Rozdział II
Lena
- Proszę, proszę - rzucił kąśliwie Daniel w moim kierunku. Oparł się niedbale o futrynę, uchylił mi drzwi do kuchni, po czym wrócił do swojego karcącego tonu. - Jeszcze kilka takich razy i chyba będę musiał zacząć szukać dla siebie nowej pracy.
- Przyganiał kocioł garnkowi - rzuciłam krótko, nie mając ochoty na dalszą konwersację.
- Nie wiem, co ty masz do mnie, ale jeśli tak będziesz nam gości odprawiać z kwitkiem, to wątpię, czy tych kilku stałych bywalców utrzyma cały ten przybytek, nie wspominając o pracownikach.
- Ale to nie byli nasi goście! - żachnęłam się po raz kolejny.
- Niestety muszę cię wyprowadzić z błędu, moja droga. Pani Teresa osobiście zgłosiła twojemu tacie, że zamiast jej siostry, pokój zajmie jej syn z narzeczoną.
- Co takiego?!
Mój poziom złości wskoczył momentalnie na kolejny level. Jak ojciec mógł mi coś takiego zrobić? Przecież wiedział doskonale, że od lat nie rozmawiam z Mikołajem, a do tego jeszcze ta wredna paniusia!
- Ale numer. Nic ci nie powiedział? - Daniel parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony obrotem spraw.
- No chyba nie robiłabym z siebie teraz takiej idiotki!
- Dobra, pani foch. Ja się w wasze ustalenia nie wtrącam, co nie zmienia faktu, że właśnie odprawiłaś nam świadka weselnego. Pytanie, czy to czasem nie wpłynie na nasze ustalenia w kwestii przyjęcia. Tak że może spróbuj to jakoś łagodnie odkręcić?
- Nie wiem, jak ty to sobie wyobrażasz... - westchnęłam.
Przecież ja kompletnie nie wiedziałam, co mam teraz z tym fantem zrobić!
***
- Ala, mam złe wieści... - zaczęłam, gdy moja przyjaciółka odebrała.
- Matko, nie mów tylko, że nie ogarniesz mi tego przyjęcia? - Przerażenie w głosie Ali było tak odczuwalne, że po mojej skórze przebiegły lekkie dreszcze.
- Nie! To znaczy, źle to chyba zabrzmiało, ja nic... - zaczęłam plątać się w zeznaniach. - Okej, od początku... Właśnie wyrzuciłam z pensjonatu Mikołaja i jego dziewczynę... Zrozumiem, jeśli...
- Co zrobiłaś?! - Ala niemalże wrzasnęła mi prosto do ucha, po czym gruchnęła śmiechem. - Weź mi wszystko opowiedz! Błagam, tylko ze szczegółami!
- Nie rozumiem... W sensie nie gniewasz się? - zapytałam nieśmiało, choć w głębi duszy czułam, że między nami nadal istniała nić porozumienia, która łączyła nas przez wszystkie lata szkolne.
- Chyba żartujesz! Oczywiście, że się nie gniewam! - odpowiedziała Ala, wyraźnie podkreślając ostatnie słowa. - Prawdę mówiąc, marzyłam o tym, aby ktoś w końcu przytarł nosa Klaudusi. A teraz opowiadaj...
***
Kiedy tylko okazało się, że zarówno Ali, jak i mnie, wybranka serca Mikołaja nie przypadła do gustu, kamień spadł mi z serca. Pozwoliłyśmy sobie na beztroskie wspominki wspólnie spędzonych lat, kiedy to razem studiowałyśmy dziennikarstwo na UKSW i każdego ranka przedzierałyśmy się przez las, aby dotrzeć na poranne zajęcia, co przy takiej pogodzie jak dzisiaj, było prawie porównywalne do cudu. Jednak zarówno Ala, jak i ja, uwielbiałyśmy zimową porę i skrzący się śnieg, który skrzypiał niemiłosiernie pod nogami, ale mimo wszystko sprawiał, że człowiekowi po prostu robiło się lekko na sercu.
Chyba najbardziej lubiłam te dni, kiedy wędrowaliśmy na uczelnię całą grupą i co rusz ktoś lądował w zaspie. Jakimś sposobem, my dwie zawsze byłyśmy chronione. Ale w sumie nie ma się czemu dziwić - Ala od samego początku studiów wpadła w oko Kamilowi, studentowi drugiego roku politologii, który w zasadzie każdego ranka eskortował nas w drodze na zajęcia wraz ze swoimi kumplami z roku. Szybko okazało się, że Ala również zaczęła darzyć Kamila jakimś uczuciem, bo już na drugim roku chodziła z pierścionkiem zaręczynowym na palcu, a Kamil dumnie wypinał pierś, kiedy tylko któraś z dziewczyn pytała się, co to za kawaler jej się trafił.
I co tu dużo gadać, miło się na ich dwoje patrzyło. Ona - wiecznie uśmiechnięta filigranowa brunetka z włosami przyciętymi na modnego boba, a on wysoki, dobrze zbudowany blondyn z tak jasnoniebieskimi oczami, że gdyby nie mrugał, to ocean jego spojrzenia mógłby człowieka pochłonąć bez reszty. Razem tworzyli taką parę, której wszyscy zazdrościli niesamowitej kompatybilności, albo jak to mawiała babcia Janinka, połączenia dusz.
Jednak rozmowa z Alą nie należała do tych najtrudniejszych. Przede mną była jeszcze pani Tereska i sam Mikołaj-idź-stąd-i-nie-wracaj. Szczególnie że ze wspomnianą Klaudusią nie zamierzałam wymieniać choćby jednego słowa.
Niewiele myśląc, zajrzałam do kuchni, wyjęłam z chłodni kawałek ulubionego sernika według przepisu mojej mamy, który pani Tereska zawsze uwielbiała, i zapakowałam do koszyka wraz z małą buteleczką domowego ajerkoniaku. I chociaż właśnie zaczynał prószyć śnieg, pomyślałam, że auto zostawię w garażu, gdyby jednak pani Tereska wpadła na pomysł rozpracowania ajerkoniaku jeszcze w trakcie wizyty.
Oczywiście gdy tylko minęłam bramę prowadzącą na parking pensjonatu, śnieg zaczął sypać jeszcze mocniej. Zaciągnęłam kaptur na głowę, po czym zaklęłam pod nosem, bo ostatnie, o czym marzyłam, to jeszcze się tu przeziębić na chwilę przed przyjęciem.
Droga do pani Tereski na szczęście nie była specjalnie długa, ale ten niecały kilometr zaczął mi się dawać we znaki, bo śnieg z każdym momentem tylko się nasilał i nawet nie chciałam sobie wyobrażać późniejszego powrotu do domu. Podchodząc do drzwi domu pani Teresy, zdałam sobie sprawę od jak wielu lat mnie tutaj nie było, a mimo wszystko miałam wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Weranda, jak każdej zimy, została opróżniona z wszelkich donic, które w okresie wiosenno-letnim stanowiły najpiękniejszą ozdobę domu. Pod kuchennym oknem, jak za dawnych czasów, stała huśtawka, pełna grubych pledów, ręcznie zdobionych przez mamę Ali, pod którymi zawsze chowałyśmy się w jesienne i zimowe wieczory z kubkiem gorącego kakao. A za oknem, jak zwykle stał... Mikołaj, który z niedowierzaniem wpatrywał się we mnie, jakby zobaczył ducha, albo po prostu mnie - której zapewne już się nie spodziewał dzisiaj oglądać.
Przerywając ten ckliwy obrazek, zapukałam donośnie w drzwi, a w międzyczasie ściągnęłam z rąk grube wełniane rękawice, które dostałam przed laty od swojej mamy. Schowałam je głęboko w kieszenie kurtki, mając nadzieję, że pani Teresa nie będzie na mnie aż tak zła i pozwoli mi wejść do środka.
- Dziecko kochane! - krzyknęła, ledwo uchylając potężne rzeźbione drzwi. - Nie trzeba było pukać, tylko od razu wchodzić! - wykrzyczała mi w ucho, przytulając mnie do siebie i roznosząc przy tym otulający i przenikliwy zapach pieczonych jabłek z cynamonem i nutką wanilii.
- Pani Tereso, ja przepraszam - wydukałam nieśmiało. - Przepraszam, że przez pomyłkę wypędziłam dzisiaj Mikołaja z pensjonatu...
- Dziecko, znam dobrze Mikołaja i nie od dzisiaj wiemy, że to nie mógł być przypadek. Skoro tak się stało, to tak musiało być, a my się jakoś tutaj pomieścimy - odpowiedziała pani Teresa, nie widząc żadnego problemu w tym, że dom był pełen ludzi i każdy prawie się o siebie obijał łokciami, chcąc przejść obok drugiej osoby.
- Nie ma takiej potrzeby! Pokój jest nadal wolny, przygotowany specjalnie dla was, tylko ja się po prostu nie spodziewałam, że zaszły jakieś zmiany, a nie będę ukrywać, że zostałam odrobinę zaskoczona i nie myślałam, że będzie u nas nocować właśnie Mikołaj... - wyrecytowałam naprędce, rozglądając się na boki, czy czasem blond tapir nie czai się gdzieś za moimi plecami. - Poza tym przyniosłam coś na przeprosiny... - Odkryłam spod ściereczki zawartość koszyka, na co pani Teresa aż klasnęła w dłonie.
- Widzisz, jak się zgrałyśmy! Właśnie zapiekłam pod kruszonką jabłka z cynamonem, więc jeśli tylko zechcesz nam potowarzyszyć, to ja bardzo chętnie wypiję odrobinę tego ajerkoniaku. I jeszcze ten sernik! To miód na moje serce!
Pani Teresa ponownie klasnęła w dłonie, po czym przeniosła się do kuchni, ciągnąc mnie za rękę razem z koszykiem.
- Siadaj kochana, większość osób znasz, a resztą... nie zawracaj sobie głowy! Oni wszyscy i tak zapatrzeni tylko w telefony! Takie to pokolenie... - Machnęła ręką i skierowała wzrok na Mikołaja. - A ty nie masz czasem nic do powiedzenia?
- Cześć - rzucił w moim kierunku, nie odrywając ode mnie wzroku. - Już dzisiaj raz przepraszałem, ale oczywiście, jeśli nadal czujesz urazę, przepraszam raz jeszcze.
- Dziękuję i też... przepraszam - wyrzuciłam z siebie szybko, chociaż ostatnie słowo ledwo przeszło mi przez gardło.
Mikołaj w dalszym ciągu wyraźnie mi się przyglądał, wywiercając we mnie dziury na wylot. "Nikt nie zna cię tak, jak ja ciebie" - zadźwięczało mi w głowie zdanie, które wypowiedział mi w przeddzień swojego wyjazdu do Niemiec. Odwróciłam szybko głowę w kierunku pani Teresy i w odpowiedzi na jej uśmiech zaczęłam dzielić sernik na porcje i pokrywać je jeszcze ciepłymi cynamonowymi jabłkami.
- A gdzie właściwie jest Klaudia? - zapytałam, rzucając pytanie w powietrze. - W sumie ją też chciałabym przeprosić, żeby nie było między nami nieporozumień.
- Nie ma takiej potrzeby - odparł pośpiesznie Mikołaj. - Zamknęła się w moim pokoju na górze, a poza tym, ona nie lubi takich rozmów dla złagodzenia atmosfery.
- Ona nie lubi niczego - szepnęła mi na ucho pani Teresa, puszczając mi oczko.
- Mamo, słyszałem.
- Oj tam, synek. Ja po prostu mówię, co myślę! - odpowiedziała pani Teresa, tym samym wyczerpując temat. - A teraz idź i zawołaj ciotkę Grażynę, a my z Lenką podamy coś pysznego do jedzenia i do rozgrzania!