laską przez pół roku, aż do wakacji, a ona nawet nie zauważyła, że ją adorujesz.
- Aż w końcu mi ją odbiłeś.
- Odbiłeś? Ja tylko ją przeleciałem po szkolnej dyskotece. Mogłeś ją sobie dalej uwodzić.
- Hm.
- Tak-tak, wiem. Została zbrukana i już nie była godna twoich umizgów. Znam te twoje wynaturzone poglądy. Honor ponad wszystko.
- Słuchaj, cieszę się, że fajnie się bawisz moim kosztem, ale chciałem się poradzić... - zmienia temat Kuba.
- Pytaj. Wiem o kobietach wszystko.
- Spotykam się równocześnie z kimś innym...
- Z kim? Ze swoją matką?
- Stary, przestań robić sobie jaja. Mówię poważnie.
Zapada chwila napiętego milczenia.
- Nie do wiary - odzywa się wreszcie Darek. - No, bracie, zaskakujesz mnie. Spotykasz się z dwiema laskami. Ty?
- No więc... z tą drugą to tak na niby.
- Na niby? A co to znaczy?
- To moja kursantka. Chodzi na treningi tylko dlatego, że się jej podobam. Gdybym dał jej wyraźnego kosza i by odeszła, to rozsypałaby mi się cała grupa. A klub cienko przędzie...
- Nie wierzę! Znam cię blisko dwadzieścia lat, a okazuje się, że w ogóle cię jeszcze nie rozgryzłem. Uprawiasz seks z panienką tylko po to, żeby płaciła ci za treningi? Stary, szacunek, jesteś męską dziwką!
Ostatnie zdanie Darek wypowiada na tyle głośno, że ludzie przy sąsiednich stolikach odwracają w ich stronę głowy. Któryś z podpitych bywalców rzuca nawet pod ich adresem półgębkiem: "Cholerne sprzedajne cioty". Nie zwracają jednak na to uwagi.
- Nie, nie uprawiam z nią seksu - tłumaczy Kuba ściszonym głosem. - Nawet nie spotykam się z nią na randkach. W ogóle nie daję jej żadnych nadziei, że coś między nami będzie.
- Nie dajesz jej nadziei, ale ona nadzieję ma. Długo już chodzi na te twoje treningi?
- Parę tygodni...
- No to sprawa jest poważna.
- Tak myślisz?
- Gorzej. Przypuszczam, na podstawie swoich licznych i bujnych doświadczeń z kobietami, że ona sobie tę sytuację interpretuje korzystnie dla siebie.
- Co to znaczy, do diabła?
- Psycholog nazwałby to... uważaj, trudne słowo: "racjonalizacją".
- Jaką racjonalizacją? Mów jaśniej.
- Racjonalizacja polega na tym, że tłumaczysz sobie sytuację, która jest dla ciebie niewygodna, upokarzająca, żałosna po prostu, w taki sposób, by stała się wygodniejsza i bardziej znośna. Jeśli więc panienka ugania się za facetem od paru tygodni, to znaczy, że... nawet jeśli on widzi to zupełnie inaczej... uważa się za jego dziewczynę. Bo inaczej straciłaby do siebie szacunek.
- O w mordę...
- Trafiłeś w sedno.
- Za dwa dni jest piątek - mówi Kuba po dłuższej chwili milczenia.
- Co do dnia, skoro dzisiaj jest środa - potwierdza Darek.
- W piątki mamy treningi. Po zajęciach powiem Patrycji, że się z kimś spotykam. Zwłaszcza że w sobotę o świcie jedziemy z Olą do... Nieważne.
- Jasne. Nieważne. Napijemy się jeszcze?
***
Piątkowy poranek to nie jest zwykły poranek. To jest PIĄTKOWY PORANEK. Koniec tygodnia, jeszcze tylko osiem godzin pracy, da się wytrzymać. A potem weekend. I to jaki! Z Kubą, we dwoje, w jednym pokoju. Jakim okaże się kochankiem? Pewnie czułym, delikatnym. Pewnie ona będzie dla niego księżniczką, główną wygraną w lotto, najwyższym bonusem od losu. Tak to sobie wyobraża. Tego chce. Już wiele razy widziała w myślach jego nagi tors, mocne dłonie błądzące po jej białym ciele, przyspieszony oddech muskający twarz, piersi, brzuch, a także niżej, ach, jeszcze niżej! Czy rzeczywiście będzie taki w łóżku? Nawet jeśli nie, wystarczy, że nie obróci się po wszystkim na bok i nie zaśnie od razu. Że także już "po" będzie rozczesywał palcami jej włosy, całował wnętrza jej dłoni, pieścił ustami kark. Tak dawno już nie była zakochana. Tyle czasu minęło, odkąd spała z mężczyzną. Ten ostatni, fotograf, okazał się kompletną porażką. Rok temu wkręcił ją w najbardziej banalną i żenującą ze wszystkich sytuacji, jakie mogą się przytrafić kobiecie: uwiódł, przeleciał, a potem na imprezie, na którą poszli jako para, ślinił się do nastoletniej hostessy w stroju króliczka. Brrr. Na szczęście Kuba wygląda na prawdziwego faceta. Uczciwego, szczerego, no i zakochanego...
- Ale ci zazdroszczę - mówi przy ekspresie do kawy Patrycja. - Już jutro czeka cię kaskada orgazmów, wyznania miłości, czułości, srułości, no superrandka po prostu.
- Kaskada orgazmów? Pati, litości, skąd wytrzasnęłaś to powiedzenie? Z harlequina?
- Taki jeden mi kiedyś obiecywał. Na imprezie. Ale się spił i zasnął na podłodze w łazience.
- A jak twój przystojny instruktor? - szybko zmienia temat Ola.
- Jak zwykle. Tylko macha rękami i nogami. Innych członków nie używa.
- Kiedy znowu się spotykacie?
- Dzisiaj mam trening. Kolejny. Pewnie znowu na zakończenie ukłonimy się sobie po japońsku czy tam po chińsku, wszystko jedno. I wrócę do domu przed telewizor jeść czipsy i lody kawowe. A dupa rośnie...
- Musisz przejąć inicjatywę, coś zrobić, zachęcić go.
- Olka, w przejmowaniu inicjatywy to ja akurat jestem mistrzynią świata. Tyle że ten jakoś mi się ciągle wymyka. Może coś robię źle? Czymś go zrażam? A wiesz... Mogłabyś pójść dziś z nami na trening? Poznasz mojego... jak to się mówi? Sifu! Czyli mistrza. Nie musisz ćwiczyć, popatrzysz sobie, przeanalizujesz ten trudny przypadek. Może potem coś doradzisz.
- Fajnie, ale jutro o świcie wyjeżdżam. Chcę się spakować, wyspać...
- No przecież nie każę ci się gapić na niego przez całą noc! Trening jest na dziewiętnastą. Półtorej godzinki popatrzysz, jak się pocimy, potem pomożesz mi go tylko wyciągnąć gdzieś do klubu i już cię nie ma. Albo przynajmniej powiesz, co robię z tym gościem nie tak i jak mam go rozruszać. A poza tym nie gadaj, że jeszcze się nie spakowałaś. Jak cię znam, to walizy masz już gotowe od poniedziałku.
Ola lekko się czerwieni. Fakt, jest spakowana, nawet narty zdążyła odebrać z przeglądu. I kupiła nową czapkę. Pod kolor butów narciarskich. Więc...
- No dobra, wpadnę tam z tobą. Ale nie obiecuj sobie za wiele. Wszystkie moje związki kończyły się zawsze wielkim bum! Ci dranie okazywali się nielojalni, nieszczerzy i zakłamani. Nie wiem, czy wszyscy faceci są tacy, czy tylko ja przyciągam samych oślizgłych typów...
- Na szczęście teraz poznałaś chodzący ideał.
- No racja. Teraz to wygląda bardzo, naprawdę bardzo obiecująco. - Ola puszcza oko do przyjaciółki.
***
Ulica Grzybowska w Warszawie to naprawdę dobry punkt. Centrum miasta, wokół same nowoczesne biurowce i apartamentowce, o rzut beretem Dworzec Centralny, Złote Tarasy i hotel Marriott. Krótko mówiąc - prestiżowe miejsce. Kiedy więc pół roku temu Kuba wynajmował lokal na parterze od administracji paru kilkunastopiętrowych, pamiętających jeszcze epokę Gierka bloków, był absolutnie pewien sukcesu. Wszystko zdawało się mu sprzyjać. Nawet czynsz nie był wysoki - mocno zaniedbane wieżowce stoją nieco w głębi ulicy, sklepikarze i restauratorzy nie byli tym miejscem specjalnie zainteresowani. Na sprzęt do ćwiczeń Kuba nie za bardzo mógł sobie pozwolić (kupił tylko jeden atlas z ławeczką do wyciskania sztangi, jedną bieżnię i jeden rower stacjonarny), postawił więc na początek na treningi Wing Tsun Kuen. No i przeliczył się. Po prostu padł ofiarą tego, co w psychologii biznesu nazywają myśleniem życzeniowym, czyli interpretowaniem wszystkich faktów wyłącznie na swoją korzyść i zakładaniem tylko jednego, optymistycznego, scenariusza. Nie przewidział, że prestiżowa lokalizacja City Fitness Club okaże się jego... najsłabszą stroną. Armia urzędników, menedżerów i biznesmenów (a więc potencjalnych klientów), zasiadająca codziennie w nowoczesnych budynkach wokół, omijała to miejsce szerokim łukiem. Dlaczego? Bo w okolicy, często wręcz w ich własnych biurowcach, było kilkanaście innych, dużo lepiej wyposażonych salonów fitness. To, że Kuba dał na swoje zajęcia najniższą cenę, było kolejnym minusem jego klubu. Ludzie sukcesu nie chcieli ćwiczyć tam, gdzie taniocha. Pragnęli spalać kalorie, budować masę mięśniową i wypacać toksyny w miejscach luksusowych, nie dla wszystkich, tam - rzecz istotna - gdzie trenowali ich przełożony oraz prezes i członkowie zarządu ich firmy. Kuba ze swoim kung-fu (na które, szczerze mówiąc, moda przeminęła trzy dekady temu) od początku nie miał szans. Wciąż jednak duma nie pozwalała mu tego przyznać.
- Tadam! To tu - oznajmia Patrycja pod przeszklonymi drzwiami z napisem City Fitness Club. - Zaraz zobaczysz mojego księcia z bajki.
Całą grupką (z kilkoma towarzyszącymi Patrycji "od zawsze" dziewczynami z działu promocji) wchodzą do holu.
- Cześć, Paweł! - pozdrawia Pati stojącego za niedużym barkiem chłopaka o cerze dobrze wypieczonej kaczki, włosach przyozdobionych blond pasemkami i ze złocistym łańcuchem na szyi. Opięta podkoszulka podkreśla wyrzeźbione na siłowni kształty bicepsa i klaty. Co tu dużo gadać - koleś, obok którego trudno przejść obojętnie.
- Ja ciebie chyba skądś... - zagaduje od razu do Oli Paweł. - Czy ty nie występujesz w telewizji?
- Czasami, niezbyt często - odpowiada dyplomatycznie dziewczyna.
- O, jest mój najdroższy Sifu! - przerywa im Pati. - Oleńko, poznaj, proszę, Kubusia! - dodaje, podbiegając do wysokiego, muskularnego mężczyzny i zawisa na jego szyi, wyciskając mu mokrego buziaka na policzku.
Czas staje w miejscu. Powietrze zamienia się w galaretę, nie sposób oddychać. Neurony Oli i Kuby przestają przekazywać impulsy z ich oczu do mózgów. W głębokiej ciszy słychać tylko uderzenia ich serc. Bum-bum, bum-bum, bum-bum.
- To ty... - szepcze Ola.
- Ja... Ja wszystko ci... Tylko nie... - bełkocze Kuba.
A potem czas znowu przyspiesza. Impulsy nerwowe w głowie Oli przeskakują nagle ze stanu hibernacji do poziomu szaleńczej gonitwy na torze formuły pierwszej. Uderzenie adrenaliny, która zalewa wszystkie komórki jej ciała, odbiera jasność myślenia. Zresztą... co tu jest do roztrząsania? "Zdradził, upokorzył, oszukał, zakpił" - wszystko sprowadza się w tej chwili do tych czterech czasowników. Nie zastanawiając się, co chce dokładnie zrobić, Ola robi krok w stronę Kuby (ten dalej stoi jak słup soli, a na nim wisi Patrycja). Potem następny. I jeszcze jeden. Ten ruch, ta banalna z pozoru aktywność, sprawia, że sztorm w głowie Oli niespodziewanie zamienia się w skutą lodem, zimną furię.
- Pytałaś, jak go rozruszać - zwraca się do Patrycji, nie odrywając jednak spojrzenia od spanikowanych, wytrzeszczonych oczu Kuby. - No to ci pokażę...
Jej ręka zatacza w powietrzu łuk, a otwarta dłoń z donośnym plaśnięciem ląduje na jego lewym policzku.
- Z nami koniec, cwaniaczku - mówi pozornie spokojnym głosem (rozryczy się dopiero w swoim aucie), odwraca się na pięcie i rusza w kierunku wyjścia.
- Z nami też koniec - nieco piskliwie i trochę zbyt melodramatycznie dodaje Patrycja, dla odmiany waląc Kubę swoją drobną łapką z prawej strony. Następnie biegnie za Olą, drąc na strzępy karnet na treningi, a za nią posłusznie truchtają dziewczyny z promocji.
Nieliczni klienci klubu patrzą na Kubę w osłupieniu. A on... Czuje się jak świąteczny karp - dusi się, nie widzi wyjścia z tej matni, jest kompletnie sam i przeczuwa, że to koniec. Blady jak trup (nie licząc dwóch krwistoczerwonych, pouderzeniowych placków na obu policzkach) z trudem łapie ustami powietrze. W głowie, niczym echo po przeraźliwie pustej jaskini, odbija mu się jedno pytanie po drugim: "Co ja zrobiłem? Jak mogłem to tak spieprzyć?".
Tylko Paweł zachowuje w tej sytuacji spokój, a zdaje się tryskać humorem.
- Widzisz? Do dupy to twoje kung-fu. Nie obroniłeś się nawet przed strzałami od panienek. Mówię ci, przestaw się na walki w klatce albo...
Na dźwięk tych słów Kuba nagle się przebudza. Za późno, żeby zatrzymać Olę (dawno zdążyła wyjść) czy choćby swoje kursantki (też już zniknęły), ale za to w idealnym momencie, żeby odreagować się na irytującym wprawdzie, ale mimo wszystko Bogu ducha winnym Pawle.
- Zwalniam cię! Wypierdalaj! - ryczy w bitewnym szale, chwytając go za koszulkę (Hilfiger - kompletnie porwana) i wyrzucając na zewnątrz. Po chwili, w ślad za zwolnionym w trybie natychmiastowym pracowniku, frunie na ulicę: jego kurtka, dresik i pozostawiona na barku komórka. Kubie to nie wystarcza. Z rozdzierającym: "Uuuu!" - rzuca się na drzwi do szatni i przebija je na wylot jednym uderzeniem wielkiej jak bochen piąchy. Potem, z załzawionymi oczami i płaczliwym okrzykiem: "Jestem idiotą. Jestem kompletnym idiotą!", raz po raz uderza czołem w wykonaną z płyty karton-gips ścianę (pozostawiając w niej dziury i wgniecenia). Wszyscy klienci, którzy do tej pory nie opuścili jeszcze salonu fitness, robią to teraz, chyłkiem przemykając obok mierzącego niemal dwa metry i ważącego blisko sto kilo szalonego olbrzyma. Kuba zostaje sam w kompletnie zdemolowanym lokalu. Osuwa się na podłogę i płacze jak dziecko.