Zanim się zakochamy - Zbigniew Zborowski

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Zgra­bia­łymi pal­cami Ma­ciek pró­buje upchnąć na­boje do pię­ciu ko­mór swo­jego Tran­tera. To jego duma. Od paź­dzier­nika, kiedy wy­grał ten re­wol­wer w karty od pew­nego au­striac­kiego ofi­cera, co­dzien­nie roz­kłada go na czę­ści, prze­ciera szmatką, oliwi. Setki razy spraw­dzał, czy oba spu­sty dzia­łają bez za­rzutu, czy w ko­mo­rach nie ma naj­mniej­szego na­wet za­bru­dze­nia, czy w gwin­to­wa­nej lu­fie nie za­gnieź­dził się na­gar. Dziś jed­nak palce Maćka są sztywne jak druty, a do tego trzęsą się ni­czym li­ście na wie­trze. Szlag! Nie mógł wcze­śniej na­ła­do­wać broni, bo po­ci­ski są bar­dzo po­datne na wil­goć, więc gdyby pod­czas mar­szu na ko­mo­rze osiadł choćby pła­tek śniegu, ka­pi­szon mógłby za­mok­nąć i by­łoby po pta­kach. Zde­ner­wo­wany, pa­trzy na in­nych żoł­nie­rzy ze swo­jego od­działu. Mało który ma te­raz za­wa­diacką minę. Sta­ni­sław pró­buje na­ło­żyć ba­gnet na ka­ra­bi­nek, ale dłoń zsuwa mu się raz za ra­zem - jemu też drżą palce. Hen­ryk się wła­śnie prze­że­gnał, ca­łuje me­da­lik wy­cią­gnięty spod guńki okry­wa­ją­cej strojny mun­dur żu­awa, po­tem że­gna się raz jesz­cze. Ma­ciek wi­dzi jego blade usta. "Wszy­scy się bo­imy" - my­śli z ulgą i prze­nosi wzrok na puł­kow­nika de Ro­che­brune'a. Do­wódca ze spo­ko­jem prze­cha­dza się przed szpa­le­rem szy­ku­ją­cych się do ataku żoł­nie­rzy. "Tylko ten ma nerwy jak po­stronki, psia jego..." - nie koń­czy w du­chu Ma­ciek, bo w tej wła­śnie chwili od strony cmen­ta­rza, gdzie po­zy­cję trzy­mają Ro­sja­nie, pada strzał. Su­chy trzask, jakby ktoś na­stą­pił na ga­łąź. Po nim na­stępne. A po­tem świst po­wie­trza i łup! Oło­wiana kula wali w drzewo tuż nad głową Staszka.

- Sa­cre­bleu! - klnie przez zęby de Ro­che­brune. - Czyli ich nie za­sko­czy­li­śmy.

Ma­ciek pa­trzy w kie­runku pa­górka cmen­tar­nego, z któ­rego strze­lają Ru­scy. Nad ni­skim ka­mien­nym mur­kiem i wi­docz­nymi po­nad nim krzy­żami na­grob­nymi unosi się mgiełka bia­łego dymu pro­cho­wego. Niebo w ten zi­mowy po­ra­nek jest czy­ste, po­wie­trze rześ­kie, nie ma wia­tru. Mgiełka stoi w miej­scu i czeka, aż ja­kiś głu­piec ru­szy w jej kie­runku. Tamci strze­lają gę­sto. Kule na ra­zie świsz­czą nie­groź­nie nad gło­wami Maćka i po­zo­sta­łych chłop­ców z od­działu, ale ża­den nie ma wąt­pli­wo­ści - za chwilę trzeba bę­dzie się ze­rwać i ru­szyć na ten pa­gó­rek. Nie­całe ćwierć mili od­kry­tego, lekko wzno­szą­cego się te­renu... Ma­ciek za­cze­pio­nym pod lufą po­boj­czy­kiem me­to­dycz­nie do­ci­ska na­boje w ko­mo­rach bę­benka i czuje, jak żo­łą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła. "Sie­dem­na­sty lu­tego ty­siąc osiem­set sześć­dzie­siąt trzy. Mie­chów" - po­wta­rza w gło­wie dzi­siej­szą datę i miej­sce, w któ­rym się zna­lazł. - "Czy taki na­pis bę­dzie wy­ryty nad moją mo­giłą?"

- Roz­wi­nąć sztan­dar! - pada roz­kaz puł­kow­nika i na tle jego syl­we­tki po­ja­wia się czarna płachta z bia­łym krzy­żem oraz na­szytą na nim biało-czer­woną apli­ka­cją.

Ich pierw­sza bi­twa. Pierw­sze na­tar­cie. Ma­ciek wy­obra­żał to so­bie ty­siące razy. Za­wsze wi­dział sie­bie w pierw­szym sze­regu, jak grom­kim gło­sem po­wta­rza ro­dowe za­wo­ła­nie bo­jowe, go­tów zgi­nąć za uko­chaną oj­czy­znę. Dla­czego te­raz, kiedy na­de­szła wresz­cie ta go­dzina próby, naj­chęt­niej sku­liłby się w my­siej dziu­rze, za­krył twarz dłońmi, pod­cią­gnął ko­lana do piersi i cze­kał, aż ustaną te prze­klęte ka­ra­bi­nowe trza­ski?

- Pa­mię­taj­cie! - znowu sły­szy głos de Ro­che­brune'a. - Zgło­si­li­ście się do od­działu żu­awów śmierci na ochot­nika. Ślu­bo­wa­li­ście zwy­cię­żać lub gi­nąć. Dziś nad­szedł czas, żeby do­trzy­mać da­nego słowa.

"Nie wstanę! Nie ru­szę się z miej­sca. Je­stem tchó­rzem. Tak, je­stem za­sra­nym, prze­klę­tym tchó­rzem i nie chcę tam iść" - w gło­wie Maćka hu­czą my­śli, które jesz­cze pięć mi­nut temu by­łyby dla niego naj­gor­szą he­re­zją. Ba! Zdradą na­wet. Są jed­nak tak do­no­śne, że aż trzę­sie się od nich jak osika. Traci od­dech, wła­dzę w no­gach, w ogóle robi mu się słabo...

- Żoł­nie­rze... Do ataku! Za mną!

Jak to się dzieje, że jego ciało wy­ko­nuje ten roz­kaz? Nogi się pro­stują i ro­bią pierw­szy, sztywny krok w przód. Po­ru­sza się jak ma­rio­netka: nie­po­rad­nie, bez­wied­nie, ale idzie pod tę górkę, z któ­rej nad­la­tuje go­rący ołów. Wo­kół niego pod­no­szą się ko­lejne, po­dob­nie zdrew­niałe syl­we­tki. Osiem­na­sto-, dzie­więt­na­sto-, dwu­dzie­sto­letni chłopcy. Pa­ni­czyki ze szla­chec­kich do­mów, gdzie wie­czo­rami wspo­mi­nano dziadka, który bił się w po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym, albo pra­dziada, który po­legł pod roz­ka­zami Ko­ściuszki. Pa­dają po ko­lei: pierw­szy, drugi, trzeci... Kule ude­rzają w ich ciała z pla­śnię­ciem. W gło­wie Maćka po­ja­wia się nie­do­rzeczna myśl: "Skoro pa­dło trzech, to może ja prze­żyję? Bo ktoś chyba musi prze­żyć".

Ale nie, na prawo, nieco po­wy­żej, ka­ra­bi­nowy po­cisk od­cina Stasz­kowi całe ra­mię. Chło­pak jesz­cze się zwija z bólu, jesz­cze pła­cze i krwawi, ale już po nim. Z ta­kiej rany się nie wy­cho­dzi. Po le­wej zaś upada Hen­ryk. Tra­fiony w pierś, na­wet nie jęk­nął.

- Ze­wrzeć szyk! - krzy­czy puł­kow­nik. - Nie zwal­niać! Już bli­sko.

Ma­ciek pod­nosi wzrok. Bli­sko? Może by­łoby bli­sko, gdyby przy­je­chali tu­taj na ku­lig. Dwa rzuty ka­mie­niem, może trzy. Z pięć­dzie­siąt sążni. Ale nie te­raz, kiedy zza murka wy­stają czapy ro­syj­skich pie­chu­rów. Wi­dzi też ich ka­ra­biny: unie­siony do góry - zna­czy ła­do­wany; opusz­czony - zna­czy ktoś ce­luje, może w niego? A po­tem ten trzask i biały dy­mek. Cza­sem świst nad głową, koło ucha, cza­sem pla­śnię­cie o za­śnie­żoną zie­mię tuż pod no­gami albo... o czy­jeś ciało.

- Nie zwal­niać! Do ataku!

Mu­rek jest stary, uło­żony z po­lnych ka­mieni, za­prawa po­mię­dzy nimi się po­wy­kru­szała. Z tej od­le­gło­ści wi­dać to już wy­raź­nie. Nad mur­kiem Ma­ciek do­strzega fu­trzaną czapę, nie­bie­skie oczy i czarne wą­si­ska. Ja­kiś męż­czy­zna... Ja­kiś męż­czy­zna? W otu­ma­nio­nym mó­zgu Maćka roz­lega się na­gle dzwo­nek alar­mowy. To wróg! Czło­wiek, który za­raz do niego wy­strzeli. Ma­ciek do­piero te­raz so­bie przy­po­mina, że w pra­wej dłoni ma na­ła­do­wa­nego Tran­tera. Pięć ko­mór, pięć po­ci­sków, ka­li­ber pół cala. Pod­czas po­dej­ścia na pa­gó­rek cmen­tarny nie wy­strze­lił ani razu (choć dzierży re­wol­wer, który sły­nie z do­brej cel­no­ści), ani razu nie pod­niósł na­wet dłu­giej na pół swo­jego przed­ra­mie­nia lufy. Był jed­nym wiel­kim stra­chem, kupką prze­ra­że­nia, jego ży­ciowe plany obej­mo­wały co naj­wy­żej pięć ko­lej­nych kro­ków. Ale te­raz stoi z tam­tym twa­rzą w twarz, dzieli ich ni­ski mu­rek. Na ogo­rza­łych po­licz­kach pie­chura Ma­ciek wi­dzi na­wet czarną sa­dzę pro­chową. Ro­sja­nin trzyma wpraw­dzie ka­ra­bin, ale nie strzela w mło­dego żu­awa, wy­ba­łu­sza tylko na niego oczy, jest nie mniej zszo­ko­wany niż on. Chyba się nie spo­dzie­wał, że kto­kol­wiek może przejść przez to wznie­sie­nie żywy.

- Do ataku! Bij, za­bij! - do­biega z od­dali zna­jomy, już lekko schryp­nięty głos.

Więc znów, jak ku­kiełka, Ma­ciek pod­nosi ciężką, wa­żącą dwa funty broń i me­cha­nicz­nie na­ci­ska dolny spust, a za­raz po nim górny. Na uła­mek se­kundy, tuż przed hu­kiem wy­strzału, do­strzega jesz­cze wiel­kie, pełne zwie­rzę­cego prze­ra­że­nia oczy tam­tego. Na­stęp­nie wszystko prze­sła­nia bia­ława mgiełka dymu. W nad­garstku, a na­wet też w barku, chło­pak czuje siłę od­rzutu. Se­kunda, dwie i dy­mek się roz­pra­sza. A po­tem Ma­ciek wi­dzi przed sobą już tylko trupa.

II

"Po­ko­naj cel­lu­lit w trzy ty­go­dnie!" Ola po raz ty­sięczny prze­biega wzro­kiem po za­jawce ar­ty­kułu wy­świe­tlo­nej na mo­ni­to­rze. Spe­cjal­nie przy­szła dzi­siaj do re­dak­cji wcze­śniej, żeby do­koń­czyć wresz­cie pro­jekt tej prze­klę­tej okładki na po­czą­tek marca. Po­trze­buje ośmiu ha­seł. Ośmiu cho­ler­nych zdań, które spra­wią, że re­dak­tor na­czelna nie bę­dzie jej co go­dzinę py­tać z nutą wy­rzutu w gło­sie: "I jak tam okładka? Do­stanę ją wresz­cie do ak­cep­ta­cji?", a czy­tel­niczki ty­go­dnika "An­gela" wy­ku­pią cały na­kład pi­sma.

- Po­ko­naj cel­lu­lit w trzy ty­go­dnie - oznaj­mia Ola na głos pu­stej sali.

Ze­wsząd osa­czają ją cia­sno usta­wione, roz­dzie­lone ni­skimi prze­pie­rze­niami biu­reczka. O tej po­rze nie ma tu jesz­cze ni­kogo.

- Rany, co za bzdury - szep­cze do sie­bie, mimo woli wspo­mi­na­jąc mo­ment, gdy jako po­cząt­ku­jąca re­dak­torka tra­fiła pro­sto po stu­diach do tej sali i roz­ba­wiła wszyst­kich py­ta­niem: "Cel­lu­lit? A co to ta­kiego?". W ogóle jej wów­czas nie za­przą­tały ta­kie rze­czy i nie są­dziła, że bę­dzie mu­siała się nimi za­in­te­re­so­wać.

Czu­jąc na­ra­sta­jącą pa­nikę, bo od go­dziny guz­drze się cią­gle z tym jed­nym zda­niem, roz­gląda się wo­kół. Na końcu sali, w prze­szklo­nym bok­sie przy­po­mi­na­ją­cym akwa­rium, wciąż jesz­cze ro­lety są opusz­czone - oczy­wi­sty znak, że re­dak­tor na­czelna, Kry­styna Cze­siak, nie przy­szła jesz­cze do pracy. Ta sie­lanka za chwilę się skoń­czy i wtedy Ola już nic nie na­pi­sze. Za­raz za­czną scho­dzić się dziew­czyny, zrobi się gwarno. Pa­try­cja znowu bę­dzie traj­lo­wać o tym swoim no­wym chło­paku, a Kryśka spyta ob­ra­żo­nym gło­sem...

- No i jak tam okładka?

Dziew­czyna aż pod­ska­kuje na dźwięk tych słów za ple­cami. Słowo stało się cia­łem. To Kryśka!

- Cześć, sze­fowo - ję­czy Ola, pró­bu­jąc sie­dzieć tak, żeby za­sło­nić sobą mo­ni­tor i tę idio­tyczną za­jawkę.

Na­czelna wy­ciąga jed­nak szyję... Prze­czy­tała.

- Hm... - za­czyna, a Ola sroży się w ocze­ki­wa­niu re­pry­mendy. - Jest po­zy­tywny ko­mu­ni­kat, obiet­nica suk­cesu, kon­kret­nie okre­ślony ter­min. Ja­sne i przej­rzy­ste. Tylko ja­kieś ta­kie... za su­che.

- No, a do tego kom­plet­nie nie­praw­dziwe - od­po­wiada Ola z prze­ką­sem i za­nim jesz­cze zdążą prze­brzmieć jej wła­sne słowa, już wie, że po­peł­niła błąd. Cho­lera, tyle lat tu pra­cuje, a wciąż nie na­uczyła się trzy­mać gęby na kłódkę.

Brwi Kryśki uno­szą się wy­soko, da­jąc tym sa­mym światu wy­raźny ko­mu­ni­kat: jest zdzi­wiona i po­iry­to­wana, za chwilę może wy­buch­nąć.

- Ja wiem, że mu­simy pi­sać ta­kie rze­czy pod re­kla­mo­daw­ców - tłu­ma­czy po­jed­naw­czo Ola. - Ale cho­ciaż raz faj­nie by­łoby nie wci­skać lu­dziom kitu i na­pi­sać, jak jest na­prawdę.

- Tak? A jak jest na­prawdę? - Uśmiech na­czel­nej jest tak wy­mu­szony, że na jej po­licz­kach za­raz po­pęka skóra.

Ola zdaje so­bie sprawę, że za­brnęła w ślepą uliczkę. Awan­tura już wisi w po­wie­trzu. Po co w ogóle się od­zy­wała? Bo jest wście­kła, że znowu wy­padł jej dy­żur re­dak­cyjny? Że w związku z tym musi wy­my­ślać te na­iwne ko­mu­nały na­zy­wane za­jaw­kami okład­ko­wymi, czego - tak na mar­gi­ne­sie - ro­bić nie­na­wi­dzi? To wszystko nie jest warte ko­lej­nego kon­fliktu z na­czelną. Bu­rzy, po któ­rej na­stę­pują ci­che dni, dąsy, ob­ra­żone miny i cały ten cyrk od­sta­wiany przez prze­ło­żo­nych wo­bec pra­cow­ni­ków, któ­rzy im pod­pa­dli. Ale te­raz Ola już nie może... no do­bra: nie umie tak po pro­stu spu­ścić wzroku i ska­pi­tu­lo­wać.

- Prze­cież wiesz tak samo jak ja - pa­kuje się da­lej w kło­poty - że aby po­zbyć się cel­lu­litu, trzeba wstać zza biurka i za­cząć się ru­szać.

- Co ty po­wiesz? Skoń­czy­łaś kurs fi­zy­ko­te­ra­pii, że tak się wy­mą­drzasz? - głos re­dak­torki na­czel­nej ocieka sar­ka­zmem zim­nym jak prze­strze­nie mię­dzy­gwiezdne.

- Nie mu­szę mieć dy­plomu, żeby wie­dzieć, że za­miast wcie­rać w ty­łek krem, le­piej po­pra­co­wać nad formą... i dietą.

- Ach tak...

- I za­miast co­dzien­nie wy­sia­dy­wać do wie­czora w pracy, po pro­stu... no nie wiem... cie­szyć się sek­sem. - Gdy Ola koń­czyła to zda­nie, do­tarło do niej, że mówi o wła­snym, bez­na­dziej­nie nud­nym i po­zba­wio­nym szans na ja­ką­kol­wiek od­mianę ży­ciu.

- Ko­cha­nie... - głos Kryśki, choć ści­szony, jest tak ostry, że można by kroić nim szkło. - Za­po­mnia­łaś o jed­nym. Ga­zeta musi na sie­bie za­ro­bić. Od tego za­leżą na­sze etaty i co­mie­sięczne prze­lewy. Na­dą­żasz? A przy tek­ście o do­mo­wej ku­ra­cji an­ty­cel­lu­li­to­wej jest wy­ku­piona re­klama no­wego kremu, za którą wy­daw­nic­two zgar­nie grubą sumę. Pod wa­run­kiem jed­nak, że ar­ty­kuł obok za­pewni jej od­po­wied­nio ko­rzystny kon­tekst. Ro­zu­miesz, skar­bie? Kilka tu­tej­szych pen­sji w za­mian za kilka zdań o za­le­tach wkle­py­wa­nia so­bie w dup­sko ja­kie­goś ma­zi­dła.

- Su­per. - Ola prze­wraca oczami. - Po co my w ogóle pla­nu­jemy te­maty do ga­zety? Może niech od razu zro­bią to za nas re­kla­mo­dawcy?

- Pla­no­wa­nie, skar­bie - słowo to brzmi w ustach sze­fo­wej jak strzał z bi­cza słu­żą­cego do po­ga­nia­nia wo­łów ro­bo­czych - to ty już le­piej zo­staw mnie. My­ślisz, że ko­muś w ogóle chcia­łoby się czy­tać te twoje po­rady o zdro­wym stylu ży­cia i za prze­pro­sze­niem, o sek­sie? Nie! Bo czy­tel­niczki wcale nie chcą wie­dzieć, że roz­wią­za­nie ich pro­blemu wy­maga zmiany stylu ży­cia, wielu mie­sięcy gło­dze­nia się i jesz­cze ja­kichś tam cho­ler­nych ćwi­czeń. Albo pie­prze­nia się z bez­na­dziej­nie nud­nym i nie­atrak­cyj­nym mę­żem. Chcą wie­rzyć, że ist­nieje cu­do­wna maść, która szybko i bez wy­siłku przy­wróci im urodę. Prze­stań więc za­nu­dzać mnie swo­imi roz­ter­kami etycz­nymi i kończ okładkę. Za go­dzinę chcę mieć u sie­bie ko­lo­rowy wy­druk ze wszyst­kimi za­jaw­kami. Mają być krót­kie, po­zy­tywne i za­chę­ca­jące do ku­pie­nia pi­sma. Masz na to sześć­dzie­siąt mi­nut. Czas start. I le­piej się po­sta­raj, bo jed­nym pod­pi­sem mogę cię na­tych­miast uwol­nić za­równo od tego biurka, jak i od nad­go­dzin. Bę­dziesz wtedy miała mnó­stwo wol­nego czasu na ra­do­sny seks, a za mało kasy na wy­szu­kane diety. Chcesz tego?

Ola nie od­po­wiada. Raz - za­schło jej w gar­dle. Dwa - na­czel­nej już nie ma. W po­wie­trzu jesz­cze wi­bruje py­ta­nie re­to­ryczne, kiedy trzask pod­no­szo­nych ża­lu­zji w jej "akwa­rium" ob­wiesz­cza światu roz­po­czę­cie no­wego dnia.

- No i znowu mała Ola py­sko­wała ma­musi i do­stała po łap­kach - sły­szy obok sie­bie głos Pa­try­cji, re­dak­torki działu Uroda.

Ola uświa­da­mia so­bie, że aku­rat kiedy do­sta­wała od Kryśki burę, w re­dak­cji za­ro­iło się od lu­dzi.

- Na­ucz się wresz­cie nie dys­ku­to­wać z tą idiotką - tłu­ma­czy da­lej Pati. - Bo, cho­lera, komu będę opo­wia­dała o swo­ich mi­ło­snych pod­bo­jach, jak ta wście­kła baba cię stąd wy­rzuci?

Ola przy­gląda się przy­ja­ciółce. Blond grzywka, dość krótko ścięte z tyłu włosy, za­darty no­sek i by­stre spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu. Ta fi­li­gra­nowa po­że­raczka mę­skich serc i we­te­ranka pracy w ko­bie­cych ty­tu­łach po­rad­ni­ko­wych jest jej je­dyną ostoją w sza­lo­nym świe­cie kor­po­ra­cji zrze­sza­ją­cej kil­ka­na­ście pism, z któ­rych każde ma tylko je­den cel: utrzy­mać wy­soką sprze­daż i za­ro­bić dużo pie­nię­dzy.

- Rany, Pati, ja już nie mogę - skarży się Ola. - Prze­cież mia­łam pi­sać re­por­taże. - Gdy za­czy­nała tę pracę za­raz po stu­diach, są­dziła, że o cel­lu­li­cie, wy­dłu­ża­niu rzęs czy mo­do­wych tren­dach dla go­spo­dyń do­mo­wych po­pi­sze naj­wy­żej przez parę mie­sięcy, a po­tem za­cznie speł­niać ma­rze­nia za­wo­dowe.

- Ach tak, wiel­kie pi­sar­stwo - wzdy­cha te­atral­nie Pati. - Na­groda Pu­lit­zera, li­te­racki No­bel... Ro­zu­miem, moja am­bitna przy­ja­ciółko.

- Bez prze­sady. Wy­star­czy mi praw­dziwe dzien­ni­kar­stwo za­miast wci­ska­nia lu­dziom gówna, bo ja­kiś waż­niak wy­ku­pił u nas pół­stro­ni­cową re­klamę.

- Skar­bie, wiesz, że cię uwiel­biam? - Pa­try­cja cmoka ją w po­li­czek. - Na­prawdę, sza­cu­nek.

- O czym ty, wa­riatko, mó­wisz?

- Je­steś je­dyną dziew­czyną w tej re­dak­cji, która ma od­wagę otwar­cie po­sta­wić się tej apo­dyk­tycz­nej ba­bie.

- Bez prze­sady. Pró­bo­wa­łam tylko z nią dys­ku­to­wać. Z opła­ka­nym skut­kiem.

- Za mniej­sze py­skówki dziew­czyny stąd wy­la­ty­wały.

- Su­per. Bar­dzo mnie po­cie­szy­łaś. Więc ja­kie jest twoje zda­nie? Mam da­lej my­śleć nad tymi za­jaw­kami? Czy ra­czej po­mału wrzu­cać swoje rze­czy do kar­to­no­wego pu­dełka?

- Prze­stań, żar­to­wa­łam. Kryśka cię nie wy­wali.

- Bo?

- Wie, że w ży­ciu byś tak po­kor­niutko jak inne la­ski nie przy­jęła wy­po­wie­dze­nia.

- Tak? A co niby bym zro­biła? Przy­kuła się do ka­lo­ry­fera?

- Go­rzej. Wdep­ta­ła­byś ją przed całą re­dak­cją w zie­mię. I to za po­mocą rap­tem paru słów.

- Paru słów? Pod­po­wiedz, że­bym miała coś na czarną go­dzinę.

- Wy­star­czy, że byś jej za­su­nęła to zda­nie o... jak to na­zwa­łaś... - za­wie­sza głos Pa­try­cja - ...a tak! O "praw­dzi­wym dzien­ni­kar­stwie za­miast wci­ska­nia lu­dziom gówna". Do­bre! Już wi­dzę, jak ta na­sza wy­mu­skana kre­tynka za­pada się w so­bie na dźwięk słowa "gówno".

- No już-już, prze­stań - prze­rywa jej ze śmie­chem Ola. - Ni­kogo nie za­mie­rzam wdep­ty­wać w zie­mię. Po pro­stu chcia­ła­bym lu­bić to, co ro­bię.

- To znajdź so­bie ja­kieś hobby. Ho­duj rybki albo rwij fa­ce­tów jak ja. A co do re­por­taży... Wiesz prze­cież, że je­śli chcesz je ro­bić, to nie mu­sisz wcale do­brze pi­sać ani się spe­cjal­nie sta­rać. Wy­star­czy, jak za­czniesz, prze­pra­szam za ko­lo­kwia­lizm, wła­zić w dupę Kry­śce.

- No tego to nie­stety...

- Wiem, wiem, ko­cha­nie. Nie by­ła­byś do tego zdolna. I wła­śnie za to cię sza­nuję - do­daje Pa­try­cja już cał­kiem se­rio.

- Daj spo­kój. Głu­pia je­stem i tyle. Nie umiem się do­sto­so­wać.

- To jest kor­po­ra­cja, skar­bie. Inny świat niż na ze­wnątrz. Tu, na­wet je­śli ko­goś nie­na­wi­dzisz, mu­sisz się do niego uśmie­chać, a im bar­dziej się obi­jasz, tym le­piej, bo nikt nie uzna cię za za­gro­że­nie. Dla­tego... chodźmy po kawę. - Pa­try­cja chwyta Olę pod bok i cią­gnie w kie­runku ku­chenki na ko­ry­ta­rzu, przy któ­rej kon­cen­truje się ży­cie to­wa­rzy­skie "An­geli" i in­nych po­ło­żo­nych na tym sa­mym pię­trze re­dak­cji. - Opo­wiem ci o fa­ce­cie, który uczy mnie kung-fu! - Oczy Pa­try­cji błysz­czą. - Wiesz, to ten, do któ­rego za­pi­sa­ły­śmy się z dziew­czy­nami z pro­mo­cji, jak nam w ra­mach oszczęd­no­ści za­mknęli fir­mowy klub fit­ness. No więc na po­czą­tek trzy słowa na li­terę "wu": wy­soki, wy­spor­to­wany, wolny.

- Pati, jedno słowo na "pe": przy­ha­muj. Mam już tylko pięć­dzie­siąt cztery mi­nuty na na­pi­sa­nie tych za­ja­wek...

- Ach tak, rze­czy­wi­ście. Po­każ, jak to wy­gląda. - Pati po­tul­nie za­wraca i siada do kom­pu­tera Oli.

Na chwilę za­miera, wpa­tru­jąc się w wy­świe­tlony pro­jekt okładki z miej­scami na osiem za­ja­wek, w któ­rych oprócz nie­szczę­snego cel­lu­litu wpi­sane jest na ra­zie tylko "XXXXX" czy "YY­YYY". I na­gle drobne, za­koń­czone czer­wo­nymi pa­zur­kami pa­luszki Pa­try­cji oży­wają. Klik, klik, klik - pierw­sze ha­sło. Stuk, stuk, stuk - dru­gie.

- Go­towe! - oznaj­mia pięć mi­nut póź­niej. - Dru­kuj, za­noś Kry­śce i idziemy na kawę.

Ola po­chyla się nad mo­ni­to­rem. Za­czyna czy­tać...

Uroda: "Po­ko­nać cel­lu­lit w trzy ty­go­dnie? Tak! To moż­liwe!".

Od­chu­dza­nie: "Dieta biał­kowa - jesz i chud­niesz 5 kg w ty­dzień".

Styl: "10 fry­zur, na któ­rych wi­dok męż­czyźni sza­leją".

Ma­ki­jaż: "Ku­szące usta w trzy mi­nuty".

Kuch­nia: "Eska­lopki cie­lęce - prze­pisy, któ­rych nie zna twoja te­ściowa".

Dziecko: "Jak wy­cho­wać ge­niu­sza - 5 pro­stych spo­so­bów".

Moda: "Ciu­chy, które do­da­dzą ci ko­bie­co­ści, a ujmą ki­lo­gra­mów".

Zdro­wie: "Ra­dzimy, jak być zdrową, pełną sił i szczę­śliwą w każ­dym wieku".

- Słu­chaj, dzię­kuję, ale... - za­cina się Ola.

- Ale co?

- Te za­jawki są fajne, tyle że tro­chę za mocno, no, prze­gięte. Wła­ści­wie to kom­plet­nie mi­jają się z prawdą. Na­wet Kryśka tego nie kupi. Bo na przy­kład te fry­zury to zwy­kłe prze­druki sprzed kilku lat z ja­kie­goś fran­cu­skiego ma­ga­zynu, nic spe­cjal­nego. Prze­cież sama wiesz, że wzię­li­śmy je, bo zdję­cia można do­stać pra­wie za darmo. A na tej die­cie w ży­ciu nie da się zrzu­cić pię­ciu kilo w parę dni, chyba że od­rą­biesz so­bie rękę. To samo z ge­niu­szem. Da­jemy ja­kieś ba­na­lne rady w stylu: "Dużo roz­ma­wiaj z dziec­kiem". To nie zrobi z ni­kogo wy­bit­nej jed­nostki. No i te ciu­chy... to w końcu mój ar­ty­kuł. Nie ma tam nic o uj­mo­wa­niu ki­lo­gra­mów.

- Nie ma? To do­pi­szesz. - Pa­try­cja wzru­sza ra­mio­nami. - To samo z ge­niu­szem. A stare fry­zury wy­da­dzą się ostat­nim krzy­kiem mody, je­śli damy od­po­wiedni ty­tuł. Oj, Olu, taka do­świad­czona re­dak­torka, a za­cho­wu­jesz się jak na­iwna sta­żystka. Masz dzi­siaj PMS czy co? No już, dru­kuj tę okładkę i nieś sze­fo­wej, a ja idę na­sta­wić kawę.

***

- Okej, te­raz to ja­koś wy­gląda. - Kryśka wpa­truje się w ko­lo­rowy wy­druk for­matu A3, który Ola po­ło­żyła przed nią na biurku. - Do diety biał­ko­wej do­pisz tylko, że sie­dem ki­lo­gra­mów w ty­dzień. To bar­dziej za­chę­ca­jąco brzmi. A do cel­lu­litu, że po­ko­nasz go w dwa ty­go­dnie. Ja­koś le­piej się układa.

- Oczy­wi­ście, sze­fowo! - od­po­wiada z uśmie­chem Ola. - Sie­dem kilo i dwa ty­go­dnie. Zro­zu­mia­łam. - Od­wraca się na pię­cie i ru­sza w stronę eks­presu do kawy, bło­go­sła­wiąc w my­ślach Pa­try­cję. No bo, kur­czę, ma dziew­czyna ra­cję i już. O co tu kru­szyć ko­pie? Świata nie da się zmie­nić. Prę­dzej czło­wiek sam się wpa­kuje w kło­poty. A wtedy żywa du­sza się o cie­bie nie upo­mni.

III

- Po­zy­cja klep­sy­dry! Garda! Na moje od­li­cza­nie uder­za­cie na wprost - ko­men­de­ruje Kuba gło­sem tak do­no­śnym, jakby stała przed nim w kar­nych sze­re­gach co naj­mniej setka wier­nych uczniów, a nie grupka rap­tem sze­ściu ko­biet, re­dak­to­rek ja­kie­goś pi­sma po­rad­ni­czego. Mie­siąc temu za­pi­sały się one na jego za­ję­cia z kung-fu Wing Tsun Kuen całą bandą. I z góry opła­ciły kar­nety na trzy mie­siące! Po­zo­stali kur­sanci po­ja­wiają się spo­ra­dycz­nie, płacą raz za tre­ning, a po­tem zni­kają na mie­siąc, wra­cają, znów płacą za jedno wej­ście... i tak w kółko. W ogóle nie można na nich po­le­gać, a prze­cież kung-fu wy­maga sys­te­ma­tycz­no­ści i kon­se­kwen­cji! Sys­te­ma­tycz­no­ści (w kwe­stii uisz­cza­nia opłat) kon­se­kwent­nie ocze­kuje też ad­mi­ni­stra­cja bloku, w któ­rym mie­ści się pro­wa­dzony przez Kubę City Fit­ness Club... Ad­res to ulica Grzy­bow­ska, czyli cen­trum War­szawy, klienci jed­nak naj­wy­raź­niej tego nie do­ce­niają. Nie pchają się drzwiami i oknami. Szcze­rze mó­wiąc, w ogóle się nie pchają.

- Ji! Ar! San! Sy! - grom­kim gło­sem od­li­cza po chiń­sku Kuba, młó­cąc w takt tych słów po­wie­trze. - Stoi twa­rzą do kur­san­tek, kon­tro­lu­jąc, czy po­praw­nie go na­śla­dują. To zna­czy... od razu wi­dzi, że nie. Na­wet nie musi się im spe­cjal­nie przy­glą­dać...

Agnieszka - za­miast na wprost - bez sensu ma­cha ra­mio­nami na boki. Gdyby w ten spo­sób chciała ko­goś ude­rzyć, mu­sia­łaby usta­wić się do prze­ciw­nika pro­fi­lem.

Ju­lita z ko­lei w ogóle nie za­daje cio­sów, tylko wy­ko­nuje rę­kami w po­wie­trzu ja­kiś kar­ko­łomny mły­nek. W czar­nej go­dzi­nie mo­głaby li­czyć wy­łącz­nie na to, że na wi­dok jej cu­dacz­nych ru­chów na­past­nik prze­wróci się ze śmie­chu.

Naj­wię­cej serca w ćwi­cze­nia wkłada ta drobna blon­dynka - Pa­try­cja. Na­wet nie­źle dziew­czy­nie wy­cho­dzi, ale w jej aku­rat stronę Kuba stara się zbyt czę­sto nie zer­kać, bo gdy tylko rzuci na nią choćby jed­nym okiem, świ­druje go ona spoj­rze­niem tak go­rą­cym, że aż czer­wie­nieje mu skóra na po­licz­kach. Na­wet on, który - uj­mu­jąc to de­li­kat­nie - nie jest ko­bie­cia­rzem (czy ra­czej, jak ma­wiali o nim kum­ple z Aka­de­mii Wy­cho­wa­nia Fi­zycz­nego, jest do­sko­nałą an­ty­tezą po­ję­cia "pod­ry­wacz"), ro­zu­mie, że to nie fa­scy­na­cja sta­ro­żytną sztuką walki trzyma Pa­try­cję w jego gru­pie...

- Ji! Ar! San! Sy! - od­li­cza już po raz enty Kuba, mimo na­ra­sta­ją­cego znie­chę­ce­nia wciąż ma­jący na­dzieję, że kur­santki, które prze­cież pa­trzą, jak on ćwi­czy, za­czną wresz­cie wy­ko­ny­wać swoje tech­niki po­praw­nie. Mógłby oczy­wi­ście co chwila zwra­cać im uwagę. Mó­wić: "Ro­bisz to źle, po­praw się, nie garb się, uszczel­nij gardę". Mógłby pro­sto­wać im skrzy­wione plecy, po­ka­zy­wać, jak pro­wa­dzić w ude­rze­niu ręce i w jaki spo­sób co­fać ra­miona do gardy, ale... Na­uczył się już, że im su­row­szym i bar­dziej cze­pial­skim jest in­struk­to­rem, tym szyb­ciej ucie­kają od niego kur­sanci. Szcze­gól­nie ko­biety nie lu­bią woj­sko­wego drylu. Przy nich trzeba być uśmiech­nię­tym, po­god­nym, chwa­lą­cym, po­zy­tyw­nie na­sta­wio­nym i - no, cho­lera, po­wiedzmy to - lekko uwo­dzi­ciel­skim. - Stop! Opuść­cie gardę, roz­luź­nij­cie ręce - wy­daje po­le­ce­nie. I czu­jąc fałsz we wła­snym gło­sie, do­daje: - Bar­dzo do­brze, wi­dać, że ro­bi­cie po­stępy. Jest jesz­cze to i owo do po­pra­wie­nia, ale pod­stawy już za­ła­pa­ły­ście. Te­raz przej­dziemy więc do tech­niki czi sao, czyli...

- Na­uki na­wią­zy­wa­nia kon­tak­tów z part­ne­rem! - ra­do­śnie wpada mu w słowo Pa­try­cja, która do tej czę­ści tre­nin­gów za­wsze pod­cho­dzi z naj­więk­szym en­tu­zja­zmem.

- Na­uki utrzy­my­wa­nia bez­piecz­nego dy­stansu z prze­ciw­ni­kiem - po­pra­wia ją ła­god­nie Kuba, uda­jąc, że nie do­strzega alu­zji czy sy­gna­łów, któ­rymi bije w niego ta blon­dy­neczka.

Co tu kryć, na­głe ob­ja­wie­nie się tak licz­nej grupy kur­san­tek ura­to­wało Kubę przed ko­lejną wi­zytą win­dy­ka­to­rów. Smutni pa­no­wie za­glą­dali ostat­nio do jego klubu z re­gu­lar­no­ścią szwaj­car­skiego ze­garka. Ad­mi­ni­stra­cja na­prawdę nie mu­siała z po­wodu drob­nych, hm, nie­cią­gło­ści płat­ni­czych, ucie­kać się od razu do ta­kiego spo­sobu! Kiedy więc w re­cep­cji klubu zma­te­ria­li­zo­wała się ta gro­madka pań, py­ta­jąc Pawła - je­dy­nego pra­cow­nika za­trud­nia­nego przez Kubę (odźwier­nego, kel­nera w mi­ni­ba­rze z na­po­jami ener­ge­ty­zu­ją­cymi i in­struk­tora fit­ness w jed­nej oso­bie) - o za­ję­cia z ae­ro­biku, ukła­dów syn­chro­nicz­nych dla che­er­le­ade­rek lub choćby, jakże mod­nego ostat­nio, tańca na ru­rze, Kuba zro­zu­miał, że musi zro­bić wszystko, żeby je u sie­bie za­trzy­mać. Ale jak? Za­ba­ry­ka­do­wać drzwi i okna i jesz­cze de­spe­racko po­ło­żyć się w progu? Co do tego, że za­nęci te wiel­ko­miej­skie ko­bietki swoją szkołą kung-fu, ja­koś od razu wy­zbył się złu­dzeń. Za­czął więc wić się w wy­ja­śnie­niach, że na­ucza ko­bie­cego stylu walki, cze­goś w sam raz dla ta­kich prze­bo­jo­wych dziew­czyn jak one, bo prze­cież le­genda głosi, że przed wie­kami wła­śnie tę od­mianę kung-fu wy­my­śliła dziew­czyna o imie­niu Pięk­ność Wio­sny, czyli po chiń­sku wła­śnie Wing Tsun...

Mó­wiąc to, szybko spo­strzegł, że jedna z ko­biet za­czyna w sku­pie­niu od­czy­ty­wać na swoim iPho­nie ja­kąś wia­do­mość, druga dys­kret­nie ziewa, a trze­cią in­te­re­suje wy­łącz­nie za­war­tość jej wła­snej to­rebki. "Nie udało się. Za­raz odejdą szu­kać klubu z tym pie­przo­nym ae­ro­bi­kiem" - po­my­ślał wtedy, tra­cąc po­woli wą­tek w swo­jej opo­wie­ści o mło­dej Chince, która ty­siąc lat temu wy­my­śliła styl walki, któ­rego dziś nikt już nie chce tre­no­wać.

I wtedy stał się cud. A to za sprawą fi­li­gra­no­wej, ale bar­dzo ener­ge­tycz­nej blon­dy­neczki, która naj­wy­raź­niej prze­wo­dziła gru­pie.

- Słodko pan marsz­czy czoło, opo­wia­da­jąc o tej chiń­skiej wio­śnie - oznaj­miła, pa­trząc mu w oczy, po czym krzyk­nęła do swo­jej gro­madki: - Dziew­czyny! Za­pi­su­jemy się na za­ję­cia. Ten przy­stoj­niak zrobi z każ­dej z nas Larę Croft! - Po­tem z we­rwą wy­cią­gnęła do Kuby swoją drobną rączkę, wy­zna­jąc: - Od­daję się w twoje ręce, mi­strzu. Je­stem Pa­try­cja. Dla przy­ja­ciół Pati.

Tak to się za­częło. Pra­wie trzy ty­go­dnie temu. Dziew­czyny pod wo­dzą Pati przy­cho­dzą od tam­tej pory we wtorki i piątki. Ćwi­czą pół­to­rej go­dziny, od dzie­więt­na­stej do dwu­dzie­stej trzy­dzie­ści. Dzi­siej­szy, piąt­kowy tre­ning jest już ich czwar­tym... nie, pią­tym spo­tka­niem. Kuba na­uczył je do tej pory po­zy­cji klep­sy­dry (nogi lekko ugięte, ko­lana ra­zem, palce stóp skie­ro­wane ku so­bie), po­zy­cji wy­krocz­nej (cię­żar ciała głów­nie na tyl­nej no­dze), trzy­ma­nia gardy, ude­rze­nia rę­kami na wprost i kilku blo­ków.

***

- Za­nu­dzisz je - po­wie­dział Pa­weł po ostat­nim, wtor­ko­wym spo­tka­niu. - Pa­trzę na was zza tego swo­jego barku i wi­dzę, że pa­nienki za­czy­nają zie­wać. One chcą ru­chu, mu­zyki, ener­gii, a nie tego two­jego żmud­nego mie­sza­nia po­wie­trza rę­kami.

- Wi­dzę, że nie­źle znasz się na kung-fu - od­burk­nął Kuba.

- Na kung-fu się nie znam i tak szcze­rze mó­wiąc, mam je w du­pie. - Na opa­loną na so­la­rium twarz Pawła wy­pły­nął iro­niczny uśmiech. - Ale znam się na ko­bie­tach. I po­wiem ci, że gdyby nie Pati, która przy­cho­dzi tu­taj, bo roz­pacz­li­wie chce cię po­de­rwać, pa­nienki już dawno by so­bie od­pu­ściły tę twoją mo­no­tonną do wy­rzy­ga­nia Pięk­ność Wio­sny.

- Słu­chaj, wo­lał­bym, że­byś się tro­chę ha­mo­wał, kiedy wy­po­wia­dasz się o sztuce walki, któ­rej po­świę­ci­łem kilka lat ży­cia...

- Nie gnie­waj się, sze­fie, ale zmar­no­wa­łeś te lata. Trzeba było, jak ja, po­uga­niać się w tym cza­sie za ko­biet­kami, po­ba­wić się... A pro­pos, kiedy weź­miesz się wresz­cie za tę Pa­try­cję? Chyba wiesz, jak to się robi? Mam na­dzieję, że twoje kung-fu nie na­ka­zuje ci ce­li­batu?

- Nie jest w moim ty­pie. Nie lu­bię ko­biet, które na­rzu­cają się fa­ce­tom.

- Le­piej zmień swoje za­sady, bo jak bę­dziesz taki drę­twy, dziew­czyna się w końcu znie­chęci. A bez niej cała grupa roz­sy­pie ci się w pięć mi­nut! - Pa­weł w uśmie­chu za­pre­zen­to­wał lśniąco białe zęby. - Zdaje się, że tylko ona wie­rzy jesz­cze w tę twoją pod­sta­rzałą i nudną jak stara panna Pięk­ność Wio­sny...

- Pro­si­łem cię, że­byś nie wy­po­wia­dał się na te­maty, na któ­rych się...

- No, chyba że zo­sta­wisz tę wie­ko­po­mną sztukę walki dla sie­bie, a dziew­czy­nom po­ka­żesz ja­kieś nor­malne ćwi­cze­nia - mó­wił da­lej Pa­weł, zu­peł­nie nie­zra­żony mar­sową miną Kuby. - Ja­kiś di­sco bo­xing albo coś. Jak nie po­tra­fisz, mogę je wziąć w ob­roty. Lu­bię ta­kie dra­pieżne kotki.

***

Dla­czego aku­rat dzi­siaj, pod ko­niec tre­ningu, przy­po­mina so­bie tamtą roz­mowę? Bo Pa­weł miał ra­cję. Kuba ob­ser­wuje miny ćwi­czą­cych ko­biet i - mó­wiąc naj­de­li­kat­niej - nie wi­dzi w nich za­an­ga­żo­wa­nia. Fak­tycz­nie, gdyby nie de­ter­mi­na­cja Pati, pew­nie już dawno by so­bie po­szły ćwi­czyć gdzie in­dziej, wcze­śniej za­żą­daw­szy zwrotu pie­nię­dzy za kar­nety. Kuba po­sta­na­wia więc za­koń­czyć tre­ning dy­na­micz­nym ak­cen­tem.

- Te­raz na­uczę was pod­sta­wo­wego kop­nię­cia! - oznaj­mia, uda­jąc, że nie sły­szy szep­ta­nych mię­dzy pa­niami ko­men­ta­rzy w ro­dzaju: "No, może wresz­cie za­cznie się coś tu­taj dziać". - O, tak to się robi. - Staje w po­zy­cji z ob­cią­żoną nogą za­kroczną i szyb­kim, krót­kim ru­chem ko­pie nogą wy­kroczną na wy­so­kość pasa swo­jego wy­ima­gi­no­wa­nego prze­ciw­nika.

- I już? - pyta Agnieszka, na­wet nie uda­jąc roz­cza­ro­wa­nia. - Tylko tyle?

- Na­prawdę to wierz­gnię­cie jest kop­nia­kiem w twoim kung-fu? - nie może na­dzi­wić się Ju­lita.

- Spo­koj­nie, dziew­czyny - pró­buje ra­to­wać sy­tu­ację Pa­try­cja. - On prze­cież okre­ślił je "pod­sta­wo­wym" kop­nię­ciem, prawda? Na pewno masz w za­na­drzu... - mó­wiąc to, zwraca się do co­raz bar­dziej skon­fun­do­wa­nego Kuby - ...ja­kieś inne, bar­dziej wy­strza­łowe tech­niki...

"To ko­niec. Nie prze­dłużą kar­ne­tów" - w gło­wie Kuby hu­czy roz­pacz­liwa myśl, ale (bo co ma niby zro­bić?) in­struk­tor przy­znaje:

- To jest... wła­ści­wie je­dyne kop­nię­cie w tym stylu walki. In­nych nie ma... - Po tym oświad­cze­niu za­pada nie­mal na­ma­calna ci­sza. Kuba pró­buje ją roz­pro­szyć: - Są oczy­wi­ście różne mo­dy­fi­ka­cje tego ude­rze­nia. Kop­nię­cie w ko­lano, pod­cię­cie...

- Kop­nię­cie w ko­lano?! - pry­cha Agnieszka. - Jaja so­bie ro­bisz? To ja po to się tu­taj od ty­go­dni mę­czę w tej idio­tycz­nej po­zy­cji klep­sy­dry, żeby te­raz się do­wie­dzieć, że nie na­uczysz nas żad­nych wy­ko­pów z ob­rotu, wy­skoku i... - prze­rywa na chwilę dla na­bra­nia tchu, a po­tem oznaj­mia z wy­rzu­tem: - Jak mo­głeś obie­cy­wać, że z każ­dej z nas zro­bisz Larę Croft! Ty w ogóle wi­dzia­łeś ten film?! Halo, po­budka!

- Spo­koj­nie, la­ski! - od­zywa się nie­ocze­ki­wa­nie Pa­try­cja. - Aga do­brze po­wie­działa. Nie po to się tu­taj od paru ty­go­dni mę­czymy, żeby zra­żać się jedną wpadką mi­strzu­nia. Wszystko jest do na­pra­wie­nia. My­ślę, że skoro kop­nię­cie pod­sta­wowe ma tyle mo­dy­fi­ka­cji, to można wpro­wa­dzić także inne. Na przy­kład wal­nię­cie z ob­rotu w czyjś pysk! - do­daje, wy­ko­nu­jąc z za­dzi­wia­jącą lek­ko­ścią coś na kształt ciosu ro­dem z filmu Tomb Ra­ider. - Do­brze mó­wię? - pod­su­mo­wuje, pa­trząc na Kubę tak wy­mow­nie, jakby chciała te­le­pa­tycz­nie prze­ka­zać mu je­den, pro­sty ko­mu­ni­kat: "Tylko te­raz tego nie spieprz".

- Hm, no ja­sne! Oczy­wi­ście. - Kuba się uśmie­cha, z lek­kim nie­po­ko­jem my­śląc, co po­wie­działby jego mistrz na wieść o tym, że wła­śnie zgo­dził się na hol­ly­wo­od­zką mo­dłę zmo­dy­fi­ko­wać styl walki, który w nie­zmie­nio­nej for­mie prze­trwał ty­siąc lat... - Na dzi­siaj ko­niec! Do zo­ba­cze­nia we wto­rek! - oznaj­mia gru­pie, do­rzu­ca­jąc w my­ślach: "Mam na­dzieję, że do zo­ba­cze­nia".

Kur­santki zni­kają w szatni, Kuba zmę­czo­nym kro­kiem pod­cho­dzi do barku i otwiera bu­telkę wody.

- No to żeś im strze­lił po­ka­zówę, sze­fu­niu. - Pa­weł dusi się ze śmie­chu. - Za­sto­suj to swoje kop­nię­cie, jak przyjdą tu znowu ko­mor­nicy. Może wzbu­dzisz ich li­tość i się od­cze­pią.

- Za­mknij się, bo... - pró­buje się od­gryźć Kuba.

- Idziemy na pizzę! Czy mistrz wy­rwie się z nami? - sły­szy za sobą pe­łen ener­gii głos Pati, która już zdą­żyła ze swoją gro­madką wyjść z szatni.

- Mu­szę pil­no­wać klubu - od­po­wiada zmę­czo­nym gło­sem.

- Pa­weł cię może za­stą­pić - ri­po­stuje na­tych­miast Pa­try­cja.

- Pa­weł? Ale on jest tu tylko... - urywa. "Le­piej zmień swoje za­sady", przy­po­mi­nają mu się słowa tego na­pom­po­wa­nego na si­łowni, opa­lo­nego na skwarkę pa­jaca. Ma jed­nak fa­cet ra­cję... - Su­per! - od­po­wiada, si­ląc się na en­tu­zjazm. - Za pięć mi­nut będę go­towy - do­rzuca, uda­jąc, że nie za­uważa trium­fal­nego uśmie­chu swo­jego iry­tu­ją­cego pra­cow­nika.

IV

Wielka sala o po­wierzchni około dwu­stu me­trów kwa­dra­to­wych, w któ­rej na­gry­wany jest pro­gram Do­bry po­ra­nek, mie­ści się na pią­tym pię­trze. Na dole bu­dynku, w holu, każdy wcho­dzący na­tyka się naj­pierw na re­cep­cjo­nistkę.

- Czym mogę słu­żyć? - pyta sym­pa­tyczna dziew­czyna. I choć życz­li­wie się uśmie­cha, od razu czu­jesz, że le­piej szybko po­dać do­bry po­wód obec­no­ści w tym miej­scu.

Tłu­ma­czysz więc, że masz za­pro­sze­nie do pro­gramu Do­bry po­ra­nek... Okej, spraw­dzimy. Dziew­czyna gdzieś dzwoni, ko­muś po­daje twoje na­zwi­sko, w po­rządku.

- Za­raz zej­dzie asy­stentka - mówi ta­jem­ni­czo i traci tobą za­in­te­re­so­wa­nie.

Asy­stentka jest tak samo młodą i tak samo uśmiech­niętą dziew­czyną jak ta w re­cep­cji. Wy­siada z windy, mówi "dzień do­bry" i już po­zna­jesz po gło­sie, że to jest wła­śnie ta osoba, która za­dzwo­niła do cie­bie o go­dzi­nie siód­mej zero pięć (jest so­bota), wy­ry­wa­jąc cię ze snu słod­kim py­ta­niem:

- Czy pan jest już w dro­dze do nas? Pro­simy o wcze­śniej­sze przy­by­cie, mu­simy jesz­cze od­dać pana w ręce wi­za­żystki, no i pro­gram jest na­gry­wany na żywo, wia­domo, le­piej być wcze­śniej...

Dla ko­goś, kto my­ślał, że na na­gra­nie za­pla­no­wane na dzie­wiątą można do­trzeć z pięt­na­sto­mi­nu­to­wym za­pa­sem, i na­sta­wił bu­dzik na wpół do ósmej, ta­kie prze­bu­dze­nie sta­nowi nie­zły bo­dziec do dzia­ła­nia. Wsia­da­jąc więc o go­dzi­nie ósmej zero zero do windy w to­wa­rzy­stwie asy­stentki, czu­jesz się jak ułan, który wła­śnie za­koń­czył ostrą szarżę ka­wa­le­ryj­ską. Cały po­ra­nek - po­cząw­szy od ma­łego kłam­stewka ("Tak, je­stem już w dro­dze, nie­długo u pań­stwa będę") - upły­nął ci w biegu (szyb­kie my­cie, szybka kawa, szyb­kie ubie­ra­nie, a po­tem bieg do au­to­busu) i stre­sie (na przy­go­to­wane wczo­raj ele­ganc­kie ciu­chy wy­lała się kawa, klu­cze od miesz­ka­nia gdzieś znik­nęły, au­to­bus od­je­chał). No ale na­resz­cie je­steś na miej­scu. Winda do­jeż­dża na piąte, asy­stentka pro­wa­dzi do sali, w któ­rej po­wstaje Do­bry po­ra­nek. Po le­wej wi­dzisz sta­no­wi­ska wi­za­ży­stek, sie­dzą tam lu­dzie o nie­pew­nych mi­nach z pu­dro­wa­nymi no­sami i za­ma­lo­wy­wa­nymi ko­rek­to­rem pie­przy­kami. Na środku hali są skó­rzane fo­tele, sofy i stół, przy któ­rych sie­dzą jesz­cze bar­dziej stre­mo­wani osob­nicy - ci wcho­dzą na wi­zję już za kilka mi­nut. Po pra­wej, pod prze­szkloną ścianą, z któ­rej roz­ta­cza się pa­no­rama cen­trum War­szawy, jest pod­wyż­sze­nie z dwiema mniej­szymi so­fami. Na jed­nej sie­dzą wy­lu­zo­wani pro­wa­dzący pro­gram re­dak­to­rzy, na dru­giej - si­lący się na luz ich go­ście. Wo­kół ka­mery, mi­kro­fony, lampy, ka­ble i lu­dzie z ob­sługi tech­nicz­nej. W tym mo­men­cie za­czy­nasz się za­sta­na­wiać, czy nie le­piej było zo­stać w domu, w cie­płym łóżku. Nie ma jed­nak od­wrotu. Zwal­nia się miej­sce na jed­nym ze sta­no­wisk przed wiel­kim lu­strem. Sia­dasz i po­zwa­lasz pu­dro­wać się wi­za­ży­stce. W lu­strze wi­dzisz swoją twarz. Masz bar­dzo nie­pewną minę...

***

"Cho­lera, o czym ja wła­ści­wie mam tu­taj ga­dać?" - my­śli lekko spa­ni­ko­wany Kuba, który wła­śnie prze­brnął przez to wszystko i za­siadł w po­dob­nym do fry­zjer­skiego fo­telu. Do udziału w pro­gra­mie na­mó­wił go Da­rek, naj­lep­szy kum­pel jesz­cze z cza­sów pod­sta­wówki. Da­rek w te­le­wi­zji pra­cuje jako re­se­ar­cher. Ina­czej mó­wiąc, ma za za­da­nie wy­naj­dy­wać roz­mów­ców dla re­dak­to­rów.

- Stary, to jest ła­twi­zna - po­wie­dział Ku­bie parę dni temu. - Roz­mowa trwa kilka mi­nut. Mar­cin i Do­rota, zna­czy się pro­wa­dzący, zdążą ci za­dać tylko kilka py­tań. I po spra­wie.

- No tak, ale o co będą py­tać? - przy­tom­nie in­da­go­wał Kuba. - Bo ja znam się tylko na pro­wa­dze­niu klubu fit­ness, kung-fu i...

- Te­mat roz­mowy: tra­dy­cja ro­dzinna - prze­rwał mu Da­rek.

- Tra­dy­cja ro­dzinna? Zwa­rio­wa­łeś? Prze­cież znasz moją sy­tu­ację! Co aku­rat ja mogę wie­dzieć o ro­dzin­nej tra­dy­cji?

- Pro­szę cię, to tylko kilka mi­nut...

Kuba na­gle na­brał po­dej­rzeń.

- Ty, a wła­ści­wie, dla­czego tak bar­dzo ci za­leży, że­bym tam po­szedł? Pra­cu­jesz w tej te­le­wi­zji od trzech lat i ni­gdy nie pro­po­no­wa­łeś mi udziału w pro­gra­mie.

- Okej, w po­rządku, do­bra. Przy­znam się jak na spo­wie­dzi. Wła­śnie wy­co­fał się je­den z roz­mów­ców. A na wi­zji ko­niecz­nie mają być trzy osoby: taki je­den pro­fe­sor od he­ral­dyki, ja­kaś ko­bieta, która zna losy swo­jego rodu od po­ko­leń i... No nie­ważne, ktoś trzeci. Po­my­śla­łem o to­bie, bo wspo­mi­na­łeś, że masz mało klien­tów na te swoje tre­ningi. Od­po­wia­da­jąc na jedno z py­tań, wspo­mnij więc, że dla cie­bie bar­dzo ważna jest tra­dy­cja chiń­skiej sztuki walki, któ­rej na­uczasz tu i tu. Zrób so­bie za darmo re­klamę. W tym cza­sie an­te­no­wym pro­gram ogląda mi­lion wi­dzów. Czło­wieku, mi­lion wi­dzów! Zo­ba­czysz, klienci będą wa­lić do cie­bie drzwiami i oknami!

- Na­prawdę po­my­śla­łeś, żeby mi po­móc? - Ku­bie zro­biło się tro­chę głu­pio, że tak do­py­ty­wał Darka.

- Na­prawdę! - żar­li­wie za­pew­nił przy­ja­ciel.

***

Ola, idąc krok w krok za przy­dzie­loną asy­stentką, wy­cho­dzi z windy i od razu zo­staje za­pro­wa­dzona do fo­tela wi­za­żystki. Obok niej pu­drują nos ja­kie­muś przy­stoj­nia­kowi, który wpa­truje się w swoje od­bi­cie z dość nie­obecną, ale za­fra­so­waną miną. Ola siada wy­god­nie, po­zwa­la­jąc ukła­dać so­bie włosy, apli­ko­wać bazę, pod­kład i pu­der. W lu­strze wi­dzi, co dzieje się na pod­wyż­sze­niu, na któ­rym na­gry­wany jest pro­gram. Pro­wa­dzący re­dak­to­rzy - drą­gal o imie­niu Mar­cin i kor­pu­lentna, sym­pa­tyczna Do­rota - wła­śnie ra­zem ze swo­imi go­śćmi z cze­goś się za­śmie­wają. Nie sły­szy, o czym mowa, ale wy­gląda na to, że pa­nuje tam miła i swo­bodna at­mos­fera. Od­dy­cha z ulgą. Dla Oli to ma być pierw­szy wy­stęp na żywo. Ba! Pierw­sza wi­zyta w stu­diu te­le­wi­zyj­nym. Czuje więc lekką tremę. Po­znała Do­rotę - jako jedną z sze­fo­stwa pro­gramu - gdy od­by­wała w sta­cji ra­dio­wej staż po pierw­szym roku stu­diów. Kilka dni temu to wła­śnie ona za­dzwo­niła na te­le­fon re­dak­cyjny Oli.

- Ty mnie w ogóle jesz­cze pa­mię­tasz? - zdzi­wiła się, sły­sząc w słu­chawce głos te­le­wi­zyj­nej gwiazdy.

- No ja­sne! Czy­tuję twoje tek­sty w "An­geli".

- Jaja so­bie ro­bisz...

- No do­bra, prze­sa­dzi­łam. Fakt, jesz­cze przed chwilą nie wie­dzia­łam, gdzie pra­cu­jesz. Na­miar na cie­bie zna­lazł mi Da­rek, zna­czy się je­den z na­szych re­se­ar­che­rów. Ale pa­mię­tam cię z prak­tyk w mo­jej daw­nej roz­gło­śni. Masz taki ra­diowy głos... Mar­nu­jesz się w tej pra­sie ko­bie­cej.

- Nie ob­raź się, ale nie uwie­rzę, że dzwo­nisz po dzie­się­ciu la­tach tylko po to, żeby kry­ty­ko­wać moje ży­ciowe wy­bory - od­po­wie­działa Ola.

Od­po­wie­dział jej śmiech.

- No tak, nic się nie zmie­ni­łaś. Ten sam cięty ję­zyk. Zga­dza się, dzwo­nię w in­nej spra­wie. W tę so­botę mamy w pro­gra­mie roz­mowę na te­mat tra­dy­cji ro­dzin­nych. Wiesz... czy warto znać swo­ich przod­ków, co nam to daje i ta­kie tam.

- No i?

- No i pa­mię­tam, jak po­wie­dzia­łaś kie­dyś, że znasz hi­sto­rię swo­jej ro­dziny na kil­ka­na­ście po­ko­leń wstecz. Ko­goś ta­kiego po­trze­buję do roz­mowy. Bę­dzie jesz­cze pro­fe­sor od he­ral­dyki i od­czy­ty­wa­nia sta­rych do­ku­men­tów oraz ja­kiś chło­pak, który w ogóle nie wie, skąd się wziął na świe­cie, bie­da­czek.

- I chce się tym chwa­lić pu­blicz­nie?

- Lu­dzie po­chwalą się wszyst­kim, żeby tylko za­ist­nieć w te­le­wi­zji.

- Być może. Ale nie ja - od­po­wie­działa Ola ka­te­go­rycz­nie.

- Rany. Dla­czego?

- Je­śli pa­mię­tasz, jak opo­wia­da­łam o tych swo­ich przod­kach, to pew­nie nie za­po­mnia­łaś też, że za­wsze uwa­ża­łam całe to mi­to­lo­gi­zo­wa­nie swo­jego po­cho­dze­nia, ob­no­sze­nie się ze sta­rymi her­bami i inne ta­kie bzdury za że­nu­jące i głu­pie. Bo naj­waż­niej­sze, kim się jest tu i te­raz. A nie, co osią­gnęli lu­dzie, z któ­rymi łą­czy cię tylko część two­jego DNA. Bar­dzo ci więc dzię­kuję za pa­mięć i cie­kawą pro­po­zy­cję, ale je­stem zmu­szona...

- Po­cze­kaj, prze­cież ja cię nie pro­szę, że­byś mi­to­lo­gi­zo­wała, czy jak to chcesz na­zy­wać, swoją ro­dzinę. Po­wiedz na an­te­nie to, co te­raz. I bę­dzie okej.

- No nie wiem... - za­wa­hała się Ola.

- Nie gnie­waj się, ale szu­ka­jąc cię w tej re­dak­cji, za­dzwo­ni­łam naj­pierw do two­jej na­czel­nej - do­dała Do­rota. - Wy­ja­śni­łam, czemu po­trze­buję do cie­bie kon­taktu i...

- I? - pod­chwy­ciła Ola, czu­jąc, że ogar­nia ją fala gniewu.

- Pani Kry­styna bar­dzo się ucie­szyła. Zwłasz­cza gdy jej obie­ca­łam, że pod­pi­szemy cię w pa­sku z imie­nia, na­zwi­ska i ty­tułu, w któ­rym pra­cu­jesz.

***

Kuba do­piero te­raz za­uważa, że sie­dząca obok niego sza­tynka dys­kret­nie przy­gląda się mu w lu­strze. Męż­czy­zna w pierw­szej chwili od­ru­chowo ucieka wzro­kiem. Po­tem pa­trzy jesz­cze raz - dziew­czyna jest na­prawdę ładna. Dłu­gie, pro­ste włosy, nie­bie­skie oczy, pro­sty no­sek, kształtne usta. Nie jest może pięk­no­ścią w hol­ly­wo­odz­kim ro­zu­mie­niu tego słowa, ale urody z pew­no­ścią jej nie brak. Bar­dzo ko­bieca, wy­gląda też na zde­cy­do­waną i pewną sie­bie. Ich spoj­rze­nia (czy ra­czej od­bi­cia ich spoj­rzeń) znowu się spo­ty­kają. Kuba wła­śnie po­sta­na­wia się tym ra­zem uśmiech­nąć, kiedy - cho­lera, do­kład­nie w tym mo­men­cie - wi­za­żystka do­no­śnym gło­sem oznaj­mia:

- Już pana wy­koń­czy­łam, za­pra­szam na fo­tel obok.

Kuba zrywa się jak opa­rzony i nie roz­glą­da­jąc się wię­cej, ru­sza w kie­runku skó­rza­nego kom­pletu, na któ­rym pocą się ocze­ku­jący na swoją ko­lej go­ście.

***

Chwilę wcze­śniej Ola do­brze przyj­rzała się pu­dro­wa­nemu są­sia­dowi. Fa­cet ma w so­bie coś, co przy­ciąga wzrok ko­biet. Ciemne włosy, ukła­da­jące się w na­tu­ralne fale, opa­da­jące na wy­so­kie, prze­cięte po­ziomą zmarszczką czoło, a do tego gę­ste, zro­śnięte u na­sady brwi, gruby nos bok­sera i kwa­dra­towa szczęka, po­kryta gra­na­to­wym cie­niem sta­ran­nie wy­go­lo­nego za­ro­stu. By­łaby to twarz praw­dzi­wego twar­dziela, gdyby nie oczy. Duże, brą­zowe, tro­chę jakby smutne, tro­chę jakby zdzi­wione. Spoj­rze­nie wiel­kiego, cie­ka­wego świata, ale na­iw­nego chłopca.

Męż­czy­zna za­uwa­żył jej wzrok, co jed­nak Oli ani tro­chę nie spe­szyło. Nie na­leży do dziew­czyn czer­wie­nią­cych się z byle po­wodu. On jed­nak, co było na­wet na swój spo­sób uro­cze, na­tych­miast od­wró­cił oczy. Nie­śmiały jak dzie­ciak. Ola uśmiech­nęła się ukrad­kiem i prze­stała zwra­cać na niego uwagę. Choć w prze­ci­wień­stwie do na przy­kład Pa­try­cji nie ma zbyt wielu do­świad­czeń w kon­tak­tach z fa­ce­tami, to na pewno nie kręcą jej ci, któ­rzy boją się ko­biet. A nie­stety Ola ma w so­bie aku­rat coś ta­kiego, że w jej to­wa­rzy­stwie więk­szość pa­nów za­czyna wy­co­fy­wać się racz­kiem. Tym ra­zem jed­nak ką­tem oka za­uwa­żyła, że nie­zna­jomy znów za­czął się jej przy­glą­dać. Przez chwilę go igno­ro­wała, aż wresz­cie prze­nio­sła spoj­rze­nie na jego od­bi­cie. Cie­kawe, czy znowu wbije oczy gdzieś w pod­łogę. Wtedy jed­nak wi­za­żystka ze­rwała okry­wa­jący go far­tuch i wład­czym to­nem po­le­ciła mu prze­nieść się na sofę. Wy­pro­sto­wał się (jest wy­soki, pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wany!) i od­szedł. Ola za­uwa­żyła jesz­cze w swoim lu­strze, że fa­cet - choć musi wa­żyć z dzie­więć­dzie­siąt kilo - chód ma sprę­ży­sty i lekki. "Sku­ba­niec, po­ru­sza się jak ko­cur" - po­my­ślała, ale se­kundę póź­niej już o nim za­po­mniała.

***

Z sof i fo­teli, na któ­rych po­sa­dzeni zo­stali Kuba i Ola, po­woli zni­kają ko­lejni za­pro­szeni do pro­gramu roz­mówcy. Na pierw­szy ogień idzie ja­kiś raj­dowy mistrz sa­mo­cho­dowy i gwiazdka se­rialu, o któ­rym ani Ola, ani Kuba ni­gdy nie sły­szeli. Te­mat roz­mowy: czy warto żyć szybko i odejść z hu­kiem. Pięć mi­nut, go­ście koń­czą w pół słowa (czas na re­klamy) i wy­cho­dzą, a po chwili z sofy pod­nosi się ko­lejny ze­staw - po­ro­śnięty rzadką brodą po­dróż­nik, ko­bieta, która wdra­pała się na ja­kiś szczyt, i ubrany w strój służ­bowy i na­szywki z nie­bie­skim krzy­żem ra­tow­nik Ta­trzań­skiego Ochot­ni­czego Po­go­to­wia Ra­tun­ko­wego. Te­mat roz­mowy: dla­czego lu­dzie cho­dzą w góry. Osiem mi­nut i za­gad­nie­nie zo­staje wy­czer­pane, a go­ście mogą wra­cać do do­mów. TOPR-owiec wy­daje się lekko oszo­ło­miony tem­pem te­le­wi­zyj­nego ży­cia. Ku­bie robi się go na­wet żal - fa­cet je­chał kilka go­dzin po­cią­giem z Za­ko­pa­nego, żeby po­wie­dzieć dwa zda­nia, i te­raz ma przed sobą kilka go­dzin tłu­cze­nia się z po­wro­tem.

Do Oli (do Kuby zresztą też) po­woli do­ciera, że oni dwoje i sześć­dzie­się­cio­letni fa­cet w wy­mię­tym gar­ni­tu­rze o nie­ba­nal­nym kroju, który był modny kilka de­kad temu, są na­stęp­nym "ze­sta­wem do zma­glo­wa­nia te­matu". Tym ra­zem: waga ro­dzin­nej tra­dy­cji. Wszy­scy troje za­czy­nają na sie­bie po­pa­try­wać.

"To ten gość, który nie wie kom­plet­nie nic o swoim po­cho­dze­niu" - my­śli o Ku­bie Ola. Czuje lekką iry­ta­cję, że ma tu ro­bić za ostoję ro­dzin­nego ładu i prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie war­to­ści.

"To ta pa­nienka, która przy­szła tu cheł­pić się roz­ro­śnię­tym ko­rze­niem swo­jego rodu" - pod­su­mo­wuje Olę z sar­ka­zmem Kuba.

A co cho­dzi po gło­wie fa­ce­towi od he­ral­dyki? Ani Oli, ani Kuby kom­plet­nie to nie ob­cho­dzi.

- Za­pra­szamy przed ka­mery - oznaj­mia z lek­kim pa­to­sem w gło­sie któ­raś z asy­sten­tek po po­nad pół­go­dzin­nym ocze­ki­wa­niu.

Kuba pusz­cza przo­dem Olę i pro­fe­sora od sta­ro­dru­ków, po­tyka się o ja­kiś ka­bel (za co tech­nik, któ­remu omal nie wy­rwał wtyczki od ka­mery, pio­ru­nuje go wzro­kiem), idzie w stronę re­dak­to­rów pro­wa­dzą­cych. Jesz­cze tylko przy­pię­cie mi­kro­fo­nów i za­cze­pie­nie por­tów do trans­mi­sji dźwięku. Jesz­cze uścisk dłoni pro­mien­nie uśmiech­nię­tego Mar­cina i uro­czo ro­ze­śmia­nej Do­roty. Jesz­cze przy­po­mnie­nie, jak kto ma na imię (god­ność pro­fe­sora to "pro­fe­sor Je­re­miasz Wol­ski"; nie chce, żeby mó­wić do niego ina­czej), i można za­czy­nać. Raz, dwa, trzy. Na jed­nej z ka­mer za­pala się czer­wona dioda i już wcho­dzą na wi­zję.

- Ro­dzinna tra­dy­cja, co to wła­ści­wie ta­kiego? - zwraca się Mar­cin do ka­mery gło­sem o dwa tony niż­szym niż przed chwilą.

- Czy do­brze jest znać dzieje swo­jej ro­dziny? Czy ist­nieją prze­ka­zy­wane z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie war­to­ści, któ­rymi warto kie­ro­wać się w ży­ciu? A może to tylko nie­po­trzebny ba­gaż mi­nio­nych dzie­jów? - wtó­ruje mu nieco me­lo­dra­ma­tycz­nie Do­rota.

Se­kundę póź­niej, kiedy Mar­cin przed­sta­wia za­pro­szo­nych do stu­dia go­ści, Kuba już go na­wet nie słu­cha. Wła­śnie do niego do­ciera, dla­czego się tu­taj zna­lazł - ma ro­bić za przed­sta­wi­ciela tych, któ­rzy nie mieli szczę­ścia otrzy­mać na po­dróż przez ży­cie "po­ży­tecz­nego ba­gażu dzie­jów".

"Da­rek, już je­steś tru­pem" - my­śli ze zło­ścią i wtedy sły­szy skie­ro­wane do sie­bie py­ta­nie:

- Kuba, za­pa­no­wała ostat­nio moda na ro­dzinną he­ral­dykę, roz­ry­so­wy­wa­nie swo­ich drzew ge­ne­alo­gicz­nych i od­naj­dy­wa­nie pra­daw­nych przod­ków. Nie żal ci tro­chę, że nie mo­żesz w tym uczest­ni­czyć?

Na długą jak wiecz­ność i pu­stą jak wszech­świat se­kundę w mó­zgu Kuby za­pa­no­wuje kom­pletna ni­cość. A po­tem, ni­czym błysk su­per­no­wej, eks­plo­duje w nim wście­kłość. Chcą za­ba­wić się moim kosz­tem? My­ślą, że za­pro­sili do stu­dia fa­ceta, który bę­dzie bia­do­lił, że tak nie­wiele wie o swoim po­cho­dze­niu? No to się, kurna, za­raz zdzi­wi­cie.

- Dla mnie to tylko cho­lerna strata czasu.

- Strata czasu? - po­wta­rza nie­zbyt re­zo­lut­nie Mar­cin. Mimo ca­łego swo­jego wie­lo­let­niego do­świad­cze­nia te­le­wi­zyj­nego re­dak­tor wy­daje się nieco zbity z tropu. Ina­czej miała prze­bie­gać ta roz­mowa. Miało być miło, grzecz­nie, no, kur­czę, ro­dzin­nie. Prze­cież to te­le­wi­zja śnia­da­niowa!

- Ow­szem, strata czasu - po­wta­rza z mocą Kuba. - Bo ja­kie zna­cze­nie ma, no nie wiem... kto był na przy­kład twoim pra­dzia­dem za cza­sów Ja­giel­lo­nów? W jaki spo­sób to wpływa na twoje obecne ży­cie? Że był ry­ce­rzem? Że bił się z Krzy­ża­kami? I co z tego? To w ża­den spo­sób ani nie przy­daje ci chwały obec­nie, ani nie ozna­cza, że ty też bę­dziesz w swoim ży­ciu od­waż­nym czło­wie­kiem. On to on, ty to ty. Łą­czy was tylko parę ge­nów za­pi­sa­nych w ja­kimś frag­men­cie chro­mo­somu. Nic wię­cej. Trzeba być kom­plet­nym idiotą, żeby się pu­szyć swoim po­cho­dze­niem!

Ola w osłu­pie­niu słu­cha ty­rady tego nie­zna­jo­mego chło­paka o ła­god­nych (w każ­dym ra­zie do nie­dawna) oczach spa­niela. Bo raz - gno­jek skradł jej kwe­stię. To ona chciała za­sko­czyć pro­wa­dzą­cych (i tę idiotkę swoją na­czelną, która ją tu de facto przy­słała) taką kon­tro­wer­syjną wy­po­wie­dzią. Fa­cet prze­cież wy­ar­ty­ku­ło­wał do­kład­nie to, co ona my­śli na ten te­mat! I dwa - czuje się za­ata­ko­wana. Tak, za-a-ta-ko-wa-na. No bo skoro zo­stała przed chwilą przed­sta­wiona jako osoba, która zna całe po­ko­le­nia swo­ich przod­ków, a ten ko­leś na­zywa to idio­ty­zmem, to niby co ona ma te­raz zro­bić? Zgo­dzić się z przed­mówcą i przy­znać mu ra­cję? Nie­do­cze­ka­nie!

- Idio­tyczne to jest, za prze­pro­sze­niem... - za­wie­sza głos Ola i lekko kła­nia się Ku­bie - ...od­ci­na­nie się od swo­jej ro­dziny.

- Ależ ja się wcale nie... - pró­buje bro­nić się Kuba, ale dziew­czyny już nie da się za­trzy­mać.

- Prze­cież je­ste­śmy w du­żej mie­rze tacy, ja­kimi ukształ­to­wali nas ro­dzice - mówi. - Ich z ko­lei kształ­to­wali dziad­ko­wie, tam­tych pra­dzia­do­wie i tak da­lej. Ge­ne­alo­gia to nic in­nego jak tro­chę może po­głę­biona wie­dza o tym, kim byli bli­scy nam lu­dzie. Ci, dzięki któ­rym wiemy na przy­kład, co jest do­bre, a co złe. Je­śli więc chce pan kwe­stio­no­wać ge­ne­alo­gię, to wtedy, kon­se­kwent­nie, po­wi­nien pan od­ciąć się od wszyst­kich swo­ich przod­ków. Ro­dzi­ców i dziad­ków też. I to wła­śnie... chyba się pan jed­nak ze mną zgo­dzi... by­łoby idio­tyczne. Chyba nie byłby pan szczę­śliwy, nie ma­jąc po­ję­cia, no na przy­kład, kim jest pana oj­ciec?

- No i co z tego, że nie wiem, kim jest mój oj­ciec? - wy­pala Kuba w za­cie­trze­wie­niu i... do­piero wtedy do­ciera do niego, do czego wła­śnie się przy­znał. - Cho­lera, po­wie­dzia­łem to na głos? - pyta w oszo­ło­mie­niu i już zu­peł­nie sko­ło­wany do­daje, pa­trząc z na­dzieją na Do­rotę i Mar­cina. - Da się to jesz­cze wy­ma­zać?

Nikt mu nie od­po­wiada. Chyba że za od­po­wiedź uznać pełne osłu­pie­nia spoj­rze­nia: re­dak­to­rów pro­wa­dzą­cych, Oli, pro­fe­sora i obiek­tywu ka­mery. Świe­cąca się na tej ostat­niej czer­wona dioda uświa­da­mia Ku­bie osta­tecz­nie, że to pro­gram na żywo. Już ni­czego nie da się cof­nąć ani wy­ma­zać. Wła­śnie zdra­dził mi­lio­nowi wi­dzów swój naj­bar­dziej wsty­dliwy, naj­pil­niej skry­wany se­kret.

- Nie­stety, mu­simy za­koń­czyć tę wielce, hm, emo­cjo­nu­jącą roz­mowę - sły­szy głos Do­roty. - Po krót­kiej prze­rwie na re­klamy za­pra­szamy pań­stwa na na­stępną roz­mowę. Zo­stań­cie z nami.

Kuba czuje się, jakby na przej­ściu dla pie­szych wal­nął w niego tir. Słowo "ogłu­szony" na­wet w dzie­się­ciu pro­cen­tach nie od­daje obec­nego stanu jego du­cha. Obe­rwał, a wła­ści­wie - spro­wo­ko­wany przez tę prze­mą­drzałą pa­nienkę - sam kop­nął się w jaja.

***

Wsia­dają do windy we dwoje, pro­fe­sor zo­stał jesz­cze na gó­rze, ma zdaje się żal, że w cza­sie trzy­mi­nu­to­wej dys­ku­sji na an­te­nie nie do­pu­ścili go do wy­po­wie­dze­nia jed­nego choćby słowa. A może boi się, że po zej­ściu z wi­zji da­lej będą się kłó­cić? Tak czy ina­czej zo­staje na gó­rze. Drzwi się za­my­kają, winda ru­sza w dół. Ola zerka na Kubę. Ten spra­wia wra­że­nie lekko nie­obec­nego. Lekko? Fa­cet wy­gląda jak zbity pies! Cho­lera, skąd mo­gła wie­dzieć, że on tak się po­grąży! Sam w końcu za­czął od moc­nych słów... Mimo wszystko żal jej czło­wieka.

- Słu­chaj, tro­chę głu­pio to wy­szło, prze­pra­szam - zwraca się do niego po­jed­naw­czo.

Kuba pa­trzy na nią tak, jakby do­piero te­raz za­uwa­żył, że ktoś je­dzie ra­zem z nim.

- Nic nie szko­dzi, dro­biazg - od­po­wiada sar­ka­stycz­nie. - Tylko zro­bi­łem z sie­bie pu­blicz­nie kre­tyna. Ale to nic. Go­rzej, że do­wa­li­łem swo­jej ma­mie. Za­wsze mó­wiła są­siad­kom, że "były mąż" ma ze mną do­sko­nały kon­takt. Te­raz te kwoki będą ją wy­ty­kać pal­cami.

Winda się za­trzy­muje, wy­cho­dzą.

- Wiesz, ża­łuję, że da­łam ci się spro­wo­ko­wać - po­dej­muje Ola, któ­rej robi się jesz­cze bar­dziej żal tego wiel­kiego, choć bez­bron­nego jak dziecko, fa­ceta. - Ale ja o tym ojcu, tak przy­kła­dowo... Nie mia­łam po­ję­cia, że to aku­rat twój słaby punkt.

- Spro­wo­ko­wać? - Kuba pa­trzy na nią za­sko­czony. - Ach tak, za­czą­łem po­śred­nio się cie­bie cze­piać. Fakt. Ale to przez to, że Da­rek, kum­pel, który tu pra­cuje, nie po­wie­dział mi, w ja­kim cha­rak­te­rze mnie za­pro­szono. Prze­klęci dzien­ni­ka­rze...

- Hm, no cóż, ja też je­stem dzien­ni­karką.

- Aha, su­per.

Ola nie może się po­wstrzy­mać i par­ska śmie­chem.

- Go­rzej już się nie dało za­cząć na­szej zna­jo­mo­ści - mówi. I do­daje, pa­trząc na ba­rek i kilka sto­li­ków roz­sta­wio­nych na­prze­ciw re­cep­cji: - Chodź, po­sta­wię ci kawę. Tego, co było, już nie od­kręcę, ale na dużą latte mogę się dla cie­bie szarp­nąć. Tylko nie mów, że nie lu­bisz ko­biet, które pierw­sze wy­cho­dzą z ini­cja­tywą...

- No, wła­ści­wie to... - za­czyna Kuba, ale gry­zie się w ję­zyk, bo po­doba mu się ta wy­soka, prze­bo­jowa dziew­czyna. Zresztą, wcale mu się nie na­rzuca. Po pro­stu jest na­tu­ralna, swo­bodna, bez kom­plek­sów... sam za­wsze chciał taki być. A poza tym, dla­czego, u li­cha, nie miałby się po tym wszyst­kim na­pić po­rząd­nej kawy?

***

- Naj­lep­sze w tym wszyst­kim jest to, że cał­ko­wi­cie się z tobą zga­dzam - mówi Ola ze śla­dem mlecz­nej piany na ustach.

- Żar­tu­jesz. Zno­kau­to­wa­łaś mnie, a te­raz mó­wisz, że je­steś po mo­jej stro­nie?

- No na to nie­stety wy­cho­dzi.

- A ci wszy­scy twoi przod­ko­wie, hi­sto­ria rodu....

- Bzdury - ucina Ola. - W mo­jej ro­dzi­nie za­wsze pa­no­wał kult mi­nio­nych po­ko­leń. Stare ob­razy wi­siały w domu na eks­po­no­wa­nych miej­scach, dużo się mó­wiło o her­bach, tra­dy­cji... I wiesz co?

- No co?

- To wszystko do ni­czego. Tak, nie patrz tak na mnie. Do ni­czego. Przez to za­pa­trze­nie w dawne wieki nikt z mo­ich bli­skich ni­czego w ży­ciu nie osią­gnął. Dziad­ko­wie miesz­kają w ja­kiejś klitce w tej na­szej dziu­rze... A pro­pos, wiesz, gdzie leży Msz­czo­nów?

Kuba wzru­sza ra­mio­nami.

- No wła­śnie - kon­ty­nu­uje Ola. - Małe mia­steczko bez per­spek­tyw. Dziad­ko­wie całe ży­cie prze­pra­co­wali w nim jako na­uczy­ciele. Moja mama: bi­blio­te­karka. Nic tylko książki, hi­sto­ria, prze­szłość. A świat wo­kół pę­dzi i nie czeka na ma­ru­de­rów.

- To dla­tego ucie­kłaś do War­szawy?

- A że­byś wie­dział! Wy­je­cha­łam tu na stu­dia, a te­raz za­mie­rzam zro­bić ka­rierę.

- I jak ci idzie?

- A coś ty taki cie­kawy? Le­piej za­miast sie­dzieć z miną sfinksa, po­wiedz coś o so­bie.

- Tak? No to ci po­wiem. Ja dał­bym wszystko, żeby wie­dzieć cho­ciaż co­kol­wiek o swo­jej ro­dzi­nie ze strony ojca. Chciał­bym go kie­dyś spo­tkać i... dać mu w mordę.

Ola wy­bu­cha śmie­chem.

- Nie wy­glą­dasz na za­ka­piora.

- To prawda - zga­dza się Kuba. - Wolę kom­pro­mis od kon­fron­ta­cji.

- Albo ka­pi­tu­la­cję, też na "ka" - do­rzuca Ola.

- Drugi raz mnie już nie pro­wo­kuj - od­po­wiada Kuba. - Bo ina­czej wy­ja­wię ko­lejny wsty­dliwy ro­dzinny se­kret i po­czu­cie winy cię znisz­czy.

Tym ra­zem śmieją się oboje.

- Wra­ca­jąc do tego mo­jego ojca... - po­dej­muje Kuba po chwili. - Nie je­stem czło­wie­kiem mści­wym ani pa­mię­tli­wym, ale tego, że przez całe dzie­ciń­stwo wsty­dzi­łem się przed kum­plami, że nie mam ta­tu­sia... Ba! Że na­wet nie wiem, kim on, do cho­lery, jest... tego mu nie za­po­mnę.

- Nie spy­ta­łeś mamy?

- Spy­ta­łem, ale... Hej! A co ty mnie tak cią­gniesz za ję­zyk? Brak ci te­ma­tów do re­por­taży?

- Prze­pra­szam. A re­por­taży nie pi­suję, tylko ta­kie idio­tyczne... Nie­ważne. Jak twoja kawa?

***

Kiedy go­dzinę póź­niej Kuba od­pro­wa­dza Olę do za­par­ko­wa­nego na Ho­żej Nis­sana Mi­cry (za wy­cie­raczką au­tka tkwi man­dat za prze­kro­cze­nie czasu par­ko­wa­nia), ma już za­pi­saną jej ko­mórkę i są nie­zo­bo­wią­zu­jąco umó­wieni na ko­lejne spo­tka­nie. Czuje też, że to może być coś wię­cej niż prze­lotna zna­jo­mość. Ta dziew­czyna mu się po­doba. Ta dziew­czyna mu im­po­nuje. Ta dziew­czyna ma w so­bie to coś, czego ni­gdy jesz­cze nie do­strzegł u żad­nej z po­zna­wa­nych do­tych­czas ko­biet. No, oprócz jed­nej. Ale to stara i nie­we­soła hi­sto­ria...

Ola od­jeż­dża (wcze­śniej mu­siała wy­szarp­nąć Ku­bie man­dat za par­ko­wa­nie - ko­niecz­nie chciał go sam za­pła­cić, bo "to ja cię tak długo za­ga­dy­wa­łem") z po­sta­no­wie­niem, że umówi się z tym drą­ga­lem na jesz­cze jedną randkę. Kuba ujął ją tym, że choć jest ży­ciowo nie­za­radny, a słowo "prze­bo­jo­wość" to dla niego kom­plet­nie obcy ter­min, wy­daje się czło­wie­kiem szcze­rym, uczci­wym i ho­no­ro­wym. A aku­rat te trzy ce­chy były z ko­lei zu­peł­nie nie­znane wszyst­kim fa­ce­tom, któ­rych spo­ty­kała, od­kąd prze­pro­wa­dziła się do War­szawy. No i co tu ukry­wać, Kuba jest przy­stojny. Na­resz­cie mia­łaby kim za­im­po­no­wać Pa­try­cji.

V

"Za­ko­pane sto­licą pol­skich Tatr". Każdy sły­szał ten slo­gan. A jak sto­lica Tatr, czyli gór, to - zimą i wcze­sną wio­sną - także i nart. Wie­rzą w to tłumy Kra­ko­wian, Ślą­za­ków, War­sza­wia­ków, a na­wet Gdańsz­czan. A na do­da­tek ko­chają oni ten swój sym­bol bia­łego sza­leń­stwa mi­ło­ścią czy­stą i... nie­od­wza­jem­nioną. Wier­nym fa­nom za­tło­czo­nej, przy­kry­tej czapką smogu mie­ściny nie prze­szka­dza, że ich "nar­ciar­ska sto­lica" ofe­ruje za­le­d­wie kilka tras zjaz­do­wych, z któ­rych po­łowa jest tak pła­ska, że aby się z nich zsu­nąć, trzeba do­brze na­ro­bić się kij­kami. Po­zo­stałe dla od­miany są kar­ko­łom­nie nie­przy­go­to­wane do jazdy - we­hi­kuł zwany ra­tra­kiem go­ści na nich rzadko i tylko przez chwilę (znacz­nie czę­ściej można spo­tkać tam śmi­gło­wiec TOPR zbie­ra­jący ze stoku po­ła­mań­ców). Muldy wiel­ko­ści nad­mor­skich wydm, śli­zgawki nie­znacz­nie tylko ustę­pu­jące ja­ko­ścią lodu to­rowi dla pan­cze­ni­stów, ka­mulce po­ja­wia­jące się w naj­mniej spo­dzie­wa­nych miej­scach - oto, co (chcąc nie chcąc) uwiel­biają pol­scy nar­cia­rze. To dziwna ka­te­go­ria lu­dzi. Bez szem­ra­nia, przez cały so­botni po­ra­nek prze­dzie­rają się za­kor­ko­waną wą­ską Za­ko­pianką, aby w po­łu­dnie sta­nąć na szczy­cie Ka­spro­wego Wier­chu. Pięć mi­nut zjazdu, trzy­dzie­ści w ko­lejce do wy­ciągu, a w cza­sie prze­rwy na obiad - jesz­cze czter­dzie­ści ocze­ki­wa­nia na ka­wa­łek pizzy w knaj­pie. Dwa dni zla­tują jak z bi­cza strze­lił. W nie­dzielne po­po­łu­dnie na­stępne parę go­dzin na Za­ko­piance i już w po­nie­dział­kowy po­ra­nek można po­wie­dzieć w pracy: "Ale to był za­je­biasz­czy week­end!".

Do tej fa­na­tycz­nej spo­łecz­no­ści na­leży także Ola. Na de­skach jeź­dzi od dziecka. To za­sługa dziadka - on ku­pił jej przed laty pierw­sze narty. Dziew­czyna nie wy­ob­raża so­bie se­zonu bez kilku wi­zyt na Ka­spro­wym i No­salu. A po­nie­waż w re­dak­cji o urlop trudno, nad­ga­nia week­en­dami. Do Za­ko­pa­nego, a kon­kret­nie do tej sa­mej od lat kwa­tery przy ulicy Kar­ło­wi­cza, jej Mi­cra mo­głaby tra­fić na­wet na węch. Stromy stok za­raz na po­czątku zjazdu z Ka­spro­wego Wier­chu na stronę Do­liny Gą­sie­ni­co­wej to jej uko­chane miej­sce na Ziemi. Nic nie mąci jej szczę­ścia, gdy spor­towe Ros­si­gnole tną prze­mar­z­nięty śnieg, a nogi jak dwa amor­ty­za­tory dy­na­micz­nie wy­bie­rają nie­rów­no­ści muld. Ow­szem, była dwa razy w Al­pach. Rów­niut­kie stoki, nie­mal pu­ste wa­go­niki ko­lejki gór­skiej, je­den kar­net na wszyst­kie kil­ka­dzie­siąt tras zjaz­do­wych w oko­licy... Za każ­dym ra­zem wra­cała znu­dzona.

***

Kuba zdaje so­bie sprawę, ja­kie to wy­róż­nie­nie, że Ola za­pro­siła go na week­end w Za­kopcu. Od czasu ka­ta­stro­fal­nego - w jego oczach - wy­stępu w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej spo­ty­kają się nie­mal co­dzien­nie. Było już kino (trzy razy), te­atr (raz, bo trudno do­stać bi­lety), bi­lard (dwa razy), ko­la­cja we dwoje (oboje nie lu­bią drob­no­miesz­czań­skiego za­dę­cia, więc po­szli do McDo­na­lda), a na­wet spa­cer w Ogro­dzie Ła­zien­kow­skim. To wła­śnie tam ją po­ca­ło­wał.

Sie­dzieli na ławce (bez trudu zna­leźli wolną, w pierw­szej po­ło­wie marca było jesz­cze zimno jak dia­bli), kar­mili kaczki, roz­ma­wiali. O czym? Kuba nie ma po­ję­cia. Od­kąd tylko tam przy­sie­dli, w gło­wie miał jedną myśl: "MU­SZĘ TO ZRO­BIĆ". Pa­trzył na jej usta. Coś mó­wiła, uśmie­chała się, a on wy­obra­żał so­bie wy­łącz­nie, jak by to było wpić się w nie war­gami. Zer­kał na jej szczel­nie osło­nięty przed zim­nem de­kolt i... aż mu się go­rąco ro­biło, gdy od­sła­niał w my­ślach jej nie­duże, kształtne piersi. Ze­zo­wał na­wet na jej bio­dra, a wtedy w gło­wie ry­so­wał mu się ob­raz... No do­bra, na ra­zie jego plan koń­czył się na pierw­szym po­ca­łunku. Nie ja­kimś tam przy­ja­ciel­skim buzi w po­li­czek czy mu­śnię­ciu ustami jej wło­sów. P-O-C-A-Ł-U-N-E-K. Ola go jed­nak onie­śmie­lała.

"A może nie jest jesz­cze zde­cy­do­wana? Może ją tylko do sie­bie znie­chęcę? Czy na­wet wręcz ob­rażę? To prze­cież piękna ko­bieta, pew­nie ma ja­kie­goś fa­ceta!" - po gło­wie błą­dził mu ze­staw obaw i kom­plek­sów.

W tym cza­sie Ola znowu coś po­wie­działa. Do za­klaj­stro­wa­nego te­sto­ste­ro­nem mó­zgu Kuby ten ko­mu­ni­kat prze­dzie­rał się w żół­wim tem­pie. Ale kiedy już tam tra­fił, wzbu­dził pa­nikę. Brzmiał w skró­cie tak: skoń­czyła się karma, kaczki so­bie po­szły, my chyba też się zbie­ramy.

"Zbie­ramy?" To by ozna­czało ko­lejną nie­wy­ko­rzy­staną oka­zję! "Zrób to. Po pro­stu dzia­łaj!" - roz­ka­zał so­bie w my­ślach i...

- Zimno ja­koś - oświad­czył od­kryw­czo, ota­cza­jąc dziew­czynę ra­mie­niem i przy­su­wa­jąc się tak bli­sko, że na udzie po­czuł cie­pło jej bio­der.

Ola spoj­rzała w górę lekko za­sko­czona. Z od­le­gło­ści kilku cen­ty­me­trów wi­dział jej nie­bie­skie oczy, czoło nie­mal za­sło­nięte rów­niutką grzywką, czuł na twa­rzy jej od­dech. Po­chy­lił się lekko, przy­mknął oczy i (na­resz­cie!!!) po­czuł jej usta na swo­ich. Cie­płe, o smaku tru­skaw­ko­wej po­madki, przy­pra­wia­jące o dresz­cze. Po­ca­ło­wał ją de­li­kat­nie, jakby za­da­wał py­ta­nie. Po­tem jesz­cze raz, wcią­ga­jąc no­sem bo­ski za­pach jej ciała. Usta dziew­czyny le­ciutko się roz­chy­liły. Od­wza­jem­niła jego piesz­czotę, od­da­jąc mu cząstkę swo­jej wil­goci i cie­pła.

Kilka mi­nut póź­niej, kiedy zdy­szani, za­ru­mie­nieni, oszo­ło­mieni tym no­wym wszech­świa­tem, który wła­śnie za­częli wspól­nie od­kry­wać, ode­rwali się od sie­bie, Ola spy­tała:

- Wy­je­dziesz ze mną na narty? Na week­end?

Aż za­krę­ciło mu się w gło­wie.

Bo po pierw­sze - Ola już setki razy opo­wia­dała mu, jaką pa­sją jest dla niej to całe ze­śli­zgi­wa­nie się po stoku (w ży­ciu nie przy­szłoby mu do głowy, że taka ba­na­lna czyn­ność może bu­dzić aż ta­kie emo­cje, ale nie­ważne) i jak nie­zwy­kłym miej­scem jest dla niej Za­ko­pane. W jed­nej chwili po­jął więc, że ta week­en­dowa pro­po­zy­cja jest jak za­pro­sze­nie do klubu tylko dla VIP-ów, byle komu Ola by go nie wrę­czyła. No i po dru­gie - week­end ozna­cza dwa dni: so­botę i nie­dzielę. A co jest po­mię­dzy so­botą i nie­dzielą? Tak! Te dwa piękne dni dzieli jedna noc! Noc, którą się spę­dza w po­koju, a kon­kret­nie w łóżku. Aż mu się nogi ugięły, kiedy zdał so­bie sprawę, że wła­śnie do­stał szansę spę­dze­nia z tą wspa­niałą ko­bietą - o któ­rej nie po­tra­fił już my­śleć bez naj­wyż­szych emo­cji - jed­nej, fan­ta­stycz­nej nocy.

- Ja­sne! - od­po­wie­dział na­tych­miast. I do­piero po chwili, z nutką nie­po­koju do­dał: - Tyle że ja jesz­cze ni­gdy...

- O to się nie martw! Po­ży­czymy dla cie­bie narty i za­biorę cię na ja­kąś oślą łączkę. Raz dwa na­uczysz się jeź­dzić.

***

- Je­dziemy ra­zem na narty! - oświad­cza na­za­jutrz (jest po­nie­dzia­łek) Ola.

- Nie, dzięki. Ze spor­tów to ja lu­bię tylko fan­ta­styczne, upojne i... wy­bacz, skar­bie... ale he­te­ro­sek­su­alne bzy­kano - od­po­wiada Pa­try­cja, na­wet nie od­ry­wa­jąc wzroku od kom­pu­tera.

- Nie z tobą, wa­riatko! Z nim!

Pa­try­cja aż pod­ska­kuje na krze­śle.

- Za­pro­si­łaś ob­cego fa­ceta do swo­jej świą­tyni dwóch de­sek?!

- Nie taki on już obcy... - Ola nie­win­nie spusz­cza wzrok.

- Zro­bi­li­ście to? - Oczy Pa­try­cji nie­mal wy­cho­dzą z or­bit.

- No... Pra­wie. Po­ca­ło­wał mnie.

- Ach tak, po­ca­ło­wał. - Pati wy­raź­nie się uspo­kaja. - Ja, po paru drin­kach w klu­bie, ca­łuję się z fa­ce­tami, za­nim jesz­cze spy­tają, jak mam na imię. Fakt, że cza­sami w ogóle póź­niej nie py­tają... No nic, nie­ważne. Do­bre i to. Więc się po­ca­ło­wa­li­ście i je­dzie­cie ra­zem na narty. Su­per.

- Już my­śla­łam, że ni­gdy tego nie zrobi - opo­wiada da­lej Ola, nie za­uwa­ża­jąc na­wet dy­le­ma­tów tar­ga­ją­cych jej przy­ja­ciółką. - Przez pół go­dziny sie­dzia­łam na ławce w parku. Zmar­z­łam tak, że za­czy­na­łam już tra­cić czu­cie w pal­cach. Wy­czer­pa­łam też wszyst­kie te­maty do roz­mowy, na­kar­mi­łam po gar­dło całe stado ka­czek, a on sie­dział jak po­sąg i tylko tak­so­wał mnie wzro­kiem.

- Tak­so­wał wzro­kiem, po­wia­dasz? To już coś, na­prawdę. Ten mój, z któ­rym się te­raz spo­ty­kam, jest jesz­cze bar­dziej nie­śmiały. Wpada wręcz w pa­nikę, gdy tylko pró­buję wy­cią­gnąć go gdzieś sam na sam. Boi się, że chcę go upro­wa­dzić i sprze­dać na or­gany, czy jak?

- No więc sie­dzimy tak i sie­dzimy... - nie daje się wy­trą­cić z rytmu Ola - a on nic. Gdyby to był ktoś inny, już dawno bym so­bie po­szła i wy­ka­so­wała nu­mer te­le­fonu ta­kiego nie­dojdy. Ale on jest taki... Wiesz, to uro­cze. Wielki fa­cet. Mę­ska uroda. A taki ży­ciowo bez­bronny, na­iwny na­wet.

- O, o! - prze­rywa jej Pati. - Mój to samo. Tyle że go­rzej. Ru­mieni się, jak po­wiem coś bar­dziej pi­kant­nego, co chwila ucieka ze wzro­kiem. Ci duzi fa­ceci tak mają czy ki dia­beł?

- Mó­wisz o swoim in­struk­to­rze kung-fu?

- No a o kim by in­nym? Ile ja się za tym chło­pem na­la­ta­łam... A on jak księż­niczka uwię­ziona przez smoka na wieży. Nie­do­stępny, od­le­gły. Mam na­dzieję, że cho­ciaż tego smoka ma jak się pa­trzy, bo ina­czej...

- Pati, nie bądź wul­garna!

Wy­bu­chają śmie­chem.

- Po­wiedz le­piej, czym się ten twój zaj­muje? - wraca do roz­mowy Pa­try­cja.

- Wła­ści­wie to... nie wiem. Pod­czas ran­dek to ja ga­dam jak na­jęta. On tylko słu­cha. Ma­ło­mówny gość. Ale jak umie słu­chać, ci mó­wię, dziew­czyno...

- Faj­nie. Ca­łu­jesz się z nie­zna­jo­mymi. Idziesz w moje ślady.

- No bez prze­sady. Spo­ty­kamy się już trzeci ty­dzień.

- Ża­den z mo­ich związ­ków nie prze­trwał aż ta­kiej próby czasu - ko­men­tuje Pa­try­cja z uśmie­chem. - No, nie li­cząc tego bie­żą­cego. Z pa­nem Piękna Wio­sna. Ale czy to w ogóle jest zwią­zek? Nie by­li­śmy ra­zem na­wet w ki­nie.

- Jak to? Mó­wisz prze­cież, że się spo­ty­ka­cie?

- No tak, ale za­wsze tylko po tre­ningu i za każ­dym ra­zem są z nami dziew­czyny, z któ­rymi ćwi­czę.

- O cho­lera...

- Nie-nie, czuję, że to musi być z jego strony coś wię­cej - do­daje szybko Pa­try­cja. - Bo zresztą po co ła­ziłby z nami na te ciastka i pizzę, gdyby cze­goś do mnie nie czuł?

- Z głodu?

- Prze­stań, nie na­śmie­waj się. Jesz­cze go zła­pię w sieć. Może tym ra­zem ty mi pod­po­wiesz? Jak usi­dlić cho­ro­bli­wie nie­śmia­łego fa­ceta? Bo ja do tej pory spo­ty­ka­łam ra­czej tylko ta­kich, któ­rzy od razu pchają łapy pod su­kienkę...

***

- Wiesz, mia­łem ochotę spu­ścić ci ło­mot - oznaj­mia Kuba lek­kim, ra­do­snym wręcz to­nem Dar­kowi.

Po­wie­dzieć, że to wy­zna­nie robi na ad­re­sa­cie pio­ru­nu­jące wra­że­nie, by­łoby prze­sadą, ale Da­rek zerka jed­nak ba­daw­czo na przy­ja­ciela. Kuba jest od niego wyż­szy o głowę, szer­szy w ra­mio­nach, a klata in­struk­tora kung-fu roz­pie­ra­jąca swe­ter w nor­we­skie wzory mo­głaby wzbu­dzić re­spekt na­wet u Pu­dziana.

- Za ten pro­gram? - pyta dla pew­no­ści. W my­ślach się po­cie­sza, że w pu­bie, a więc w miej­scu pu­blicz­nym, Kuba nie zrobi za­dymy. Zwłasz­cza, że to Da­rek za­pła­cił za piwo.

- Cy­nicz­nie mnie w to wma­new­ro­wa­łeś, ko­lego.

- Fakt. Też mi to nie daje spo­koju.

- To­bie nie daje spo­koju, a mnie na ulicy za­cze­piają obce pa­niu­sie ze sło­wami otu­chy i wy­ra­zami współ­czu­cia. Ostatni raz w wa­rzyw­niaku... Do­bra, nie chcę na­wet o tym ga­dać. Wiesz, jak nie zno­szę współ­czu­cia. Do­dam tylko, że moja mama, która wpraw­dzie pro­gramu nie oglą­dała, ale szybko jej o moim wy­stę­pie do­nie­siono, nie od­zy­wała się do mnie przez trzy doby. A nor­mal­nie dzwoni dwa razy dzien­nie!

- Spy­tam od razu, żeby mieć to z głowy - prze­rywa mu Da­rek gło­sem, w któ­rym pra­wie już nie sły­chać lek­kiego drże­nia. - Co cię w ta­kim ra­zie po­wstrzy­muje przed obi­ciem mi mordy?

- Ola - od­po­wiada Kuba. - To dzięki to­bie ją po­zna­łem.

- Ola? Jaka Ola? No nie... Nie mów, że ta z pro­gramu!

- Ta z pro­gramu.

- Okej, w po­rządku, bez agre­sji, druhu. La­ska jest fajna, wy­soka, zgrabna. Cycki mo­głaby mieć tro­chę więk­sze. Za to du­peczka... - prze­rywa, bo w dal­szej wer­ba­li­za­cji prze­szka­dza mu dłoń Kuby za­ci­ska­jąca się na jego krtani.

- Mó­wisz o dziew­czy­nie, którą - za­cina się Kuba i czer­wie­nieje - którą...

- Ko­chasz? - chrypi Da­rek.

- Cho­lera, chyba tak.

- Nie, no to su­per. Re­we­la­cja. Na­resz­cie da­łeś się któ­rejś zdo­być. A z tymi cyc­kami to nie, spoko. Na pewno są fajne, jędrne i... Luz bra­cie, luz - do­daje szybko, wi­dząc spoj­rze­nie Kuby. - Le­piej opo­wiedz, jak wy tam ra­zem tego-tego.

Kuba wzdy­cha ni­czym dwu­dzie­sto­wieczny pa­ro­wóz.

- Tylko się ca­ło­wa­li­śmy - oznaj­mia.

- Tylko się ca­ło­wa­li­ście - po­wta­rza Da­rek, a jego twarz wy­raża lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. - No nic, jak na cie­bie to i tak za­wrotne tempo. Pa­mię­tam, jak wtedy w li­ceum się za­ko­cha­łeś. Spo­ty­ka­łeś się z la­ską przez pół roku, aż do wa­ka­cji, a ona na­wet nie za­uwa­żyła, że ją ad­o­ru­jesz.

- Aż w końcu mi ją od­bi­łeś.

- Od­bi­łeś? Ja tylko ją prze­le­cia­łem po szkol­nej dys­ko­tece. Mo­głeś ją so­bie da­lej uwo­dzić.

- Hm.

- Tak-tak, wiem. Zo­stała zbru­kana i już nie była godna two­ich umi­zgów. Znam te twoje wy­na­tu­rzone po­glądy. Ho­nor po­nad wszystko.

- Słu­chaj, cie­szę się, że faj­nie się ba­wisz moim kosz­tem, ale chcia­łem się po­ra­dzić... - zmie­nia te­mat Kuba.

- Py­taj. Wiem o ko­bie­tach wszystko.

- Spo­ty­kam się rów­no­cze­śnie z kimś in­nym...

- Z kim? Ze swoją matką?

- Stary, prze­stań ro­bić so­bie jaja. Mó­wię po­waż­nie.

Za­pada chwila na­pię­tego mil­cze­nia.

- Nie do wiary - od­zywa się wresz­cie Da­rek. - No, bra­cie, za­ska­ku­jesz mnie. Spo­ty­kasz się z dwiema la­skami. Ty?

- No więc... z tą drugą to tak na niby.

- Na niby? A co to zna­czy?

- To moja kur­santka. Cho­dzi na tre­ningi tylko dla­tego, że się jej po­do­bam. Gdy­bym dał jej wy­raź­nego ko­sza i by ode­szła, to roz­sy­pa­łaby mi się cała grupa. A klub cienko przę­dzie...

- Nie wie­rzę! Znam cię bli­sko dwa­dzie­ścia lat, a oka­zuje się, że w ogóle cię jesz­cze nie roz­gry­złem. Upra­wiasz seks z pa­nienką tylko po to, żeby pła­ciła ci za tre­ningi? Stary, sza­cu­nek, je­steś mę­ską dziwką!

Ostat­nie zda­nie Da­rek wy­po­wiada na tyle gło­śno, że lu­dzie przy są­sied­nich sto­li­kach od­wra­cają w ich stronę głowy. Któ­ryś z pod­pi­tych by­wal­ców rzuca na­wet pod ich ad­re­sem pół­gęb­kiem: "Cho­lerne sprze­dajne cioty". Nie zwra­cają jed­nak na to uwagi.

- Nie, nie upra­wiam z nią seksu - tłu­ma­czy Kuba ści­szo­nym gło­sem. - Na­wet nie spo­ty­kam się z nią na rand­kach. W ogóle nie daję jej żad­nych na­dziei, że coś mię­dzy nami bę­dzie.

- Nie da­jesz jej na­dziei, ale ona na­dzieję ma. Długo już cho­dzi na te twoje tre­ningi?

- Parę ty­go­dni...

- No to sprawa jest po­ważna.

- Tak my­ślisz?

- Go­rzej. Przy­pusz­czam, na pod­sta­wie swo­ich licz­nych i buj­nych do­świad­czeń z ko­bie­tami, że ona so­bie tę sy­tu­ację in­ter­pre­tuje ko­rzyst­nie dla sie­bie.

- Co to zna­czy, do dia­bła?

- Psy­cho­log na­zwałby to... uwa­żaj, trudne słowo: "ra­cjo­na­li­za­cją".

- Jaką ra­cjo­na­li­za­cją? Mów ja­śniej.

- Ra­cjo­na­li­za­cja po­lega na tym, że tłu­ma­czysz so­bie sy­tu­ację, która jest dla cie­bie nie­wy­godna, upo­ka­rza­jąca, ża­ło­sna po pro­stu, w taki spo­sób, by stała się wy­god­niej­sza i bar­dziej zno­śna. Je­śli więc pa­nienka uga­nia się za fa­ce­tem od paru ty­go­dni, to zna­czy, że... na­wet je­śli on wi­dzi to zu­peł­nie ina­czej... uważa się za jego dziew­czynę. Bo ina­czej stra­ci­łaby do sie­bie sza­cu­nek.

- O w mordę...

- Tra­fi­łeś w sedno.

- Za dwa dni jest pią­tek - mówi Kuba po dłuż­szej chwili mil­cze­nia.

- Co do dnia, skoro dzi­siaj jest środa - po­twier­dza Da­rek.

- W piątki mamy tre­ningi. Po za­ję­ciach po­wiem Pa­try­cji, że się z kimś spo­ty­kam. Zwłasz­cza że w so­botę o świ­cie je­dziemy z Olą do... Nie­ważne.

- Ja­sne. Nie­ważne. Na­pi­jemy się jesz­cze?

***

Piąt­kowy po­ra­nek to nie jest zwy­kły po­ra­nek. To jest PIĄT­KOWY PO­RA­NEK. Ko­niec ty­go­dnia, jesz­cze tylko osiem go­dzin pracy, da się wy­trzy­mać. A po­tem week­end. I to jaki! Z Kubą, we dwoje, w jed­nym po­koju. Ja­kim okaże się ko­chan­kiem? Pew­nie czu­łym, de­li­kat­nym. Pew­nie ona bę­dzie dla niego księż­niczką, główną wy­graną w lotto, naj­wyż­szym bo­nu­sem od losu. Tak to so­bie wy­ob­raża. Tego chce. Już wiele razy wi­działa w my­ślach jego nagi tors, mocne dło­nie błą­dzące po jej bia­łym ciele, przy­spie­szony od­dech mu­ska­jący twarz, piersi, brzuch, a także ni­żej, ach, jesz­cze ni­żej! Czy rze­czy­wi­ście bę­dzie taki w łóżku? Na­wet je­śli nie, wy­star­czy, że nie ob­róci się po wszyst­kim na bok i nie za­śnie od razu. Że także już "po" bę­dzie roz­cze­sy­wał pal­cami jej włosy, ca­ło­wał wnę­trza jej dłoni, pie­ścił ustami kark. Tak dawno już nie była za­ko­chana. Tyle czasu mi­nęło, od­kąd spała z męż­czy­zną. Ten ostatni, fo­to­graf, oka­zał się kom­pletną po­rażką. Rok temu wkrę­cił ją w naj­bar­dziej ba­na­lną i że­nu­jącą ze wszyst­kich sy­tu­acji, ja­kie mogą się przy­tra­fić ko­bie­cie: uwiódł, prze­le­ciał, a po­tem na im­pre­zie, na którą po­szli jako para, śli­nił się do na­sto­let­niej ho­stessy w stroju kró­liczka. Brrr. Na szczę­ście Kuba wy­gląda na praw­dzi­wego fa­ceta. Uczci­wego, szcze­rego, no i za­ko­cha­nego...

- Ale ci za­zdrosz­czę - mówi przy eks­pre­sie do kawy Pa­try­cja. - Już ju­tro czeka cię ka­skada or­ga­zmów, wy­zna­nia mi­ło­ści, czu­ło­ści, sru­ło­ści, no su­per­randka po pro­stu.

- Ka­skada or­ga­zmów? Pati, li­to­ści, skąd wy­trza­snę­łaś to po­wie­dze­nie? Z har­le­qu­ina?

- Taki je­den mi kie­dyś obie­cy­wał. Na im­pre­zie. Ale się spił i za­snął na pod­ło­dze w ła­zience.

- A jak twój przy­stojny in­struk­tor? - szybko zmie­nia te­mat Ola.

- Jak zwy­kle. Tylko ma­cha rę­kami i no­gami. In­nych człon­ków nie używa.

- Kiedy znowu się spo­ty­ka­cie?

- Dzi­siaj mam tre­ning. Ko­lejny. Pew­nie znowu na za­koń­cze­nie ukło­nimy się so­bie po ja­poń­sku czy tam po chiń­sku, wszystko jedno. I wrócę do domu przed te­le­wi­zor jeść czipsy i lody ka­wowe. A dupa ro­śnie...

- Mu­sisz prze­jąć ini­cja­tywę, coś zro­bić, za­chę­cić go.

- Olka, w przej­mo­wa­niu ini­cja­tywy to ja aku­rat je­stem mi­strzy­nią świata. Tyle że ten ja­koś mi się cią­gle wy­myka. Może coś ro­bię źle? Czymś go zra­żam? A wiesz... Mo­gła­byś pójść dziś z nami na tre­ning? Po­znasz mo­jego... jak to się mówi? Sifu! Czyli mi­strza. Nie mu­sisz ćwi­czyć, po­pa­trzysz so­bie, prze­ana­li­zu­jesz ten trudny przy­pa­dek. Może po­tem coś do­ra­dzisz.

- Faj­nie, ale ju­tro o świ­cie wy­jeż­dżam. Chcę się spa­ko­wać, wy­spać...

- No prze­cież nie każę ci się ga­pić na niego przez całą noc! Tre­ning jest na dzie­więt­na­stą. Pół­to­rej go­dzinki po­pa­trzysz, jak się po­cimy, po­tem po­mo­żesz mi go tylko wy­cią­gnąć gdzieś do klubu i już cię nie ma. Albo przy­naj­mniej po­wiesz, co ro­bię z tym go­ściem nie tak i jak mam go roz­ru­szać. A poza tym nie ga­daj, że jesz­cze się nie spa­ko­wa­łaś. Jak cię znam, to wa­lizy masz już go­towe od po­nie­działku.

Ola lekko się czer­wieni. Fakt, jest spa­ko­wana, na­wet narty zdą­żyła ode­brać z prze­glądu. I ku­piła nową czapkę. Pod ko­lor bu­tów nar­ciar­skich. Więc...

- No do­bra, wpadnę tam z tobą. Ale nie obie­cuj so­bie za wiele. Wszyst­kie moje związki koń­czyły się za­wsze wiel­kim bum! Ci dra­nie oka­zy­wali się nie­lo­jalni, nie­szcze­rzy i za­kła­mani. Nie wiem, czy wszy­scy fa­ceci są tacy, czy tylko ja przy­cią­gam sa­mych ośli­zgłych ty­pów...

- Na szczę­ście te­raz po­zna­łaś cho­dzący ideał.

- No ra­cja. Te­raz to wy­gląda bar­dzo, na­prawdę bar­dzo obie­cu­jąco. - Ola pusz­cza oko do przy­ja­ciółki.

***

Ulica Grzy­bow­ska w War­sza­wie to na­prawdę do­bry punkt. Cen­trum mia­sta, wo­kół same no­wo­cze­sne biu­rowce i apar­ta­men­towce, o rzut be­re­tem Dwo­rzec Cen­tralny, Złote Ta­rasy i ho­tel Mar­riott. Krótko mó­wiąc - pre­sti­żowe miej­sce. Kiedy więc pół roku temu Kuba wy­naj­mo­wał lo­kal na par­te­rze od ad­mi­ni­stra­cji paru kil­ku­na­sto­pię­tro­wych, pa­mię­ta­ją­cych jesz­cze epokę Gierka blo­ków, był ab­so­lut­nie pe­wien suk­cesu. Wszystko zda­wało się mu sprzy­jać. Na­wet czynsz nie był wy­soki - mocno za­nie­dbane wie­żowce stoją nieco w głębi ulicy, skle­pi­ka­rze i re­stau­ra­to­rzy nie byli tym miej­scem spe­cjal­nie za­in­te­re­so­wani. Na sprzęt do ćwi­czeń Kuba nie za bar­dzo mógł so­bie po­zwo­lić (ku­pił tylko je­den atlas z ła­we­czką do wy­ci­ska­nia sztangi, jedną bież­nię i je­den ro­wer sta­cjo­na­rny), po­sta­wił więc na po­czą­tek na tre­ningi Wing Tsun Kuen. No i prze­li­czył się. Po pro­stu padł ofiarą tego, co w psy­cho­lo­gii biz­nesu na­zy­wają my­śle­niem ży­cze­nio­wym, czyli in­ter­pre­to­wa­niem wszyst­kich fak­tów wy­łącz­nie na swoją ko­rzyść i za­kła­da­niem tylko jed­nego, opty­mi­stycz­nego, sce­na­riu­sza. Nie prze­wi­dział, że pre­sti­żowa lo­ka­li­za­cja City Fit­ness Club okaże się jego... naj­słab­szą stroną. Ar­mia urzęd­ni­ków, me­ne­dże­rów i biz­nes­me­nów (a więc po­ten­cjal­nych klien­tów), za­sia­da­jąca co­dzien­nie w no­wo­cze­snych bu­dyn­kach wo­kół, omi­jała to miej­sce sze­ro­kim łu­kiem. Dla­czego? Bo w oko­licy, czę­sto wręcz w ich wła­snych biu­row­cach, było kil­ka­na­ście in­nych, dużo le­piej wy­po­sa­żo­nych sa­lo­nów fit­ness. To, że Kuba dał na swoje za­ję­cia naj­niż­szą cenę, było ko­lej­nym mi­nu­sem jego klubu. Lu­dzie suk­cesu nie chcieli ćwi­czyć tam, gdzie ta­nio­cha. Pra­gnęli spa­lać ka­lo­rie, bu­do­wać masę mię­śniową i wy­pa­cać tok­syny w miej­scach luk­su­so­wych, nie dla wszyst­kich, tam - rzecz istotna - gdzie tre­no­wali ich prze­ło­żony oraz pre­zes i człon­ko­wie za­rządu ich firmy. Kuba ze swoim kung-fu (na które, szcze­rze mó­wiąc, moda prze­mi­nęła trzy de­kady temu) od po­czątku nie miał szans. Wciąż jed­nak duma nie po­zwa­lała mu tego przy­znać.

- Ta­dam! To tu - oznaj­mia Pa­try­cja pod prze­szklo­nymi drzwiami z na­pi­sem City Fit­ness Club. - Za­raz zo­ba­czysz mo­jego księ­cia z bajki.

Całą grupką (z kil­koma to­wa­rzy­szą­cymi Pa­try­cji "od za­wsze" dziew­czy­nami z działu pro­mo­cji) wcho­dzą do holu.

- Cześć, Pa­weł! - po­zdra­wia Pati sto­ją­cego za nie­du­żym bar­kiem chło­paka o ce­rze do­brze wy­pie­czo­nej kaczki, wło­sach przy­ozdo­bio­nych blond pa­sem­kami i ze zło­ci­stym łań­cu­chem na szyi. Opięta pod­ko­szulka pod­kre­śla wy­rzeź­bione na si­łowni kształty bi­cepsa i klaty. Co tu dużo ga­dać - ko­leś, obok któ­rego trudno przejść obo­jęt­nie.

- Ja cie­bie chyba skądś... - za­ga­duje od razu do Oli Pa­weł. - Czy ty nie wy­stę­pu­jesz w te­le­wi­zji?

- Cza­sami, nie­zbyt czę­sto - od­po­wiada dy­plo­ma­tycz­nie dziew­czyna.

- O, jest mój naj­droż­szy Sifu! - prze­rywa im Pati. - Oleńko, po­znaj, pro­szę, Ku­bu­sia! - do­daje, pod­bie­ga­jąc do wy­so­kiego, mu­sku­lar­nego męż­czy­zny i za­wisa na jego szyi, wy­ci­ska­jąc mu mo­krego bu­ziaka na po­liczku.

Czas staje w miej­scu. Po­wie­trze za­mie­nia się w ga­la­retę, nie spo­sób od­dy­chać. Neu­rony Oli i Kuby prze­stają prze­ka­zy­wać im­pulsy z ich oczu do mó­zgów. W głę­bo­kiej ci­szy sły­chać tylko ude­rze­nia ich serc. Bum-bum, bum-bum, bum-bum.

- To ty... - szep­cze Ola.

- Ja... Ja wszystko ci... Tylko nie... - beł­ko­cze Kuba.

A po­tem czas znowu przy­spie­sza. Im­pulsy ner­wowe w gło­wie Oli prze­ska­kują na­gle ze stanu hi­ber­na­cji do po­ziomu sza­leń­czej go­ni­twy na to­rze for­muły pierw­szej. Ude­rze­nie ad­re­na­liny, która za­lewa wszyst­kie ko­mórki jej ciała, od­biera ja­sność my­śle­nia. Zresztą... co tu jest do roz­trzą­sa­nia? "Zdra­dził, upo­ko­rzył, oszu­kał, za­kpił" - wszystko spro­wa­dza się w tej chwili do tych czte­rech cza­sow­ni­ków. Nie za­sta­na­wia­jąc się, co chce do­kład­nie zro­bić, Ola robi krok w stronę Kuby (ten da­lej stoi jak słup soli, a na nim wisi Pa­try­cja). Po­tem na­stępny. I jesz­cze je­den. Ten ruch, ta ba­na­lna z po­zoru ak­tyw­ność, spra­wia, że sztorm w gło­wie Oli nie­spo­dzie­wa­nie za­mie­nia się w skutą lo­dem, zimną fu­rię.

- Py­ta­łaś, jak go roz­ru­szać - zwraca się do Pa­try­cji, nie od­ry­wa­jąc jed­nak spoj­rze­nia od spa­ni­ko­wa­nych, wy­trzesz­czo­nych oczu Kuby. - No to ci po­każę...

Jej ręka za­ta­cza w po­wie­trzu łuk, a otwarta dłoń z do­no­śnym pla­śnię­ciem lą­duje na jego le­wym po­liczku.

- Z nami ko­niec, cwa­niaczku - mówi po­zor­nie spo­koj­nym gło­sem (roz­ry­czy się do­piero w swoim au­cie), od­wraca się na pię­cie i ru­sza w kie­runku wyj­ścia.

- Z nami też ko­niec - nieco pi­skli­wie i tro­chę zbyt me­lo­dra­ma­tycz­nie do­daje Pa­try­cja, dla od­miany wa­ląc Kubę swoją drobną łapką z pra­wej strony. Na­stęp­nie bie­gnie za Olą, drąc na strzępy kar­net na tre­ningi, a za nią po­słusz­nie truch­tają dziew­czyny z pro­mo­cji.

Nie­liczni klienci klubu pa­trzą na Kubę w osłu­pie­niu. A on... Czuje się jak świą­teczny karp - dusi się, nie wi­dzi wyj­ścia z tej matni, jest kom­plet­nie sam i prze­czuwa, że to ko­niec. Blady jak trup (nie li­cząc dwóch krwi­sto­czer­wo­nych, po­ude­rze­nio­wych plac­ków na obu po­licz­kach) z tru­dem ła­pie ustami po­wie­trze. W gło­wie, ni­czym echo po prze­raź­li­wie pu­stej ja­skini, od­bija mu się jedno py­ta­nie po dru­gim: "Co ja zro­bi­łem? Jak mo­głem to tak spie­przyć?".

Tylko Pa­weł za­cho­wuje w tej sy­tu­acji spo­kój, a zdaje się try­skać hu­mo­rem.

- Wi­dzisz? Do dupy to twoje kung-fu. Nie obro­ni­łeś się na­wet przed strza­łami od pa­nie­nek. Mó­wię ci, prze­staw się na walki w klatce albo...

Na dźwięk tych słów Kuba na­gle się prze­bu­dza. Za późno, żeby za­trzy­mać Olę (dawno zdą­żyła wyjść) czy choćby swoje kur­santki (też już znik­nęły), ale za to w ide­al­nym mo­men­cie, żeby od­re­ago­wać się na iry­tu­ją­cym wpraw­dzie, ale mimo wszystko Bogu du­cha win­nym Pawle.

- Zwal­niam cię! Wy­pier­da­laj! - ry­czy w bi­tew­nym szale, chwy­ta­jąc go za ko­szulkę (Hil­fi­ger - kom­plet­nie po­rwana) i wy­rzu­ca­jąc na ze­wnątrz. Po chwili, w ślad za zwol­nio­nym w try­bie na­tych­mia­sto­wym pra­cow­niku, fru­nie na ulicę: jego kurtka, dre­sik i po­zo­sta­wiona na barku ko­mórka. Ku­bie to nie wy­star­cza. Z roz­dzie­ra­ją­cym: "Uuuu!" - rzuca się na drzwi do szatni i prze­bija je na wy­lot jed­nym ude­rze­niem wiel­kiej jak bo­chen pią­chy. Po­tem, z za­łza­wio­nymi oczami i płacz­li­wym okrzy­kiem: "Je­stem idiotą. Je­stem kom­plet­nym idiotą!", raz po raz ude­rza czo­łem w wy­ko­naną z płyty kar­ton-gips ścianę (po­zo­sta­wia­jąc w niej dziury i wgnie­ce­nia). Wszy­scy klienci, któ­rzy do tej pory nie opu­ścili jesz­cze sa­lonu fit­ness, ro­bią to te­raz, chył­kiem prze­my­ka­jąc obok mie­rzą­cego nie­mal dwa me­try i wa­żą­cego bli­sko sto kilo sza­lo­nego ol­brzyma. Kuba zo­staje sam w kom­plet­nie zde­mo­lo­wa­nym lo­kalu. Osuwa się na pod­łogę i pła­cze jak dziecko.

VI

He­lena sie­dzi w oknie swo­jego po­koju. Przez małe, po­łą­czone szpro­sami szybki, które odro­binę znie­kształ­cają ob­raz świata, pa­trzy na pro­wa­dzącą do domu drogę, nad którą po­chy­lają się lipy i wierzby pła­czące. Wła­śnie... płacz. He­lena ma do sie­bie pre­ten­sje o to, że nie pła­cze. Po­winna te­raz drzeć szaty, orać pa­znok­ciami de­kolt i po­liczki, wyć z roz­pa­czy... Nic z tego. Za­miast żalu czuje me­lan­cho­lię. Smu­tek? Tak, smu­tek oczy­wi­ście też. I ta­kie dziwne odrę­twie­nie. Nie­moc, ni­czym w cho­ro­bie. Brak sił i ener­gii, żeby choć pod­nieść się z krze­sła, przejść do ba­wialni, wyjść na dwór w nie­śmiałe pro­mie­nie kwiet­nio­wego słońca. Naj­chęt­niej w ogóle rano nie wsta­wa­łaby z łóżka. Ro­dzice by wy­ba­czyli. W ta­kiej sy­tu­acji... Ale Lo­dzia, ta po­zba­wiona wy­czu­cia Le­oka­dia, nic tylko traj­ko­tała od rana: "Pa­nienka nie może tak le­żeć. Trzeba się ru­szyć, śnia­da­nie zjeść, na dwór wyjść. Trzeba żyć da­lej. Nie wolno się pod­da­wać". Więc He­lena wstała, umyła się w mi­sce, ubrała. Do­szła jed­nak tylko do szez­longu przy oknie i opa­dła na sie­dzi­sko. I tępo w to okno pa­trzy. No bo ta nie­moc, nie­moc wszech­ogar­nia­jąca. Jak w cho­ro­bie.

Tyle że He­lena chora nie jest. Czuje się do­brze, go­rączki nie ma, w płu­cach czy­sto. Stwier­dził to le­karz we­zwany wczo­raj przez ro­dzi­ców. Zmie­rzył jej puls, srebr­nym mło­tecz­kiem spraw­dził od­ruch łok­ciowy i ko­la­nowy, na ko­niec przy­ło­żył ucho do jej ple­ców. Nic. "Na­pad ci­chej hi­ste­rii. Wą­troba uwol­niła złe hu­mory" - orzekł te­atral­nym szep­tem. Za­le­cił jesz­cze pi­cie na­paru z ru­mianku i szał­wii, za­in­ka­so­wał dwa ru­ble i wró­cił do mia­sta.

No więc me­lan­cho­lia. Tro­chę za mało jak na to, co się wy­da­rzyło. A do tego - to już naj­gor­sze - He­lena przy­ła­puje się co chwila na uża­la­niu się nad sobą. "Co ze mną bę­dzie... Zo­sta­łam sama... Pew­nie te­raz pi­sane mi już tylko sta­ro­pa­nień­stwo..." Oga­nia się od tych sa­mo­lub­nych my­śli jak może i stara się my­śleć O NIM. Ale wy­star­czy chwila nie­uwagi i hyc, w gło­wie znów ję­cze­nie: "No to co ja, nie­szczę­sna, mam te­raz zro­bić?".

Na­gle jej uwagę przy­kuwa ja­kiś ruch. W nie­rów­nym szkle okna He­lena wi­dzi ko­nia, gnia­do­sza cią­gną­cego ko­la­skę. Po­wozi po­stawny... no do­brze, po­wiedzmy szcze­rze - dość gruby męż­czy­zna. Ta­de­usz. He­lena zna go do­brze. Ten nie­młody już, prze­szło trzy­dzie­sto­letni pan, choć nie na­leży do ro­dziny, po­miesz­kuje od czasu do czasu w ich dworku. Ro­dzice po­nad sześć mie­sięcy temu, kiedy wielki po­żar z roku 1862 ob­ró­cił w zglisz­cza nie­mal cały Msz­czo­nów, uży­czyli mu po­koju na pię­trze. Piękny, z bal­ko­nem i wi­do­kiem na sad. Męż­czy­zna do­stał to lo­kum wpraw­dzie tylko na czas od­bu­dowy jego spa­lo­nej ka­mie­nicy, ale He­lena i tak nie może zro­zu­mieć, czemu ktoś wła­ści­wie obcy zaj­muje naj­lep­sze po­miesz­cze­nie w ich domu, a ona musi gnieź­dzić się wciąż na par­te­rze. "Gość w dom, Bóg w dom" - od­po­wie­dział na jej wy­rzuty oj­ciec. A po­tem, już do mamy i nie­mal szep­tem, do­dał: "No i do tego czasy są bar­dzo nie­pewne, walki się to­czą rap­tem sto ki­lo­me­trów stąd, le­piej pil­no­wać in­te­re­sów, bo tro­chę ru­bli na czarną go­dzinę się przyda. Prze­cież Ta­de­usz mógłby ku­po­wać drewno gdzie bądź, a bie­rze głów­nie ode mnie".

I oto znowu przy­je­chał. Ile to czasu go nie było? Ze dwa ty­go­dnie. Cie­kawe, ja­kie wie­ści z Msz­czo­nowa? Czy po Ko­ściele Świę­tego Jana Chrzci­ciela da­lej tylko zglisz­cza?

No i chyba już setny raz dzi­siaj He­lena ła­pie się na prze­stęp­stwie. Ko­lejny raz, za­miast ża­łoby, w jej gło­wie ja­kieś obce, nie­godne tej tra­gicz­nej chwili my­śli...

***

Ta­de­usz lubi wra­cać do ma­jątku Teo­dora i Zo­fii. Jest im też szcze­rze wdzięczny za go­ścinę, wikt i opie­ru­nek (oczy­wi­ście głupi nie jest, wie, że przy­gar­nęli go, bo jest za­możny i ma do­sko­nałe ko­nek­sje w za­rzą­dzie bu­dowy Ko­lei War­szaw­sko-Wie­deń­skiej, ale nie zmie­nia to faktu, że zaj­mują się nim jak człon­kiem ro­dziny). Po­doba mu się pa­nu­jący w ich dworku siel­ski spo­kój, pro­sto­duszna ser­decz­ność go­spo­da­rzy, no i... He­lena. Ta ru­do­włosa, zie­lo­no­oka i kom­plet­nie nie­do­stępna pięk­ność. Wie, że nie ma u niej żad­nych szans. Raz - dziew­czyna jest od niego młod­sza o kil­ka­na­ście lat. Ale to jesz­cze pół biedy. Dwa - jej ro­dzice, choć zu­bo­żali, to stara her­bowa szlachta. On zaś, cóż... nie­któ­rzy w Msz­czo­no­wie, oczy­wi­ście tylko za ple­cami, ga­dają na­wet, że jego oj­ciec nie­bosz­czyk szla­chec­kie po­cho­dze­nie so­bie ku­pił. Pies by ich... Nie­mniej to prawda, że ry­cer­skie ostrogi to w jego ro­dzi­nie od nie­dawna wi­szą, od dwóch po­ko­leń za­le­d­wie. Zresztą mniej­sza z tym. Ta­de­usz ma dość pie­nię­dzy, żeby po­za­my­kać ta­kim lu­dziom usta. Ale jest jesz­cze trzeci punkt. Panna He­lena jest już za­rę­czona. Z ja­kimś chłyst­kiem, go­ło­wą­sem z są­sied­niego ma­jątku. Któ­rego w do­datku te­raz li­cho po­gnało Bóg je­den wie do­kąd. Na wo­jaczkę mu się za­chciało, szcze­nia­kowi. "Po­wsta­niec" - mówi o nim z na­boż­nym sza­cun­kiem He­lena. Aku­rat po­wsta­niec. Po­wsta­nie to było za Ko­ściuszki. I w roku 1830, w li­sto­pa­dzie. A te­raz? Ru­chawka, awan­tura ja­kaś. Wię­cej z tego szkody niż... No bo, do li­cha cięż­kiego, Ro­sja­nie te­raz na każ­dego Po­laka jak na ban­dytę za­częli pa­trzeć, we­ksli nie biorą, że niby nam ufać nie można. Tylko straty w in­te­re­sach z tego. Ale dziew­czyna trak­tuje tego swo­jego "po­wstańca" nie­zwy­kle po­waż­nie. No i tej sprawy na­wet ktoś taki jak Ta­de­usz nie prze­sko­czy.

"Trudno. W Msz­czo­no­wie, albo i da­lej... w Gro­dzi­sku, pa­nien na wy­da­niu dzie­siątki, coś tam so­bie do­biorę" - my­śli chwacko Ta­de­usz, pa­trząc po­nad łbem swo­jego kłu­saka na bu­dy­nek, do któ­rego się zbliża. Ty­powy pol­ski dwo­rek. Par­te­rowy, drew­niany, z czte­ro­spa­do­wym wy­so­kim da­chem. Wej­ście po­ło­żone cen­tral­nie, trzy schodki po­nad po­zio­mem drogi, dwie drew­niane ko­lumny po bo­kach drzwi. Mo­drze­wiowe bale, z któ­rych zro­bione są ściany, ob­ło­żono ele­ganc­kimi de­skami, te z ko­lei po­bie­lono - ca­łość schludna, miła dla oka, choć... ba­na­lna.

- Wi­tam, wi­tam sza­now­nego... - Pan Teo­dor otwiera przed nim ra­miona. - Jak miło pana wi­dzieć ca­łego i zdro­wego w tych nie­pew­nych cza­sach.

- Kła­niam się ni­sko do­bro­dzie­jowi. - Ta­de­usz uśmie­cha się i pod­kręca krza­cza­stego czar­nego wąsa. - Czasy jak czasy. Dla jed­nego nie­pewne, dla in­nego do ro­bie­nia pie­nię­dzy każdy czas do­bry. Ale nic. Co tam sły­chać, pa­nie Teo­do­rze?

- Ech, złe wie­ści, ko­chany. Złe wie­ści...

- Cóż ta­kiego się stało? Ktoś zło­śli­wo­ści robi? Urzęd­nicy ci­sną? Mów pan śmiało. Może co zdo­łam po­móc, za go­ścinę się zre­wan­żo­wać...

- Wejdźmy do środka, mał­żonka za­raz ja­kąś prze­ką­skę za­rzą­dzi. I nie ma co ga­dać na progu. Czasy są bar­ba­rzyń­skie. Jesz­cze ktoś pod­słu­cha, wła­dzom do­nie­sie...

Wła­dzom? Do­nie­sie? Ta­de­usz jest za­in­try­go­wany. Cóż to za mroczne ta­jem­nice ma ten po­czciwy Teo­dor?

- Już idę - mówi. - Tylko tych parę dro­bia­zgów, co to aż z Gro­dzi­ska dla was przy­wio­złem, z ko­la­ski za­biorę.

- Ech, nie trzeba było pre­zen­tów, my i tak pana jak syna... - Z głębi domu do­cho­dzi głos Zo­fii.

- Pan Ta­de­usz zmę­czony - wpada jej w słowa Teo­dor. - Niech Lo­dzia wę­dlin ze spi­żarki przy­nie­sie. I cia­sto przy­da­łoby się za­gnieść...

- No to ja­kież to złe wia­do­mo­ści? - pyta Ta­de­usz, kiedy już prze­szedł przez sień i roz­siadł się na so­fie w ba­wialni.

Teo­dor rzuca szyb­kie spoj­rze­nie w drzwi kuchni, za któ­rymi Zo­fia po­ucza Le­oka­dię, żeby pie­czy­ste to od serca, na gru­bość palca dzi­siaj kro­iła.

- Mó­wić o ta­kich spra­wach nie­bez­piecz­nie - za­czyna, a Ta­de­usz aż się po­chyla z cie­ka­wo­ści w jego kie­runku (na tyle, na ile wiel­kie brzu­szy­sko po­zwala). - Ale jak pan na He­lenę po­pa­trzy i tak wszystko... Zresztą, ufam panu jak ro­dzi­nie, więc...

- Więc?

- List trzy dni temu przy­szedł.

- I co w tym dziw­nego? Poczta, zwłasz­cza tu nie­da­leko sto­licy Kró­le­stwa, na szczę­ście pra­cuje nor­mal­nie.

- Ale pa­nie Ta­de­uszu... to nie pocztą ten list przy­szedł.

- Po­sła­niec?

- I to jaki! - Teo­dor ze zde­ner­wo­wa­nia aż szar­pie swego rzad­kiego wąsa. - Ja­kiś nie­duży od­dział na­szych szedł od Piń­czowa z roz­ka­zami do War­szawy, i uwa­żaj pan, spe­cjal­nie do nas skrę­cili, żeby pi­smo wrę­czyć.

- Po­wstańcy? - pyta szep­tem Ta­de­usz. - Do was? Oj nie­do­brze, nie­do­brze, ko­chany. Jakby się Ru­scy do­wie­dzieli...

- Pa­nie ko­chany, nie­do­brze to się zro­biło do­piero, jak my ten list otwo­rzy­li­śmy.

- No? Mów pan na­resz­cie, bo na mnie za­raz poty ude­rzą!

- Sam ad­iu­tant ge­ne­rała Lan­gie­wi­cza na­pi­sał. Złe wie­ści. Bar­dzo złe. Ma­ciej nie żyje.

- Ma­ciej?

- No Ma­ciej! - Wi­dząc, że Ta­de­usz da­lej nie ro­zu­mie, Teo­dor do­rzuca gło­śniej: - Na­rze­czony Heli. Ma­ciej. Wielka bi­twa nie­cały mie­siąc temu, w po­ło­wie marca, pod Chro­brzem i Gro­cho­wi­skami była. Nasi po­bili Mo­skala, ale chło­pak zgi­nął.

- Ach tak... - Na twa­rzy Ta­de­usza ma­luje się au­ten­tyczny i szczery fra­su­nek. - Źle. Ma pan ra­cję, do­bro­dzieju. Źle się dzieje.

Teo­dor tylko przy­ta­kuje ski­nie­niem głowy.

- Ru­scy się te­raz wściekną - kon­ty­nu­uje Ta­de­usz. - Ko­ciego ro­zumu, za prze­pro­sze­niem, do­staną. Sank­cje ja­ko­weś się za­czną, re­pre­sje. Tylko pa­trzeć.

- A pan to tylko sank­cjami się przej­muje! - na­gle w ich roz­mowę wdziera się cie­niutki głos He­leny. - Że in­te­resy źle za­czną iść, o to się pan mar­twisz. A tam, w krwa­wej bi­twie, nasi chłopcy za oj­czy­znę się bili.

Na jej wej­ście obaj męż­czyźni pod­ry­wają się z miejsc, ale Teo­dor za­raz mówi do córki:

- Ko­cha­nie, wy­star­czy. Ani słowa nie trzeba wię­cej, bo gość...

- Ten po­rucz­nik, który list wy­słał, na­pi­sał, że de Ro­che­brune, puł­kow­nik mo­jego... - głos He­leny lekko się za­ła­muje - ...mo­jego na­rze­czo­nego, na­wet do­wódz­two mu­siał na ja­kiś czas prze­jąć. Bo bi­twa była tak ciężka, że na­sze od­działy zmie­szały się i w roz­sypkę iść za­częły. I tylko żu­awi twardo stali. I przy­kład in­nym dali taki, że wszy­scy na pole walki wró­cili... - Oczy He­leny czer­wie­nieją co­raz bar­dziej, pierś pod czarną suk­nią po­ru­sza się gwał­tow­nie, głos drży. Na­resz­cie czuje, że ta sła­bość, me­lan­cho­lia i co tu kryć: strach o wła­sną przy­szłość, które od trzech dni wła­dały jej my­ślami, ustę­pują, a w sercu bu­dzą się wznio­słe emo­cje.

- Ależ ja wcale... - pró­buje tłu­ma­czyć Ta­de­usz, lecz He­lena pły­nie da­lej na pa­trio­tycz­nej fali.

- To wła­śnie od­dział żu­awów śmierci z ko­sy­nie­rami puł­kow­nika Dą­brow­skiego po­szedł do kontr­ataku wprost na ro­syj­skie ar­maty. I roz­bił Mo­skali w puch. Tak zgi­nął mój na­rze­czony. A pan co? Wy­godną miał po­dróż z Msz­czo­nowa? Nie trzę­sło? Nie było za zimno? - wy­gła­sza ocie­ka­jącą ja­dem pu­entę He­lena, po czym od­wraca się na pię­cie i znika.

- Prze­pra­szam za córkę. - Pierw­szy z odrę­twie­nia bu­dzi się Teo­dor. - Nie jest sobą... Roz­pacz... Bab­ska hi­ste­ria... Wczo­raj na­wet me­dyka do niej...

- To pewna wia­do­mość? - prze­rywa mu nieco bez­ce­re­mo­nial­nie Ta­de­usz. - No, o tym Ma­cieju. Na­prawdę nie żyje?

- Pewna, nie­stety. Po­rucz­nik na­pi­sał, że chło­paka po­strze­lono w głowę. Pro­sto w czoło. Sko­nał tam, gdzie padł. Pan ofi­cer su­mi­to­wał się na­wet, że po­wstańcy sami go nie po­cho­wali, zresztą tak jak i wielu in­nych, bo straty duże po­nie­śli i z miej­sca bi­twy mu­sieli szybko się usu­nąć, na wy­pa­dek gdyby jaki za­gu­biony od­dział nie­przy­ja­ciela się przy­pa­łę­tał.

- Zo­sta­wili go kru­kom?

- Nie, je­den z ofi­ce­rów dał parę ko­pie­jek chłopu, który kilku nie­bosz­czy­ków na wóz wrzu­cił i do dworu naj­bliż­szego za­wiózł, żeby im tam kto chrze­ści­jań­ski po­chó­wek spra­wił.

VII

Pu­ka­nie w szybę. Ci­chut­kie, nie­pewne, ale nie­ustę­pliwe. Ten dźwięk długo prze­dziera się do świa­do­mo­ści Kuby, który sie­dzi po tu­recku na pod­ło­dze opu­sto­sza­łej salki tre­nin­go­wej i tępo gapi się przed sie­bie.

Puk, puk, puk.

Wresz­cie to usły­szał.

- Ola? Oleńko, to ty? - wy­rzuca z sie­bie, choć jesz­cze nie wie, kto puka. Pół­przy­tom­nym wzro­kiem wo­dzi na wszyst­kie strony, pró­bu­jąc zlo­ka­li­zo­wać źró­dło dźwięku. Okno na ulicę? Nie, ni­kogo tam nie ma. Drzwi wej­ściowe? Też nie. Nikt nie stoi w progu. Do­piero pół se­kundy póź­niej za­uważa sku­loną szarą po­stać przy­cza­joną obok barku. To wła­śnie ten ktoś, cho­lera - ktoś obcy, nie­zna­jomy, z pew­no­ścią nie­przy­po­mi­na­jący na­wet w przy­bli­że­niu "jego" Oli - upier­dli­wie stuka w kon­tuar z gru­bego, przy­dy­mio­nego szkła.

Po­wie­dzieć, że na twa­rzy Kuby ma­luje się roz­cza­ro­wa­nie, to za mało. Na jego ob­li­czu roz­lewa się wręcz ocean znie­chę­ce­nia i za­wie­dzio­nych na­dziei. Za­łza­wione oczy przez dłuż­szą chwilę przy­swa­jają ob­raz in­dy­wi­duum, które tak szpet­nie wpro­wa­dziło go w błąd. Ni­ski fa­cet w oku­la­rach. Ły­sie­jący, z ob­wa­rzan­kiem wło­sów wo­kół czaszki i za­cze­ską w stylu Alek­san­dra Łu­ka­szenki nad kom­plet­nie po­zba­wio­nym wło­sów czub­kiem głowy. Ubrany w ja­kiś przed­po­to­powy płaszcz. Na szyi za­wią­zany wy­mięty kra­wat, pod pa­chą wy­tarta ak­tówka.

- Win­dy­ka­tor? - pyta strasz­nym gło­sem Kuba.

Przy­le­piony do barku fa­ce­cik za­pada się w so­bie jesz­cze bar­dziej. Oczy­wi­ście po­nie­wcza­sie zdaje już so­bie sprawę z tego, że przy­szedł - mó­wiąc naj­de­li­kat­niej - w bar­dzo nie­od­po­wied­nim mo­men­cie. Ża­łuje, że wcze­śniej nie za­uwa­żył dziury zie­ją­cej w drzwiach do szatni, gruzu z roz­bi­tej ścianki dzia­ło­wej i drob­nych ele­men­tów gar­de­roby po­rzu­co­nych przez ko­goś, kto naj­wy­raź­niej w wiel­kim po­śpie­chu opusz­czał to miej­sce. I jesz­cze ten fa­cet, uży­wa­jąc urzęd­ni­czego żar­gonu: na­jemca lo­kalu, sie­dzący na pod­ło­dze i wpa­tru­jący się w niego dzi­kim wzro­kiem... Nie ma po­ję­cia, co się tu­taj wy­da­rzyło, ale cho­lera, na­prawdę stra­cił czuj­ność, skoro tu ot tak, po pro­stu wszedł.

- Czy jest pan win­dy­ka­to­rem? - pyta Kuba jesz­cze raz, groź­nie prze­cią­ga­jąc sy­laby. Rów­no­cze­śnie pod­nosi się, pro­stuje, robi krok w stronę nie­zna­jo­mego.

- A skądże znowu! Ja? W żad­nym wy­padku! - za­strzega czym prę­dzej sku­lona po­stać. A po­tem, od­ry­wa­jąc się wresz­cie od barku i ro­biąc kilka ostroż­nych krocz­ków w kie­runku wyj­ścia, do­daje: - Przy­sze­dłem, zdaje się, w nie­od­po­wied­nim... To ja póź­niej...

- Ależ nie - wzdy­cha z re­zy­gna­cją Kuba. - Pro­szę mó­wić. Co pana spro­wa­dza?

- Je­stem z ad­mi­ni­stra­cji. - Nie­zna­jomy na­dal wolno su­nie w stronę drzwi.

- Aha, z ad­mi­ni­stra­cji... i?

- I przy­nio­słem do­ku­ment...

- Aha. Do­ku­ment. Jaki do­ku­ment?

Męż­czy­zna le­ciutko się pro­stuje - na jego ob­li­czu po­ja­wia się wręcz cień pro­fe­sjo­nal­nej pew­no­ści sie­bie (od wyj­ścia dzieli go już tylko je­den sus) - i wpraw­dzie na­dal drżą­cymi rę­kami, ale już cał­kiem za­ma­szy­ście otwiera ak­tówkę. Wy­ciąga z niej ja­kiś wy­druk i po­daje Ku­bie. Ten po­chyla się nad kartką, a pra­cow­nik ad­mi­ni­stra­cji po­spiesz­nie sięga do klamki.

- Pod­wy­żka czyn­szu? Dwu­krotna?! - w gło­sie Kuby wi­bruje nie­do­wie­rza­nie przy­pra­wione nutą hi­ste­rii i kil­koma kro­plami roz­pa­czy.

Szary czło­wie­czek, do­star­czy­ciel złych wie­ści, woli szybko otwo­rzyć drzwi i wy­sta­wić nogę za próg.

- Czy was kom­plet­nie po­pier...? - po­łyka prze­kleń­stwo Kuba. - Prze­cież to mnie za­bije! Skąd mam wziąć dla was tyle forsy? Chce­cie się mnie stąd po­zbyć czy co?

- Nikt nie chce się pana po­zby­wać - opo­nuje urzęd­nik bez­na­mięt­nym gło­sem. - De­cy­zja za­rządu. Stan­dar­dowa wa­lo­ry­za­cja czyn­szu. Wcho­dzi w ży­cie od przy­szłego mie­siąca.

- Już od przy­szłego? Rany, od kwiet­nia? Na­prawdę mo­że­cie mi to zro­bić?

- Taką pod­pi­sa­li­śmy kie­dyś umowę...

- Kurwa mać!

- Tylko bez agre­sji! Przy­po­mi­nam, że je­stem pra­cow­ni­kiem ad­mi­ni­stra­cji osie­dla. Sam wyjdę! - głos gry­zi­piórka wznosi się o kilka to­nów. Se­kundę póź­niej jego po­stać roz­mywa się w ru­chu ulicz­nym, a do uszu Kuby do­bie­gają ostat­nie już słowa: - Ży­czę mi­łego week­endu!

- Kurwa, kurwa mać... - mam­ro­cze Kuba. Ten nie­zbyt bły­sko­tliwy i w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach ra­czej że­nu­jący ko­men­tarz jest wszyst­kim, na co go w tej chwili stać.

VIII

Na­ta­lia Ostrow­ska z domu Pa­łu­bicka wy­gląda przez okno. Ma na so­bie pro­stą czarną suk­nię, na szyi me­da­lion z por­tre­ci­kiem męża, blond włosy upięła ni­sko nad kar­kiem. Ucho­dzi za osobę wy­nio­słą, chłodną w oby­ciu i... piękną. Tylko jej tra­gicz­nie zmarły w tym roku w bi­twie pod Msz­czo­no­wem mąż znał ją na tyle do­brze, by wie­dzieć, że pod tą zimną ma­ską kryje się ko­bieta bar­dzo ży­wio­łowa, in­te­li­gentna, z po­czu­ciem hu­moru. Te­raz, kiedy zo­stała sama, bo nie zdą­żyli z Ar­tu­rem mieć dzieci, Na­ta­lia tym bar­dziej nie może po­zwo­lić so­bie na do­pusz­cza­nie do głosu emo­cji. Na jej gło­wie jest pro­wa­dze­nie go­spo­darki, utrzy­ma­nie dworu, za­pew­nie­nie bytu służ­bie, in­wen­ta­rzowi i sta­remu, znie­do­łęż­nia­łemu, za­ła­ma­nemu śmier­cią syna te­ściowi. Wszyst­kim musi się zaj­mo­wać ona, bo na­wet za­rządca ma­jątku, pan Ste­fan, po­szedł wal­czyć w po­wsta­niu i słuch o nim za­gi­nął. Spory cię­żar spo­czywa na jej bar­kach. A prze­cież jest coś jesz­cze. Ta­jem­nica, która - gdyby się wy­dała - kosz­to­wa­łaby ją utratę ma­jątku i wy­wózkę na Sy­bir. Oj­ciec świę­tej pa­mięci Ar­tura na pewno nie prze­żyłby zsyłki...

Z tym więk­szym nie­po­ko­jem Na­ta­lia ob­ser­wuje przez szybę zbli­ża­ją­cych się do pod­jazdu jeźdź­ców. Idą stępa wśród wysp top­nie­ją­cego śniegu. Na ple­cach krót­kie ka­ra­biny, u pa­sów sza­ble. Ułani. Ro­sja­nie.

Wa­le­nie do drzwi. An­to­sia, słu­żąca i ku­charka, już dawno ze stra­chu za­mknęła się w spi­żarce. Ku­lawy Ja­nek uciekł do krów. Oj­ciec Ar­tura nie wsta­wał z łóżka, zbo­lały, nie­obecny, otu­ma­niony lau­da­num. Tylko ona może otwo­rzyć.

- Wi­taj, piękna! - Nie­wy­soki, za to gruby i wą­saty wach­mistrz roz­pro­mie­nia się na jej wi­dok.

- Czym mogę słu­żyć? - pyta Na­ta­lia.

- Mu­simy prze­szu­kać ma­ją­tek - oznaj­mia żoł­dak.

Na­ta­lia czuje, jak ugi­nają się pod nią nogi. Ści­śnięte gor­se­tem serce ło­mo­cze w piersi jak osza­lałe, ale twarz po­zo­staje nie­wzru­szona.

- Czego chce­cie tu szu­kać? - Ani o krok nie ustę­puje z drzwi. - U mnie tylko stary ro­dzic i jedna słu­żąca! Chce­cie wejść całą bandą i na śmierć ich prze­ra­zić?

Wach­mistrz przez chwilę mie­rzy ją wzro­kiem.

- No do­brze... - od­po­wiada po­woli. - Do domu tylko ja wejdę. A żoł­nie­rze spraw­dzą staj­nię i obory.

- Przy­się­gam, że tu nie ma żad­nych po­wstań­ców...

- Spraw­dzimy, spraw­dzimy. - Wo­jak bez­ce­re­mo­nial­nie od­suwa ją z progu.

Na­stępne mi­nuty dłużą się Na­ta­lii ni­czym ty­go­dnie. Wach­mistrz pro­wa­dzi prze­szu­ka­nie rze­tel­nie. Naj­pierw wcho­dzi do kuchni, pyta o wódkę. Bu­telka jest. Do­brze. Od­kor­ko­wuje ją zę­bami, bie­rze dwa wiel­kie hau­sty, beka, ociera wąsa rę­ka­wem. Szuka da­lej. Spi­żar­nia. Wy­ciąga z niej za włosy An­to­się, chwyta pęto kieł­basy, wgryza się w nie, po­pija go­rzałką. Oczy mu czer­wie­nieją, spod daszka czapki wy­pływa strużka potu. Ba­wial­nia. Tu ra­czej trudno by­łoby się ko­mu­kol­wiek ukryć. Mimo to żoł­nierz spraw­dza za ko­ta­rami, plum, plum, ude­rza w kla­wi­sze pia­nina, otwiera kre­dens i chowa za pa­zu­chą zna­le­zioną tam na­lewkę. Bę­dzie dla żoł­nie­rzy. Te­raz po­koje. Pierw­szy - świę­tej pa­mięci te­ścio­wej, co to na su­choty jesz­cze zimą zmarła. W środku za­duch, kurz, za­cią­gnięte za­słony. Ułan za­gląda do szafy, ude­rzają w niego smród naf­ta­liny i kilka moli. Nic. Drugi - ga­bi­net te­ścia. W środku łóżko, a w nim oj­ciec Ar­tura. Leży, ję­czy przez sen. Za­pach cho­roby, sta­ro­ści, apa­tii. Wach­mistrz ko­pie noc­nik, za­śmiewa się, kiedy sta­ru­szek na ten dźwięk pod­ska­kuje. Też nic.

- Ot, umrzyk, job twoju mat' - gada do sie­bie wo­jak i po­ciąga z bu­telki.

W po­koju Na­ta­lii za­trzy­muje się dłu­żej. Szafa, ko­moda z bie­li­zną. Żoł­dak czer­pie gar­ścią de­li­katne dam­skie fa­ta­łaszki i przy­kłada do czer­wo­nego nosa. Wą­cha to ni­czym kwiatki. Na­ta­lia czuje, że za­raz ze­mdleje. No do­bra. Ten po­kój także spraw­dzony. Te­raz po­kój ła­zien­kowy. Pu­sto. To już ko­niec po­miesz­czeń. Żoł­nierz lekko chy­bo­tli­wym kro­kiem kie­ruje się do wyj­ścia, kiedy na­gle jego uwagę przy­ciąga wi­sząca w ko­ry­ta­rzu ciężka za­słona. Od­suwa ją. Wi­dzi drzwi. Na­ta­lia, cała drżąca, opiera się o ścianę.

Ułan na­ci­ska klamkę. Za­mknięte.

- Da­waj klucz! - roz­ka­zuje.

- Tam... Tam nic nie ma - sła­bym gło­sem prze­ko­nuje Na­ta­lia. W jej sło­wach nie ma już tej dumy i zde­cy­do­wa­nia, które pre­zen­to­wała jesz­cze chwilę temu, w drzwiach domu.

- Da­waj klucz!

- Nie... Pro­szę... Tam... Nic.

Pod­ofi­cer bacz­nie się jej przy­pa­truje. Czuć od niego za­pach koń­skiego potu, wy­pi­tej wódki i czosnku. Mil­czy. Przy­gryza wąsa. Na­ta­lia spusz­cza wzrok.

- Nie chcesz ty, że­bym tam wcho­dził - mówi do niej.

- Nie. Nie chcę...

- A skoro nie chcesz po­ka­zać po­koju... Co mo­żesz po­ka­zać mi w za­mian? - pyta, zbli­ża­jąc się bli­sko, bar­dzo bli­sko do jej uno­szą­cej się w sza­leń­czym od­de­chu piersi.

Na­ta­lia po­woli pod­nosi na niego oczy. Jest mu pra­wie równa wzro­stem. Wi­dzi jego czarne, zmru­żone w wil­czym uśmie­chu oczka. A więc taka jest cena...

- A co chcesz zo­ba­czyć? - pyta, sta­ra­jąc się nadać swo­jemu gło­sowi siłę, któ­rej w so­bie zu­peł­nie nie czuje.

Męż­czy­zna tylko się uśmie­cha. Na­ta­lia wi­dzi jego żółte od ma­chorki zęby, mię­si­ste wargi, krzywy nos.

- Co chcę zo­ba­czyć? - po­wta­rza py­ta­nie. - Wszystko. Wszystko chcę zo­ba­czyć, kra­sa­wica.

Sięga do jej sta­ran­nie upię­tego koku. Chwyta go całą gar­ścią i mocno cią­gnie za włosy w dół. Na­ta­lia opada na ko­lana, a żoł­dak jed­nym ru­chem roz­rywa jej suk­nię. Po­tem szar­pie za sznu­rek gor­setu, moc­nym po­cią­gnię­ciem wy­wleka go i rzuca za sie­bie. Na­ta­lia, jak przez mgłę, wi­dzi opa­da­jącą na pod­łogę swoją bie­li­znę, a nad nią swoje ob­na­żone, roz­ko­ły­sane, śnież­no­białe piersi. Osuwa się na zie­mię, czuje na so­bie cię­żar na­past­nika, owiewa ją smród nie­prze­tra­wio­nej wódki, sły­szy ja­kieś prze­kleń­stwa... Nie zwraca już na to uwagi. Ma wra­że­nie, że to nie jej ciało leży roz­ko­ły­sane, si­nia­czone, ocie­rane i gnie­cione pod ciel­skiem żoł­daka. Że to nie jej piersi są miaż­dżone w uści­sku jego wło­cha­tych łap. Nie jej usta ką­sane jego zę­bami. Jest jakby obok - zimna, obo­jętna, za­trza­śnięta w pan­ce­rzu psy­chiki. Czuje się znie­czu­lona. Ani bólu, ani stra­chu, tylko odro­bina obrzy­dze­nia. Wię­cej nic. Czeka. Prze­cież kie­dyś to wszystko się skoń­czy.

Ro­sja­nin na­gle wy­gina się w łuk, tę­żeje, za­styga, po­tem opada na nią ca­łym cię­ża­rem. Leży tak przez dłuż­szą chwilę ni­czym zwa­lony pień. Po­tem wstaje, pod­ciąga por­tki, z szy­der­czym uśmie­chem pa­trzy na nią z góry i mówi:

- Wam, Po­lacz­kom, wy­daje się że­ście od nas lepsi. Ale to my was za­wsze dy­mamy. Tak było i bę­dzie. Za­pa­mię­taj to so­bie, kra­sa­wica.

Na­ta­lia nie od­po­wiada. Czuje w ca­łym ciele obez­wład­nia­jącą sła­bość, nie­moc jak po cięż­kiej cho­ro­bie.

Wach­mistrz tym­cza­sem znów zerka na za­mknięte drzwi. Prze­suwa po nich dło­nią, za­sta­na­wia się.

- Mógł­bym je otwo­rzyć jed­nym kop­nia­kiem - do­daje. - Ale... słowo ułana nie dym. Więc co­kol­wiek tam jest za tymi drzwiami... - Już bez kpiar­skiego uśmie­chu spo­gląda na le­żącą ko­bietę. - Co­kol­wiek tam jest, mam na­dzieję, że było warte two­jego po­świę­ce­nia. - Po­tem wy­cho­dzi.

Na­ta­lia prze­kręca się na brzuch, unosi na ko­lana i łok­cie, peł­znie w stronę po­koju ła­zien­ko­wego. Co czuje? Nic. W gło­wie pustka, szczęki za­ci­śnięte. Już nie­da­leko. Stało się, co się stało. Może bę­dzie roz­pa­mię­ty­wać to póź­niej. Te­raz chce tylko się umyć. Czuje się brudna, lepka, cuch­nąca. Trzeba to zmyć, po­lać wodą bu­dzące się do ży­cia pul­su­ją­cym bó­lem ciało. Naj­waż­niej­sze, że ma to już za sobą. Po­je­chali, a ona za­pła­ciła tę cenę. Skoń­czone.

- Pani ko­chana! Pa­niu­siu moja! Jak oni mo­gli? - sły­szy bia­do­le­nie An­tosi. - Dla­czego? Czy spra­wie­dli­wość już nie ist­nieje? - Stara słu­żąca stoi w drzwiach po­koju i za­ła­muje ręce.

- Idź do kuchni - roz­ka­zuje jej Na­ta­lia zim­nym gło­sem. - Za­mknij wszyst­kie okien­nice i drzwi. A po­tem na­go­tuj mi go­rą­cej wody.

- Ale jak mogę tak pa­nią zo­sta­wić? W ta­kim sta­nie?

- Wyjdź. I ani słowa ni­komu.

- Hańba, hańba. Kary dla ta­kich nie ma - głos An­tosi do­biega jesz­cze z ko­ry­ta­rza.

Dwie go­dziny póź­niej ciało Na­ta­lii jest za­czer­wie­nione od go­rą­cej ką­pieli, na­tarte szczotką, na­my­dlone, spłu­kane, na­my­dlone, spłu­kane... I nic. Ko­bieta wciąż czuje ten odór, ten smród i lepki brud. Nie może tego zmyć, ze­trzeć, ze­skro­bać. Nie da się od tego uciec, nie można się tego po­zbyć. Czy zo­sta­nie to z nią już do końca ży­cia? W kuchni za­bra­kło wody do go­to­wa­nia, trzeba by otwo­rzyć drzwi w sieni i za­wo­łać Janka, żeby na­niósł wia­der ze studni. Ale Na­ta­lia otwo­rzyć nie po­zwala. W po­koju unosi się para, lu­stro za­kryte rosą - to w su­mie i do­brze, bo nie chce te­raz na sie­bie pa­trzeć. Na dwo­rze noc, An­to­sia za­snęła w ba­wialni oparta o piec. Oj­ciec Ar­tura coś tam na­wo­ły­wał, ale już prze­stał. Od wsi sły­chać szcze­ka­nie psów. Ale nie ta­kie ner­wowe, na ob­cego. Spo­kojne, le­niwe, jak zwy­kle. Wszystko wró­ciło do normy. Świat się nie roz­padł na ka­wałki, nie­biosa nie zwa­liły na zie­mię. Więc dla­czego Na­ta­lia z każdą chwilą czuje się co­raz go­rzej? Pa­nika, którą opa­no­wała wtedy, gdy TO się działo, te­raz wraca do niej jak stado spło­szo­nych koni. Boi się, czuje się sa­motna, opusz­czona przez wszyst­kich. Jak prze­trwać noc? Jak się do­czoł­gać do rana? A na­wet je­śli się uda, to czy świt przy­nie­sie jej spo­kój? Na­gle zrywa się z wanny, po­dej­muje de­cy­zję. Wy­cho­dzi ze sty­gną­cej ką­pieli, owija szla­fro­kiem i boso, zo­sta­wia­jąc za sobą mo­kre ślady stóp, bie­gnie do sieni. Staje przed TYMI drzwiami, sięga po le­żący na fra­mu­dze klucz (cały czas był tak bli­sko, tak bli­sko) i wsuwa go w za­mek. Nie ma żad­nego planu, nie ma na­wet po­ję­cia, co zrobi, gdy już tam wej­dzie. Wie tylko jedno: nie chce już być dłu­żej sama, oto­czona tym trud­nym do znie­sie­nia smro­dem swo­jego gni­ją­cego ciała...

IX

- Ma­muś, jest pewna kwe­stia... - za­gaja Kuba pod­czas co­mie­sięcz­nej wi­zyty u matki. Elż­bieta mieszka na war­szaw­skiej Cho­mi­czówce, w wy­so­kim be­to­no­wym bloku oto­czo­nym in­nymi iden­tycz­nymi blo­kami. Z jej okien na ósmym pię­trze roz­ta­cza się za­pie­ra­jąca dech w pier­siach pa­no­rama: po­ło­żone w dole szare po­dwórko, za­sta­wiony sa­mo­cho­dami i za­mi­no­wany psimi ku­pami traw­nik oraz okna są­sia­dów z wie­żowca na­prze­ciwko. Przez fi­ranki go­rzej wi­dać, ale ci na wprost oglą­dają wła­śnie te­le­wi­zję. To zdaje się Fa­mi­liada.

- Tak, sy­nek? Jaka kwe­stia? - pyta z kuchni Elż­bieta.

- Czy mógł­bym... ee... tro­chę u cie­bie po­miesz­kać? - Kuba wpraw­dzie da­lej wy­gląda przez okno, ale sły­szy za sobą kła­pa­nie mat­czy­nych kapci.

Po­tem, tym ra­zem już cał­kiem bli­sko, roz­brzmiewa jej głos:

- Coś się stało, Ku­bu­siu?

- Do­bra, okej, nie było py­ta­nia - od­po­wiada, gwał­tow­nie się od­wra­ca­jąc. - Je­śli to dla cie­bie pro­blem, to znajdę so­bie...

- Ża­den pro­blem, synku - za­pew­nia Elż­bieta. Ma na so­bie far­tuch ku­chenny, w ręku trzyma ubi­jaczkę do ziem­nia­ków. Włosy ufar­bo­wane w ko­lo­rze kasz­ta­no­wym u fry­zjerki z ulicy Con­rada, fi­gura nieco już pulchna, twarz no­sząca ślady daw­nej urody. - Twój po­kój stoi wła­ści­wie wolny, ja mogę sy­piać, jak kie­dyś, w du­żym. Py­tam tylko, czy coś się stało.

Kuba mil­czy, głę­boka zmarszczka prze­cina mu czoło, więc Elż­bieta mówi da­lej:

- Bo jak się stąd wy­pro­wa­dza­łeś za­raz po ma­tu­rze, sporo krzy­cza­łeś o po­trze­bie sa­mo­dziel­no­ści, prze­ci­na­niu pę­po­winy itepe. Więc tylko py­tam. Masz ja­kieś kło­poty?

- Przej­ściowe - pada harda od­po­wiedź.

- Jak da­lece przej­ściowe, je­śli wolno za­py­tać?

- Mu­sia­łem za­mknąć klub.

Elż­bieta tylko po­woli wciąga, a po­tem wy­pusz­cza po­wie­trze.

- No co? Nie ja je­den zban­kru­to­wa­łem w dzi­siej­szych cza­sach! Tyle że nie mam chwi­lowo kasy, żeby da­lej wy­naj­mo­wać miesz­ka­nie. Ale jakby co, mogę po­ki­blo­wać tro­chę u Darka. Ma u mnie dług wdzięcz­no­ści, sku­bany.

- To co bę­dziesz te­raz ro­bił?

Kuba nie­na­wi­dzi tego py­ta­nia. Sły­szy je re­gu­lar­nie, w kil­ku­let­nich od­stę­pach, od­kąd skoń­czył osiem­na­ście lat. Za­wsze, kiedy wy­krza­czy mu się ja­kiś ko­lejny "po­mysł na ży­cie" i musi po­wie­dzieć o tym matce, ta - jakby na­uczyła się na pa­mięć se­ria­lo­wej roli - dra­ma­tycz­nym gło­sem i z mar­sową miną pyta: "To co bę­dziesz te­raz ro­bił?". A skąd on ma, do ja­snej dupy, to wie­dzieć?!

- Spoko, coś wy­my­ślę - sili się na lekki ton Kuba, choć prze­cież wie, że je­śli ich roz­mowa po­to­czy się zgod­nie z prze­ra­bia­nym wie­lo­krot­nie sce­na­riu­szem, to za pół­to­rej mi­nuty się z matką po­kłócą. Pró­buje więc ją za­ga­dać: - A na ra­zie, w na­stępny week­end, jadę z Dar­kiem na nur­ko­wa­nie. Do Nie­miec. Jest taki za­lany ka­mie­nio­łom w Spar­mann nie­da­leko Dre­zna. Sześć­dzie­siąt pięć me­trów głę­bo­ko­ści, kry­sta­liczna woda. Cią­gle nie mia­łem czasu, żeby się tam wy­brać, więc te­raz...

- A po po­wro­cie? - Elż­bieta nie daje się wy­pro­wa­dzić na ma­nowce. - Mu­sisz mieć prze­cież ja­kąś pracę. Stuk­nęła ci trzy­dziestka, je­steś sta­rym ka­wa­le­rem, po­wi­nie­neś się ustat­ko­wać.

- No prze­cież pró­bo­wa­łem - od­po­wiada przez za­ci­śnięte zęby Kuba. - Ten klub miał być moim...

- Klub, srub! - prze­rywa co­raz bar­dziej roz­sier­dzona mama. - Po­przed­nio była szkoła nur­ko­wa­nia, sklep in­ter­ne­towy, jesz­cze wcze­śniej ka­riera pły­wacka. Same nie­wy­pały. Może już czas, synu, że­byś prze­stał kom­bi­no­wać i wziął się za ja­kąś nor­malną pracę. Mo­żesz uczyć wu­efu w szkole czy coś. Etat mieć, pen­sję, ubez­pie­cze­nie. Bo do tych ca­łych biz­ne­sów i sa­mo­dziel­nych dzia­łal­no­ści to ty głowy ra­czej nie masz. Po­gódź się z tym.

Kuba słu­cha tej ty­rady i czuje, jak na­ra­sta w nim wście­kłość. Cała matka! Za­wsze musi mu do­ko­pać. I jesz­cze wy­ska­kuje z tym ucze­niem za­sra­nego wu­efu. Mą­drala się zna­la­zła. Le­piej po­pa­trzy­łaby na swoje spie­przone ży­cie! Ja­kim ona może być dla niego au­to­ry­te­tem? Nie chce jed­nak ko­lej­nej wojny, więc naj­spo­koj­niej, jak po­trafi, od­po­wiada:

- Na­uczy­cie­lem nie będę. Nie chcę się uże­rać z cze­redą ba­cho­rów.

- No ja­sne. Książę bę­dzie ka­pry­sił. Ta praca zła, tamta nudna...

- A co do wła­snej firmy... - cią­gnie Kuba. - Nie przy­szło ci do głowy, że po pro­stu nie tra­fi­łem jesz­cze w swoje prze­zna­cze­nie? Pró­buję róż­nych dróg. Jak się nie udaje z jedną, szu­kam in­nej. Przy­naj­mniej sta­ram się ro­bić to, co lu­bię. A nie gnić dwa­dzie­ścia lat na eta­cie w dziale kadr.

- Hola, chłop­cze! Da­ruj so­bie ta­kie przy­tyki! Pra­cu­jąc na tym eta­cie, od­cho­wa­łam cie­bie i spła­ci­łam to miesz­ka­nie. - Elż­bieta pod­kre­śla wagę swo­ich słów za­ma­szy­stym rzu­tem ubi­jaczką o po­krytą pa­ne­lami pod­łogę (wy­soka klasa ście­ral­no­ści, ubi­jaczka nie zo­sta­wia na­wet śladu). - I nie za­su­waj mi tu pier­dół o ja­kimś prze­zna­cze­niu - do­daje z wy­pie­kami na twa­rzy. - Jak­bym po­rady w ja­kiejś "An­geli" czy­tała, cho­lera. Ży­cie to ani prze­zna­cze­nie, ani same przy­jem­no­ści i atrak­cje!

Za­pada pełna na­pię­cia chwila mil­cze­nia. Kuba sie­dzi wście­kły z za­ci­śnię­tymi zę­bami.

- No to co za­mie­rzasz ro­bić? - Mama brnie w stronę awan­tury.

- Po­zna­łem ostat­nio ko­goś, kto zna wszyst­kich swo­ich przod­ków aż do po­łowy dzie­więt­na­stego wieku - od­po­wiada jej syn gło­sem bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cym sy­cze­nie węża niż ludzką mowę. - Może więc pójdę tym tro­pem? Na po­czą­tek wy­najmę de­tek­tywa, żeby ustali, kto jest moim oj­cem...

Te­raz mil­cze­nie jest zde­cy­do­wa­nie głęb­sze i cięż­sze. Elż­bieta dla od­miany bled­nie, a po­tem jed­nym szarp­nię­ciem zrywa z sie­bie far­tu­szek i peł­nym eks­pre­sji wy­ko­pem po­syła ubi­jaczkę aż pod te­le­wi­zor. Na­stęp­nie ru­sza z miej­sca... Za­trzy­muje w pół kroku... Opada na fo­tel.

- Prze­pra­szam, mamo. - Kuba się re­flek­tuje.

- No cóż... - Elż­bieta wy­gląda, jakby uszło z niej po­wie­trze. W jej gło­sie nie sły­chać już zło­ści. - Masz ra­cję. Dawno po­win­nam ci była o nim opo­wie­dzieć. Moja wina...

- No nie, co ty. To ja nie py­ta­łem. Nie wiem... chyba nie chcia­łem cię zra­nić czy co?

- My­śla­łam... e tam, my­śla­łam... wmó­wi­łam so­bie, że to cię nie in­te­re­suje. Do­piero jak Wa­sia­ko­wie z siód­mego po­wtó­rzyli, co mó­wi­łeś w tej te­le­wi­zji... Do­piero wtedy, cho­lera, po­ję­łam, że to w to­bie gdzieś bar­dzo głę­boko sie­dzi.

- Mamo, je­śli nie chcesz o tym...

Elż­bieta prze­rywa mu zde­cy­do­wa­nym mach­nię­ciem ręki.

- Nie-nie, już czas. Tylko nie mogę tak... No, weź, synku, na­lej mi kie­li­szek ko­niaczku. Co się tak pa­trzysz? Tam, w re­gale. Dolna szafka.

Kuba, jak zom­bie, me­cha­nicz­nie idzie, otwiera, od­kor­ko­wuje, na­lewa, po­daje, siada. Elż­bieta za­ma­cza w kie­liszku usta, chrząka, po­pra­wia włosy i wresz­cie mówi:

- No więc, do od­na­le­zie­nia ojca nie po­trze­bu­jesz de­tek­tywa. Wy­star­czy, że jak bę­dziesz na tym swoim nur­ko­wa­niu, wpad­niesz do Dre­zna. - Wstaje, pod­cho­dzi do se­kre­ta­rzyka w ką­cie po­koju, szuka cze­goś w szu­fla­dzie. - O, tu­taj masz ad­res Er­wina. Ko­re­spon­do­wa­li­śmy ze sobą. Ostatni raz pi­sał do mnie kil­ka­na­ście lat temu. Nie wiem, czy na­miar jest ak­tu­alny...

- To ja... - skrze­kli­wym gło­sem, do­piero po ład­nych paru se­kun­dach od­zywa się Kuba - ...to ja je­stem Niem­cem?

- Tylko w po­ło­wie - słod­kim gło­sem od­po­wiada Elż­bieta. - Tylko w po­ło­wie, synku.

- Rany, mamo... Co ja wła­ści­wie mam te­raz zro­bić?

- Mo­żesz go po pro­stu od­wie­dzić.

- I co mu po­wiem po trzy­dzie­stu la­tach? - głos Kuby ła­mie się, jakby ten wielki fa­cet miał się za­raz roz­pła­kać ni­czym dziecko. - "Cześć, je­stem twoim sy­nem?"