Zanim poznasz prawdę - Max Paradox

Kup ebooka

29.99 zł

-
Proszę czekać

SPIS TREŚCI

Wprowadzenie ........................................................................ 1

Rozdział 1. Człowiek od dokumentów ................................... 8

Rozdział 2. To samo płótno ................................................. 22

Rozdział 3. Inna ręka ........................................................... 36

Rozdział 4. Po godzinach .................................................... 49

Rozdział 5. Szkicownik ........................................................ 62

Rozdział 6. To, czego nie podpisano ................................... 76

Rozdział 7. Nazwisko ............................................................ 91

Rozdział 8. Bez przypadku ................................................. 107

Rozdział 9. Następnego dnia .............................................. 123

Rozdział 10. Zwykły wieczór ...............................................139

Rozdział 11. Pytanie o ojców ............................................... 155

Rozdział 12. Pod obrazem .................................................. 170

Rozdział 13. Nowe zasady ..................................................186

Rozdział 14. Miejsce dla dwojga .........................................201

Rozdział 15. Nie ten rok ...................................................... 217

Rozdział 16. Zanim będzie za późno ................................. 233

Rozdział 17. Teczka Radeckiego ....................................... 250

Rozdział 18. Po prawdzie ................................................... 266

Rozdział 19. Głos Hanny .................................................... 282

Rozdział 20. Nazwisko Radecki ......................................... 299

Rozdział 21. Tylko to, co jest ............................................. 314

Rozdział 22. Autor obrazu ................................................. 330

1

Rozdział 23. Po własnej stronie ......................................... 346

Rozdział 24. Światło po deszczu ........................................361

Epilog ................................................................................. 379

2

Wprowadzenie

Farba nie powinna tam być.

Przez kilka sekund patrzyłam na wąski fragment płótna odsłonięty przy lewej krawędzi podobrazia i próbowałam znaleźć najprostsze wyjaśnienie. W konserwacji najprostsze wyjaśnienie często okazywało się właściwe: późniejsza poprawka, zabrudzenie, pozostałość dawnego werniksu, przypadkowe przesunięcie pędzla podczas retuszu. Tyle że to, co widziałam pod lupą, nie wyglądało na żadną z tych rzeczy.

Przesunęłam lampę o kilka centymetrów. Zmiana kąta światła wydobyła fakturę warstwy schowanej pod listwą starego naciągu.

Ciemny błękit przechodził w szarość, ale nie przez krótkie, zdecydowane pociągnięcia, które znałam aż za dobrze. Tutaj farbę nakładano spokojniej, szerzej, miękko wyprowadzając granicę koloru.

Powinnam była zrobić zdjęcie, wpisać obserwację do protokołu i przejść dalej.

Zamiast tego przybliżyłam twarz do płótna.

- Nina?

Głos Tadeusza Króla dobiegł zza moich pleców.

Nie odpowiedziałam od razu.

"Światło po deszczu" spędziło większość swojego życia w prywatnych kolekcjach. Po raz ostatni poddawano je poważniejszej konserwacji niemal trzydzieści lat wcześniej. Teraz miało stać się centralnym punktem retrospektywy Juliana Orłowskiego, wystawy przygotowywanej przez muzeum od kilku lat.

3

Mój dziadek.

Nazwisko, które otwierało drzwi, zanim zdążyłam wyjaśnić, że nie chcę, żeby ktokolwiek je przede mną otwierał.

- Coś znalazłaś? - Tadeusz podszedł bliżej.

Wyprostowałam się.

- Jeszcze nie wiem.

To była odpowiedź bezpieczna. Konserwator bardzo szybko uczy się nie nazywać rzeczy, zanim nie jest pewien, na co patrzy.

Tadeusz wsunął okulary wyżej na nos i spojrzał na obraz. Miał sześćdziesiąt sześć lat i cierpliwość człowieka, który potrafił przez pół dnia dyskutować o jednej dacie w katalogu. Przy "Świetle po deszczu" tej cierpliwości zaczynało mu jednak brakować.

- Mieliśmy dziś zamknąć oględziny.

- Wiem.

- Transport na badania jest zaplanowany na środę.

- Też wiem.

Włożyłam rękawiczki i ostrożnie uniosłam fragment zabezpieczenia przy krawędzi. Nie dotykałam warstwy malarskiej. Wystarczyło światło.

I wtedy zobaczyłam drugą rzecz.

Była jeszcze mniej znacząca niż różnica w sposobie nakładania farby.

Ołówkowy ślad.

Prawie starty.

Jedna pionowa kreska, druga ukośna. Przesunęłam lampę.

H.

4

Poniżej znajdowały się cztery cyfry, z których dwie pierwsze odczytałam od razu.

19.

Serce zabiło mi szybciej, choć nie miałam jeszcze powodu, żeby przywiązywać do tego znaczenie.

- Podaj mi aparat - powiedziałam.

Tadeusz westchnął.

- Nina.

Spojrzałam na niego.

- Jeżeli chcesz, żebym podpisała protokół, muszę wiedzieć, co podpisuję.

Przez moment milczał.

Nie pierwszy raz słyszałam ten rodzaj ciszy. Ludzie, którzy zlecali konserwację, lubili dokładność dopóty, dopóki jej wyniki nie komplikowały terminów, budżetów albo historii, którą zamierzali opowiedzieć.

Tadeusz podał mi aparat.

Zrobiłam serię zdjęć. Najpierw całość, potem krawędź, na końcu znak. Przy maksymalnym powiększeniu data stała się czytelniejsza.

1989.

Rok ukończenia obrazu.

- Może oznaczenie poprzedniego konserwatora -

powiedział Tadeusz.

- Może.

- Albo pracowni.

- Może.

- Więc?

5

Zdjęłam rękawiczki.

- Więc musimy to sprawdzić.

Popatrzył na mnie tak, jakbym właśnie przesunęła datę otwarcia wystawy jednym zdaniem.

Obraz stał przed nami na stalowym stole. Znałam go od dzieciństwa z reprodukcji, katalogów i albumów stojących u matki. Oryginał widziałam wcześniej tylko dwa razy. Był większy, niż podpowiadała pamięć. Otwierał przed widzem jasne okno po burzy, mokry parapet i kawałek nieba, na którym chłodne chmury ustępowały światłu.

Dziadek namalował go rok po chorobie.

Tak zawsze mówiono.

Późne dzieło. Powrót do formy. Dowód, że Julian Orłowski nie utracił tego, co czyniło jego malarstwo rozpoznawalnym.

W dzieciństwie słyszałam tę historię tyle razy, że przestała brzmieć jak opowieść. Stała się faktem, którego się nie sprawdza.

Odwróciłam się do komputera i otworzyłam protokół.

Przy punkcie dotyczącym stanu warstwy malarskiej zatrzymałam kursor.

Mogłam wpisać, że nie stwierdzono przesłanek wymagających rozszerzenia zakresu badań. W świetle tego, co wiedziałam w tamtej chwili, nie byłoby to nawet oczywistym kłamstwem. Różnica w prowadzeniu pędzla mogła mieć dziesięć banalnych przyczyn. Litera H mogła oznaczać nazwisko konserwatora, materiał, punkt technologiczny albo coś, czego nigdy nie uda się ustalić.

Wystawa nie musiałaby czekać.

Moja praca również.

6

Wpisałam: "Zaleca się rozszerzenie diagnostyki przed rozpoczęciem ingerencji konserwatorskiej".

Tadeusz przeczytał zdanie ponad moim ramieniem.

- To oznacza kolejną opinię.

- Tak.

- I badacza dokumentacji.

Odchyliłam się od ekranu.

- Kogo?

- Radeckiego. Aleksandra Radeckiego. Pracuje przy proweniencji późnych obrazów Orłowskiego. Chciał zobaczyć ten obiekt jeszcze przed konserwacją.

Odwróciłam się powoli.

- Chciał zobaczyć właśnie ten obraz?

Tadeusz zawahał się na tyle krótko, że ktoś inny mógłby tego nie zauważyć.

Ja zawodowo zajmowałam się dostrzeganiem śladów, które innym wydawały się zbyt małe, żeby miały znaczenie.

- Między innymi - odpowiedział.

Spojrzałam ponownie na ołówkową literę ukrytą przy krawędzi płótna.

H.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, kim był Aleksander Radecki ani dlaczego interesował go obraz mojego dziadka.

Nie wiedziałam też, że zanim go poznam, on będzie już wiedział o mojej rodzinie coś, czego nikt nigdy mi nie powiedział.

7

Rozdział 1. Człowiek od dokumentów

Aleksander Radecki spóźnił się cztery minuty.

Nie był to rodzaj spóźnienia, który zwykle się zauważa, ale ja od ponad pół godziny siedziałam w małej sali konferencyjnej na drugim piętrze muzeum, przeglądając wyniki oględzin i próbując nie myśleć o tym, że jedno zdanie wpisane przeze mnie do protokołu uruchomiło serię decyzji, nad którymi nie miałam już pełnej kontroli.

Tadeusz stał przy oknie z kubkiem kawy. Marta Lis przeglądała zdjęcia szkiców przeznaczonych do wystawy i co kilka minut marszczyła brwi nad ekranem laptopa. Znałam ten wyraz twarzy. Oznaczał, że coś ją drażni, ale jeszcze nie zdecydowała, czy warto o tym mówić.

- Jest - powiedział Tadeusz, zanim klamka się poruszyła.

Drzwi otworzył wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu. Nie wszedł gwałtownie, nie przepraszał z przesadą. Zdjął rękawiczki, zamknął za sobą drzwi i dopiero wtedy spojrzał na nas.

- Przepraszam. Tramwaj stanął przy dworcu - powiedział. - Aleksander Radecki.

Mówił spokojnie, bez tej charakterystycznej dla ludzi z instytucji kultury mieszaniny formalności i udawanej serdeczności. Tadeusz przedstawił nas kolejno. Gdy padło moje nazwisko, Radecki spojrzał na mnie o ułamek sekundy dłużej niż na Martę.

Być może tylko mi się tak wydawało.

- Widzieliśmy się kiedyś? - zapytałam.

- Nie.

Odpowiedział od razu.

8

- Pamiętałbym.

Nie wiedziałam, czy to uprzejmość, czy stwierdzenie faktu. Jego twarz niewiele mi podpowiadała. Nie był chłodny w oczywisty sposób. Raczej oszczędny. Jak ktoś, kto zanim odpowie, odruchowo sprawdza, czy każde słowo jest potrzebne.

Usiadł naprzeciwko mnie i wyjął z torby cienki notes, kilka wydruków oraz ołówek. Żadnego tabletu. Żadnego laptopa. Człowiek od dokumentów najwyraźniej ufał papierowi.

Tadeusz przeszedł od razu do rzeczy.

- Nina zgłosiła potrzebę rozszerzenia diagnostyki "Światła po deszczu". Chcę, żebyśmy ustalili, co jest konieczne, a co możemy zrobić bez przesuwania harmonogramu.

- Najpierw chciałbym zobaczyć pełny protokół oględzin - powiedział Radecki.

Przesunęłam w jego stronę kopię.

Nie zaczął od mojej notatki o warstwie malarskiej ani od inicjału przy krawędzi płótna. Najpierw przeczytał dokument od początku, linijka po linijce. Zatrzymał się przy informacji o wcześniejszym dublażu i przy dacie ostatniej większej ingerencji konserwatorskiej.

- Mamy dokumentację fotograficzną z tamtej konserwacji? - zapytał.

- Niepełną - odpowiedziałam. - Kilka odbitek, żadnych negatywów. Opis zabiegów jest lakoniczny.

- Nazwisko konserwatora?

- Lewandowski. Stanisław.

- Ten z Sopotu?

9

- Prawdopodobnie. W dokumentacji nie ma adresu pracowni.

Zanotował coś.

- Obraz był wtedy zdejmowany z krosna?

- Według opisu nie.

- A widoczne dziś krawędzie?

- Częściowo. Nie w takim zakresie jak teraz.

Dopiero wtedy podniósł wzrok.

- Czyli znak, który pani znalazła, mógł być przez lata ukryty.

Nie podobało mi się, że nazwał to znakiem, jakby miał już znaczenie.

- Mógł - powiedziałam. - Na razie jest śladem ołówka.

- Oczywiście.

Tyle że ton miał człowieka, który różnicę między jednym a drugim rozumiał aż za dobrze.

Marta odezwała się pierwszy raz.

- Obejrzałam wczoraj reprodukcje prac Hanny Orłowskiej z początku lat siedemdziesiątych. Litera H niczego nie rozstrzyga. Podpisywała niektóre szkice samym inicjałem, ale równie dobrze może nie mieć z nią nic wspólnego.

Radecki spojrzał na nią z uwagą.

- Ma pani dostęp do oryginałów?

- Do trzech prac na papierze. Są w magazynie grafiki.

- Chciałbym je zobaczyć.

- Po co? - zapytałam.

Zawahał się ledwie zauważalnie.

10

- Bo jeżeli mamy oceniać, czy oznaczenie przy krawędzi płótna może mieć związek z osobą z pracowni Orłowskiego, dobrze wiedzieć, jak ta osoba zapisywała własne nazwisko.

- "Osoba z pracowni" była jego żoną.

- Wiem.

- I malarką.

- Też wiem.

Nie uniósł głosu. To irytowało mnie bardziej, niż gdyby próbował mnie pouczać.

Tadeusz odstawił kubek.

- Zanim zrobimy z tego seminarium o Hannie Orłowskiej, obejrzyjmy obraz.

Przeszliśmy do pracowni konserwatorskiej. "Światło po deszczu" leżało na stole pod miękkim światłem lamp. Wszystko wyglądało tak samo jak poprzedniego dnia, a jednak obecność obcej osoby zmieniła proporcje pomieszczenia. Radecki zatrzymał się przed wejściem na oznaczoną strefę roboczą i spojrzał na mnie.

- Mogę podejść?

To pytanie zaskoczyło mnie bardziej, niż powinno.

Wielu historyków sztuki zachowywało się przy obiekcie tak, jakby wiedza o nim dawała prawo do przestrzeni wokół niego. Aleksander czekał.

- Tak. Tylko bez dotykania krosna.

Założył rękawiczki, które podała mu Marta, i pochylił się nad odwrociem obrazu. Nie zaczął od ołówkowego H. Oglądał pieczęcie, stare nalepki wystawowe, ślady po gwoździach i numery nanoszone w różnych okresach. Pracował bez komentarza, jakby zapomniał, że stoimy obok.

11

Zauważyłam, że nie patrzę na obraz, tylko na niego.

Miał ciemne włosy z pojedynczymi srebrnymi pasmami przy skroniach. Rękawy koszuli podwinął równo, dokładnie dwa razy. To nie było nic istotnego. I właśnie dlatego zirytowało mnie, że to zauważyłam.

- Ten zapis jest późniejszy - powiedział po chwili.

Wskazał bez dotykania białą kredową cyfrę przy dolnej listwie.

- Z lat dziewięćdziesiątych - odpowiedziałam. - Prawdopodobnie numer transportowy.

Przesunął się w lewo.

- A ten jest starszy.

Spojrzałam na ciemny numer naniesiony cienkim pędzlem. Farba była częściowo starta.

- MSW...

- Cztery siedemnaście przez osiemdziesiąt dziewięć - powiedział Aleksander.

Podniosłam głowę.

Nie zdążyłam odczytać końcówki.

Marta też to zauważyła, bo spojrzała na mnie, a potem na niego.

- Skąd pan zna numer? - zapytałam.

Aleksander wyprostował się powoli.

- Jest w jednym ze starych rejestrów depozytowych.

- W którym?

- W dokumentacji galerii Radeckiego.

- Pańskiego ojca.

- Tak.

12

Tadeusz wtrącił się, zanim zdążyłam zadać kolejne pytanie.

- Andrzej Radecki współpracował z Julianem przy kilku wystawach pod koniec lat osiemdziesiątych. Mówiłem ci.

- Mówiłeś, że współpracował z nim przy wystawach. Nie mówiłeś, że miał osobną dokumentację tego obrazu.

- Nie wiedziałem, jak szczegółowa jest.

Spojrzałam ponownie na Aleksandra.

- A pan wiedział.

- Wiedziałem, że numer figuruje w rejestrze.

- I dlatego chciał pan obejrzeć właśnie "Światło po deszczu" przed konserwacją?

Tym razem nie odpowiedział od razu.

- Między innymi dlatego.

To samo sformułowanie, którego użył Tadeusz dzień wcześniej.

Poczułam nieprzyjemne ukłucie pod żebrami. Nie lubiłam przypadków, które zaczynały układać się w powtarzalny wzór.

- Co jeszcze jest w tym rejestrze?

- Data przyjęcia, wymiary, tytuł, technika, nazwisko właściciela. Standardowe informacje.

- Autor?

- Julian Orłowski.

- Nic więcej?

- W samym rejestrze nie.

Nie umknęło mi to rozróżnienie.

- A poza rejestrem?

13

Tadeusz odchrząknął.

- Nina, nie przesłuchujemy świadka.

- Nie. Próbuję zrozumieć, dlaczego człowiek, którego pierwszy raz widzę, zna z pamięci numer z odwrocia obrazu mojego dziadka.

Aleksander nie wyglądał na urażonego.

- Bo od kilku miesięcy przeglądam dokumentację późnych prac Orłowskiego. Ten numer widziałem więcej niż raz.

- W związku z czym?

- Z proweniencją.

- To szerokie słowo.

- To szeroka praca.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

Byłam prawie pewna, że coś ukrywa. Nie wiedziałam tylko, czy było to coś ważnego, czy po prostu zakres badań, którego nie miał obowiązku tłumaczyć mi przy pierwszym spotkaniu.

- Dobrze - powiedziałam. - To zacznijmy od tego, co jest moją pracą.

Podeszłam do lewej krawędzi obrazu i pokazałam mu fragment warstwy ukryty pod dawnym naciągiem. Aleksander obejrzał go przez lupę, nie próbując przejąć narzędzia z mojej ręki.

- Różni się od powierzchni? - zapytał.

- Sposobem nakładania. Nie pigmentem, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Tu ruch jest szerszy, mniej poszarpany. Julian pod koniec lat osiemdziesiątych zwykle pracował inaczej.

- Zwykle?

14

- Tak. I zanim pan zapyta, nie twierdzę, że jedna różnica oznacza inną rękę. Artysta może zmieniać technikę. Choroba też mogła wpłynąć na sposób pracy.

- Właśnie o chorobę chciałem zapytać.

Zamknęłam lupę.

- Co dokładnie?

- Jak długo po incydencie neurologicznym miał

ograniczoną sprawność dłoni?

Marta odwróciła się od monitora.

Tadeusz spojrzał na mnie.

Pytanie samo w sobie było rozsądne. Mimo to poczułam, jak napina mi się kark.

- Nie wiem dokładnie. Byłam dzieckiem, kiedy umarł.

- Rodzina zachowała dokumentację medyczną?

- Nie mam pojęcia.

- Listy? Notatniki? Kalendarze z tamtego okresu?

- To ma być analiza obrazu czy mojej rodziny?

Aleksander zdjął rękawiczki.

- Jedno może być potrzebne do drugiego.

- Dlaczego?

- Bo jeśli chcemy zrozumieć nietypowy sposób

prowadzenia farby w obrazie namalowanym rok po chorobie autora, warto ustalić, jak w tym czasie pracował.

- To nadal nie tłumaczy pytań o prywatne listy.

- Warsztat artysty bywa udokumentowany właśnie w prywatnych materiałach.

- Pan zawsze zaczyna od rodziny?

15

- Zaczynam od źródeł.

Powiedział to bez złośliwości. Właśnie dlatego nie mogłam łatwo uznać go za aroganckiego.

Przyjrzałam mu się uważniej.

- I ma pan już jakieś źródła dotyczące mojej rodziny.

- Mam źródła dotyczące Juliana Orłowskiego.

- To nie jest odpowiedź.

- Na dziś musi wystarczyć.

Tadeusz westchnął.

- Wystarczy również na tyle, żebyśmy ustalili następne kroki.

Usiedliśmy przy długim stole roboczym. Tym razem to ja przejęłam prowadzenie rozmowy. Zaproponowałam dokumentację w świetle UV, badania w podczerwieni i mikroskopowe porównanie wybranych fragmentów. Aleksander chciał rozszerzyć zestawienie o dwa inne obrazy z tego samego okresu. Tadeusz natychmiast zaczął liczyć dni.

- Nie mamy na to tygodnia.

- Nie proszę o tydzień - powiedziałam. - Dwa dodatkowe dni.

- Dwa dni tutaj oznaczają dwa dni wszędzie.

- A błędna decyzja konserwatorska może oznaczać miesiące.

Radecki zamknął notes.

- Nina ma rację.

Po raz pierwszy użył mojego imienia.

Spojrzałam na niego.

16

- Jeżeli struktura obrazu rzeczywiście odbiega od pozostałych prac z tego okresu, skrócenie badań teraz tylko przesunie problem - dodał. - I sprawi, że wróci wtedy, kiedy obraz będzie już na sali.

Tadeusz zmrużył oczy.

- Łatwo wam mówić. To nie wy tłumaczycie sponsorom opóźnienie.

- Ja podpisuję raport - odpowiedziałam. - Więc tak, mi też zależy na terminie. Tylko nie bardziej niż na tym, żeby raport był prawdziwy.

Aleksander spojrzał na mnie krótko. Nie uśmiechnął się, ale coś w jego twarzy złagodniało.

Tadeusz ostatecznie zgodził się na dodatkowe dwa dni.

Zanim wyszedł, poprosiłam Martę o przygaszenie górnego światła. Chciałam jeszcze raz obejrzeć lico obrazu w świetle bocznym. Aleksander stanął z boku, poza strefą roboczą, i przez dłuższą chwilę nic nie mówił.

- Z bliska jest mniej spokojny - odezwał się w końcu.

Spojrzałam na obraz. Z odległości kilku metrów otwarte okno i jasność nad dachami rzeczywiście dawały wrażenie ciszy po deszczu. Przy stole było widać zadrapania, stare spękania i gwałtowne korekty w partii parapetu.

- Większość obrazów jest mniej spokojna z bliska.

- Ludzie chyba też.

Odwróciłam głowę. Nie uśmiechał się, więc nie wiedziałam, czy próbował rozładować napięcie.

- To zdanie z pańskich badań naukowych?

- Z obserwacji.

Wróciłam do obrazu.

17

- W rodzinie zawsze mówiono, że to był pierwszy naprawdę ważny obraz dziadka po chorobie. Powrót do pracy, właściwie do siebie. W katalogach powtarza się ta sama wersja.

- Pani w nią wierzy?

Pytanie było proste, ale zabrzmiało zbyt osobiste.

- Nie mam powodu nie wierzyć.

- To nie to samo.

- A pan ma powód?

Aleksander przez chwilę patrzył na jasny fragment nieba, nie na mnie.

- Mam powód, żeby sprawdzać rzeczy, które przez lata powtarzano bez źródła.

- Nawet jeśli wszyscy uznają je za oczywiste?

- Zwłaszcza wtedy.

Poczułam ukłucie irytacji, ale i coś jeszcze. Niepokojącą ciekawość. W jego sposobie patrzenia na obraz nie było triumfu człowieka, który chce coś obalić. Była ostrożność, niemal niechęć do własnych podejrzeń.

- Ja nie konserwuję rodzinnej legendy - powiedziałam.

- Mam nadzieję.

- To miało zabrzmieć jak komplement?

- Nie. Jak oczekiwanie.

Marta uniosła wzrok znad komputera, a Tadeusz pokręcił głową.

- Jeżeli zamierzacie przez dwa dni rozmawiać w ten sposób, wpiszę do harmonogramu dodatkowy tydzień.

Nikt się nie roześmiał. Mimo to napięcie na moment zelżało.

18

Kiedy spotkanie się skończyło, Marta została przy komputerze, a Tadeusz wyszedł zadzwonić do działu wystaw. Zbierałam wydruki, gdy Aleksander stanął po drugiej stronie stołu.

- Nie próbuję podważyć pani pracy.

- Jeszcze nie wiem, co pan próbuje zrobić.

- To uczciwa odpowiedź.

- Nie miała być uprzejma.

- Tym bardziej.

Wsadziłam protokół do teczki.

- Dlaczego późne obrazy Orłowskiego?

- Bo dokumentacja kilku z nich jest niespójna.

Zatrzymałam rękę.

- W jaki sposób?

- Daty. Miejsca przechowywania. Opisy techniczne. Nic, co samo w sobie dowodziłoby czegokolwiek.

- Ale wystarczająco dużo, żeby zapamiętać numer "Światła po deszczu".

- Najwyraźniej.

- I żeby pytać o moją babcię.

Przez moment wydawało mi się, że powie coś więcej.

- Hanna Orłowska była częścią tej pracowni - powiedział w końcu.

- Była kimś więcej.

- Wiem.

Tym razem te dwa słowa zabrzmiały inaczej.

Nie jak uprzejme potwierdzenie.

19

Jak wiedza.

Zanim zdążyłam go zatrzymać, odsunął krzesło.

- Jutro mogę przynieść kopię rejestru mojego ojca. Jeśli ma pani zobaczyć numer w kontekście, lepiej zrobić to teraz.

- Myślałam, że to prywatne archiwum.

- Jest prywatne. To nie znaczy, że nie można z niego korzystać.

- Skoro jest istotne dla obrazu, powinno trafić do dokumentacji projektu.

- Jeśli okaże się istotne, trafi.

Znów to "jeśli".

Przy drzwiach odwrócił się jeszcze raz.

- I proszę nie zmieniać zakresu badań dlatego, że obraz należy do pani rodziny.

Poczułam natychmiastowy gniew.

- Nie zamierzam.

- Dobrze.

- Pan naprawdę uważa, że mogłabym?

Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie.

- Nie wiem jeszcze, co pani mogłaby zrobić.

Drzwi zamknęły się cicho.

Stałam przez kilka sekund z teczką przyciśniętą do piersi i wpatrywałam się w miejsce, w którym przed chwilą stał.

Był irytujący. Zbyt ostrożny. Zbyt dobrze przygotowany. Najwyraźniej wszedł do projektu z pytaniami, których nikt wcześniej mi nie zadał, i z dokumentami, o których istnieniu nie wiedziałam.

20

A jednak, kiedy Tadeusz chciał przyspieszyć badania, Aleksander bez wahania poparł decyzję, która mogła skomplikować także jego pracę.

To nie pasowało do obrazu człowieka polującego na tani skandal.

Marta zamknęła laptop.

- Nie lubisz go.

- Nie znam go.

- To nie odpowiedź.

Spojrzałam na nią.

- Zna numer obrazu na pamięć.

- Zawodowe skrzywienie.

- Pyta o chorobę dziadka, listy, kalendarze i babcię.

- Też zawodowe skrzywienie.

- I nie mówi wszystkiego.

Marta oparła dłonie o stół.

- To akurat może być po prostu ludzkie.

Nie odpowiedziałam.

Przez szybę oddzielającą salę od pracowni widziałam fragment "Światła po deszczu". Jasne okno, mokry parapet, pas nieba po burzy.

Do wczoraj sądziłam, że największym problemem tego obrazu jest coś, co znalazłam pod warstwą farby.

Po spotkaniu z Aleksandrem Radeckim nie byłam już tego pewna.

21

Rozdział 2. To samo płótno

Aleksander czekał przed drzwiami pracowni, kiedy przyszłam następnego ranka. Nie próbował wejść razem z pracownikiem technicznym, który otwierał magazyn obok, choć bez trudu mógłby powołać się na udział w projekcie. Stał pod ścianą z teczką przyciśniętą do boku i patrzył przez wysokie okno na mokry dziedziniec.

- Jestem za wcześnie? - zapytał, gdy mnie zobaczył.

- O siedem minut.

- To chyba lepiej niż cztery za późno.

Pierwszy raz usłyszałam w jego głosie coś, co mogło być żartem. Nie odpowiedziałam uśmiechem, ale zapamiętałam, że pamiętał.

Otworzyłam pracownię, włączyłam światło i odłożyłam torbę do szafki. Aleksander wszedł dopiero po mnie. Zanim zdążyłam poprosić o obiecane materiały, położył na wolnym stole przezroczystą koszulkę z kilkoma skopiowanymi stronami.

- Rejestr mojego ojca. Strony obejmujące okres, który może nas interesować. Skan wysłałem też Tadeuszowi, żeby wszedł do dokumentacji projektu.

Spojrzałam na niego.

- Bez "jeśli okaże się istotny"?

- Wczoraj miała pani rację. Skoro używam go przy tym obiekcie, powinien być dostępny dla wszystkich, którzy odpowiadają za badania.

To było tak proste, że przez chwilę nie wiedziałam, co z tym zrobić. Spodziewałam się kolejnego zastrzeżenia, prywatnego warunku albo przynajmniej próby zachowania

22

nad materiałem kontroli. Zamiast tego dostałam kopię z krótką notą o pochodzeniu dokumentu, datą sporządzenia skanu i podpisem Aleksandra.

- Dziękuję - powiedziałam.

- Proszę.

Nie próbował obserwować, co przeczytam najpierw. Odszedł do drugiego końca stołu i zaczął rozpakowywać swoje notatki.

Przejrzałam strony. Rejestr był dokładnie tak niespektakularny, jak zapowiadał: daty, tytuły, wymiary, informacje o przyjęciu i wydaniu dzieł, kilka skrótów technicznych, część dopisana później innym charakterem pisma. Nie znalazłam niczego, co natychmiast zmieniałoby sens obrazu. To powinno mnie uspokoić, a jednak bardziej niż treść zainteresował mnie sam fakt, że Aleksander oddał dokument do wspólnego obiegu po jednej naszej rozmowie.

- Nie ma tu pańskich notatek - powiedziałam.

- Bo moje notatki nie są źródłem.

- Wczoraj brzmiał pan, jakby miał ich pan dużo.

- Mam. I chętnie je pani pokażę, kiedy będzie jasne, które są potrzebne.

Poczułam znajome ukłucie oporu.

- Znowu pan wybiera moment.

Podniósł wzrok.

- Wybieram różnicę między dokumentem a interpretacją. To nie to samo.

Miał rację przynajmniej na tyle, że nie chciałam zaczynać dnia od sporu o słowa.

23

Tego ranka mieliśmy wykonać dokumentację w ultrafiolecie, a po południu rozpocząć badanie w podczerwieni. "Światło po deszczu" zostało już ustawione na sztaludze technicznej. Zaciągnęłam rolety, sprawdziłam mocowania i poprosiłam Aleksandra, żeby stanął za wyznaczoną linią, dopóki Marta nie skończy ustawiania aparatu.

Nie zaprotestował.

Przy pierwszych zdjęciach zniknęło wszystko poza pracą. W ultrafiolecie powierzchnia obrazu przestała przypominać znajome wnętrze z oknem. Werniks świecił nierównomiernie, retusze tworzyły ciemniejsze plamy, a kilka dawnych ingerencji stało się wyraźniejszych niż w świetle dziennym.

Marta robiła kolejne ujęcia. Ja dyktowałam numery obszarów i zaznaczałam obserwacje na schemacie.

- Tu - powiedział Aleksander z miejsca, w którym stał.

Nie odwróciłam się.

- Co tu?

- W prawej górnej części. Przy granicy chmur.

- Widzę.

- W dokumentacji z dziewięćdziesiątego czwartego jest wzmianka o korekcie werniksu w podobnym miejscu.

Wyprostowałam się.

- Nie mów mi teraz, co jest w dokumentacji.

Zapadła cisza.

Marta opuściła aparat.

- Mam zrobić przerwę?

- Nie. Zdjęcie trzydzieści osiem jeszcze raz, trochę niżej.

24

Zrobiła je, a ja dopiero wtedy odwróciłam się do Aleksandra.

- Jeżeli przed opisaniem powierzchni powie mi pan, czego mam się spodziewać, zaczynam tego szukać. Nawet jeśli nieświadomie.

- A jeśli nie zna pani historii ingerencji, może pani uznać ślad konserwatorski za element procesu malarskiego.

- Dlatego porównuję wyniki po opisie, nie przed nim.

- Ja pracuję odwrotnie.

- Wiem.

- Skąd?

- Od wczoraj. Najpierw dokument, potem pytanie.

Przez chwilę patrzył na mnie bez słowa.

- A pani najpierw przedmiot.

- Przedmiot nie wie, czego chcemy w nim znaleźć.

- Dokument też nie.

- Człowiek, który go czyta, już tak.

Jego brwi drgnęły. Nie wyglądał na urażonego. Bardziej na zainteresowanego.

- To działa w obie strony - powiedział. - Materiał też się interpretuje.

- Dlatego zapisuję obserwację przed hipotezą.

- I dlatego ja zapisuję źródło przed wnioskiem.

Patrzyliśmy na to samo płótno i widzieliśmy dwie różne kolejności dochodzenia do prawdy.

Marta odchrząknęła.

- Mogę zaproponować coś bardzo radykalnego?

25

Spojrzeliśmy na nią.

- Skończmy zdjęcia, zanim zaczniecie pisać wspólny podręcznik metodologii.

Aleksander cofnął się o krok.

- Dobrze. Do końca tej serii nic nie mówię.

- Nie chodzi o milczenie - powiedziałam. - Chodzi o kolejność.

- Rozumiem.

I rzeczywiście zamilkł.

Nie w sposób obrażony. Nie demonstracyjnie. Przez następne czterdzieści minut nie podpowiadał ani jednej interpretacji. Kiedy skończyliśmy, przyniósł swoje kopie dokumentacji i położył je obok mojego arkusza.

- Teraz?

- Teraz.

Przeszliśmy punkt po punkcie. Część dawnych ingerencji pokrywała się dokładnie z tym, co zobaczyłam. Dwie nie. W jednym miejscu archiwalny opis sugerował retusz, którego w ultrafiolecie nie potrafiłam potwierdzić. W innym widzieliśmy zmianę, o której wcześniejszy konserwator nie wspomniał ani słowem.

Aleksander nie powiedział "a nie mówiłem". Zapytał tylko:

- Co robimy z rozbieżnościami?

- Zostawiamy je jako rozbieżności, dopóki nie mamy czegoś więcej.

- To mi się podoba.

- Co?

- Że pani nie próbuje od razu zamknąć odpowiedzi.

26

Poczułam, że mam ochotę odpowiedzieć czymś ostrym, choć nie powiedział niczego obraźliwego. Może dlatego, że komplement zabrzmiał zbyt trafnie.

- Pan też nie wygląda na człowieka, który lubi zamknięte odpowiedzi.

- Lubię. Kiedy są prawdziwe.

Przygotowanie aparatury do podczerwieni wymagało czasu, więc wyszliśmy na krótki obiad do muzealnego zaplecza. Marta została z technikiem, a ja zabrałam ze sobą kopię rejestru. Aleksander usiadł naprzeciwko przy wąskim stoliku. Przez kilka minut jedliśmy w milczeniu.

- Mam propozycję - powiedział w końcu.

- Słucham.

Wyjął z teczki trzy wydruki fragmentów innych obrazów.

- Dwa są z końca lat osiemdziesiątych, jeden

wcześniejszy. Wszystkie mają zachowaną dokumentację fotograficzną z pracowni. Bez podpisów i dat.

Nie sięgnęłam po kartki.

- Po co?

- Skoro nie chce pani, żeby kontekst wpływał na pierwszą obserwację, zróbmy porównanie bez kontekstu. Pani zapisze, co widzi. Potem dołożę informacje archiwalne.

- To są obrazy Juliana?

- Jeśli odpowiem, przestają być anonimowe.

Popatrzyłam na niego.

- Szybko się pan uczy.

- Staram się nie marnować dodatkowych dwóch dni.

Tym razem się uśmiechnęłam. Ledwie, ale zauważył.

27

Przesunął wydruki w moją stronę, lecz nie pochylił się nad stołem, żeby kontrolować, na co patrzę. Dał mi miejsce. Ten drobny gest wydał mi się nieproporcjonalnie ważny.

Pierwszy fragment przedstawiał jasną powierzchnię ściany i krawędź stołu. Drugi partię nieba. Trzeci ciemną tkaninę. Nie dało się oceniać stylu całych kompozycji. Mogłam patrzeć tylko na sposób budowania warstwy.

- Same zdjęcia powierzchni to za mało - powiedziałam.

- Wiem.

- Potrzebowałabym zdjęć w świetle bocznym. Jeśli są.

- Są dla dwóch.

- I dokumentacji podrysowania.

- Dla jednego.

- To słabe porównanie.

- To materiał, którym dysponuję.

Podobało mi się, że nie próbował sprzedawać braków jako zalety.

- Dobrze. Zobaczę, co da się powiedzieć, ale bez wniosków o autorstwie.

- Tego właśnie chcę.

Uniósł kubek z kawą i spojrzał na mnie ponad jego krawędzią. Przez krótką chwilę uświadomiłam sobie, że siedzimy bliżej, niż wymagała praca. W zapleczu było chłodno, a mimo to kiedy sięgnęłam po drugi wydruk i nasze dłonie znalazły się na moment przy tej samej kartce, cofnęłam palce zbyt szybko.

On również cofnął rękę.

Nie skomentował tego.

28

Byłam mu za to wdzięczna bardziej, niż chciałam przyznać.

Nie wróciliśmy od razu do pracowni. Rozłożyłam trzy fotografie na wolnym końcu stolika i poprosiłam o kartkę. Aleksander podał mi swój notes.

- Nie będę pisała w pańskim.

- Dlaczego?

- Bo potem okaże się dokumentem archiwalnym.

Popatrzył na mnie przez sekundę, po czym wyrwał czystą kartkę ze środka i przesunął ją w moją stronę.

Oznaczyłam próbki literami z odwrotów. W A warstwa była budowana krótkimi, nakładającymi się ruchami. B miało partie wygładzone szerzej, z miejscami, w których spodnia barwa pracowała przez cieńszą warstwę. C było najbardziej nierówne: spokojne przejścia sąsiadowały z twardymi korektami. Bez całego obrazu nie chciałam mówić o stylu, ale mogłam opisać technikę.

Aleksander siedział naprzeciwko i nie podpowiadał. Kiedy skończyłam, wyciągnął zaklejoną kopertę, którą wcześniej trzymał w teczce, i otworzył ją paznokciem.

- A i B to prace Juliana - powiedział. - Jedna sprzed choroby, druga wcześniejsza o prawie dziesięć lat. C też jest przypisane Julianowi, ale powstało pomiędzy nimi.

Spojrzałam jeszcze raz na fotografie.

- Czyli jego sposób pracy zmieniał się bardziej, niż sugerują reprodukcje.

- Albo fotografie techniczne pokazują różnice, których reprodukcje nie pokazują.

- To ważne rozróżnienie.

29

- Dlatego nie chciałem zaczynać od stwierdzenia, że każda odmienność oznacza inną rękę.

Zatrzymałam na nim wzrok.

- Wczoraj nie powiedział pan tego ani razu.

- Wczoraj nie pytała pani o moją hipotezę. Pytała pani, dlaczego interesują mnie dokumenty.

- A dzisiaj?

- Dzisiaj próbuję sprawdzić hipotezę tak, żeby jej pani nie odziedziczyła ode mnie.

To zdanie uciszyło we mnie gotową ripostę. Było dokładnie tym, czego od niego oczekiwałam, choć nie zdążyłam tego sformułować.

Odwróciłam fotografię B.

- Ma pan zdjęcie całego obrazu?

- Tak.

- Pokaże mi pan dopiero po tym, jak zapiszę obserwacje?

- Jeśli taka jest zasada.

- Taka jest.

Podał mi kolejną kartkę. Nasze palce spotkały się na brzegu papieru. Tym razem żadne z nas nie cofnęło dłoni natychmiast. Trwało to może sekundę, najwyżej dwie, a jednak poczułam ciepło jego skóry z absurdalną wyrazistością.

Pierwsza odsunęłam rękę.

- Jeszcze jedno - powiedziałam, patrząc na fotografie.

- Tak?

30

- Jeżeli coś w pańskich dokumentach wskazuje

konkretnie, gdzie mam patrzeć, proszę mi tego nie mówić przed opisem.

- A jeśli uznam, że bez tego może pani źle zaplanować badanie?

- Wtedy mówi mi pan, że ma informację wpływającą na zakres badania. Nie mówi pan, jakiego wyniku się spodziewa.

Zastanowił się.

- To uczciwe.

- To procedura między nami, nie uprzejmość.

- Tym lepiej.

Po raz pierwszy od początku projektu ustaliliśmy zasadę, która nie wynikała z regulaminu muzeum ani z harmonogramu Tadeusza. Była nasza, robocza i bardzo prosta: każde z nas miało chronić drugie przed własnym sposobem widzenia tak długo, aż zebrane fakty będą mogły się spotkać.

Po południu wróciliśmy do obrazu. Badanie w podczerwieni nie dawało od razu odpowiedzi. Obraz pojawiał się na monitorze partiami, w szarościach, z liniami niewidocznymi gołym okiem. Pracowaliśmy wolniej niż rano.

Tym razem Aleksander sam zapytał:

- Mogę powiedzieć, jeśli coś rozpoznam z dokumentów, czy czekam do końca?

- Najpierw zapisuję.

- Dobrze.

Po kilkunastu minutach przestałam pilnować, czy dotrzyma słowa. Dotrzymywał.

W jednej z partii parapetu pojawiła się wyraźna zmiana kompozycyjna. Pierwotna linia biegła kilka centymetrów

31

wyżej, potem została przesunięta. W innym miejscu odkryliśmy zarys przedmiotu, którego ostatecznie nie namalowano.

Zrobiłam notatkę.

- To normalne? - zapytał Aleksander, dopiero kiedy odłożyłam ołówek.

- Zmiany w trakcie pracy są normalne.

- W tym konkretnym obrazie?

- Tego jeszcze nie wiem.

- A w innych późnych pracach?

Spojrzałam na niego.

- Właśnie dlatego potrzebuję porównania.

Nie odpowiedział od razu. Wyjął telefon, ale zamiast pokazać mi ekran, odszedł kilka kroków i wykonał krótkie połączenie. Słyszałam tylko pojedyncze słowa: "dwa obiekty", "dokumentacja", "bez transportu".

Kiedy wrócił, wsunął telefon do kieszeni.

- Jutro rano możemy zobaczyć dwa inne obrazy z tego okresu w magazynie studyjnym. Są na miejscu. Nie musimy ich ruszać.

- Załatwił pan to w trzy minuty?

- Zapytałem właściwą osobę.

- To brzmi jak coś, czego bardzo nie lubię.

- Kontakty?

- Skróty.

- Nie skróciłem procedury. Dowiedziałem się, kto może wydać zgodę.

Pokiwałam głową.

32

- To akurat mogę zaakceptować.

- Duży postęp.

Znowu prawie się uśmiechnęłam.

Pod koniec dnia miałam kilkadziesiąt zdjęć, dwie strony obserwacji i więcej pytań niż rano. Nie odkryliśmy niczego, co pozwalałoby zmienić opis obrazu. Nie rozstrzygnęliśmy też żadnej z niespójności, które sprowadziły Aleksandra do projektu.

A jednak coś się zmieniło.

Kiedy zamykałam dokumentację, zobaczyłam, że na stole obok leżą anonimowe wydruki przygotowane przez niego na nasze porównanie. Na odwrocie każdego zamiast nazwiska autora wpisał jedynie A, B i C. Obok leżała otwarta rano koperta z opisami źródeł.

- Naprawdę pan ją zakleił? - zapytałam.

- Żeby pani nie mogła oskarżyć mnie o sugerowanie odpowiedzi.

- Mogłabym po prostu nie zaglądać.

- Wierzę pani.

Spojrzałam na kopertę.

- To po co klej?

- Sobie nie ufam aż tak bardzo. Mógłbym zacząć tłumaczyć.

Zaśmiałam się cicho, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Aleksander popatrzył na mnie, a w jego twarzy pojawiło się coś łagodniejszego niż dzień wcześniej. Nie trwało długo. Wystarczyło jednak, żebym nagle przestała widzieć w nim wyłącznie człowieka, który przyszedł sprawdzać historię mojej rodziny.

33

- Jutro o ósmej trzydzieści? - zapytał.

- O ósmej piętnaście.

- Dlaczego?

- Bo mamy tylko dwa dni.

- Pani jednak nie lubi marnować czasu.

- Teraz pan się uczy.

Zanim wyszedł, pomógł mi jeszcze opuścić lekką osłonę zabezpieczającą stanowisko. Zapytał, gdzie ma chwycić, chociaż po całym dniu bez trudu mógł się domyślić. Pokazałam mu miejsce na aluminiowej ramie.

- Nie obraz - powiedziałam.

- Zapamiętałem już pierwszego dnia.

- Sprawdzam.

Ustawiliśmy osłonę jednocześnie po obu stronach stołu. Kiedy znalazła się na miejscu, przez przezroczystą folię obraz wyglądał jak rzecz odsunięta o jeden krok od rzeczywistości.

- Jutro znowu go odsłonimy - powiedział Aleksander.

- Taka jest praca.

- Z dokumentami odwrotnie. Najpierw są zasłonięte, a człowiek całe życie próbuje je otworzyć.

- I dlatego pan jest człowiekiem od dokumentów.

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.

- Tak mnie pani nazywa?

- Tylko w myślach.

- To nie brzmi najgorzej.

Nie powiedziałam mu, że jeszcze rano brzmiało znacznie gorzej.

34

Wyszłam z pracowni kilka minut po nim. Na korytarzu minęliśmy się przy windzie, ale Aleksander wybrał schody. Ja zostałam przed zamkniętymi drzwiami windy z kopią rejestru pod pachą i uświadomiłam sobie rzecz, która nie miała nic wspólnego z dokumentami.

Rano pilnowałam każdego jego pytania.

Wieczorem zamknęłam nasze notatki w jednej teczce i dopiero przy windzie dotarło do mnie, że przez ostatnią godzinę nie kontrolowałam, czy patrzy na obraz tak samo jak ja.

Nie ufałam mu. Jutro o ósmej piętnaście miałam jednak znowu stanąć z nim przy tym samym płótnie i nie myślałam o tym jak o konieczności.

35

Rozdział 3. Inna ręka

O ósmej trzynaście stałam już pod drzwiami magazynu studyjnego z kubkiem kawy, którego nie zdążyłam wypić. Aleksander pojawił się minutę później, bez płaszcza, z przewieszoną przez ramię torbą i plikiem wydruków schowanym w szarej teczce.

- Dwie minuty zapasu - powiedział.

- Nie przyzwyczajaj się do pochwał.

- Nie słyszałem żadnej.

- I słusznie.

Tym razem uśmiechnął się naprawdę, krótko, jakby ta odpowiedź była czymś, na co liczył.

Magazyn otworzył nam Paweł z działu zbiorów. Dwa obrazy czekały już na ruchomych stojakach w wąskiej sali oględzin. Nie były duże. Pierwszy przedstawiał kuchenny stół przy oknie, drugi fragment nadmorskiego pejzażu z ciężkim, nisko zawieszonym niebem. Oba znałam z reprodukcji, ale zgodnie z naszą umową Aleksander nie podał mi dat ani szczegółów dokumentacyjnych.

- Zaczynamy od tego po lewej? - zapytał.

- Zaczynamy od tego, który ma lepsze światło boczne.

Paweł spojrzał na nas z wyrazem twarzy człowieka, który nie zamierzał wdawać się w cudzą metodologię, i przesunął lampę.

Przez pierwsze dwadzieścia minut prawie się nie odzywaliśmy. Oglądałam powierzchnię, krawędzie, spękania i miejsca, w których warstwa malarska pracowała pod światłem inaczej. W obrazie ze stołem od razu uderzyła mnie rzecz, której nie widać było na reprodukcjach. Pod gładkimi

36

przejściami koloru kryła się nerwowa konstrukcja. Pociągnięcia były krótsze, czasami rwane, a w kilku miejscach farba została ściągnięta niemal do podmalówki i położona ponownie.

Zapisałam obserwację.

Dopiero wtedy Aleksander zapytał:

- Co pani widzi?

- Nie "pani". Jeśli mamy przez dwa dni stać po tej samej stronie lampy, to trochę bez sensu.

Zamilkł na sekundę.

- Co widzisz?

Brzmiało inaczej. Prościej.

Wskazałam bez dotykania partię przy krawędzi blatu.

- Tu. I w cieniu pod dzbankiem. Farba była poprawiana kilka razy. Wydaje się swobodna z daleka, ale pod spodem jest dużo korekt. Ruch pędzla nadal pozostaje dość krótki.

- Czyli?

- Czyli na razie nic. Pokaż mi dokumentację.

Wyjął kartkę z teczki i podał mi ją dopiero wtedy, gdy odsunęłam się od obrazu. Praca pochodziła z wiosny 1989 roku, kilka miesięcy przed "Światłem po deszczu".

Przeczytałam datę jeszcze raz.

- To już po chorobie.

- Tak.

- A sposób prowadzenia farby jest bliższy wcześniejszym obrazom niż temu, co mamy na "Świetle".

- Tak to widzę.

Spojrzałam na niego.

37

- Nie pytam, jak ty to widzisz.

- Wiem. Dlatego powiedziałem dopiero po tobie.

Nie było w tym triumfu. Tylko przypomnienie, że dotrzymywał naszej zasady.

Przeszłam do drugiego obrazu. Tutaj różnica była jeszcze bardziej widoczna. Nie chodziło o kolor ani o temat, tylko o kolejność pracy. Na brzegu nieba, gdzie warstwa kończyła się pod listwą ramy, dało się odczytać sposób budowania powierzchni: cienka, chłodna warstwa pod spodem, potem kryjąca farba nakładana krótkimi przejściami, miejscami drobne korekty mokre w mokre.

W "Świetle po deszczu" widziałam coś innego. Tam część dużych powierzchni została zbudowana szerzej, spokojniej, z większym wykorzystaniem prześwitującej warstwy spodniej.

Odsunęłam się.

- Pokaż datę.

Aleksander podał mi drugą kartę.

Jesień 1989.

Poczułam nieprzyjemne napięcie w żołądku.

- To jest jeszcze późniejsze.

- Tak.

- Jeśli oba powstały po chorobie, sama sprawność dłoni nie tłumaczy różnicy.

- Nie tłumaczy jej w prosty sposób.

- Nie poprawiaj tego za mnie.

- Nie poprawiam. Zostawiam margines.

Spojrzałam na obraz ponownie.

38

Margines był potrzebny. Choroba nie działała jak przełącznik. Stan zdrowia mógł się zmieniać z tygodnia na tydzień. Inne narzędzia, inne tempo pracy, rozmiar obrazu, pomoc w pracowni, nawet rodzaj płótna mogły wpływać na technikę. Wiedziałam to wszystko. Mimo to poczułam, że jedna z bezpiecznych odpowiedzi właśnie zaczęła się rozsuwać.

Paweł pomógł mi obrócić drugi obraz tak, żebyśmy mogli obejrzeć tył bez zdejmowania go ze stojaka. Na płótnie zachowała się częściowo starta pieczęć producenta. Pierwszy obraz miał taką samą, choć czytelniejszą.

- To jeszcze nic nie znaczy - powiedziałam bardziej do siebie niż do Aleksandra.

- Czekam, aż powiesz, co znaczy.

Sprawdziłam notatki z oględzin "Światła po deszczu". Tam nie było pieczęci producenta, a grunt przy krawędzi wyglądał na nakładany ręcznie. Sama różnica nie była niezwykła. Artyści używali różnych podłoży, czasem kupowali gotowe, czasem przygotowywali je w pracowni. Problem polegał na tym, że kolejność warstw w obu oglądanych obrazach była do siebie podobna właśnie od samego podłoża.

- Nasz obraz zaczyna się inaczej już pod farbą - powiedziałam.

Aleksander nie sięgnął po swoje dokumenty.

- To zapisujesz jako kolejną obserwację?

- Tak. Bez interpretacji.

- Dobrze.

Zrobiłam zdjęcia obu pieczęci i dopisałam uwagę o gruncie. Przypomniałam sobie matkę mówiącą kiedyś, że babcia potrafiła przygotować pracownię do malowania

39

szybciej niż ktokolwiek i że Julian nie znosił tej części pracy. Było to rodzinne wspomnienie, nie dowód. Od razu odsunęłam je na bok.

Właśnie dlatego potrzebowałam kolejności, którą ustaliliśmy poprzedniego dnia. Najpierw to, co było na płótnie. Dopiero potem to, co człowiek chciał do niego dopowiedzieć.

Paweł wrócił z magazynu z miernikiem temperatury.

- Ile wam jeszcze zejdzie?

- Czterdzieści minut - odpowiedziałam.

- Mamy tu potem fotografa.

- Zmieścimy się.

Aleksander nie spojrzał na zegarek. Zamiast tego wziął przygotowaną wcześniej tabelę i zaczął przepisywać numery zdjęć, które robiłam telefonem dokumentacyjnym. Nie musiałam go prosić.

To była drobnostka, ale dzięki niej nie przyspieszyłam oględzin.

Przy drugim obrazie zauważyłam jeszcze coś. Na krawędzi płótna grunt był niemal identyczny kolorystycznie z tym ze "Światła po deszczu", ale warstwa położona nad nim zachowywała się inaczej. Tam, gdzie Julian zostawiał ślad pojedynczego ruchu, w badanym wcześniej obrazie farba była delikatnie rozciągnięta, jakby ktoś wracał do powierzchni miękkim, szerszym pędzlem.

- Masz zdjęcie krawędzi naszego obrazu w dużym powiększeniu? - zapytałam.

Aleksander otworzył teczkę, ale zatrzymał rękę.

- Mam też notatkę z dawnych oględzin dotyczącą tej partii.

- Nie chcę jej jeszcze.

40

Wyjął tylko fotografię.

Położyłam ją obok obrazu.

Nie były takie same. To byłoby zbyt łatwe. Ale różnica nie polegała już wyłącznie na tym, że "Światło po deszczu" wyglądało inaczej od jednego przypadkowo wybranego obrazu. Dwa oryginały z tego samego okresu pokazywały pewną wspólną logikę pracy, której w interesującym mnie fragmencie brakowało.

Zrobiłam zdjęcie zestawienia.

- To powinno trafić do raportu dziennego - powiedziałam.

Aleksander nie odpowiedział od razu.

- Jako obserwacja czy hipoteza?

- Jako obserwacja. Że w dwóch dostępnych obrazach z tego samego roku sposób budowania warstwy w porównywanych partiach jest zgodny ze sobą, a odmienny od wybranych fragmentów "Światła po deszczu".

- To mocne zdanie.

- Wiem.

- Tadeusz je zauważy.

- Wiem.

- I może zapytać, czy chcesz pozostać przy projekcie jako osoba prowadząca.

Poczułam, jak sztywnieją mi ramiona.

To nie była nowa obawa. Po prostu do tej pory pozostawała abstrakcyjna.

- Mam napisać coś łagodniejszego, bo noszę to samo nazwisko co autor?

- Nie powiedziałem tego.

41

- Ale pomyślałeś o konsekwencji.

- Tak. Bo ona jest realna.

Zamknęłam notes.

- Wpiszę dokładnie to, co widzę.

Aleksander skinął głową.

Nie powiedział, że to odważne. Nie zapewnił, że wszystko będzie dobrze. Zamiast tego wyjął z teczki własny formularz.

- W takim razie ja dołączę oddzielną notę z doborem materiału porównawczego, datami i podstawą wyboru tych dwóch obrazów. Żeby było jasne, że to nie ty wybrałaś próbkę pod własny wniosek.

Spojrzałam na niego.

- Nie musisz.

- Muszę, jeśli mam odpowiadać za część dokumentacyjną. Inaczej zostawimy lukę dokładnie tam, gdzie ktoś później będzie chciał ją znaleźć.

- To może również uderzyć w ciebie.

- To jest moja część pracy.

Powiedział to zwyczajnie, jakby chodziło o opis koperty, nie o możliwość znalezienia się po niewłaściwej stronie problemu, który dopiero zaczynał nabierać kształtu.

Ta odpowiedź zrobiła na mnie większe wrażenie niż wszystkie jego poprzednie deklaracje o źródłach.

Wróciliśmy do pracowni chwilę przed jedenastą. Marta czekała przy komputerze z włosami związanymi wysoko i miną sugerującą, że zdążyła już pokłócić się z co najmniej jednym skanerem.

- I? - zapytała.

42

- I nic, co chciałabym podsumowywać w drzwiach.

- Czyli coś.

- Czyli otwórz zdjęcia z wczoraj.

Usiedliśmy we troje przy monitorze. Pokazałam jej porównanie krawędzi, kolejność warstw i różnice w sposobie prowadzenia farby. Aleksander siedział obok, ale pozwolił mi mówić. Dopiero kiedy Marta zapytała, dlaczego wybraliśmy akurat te dwa obrazy, przesunął w jej stronę własną notę.

- Oba z tego samego roku, oba udokumentowane jako prace wykonywane w pracowni po chorobie Juliana, oba bez poważnej późniejszej ingerencji w porównywane partie - wyjaśnił.

Marta przewinęła zdjęcia jeszcze raz.

- To nie wygląda jak przypadkowa zmiana jednego dnia.

- Nie wiemy tego - powiedziałam.

- Wiem. Mówię tylko, że zaczyna się robić ciekawie.

- Wolałabym, żeby nie.

- Ty zawsze wolisz, żeby obiekt był ciekawy dopiero po oddaniu.

Prawie się uśmiechnęłam.

Marta powiększyła fotografię fragmentu nieba.

- A jeśli ktoś mu pomagał?

Pytanie zawisło między nami.

Nie było sensacyjne. W dużych pracowniach pomoc była normalna. W rodzinnych pracowniach jeszcze bardziej. Wiedziałam, że babcia przygotowywała płótna i farby, pomagała przy codziennym prowadzeniu pracowni. Wiedziałam też, że sama malowała.

43

Ale "pomagała" i "malowała fragmenty jego obrazów" dzieliła odległość, której nie chciałam pokonywać bez dowodów.

- To jedna z możliwości - powiedziałam.

Marta odwróciła się do mnie.

- Mamy trzy jej prace na papierze. To niewiele, ale mogę sprawdzić, czy w depozycie jest coś olejnego.

Aleksander spojrzał na mnie, nie na Martę.

Zauważyłam to.

Czekał.

- Sprawdź - powiedziałam. - Ale najpierw tylko rzeczy z pewnym autorstwem. Żadnych prac opisanych jako "krąg", "pracownia", "przypisywane". Jeśli mamy porównywać, nie dokładamy kolejnej niewiadomej.

- Jasne.

Marta zaczęła pisać wiadomość.

Aleksander wstał.

- Kawa?

- To sposób na ucieczkę od niewygodnej rozmowy? - zapytałam.

- Nie. Sposób na zdobycie kawy.

- W takim razie tak.

Poszliśmy do małego automatu na końcu korytarza. Muzeum zaczynało się już zapełniać. Gdzieś niżej przechodziła grupa szkolna, słychać było przewodniczkę proszącą dzieci, żeby niczego nie dotykały.

Aleksander wrzucił monety.

- Bez cukru?

44

- Skąd wiesz?

- Wczoraj miałaś bez.

- Obserwujesz ludzi równie dokładnie jak dokumenty?

- Tylko jeśli stoją przede mną przez kilka godzin.

Podał mi kubek. Nasze palce się zetknęły, tym razem na ciepłym plastiku. Nie cofnęłam dłoni odruchowo. Po prostu przejęłam kawę.

- A ty? - zapytałam.

- Co ja?

- Kawa.

- Czarna.

- To mało zaskakujące.

- Jestem aż tak przewidywalny?

- Teczka, ołówek, czarna kawa.

- Brzmi jak bardzo źle napisana postać drugoplanowa.

Roześmiałam się, zanim zdążyłam uznać, że nie powinnam.

Było w tym coś dziwnie uwalniającego. Przez kilka godzin patrzyliśmy na obraz mojego dziadka jak na potencjalny problem, a teraz staliśmy pod automatem, który buczał za głośno, i przez moment nic nie musiało niczego znaczyć.

Na kciuku miał ciemną smugę grafitu. Zauważył, że na nią patrzę, i odruchowo starł ją chusteczką.

- Ołówek - wyjaśnił.

- Domyśliłam się.

- Mogłaś podejrzewać bardzo mało efektowną bójkę w archiwum.

- Z tobą?

45

- Zdarzają się agresywne katalogi.

Pokręciłam głową, ale tym razem nie próbowałam ukryć uśmiechu. Ten człowiek, którego pierwszego dnia uznałam za niemal demonstracyjnie powściągliwego, najwyraźniej miał poczucie humoru. Po prostu używał go tak oszczędnie jak wszystkiego innego.

I chyba właśnie dlatego zaczynałam je zauważać.

Aleksander oparł ramię o ścianę.

- Żałujesz, że wpisałaś tę uwagę do raportu?

- Jeszcze jej nie wysłałam.

- To nie odpowiedź.

Spojrzałam na niego.

- Nie. Bo jeśli zacznę wygładzać wyniki przy pierwszym niewygodnym miejscu, mogę zamknąć pracownię.

- Aż tak?

- Dla mnie tak. Cały mój problem polega na tym, że ludzie widzą nazwisko, zanim zobaczą moją pracę. Jeśli sama zrobię wyjątek dla nazwiska, będą mieli rację.

Nie planowałam powiedzieć tego aż tak otwarcie.

Aleksander patrzył na mnie bez współczucia, za co byłam mu wdzięczna.

- Rozumiem.

- Naprawdę?

- Mój ojciec przez lata był dla ludzi ważniejszy niż wszystko, co robiłem później.

Chciałam zapytać, czy na pewno mówił tylko o zawodowej pozycji Andrzeja Radeckiego. Zamiast tego upiłam kawę.

- I dlatego zająłeś się jego archiwum?

46

- Między innymi.

Znowu to słowo.

Tym razem nie nacisnęłam.

Kiedy wróciliśmy, Marta miała już odpowiedź z magazynu.

- Jest jedna mała deska olejna Hanny. Podpisana, datowana, kupiona bezpośrednio od niej na początku lat osiemdziesiątych. Nie była pokazywana od lat.

Poczułam napięcie, które natychmiast wróciło pod skórę.

- Możemy ją zobaczyć?

- Jutro po południu, jeśli dział zbiorów potwierdzi stan.

Aleksander milczał.

Spojrzałam na ekran, gdzie wciąż widniały powiększenia warstw "Światła po deszczu" i dwóch obrazów Juliana.

Jeszcze wczoraj różnica mogła być kaprysem jednego dzieła, zmianą dnia, narzędzia albo kondycji malarza.

Teraz miałam dwa punkty odniesienia.

Nie dowodziły innej ręki.

Dowodziły jedynie, że tej możliwości nie mogłam już uczciwie pominąć.

Otworzyłam raport dzienny i wpisałam zdanie, które ułożyłam w magazynie. Przeczytałam je dwa razy, poprawiłam jedno słowo, potem wysłałam dokument do Tadeusza.

Aleksander siedział po drugiej stronie stołu i nie zaglądał mi przez ramię.

Kilka sekund później usłyszałam sygnał jego poczty. Otworzył własny plik, dołączył notę o materiale porównawczym i wysłał ją osobno.

47

Bez pytania, czy jestem pewna.

Bez próby osłabienia wniosku.

Dopiero wtedy spojrzał na mnie.

- Gotowe?

- Gotowe.

Telefon na stole rozświetlił się niemal natychmiast nazwiskiem Tadeusza.

Patrzyłam na ekran przez dwa dzwonki.

Aleksander nie odezwał się ani słowem.

To też było rodzajem wsparcia.

Odebrałam.

- Tak, Tadeusz?

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

- Nina, właśnie przeczytałem raport.

Spojrzałam na "Światło po deszczu".

- Wiem.

- Chcę, żebyśmy porozmawiali.

- Porozmawiamy.

- Dzisiaj.

- Dobrze.

Odłożyłam telefon.

Na monitorze obok raportu nadal leżały trzy fotografie z porównania. Różnica przestała być roboczą uwagą, którą mogłam zostawić w swoim notesie. Tadeusz ją przeczytał. Ja ją podpisałam.

48

Rozdział 4. Po godzinach

Tadeusz nie kazał mi długo czekać.

O trzeciej po południu siedzieliśmy w jego gabinecie we czworo: on za biurkiem, Marta przy regale, Aleksander obok mnie, z notesem zamkniętym na kolanie. Na wydruku mojego raportu Tadeusz podkreślił jedno zdanie. Dokładnie to, nad którym siedziałam najdłużej.

- "Odmienny sposób budowania warstwy" - przeczytał. - Wiesz, jak to zostanie zrozumiane, jeśli ten dokument zacznie krążyć poza zespołem?

- Jako opis różnicy technologicznej.

- Przez konserwatora. Przez resztę ludzi jako sugestia, że obraz mógł namalować ktoś inny.

- Tego nie napisałam.

- Ale następne pytanie będzie właśnie takie.

Nie odpowiedziałam od razu. Za oknem deszcz rozmazywał dachy po drugiej stronie ulicy. Tadeusz nie wyglądał na człowieka, który chce mnie uciszyć. Wyglądał na człowieka, który od trzech lat budował wystawę i właśnie zobaczył pierwszą rysę na konstrukcji.

- Mogę dopisać ograniczenie - powiedziałam. - Że porównanie obejmuje dwa obrazy i wybrane partie powierzchni, więc nie pozwala na wniosek o autorstwie.

- To powinno tam być.

- Będzie. Ale nie usunę obserwacji.

Tadeusz oparł się o fotel.

- Nie proszę cię o usunięcie.

- Jeszcze.

49

Spojrzał na mnie z irytacją, lecz nie podniósł głosu.

- Nina, nie jestem twoim przeciwnikiem. Muszę tylko wiedzieć, czy za tydzień nie obudzę się z pytaniem, dlaczego wnuczka artysty prowadziła badania, które podważają albo bronią autorstwa własnego dziadka.

To zabolało bardziej, niż chciałam pokazać.

- W takim razie wprowadźmy drugą osobę do kontroli obserwacji.

Marta odwróciła głowę w moją stronę.

- Kogo?

- Kogoś spoza zespołu wystawy. Konserwatora, który dostanie fotografie bez nazwiska autora i bez informacji, który obiekt jest główny. Niech opisze cechy techniczne niezależnie ode mnie.

Tadeusz zastanowił się.

- To opóźni raport.

- Nie musi. Materiał można wysłać jutro rano.

Aleksander otworzył notes dopiero teraz.

- Mogę przygotować zestawienie bez tytułów, dat i proweniencji. Same kody obiektów. Osoba oceniająca nie powinna też wiedzieć, które zdjęcia pochodzą z obrazu badanego przez Ninę.

Tadeusz spojrzał na niego.

- A ty będziesz wiedział.

- Dlatego nie będę interpretował odpowiedzi. Przekażę komplet Ninie i Marcie w tej samej formie, w jakiej wróci.

Nie bronił mnie. Nie mówił, że jestem bezstronna ani że Tadeusz przesadza. Zrobił coś znacznie bardziej

50

użytecznego: zaproponował sposób, dzięki któremu moja bezstronność nie musiała zależeć od czyjejś wiary.

- Dobrze - powiedział Tadeusz. - Zróbmy tak.

Miałam już się rozluźnić, kiedy przesunął w moją stronę wydruk.

- Jest jeszcze jedna rzecz. Jeśli jutrzejsze porównanie z pracą Hanny pokaże podobieństwo, nie chcę żadnych wniosków wypowiadanych w korytarzu, przez telefon ani przy kawie. Wszystko zapisujemy. Od tego momentu każdy fakt dotyczący rodziny Orłowskich musi mieć źródło.

- Zgoda.

- Także wspomnienia rodzinne.

- Wiem, czym różni się wspomnienie od dokumentu.

- Wiem, że wiesz. Mówię to teraz, zanim zrobi się trudno.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie.

- Już się robi - powiedziałam.

Tadeusz odsunął raport.

- Właśnie dlatego wolę ustalić zasady wcześniej.

- A jeśli niezależna ocena potwierdzi różnicę? - zapytałam.

- Wtedy rozszerzamy materiał porównawczy i

rozmawiamy o tym, kto powinien podpisywać kolejne etapy.

- Czyli o mnie.

- Także o tobie.

Poczułam znajomy odruch, żeby odebrać te słowa jak zarzut. Powstrzymałam go.

- Jeżeli dojdziemy do punktu, w którym moje

pokrewieństwo będzie podważało wiarygodność wniosku, sama poproszę o drugą osobę prowadzącą część

51

interpretacyjną. Ale nie wcześniej tylko po to, żeby wszystkim było wygodniej.

Tadeusz przyglądał mi się przez chwilę.

- Tego właśnie chciałem usłyszeć.

Nie podobało mi się, że musiał to usłyszeć, lecz rozumiałam dlaczego. Byłam jednocześnie specjalistką i wnuczką człowieka, którego nazwisko stało na pierwszej stronie katalogu. Żaden protokół nie potrafił usunąć jednej z tych ról. Mógł jedynie sprawić, że będzie wiadomo, kiedy która z nich ma znaczenie.

Spotkanie zakończyło się bez awantury i bez ulgi. Marta wróciła do działu papieru, żeby potwierdzić dostęp do obrazu Hanny. Tadeusz zatrzymał Aleksandra na kilka minut w sprawie materiału dla zewnętrznego konserwatora, więc zeszłam sama do pracowni.

Przez pierwsze pół godziny robiłam rzeczy, które nie wymagały myślenia o nazwiskach. Sprawdziłam wilgotność, uzupełniłam dokumentację fotograficzną, przygotowałam tabelę porównawczą do badań. Obraz stał za osłoną, spokojny i obojętny na to, co zaczynał robić z żywymi ludźmi.

Kiedy Aleksander wszedł, było już po siedemnastej.

- Marta powiedziała, że zostajesz dłużej.

- Chcę zamknąć raport przed jutrem.

- Mam coś, co powinno cię zainteresować.

Położył na stole cienką teczkę. Nie otworzył jej sam.

- Znowu dokument ojca?

- Tak. Ale tym razem nie dotyczący samego obrazu.

Usiadłam naprzeciwko niego.

- Pokaż.

52

Na pierwszej stronie widniał maszynopis z czerwca 1994 roku. Nagłówek mówił o inwentaryzacji zawartości pracowni Juliana Orłowskiego po jego śmierci. Dalej ciągnęła się lista płócien, ram, szkiców, materiałów warsztatowych i dokumentów. Na dole strony były dwa podpisy.

Jeden rozpoznałam od razu.

Piotr Orłowski.

Mój ojciec.

Drugi należał do Andrzeja Radeckiego.

Przesunęłam palcem nad papierem, nie dotykając podpisów.

- Tego nie znałam.

- Domyślałem się.

- Skąd to masz?

- Z teczki dotyczącej porządkowania pracowni. Jest kilka podobnych list.

- Dlaczego twój ojciec brał udział w spisie rzeczy po śmierci mojego dziadka?

Aleksander oparł przedramiona o stół.

- Z tego, co wynika z korespondencji, Piotr poprosił go o pomoc. Przez prawie dwa tygodnie wspólnie porządkowali prace, sprawdzali wcześniejsze wypożyczenia i próbowali ustalić, co należało do rodziny, co do kolekcjonerów, a co miało trafić na planowane wystawy.

- Mój ojciec nigdy o tym nie mówił.

- Może nie uważał tego za ważne.

Spojrzałam na niego.

53

- Dwa tygodnie po śmierci własnego ojca spędzone z twoim ojcem w pracowni brzmią jak coś, co można zapamiętać.

- Tak.

Nie próbował łagodzić własnej odpowiedzi.

Przewróciłam stronę. Kolejna lista była bardziej szczegółowa. Pudełka z korespondencją. Materiały fotograficzne. Rolki płótna. Kilka szkicowników Juliana. Na samym dole znajdowała się pozycja opisana jako "materiały H.O., osobne, pozostawione rodzinie".

Zatrzymałam wzrok.

- H.O.

- Tak.

- Hanna Orłowska.

- Najprawdopodobniej.

- "Osobne".

- Tak zapisano.

Przeczytałam ten wiersz jeszcze raz.

Przez całe dzieciństwo słyszałam, że babcia prowadziła dom i pomagała dziadkowi w pracowni, a przed małżeństwem trochę malowała. "Trochę" było jednym z tych rodzinnych słów, które niczego nie mierzyły, a jednak skutecznie ustawiały rzeczy na właściwych półkach. Julian był malarzem. Hanna była żoną malarza, która kiedyś też malowała.

Na tej kartce ktoś uznał jej materiały za wystarczająco odrębne, żeby wydzielić je podczas inwentaryzacji.

- Masz kopię całej teczki?

- Tak.

54

- Chcę ją zobaczyć.

Aleksander nie odpowiedział od razu.

Wystarczyło, żebym podniosła wzrok.

- Co?

- Są tam prywatne listy mojego ojca i twojego ojca. Nie wszystkie dotyczą sztuki.

Poczułam, jak wraca napięcie z pierwszego dnia.

- I znowu ty zdecydujesz, które są dla mnie istotne?

- Nie chcę tego robić.

- Ale?

- Ale nie mogę po prostu przekazać prywatnej

korespondencji dwóch osób do muzealnego obiegu, jeśli część nie ma związku z projektem.

- Nie proszę o muzealny obieg. Pytam, czy mogę ją zobaczyć.

Milczał przez kilka sekund.

- Mogę przygotować pełny spis zawartości teczki, bez pomijania pozycji. Ty wskażesz, które dokumenty twoim zdaniem mogą mieć znaczenie. Jeśli będą tam rzeczy ściśle prywatne i niezwiązane z pracą, powiem ci to przed otwarciem koperty.

Nie było to dokładnie to, czego chciałam. Ale po raz pierwszy nie mówił: pokażę ci, kiedy uznam, że trzeba. Oddawał mi część decyzji.

- Dobrze - powiedziałam. - Na razie chcę wszystko, co dotyczy pracowni po śmierci dziadka.

- Dostaniesz jutro.

- I wszystko, co dotyczy Hanny.

55

Jego twarz zmieniła się prawie niezauważalnie.

Nie odwrócił wzroku. To właśnie zwróciło moją uwagę.

- Dobrze - powiedział.

- Co?

- Nic.

- Aleksander.

- To duży zakres.

- Za duży?

- Nie. Po prostu większy niż jeszcze wczoraj.

Nie potrafiłam stwierdzić, czy mówił o dokumentach, czy o mnie.

Wstałam i podeszłam do osłony obrazu. Nie chciałam, żeby rozmowa zamieniła się w próbę odczytywania jego twarzy. Przy pracy rzeczy były łatwiejsze. Można było zmierzyć grubość warstwy, porównać fotografię, opisać ślad. Człowiek nie dawał się sfotografować w świetle bocznym i podpisać numerem próbki.

- Wiesz, dlaczego tak reaguję na pytanie o konflikt interesów? - zapytałam.

Aleksander pozostał przy stole.

- Mogę się domyślać.

- Nie chcę, żebyś się domyślał.

Odwróciłam się do niego.

- Na studiach miałam prowadzącego, który przez pierwszy semestr za każdym razem przedstawiał mnie nowej osobie jako wnuczkę Juliana Orłowskiego. Nie jako Ninę. Nie jako studentkę konserwacji. Kiedy dostałam najlepszą ocenę z technologii malarstwa, ktoś powiedział, że pewnie

56

wychowałam się w pracowni i miałam łatwiej. Kiedy popełniłam błąd przy ćwiczeniu, usłyszałam, że nazwisko jednak nie wystarczy.

Aleksander słuchał bez ruchu.

- Potem było podobnie przy zleceniach. Jeśli dostawałam dobrą pracę, zastanawiałam się, kto komu powiedział, kim był mój dziadek. Jeśli odmawiałam zlecenia związanego z jego obrazami, słyszałam, że przesadzam. Jeśli je przyjmowałam, miałam świadomość, że ludzie będą patrzeć dwa razy uważniej. Dlatego nie chcę teraz, żeby ktoś mi mówił, że powinnam wycofać obserwację, bo może zaszkodzić rodzinie.

- Tadeusz tego nie powiedział.

- Jeszcze nie. Ale ja już słyszę to pytanie, zanim ktoś je zada.

Przez chwilę jedynym dźwiękiem był cichy szum wentylacji.

- Dlatego wybrałaś konserwację, a nie malarstwo? - zapytał.

- Między innymi.

To było pytanie, którego większość ludzi nie zadawała. Zakładali raczej, że odziedziczyłam talent albo że go nie odziedziczyłam. Jakby istniały tylko te dwie możliwości.

- W konserwacji cudzy obraz jest ważniejszy ode mnie - powiedziałam. - To mi odpowiadało. Nie musiałam niczego podpisywać własnym nazwiskiem. Miałam tylko nie kłamać o tym, co widzę.

Pierwsze większe zlecenie, które zdobyłam całkowicie poza kręgiem znajomych rodziny, pamiętałam lepiej niż obronę dyplomu. Mały dziewiętnastowieczny pejzaż,

57

właściciel z Torunia, żadnego związku z Orłowskimi. Kiedy po odbiorze powiedział, że poleci mnie dalej, wracałam pociągiem do Gdańska z poczuciem ulgi tak silnym, jakbym zdała egzamin, którego nikt poza mną nie wiedział, że zdaję.

- To było absurdalne - dodałam. - Miałam kwalifikacje, doświadczenie, zrobiłam dobrą pracę. A mimo to potrzebowałam obcego człowieka, który nie znał mojego dziadka, żeby uwierzyć, że coś jest naprawdę moje.

Aleksander spojrzał na leżący między nami raport.

- I teraz akurat ten obraz zmusza cię do podpisania własnym nazwiskiem czegoś, czego wolałabyś nie widzieć.

- Tak.

Nie próbował mnie pocieszyć.

Podszedł do stołu roboczego i zaczął zbierać fotografie z porannego porównania. Ułożył je w kolejności numerów, potem sięgnął po puste koszulki archiwalne.

- Co robisz?

- Przygotowuję materiał dla niezależnej oceny. Skoro ma wyjść rano, nie ma sensu zostawiać tego na jutro.

- Możesz zrobić to rano.

- Mogę zrobić teraz.

- Nie musisz zostawać przeze mnie.

Zatrzymał rękę.

- Nie zostaję przez ciebie. Ustaliliśmy sposób pracy, a to jest jego konsekwencja.

Wiedziałam, że słowa można dobrać tak, żeby niczego nie zdradzały. Mimo to jego obecność znaczyła więcej niż zdanie. Nie przejmował moich obowiązków. Nie próbował

58

ratować sytuacji. Po prostu wykonywał swoją część, choć dzień pracy dawno się skończył.

Usiadłam obok niego.

Przez następne pół godziny kodowaliśmy zdjęcia. Ja sprawdzałam, czy kadry nie zawierają charakterystycznych fragmentów kompozycji, Aleksander zmieniał opisy plików i przygotowywał tabelę. Kiedy pochyliliśmy się nad tym samym wydrukiem, nasze ramiona zetknęły się lekko.

Żadne z nas się nie odsunęło.

Kontakt był tak zwyczajny, że właśnie przez to stał się wyraźny. Ciepło przez materiał koszuli, jego spokojny oddech, zapach papieru i kawy, która od dawna stała zimna obok komputera. Nie wydarzyło się nic, co musiałabym nazwać. A jednak po chwili uświadomiłam sobie, że czytam tę samą linijkę po raz trzeci.

Wyprostowałam się.

- Ta fotografia zostaje. Nie da się rozpoznać obrazu.

- Zgoda.

Głos miał taki sam jak wcześniej.

Byłam mu wdzięczna, że niczego nie zmienił.

Kiedy skończyliśmy, było prawie dwadzieścia po ósmej. Za oknami pracowni odbijały się już tylko lampy. Aleksander schował zakodowany materiał do teczki, a ja wróciłam do kopii inwentarza z 1994 roku.

Piotr Orłowski. Andrzej Radecki.

Dwa podpisy obok siebie.

- Znałeś mojego ojca? - zapytałam.

- Nie. Widziałem go kilka razy jako dziecko. Nic więcej.

Zawahał się, a potem dodał:

59

- Pamiętam jeden wieczór. Musiałem mieć może

jedenaście lat. Piotr siedział z moim ojcem przy stole w kuchni. Mieli przed sobą kilka dużych kopert i fotografie. Kiedy wszedłem po wodę, obaj przestali rozmawiać. Wtedy uznałem, że dorośli zawsze milkną, kiedy dziecko pojawia się nie w porę.

- Pamiętasz, kiedy to było?

- Po śmierci Juliana. Nie potrafię powiedzieć dokładniej. Dopiero później, kiedy znalazłem część tych samych kopert w archiwum, skojarzyłem, że to mógł być ten okres.

Nie był to dowód na nic poza bliskością roboczą. Mimo to nagle zobaczyłam własnego ojca w cudzej kuchni, pochylonego nad fotografiami z człowiekiem, którego nazwisko w naszym domu niemal nie istniało.

- Umarł, kiedy miałam dwadzieścia siedem lat. Nigdy nie wspomniał o twoim ojcu w taki sposób, żebym zapamiętała ich jako bliskich współpracowników.

- W dokumentach widać, że przynajmniej przez pewien czas byli w częstym kontakcie.

- Po śmierci dziadka?

Aleksander spojrzał na teczkę.

- Także później.

- Jak długo?

- Mam korespondencję jeszcze z końca lat dziewięćdziesiątych.

To było nowe. I niewygodne.

- O czym pisali?

- Część dotyczyła obrazów i dokumentacji. Część spraw rodzinnych. Nie czytałem wszystkiego od początku do końca.

60

- Ale wiesz, że kontakt się utrzymywał.

- Tak.

Zebrałam swoje rzeczy.

Miałam wrażenie, że obraz stojący kilka metrów dalej przestał być jedynym przedmiotem badań. Pod nim pojawiała się druga warstwa, zbudowana z decyzji ludzi, których znałam tylko z jednej strony.

Przed wyjściem napisałam wiadomość do matki.

"Jutro chciałabym przyjechać. Potrzebuję zobaczyć rzeczy z pracowni dziadków, które zostały po inwentaryzacji. Zwłaszcza materiały babci. Dasz radę rano?"

Przez chwilę patrzyłam na ekran.

Potem nacisnęłam wyślij.

Aleksander stał przy drzwiach i czekał, aż wyłączę światło. Nie zapytał, do kogo pisałam.

To również zauważyłam.

Gdy zamknęłam pracownię, odpowiedź matki już na mnie czekała.

"Przyjedź. Tylko powiedz mi wcześniej, czego właściwie szukasz."

Schowałam telefon do kieszeni.

Nie umiałam jeszcze nazwać tego, czego szukałam. Wiedziałam tylko, że następnego dnia otworzę pudełka po Hannie i nie zatrzymam się na rodzinnych opisach tylko dlatego, że były znajome.

61

Rozdział 5. Szkicownik

Matka otworzyła mi drzwi w szlafroku, choć była prawie dziewiąta.

- Nie mów nic - powiedziała, zanim zdążyłam zapytać. - Obudziłam się o czwartej i już nie zasnęłam.

Wpuściła mnie do środka i poszła do kuchni. Mieszkanie pachniało kawą i czymś słodkim, czego nie potrafiłam nazwać. Na stole stał talerz z przekrojoną drożdżówką, której najwyraźniej prawie nie tknęła.

- Napisałaś, że potrzebujesz rzeczy babci - powiedziała. - Co się stało?

Zdjęłam płaszcz wolniej, niż było to konieczne.

Wiedziałam, że nie mogę powiedzieć wszystkiego. Nie dlatego, że chciałam coś przed nią ukryć, tylko dlatego, że w muzeum nadal mieliśmy obserwacje, nie wnioski. Gdybym zaczęła opowiadać o innej ręce, zanim mieliśmy do tego wystarczający materiał, zrobiłabym dokładnie to, przed czym ostrzegałam wszystkich wokół.

- Sprawdzamy sposób pracy dziadka z końca lat osiemdziesiątych - powiedziałam. - I materiały z pracowni. Chcę zobaczyć, co zostało po babci.

Joanna nalała mi kawy.

- Mówiłam ci przecież, że trochę malowała.

- Wiem.

- I pomagała dziadkowi.

- Też wiem.

- To czego szukasz?

Spojrzałam na nią.

62

- Tego, czego nie wiem.

Nie spodobała jej się ta odpowiedź. Usiadła naprzeciwko mnie i objęła kubek dłońmi.

- Nina, ta wystawa jest o twoim dziadku. Jeśli teraz ktoś zacznie wyciągać każdy szkic Hanny i pytać, czy przypadkiem nie był jej, narobicie tylko zamieszania.

- Nie chcę niczego wyciągać dla zamieszania.

- To po co?

- Bo w dokumentacji są materiały babci opisane osobno.

Natychmiast podniosła wzrok.

- Jakiej dokumentacji?

Zawahałam się.

- Z porządkowania pracowni po śmierci dziadka.

Twarz matki na moment stwardniała.

- Skąd ją masz?

- Nie mam. Widziałam kopię jednej listy.

- U Radeckiego?

Nie odpowiedziałam od razu i to wystarczyło.

Joanna odstawiła kubek.

- Czyli jednak o niego chodzi.

- O badania.

- Przyjechał człowiek z nazwiskiem Radecki, zaczął grzebać w starych papierach i po dwóch dniach pytasz mnie o rzeczy mamy.

- To ja pytam.

- Właśnie tego się boję.

Poczułam irytację.

63

- Czego?

- Że przez całe życie próbowałaś udowodnić, że jesteś bardziej bezstronna niż wszyscy inni, a teraz ktoś wystarczy, że poda ci dokument i pobiegniesz za nim, żeby pokazać, że nie bronisz rodziny.

Słowa trafiły dokładnie tam, gdzie mogły zaboleć.

- To nie ma nic wspólnego z Aleksandrem.

- Znasz go trzy dni.

- I dlatego nie podejmuję decyzji na podstawie tego, co mówi. Właśnie dlatego tu jestem.

Joanna odsunęła krzesło.

- Rzeczy mamy są w małym pokoju. Część w szafie, część w pudłach po przeprowadzce. Nie wiem, czy znajdziesz to, czego chcesz.

Poszłam za nią.

Mały pokój przez lata pełnił funkcję wszystkiego po trochu. Stało w nim biurko po ojcu, regał z albumami, maszyna do szycia babci i trzy pudła, które pamiętałam jeszcze z poprzedniego mieszkania. Na jednym ktoś czarnym flamastrem napisał "Hanna".

Matka zauważyła, na co patrzę.

- To nie było tajne archiwum - powiedziała.

- Nic takiego nie mówię.

Usiadłam na podłodze i otworzyłam pudło.

Na górze leżały stare fotografie, kilka kartek z przepisami i koperty z rachunkami. Głębiej znalazłam małe bloki rysunkowe, luźne kartki i teczkę z akwarelami. Część była podpisana pełnym nazwiskiem Hanny, część inicjałami, część wcale.

64

Przeglądałam je powoli.

Nie szukałam podobieństwa do "Światła po deszczu". Powtarzałam to sobie za każdym razem, gdy widziałam okno, stół albo fragment wnętrza. Takich motywów było dziesiątki. Nie mogłam zacząć układać dowodu z rzeczy, które pasowały tylko dlatego, że chciałam, żeby pasowały.

Joanna stała przy drzwiach.

- Miała talent - powiedziała po chwili.

- Miała.

- Tylko nigdy nie chciała z tego robić życia.

Spojrzałam na nią.

- Ona tak mówiła?

- Dziadek tak mówił. Mama też czasem. Że nie chce wystawiać, że wystarczy jej dom i pracownia.

- Pamiętasz, żeby powiedziała ci to sama?

Matka zmarszczyła brwi.

- Nina.

- Pytam.

- Nie pamiętam każdego zdania sprzed czterdziestu lat.

- Wiem.

Znalazłam kolejny zeszyt. Był niewielki, w szarej płóciennej oprawie, z wytartym rogiem. Nie miał podpisu na okładce. Otworzyłam go mniej więcej w połowie.

Pierwsza strona zawierała studium dłoni. Dalej były szybkie szkice wnętrz, fragmenty mebli, linie okien, pojedyncze notatki o kolorze. Charakter pisma znałam z kartek urodzinowych, które babcia wysyłała mi jeszcze na studiach.

Przerzuciłam kilka stron.

65

I zatrzymałam rękę.

Na kartce po prawej stronie było okno.

Nie takie samo. Jeszcze nie.

Miało inną proporcję, parapet był węższy, a widok za nim niemal pusty. Ale obok znajdował się drugi, mniejszy szkic. W nim linia otwarcia okna przesuwała się dokładnie tam, gdzie znałam ją z obrazu. Na parapecie pojawiała się niska misa, później usunięta. Pod szkicem babcia zapisała kilka słów o świetle po burzy.

Przez moment nie słyszałam niczego poza własnym oddechem.

- Mamo.

Joanna podeszła.

Podałam jej zeszyt.

- Kojarzysz to?

Patrzyła długo.

- To przecież mogły być studia dla taty.

- Skąd wiesz?

- Bo mama mu pomagała. Robiła szkice, przygotowywała rzeczy, czasami coś podpowiadała.

- Ten zeszyt jest datowany.

Na początku znajdował się rok. 1974.

Matka zobaczyła go dopiero, kiedy wskazałam.

- To niczego nie dowodzi.

- Nie powiedziałam, że dowodzi.

- Obraz powstał dużo później.

- Właśnie.

66

Joanna zamknęła szkicownik.

- Nie zabierzesz tego.

Nie spodziewałam się tej reakcji.

- Potrzebuję go porównać z dokumentacją.

- Możesz zrobić zdjęcie.

- Zdjęcie nie wystarczy. Trzeba obejrzeć papier, grafit, ewentualne poprawki, kolejność stron. Jeśli materiał ma mieć jakąkolwiek wartość, musi być opisany.

- To jest rzecz mojej matki.

- I nie przestanie nią być.

- Trafi do muzeum, ktoś go wpisze do papierów, potem już nie będziemy miały wpływu na to, co z nim zrobią.

- Nie oddaję go do zbiorów.

- Ale włączysz do badań.

- Tak.

To jedno słowo zmieniło rozmowę.

Joanna patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

- Nawet nie wiesz jeszcze, co to znaczy.

- Właśnie dlatego trzeba sprawdzić.

- A jeśli potem powiedzą, że twoja babcia coś sobie przywłaszczyła? Albo że dziadek?

- Nie wiem, co powiedzą.

- Ale ty im dasz materiał.

Poczułam ciężar szkicownika, choć trzymała go ona.

- Mamo, jeśli zamknę go z powrotem w pudle tylko dlatego, że wynik może być niewygodny, nie powinnam prowadzić tej konserwacji.

67

- Znowu praca.

- Nie tylko praca.

Głos mi zadrżał, czego nie chciałam.

- To też moja rodzina. Właśnie dlatego nie mogę udawać, że tego nie widziałam.

Joanna odwróciła się do okna.

- Czasami prawda nie jest jedyną rzeczą, którą człowiek jest winien zmarłym.

- A co jeszcze?

- Lojalność.

Nie odpowiedziałam od razu.

- Lojalność nie może polegać na poprawianiu po nich historii.

- Łatwo ci mówić.

- Wcale nie.

To było najuczciwsze zdanie, jakie potrafiłam powiedzieć.

Przez chwilę patrzyłam na szkicownik i przypomniałam sobie babcię przy tym samym biurku. Miałam może trzynaście lat. Rysowałam wtedy dla szkoły martwą naturę i byłam zła, że szklanka na mojej kartce wygląda płasko. Hanna nie wzięła ode mnie ołówka. Ustawiła tylko szklankę bliżej lampy i kazała mi patrzeć, gdzie naprawdę kończy się jej krawędź.

- Nie rysuj tego, co wiesz, że tam jest - powiedziała. - Rysuj to, co widzisz.

Przez lata uważałam to za jedno z tych prostych zdań, które dobrze brzmią w pamięci, bo wypowiedział je ktoś, kogo już nie ma. Teraz wróciło z nieprzyjemną precyzją.

Matka chyba pamiętała tę scenę, bo spojrzała na biurko.

68

- Ona nie chciałaby, żebyście robili z niej argument przeciwko Julianowi.

- Nie wiem, czego by chciała.

- Ja wiedziałam ją dłużej niż ty.

- Właśnie dlatego cię pytam. Ale nie mogę zastąpić dokumentu tym, co każda z nas pamięta inaczej.

Po kilku minutach matka położyła szkicownik na biurku.

- Na jeden dzień.

- Nie obiecuję, że jeden wystarczy.

- Nina.

- Mogę obiecać, że nic nie zostanie zrobione bez dokumentacji i że nie trafi do żadnej publikacji bez osobnej decyzji właściciela. Zrobię protokół przyjęcia. Ty go podpiszesz, ja też. Wpiszemy stan, liczbę stron i cel wypożyczenia.

- Mówisz do mnie jak do klientki.

- Bo wtedy obie będziemy wiedziały, gdzie są granice.

Spojrzała na mnie ze zmęczeniem.

- Jesteś do niego podobna.

- Do kogo?

- Do dziadka. Kiedy już uznał, że coś jest właściwe, potrafił zranić człowieka samym spokojem.

Nie wiedziałam, czy to oskarżenie, czy ostrzeżenie.

Przygotowałam prowizoryczny protokół na laptopie. Joanna przeczytała każde zdanie. Dopisała, że szkicownik pozostaje własnością rodziny i może być wykorzystany wyłącznie do badań konserwatorskich bez publikacji reprodukcji. Zgodziłam się bez dyskusji.

69

Kiedy wychodziłam, nie pocałowała mnie jak zwykle.

- Zadzwoń wieczorem - powiedziała.

- Zadzwonię.

W muzeum byłam kilka minut przed zaplanowanym oglądaniem deski Hanny. Marta czekała już przy wejściu do magazynu, a Aleksander stał obok niej. Kiedy zobaczył płaskie pudełko archiwalne, które trzymałam pod pachą, nie zapytał od razu, co znalazłam.

- Wszystko dobrze? - zapytał.

To było pierwsze pytanie.

- Nie bardzo.

Marta spojrzała na mnie uważniej.

- Chcesz przełożyć oględziny?

- Nie. Właśnie dlatego przyjechałam.

Dopiero w sali studyjnej otworzyłam pudełko.

- Znalazłam szkicownik Hanny. Jest datowany na 1974 rok.

Aleksander nie podszedł bliżej.

- Masz zgodę właściciela na oględziny?

- Tak. Na badania, bez publikacji. Jest protokół.

Wyjęłam dokument i podałam mu.

Przeczytał.

- Kto go znalazł?

Zmarszczyłam brwi.

- Ja.

- Wpiszemy to do karty materiału.

- To ma znaczenie?

70

- Ma. Zwłaszcza teraz. Musi być jasne, że dokument nie pochodzi z mojego archiwum i że to ty go wprowadziłaś do badań.

Zaskoczyło mnie, że pierwszą rzeczą, o której pomyślał, nie była zawartość szkicownika.

- Nie chcę, żeby wyglądało to jak zabezpieczanie mnie.

- To nie jest zabezpieczanie ciebie. To zabezpieczanie pochodzenia materiału. Za rok ktoś ma móc odtworzyć dokładnie, skąd się wziął.

Marta skinęła głową.

- Ma rację.

- Dobrze - powiedziałam. - Wpiszmy.

Dopiero kiedy skończyliśmy dokumentować pudełko i stan oprawy, pozwoliłam im zobaczyć stronę z oknem.

Marta pochyliła się pierwsza.

- Cholera.

Spojrzałam na nią.

- Nie zaczynaj.

- Nie wyciągam wniosków. Patrzę.

Aleksander stał po drugiej stronie stołu. Jego twarz pozostała spokojna, ale widziałam, że czyta nie tylko rysunek. Datę. Notatki. Kolejność stron.

- Masz reprodukcję głównego obrazu? - zapytała Marta.

- Nie kładziemy jej obok jeszcze - powiedziałam.

Aleksander spojrzał na mnie.

- Najpierw szkic sam w sobie.

- Dokładnie.

71

Zaczęliśmy od papieru, oprawy i materiałów rysunkowych. Żadnych badań ingerujących. Marta określiła wstępnie, że zeszyt jest spójny materiałowo i nie wygląda na późniejszą kompilację. To nie była ekspertyza datowania, ale nic nie wskazywało, by strona z kompozycją została dołączona później.

Dopiero wtedy przeszliśmy do małej deski Hanny.

Obraz przedstawiał pustą część pokoju z krzesłem i jasnym prostokątem drzwi. Nie był wybitny. To uderzyło mnie jako pierwsze i przyniosło dziwną ulgę. Babcia nie musiała nagle okazać się zapomnianą geniuszką, żeby jej praca była ważna.

- Możemy obejrzeć krawędź? - zapytałam pracownika zbiorów.

Po uzyskaniu zgody ustawiliśmy światło.

Grunt był cienki, nierówny, położony ręcznie. Nad nim farba budowana była szerzej niż w dwóch oglądanych wcześniej obrazach Juliana. W kilku miejscach kolor spod spodu pozostawiono świadomie widoczny.

Poczułam chłód na karku.

Nie powiedziałam nic.

Zapisałam obserwacje.

Marta zrobiła to samo.

Aleksander nie odezwał się, dopóki obie nie odłożyłyśmy ołówków.

- Teraz mogę zapytać?

- Tak.

- Czy widzisz cechy wspólne z "Światłem po deszczu"?

Popatrzyłam na deskę, potem na własne notatki.

72

- Widzę podobny sposób przygotowania gruntu i podobną tendencję do pozostawiania spodniej warstwy w dużych partiach. Ale materiał jest inny, skala jest inna i dzieli je kilka lat. To za mało.

- Ale nie zero - powiedziała Marta.

- Nie zero.

To były dwa słowa, których wolałabym nie wypowiadać.

Aleksander nie próbował pójść dalej.

- W takim razie potrzebujemy więcej pewnych prac Hanny.

- Jeśli istnieją - powiedziałam.

- Sprawdzę katalogi i depozyty. Bez hipotezy w zapytaniu.

Spojrzałam na niego.

- Dziękuję.

- Za co?

- Za to, że nie powiedziałeś: "wiedziałem".

Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie.

- Nie wiedziałem.

Przez chwilę miałam wrażenie, że za tym zdaniem stoi jeszcze drugie, którego nie wypowiedział.

Nie zapytałam.

Po zakończeniu oględzin zostałam w pracowni, żeby przygotować pełny protokół szkicownika. Aleksander miał wyjść na spotkanie w archiwum, ale wrócił po dziesięciu minutach z paczką bezkwasowych przekładek i nowym pudełkiem.

- W magazynie mieli odpowiedni format - powiedział. - Stare pudełko jest za luźne.

- To tylko na kilka dni.

73

- Tym bardziej nie ma sensu uszkodzić go przez kilka dni.

Pomógł mi ułożyć przekładki, ale ani razu nie dotknął strony bez mojego wskazania. Kiedy skończyliśmy, wpisał numer tymczasowego materiału do karty i podsunął mi dokument.

Przy rubryce "osoba ujawniająca materiał" widniało moje nazwisko.

Nina Orłowska.

Patrzyłam na nie przez moment.

Jeszcze rano nazwisko było powodem, dla którego matka uważała, że powinnam coś ochronić. Tutaj było dowodem, że to właśnie ja zdecydowałam się tego nie ukrywać.

Podpisałam kartę.

Koszt tej decyzji poczułam dopiero wtedy, gdy telefon zawibrował.

Wiadomość od mamy była krótka.

"Babcia ci ufała. Mam nadzieję, że o tym pamiętasz."

Nie odpowiedziałam od razu.

Aleksander zauważył zmianę mojej twarzy, lecz nie zapytał o treść.

- Chcesz zostać sama? - powiedział.

Spojrzałam na zamknięty szkicownik.

- Nie.

Usiadł po drugiej stronie stołu, zostawiając między nami dość miejsca, żebym nie musiała tej odpowiedzi tłumaczyć.

Przez kilka minut pracowaliśmy w ciszy.

74

Zamknęłam pudełko ze szkicownikiem i wpisałam jego numer do karty materiału. Na monitorze obok pozostała fotografia pracy Hanny z widoczną krawędzią gruntu.

Nie rozstrzygałam, jak oba ślady połączą się ze "Światłem po deszczu". Wystarczało, że tym razem nazwisko Hanny stało przy materiale od początku i nikt nie mógł przesunąć go do przypisu bez zostawienia śladu.

75

Rozdział 6. To, czego nie podpisano

Następnego ranka szkicownik leżał na stole między mną a Martą, otwarty na pierwszej zapisanej stronie, nie na tej, która od wczoraj nie dawała mi spokoju.

Ustaliliśmy, że zaczniemy od początku.

Nie chciałam wybierać wyłącznie rysunków, które przypominały "Światło po deszczu". To byłoby najłatwiejsze i najbardziej niebezpieczne. Jeśli miałam potraktować zeszyt Hanny jak materiał badawczy, musiałam zobaczyć go jako całość, również wtedy, gdy większość stron nie prowadziła do niczego.

Marta opisywała papier i technikę, ja fotografowałam kolejne rozkładówki. Aleksander siedział przy drugim stole z katalogami i inwentarzami. Zgodnie z naszą zasadą nie mówił mi, co znajduje, dopóki nie skończyłyśmy pierwszego opisu.

Po półtorej godzinie miałam zmęczone oczy i dwadzieścia siedem stron notatek.

Przed południem przyszła też odpowiedź od zewnętrznej konserwatorki, której poprzedniego dnia wysłaliśmy anonimowy zestaw fotografii. Aleksander wydrukował wiadomość i położył ją na stole bez komentarza.

Katarzyna Borecka nie znała nazwisk, tytułów ani dat. Opisała jedynie grupy cech. Dwa zestawy zdjęć uznała za technologicznie bliższe sobie pod względem sposobu budowania kryjących warstw i charakteru korekt. Trzeci określiła jako wyraźnie odmienny w badanych partiach, z szerszym rozprowadzaniem farby i większym udziałem prześwitującego podkładu. Na końcu dopisała, że materiał jest zbyt ograniczony, żeby łączyć te różnice z autorstwem.

Przeczytałam wiadomość dwa razy.

76

- Czyli zobaczyła to samo - powiedziała Marta.

- Zobaczyła różnicę - poprawiłam. - Nie to samo wyjaśnienie.

- Wiem.

Aleksander nie patrzył na mnie. Uzupełniał kartę wpływu dokumentu, tak jakby odpowiedź nie była ani dobrą, ani złą wiadomością.

- Tadeusz już to ma? - zapytałam.

- Nie. Wysłała do mnie, bo ja kodowałem materiał.

- Prześlij wszystkim.

- Teraz?

- Teraz.

Nie zapytał, czy jestem pewna. Dołączył oryginalną wiadomość, tabelę kodów i wcześniejszą notę dotyczącą wyboru materiału. W polu odbiorców wpisał mnie, Martę i Tadeusza, a potem obrócił ekran w moją stronę.

- Chcesz coś dopisać?

- Nie. Niech idzie bez komentarza.

Kliknął wyślij.

Kilka minut później Tadeusz odpisał tylko: "Przyjąłem. Na tym etapie nie zmieniamy składu zespołu. Czekam na dalsze porównania."

Ulżyło mi, choć nie chciałam nazywać tego ulgą. Bardziej przypominało to odzyskanie kawałka podłogi pod stopami. Niezależna osoba potwierdziła, że różnica nie powstała wyłącznie w mojej głowie, ale jednocześnie nie dała mi prawa do żadnego większego wniosku.

Właśnie tak powinno być.

77

Hanna rysowała więcej, niż przypuszczałam.

Nie były to wyłącznie szybkie studia dla kogoś innego. Wracały te same układy wnętrz, fragmenty okien, stoły, zasłony, mokre szyby, niskie linie horyzontu. Niektóre motywy powtarzały się przez lata, przesuwane, upraszczane, budowane od nowa. Na kilku stronach widniały małe próbki kolorów z dopisanymi proporcjami pigmentów.

- Ona traktowała to jak warsztat - powiedziała Marta.

Nie odpowiedziałam od razu.

Na jednej z kart znalazłyśmy szkic wąskiego stołu z wysokim wazonem ustawionym pod ścianą. Znałam ten układ, choć potrzebowałam chwili, żeby przypomnieć sobie skąd.

- Poczekaj - powiedziałam.

Odeszłam do komputera i otworzyłam cyfrowy katalog późnych prac Juliana. Po kilku minutach znalazłam obraz z 1987 roku. Nie był identyczny. Wazon miał inny kształt, stół został przesunięty, a tło rozwiązano zupełnie inaczej. Jednak zasadniczy układ przedmiotów zgadzał się na tyle, że nie mogłam go zignorować.

- Data szkicu? - zapytałam.

Marta sprawdziła poprzednią stronę.

- Siedemdziesiąty szósty.

Jedenaście lat wcześniej.

Zapisałam to, ale nie formułowałam wniosku.

Kilka stron dalej pojawił się drugi motyw, tym razem fragment schodów. W katalogu znalazłam podobny układ w obrazie Juliana z początku lat osiemdziesiątych.

Potem trzeci.

78

Nie były to kopie. Nie mogłam powiedzieć, że Julian przenosił gotowe kompozycje Hanny na własne płótna. Mogłam powiedzieć tylko, że pewne rozwiązania wizualne obecne w jej szkicowniku pojawiały się później także w jego pracach.

To już nie był jeden przypadek.

- Aleksander - powiedziałam.

Podniósł głowę.

- Możesz podejść.

Przeniósł krzesło, ale usiadł z boku, nie obok mnie.

Pokazałam mu trzy zestawienia. Nie tłumaczyłam, co ma w nich zobaczyć. Patrzył długo, przesuwając wzrok między skanami katalogowymi a szkicownikiem.

- Mogę już powiedzieć, co znalazłem w opisach? - zapytał.

- Tak.

Wyjął dwa wydruki.

- Ten szkic schodów był reprodukowany w katalogu rodzinnej wystawy w dwa tysiące pierwszym roku.

Spojrzałam na niego.

- Pod nazwiskiem Hanny?

- Nie.

Przesunął kartkę w moją stronę.

Pod reprodukcją widniał opis: "Julian Orłowski, studium kompozycyjne, około 1982, papier, ołówek, archiwum rodzinne".

Przez chwilę nie zrozumiałam, na co patrzę.

- To ten sam rysunek.

- Tak.

79

- Ale jest w jej szkicowniku.

- Tak.

- I powstał wcześniej.

- Jeśli datowanie zeszytu jest poprawne, tak.

Poczułam napięcie w karku.

- Kto przygotował katalog?

Aleksander odwrócił stronę.

Nazwiska redaktorów znałam. Jedno z nich należało do historyczki sztuki, która od dawna nie żyła. Drugie do mojego ojca jako osoby odpowiedzialnej za archiwum rodzinne.

Usiadłam prościej.

- Piotr zatwierdzał opisy.

- Na to wskazuje stopka redakcyjna.

- Czy mamy wcześniejszy spis tego szkicu?

- Właśnie tego szukałem.

Marta podeszła bliżej.

- I?

Aleksander położył na stole kserokopię starszej karty ewidencyjnej.

Nagłówek był ledwie czytelny. Po lewej stronie widniała data sporządzenia dokumentu: 1995. Niżej wpisano "H. Orłowska, szkicownik, l. 70., wnętrza i studia kompozycyjne".

Przy jednej z pozycji dopisano później innym długopisem: "materiał pracowni J.O."

- Kto dopisał? - zapytałam.

- Nie wiem.

- Charakter pisma?

80

- Jeszcze nie porównywałem.

Przyglądałam się obu dokumentom. W 1995 roku szkicownik figurował pod nazwiskiem Hanny. Sześć lat później przynajmniej jeden z jego rysunków został opublikowany jako praca Juliana.

Nie mogłam tego wyjaśnić przypadkową zmianą podpisu na pojedynczej fotografii.

- To musi wejść do raportu - powiedziałam.

Marta spojrzała na mnie.

- To już nie jest tylko sprawa technologii obrazu.

- Wiem.

- I dotyczy twojego ojca.

- Wiem.

Słowo wyszło ostrzej, niż zamierzałam.

Marta nie odpowiedziała. Zamknęła aparat i zaczęła porządkować stanowisko. Znała mnie wystarczająco dobrze, żeby nie próbować wypełniać ciszy.

Telefon leżał obok mnie. Przez chwilę myślałam o matce. Powinnam była jej powiedzieć, że szkicownik przestał być dla mnie tylko rodzinną pamiątką. Nie zrobiłam tego. Nie chciałam dzwonić z kolejnym półfaktem, który Joanna usłyszałaby jak oskarżenie wobec własnego ojca. Obiecałam sobie, że odezwę się, kiedy będę potrafiła oddzielić to, co naprawdę wynika z dokumentów, od tego, czego zaczynałam się bać. Wiedziałam jednak, że dla niej moje milczenie też może kiedyś wyglądać jak wybór.

Aleksander także milczał.

To było gorsze.

- Powiedz coś - powiedziałam w końcu.

81

- Co chciałabyś usłyszeć?

- Nie wiem.

- W takim razie nie będę zgadywał.

Oparłam dłonie o stół.

- Może to być błąd katalogowy.

- Może.

- Ktoś mógł źle opisać reprodukcję.

- Tak.

- Ojciec mógł tego nawet nie zauważyć.

- To też jest możliwe.

Spojrzałam na niego.

- Naprawdę wierzysz we wszystkie te możliwości?

- Wierzę, że jeszcze ich nie wykluczyliśmy.

Nie dawał mi alibi. Nie odbierał mi go też przedwcześnie.

To było dokładnie to, czego potrzebowałam, choć nie przynosiło żadnej ulgi.

Po południu Marta poszła do swojej pracowni, a ja zostałam ze szkicownikiem i dokumentami. Miałam przygotować robocze zestawienie dla Tadeusza, ale przez dłuższy czas nie potrafiłam zacząć. Patrzyłam na nazwisko ojca w stopce katalogu i przypominałam sobie człowieka, który nie znosił nieporządku w papierach. Kiedy byłam dzieckiem, opisywał nawet pudełka z ozdobami świątecznymi. Rok, zawartość, pokój, z którego pochodziły.

Trudno było mi uwierzyć, że nie zauważył nazwiska własnej teściowej znikającego spod rysunku.

Jeszcze trudniej było przyjąć możliwość, że zauważył.

82

Aleksander wrócił z archiwum przed siedemnastą. Trzymał pod pachą gruby segregator.

- Znalazłem jeszcze dwie wersje spisu - powiedział. - Nie mam niczego, co rozwiązuje sprawę, ale zmiana opisu nie nastąpiła jednorazowo. W końcu lat dziewięćdziesiątych część materiałów Hanny zaczęto w dokumentacji grupować jako materiały warsztatowe Juliana.

- Kto to robił?

- Na części kart nie ma podpisów.

- A na części?

Zatrzymał się.

- Jest twój ojciec. I mój.

Zamknęłam oczy na moment.

- Oczywiście.

- Nina.

- Nie mów, że to niczego nie dowodzi. Wiem.

- Nie to chciałem powiedzieć.

Otworzyłam oczy.

Stał kilka kroków ode mnie, nadal z segregatorem w rękach.

- To co?

Odłożył go na stół.

- Chciałem powiedzieć, że mój ojciec robił rzeczy, o których długo wolałem myśleć jako o błędach zawodowych, a nie wyborach.

To był pierwszy raz, kiedy mówił o Andrzeju nie jak o źródle archiwalnym.

Nie odezwałam się.

83

- Kiedy zacząłem porządkować jego dokumenty,

znajdowałem sprzeczności - ciągnął. - Daty, których nie poprawiał, choć musiał wiedzieć, że są błędne. Certyfikaty pisane z większą pewnością, niż pozwalały na to materiały. Korespondencję, w której prywatnie dopuszczał wątpliwość, a oficjalnie już nie.

- Dlaczego?

- Przez długi czas tłumaczyłem sobie, że takie były realia. Rynek, kolekcjonerzy, galerie. Że nie wszystko można było wtedy sprawdzić tak jak dzisiaj.

- A teraz?

Usiadł naprzeciwko mnie.

- Teraz myślę, że lubił być człowiekiem, który potrafi zamknąć sprawę. Ludzie przychodzili do niego z bałaganem, a on dawał im jedną wersję, którą można było wpisać do katalogu. To budowało jego pozycję.

Mówił spokojnie, ale dłonie miał splecione zbyt mocno.

- Byłeś z nim blisko?

Pytanie wyszło ciszej, niż planowałam.

- Kiedy byłem dzieckiem, tak. Później coraz mniej.

- Przez pracę?

- Przez to, jaki był poza nią też.

Nie naciskałam.

Aleksander przez chwilę patrzył na swoje dłonie.

- Nie był potworem. To chyba ważne, bo kiedy znajdujesz po kimś rzeczy, których nie chcesz znaleźć, łatwo próbować przepisać całą osobę od początku. Mój ojciec potrafił być dobry. Uczył mnie patrzeć na obrazy bez pytania, ile kosztują. Zabierał mnie do pustej galerii w niedziele i pozwalał siedzieć

84

na podłodze przed jednym płótnem tak długo, jak chciałem. A potem dorastałem i zacząłem widzieć, że ta sama pewność, która robiła na mnie wrażenie, czasem pozwalała mu decydować za innych, jaka wersja historii jest dla nich najlepsza.

Słuchałam, nie poruszając się.

- Powiedziałeś mu kiedyś, co o tym myślisz?

- Nie tak jasno, jak powinienem.

- Dlaczego?

Uśmiechnął się bez radości.

- Bo zawsze wydawało mi się, że będę miał lepszy moment. Więcej dokumentów. Mocniejszy argument. Mniej emocji. Potem zachorował, a ja uznałem, że nie będę zaczynał wojny z człowiekiem, który właśnie wychodzi ze szpitala. Potem było za późno.

Jego ojciec zmarł kilka lat wcześniej, o czym wiedziałam z biogramu. Po raz pierwszy jednak ta data przestała być informacją z czyjegoś życiorysu.

- Żałujesz?

- Tak.

Jedno słowo.

Bez wyjaśnienia.

Poczułam nagle, że rozmowa stanęła w miejscu, do którego nie powinnam zaglądać, jeśli nie jestem gotowa również czegoś oddać.

Spojrzałam na własny notes leżący obok komputera.

Od początku projektu trzymałam go przy sobie. Nie był częścią oficjalnej dokumentacji. Zapisywałam w nim pierwsze obserwacje, zanim zamieniałam je w neutralny język

85

raportów. Były tam wątpliwości, pytania, skojarzenia z rodzinnymi wspomnieniami i zdania, których nigdy nie wysłałabym Tadeuszowi.

Przesunęłam notes w stronę Aleksandra.

Spojrzał na okładkę, potem na mnie.

- Co to?

- Moje robocze notatki ze "Światła po deszczu". Od pierwszego dnia.

Nie dotknął go.

- Oficjalne?

- Nie.

- W takim razie nie musisz mi ich pokazywać.

- Wiem.

- Są tam rzeczy o twojej rodzinie?

- Tak.

Przez chwilę nic się nie wydarzyło.

- Dlaczego mi je dajesz? - zapytał.

To było rozsądne pytanie. Sama nie byłam pewna odpowiedzi.

- Bo za kilka godzin część z nich zamienię w raport. Chcę, żebyś zobaczył, gdzie kończy się obserwacja, a zaczyna moje myślenie. Jeśli mamy naprawdę pracować razem, wolę, żebyś wiedział, kiedy mogę być stronnicza.

Aleksander nadal nie sięgał po notes.

- To dużo.

- Nie rób z tego czegoś większego.

- Nie robię.

86

- W takim razie przeczytaj.

Wziął go dopiero wtedy.

Nie przerzucał stron szybko. Czytał od początku, bez komentarzy. Patrzyłam na jego dłonie przesuwające się po marginesach i czułam rosnący niepokój. W pewnym momencie zatrzymał się przy zapisie z pierwszego wieczoru: "Różnica nie musi znaczyć innej ręki. Uważaj, żeby nie szukać odpowiedzi tylko dlatego, że ktoś przychodzi z pytaniem".

Pamiętałam to zdanie.

Aleksander też najwyraźniej zrozumiał, o kim pisałam.

Podniósł wzrok.

- To było o mnie?

- Tak.

- Słusznie.

- Nie jesteś obrażony?

- Nie.

Przewrócił stronę.

- Tutaj napisałaś, że mogłaś zbyt szybko uznać chorobę Juliana za wygodne wyjaśnienie.

- Bo mogłam.

- A tutaj, że boisz się, że jeśli znajdziemy coś ważnego, ktoś uzna każdy twój wcześniejszy raport za próbę ochrony rodziny.

Zacisnęłam palce na brzegu stołu.

- Nie musisz czytać mi moich notatek.

Zamknął notes.

87

- Nie czytam ci ich. Chcę się upewnić, że rozumiem, co mi właśnie pokazałaś.

- I?

- Że nie boisz się tylko wyniku. Boisz się też, że niezależnie od wyniku ktoś odbierze ci prawo do bycia osobą, która go znalazła.

Nie spodziewałam się, że nazwie to tak dokładnie.

Odwróciłam wzrok.

- Może.

- Nina.

Spojrzałam na niego.

- Nie wiem, co znajdziemy. Ale wiem, że od początku zapisujesz rzeczy, które mogłyby ci zaszkodzić, zamiast je wygładzać. Jeśli kiedyś będę opisywał przebieg tych badań, to będzie część dokumentacji.

- Nie potrzebuję świadectwa charakteru.

- Wiem. Mówię o faktach.

To rozróżnienie uspokoiło mnie bardziej niż zapewnienie, że mi ufa.

Aleksander przesunął notes z powrotem.

- Nie zrobiłem kopii. Niczego nie przepisałem. Jeśli chcesz, mogę też nie używać żadnej informacji, której nie ma później w oficjalnym raporcie.

- Nie. Po to ci go dałam.

- W takim razie zapiszę tylko to, co wspólnie oznaczymy jako istotne dla badań.

Skinęłam głową.

88

To była mała rzecz. A jednak kiedy położyłam rękę na notesie, miałam wrażenie, że oddał mi go w takim samym stanie, w jakim mu go podałam, nie tylko fizycznie.

Wieczorem zostaliśmy jeszcze godzinę.

Porównaliśmy trzy rysunki Hanny z późniejszymi reprodukcjami i zaznaczyliśmy miejsca, gdzie należało odnaleźć oryginały. Przy jednym z katalogów Aleksander znalazł kolejną zmianę opisu: w wydaniu z 1996 roku rysunek figurował jako "Hanna Orłowska", a pięć lat później jako "pracownia Juliana Orłowskiego".

Nie było podpisu, który pozwalałby rozstrzygnąć, kto podjął decyzję.

Ale decyzja została podjęta.

Ktoś przesunął granicę między jej pracą a jego pracownią.

Siedziałam nad tym zdaniem długo.

- "Zmiana atrybucji materiału archiwalnego wymaga wyjaśnienia" - przeczytałam na głos.

- Wystarczy - powiedział Aleksander.

- Za słabe?

- Nie. Właśnie wystarczająco mocne, bo nie mówi więcej, niż wiemy.

Zapisałam je.

Kiedy kończyliśmy, było ciemno. Marta dawno wyszła, a w korytarzu przygaszono część świateł.

Aleksander zamknął ostatni katalog.

- Odwiozę cię.

- Mam samochód.

- W takim razie źle przygotowałem ten gest.

89

Spojrzałam na niego.

Nie uśmiechał się. Nie próbował obrócić zdania w żart.

- To nie musi być gest - powiedziałam.

- Nie musi.

Przez kilka sekund pozostaliśmy po dwóch stronach stołu.

- Dziękuję za to, co powiedziałeś o ojcu - powiedziałam.

- Nie wiem, czy było za co.

- Nie musiałeś.

- Ty też nie musiałaś dawać mi notesu.

Miał rację.

To właśnie czyniło te dwie rzeczy ważnymi.

Zamknęłam szkicownik Hanny w nowym pudełku i sprawdziłam zabezpieczenia. Aleksander zgasił lampę nad drugim stanowiskiem.

Wychodziliśmy obok siebie, nie dotykając się.

W torbie miałam notes, który znał już nie tylko moje obserwacje, ale też rzeczy, których bałam się przy nich dopisać. Aleksander oddał mi go bez kopii, bez cytatów i bez próby wykorzystania tego, co przeczytał.

Nie żałowałam, że mu go pokazałam. Na tamten wieczór to wystarczało.

90

Rozdział 7. Nazwisko

Telefon od Tadeusza przyszedł przed dziewiątą.

Byłam już w pracowni. Szkicownik Hanny leżał zamknięty w pudełku, a na monitorze miałam otwarte zestawienie zmian opisów między 1995 a 2001 rokiem. W nocy poprawiałam je jeszcze dwa razy, choć wiedziałam, że żadne dodatkowe formatowanie nie zmieni faktu, że część materiałów babci z czasem przestała być opisywana jej nazwiskiem.

- Przyjdź do mnie na dziesiątą - powiedział Tadeusz.

- Co się stało?

Zawahał się.

- Informacja wyszła poza zespół.

Oparłam dłoń o krawędź biurka.

- Jaka informacja?

- Że mamy wątpliwości dotyczące późnych prac Juliana i że ty prowadzisz badania.

- Skąd?

- Jeszcze ustalam.

- Kto o tym wie?

- Dyrekcja. Dział prawny. I przynajmniej jeden z prywatnych właścicieli obrazów wypożyczanych na wystawę.

Przez kilka sekund nic nie powiedziałam.

- Przyjdę.

Odłożyłam telefon.

Marta, która siedziała po drugiej stronie stołu, spojrzała na mnie znad lupy.

91

- Źle?

- Zależy, jak bardzo lubisz słowo "dyrekcja" wypowiadane o dziewiątej rano.

Nie odpowiedziała żartem. To dobrze. Nie miałam ochoty udawać, że mnie to bawi.

Aleksander wszedł chwilę później. Miał pod pachą teczkę z kopiami kart archiwalnych. Zatrzymał się, kiedy zobaczył nasze twarze.

- Co się stało?

Powiedziałam mu.

Nie zapytał, kto puścił informację. Najpierw położył teczkę na stole.

- Wiesz, czego dokładnie dotyczyła wiadomość do właściciela?

- Jeszcze nie.

- To ustalmy przed spotkaniem. Plotka i formalna informacja to dwie różne rzeczy.

- Tadeusz powiedział, że właściciel już wie o

wątpliwościach.

- Ale nie wiemy, co mu powiedziano.

Miał rację. Nie uspokajało mnie to, ale porządkowało problem.

Dziesięć minut później Tadeusz przesłał mi kopię wiadomości, którą właściciel jednego z dwóch późnych obrazów Juliana wysłał do muzeum. Była krótka i uprzejma. Pytał, czy prawdą jest, że "wewnętrzne badania prowadzone przez wnuczkę artysty podważają autentyczność części prac" oraz czy muzeum może zagwarantować, że jego obraz

92

nie zostanie objęty "eksperymentalną zmianą atrybucji" bez zgody właściciela.

Przeczytałam te słowa dwa razy.

- "Wnuczkę artysty" - powiedziała Marta cicho.

Nie "konserwatorkę". Nie "osobę prowadzącą badania". Nie nazwisko nawet.

Wnuczkę.

Aleksander wyciągnął rękę.

- Mogę?

Podałam mu telefon.

Przeczytał wiadomość do końca.

- Ktoś połączył trzy rzeczy, które w dokumentacji są rozdzielone - powiedział. - Różnice technologiczne, kwestię atrybucji materiałów Hanny i twoje pokrewieństwo.

- I zrobił z tego jedną historię.

- Tak.

- Wystarczająco dobrą, żeby właściciel spanikował.

Oddał mi telefon.

- Dlatego na spotkaniu trzeba będzie rozdzielić je z powrotem.

O dziesiątej w gabinecie Tadeusza była już dyrektorka muzeum, Elżbieta Wolska, oraz prawniczka z działu umów. Znałam obie, ale nigdy wcześniej nie siedziałam naprzeciwko nich jako problem organizacyjny.

Tadeusz zaczął od faktów. Przedstawił zakres badań, anonimową ocenę Katarzyny Boreckiej oraz ustalone zmiany w opisach szkicu Hanny między 1995 a 2001 rokiem. Potem pokazał wiadomość właściciela.

93

Dyrektorka słuchała bez przerywania.

- Czy na dziś ktokolwiek w zespole twierdzi, że którykolwiek z wypożyczonych obrazów ma niewłaściwe autorstwo? - zapytała.

- Nie - odpowiedziałam.

- Czy "Światło po deszczu" zostało formalnie

zakwestionowane?

- Nie.

- Czy są przesłanki wymagające dalszych badań?

- Tak.

- I czy dotyczą one także materiałów powiązanych z Hanną Orłowską?

- Tak.

Prawniczka zapisała coś.

- Problem jest podwójny - powiedziała Wolska. - Merytoryczny i wizerunkowy. Merytorycznie badania muszą trwać. Wizerunkowo mamy sytuację, w której wnuczka głównego artysty bierze udział w analizie mogącej zmienić sposób opisu jego dorobku.

- To nie jest nowa sytuacja - powiedziałam. - O konflikcie interesów rozmawialiśmy wcześniej.

- Wcześniej była to sytuacja wewnętrzna. Teraz jeden z wypożyczających pyta, czy muzeum panuje nad procesem. To zmienia warunki.

Poczułam napięcie w ramionach.

- Co proponujecie?

Dyrektorka przesunęła w moją stronę kartkę.

94

- Dwa rozwiązania. Pierwsze: pozostajesz osobą

prowadzącą pełną konserwację techniczną, ale interpretacyjne zestawienia dotyczące autorstwa, porównania z Hanną Orłowską i wnioski dla katalogu przechodzą do osobnego zespołu. Drugie: zostajesz przy całości, ale wszystkie raporty związane z atrybucją wymagają współpodpisu osoby niezależnej od rodziny.

- Kogo?

Elżbieta spojrzała na Aleksandra.

- Najbardziej logicznie pana Radeckiego. Już pracuje przy proweniencji, zna materiał i nie jest związany z rodziną Orłowskich.

Przez sekundę nikt się nie odezwał.

Wiedziałam od razu, co w tym rozwiązaniu było wygodne. Dyrekcja dostawała nazwisko człowieka z zewnątrz. Właściciel dostawał gwarancję "niezależności". Tadeusz zachowywał harmonogram.

Ja dostawałam Aleksandra jako formalnego strażnika własnych wniosków.

- Nie - powiedział.

Dyrektorka spojrzała na niego.

- Słucham?

- Nie powinienem współpodpisywać raportów Niny jako niezależny kontroler.

- Dlaczego?

- Bo nie jestem niezależny od materiału. Od miesięcy badam późne prace Orłowskiego. To ja wskazałem część dokumentów, które doprowadziły do rozszerzenia analizy. Mam własne hipotezy i własny interes zawodowy w tym, żeby

95

sprawa została wyjaśniona. Można uznać mnie za członka zespołu, ale nie za neutralną przeciwwagę dla niej.

Tadeusz obserwował go uważnie.

Dyrektorka zmarszczyła brwi.

- Formalnie nie jest pan spokrewniony z żadną ze stron.

- Neutralność nie polega wyłącznie na braku

pokrewieństwa.

To zdanie zapadło we mnie głębiej, niż powinno w czasie służbowego spotkania.

- W takim razie kogo pan proponuje? - zapytała prawniczka.

- Borecką albo inną konserwatorkę spoza muzeum. Najlepiej osobę, która nie uczestniczyła w doborze materiału źródłowego. Można jej przekazywać komplety dokumentów po etapie obserwacji, z pełną jawnością co do autorstwa i pochodzenia. Nie anonimowo już na końcu, tylko jako drugi podpis ekspercki.

Dyrektorka spojrzała na Tadeusza.

- Ile czasu?

- Jeśli Katarzyna się zgodzi, dwa albo trzy dni na pierwszą partię materiału.

- I kto będzie podpisywał część historyczną?

Aleksander odpowiedział:

- Ja. Własnym nazwiskiem i bez udawania, że jestem kontrolerem Niny. Moja nota powinna być oceniana osobno tak samo jak jej.

Poczułam potrzebę powiedzenia czegoś, ale się powstrzymałam. To nie było wystąpienie w mojej obronie. Właśnie dlatego miało znaczenie. Aleksander odrzucał rolę,

96

która dawałaby mu formalną przewagę nad moją pracą i jednocześnie wzmacniała jego pozycję w projekcie.

Dyrektorka zwróciła się do mnie.

- A ty?

Spojrzałam na kartkę z dwoma wariantami.

Pierwszy był łatwiejszy. Zachowałabym konserwację, ale oddała część interpretacyjną komuś innemu. Mogłabym później mówić, że to nie ja postawiłam niewygodne pytania. Nie ja zmieniłam opis. Nie ja zdecydowałam, że rodzinne archiwum ma zostać potraktowane jak dowód.

Był tylko jeden problem.

To ja zauważyłam różnicę. To ja znalazłam szkicownik. To ja zdecydowałam się wpisać do raportu wynik, którego nie chciałam zobaczyć.

Oddanie sprawy w tym momencie nie byłoby neutralnością. Byłoby ucieczką.

- Zostaję przy całości - powiedziałam. - Z zewnętrznym współpodpisem dla części dotyczącej interpretacji technicznej. Aleksander podpisuje własne ustalenia historyczne oddzielnie. Każda rozbieżność między nami zostaje w dokumentacji, nie jest uzgadniana przed podpisem.

Prawniczka uniosła głowę.

- To może prowadzić do raportów z różnymi wnioskami.

- Jeśli materiał prowadzi do różnych wniosków, właśnie tak powinno być.

Tadeusz westchnął cicho, ale nic nie powiedział.

Dyrektorka patrzyła na mnie długo.

- Dobrze. Jest jednak jeszcze jedna konsekwencja.

Poczułam, że żołądek zaciska mi się ponownie.

97

- Jaka?

- Wycofujemy cię z zaplanowanego spotkania prasowego o konserwacji obrazu. Do czasu zakończenia procesu nie powinnaś występować publicznie jako osoba komentująca dorobek dziadka.

Nie spodziewałam się, że to zaboli.

Spotkanie prasowe nie było dla mnie najważniejszą częścią projektu. Nie lubiłam kamer. Nie zależało mi na zdjęciach przy obrazie. Ale nazwisko "Nina Orłowska" miało po raz pierwszy pojawić się w materiałach muzeum obok określenia "konserwacja", a nie jako rodzinny przypis do Juliana.

Pracowałam na to latami.

- Rozumiem - powiedziałam.

- To nie jest kara.

- Wiem, czym jest.

- Tymczasowym zabezpieczeniem projektu.

- Rozumiem.

Brzmiałam spokojniej, niż się czułam.

Spotkanie skończyło się ustaleniem procedury. Prawniczka miała przygotować odpowiedź dla właściciela. Muzeum potwierdzi, że żadne dzieło nie zostanie formalnie przepisane bez zakończenia badań i procedury eksperckiej. Nie będą komentować plotek.

Kiedy wyszliśmy na korytarz, Tadeusz zatrzymał mnie.

- Nina.

Odwróciłam się.

- Nie chciałem, żeby to tak wyglądało.

98

- Jak?

- Jakby cię odsuwali za to, że zrobiłaś swoją pracę.

- A jednak odsuwają.

- Od prasy. Nie od obrazu.

- Wiem.

- Gdybyś chciała zrezygnować z części atrybucyjnej, nikt nie uzna tego za ucieczkę.

Spojrzałam na niego.

- Ja uznam.

Nie próbował mnie przekonywać.

Kilka minut później dostałam automatycznie wygenerowaną wiadomość z działu komunikacji. W załączniku był poprawiony harmonogram spotkania prasowego. Jeszcze rano przy moim nazwisku widniał punkt: "Konserwacja jako czytanie historii obrazu - Nina Orłowska". Teraz w tym miejscu wpisano prezentację Tadeusza o przygotowaniu retrospektywy. Mojego nazwiska nie było nigdzie.

Otworzyłam wcześniejszą wersję tylko po to, żeby upewnić się, że dobrze pamiętałam. Pamiętałam.

Przez miesiące powtarzałam sobie, że ten występ nie ma znaczenia. Dwadzieścia minut przed dziennikarzami nie mogło przesądzić o mojej karierze. Mimo to właśnie tam miałam opowiedzieć o metodzie, której uczyłam się przez kilkanaście lat, bez rodzinnych anegdot i bez pytania, jakim człowiekiem był Julian prywatnie. Chciałam mówić o własnej pracy przy jego obrazie.

Teraz wystarczyło jedno źle przekazane zdanie, żeby ponownie zostało ze mnie przede wszystkim pokrewieństwo.

99

Zamknęłam oba pliki.

Aleksander widział, co zrobiłam. Nie powiedział, że jeszcze będę miała inne okazje. Nie próbował zmniejszyć znaczenia tej jednej.

- Masz kopię pierwotnego harmonogramu? - zapytał tylko.

- Tak.

- Zachowaj ją w dokumentacji projektu. Zmiana twojej roli też jest elementem przebiegu sprawy.

Spojrzałam na niego i zapisałam oba pliki w folderze z datą.

W pracowni Marta czekała na wiadomość. Powiedziałam jej o zewnętrznym współpodpisie i o spotkaniu prasowym.

- To świństwo - powiedziała.

- Nie.

- Nina.

- To logiczne z punktu widzenia muzeum.

- I nadal świństwo.

Usiadłam przy komputerze.

- Nie chcę o tym rozmawiać.

Marta znała ten ton. Wzięła dokumenty i wyszła do swojej części pracowni bez kolejnego słowa.

Aleksander został.

Przez kilka minut pracowałam, udając, że go nie widzę. Otworzyłam fotografie szkicownika, potem kartę z 1995 roku, potem katalog z 2001. Niczego nie czytałam naprawdę.

- Nie musiałeś odmawiać - powiedziałam.

- Musiałem.

- Dla nich byłoby łatwiej.

100

- Dla mnie też.

Spojrzałam na niego.

- Właśnie dlatego.

Stał przy drugim końcu stołu.

- Gdybym zgodził się współpodpisywać twoje wnioski jako "niezależny", od jutra każda rzecz, którą napiszesz, przechodziłaby przeze mnie jako przez filtr. A już mamy sytuację, w której część materiału pochodzi z mojego archiwum i ja wiem o nim więcej niż ty. To byłby fatalny układ.

To zdanie powinno było zabrzmieć wyłącznie zawodowo.

Nie zabrzmiało.

- Wiesz o nim więcej niż ja - powtórzyłam.

Jego twarz na moment stężała.

- O części dokumentacji.

- Wiem, co powiedziałeś.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie.

Mogłam zapytać, jak dużo więcej. Mogłam wrócić do prywatnych listów, których jeszcze nie widziałam, i do teczki, której spisu obiecał mi przygotować. Zamiast tego spojrzałam na ekran.

- Dzisiaj nie.

- Dobrze.

Ta odpowiedź była natychmiastowa.

Nie naciskał. Nie wykorzystywał chwili, kiedy byłam zła i zmęczona, żeby powiedzieć mi coś na własnych warunkach.

Po południu zadzwoniła Katarzyna Borecka. Zgodziła się wejść formalnie do projektu jako zewnętrzna osoba współpodpisująca interpretację techniczną. Poprosiła tylko o

101

pełen zestaw materiałów i możliwość wpisania własnych zastrzeżeń bez uzgadniania języka z muzeum.

- Będziecie się dogadywać - powiedziałam.

- Z tobą czy z nią? - zapytał Aleksander, gdy odłożyłam telefon.

- Z nami wszystkimi, jeśli mamy szczęście.

Nie uśmiechnęłam się.

Przed siedemnastą przyszła wiadomość od matki.

"W muzeum coś się dzieje? Zadzwoniła do mnie ciocia Irena i pytała, czy naprawdę twierdzisz, że dziadek nie malował swoich obrazów."

Poczułam zimno.

Plotka wyszła już nie tylko poza zespół.

Weszła do rodziny.

Przeczytałam wiadomość jeszcze raz.

- Coś się stało? - zapytał Aleksander.

Podałam mu telefon.

Nie chciałam, ale zrobiłam to.

Przeczytał i oddał mi bez komentarza.

- Zadzwonię do niej - powiedziałam.

- Chcesz zostać sama?

Pomyślałam o poprzednim dniu, kiedy zadał to samo pytanie przy szkicowniku.

- Nie. Ale nie chcę, żebyś siedział obok podczas rozmowy.

- Będę w magazynie.

Zabrał teczkę i wyszedł.

Zadzwoniłam do matki.

102

Odebrała natychmiast.

- Co ty robisz, Nina?

Nie było powitania.

- Prowadzę badania.

- Irena mówi, że muzeum sprawdza, czy Julian naprawdę malował swoje obrazy.

- Kto jej to powiedział?

- Nie wiem. Ktoś z jej znajomych zna kogoś w muzeum. Czy to prawda?

Usiadłam.

- Prawda jest taka, że znaleźliśmy różnice technologiczne w jednym obrazie i nieprawidłowości w opisach części materiałów babci. To wszystko.

- "Nieprawidłowości"?

- Jeden szkic Hanny został później opublikowany jako praca Juliana.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

- Ten ze szkicownika?

- Tak.

- I od razu robicie z tego sprawę autorstwa?

- Nie. Właśnie próbujemy nie robić niczego "od razu".

- Ale ludzie już mówią.

- Nie mam wpływu na to, co mówią.

- Masz wpływ na to, co im dajesz.

Zacisnęłam powieki.

- Mamo, rozmawiałyśmy o tym.

103

- Rozmawiałyśmy, kiedy to było w zamkniętym pokoju. Teraz cała rodzina będzie słuchała, że twoja babcia robiła coś za plecami męża, a dziadek coś ukradł.

- Nikt z zespołu tego nie powiedział.

- Ale tak to zabrzmi.

- Wiem.

Głos mi zmiękł.

- Wiem, że to jest trudne. Dla mnie też.

- Tobie przynajmniej zostanie praca.

To zabolało mocniej niż komentarz dyrekcji.

- Dzisiaj właśnie zdjęto mnie z wystąpienia prasowego.

Matka zamilkła.

Nie powiedziałam tego po to, żeby wzbudzić współczucie. Chciałam tylko, żeby przestała widzieć mnie jako osobę stojącą bezpiecznie po drugiej stronie rodzinnej historii.

- Dlaczego? - zapytała ciszej.

- Bo jestem twoją córką i wnuczką Juliana. Muzeum uznało, że przy obecnych pytaniach nie powinnam publicznie komentować projektu.

- Więc jednak cię to kosztuje.

- Tak.

Cisza trwała długo.

- Nie wiem, czy chcę, żeby ten szkicownik nadal tam był - powiedziała w końcu.

Serce zabiło mi mocniej.

- Mamy podpisany protokół wypożyczenia.

- Wiem. Nie mówię, że przyjadę go teraz zabrać. Mówię, że nie wiem, czy chcę przedłużać zgodę.

104

- Rozumiem.

- Naprawdę?

- Tak. To twój materiał tak samo jak mój rodzinny. Masz prawo zdecydować.

Wypowiedzenie tych słów kosztowało mnie więcej, niż się spodziewałam. Jeśli zabrałaby szkicownik, stracilibyśmy ważny punkt porównawczy. Wiedziałam jednak, że nie mogę wymagać od matki przejrzystości, a potem potraktować jej zgody jak coś nieodwołalnego.

- Daj mi do jutra - powiedziała.

- Dobrze.

Kiedy się rozłączyłam, przez chwilę siedziałam nieruchomo.

Aleksander wrócił dopiero po kilku minutach, nie od razu po końcu rozmowy. Dał mi czas, którego nie musiałam prosić.

- Jak poszło?

- Może wycofać zgodę na dalsze badania szkicownika.

Nie skomentował.

- Jeśli wycofa, oddamy go - powiedział.

- Wiem.

- Mamy dokumentację wykonaną zgodnie z dotychczasową zgodą. Niczego nie stracimy nieuczciwie.

- "Nieuczciwie" to dobre słowo.

Usiadł naprzeciwko mnie.

- Chcesz, żebym jutro nie przychodził na rozmowę z Borecką?

- Dlaczego?

105

- Bo twoja rodzina może zacząć postrzegać mnie jako część problemu. Nie chcę dokładać ci kosztu tylko dlatego, że pracujemy razem.

Przyjrzałam mu się.

Jeszcze kilka dni wcześniej prawdopodobnie uznałabym tę propozycję za wygodne wycofanie się. Teraz słyszałam w niej coś innego.

- Przyjdź - powiedziałam. - Jeśli zacznę oddzielać ludzi od projektu według tego, jak mogą wyglądać z zewnątrz, za chwilę zostanie nam tylko Tadeusz i pusty stół.

Aleksander skinął głową.

Nie powiedział, że mam rację.

Po prostu otworzył teczkę i położył obok mnie kopię kolejnej karty archiwalnej.

Wracaliśmy do pracy, choć wszystko wokół niej przestało być takie samo.

Moje nazwisko nadal widniało na raportach.

Tego dnia zostało jednak także użyte jako powód, by ograniczyć mi głos.

Nie zamierzałam udowadniać, że nie jestem Orłowską.

Musiałam tylko dopilnować, żeby fakt, że nią jestem, nie zdecydował za mnie, co wolno mi zobaczyć.

106

Rozdział 8. Bez przypadku

Joanna zadzwoniła o ósmej siedemnaście.

Byłam już w pracowni, ale nie zdążyłam jeszcze zdjąć płaszcza. Telefon zawibrował na stole obok zamkniętego pudełka ze szkicownikiem Hanny. Przez chwilę patrzyłam na ekran, zanim odebrałam.

- Przemyślałam to - powiedziała bez powitania.

- Dobrze.

- Nie zabieram szkicownika dzisiaj.

Oparłam się dłonią o stół.

- Dziękuję.

- Nie dziękuj. To nie znaczy, że zmieniłam zdanie.

- Rozumiem.

- Zgoda obowiązuje do końca tygodnia. Potem chcę wiedzieć dokładnie, co z niego wynika i kto miał do niego dostęp.

- Dostaniesz pełną listę.

- I żadnych reprodukcji poza zespołem.

- Tak jak ustaliłyśmy.

Po drugiej stronie usłyszałam cichy oddech.

- Nina, ja nie próbuję ci przeszkadzać.

- Wiem.

Nie byłam pewna, czy naprawdę wiedziałam, ale nie chciałam rozpoczynać dnia od kolejnej walki.

- Po prostu nie chcę, żeby mama została teraz sprowadzona do jednego szkicownika - powiedziała Joanna. - Ani tata do jednego błędu.

107

- Ja też nie.

- Wczoraj w to nie wierzyłam.

Zabolało mnie to bardziej, niż się spodziewałam.

- A dzisiaj?

- Dzisiaj próbuję.

To było najwięcej, co potrafiłyśmy sobie dać.

Kiedy się rozłączyłam, otworzyły się drzwi pracowni. Aleksander wszedł z dwiema papierowymi teczkami i zatrzymał się, kiedy zobaczył telefon w mojej dłoni.

- Mama?

- Tak.

Nie zapytał, jak poszło. Czekał.

- Zostawia szkicownik do końca tygodnia. Potem chce podsumowanie i decyzję, czy zgoda trwa dalej.

- To wystarczy, żeby zakończyć pierwszy etap

porównania.

- Powiedziałaby, że właśnie tak mówisz, kiedy chcesz wszystko zamienić w procedurę.

Aleksander położył teczki na stole.

- Może mieć rację.

Nie uśmiechnęłam się. Nie powiedział tego dla żartu.

- Borecka przyjedzie o jedenastej - dodał. - Poprosiła, żeby przed spotkaniem nikt nie przygotowywał jej wspólnej interpretacji. Chce najpierw przejść materiał sama.

- Dobrze.

- Tadeusz też będzie.

- Jeszcze lepiej.

108

Spojrzał na mnie uważnie.

- Nie brzmisz, jakbyś tak uważała.

- Bo dzisiaj nie mam ochoty przekonywać kolejnej osoby, że umiem odróżnić obraz od własnego nazwiska.

Przez moment milczał.

- Nie musisz jej tego przekonywać.

- Wiem. Mimo to będę czuła, że muszę.

Odwróciłam się do szafki i zdjęłam płaszcz. Wczorajsze usunięcie mnie ze spotkania prasowego nadal siedziało gdzieś pod skórą. Nie chciałam o nim rozmawiać, bo każda próba nazwania straty sprawiała, że zaczynała brzmieć mało poważnie. Dwadzieścia minut wystąpienia. Jedno nazwisko usunięte z programu. Nic w porównaniu z możliwością błędnej atrybucji obrazu.

A jednak to była moja praca, z której nagle zniknęłam.

Do jedenastej przygotowaliśmy materiał dla Boreckiej. Nie analizowaliśmy wyników, tylko porządkowaliśmy źródła. Aleksander ani razu nie próbował dopowiadać, co jego zdaniem powinno z nich wynikać. Kiedy Katarzyna przyszła, wysoka, siwowłosa, z torbą wypchaną notatnikami, przywitała się ze mną tak samo jak z nim i Tadeuszem.

- Chcę mieć jedną zasadę - powiedziała po kilku minutach. - Jeśli nie zgadzam się z którymś z was, wpisuję to wprost. Nie będziemy robić wspólnego języka dla świętego spokoju.

- Właśnie po to pani tu jest - odpowiedziałam.

Spojrzała na mnie uważnie.

- Dobrze.

Pracowała szybko, ale bez pośpiechu. Obejrzała fotografie warstw, porównała dokumentację dwóch innych obrazów i

109

poprosiła o wgląd do małej deski Hanny. Przy szkicowniku zatrzymała się dłużej, lecz nie przy kompozycji okna. Interesowała ją kolejność zapisów, sposób mocowania kartek i to, czy strony były kiedykolwiek wyjmowane.

- Nie widzę śladów - powiedziała. - To ważne, bo nie wygląda, jakby ktoś później wsadził tu pojedynczy rysunek, który akurat pasuje do wygodnej historii.

Słowo "wygodnej" ukłuło mnie niemal fizycznie.

- Żadna z dostępnych historii nie jest wygodna - powiedziałam.

Katarzyna podniosła głowę.

- To akurat dobrze. Wygodne historie zwykle powstają za szybko.

Tadeusz nie skomentował.

Po dwóch godzinach Borecka podpisała pierwszy formularz jako zewnętrzna ekspertka. Potwierdziła, że różnica technologiczna w badanych partiach jest rzeczywista i warta dalszego porównania, ale materiał nie pozwala na przypisanie jej konkretnej osobie. Przy szkicowniku wpisała, że należy traktować go jako niezależne źródło dotyczące praktyki twórczej Hanny, nie jako dowód autorstwa któregokolwiek obrazu.

Dokładnie tyle wiedzieliśmy.

I nic więcej.

Kiedy wyszła, poczułam zmęczenie większe niż po całym dniu pracy fizycznej.

Tadeusz został przy drzwiach.

- Jeszcze jedno. Dział komunikacji chce jutro wydać krótkie oświadczenie dla wypożyczających. Bez nazwisk.

110

Tylko informacja, że prowadzimy rozszerzone badania technologiczne i archiwalne.

- Dobrze.

- Twoje nazwisko się nie pojawi.

Nie wiedziałam, czy chciał mnie uspokoić.

- Przyzwyczajam się.

- Nina.

- Naprawdę. Nie róbmy z tego kolejnego spotkania.

Spojrzał na mnie przez chwilę, po czym skinął głową i wyszedł.

Zostałam przy stole.

Aleksander zamykał teczki.

- Chcesz coś zjeść?

- Chcę skończyć zestawienie.

- To nie było pytanie o pracę.

- Wiem.

- Jadłaś coś od rana?

Nie odpowiedziałam.

- W takim razie przyniosę coś.

- Nie musisz.

- Nie muszę.

To sformułowanie zaczynało między nami znaczyć coś konkretnego. Robimy pewne rzeczy nie dlatego, że wymaga ich procedura.

Zanim zdążyłam zaprotestować, wyszedł.

Wrócił po dwudziestu minutach z dwiema prostymi kanapkami i zupą w papierowych kubkach. Nie pytał, co lubię.

111

Najwyraźniej zapamiętał, co wybrałam poprzednio w muzealnym barze.

Zjedliśmy przy małym stole na zapleczu. Przez pierwsze minuty nie rozmawialiśmy o obrazie. Aleksander zapytał, czy moja pracownia w Oliwie rzeczywiście jest tak mała, jak kiedyś powiedziałam. Odpowiedziałam, że jest mniejsza, niż powinna, i droższa, niż ma prawo być.

- Pokażesz mi kiedyś? - zapytał.

To było zwyczajne pytanie. Mimo to poczułam, że zmienia temperaturę rozmowy.

- Może.

- To brzmi jak bardzo ostrożne zaproszenie.

- To nie było zaproszenie.

- Wiem.

Odłożył łyżkę.

Nie próbował pchnąć rozmowy dalej.

Przez chwilę jadłam w ciszy, a potem powiedziałam mu, że od trzech miesięcy oglądam lokal dwie ulice dalej od obecnej pracowni. Dawny zakład introligatorski, z wysokimi oknami, zlewem technicznym i osobnym pomieszczeniem, w którym mogłabym wreszcie przyjmować większe obiekty bez przesuwania połowy wyposażenia.

- Brzmi, jakbyś już zdecydowała - powiedział.

- Zdecydowałam, że go chcę. To nie znaczy, że mnie na niego stać.

Wyjaśniłam, że złożyłam wniosek o dofinansowanie modernizacji i czekałam na wynik pierwszego etapu. Właściciel lokalu zgodził się wstrzymać z wynajmem do końca miesiąca, ale nie dłużej. Nie mówiłam o tym prawie

112

nikomu poza Martą, bo bałam się powtarzać plan na głos, zanim stanie się realny.

- Co by się zmieniło? - zapytał.

- Mogłabym zatrudnić drugą osobę choćby na część etatu. Przyjmować większe płótna. Nie odmawiać zleceń tylko dlatego, że nie mam gdzie bezpiecznie postawić stołu.

- Czyli nie chodzi o większy gabinet.

- Nie mam gabinetu.

- Zauważyłem.

Spojrzałam na niego, ale jego twarz pozostała poważna.

- Chodzi o to, żeby pracownia nie była wiecznie rozwiązaniem tymczasowym - powiedziałam. - Mam trzydzieści cztery lata. Nie chcę za pięć lat nadal przekładać lampy z kąta w kąt i mówić sobie, że to etap przejściowy.

Aleksander pokiwał głową.

- Kiedy masz odpowiedź?

- W przyszłym tygodniu powinni zdecydować, kto przechodzi dalej.

- Denerwujesz się?

- Bardziej niż przed badaniem obrazu.

- Wierzę.

Nie powiedział, że na pewno się uda. Doceniłam to. Zamiast obietnicy, której nie mógł złożyć, zapytał, czy jeśli będę potrzebowała drugiej pary oczu do opisu projektu, mogę mu go pokazać.

- Ty od obrazów czy ty od dokumentów? - zapytałam.

- Ten, który potrafi czytać zdania.

- Zastanowię się.

113

Wzięłam ostatni łyk zupy. Pomyślałam, że właśnie opowiedziałam mu o przyszłości, która nie miała nic wspólnego ani z Julianem, ani z Hanną. I że chciałam, żeby ją znał.

Po siedemnastej zostałam sama w pracowni. Marta wyszła wcześniej do dentysty, Tadeusz zniknął na naradzie, a Aleksander miał spotkanie w archiwum miejskim. Chciałam zakończyć zestawienie szkicownika i zawieźć matce jutro kopię protokołów, zanim zacznie się zastanawiać, czy muzeum robi z jej zgody coś więcej, niż ustaliłyśmy.

Około dziewiętnastej odkryłam, że brakuje mi jednego segregatora z fotografiami wysokiej rozdzielczości. Zostawiłam go poprzedniego wieczoru w swojej pracowni w Oliwie, kiedy zabrałam część materiałów do sprawdzenia na większym monitorze.

Zaklęłam pod nosem.

Nie potrzebowałam go tego samego wieczoru. Mogłam skończyć rano.

Zamiast tego zamknęłam komputer.

Chciałam wyjść.

Chciałam znaleźć się gdziekolwiek indziej niż w muzeum, w którym moje nazwisko było jednocześnie przepustką, obciążeniem i powodem, żeby wykreślić mnie z programu.

Na korytarzu spotkałam Aleksandra.

- Myślałem, że już wyszłaś.

- Jadę do pracowni po segregator.

- Podwiozę cię.

- Mam autobus.

- Wiem.

114

- Skąd?

- Sprawdzałem kiedyś dojazd do Oliwy.

Zatrzymałam się.

- Po co?

Przez moment wyglądał, jakby zastanawiał się, ile powiedzieć.

- Kiedy analizowałem dokumentację wcześniejszych konserwacji, sprawdzałem, gdzie pracujesz. To było przed naszym spotkaniem.

Powinnam była poczuć niepokój. Poczułam go, ale nie tylko.

- Sprawdzałeś mnie?

- Sprawdzałem osoby związane z projektem.

- Mnie bardziej niż Martę?

Nie odpowiedział od razu.

- Tak.

- Dlaczego?

Spojrzał na mnie spokojnie.

- Bo jesteś Orłowską.

Słowo, które przez cały dzień mnie drażniło, w jego ustach zabrzmiało bez oceny.

- To nie jest odpowiedź, którą powinieneś dać kobiecie, którą próbujesz podwieźć.

- Nie próbuję cię do niczego przekonać. Pytasz, odpowiadam.

Patrzyłam na niego kilka sekund.

- Dobrze. Podwieź mnie.

115

Nie wyglądał na zwycięzcę. Po prostu poszedł ze mną do windy.

Padało. Samochód stał dwie ulice dalej, więc przeszliśmy w deszczu bez parasola. Aleksander podał mi kluczyki na chwilę, kiedy zapinał płaszcz, żebym mogła otworzyć auto sama. Ten drobiazg nie powinien mieć znaczenia, a jednak miał. Nie otworzył mi drzwi jak komuś, kim trzeba się opiekować. Dał mi coś swojego do ręki i założył, że sobie poradzę.

W samochodzie było cicho. Nie włączył radia.

- Żałujesz, że zostałaś przy projekcie? - zapytał, kiedy staliśmy na czerwonym świetle.

- Nie.

- Ani trochę?

- Żałuję ceny niektórych decyzji. To nie to samo.

- Wiem.

Spojrzałam przez szybę na mokre światła ulicy.

- A ty? Żałujesz, że wszedłeś w ten projekt?

Dłonie na kierownicy zacisnęły mu się lekko.

- Coraz częściej myślę, że powinienem był zrobić pewne rzeczy inaczej.

- Jakie?

Światło zmieniło się na zielone.

- Nie chcę odpowiadać ci półzdaniem w samochodzie.

To było uczciwsze niż unikanie.

- Dobrze.

Moja pracownia mieściła się na parterze starej kamienicy. Kiedy weszliśmy, Aleksander zatrzymał się tuż za progiem.

116

- Mogę?

Pytanie zabrzmiało znajomo.

Pierwszego dnia zadał je przy obrazie.

- Możesz.

Włączyłam lampy. Pomieszczenie natychmiast wypełniło się ciepłym światłem. Było ciasno. Dwa stoły, regały z materiałami, szafa na chemię, małe biurko pod oknem. Na jednej ścianie wisiała tablica z próbkami płócien i pigmentów. Nie było ani jednej reprodukcji Juliana.

Aleksander zauważył to. Nic nie powiedział.

- Segregator powinien być tam.

Wskazałam regał.

Stał na najwyższej półce. Sięgnęłam po składany stołek, ale Aleksander był bliżej.

- Mogę zdjąć?

- Tak.

Podał mi segregator i nie zajrzał na etykietę.

- To wszystko?

- Tak.

Powinniśmy byli wyjść.

Nie ruszyłam się.

Aleksander też nie.

Deszcz uderzał o szybę. W pracowni pachniało drewnem, papierem i środkiem, którego używałam rano do czyszczenia narzędzi. Byliśmy sami w miejscu, które było bardziej moje niż mieszkanie.

- Teraz już widziałeś - powiedziałam.

- Co?

117

- Pracownię.

Rozejrzał się jeszcze raz.

- Rozumiem, dlaczego chcesz większą.

- To bardzo romantyczna ocena.

Słowo wymknęło mi się, zanim zdążyłam je zatrzymać.

Zapadła cisza.

Aleksander odłożył rękę z oparcia krzesła.

- Nina.

- Wiem.

- Nie, chyba nie wiesz, co chcę powiedzieć.

Serce zaczęło bić mi mocniej.

- W takim razie powiedz.

Patrzył na mnie tak uważnie, że przez moment miałam ochotę odwrócić wzrok. Nie zrobiłam tego.

- Od kilku dni próbuję pilnować, żeby to, co dzieje się między nami poza pracą, nie wpływało na to, co robimy przy obrazie.

- Ja też.

- I?

- Nie bardzo działa.

Jego oddech stał się głębszy.

- Nie.

Podeszłam o pół kroku bliżej. Nie dlatego, że mnie przyciągnął. Sama wybrałam odległość.

- Chcesz mnie pocałować? - zapytałam.

Nie spodziewałam się, że wypowiem to tak bezpośrednio. Kiedy już padło, poczułam przede wszystkim ulgę.

118

- Tak.

- Od kiedy?

- To ma znaczenie?

- Dla mnie ma.

Spojrzał na moje usta, potem z powrotem w oczy.

- Od dłużej, niż powinienem.

- To nadal nie jest data.

- Od dnia, kiedy pokazałaś mi swoje notatki, przestałem udawać przed sobą, że chodzi tylko o ciekawość.

Pomyślałam o notesie przesuniętym przez stół. O tym, jak trudno było mi go puścić z dłoni.

- Ja wcześniej - powiedziałam.

Jego twarz złagodniała.

- To nie brzmi fair.

- Nie próbuję być fair.

Podniosłam dłoń i dotknęłam jego płaszcza przy kołnierzu. Materiał był jeszcze chłodny od deszczu.

- Jeśli cię pocałuję, jutro nadal będę mogła się z tobą nie zgadzać przy stole.

- Mam taką nadzieję.

- I nie będziesz traktował tego jak zgody na cokolwiek więcej.

- Nie.

- Dobrze.

To ja pokonałam ostatni kawałek odległości.

Pierwszy pocałunek był spokojniejszy, niż spodziewało się moje ciało. Usta Aleksandra były ciepłe, ruch ostrożny, prawie

119

pytający. Gdy po sekundzie odsunął się odrobinę, nie pozwoliłam mu odejść daleko. Złapałam go lekko za kołnierz i pocałowałam ponownie.

Tym razem odpowiedział bez wahania.

Nie było pośpiechu. Jego dłoń zatrzymała się przy moim boku, zanim mnie dotknął.

- Mogę? - zapytał cicho.

- Tak.

Położył rękę na mojej talii.

To był tylko dotyk przez sweter, ale właśnie dlatego czułam go tak wyraźnie. Nie próbował przesunąć dłoni dalej. Nie przyciągnął mnie mocniej, niż sama się zbliżyłam. Oparłam czoło o jego policzek, próbując uspokoić oddech.

- To komplikacja - powiedziałam.

- Tak.

- Bardzo zła odpowiedź.

- Mogę skłamać.

- Nie.

Odsunęłam się na tyle, żeby na niego spojrzeć.

Był blisko. Zbyt blisko, żeby wrócić do wygodnej wersji tego wieczoru, w której tylko odwiózł mnie po segregator.

- Nie chcę, żeby jutro którekolwiek z nas udawało, że to się nie wydarzyło - powiedziałam.

- Nie zamierzam.

- I nie chcę sekretów pod hasłem "ochrona projektu".

Coś przemknęło po jego twarzy.

Tak szybko, że mogłam uznać to za zmianę światła.

- Dobrze - powiedział.

120

Nie spodobało mi się, że odpowiedział dopiero po chwili.

- Aleksander?

- Tak?

- Jeśli jest coś, co powinnam wiedzieć, zanim to pójdzie dalej, wolę usłyszeć teraz.

Przez kilka sekund patrzył na mnie bez ruchu.

Czułam jeszcze ciepło jego dłoni przez sweter.

- Są rzeczy w archiwum, których nie zdążyliśmy przejrzeć - powiedział. - I rzeczy, których znaczenia jeszcze nie potrafię udowodnić.

- To wiem.

- Nie chcę mówić ci czegoś jako prawdy tylko dlatego, że się tego obawiam.

Była to odpowiedź zgodna z jego sposobem pracy. Jeszcze kilka dni temu uznałabym ją za wymijającą. Teraz postanowiłam przyjąć ją dokładnie w takim zakresie, w jakim została wypowiedziana.

- Dobrze - powiedziałam. - Ale kiedy coś przestanie być tylko obawą, nie decyduj za mnie, kiedy mam to usłyszeć.

Jego spojrzenie stało się poważniejsze.

- Dobrze.

Tym razem odpowiedział od razu.

Nie pocałowaliśmy się trzeci raz.

Może właśnie dlatego ten wieczór nie stał się pomyłką, którą można było następnego dnia sprowadzić do deszczu, zmęczenia i zbyt długiej pracy.

121

Aleksander odwiózł mnie do domu. Pod klatką nie próbował wysiąść ani przedłużać chwili. Zanim zamknęłam drzwi samochodu, spojrzałam na niego.

- Jutro o ósmej piętnaście.

- Będę.

- I nic się nie resetuje.

- Nic.

Weszłam do budynku z segregatorem pod pachą.

Dopiero na schodach dotknęłam palcami ust.

Nie po to, żeby sprawdzić, czy naprawdę mnie pocałował.

Żeby zapamiętać, że to ja pierwsza zrobiłam krok.

122

Rozdział 9. Następnego dnia

Aleksander był w pracowni o ósmej dwanaście.

Zobaczyłam go przez szybę, zanim otworzyłam drzwi. Stał przy stole z dwiema teczkami i czytał coś na telefonie. Nie wyglądał inaczej niż dzień wcześniej. Ta sama ciemna koszula, ten sam notes, ten sam sposób, w jaki odkładał przedmioty równolegle do krawędzi blatu.

Tylko ja patrzyłam inaczej.

Przez moment wróciło mi wspomnienie jego dłoni na mojej talii i ciepła jego ust. Nie było w tym nic pożytecznego o ósmej trzynaście rano, kiedy miałam przed sobą raport Boreckiej, dwa katalogi i rozmowę z matką zaplanowaną na popołudnie.

Otworzyłam drzwi.

- Dzień dobry.

Podniósł wzrok.

- Dzień dobry.

Jedna sekunda za długo.

Potem odsunął się od stołu, żebym mogła przejść.

- Borecka przysłała uwagi do wczorajszego formularza - powiedział. - Zaznaczyła dwa miejsca, które chce obejrzeć jeszcze raz na oryginale.

- Widziałam mail.

- Tadeusz chce mieć wersję roboczą przed trzynastą.

- Też widziałam.

Brzmieliśmy jak ludzie, którzy bardzo starają się udowodnić niewidzialnej komisji, że potrafią rozmawiać o pracy.

123

Zdjęłam płaszcz i włączyłam lampę nad stanowiskiem.

- Aleksander.

- Tak?

- Nie musimy robić z tego przedstawienia.

Przez chwilę patrzył na mnie spokojnie.

- Dobrze.

- Ale przy obrazie nic się nie zmienia.

- Nic.

To nie była nowa umowa. Raczej sprawdzenie, czy poprzednia przetrwała noc.

Przetrwała.

Do dziewiątej trzydzieści pracowaliśmy niemal bez przerwy. Borecka chciała ponownie obejrzeć jedną partię gruntu i przejście między podmalówką a warstwą kryjącą. Marta przygotowywała zdjęcia porównawcze szkicownika, a ja aktualizowałam tabelę obserwacji.

Aleksander przyniósł jeszcze jeden dokument z końca lat dziewięćdziesiątych. Była to karta opracowania archiwalnego, na której kilka rysunków opisano wspólnie jako "materiały warsztatowe J. Orłowskiego". Przy jednej pozycji dopisano drobnym pismem: "H.O. - studium własne?".

Znak zapytania miał znaczenie.

- To powinno wejść do części historycznej - powiedziałam.

- I do głównego zestawienia.

- Nie.

Spojrzał na mnie.

- Dlaczego?

124

- Bo główne zestawienie dotyczy materiałów, które możemy powiązać bezpośrednio z badaniem obrazu. To pokazuje problem z opisami archiwalnymi, ale nie mówi nic o "Świetle po deszczu".

- Mówi, że ktoś już wcześniej miał wątpliwość, czy część tych materiałów należała do Hanny.

- Tak. Ale jeśli wrzucimy to do tabeli technicznej, zaczniemy mieszać poziomy dowodu.

- Nie chcę wrzucać tego do tabeli technicznej. Chcę, żeby było w głównym raporcie jako kontekst.

- Główny raport podpisuję ja i Borecka.

- Część historyczną podpisuję ja.

- Właśnie. Dlatego niech zostanie w twojej części.

Jego szczęka lekko się napięła.

Wiedziałam już, że tak reagował, kiedy uważał, że argument jest mocniejszy, niż druga osoba chce przyznać.

- Jeśli rozdzielimy to za mocno, czytelnik może nie zobaczyć związku - powiedział.

- Jeśli połączymy za wcześnie, zobaczy związek, którego jeszcze nie udowodniliśmy.

- To nie jest sugestia autorstwa obrazu.

- Ale może być tak przeczytana.

- Wszystko może być źle przeczytane.

- To nie jest argument za tym, żeby pisać mniej precyzyjnie.

Zapadła cisza.

Marta przestała przesuwać zdjęcia, choć nadal patrzyła w monitor.

125

Kilka dni wcześniej taki spór uruchomiłby we mnie podejrzenie, że Aleksander próbuje prowadzić mnie do wyniku, który zna wcześniej. Dzisiaj pojawiło się coś gorszego i bardziej osobistego: obawa, że jeśli nie ustąpię, napięcie z pracy przejdzie w to, co wydarzyło się między nami wieczorem.

Natychmiast się na to zezłościłam.

Nie na niego.

Na siebie.

- Chodźmy do Boreckiej - powiedziałam.

Aleksander uniósł brwi.

- Teraz?

- Jest w budynku. Nie będziemy rozstrzygać między sobą, co powinna podpisać osoba trzecia.

Przez sekundę milczał.

- Dobrze.

Nie obraził się. Nie przypomniał mi, że to jego materiał. Wziął kartę i poszedł ze mną.

Katarzyna siedziała w małej sali obok magazynu, oglądając fotografie przez lupę ekranową. Wysłuchała nas, nie przerywając.

- Oboje macie rację i dlatego oboje możecie zepsuć ten raport - powiedziała w końcu.

Aleksander oparł się o krzesło.

- To konstruktywne.

Borecka nawet nie drgnęła.

- Dokument jest ważny dla historii atrybucji materiałów Hanny. Nie jest dowodem technicznym dotyczącym

126

badanego obrazu. W raporcie głównym można umieścić jedno zdanie odsyłające do aneksu historycznego. Bez cytowania treści karty w części konserwatorskiej.

Spojrzała na mnie.

- Nie ukrywasz kontekstu.

Potem na Aleksandra.

- I nie robisz z kontekstu dowodu.

Pokiwałam głową.

- Tak może być.

- Dla mnie też - powiedział Aleksander.

Wróciliśmy do pracowni.

Przez kilka minut żadne z nas nie mówiło o sporze. W końcu Aleksander położył dokument na właściwej kupce.

- Nie podobało mi się, że miałaś rację co do jednego - powiedział.

- Tylko jednego?

- Związek byłby zbyt sugestywny w głównej części.

- A mnie nie podobało się, że miałeś rację co do jednego.

Spojrzał na mnie.

- Bez odsyłacza wyglądałoby, jakbyśmy ignorowali problem archiwalny.

- Tak.

To wystarczyło.

Nie przeprosiłam za to, że się z nim nie zgodziłam. On nie próbował wynagrodzić mi napięcia dotykiem ani łagodniejszym tonem. Po prostu wróciliśmy do pracy.

Właśnie wtedy zrozumiałam praktyczną wartość granicy, o której rozmawialiśmy poprzedniego wieczoru.

127

Nie chodziło o to, żebyśmy w muzeum przestali cokolwiek czuć.

Chodziło o to, żeby uczucia nie stały się argumentem.

Przed południem zadzwoniła matka.

Wyszłam na korytarz.

- Mogę przyjechać po czwartej? - zapytałam.

- Tak.

- Przywiozę kopię protokołu i zestawienie tego, co zrobiliśmy ze szkicownikiem.

- Aleksander też przyjedzie?

Pytanie zaskoczyło mnie.

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo to rozmowa między nami.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

- Dobrze - powiedziała Joanna.

Kiedy wróciłam, Aleksander nie zapytał, o czym rozmawiałyśmy. Powiedziałam mu sama:

- Po czwartej jadę do mamy. Bez ciebie.

- Tak będzie lepiej.

- Nie jesteś urażony?

- Dlaczego miałbym być?

- Bo część materiału dotyczy twojego archiwum.

- Ale rozmowa dotyczy twojej matki.

To była kolejna rzecz, której nie musieliśmy długo ustalać.

O trzynastej wysłaliśmy roboczy raport Tadeuszowi. Wersja miała wyraźnie rozdzielone części: obserwacje

128

techniczne, zewnętrzną opinię Boreckiej, materiały związane z Hanną oraz aneks historyczny Aleksandra. Przy dokumentach o zmiennej atrybucji widniało dokładne zastrzeżenie, że nie przesądzają one autorstwa żadnego obrazu.

Tadeusz odpisał po dwudziestu minutach: "Taką strukturę mogę bronić przed dyrekcją."

Nie lubiłam słowa "bronić", ale rozumiałam, że od poprzedniego dnia projekt przestał być wyłącznie sprawą badawczą.

Po wysłaniu raportu przyszedł jeszcze jeden mail z działu komunikacji. Poproszono mnie o przesłanie notatek do wystąpienia, z którego dzień wcześniej mnie usunięto, ponieważ Tadeusz miał wykorzystać część techniczną podczas spotkania prasowego.

Otworzyłam plik przygotowywany od tygodni.

Pierwsze dwie strony dotyczyły badań i zasad dokumentowania. Trzecia zaczynała się od fotografii mojej dłoni przy krawędzi obrazu i zdania, które chciałam powiedzieć na zakończenie: że konserwacja nie polega na przywracaniu dziełu wersji, którą pamiętamy, tylko na uważnym rozpoznaniu tego, co naprawdę przetrwało.

Teraz te słowa miał wypowiedzieć ktoś inny.

Zaznaczyłam część techniczną i skopiowałam ją do nowego dokumentu.

- Chcesz, żebym wyszedł? - zapytał Aleksander.

Dopiero wtedy zorientowałam się, że od kilku minut stoi przy regale i widzi otwarty harmonogram.

- Nie.

- Mogę też nie patrzeć.

129

- Nie chodzi o ciebie.

Przesłałam Tadeuszowi dane o kolejności badań, fotografie aparatury i podpisy do zdjęć. Ostatnią stronę zostawiłam u siebie.

Aleksander nie pytał dlaczego.

- To małostkowe? - zapytałam po chwili.

- Co?

- Że nie oddaję mu całego tekstu.

- Czy ten ostatni fragment jest potrzebny, żeby prawidłowo wyjaśnić badania?

- Nie.

- Więc nie.

Zamknęłam plik.

- Łatwo ci powiedzieć.

- Nie mówię, że masz przestać być zła.

Ta odpowiedź zatrzymała mnie skuteczniej niż pocieszenie.

Przez ostatnie dni zbyt wiele osób próbowało rozwiązać moje emocje językiem procedur. Aleksander właśnie pozwolił im pozostać tym, czym były.

Po chwili wróciłam do raportu. On do własnych dokumentów. Nie dotknął mnie, choć siedzieliśmy tak blisko, że wystarczyłoby przesunąć rękę po stole. W pracy właśnie tego potrzebowałam.

Przed wyjściem zapisałam kopię raportu na zabezpieczonym nośniku. Aleksander stał przy regale i wkładał dokumenty do teczki.

- O której kończysz u mamy? - zapytał.

130

Spojrzałam na niego.

To było pierwsze osobiste pytanie od rana.

- Nie wiem.

- Chciałem zaproponować kolację.

Poczułam ciepło pod mostkiem.

- Dzisiaj?

- Tak. Ale nie w muzeum, nie przy komputerze i bez dokumentów.

- Brzmi podejrzanie.

Nie uśmiechnął się.

- Chcę cię zobaczyć poza pracą, Nina. Jeśli ty też chcesz.

Ta prostota odebrała mi możliwość schowania odpowiedzi za żartem.

- Chcę.

- Napiszesz po rozmowie z mamą?

- Tak.

- Jeśli nie będziesz miała ochoty po niej wychodzić, też napisz.

Skinęłam głową.

W mieszkaniu Joanny pachniało zupą pomidorową i kurzem z otwartych pudeł. Matka najwyraźniej przez pół dnia przeglądała rzeczy Hanny. Na stole leżały fotografie, listy zakupów, dwie pocztówki i stara fotografia babci przy sztaludze.

Położyłam przed nią kopię protokołu.

- Tu jest lista osób, które miały dostęp. Ja, Marta, Aleksander, Borecka i dwóch pracowników magazynu przy oględzinach. Nikt nie zrobił reprodukcji do publikacji.

131

Joanna przeczytała dokument dokładnie.

- A co wynika ze szkicownika?

Usiadłam naprzeciwko.

- Że babcia pracowała nad własnymi kompozycjami bardziej systematycznie, niż chyba obie zakładałyśmy. Część motywów pojawia się później w pracach dziadka. To nie mówi jeszcze, w jaki sposób do nich trafiły.

- Czyli mógł korzystać z jej pomysłów.

- Mógł. Mogli je omawiać razem. Mogła robić studia dla niego. Mogła robić je dla siebie, a później coś z nich zostało wykorzystane. Nie wiem.

Matka odsunęła papier.

- I ten obraz?

- Nadal nie mamy podstaw, żeby powiedzieć, kto namalował "Światło po deszczu". Mamy podstawy, żeby dalej badać.

Joanna dotknęła fotografii Hanny.

- Znalazłam to dzisiaj.

Przesunęła zdjęcie w moją stronę.

Babcia miała może czterdzieści kilka lat. Stała w pracowni w fartuchu zabrudzonym farbą. Za nią widać było fragment dużego płótna odwróconego bokiem. Nie rozpoznawałam obrazu.

- Kto zrobił zdjęcie?

- Nie wiem. Na odwrocie jest osiemdziesiąty szósty.

Odwróciłam fotografię. Data była zapisana pismem matki.

Przy fotografii zatrzymałam się dłużej. Hanna nie patrzyła w obiektyw. Miała głowę lekko pochyloną i jedną rękę

132

uniesioną, jakby ktoś przerwał jej w połowie ruchu. Nie wyglądała na osobę pozującą przy cudzej pracy. Wyglądała jak ktoś zajęty.

To oczywiście również mogło niczego nie znaczyć.

Pamiętałam, jak babcia poprawiała mi kiedyś chwyt pędzla przy szkolnym plakacie. Nie powiedziała wtedy, że sama malowała. Po prostu wzięła drugi pędzel i na kawałku gazety pokazała, jak rozprowadzić zbyt gęstą farbę, żeby nie zostawić twardej krawędzi. Miałam może dziesięć lat. Wtedy uznałam to za jedną z wielu rzeczy, które babcie po prostu umieją.

- Nigdy jej nie pytałam, czy tęskni za malowaniem - powiedziałam.

Joanna spojrzała na fotografię.

- Ja też nie.

Żadna z nas nie próbowała się usprawiedliwiać. To było chyba najtrudniejsze.

- Ty to podpisałaś?

- Chyba tak. Dawno temu.

- Mogę zrobić zdjęcie dokumentacyjne?

Joanna zawahała się.

- Tak.

Wyjęłam telefon służbowy, położyłam fotografię na stole i zrobiłam dwa ujęcia z linijką referencyjną, którą woziłam w torbie. Nie próbowałam powiększać fragmentu płótna. Na to przyjdzie czas.

- Zostawiam szkicownik do końca przyszłego tygodnia - powiedziała matka, gdy chowałam telefon. - Nie tylko do tego.

Spojrzałam na nią.

133

- Jesteś pewna?

- Nie. Ale zgadzam się.

To rozróżnienie było ważne.

- Dziękuję.

- I chcę dostawać informacje ode mnie, zanim zadzwoni Irena.

- Nie mam kontroli nad przeciekami.

- Nie proszę o kontrolę. Proszę, żebyś ty do mnie dzwoniła.

- Będę.

Później usiadłyśmy przy herbacie. Nie rozmawiałyśmy już o autorstwie. Joanna opowiedziała mi, że znalazła rachunki z dawnej pracowni i listę farb zapisaną przez Hannę. Zabrałam tylko kopie. Oryginały zostały na stole.

Kiedy wyszłam, czułam zmęczenie, ale nie ciężar, z którym przyjechałam.

Napisałam do Aleksandra: "Mogę zjeść kolację."

Odpowiedź przyszła po chwili.

"Podaj miejsce, które nie ma archiwum."

Wybrałam małą restaurację przy ulicy, którą znałam od lat. Nie była elegancka ani modna. Ciemne drewniane stoliki, kilka lamp nad barem, kuchnia otwarta do późna. Aleksander przyszedł przede mną.

Kiedy wstał na mój widok, przez sekundę nie wiedziałam, jak się przywitać.

W pracy nie dotknęliśmy się ani razu.

Tutaj nie chciałam podawać mu ręki jak współpracownikowi.

Podeszłam bliżej i pocałowałam go krótko w policzek.

134

Jego dłoń zatrzymała się na moim ramieniu tylko na moment.

- To jest wersja poza muzeum? - zapytał cicho.

- Jeszcze ją testuję.

Usiedliśmy.

Przez pierwsze pół godziny nie rozmawialiśmy o "Świetle po deszczu". Opowiedział mi o mieszkaniu we Wrzeszczu, które wynajął kilka lat wcześniej z myślą, że zostanie w nim rok, a potem nigdy się nie wyprowadził. Ja powiedziałam mu o sąsiadce z pracowni, która prowadziła zakład oprawy obrazów i potrafiła rozpoznać moich klientów po odgłosie otwierania drzwi.

Nie były to rzeczy ważne.

Właśnie dlatego ich potrzebowałam.

Po daniu głównym Aleksander odłożył widelec.

- Mogę zapytać o twoją mamę?

- Możesz.

Opowiedziałam mu o przedłużonej zgodzie i fotografii Hanny.

- Przyślesz ją jutro do dokumentacji?

- Tak. Najpierw wpiszę pochodzenie i ograniczenia.

- Dobrze.

Zawahałam się.

- Nie chcę rozmawiać dzisiaj o tym, co może być na płótnie za nią.

- Nie będziemy.

Pod stołem jego kolano znajdowało się blisko mojego. Nie dotykało mnie.

135

Pomyślałam, że mogłabym zostawić tę odległość.

Zamiast tego przesunęłam nogę o kilka centymetrów.

Kontakt był lekki i zupełnie świadomy.

Aleksander spojrzał na mnie.

- To też test? - zapytał.

- Nie.

Tym razem uśmiechnął się tylko oczami.

Po kolacji wyszliśmy razem. Nie padało, ale chodniki wciąż były mokre. Szliśmy bez pośpiechu. Przy skrzyżowaniu Aleksander zatrzymał się.

- Odprowadzę cię.

- Mieszkam w drugą stronę niż ty.

- Wiem.

- Znowu sprawdzałeś?

- Adres był na protokole szkicownika.

- To nie jest romantyczne.

- Dlatego mówię ci, skąd wiem.

Popatrzyłam na niego.

- Dobrze. Odprowadź mnie.

Przy mojej klatce stanęliśmy pod zadaszeniem. Światło z wejścia było chłodne, ulica prawie pusta.

Nie miałam wątpliwości, że chcę go pocałować.

Miałam tylko świadomość, że tym razem nie mogliśmy nazwać tego jednorazowym przekroczeniem granicy po trudnym dniu.

- Jutro nadal możemy się pokłócić o raport - powiedziałam.

- Dzisiaj już to sprawdziliśmy.

136

- I przeżyłeś.

- Ledwo.

Spojrzałam na niego ostrzegawczo.

- Bez wygłupów.

- Dobrze.

Poważniał natychmiast.

Uniósł dłoń, ale zatrzymał ją kilka centymetrów od mojej twarzy.

Nie musiał pytać słowami.

Przybliżyłam się sama.

Pocałunek był dłuższy niż poprzedniego wieczoru. Jego palce dotknęły mojego policzka, potem przesunęły się lekko za ucho. Oparłam dłonie o jego pierś i czułam pod nimi spokojny rytm oddechu, który wcale nie był tak spokojny, jak próbował wyglądać.

Kiedy się odsunęliśmy, nie puściłam go od razu.

- Nie wchodzisz dzisiaj - powiedziałam.

- Wiem.

- Nie dlatego, że nie chcę cię blisko.

Jego spojrzenie zatrzymało się na mojej twarzy.

- Rozumiem.

- Chcę wiedzieć, co robimy, zanim zaczniemy robić więcej.

- Ja też.

Nie było rozczarowania w jego głosie. Tylko przyjęcie granicy.

Pocałowałam go jeszcze raz, krócej.

Potem weszłam do klatki.

137

Na półpiętrze odwróciłam się. Aleksander nadal stał pod zadaszeniem, ale kiedy zobaczył, że patrzę, po prostu uniósł rękę i odszedł.

W mieszkaniu położyłam telefon na stole i zdjęłam płaszcz.

Po chwili przyszła wiadomość.

"Jutro 8:15. Bez taryfy ulgowej przy raporcie."

Przeczytałam ją dwa razy.

Odpisałam:

"Zwłaszcza przy raporcie."

Dopiero wtedy poszłam spać.

138

Rozdział 10. Zwykły wieczór

Przez następne cztery dni nic nie wydarzyło się w sposób, który nadawałby się na jedno zdanie w raporcie.

Borecka wróciła jeszcze dwa razy do pracowni. Potwierdziła wcześniejsze obserwacje, dopisała zastrzeżenia do porównania warstw i zażądała lepszych zdjęć dwóch fragmentów podobrazia. Tadeusz dostał kolejną wiadomość od jednego z właścicieli, ale tym razem odpowiedział dział prawny. Szkicownik Hanny pozostał w muzeum zgodnie z przedłużoną zgodą Joanny, a ja dzwoniłam do matki wieczorami, nawet jeśli miałam jej do powiedzenia tylko, że tego dnia niczego nie rozstrzygnęliśmy.

Aleksander i ja pracowaliśmy obok siebie tak, jakby pocałunki nie dawały nam żadnego przywileju przy stole.

Po pracy było inaczej.

Nie każdego dnia. Raz wyszliśmy razem na krótki spacer po Oliwie i rozstaliśmy się przy parku, bo następnego ranka oboje zaczynaliśmy wcześnie. Innym razem wypiliśmy kawę w miejscu naprzeciwko muzeum, rozmawiając przez pół godziny o wszystkim poza wystawą. Dotykał czasem mojej dłoni, kiedy siedzieliśmy przy stoliku. Ja poprawiałam mu kołnierz płaszcza, jeśli podwinął się pod szalikiem. Te gesty były niewielkie, ale nie należały już do przypadku.

W piątek po południu Borecka zakończyła pracę wcześniej. Tadeusz wyjechał na spotkanie z jednym ze sponsorów, Marta zniknęła zaraz po czwartej, zostawiając na stole karteczkę z informacją, że jeśli ktokolwiek będzie jej potrzebował przed poniedziałkiem, ma najpierw zastanowić się, czy naprawdę.

Ja zostałam jeszcze godzinę.

139

Nie dlatego, że musiałam. Chciałam mieć poniedziałek bez poczucia, że coś zostawiłam otwarte.

Kiedy zamknęłam ostatni plik, Aleksander siedział przy drugim końcu stołu i czytał kopię listy materiałów z dawnej pracowni. Zauważył, że wyłączyłam komputer.

- Skończyłaś?

- Na dziś.

- To brzmi prawie niepokojąco.

Spojrzałam na niego.

- Nie zepsuj tego.

Zamknął teczkę.

- Mam pustą lodówkę.

- To również brzmi jak problem zawodowy?

- Nie. Tym razem mam rozwiązanie prostsze niż komisja i trzy opinie eksperckie.

- Jakie?

- Sklep.

Miałam ochotę powiedzieć, że pojadę do domu. Byłam zmęczona, a w mieszkaniu czekało pranie i rachunek za ubezpieczenie pracowni, którego od trzech dni nie chciałam otworzyć. Zamiast tego zapytałam:

- Co zamierzasz kupić?

- Jeszcze nie wiem.

- Czyli pustej lodówki nie naprawiłeś nawet na poziomie koncepcji.

- Liczyłem na konsultację zewnętrzną.

- Drogo biorę.

- Mam świadomość.

140

Wyszliśmy razem.

Sklep był kilka ulic od jego mieszkania we Wrzeszczu. Mały, ciasny, z półkami ustawionymi tak blisko, że dwie osoby z koszykami musiały ustępować sobie miejsca. Aleksander wziął pieczywo, pomidory, czosnek i butelkę oliwy.

- Masz makaron? - zapytałam.

Zatrzymał się.

- Chyba.

- "Chyba" oznacza, że nie masz.

- Mam ryż.

- To nie jest odpowiedź na pytanie o makaron.

Sięgnęłam po paczkę tagliatelle.

- I parmezan.

- Mam ser.

- Jaki?

- Żółty.

Popatrzyłam na niego.

- To już nawet nie jest brak wiedzy. To prowokacja.

Prawie się uśmiechnął.

Wzięłam kawałek parmezanu i wrzuciłam do koszyka.

Przy warzywach zatrzymałam się przy cukinii. Aleksander wybrał bakłażana.

- Nie lubię bakłażana - powiedziałam.

Odłożył go bez komentarza.

- Możesz kupić dla siebie.

- Nie potrzebuję aż tak bardzo bakłażana.

141

- A może powinieneś czasem chcieć czegoś tylko dla siebie.

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.

- To było o warzywie?

Sama nie byłam pewna.

- Na razie.

Wziął ponownie bakłażana.

- W takim razie pół zjemy osobno.

To był absurdalnie mały kompromis, a jednak spodobał mi się bardziej niż gdyby po prostu zrezygnował.

Przy kasie zapłacił za zakupy, zanim zdążyłam wyjąć kartę.

- Następnym razem ja - powiedziałam.

- Dobrze.

Nie powiedział, że nie trzeba. Nie zrobił z rachunku gestu.

Jego mieszkanie było na trzecim piętrze kamienicy, którą znałam z widzenia. Wysokie okna, drewniana klatka schodowa, stara poręcz wygładzona tysiącami dłoni. W środku było ciszej, niż się spodziewałam.

Pierwsze wrażenie nie pasowało do człowieka, który w archiwach potrafił trzymać wszystko w osobnych teczkach. Książki stały nie tylko na regałach, ale też na podłodze pod ścianą. Na krześle leżał złożony sweter, a na stole w salonie piętrzyły się katalogi obok rachunku za prąd i nieotwartej koperty z banku.

- Nie komentuj - powiedział, kiedy zobaczył, gdzie patrzę.

- Nic nie mówię.

- Właśnie dlatego się obawiam.

Zdjęłam płaszcz.

142

Na ścianach wisiały trzy grafiki, żadna szczególnie cenna. Jedna przedstawiała pusty peron, druga fragment portu, trzecia była niemal abstrakcyjna.

- Kupiłeś je? - zapytałam.

- Dwie. Jedną dostałem.

- Od ojca?

- Nie.

Odpowiedział zbyt szybko, ale nie podążyłam za tym.

W kuchni znalazłam jego rzekomy ser. Miał jeszcze trzy dni do końca terminu i wyglądał tak, jakby nikt go nie otwierał od tygodni.

- Wyrzucamy.

- Jest dobry.

- Nie jest.

- Data mówi co innego.

- Data nie czuje zapachu.

Wyrzuciłam go do kosza.

Aleksander stał oparty o blat i patrzył na mnie tak, jakbym właśnie dokonała aktu samowoli w jego archiwum.

- To jest właśnie różnica między nami - powiedział.

- Między dokumentem a obserwacją?

- Dokładnie.

Tym razem oboje się uśmiechnęliśmy.

Gotowaliśmy razem bez planu. Ja kroiłam pomidory i cukinię, Aleksander cebulę i czosnek. Bakłażana przygotował osobno na małej patelni, jakby chciał udowodnić, że jego potrzeby rzeczywiście zasługują na osobny obszar roboczy.

143

Muzykę włączył cicho. Nie znałam wykonawcy. Coś instrumentalnego, spokojnego, bez melodii, która próbowałaby zdominować pomieszczenie.

- Zawsze tego słuchasz? - zapytałam.

- Kiedy gotuję.

- Jak często gotujesz?

Zastanowił się.

- To pytanie podważa wiarygodność poprzedniej

odpowiedzi.

- Czyli rzadko.

- Rzadziej, niż powinienem.

Wrzuciłam makaron do wody.

- Dlaczego?

- Bo łatwiej zjeść coś po drodze. Przez lata dużo jeździłem. Archiwa, zbiory prywatne, kwerendy. Przyzwyczaiłem się, że mieszkanie to miejsce, w którym przepakowuje się torbę.

Rozejrzałam się po kuchni. Była wygodna, dobrze urządzona, ale rzeczywiście brakowało w niej śladów codziennego używania. Mało naczyń. Dwie szklanki stojące na wierzchu. Jedna patelnia dobra, druga najwyraźniej odziedziczona po kimś.

- A teraz? - zapytałam.

- Jeżdżę mniej.

- Z wyboru?

- Częściowo.

Odcedził makaron.

144

- Miałem moment, kiedy zorientowałem się, że znam rozkłady pociągów do kilku miast lepiej niż własnych sąsiadów.

- Brzmi romantycznie.

- Nie było.

Podałam mu miskę.

- Co chcesz zamiast tego?

Pytanie zatrzymało go.

Nie o pracę. Nie o raport. Nie o to, co zamierza zrobić z dokumentami ojca.

O jego życie.

- Jeszcze nie wiem dokładnie - odpowiedział. - Chciałbym nie zakładać z góry, że wszystko jest tymczasowe.

Pomyślałam o własnej pracowni.

- Czyli mamy podobny problem.

- Ty chcesz większego miejsca.

- Nie chodzi tylko o metry.

- Wiem.

Usiedliśmy przy stole. Makaron był lepszy, niż się spodziewałam, głównie dlatego, że pomidory okazały się naprawdę dobre. Aleksander przełożył część bakłażana tylko na swoją stronę talerza.

Patrzyłam na ten drobiazg chwilę za długo.

- Co? - zapytał.

- Nic.

- To było bardzo konkretne nic.

- Podoba mi się, że nie próbujesz mnie przekonać do bakłażana.

145

- Nie wiedziałem, że to kryterium.

- Większość ludzi uważa, że jeśli czegoś nie lubisz, trzeba ci podać lepszą wersję, aż zmienisz zdanie.

- Może po prostu naprawdę nie lubisz bakłażana.

- Właśnie.

To też nie było o warzywie.

Zanim wstał od stołu, zapytał, czy chcę jeszcze wina. Odmówiłam, bo wracałam tramwajem i następnego dnia rano zamierzałam zajrzeć do pracowni na dwie godziny. Nie skomentował tego, że planowałam pracować w sobotę. Sam miał jechać do matki.

- Zawsze pracujesz w weekendy? - zapytałam.

- Kiedy mam termin.

- Czyli zawsze.

- Kiedyś prawie zawsze.

Oparł łokcie o stół.

- W zeszłym roku odmówiłem projektu w Wiedniu. Cztery miesiące pracy przy archiwum jednej kolekcji. Kilka lat wcześniej wziąłbym go bez zastanowienia.

- Dlaczego odmówiłeś?

- Oficjalnie dlatego, że miałem już inne zobowiązania.

- A naprawdę?

Przez moment przesuwał kciukiem po krawędzi szklanki.

- Wróciłem z poprzedniego wyjazdu i przez dwa dni nie mogłem znaleźć w mieszkaniu czystej pościeli. Wszystko było albo w szafie po praniu, albo jeszcze w walizce. Pomyślałem, że nie chcę, żeby całe moje życie wyglądało jak przerwa między dwoma pociągami.

146

- I od razu stałeś się człowiekiem domowym?

- Jak widziałaś po lodówce, przemiana nie jest

zakończona.

Nie odpowiedziałam uśmiechem. Bardziej interesowało mnie to, że przyznał się do decyzji, która z zewnątrz mogła wyglądać jak zawodowa strata.

- Brakuje ci tych wyjazdów?

- Czasem. Lubię wejść do archiwum, o którym nic nie wiem. Lubię moment, kiedy jeszcze wszystkie dokumenty są obce. Ale nie lubię już wracać do mieszkania, które wygląda, jakby nikt tu nie mieszkał.

Spojrzałam na stół. Nasze talerze, otwarta butelka wody, nóż zostawiony na desce, rozsypany kawałek startego sera. Wieczór zdążył zrobić w tym mieszkaniu większy bałagan niż kilka katalogów.

- Teraz wygląda, jakby ktoś mieszkał - powiedziałam.

Aleksander przesunął wzrokiem po stole.

- Dwie osoby zrobiły ten bałagan.

- Nie przyzwyczajaj się, że będę sprzątać.

- Nie przyszło mi to do głowy.

To była odpowiedź, której potrzebowałam bardziej niż grzeczne zapewnienie.

Po kolacji zostałam przy stole, a Aleksander zaczął zmywać. Wstałam, żeby mu pomóc, ale wskazał ręką krzesło.

- Gotowałaś więcej.

- Kroiłam pomidory.

- I wyrzuciłaś ser.

- To był najważniejszy wkład.

147

Nie nalegałam. Oparłam brodę na dłoni i patrzyłam, jak zmywa naczynia. Rękawy podwinął równo, jak pierwszego dnia w muzeum. Zauważyłam, że pamiętam ten szczegół.

Telefon leżący na stole zawibrował.

Ekran rozświetlił się imieniem: Magdalena.

Aleksander zerknął w jego stronę, ale nie sięgnął od razu. Dopiero kiedy skończył płukać talerz, wytarł dłonie i przeczytał wiadomość.

Zmiana w jego twarzy była niewielka. Zniknęło rozluźnienie, które pojawiło się podczas kolacji.

- Wszystko w porządku? - zapytałam.

- Mama.

Czekałam.

- Chce, żebym jutro przyjechał.

- Coś się stało?

- Nie. Chodzi o kilka rzeczy po ojcu.

Odłożył telefon ekranem do dołu.

- Znowu archiwum?

- Tak.

Nie był to temat, którego nie znałam. Mimo to zobaczyłam, że nie chce rozwijać go przy stole.

- Nie musisz mi mówić - powiedziałam.

Usiadł naprzeciwko mnie.

- Nie chodzi o to, że nie chcę.

Czekałam.

- Moja matka uważa, że zbyt długo porządkuję pewne sprawy. I ma rację.

148

- Dokumenty?

- Nie tylko.

Patrzył na swoje dłonie.

- Po śmierci ojca uzgodniliśmy, że przejrzę wszystko zawodowo, a ona zostawi mi czas. Ten czas zrobił się z kilku miesięcy kilkoma latami. Dla mnie to były kolejne teczki. Dla niej rzeczy, które nadal stały w zamkniętym pokoju.

- Dlaczego ich po prostu nie oddasz albo nie przejrzysz razem z nią?

- Bo za każdym razem myślę, że powinienem najpierw wiedzieć, co w nich jest.

Odpowiedź zabrzmiała znajomo.

Najpierw mieć pewność. Potem mówić.

Pomyślałam o tym, co opowiadał o swoim ojcu. O właściwym momencie, który nigdy nie przyszedł.

- A ona?

- Chce móc zamknąć ten pokój jako zwykły pokój. Nie archiwum Andrzeja Radeckiego.

- Rozumiem ją.

- Ja też. To najgorsza część.

Nie powiedział nic więcej. Nie pytałam.

Po chwili wstał i zrobił herbatę. Tym razem poruszał się po kuchni wolniej. Wiadomość od matki została na stole, niewidoczna, ale obecna.

- Pojedziesz jutro? - zapytałam.

- Tak.

- To dobrze.

- Pewnie tak.

149

Nie próbowałam go przekonywać. Znałam już cenę, jaką płaci się za cudze przekonanie, że wie lepiej, kiedy człowiek powinien być gotowy.

Przenieśliśmy się do salonu. Usiadłam na kanapie, a Aleksander zapalił małą lampę obok regału. Nie włączyliśmy telewizora. Przez chwilę oglądałam książki stojące najbliżej. Monografie, katalogi, kilka powieści, album fotograficzny z Islandii.

- Byłeś? - zapytałam.

- Dwa razy.

- Służbowo?

- Raz. Drugi raz pojechałem sam.

- I?

- Padało prawie cały tydzień.

- To brzmi, jakbyś wybierał miejsca według pogody w Gdańsku.

Usiadł obok.

- Może nie lubię nagłych zmian.

Nie był żartobliwy. Słowa miały drugi ciężar.

Oparłam głowę o kanapę.

- Ja też nie. Tylko udaję, że lubię, kiedy sama je wybieram.

Przez chwilę milczeliśmy.

Jego dłoń leżała na kanapie między nami. Przesunęłam własną i wsunęłam palce między jego palce. Nie pocałował mnie od razu.

Siedzieliśmy tak, słuchając deszczu zaczynającego uderzać o parapet.

150

Było w tym coś bardziej intymnego niż nasze spotkania pod klatką. Nie musieliśmy już sprawdzać, czy możemy się dotknąć. Wiedzieliśmy. Pytanie brzmiało raczej, czy potrafimy zostać obok siebie, kiedy nic szczególnego się nie wydarza.

Aleksander podniósł moją dłoń i pocałował wnętrze palców.

- O czym myślisz? - zapytał.

- O pracowni.

- Tej większej?

- Tak.

- Dostałaś wiadomość?

Pokręciłam głową.

- Nie. Ale jeśli nie przejdę dalej, będę musiała zdecydować, czy zostaję w obecnym lokalu na kolejny rok. Właściciel chce odpowiedzi przed końcem miesiąca.

- A ty?

- Nie chcę zostać.

- Nawet jeśli finansowanie nie wyjdzie?

To było pytanie, którego sama sobie unikałam.

- Nie wiem.

- Możesz wynająć większą bez dofinansowania?

- Mogę. Tylko przez kilka miesięcy będę bardzo ostrożnie oddychać przy każdym rachunku.

- Czyli ryzyko.

- Tak.

- A obecna pracownia?

- Bezpieczna.

151

- I za mała.

- Tak.

Nie dał mi rady.

- Co byś zrobił? - zapytałam.

- Nie wiem.

- To bardzo pomocne.

- Mogę powiedzieć, co widzę.

Spojrzałam na niego.

- Widzę, że kiedy mówisz o nowym miejscu, używasz czasu przyszłego. Kiedy mówisz o obecnym, brzmisz, jakbyś już się z niego wyprowadziła.

Zamilkłam.

Nie potrzebowałam rozwiązania. Wystarczyło, że usłyszałam własny wybór w cudzych słowach.

- To nie znaczy, że mnie na niego stać.

- Nie.

- Ani że decyzja jest rozsądna.

- Też nie.

- Denerwująco ostrożne.

- Uczę się od ciebie.

Pochyliłam się i pocałowałam go.

Tym razem nie było w tym napięcia z poprzednich wieczorów. Pocałunek był ciepły, spokojny, pozbawiony pośpiechu. Aleksander objął mnie ramieniem. Przesunęłam się bliżej i przez kilka minut siedzieliśmy w ciszy.

Nie potrzebowałam więcej.

Około dwudziestej drugiej wstałam.

152

- Pojadę do domu.

Nie zapytał, dlaczego.

- Zamówię ci samochód.

- Nie. Pojadę tramwajem.

- Pada.

- W Gdańsku.

Spojrzał w stronę okna.

- Mocny argument.

Podał mi płaszcz.

Przy drzwiach pocałował mnie jeszcze raz, krótko. Nie było sceny rozstania ani ustalania, co oznacza wieczór. Wsunęłam ręce do rękawów i przypomniałam sobie o zakupach.

- Został ci makaron.

- I bakłażan.

- Przede wszystkim bakłażan.

- Dam sobie radę.

Wyszłam.

Na przystanku pachniało mokrym chodnikiem i pieczywem z nocnej piekarni po drugiej stronie ulicy. Tramwaj miał przyjechać za sześć minut.

Wyjęłam telefon.

Od mamy miałam zdjęcie dwóch kolejnych pudeł znalezionych w szafie Hanny i krótką wiadomość: "Nie otwieram bez ciebie. Przyjedziesz w niedzielę?"

Odpisałam, że tak.

Potem zobaczyłam wiadomość z banku z przypomnieniem o płatności ubezpieczenia pracowni. Otworzyłam ją i tym razem zapłaciłam od razu.

153

Na ekranie kalendarza zobaczyłam też zaznaczony termin odpowiedzi właścicielowi większego lokalu. Do tej pory traktowałam tę datę jak coś, co można przesuwać w myślach, jeśli nie patrzy się na nią zbyt długo. Teraz wpisałam sobie przypomnienie na poniedziałek: zadzwonić i zapytać, czy zgodzi się na kilka dodatkowych dni, gdyby decyzja o finansowaniu się opóźniła. Nie był to plan rozwiązujący problem. Był przynajmniej ruchem wykonanym przeze mnie, nie czekaniem na cudzą odpowiedź.

Przez okno tramwaju kilka minut później patrzyłam na przesuwające się światła Wrzeszcza.

Wieczór z Aleksandrem nie rozwiązał niczego.

Szkicownik nadal leżał w muzeum. Jego matka nadal czekała, aż syn skończy porządkować przeszłość. Ja nadal nie wiedziałam, czy za miesiąc będę pracowała w tym samym lokalu.

A jednak kiedy pomyślałam o stole zastawionym dwiema różnymi porcjami tej samej kolacji, nie wydawało mi się to drobiazgiem.

Była to mała próba wspólnego życia, której żadne z nas nie zaplanowało jako próby.

154

Rozdział 11. Pytanie o ojców

W niedzielę przyjechałam do matki przed jedenastą.

Dwa pudełka, o których pisała, stały na stole w małym pokoju. Joanna nie otworzyła ich beze mnie. Poznałam to po starej taśmie papierowej na jednym z wieczek i warstwie kurzu, której nikt nie próbował nawet zetrzeć.

- Pamiętasz, skąd są? - zapytałam.

- Z ostatniej przeprowadzki mamy. Część rzeczy zabrała wtedy do siebie, część trafiła do nas. Po jej śmierci Piotr przejrzał tylko dokumenty dotyczące nieruchomości i podatków. Reszta została tak, jak była.

Usiadłam na podłodze obok pierwszego pudła.

- Chcę robić zdjęcia tylko tym rzeczom, które mogą mieć znaczenie dla badań.

- Dobrze.

- Jeśli trafimy na prywatne listy bez związku z pracownią, odkładamy je bez czytania.

Joanna spojrzała na mnie.

- Od kiedy pytasz mnie o zgodę na otwieranie rzeczy we własnym domu?

- Od kiedy wiem, jak łatwo pomylić rodzinne prawo do ciekawości z prawem do wszystkiego.

Nie odpowiedziała, ale podała mi nożyk do przecięcia taśmy.

Na górze leżały rachunki za farby, stare zaproszenia na wystawy i kilka kopert z negatywami. Niżej znalazłyśmy dwie teczki z fotografiami. Część znałam z albumów, część widziałam pierwszy raz. Julian podczas wernisaży, Hanna

155

przy stole z ludźmi, których nie rozpoznawałam, moja matka jako nastolatka na schodach przed kamienicą.

Po kilkunastu minutach wyjęłam pasek stykówek.

- Mamo.

Joanna usiadła obok mnie.

Na jednym z małych kadrów rozpoznałam fotografię Hanny przy sztaludze, tę samą, którą kilka dni wcześniej dostałam do dokumentacji. Tym razem widziałam jednak cały fragment filmu, nie pojedynczą odbitkę.

Klatka poprzedzająca przedstawiała puste wnętrze. Wysokie, wąskie okno. Fragment pieca kaflowego. Drzwi z charakterystycznym przeszklonym nadświetlem.

Kolejne zdjęcie pokazywało Hannę odwróconą w stronę okna. Za sztalugą widać było jeszcze kawałek ściany i metalową półkę.

Patrzyłam na nadświetle.

- To nie jest duża pracownia dziadka.

Joanna pochyliła się bliżej.

- Nie.

- To ten mały pokój od podwórza.

- Chyba tak.

Nie musiałam pytać, skąd go pamiętam. Po śmierci dziadka byłam tam kilka razy jako dziecko. Duża sala od frontu wydawała mi się wtedy ogromna, pachniała terpentyną i kurzem. Mały pokój był węższy, z wysokim oknem wychodzącym na podwórze i zielonkawym piecem, którego nigdy nie używano, odkąd pamiętałam.

156

- W katalogu z 2001 roku jest napisane, że od osiemdziesiątego czwartego mały pokój służył jako magazyn - powiedziałam.

Joanna od razu pokręciła głową.

- Nie wtedy.

- Jesteś pewna?

- Tak. Mama tam pracowała.

Odłożyłam stykówki.

- Sama?

Matka zacisnęła usta.

- Nina, nie wiem, co rozumiesz przez "sama". Miała tam stół, swoje papiery, czasem sztalugę. Tata pracował w dużej sali. Kiedy przychodzili goście, wszyscy siedzieli z przodu. Mama uciekała do tego mniejszego pokoju, bo mówiła, że tam nikt jej nie przeszkadza.

- Do kiedy?

- Nie pamiętam dokładnie. Na pewno jeszcze zanim tata zachorował. Później rzeczywiście zrobił się tam skład.

Wzięłam odbitkę do ręki.

- Zdjęcie jest z osiemdziesiątego szóstego.

- Czyli wtedy jeszcze korzystała z pokoju.

Ta informacja była niewielka, ale zmieniała sens fotografii. Nie pokazywała Hanny przypadkiem stojącej przy sztaludze męża. Pokazywała ją w przestrzeni, którą rodzina pamiętała jako jej własne miejsce pracy.

Oficjalna dokumentacja wymazała tę funkcję, cofając późniejszy stan magazynu o kilka lat.

- Kto przygotował opis pracowni do katalogu? - zapytałam.

157

Joanna spojrzała na mnie ze znużeniem.

- Piotr dawał materiały. Resztę redagowali historycy.

- Czy ojciec wiedział, że mama korzystała z tego pokoju?

- Oczywiście.

- Jak ona go nazywała?

Matka zamyśliła się.

- "Mój pokój". Czasami "mała pracownia". Miała tam osobną szafkę na farby i papiery. Julian raczej nie lubił tam pracować, bo okno było od podwórza i przez większość dnia było za ciemno.

To nie był język formalnego źródła, ale był konkretnym wspomnieniem, które można było sprawdzić. W późniejszych spisach pomieszczenie figurowało już jako magazyn. Być może ktoś po prostu wziął stan z lat dziewięćdziesiątych i rozciągnął go wstecz na całą historię pracowni.

- W poniedziałek zgłoszę Tadeuszowi korektę opisu miejsca - powiedziałam. - Nie jako dowód dotyczący obrazu. Jako błąd w chronologii pracowni.

- To będzie miało znaczenie?

- Jeśli próbujemy ustalić, gdzie i jak pracowała Hanna, tak.

Joanna skinęła głową. Nie wyglądała na zadowoloną, ale też nie protestowała.

Nie było sensu pytać, czy Piotr zatwierdził konkretne zdanie w katalogu. Tego matka nie mogła wiedzieć.

Zrobiłam zdjęcia całego paska stykówek, numerów klatek i koperty, w której go znalazłyśmy. Potem opisałam pochodzenie. Joanna patrzyła, jak zapisuję, że materiał odnaleziono w jej mieszkaniu, w pudle po rzeczach Hanny.

- To też zabierzesz? - zapytała.

158

- Nie. Na razie wystarczą fotografie. Oryginał zostaje tutaj, chyba że Borecka albo Marta uznają, że potrzebujemy go do badania papieru lub emulsji.

- Dobrze.

To "dobrze" brzmiało spokojniej niż kilka dni wcześniej.

W drugim pudle znalazłyśmy stare kalendarze, dwa notatniki z numerami telefonów i małe plastikowe pudełko z kasetami.

Było ich osiem.

Nie muzycznych. Mikrokasety do dyktafonu.

Na każdej znajdowała się biała etykieta z datą. 2008, 2009, kilka bez roku. Pismo należało do mojej matki.

- Co to jest?

Joanna wzięła jedną z kaset.

Przez chwilę wyglądała, jakby sama próbowała sobie przypomnieć.

- Rozmowy z mamą.

- Jakie rozmowy?

- Nagrywałam ją przez jakiś czas. Chciałam zrobić rodzinny album dla ciebie i dla dzieci twojego kuzyna. Nie tylko zdjęcia. Miałam spisać wspomnienia.

Spojrzałam na kasety.

- Nigdy o tym nie mówiłaś.

- Bo nic z tego nie zrobiłam.

- Słuchałaś ich później?

- Nie wszystkich. Przepisałam chyba dwie albo trzy. Potem dyktafon zaczął szwankować, Piotr kupił mi cyfrowy, a ja

159

straciłam zapał. Mama też miała dni, kiedy nie chciała odpowiadać na pytania.

- O czym rozmawiałyście?

Joanna wzruszyła ramionami.

- O dzieciństwie, studiach, poznaniu taty, mieszkaniach. O pracy też. Zadawałam pytania z zeszytu, który dostałam na jakichś warsztatach historii rodzinnej.

- Gdzie jest ten zeszyt?

Zastanowiła się.

- Możliwe, że w tym samym pudle.

Znalazłyśmy go po kilku minutach. Na pierwszej stronie matka zapisała: "Rozmowy z mamą - od listopada 2008". Dalej była lista tematów, część odhaczona.

"Dom rodzinny."

"Studia."

"Pierwsza pracownia."

"Julian."

"Praca po urodzeniu Joanny."

"Lata osiemdziesiąte."

"Choroba Juliana."

"Po śmierci Juliana."

Przy dwóch ostatnich nie było żadnego znaku.

Poczułam napięcie.

- Nagrywałaś je?

- Nie pamiętam, do którego miejsca doszłyśmy.

- Na kasetach są daty.

- Wiem.

160

- Mamy na czym ich odsłuchać?

Joanna pokręciła głową.

- Dyktafon wyrzuciłam lata temu. Próbowałam kiedyś kupić podobny, ale nie wiedziałam, jaki.

Nie otworzyłam plastikowego pudełka ponownie.

Nie chciałam wkładać starej kasety do przypadkowego urządzenia i zniszczyć jedynego zapisu tylko dlatego, że byłam ciekawa.

- Zabiorę cały komplet do digitalizacji, jeśli się zgodzisz.

Matka natychmiast spoważniała.

- Do muzeum?

- Nie do obiegu projektu. Najpierw do pracowni digitalizacyjnej jako materiał prywatny. Zrobimy kopie bez obróbki, a oryginały wrócą do ciebie. Dopiero potem zdecydujesz, co może wejść do badań.

- Ty nie będziesz słuchała przed mną?

To pytanie mnie zatrzymało.

- Jeśli tego chcesz, nie.

- Chcę być przy pierwszym odsłuchu.

- Dobrze.

- Nawet jeśli będzie tam coś o Julianie.

- Tak.

Joanna patrzyła na mnie jeszcze chwilę.

- W takim razie możesz je zabrać. Ale wpisz wszystkie numery i daty.

Zrobiłyśmy protokół tak samo jak przy szkicowniku. Tym razem matka sama sprawdziła liczbę kaset dwa razy.

Nie były odkryciem, które cokolwiek rozwiązywało.

161

Były materiałem, o którego istnieniu od tej chwili wiedziałyśmy obie i który miał konkretną drogę: najpierw bezpieczna kopia, potem wspólny odsłuch, dopiero później ewentualna decyzja badawcza.

To wystarczało.

Przy obiedzie wróciłam do fotografii z małego pokoju.

- Dlaczego w domu nigdy nie mówiło się, że babcia miała własną część pracowni?

Joanna mieszała łyżeczką herbatę.

- Bo nikt nie uważał tego za coś szczególnego. Tata miał pracownię. Mama miała swój pokój w pracowni.

- To jest właśnie coś szczególnego.

- Dla ciebie dzisiaj. Wtedy to był po prostu pokój.

- A później stał się magazynem i w katalogu wyszło, jakby zawsze nim był.

- Widocznie ktoś uprościł.

- Ojciec też?

Matka spojrzała na mnie.

- Chcesz mnie zapytać, czy Piotr świadomie usuwał mamę z historii?

- Chcę zapytać, co pamiętasz.

Joanna odstawiła łyżeczkę.

- Pamiętam, że przy katalogu pokłócił się z Andrzejem.

Zamarłam.

- O co?

- Nie wiem dokładnie. To było na początku

dwutysięcznych. Piotr wrócił wieczorem wściekły i powiedział, że Radecki zachowuje się tak, jakby archiwum

162

było jego własnością. Przez kilka tygodni nie odbierał od niego telefonów.

- Nigdy mi tego nie mówiłaś.

- Bo po co miałam ci opowiadać o kłótniach ojca z ludźmi z pracy?

- A potem znowu mieli kontakt?

- Mieli, ale już nie taki. Przynajmniej z tego, co widziałam.

To odpowiadało na pytanie, które nosiłam od chwili, gdy zobaczyłam ich podpisy razem. Dlaczego ojciec niemal nigdy nie wspominał Andrzeja, skoro dokumenty pokazywały lata współpracy.

Nie dlatego, że ta współpraca nie istniała.

Dlatego, że później coś się między nimi skończyło.

- Wiesz, czy to była kłótnia właśnie o katalog? - zapytałam.

- Tak. Tyle pamiętam. Piotr mówił, że "nie wszystko można wpisać pod jednego człowieka tylko dlatego, że tak jest wygodniej". To zdanie pamiętam, bo mama była wtedy w pokoju. Bardzo się zdenerwowała.

Przestałam oddychać na moment.

- Hanna to słyszała?

- Tak.

- Co powiedziała?

Joanna pokręciła głową.

- Nic przy mnie. Wstała i wyszła.

Nie mogłam z tego zrobić wniosku. Zdanie ojca mogło dotyczyć dziesiątek rzeczy w katalogu. Kolekcji, fotografii, pracowni, autorów dokumentów.

163

Ale wiedziałam już, że katalog z 2001 roku nie powstał w atmosferze pełnej zgody.

- Mogę wpisać twoje wspomnienie do notatek jako relację ustną?

- Jeśli napiszesz, że nie pamiętam kontekstu.

- Napiszę.

Matka westchnęła.

- Zaczynam rozumieć, dlaczego tak długo robisz te raporty.

Po raz pierwszy od początku badań powiedziała to bez pretensji.

Po piętnastej wyszłam od niej z pudełkiem mikrokaset i kopią zdjęć stykowych. Nie jechałam do muzeum. W niedzielę nie chciałam otwierać pracowni tylko dlatego, że znalazłam coś interesującego. Materiały mogły poczekać do poniedziałku.

Aleksander napisał, kiedy byłam w tramwaju.

"Jak poszło?"

Odpisałam: "Mam dwie rzeczy, które powinieneś jutro zobaczyć. I jedno pytanie, na które chcę odpowiedzi dzisiaj, jeśli możesz."

Po chwili zadzwonił.

- Jestem u siebie - powiedział. - Przyjedziesz?

Pół godziny później siedziałam przy tym samym stole, przy którym kilka dni wcześniej kroiliśmy warzywa. Tym razem nie było kolacji. Aleksander postawił przede mną herbatę i czekał.

Wyjęłam telefon, pokazałam mu stykówki i wyjaśniłam, co pamięta Joanna o małym pokoju.

- W katalogu jest późniejszy opis - powiedział.

164

- Wiem.

- Mam starszy plan pracowni w dokumentach ojca. Z osiemdziesiątego siódmego. Ten pokój jest oznaczony osobno.

- Jak?

Aleksander wstał, przyniósł laptop i otworzył skan.

Na planie obok dużej sali widniało niewielkie pomieszczenie opisane odręcznie: "pokój H."

Patrzyłam na te dwa słowa.

- Twój ojciec miał to w dokumentacji.

- Tak.

- Czyli wiedział, że w osiemdziesiątym siódmym nie był to po prostu magazyn.

- Na to wygląda.

- Dlaczego tego wcześniej nie pokazałeś?

- Bo plan był w teczce lokalowej. Dopiero wczoraj przeglądałem ją u matki. Nie łączyłem go wcześniej ze szkicownikiem ani zdjęciem.

- Wierzysz, że to jest "pokój Hanny"?

- Tak bym to interpretował, ale chcę sprawdzić, kto zrobił adnotację.

To nie było wymijanie. Dawał mi konkretną odpowiedź i konkretną granicę jej pewności.

Wyjęłam notes.

- A teraz ojcowie.

Aleksander usiadł z powrotem.

- Co dokładnie?

165

- Mój ojciec prawie nigdy nie mówił o Andrzeju. Wiedzieliśmy, że współpracowali. Teraz wiem, że po śmierci dziadka pracowali razem przez lata. Mama pamięta, że przy katalogu z 2001 roku pokłócili się i później ich kontakt osłabł. Wiesz, o co?

Aleksander nie odwrócił wzroku.

- Tak.

Czekałam.

- Wczoraj znalazłem dwa listy z 2002 roku. Nie są o autorstwie obrazów. Chodzi o kontrolę nad archiwum rodzinnym.

- Co to znaczy?

- Mój ojciec chciał, żeby część materiałów po Julianie trafiła do fundacji, którą współtworzył. Uważał, że prywatne archiwum Orłowskich jest zbyt chaotyczne i że każda kolejna wystawa będzie od nowa produkowała błędy. Piotr odmówił. Napisał, że Andrzej przekracza rolę konsultanta i zaczyna traktować cudzą historię jak własny zasób.

- I to zakończyło ich współpracę?

- Nie całkowicie. Ale po tych listach korespondencja robi się rzadsza i formalna. Nie widzę już prywatnych spotkań ani wspólnych planów wystaw.

- Dlaczego wcześniej mówiłeś tylko, że kontakt trwał do końca lat dziewięćdziesiątych i później?

- Bo wtedy miałem tylko daty listów i nie wiedziałem jeszcze, gdzie nastąpiło pęknięcie. Nie chciałem wymyślać przyczyny.

Poczułam, że napięcie, które nosiłam od kilku dni, odrobinę ustępuje.

166

Nie ukrywał przede mną tej odpowiedzi. Po prostu wcześniej jej nie miał.

- Mogę zobaczyć te listy?

- Tak. Jutro zrobię kopie całości, nie wybrane fragmenty.

- Dziękuję.

Spojrzał na mnie uważnie.

- Za dokumenty?

- Za odpowiedź. Od kilku dni miałam wrażenie, że jeśli pytam o naszych ojców, zawsze trafiam na kolejne drzwi. Tym razem zapytałam o jedną rzecz i dostałam jedną odpowiedź.

- Bo tym razem ją miałem.

- Wiem.

Wyciągnęłam rękę i położyłam palce na jego nadgarstku. Nie był to gest pocieszenia. Raczej potwierdzenie, że widzę różnicę między ostrożnością a unikaniem. Aleksander odwrócił dłoń i na chwilę zamknął moje palce w swoich, po czym puścił je pierwszy, kiedy wróciłam wzrokiem do dokumentów.

To rozwiązywało mniejszą rzecz. Nie musiałam już zakładać, że ojciec przez całe moje dzieciństwo świadomie przemilczał bliską przyjaźń. Współpraca była realna, potem nastąpił realny konflikt.

Ale zdanie, które Joanna zapamiętała z czasu katalogu, nadal siedziało mi w głowie.

- "Nie wszystko można wpisać pod jednego człowieka tylko dlatego, że tak jest wygodniej" - powtórzyłam.

Aleksander znieruchomiał.

- Piotr tak powiedział?

167

- Według mamy. Nie zna kontekstu.

Przez chwilę nie mówił nic.

- Znasz coś, co nadaje temu kontekst? - zapytałam.

- Znam kilka dokumentów, które mogą. Ale nie jeden, który pozwalałby odpowiedzieć uczciwie w tej chwili.

Poczułam ukłucie rozczarowania, ale tym razem nie było w nim tego samego gniewu.

Właśnie przed chwilą odpowiedział mi konkretnie na pytanie, na które mógł odpowiedzieć.

To drugie nadal pozostawało otwarte.

- Dobrze - powiedziałam. - W takim razie zostawmy je otwarte.

Aleksander patrzył na mnie chwilę, jakby to zdanie coś dla niego znaczyło.

Położyłam na stole pudełko z kasetami.

- Jest jeszcze to.

Wyjaśniłam ich pochodzenie, zgodę Joanny i plan digitalizacji.

Nie sięgnął po pudełko.

- To powinno zostać poza dokumentacją projektu, dopóki ich nie odsłuchacie.

- Też tak uważam.

- Mogę znaleźć laboratorium, które zrobi kopie bez przetwarzania dźwięku i podpisze protokół poufności.

- Znajdź. Ale właścicielem i zleceniodawcą będzie Joanna.

- Jasne.

Patrzyłam na kasety między nami.

168

Osiem małych przedmiotów, w których mógł znajdować się tylko głos babci opowiadającej o szkole, pogodzie i pierwszym mieszkaniu.

Albo rzeczy, o które nikt w rodzinie później nie chciał już zapytać.

Nie potrzebowałam tej odpowiedzi w niedzielny wieczór.

Potrzebowałam pewności, że kiedy już ją usłyszymy, będziemy wiedzieli, skąd przyszła i kto miał prawo zdecydować, co z nią zrobić.

Aleksander zamknął laptop.

- Zostaniesz na kolację?

Spojrzałam na zegarek.

- Jeśli tym razem masz coś w lodówce.

- Mam.

- Sprawdzałeś datę czy zapach?

- Oba.

Skinęłam głową.

- W takim razie zostanę.

Pudełko z kasetami odłożyłam na półkę przy swojej torbie.

Nie między jego dokumenty.

169

Rozdział 12. Pod obrazem

Do wtorku obraz zdążył przestać być dla mnie przedmiotem, na który patrzyłam tylko wtedy, kiedy chciałam czegoś się dowiedzieć.

Stał na stanowisku każdego ranka, kiedy wchodziłam do pracowni. Mijałam go z kawą, sprawdzałam parametry w sali, odpowiadałam na wiadomości i wracałam do niego dopiero wtedy, gdy mieliśmy zaplanowane kolejne badanie. Przez kilka dni nie wydarzyło się nic, co zmieniałoby główny kierunek. Borecka nanosiła uwagi do raportu, Marta przygotowywała dokumentację papierów Hanny, a Aleksander kończył porządkowanie kopii korespondencji z przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych.

Mikrokasety leżały już bezpiecznie poza muzeum. Joanna podpisała zlecenie digitalizacji jako właścicielka materiału i dostała potwierdzenie przyjęcia wszystkich ośmiu sztuk. Ustaliliśmy, że pierwszych kopii nie odsłucham sama. Miały wrócić najpierw do niej, a potem miałyśmy usiąść razem. Sama świadomość, że głos babci istnieje gdzieś w zamkniętych plikach, działała na mnie mocniej, niż chciałam przyznać, ale nie pozwalałam sobie myśleć o nim jak o odpowiedzi.

We wtorek rano przyjechał technik z pracowni badań obrazowych. Borecka poprosiła o celowaną reflektografię podczerwieni w wyższej rozdzielczości dla trzech partii obrazu. Nie chodziło o powtarzanie wcześniejszego badania. Tamto miało dać nam ogólny obraz kompozycji pod warstwą malarską i ujawniło kilka zmian. Teraz mieliśmy skanować mniejsze fragmenty osobno, z innym detektorem, przy większym powiększeniu, a później złożyć obrazy w mozaikę.

170

Jednym z obszarów było okno.

Nie dlatego, że znajdowało się w szkicowniku Hanny. Wpisaliśmy je do badania ze względu na nieregularność linii podmalówki i rozbieżność w sposobie prowadzenia farby przy lewym ościeżu. Dopiero po ustaleniu obszarów technik dostał od nas informacje o materiale archiwalnym.

Pilnowałam tej kolejności z uporem, który nawet mnie zaczynał męczyć.

- Jeśli jeszcze raz sprawdzisz listę obszarów, wydruk się od tego nie zmieni - powiedziała Marta.

- Nie sprawdzam listy.

- Patrzysz na nią od dwóch minut.

Odłożyłam kartkę.

Aleksander stał kilka metrów dalej i rozmawiał z technikiem. W ostatnich dniach widywaliśmy się mniej poza pracą. Nie dlatego, że coś się między nami cofnęło. On spędził poniedziałkowy wieczór u Magdaleny, ja pojechałam do własnej pracowni i zostałam tam prawie do nocy. W środę miałam dostać informację, czy mój wniosek dotyczący większego lokalu przechodzi do kolejnego etapu.

Nasza bliskość nie zniknęła, ale przestała potrzebować codziennego potwierdzania.

Tuż przed rozpoczęciem skanowania dostałam wiadomość z programu finansowania pracowni.

Przez moment nie chciałam jej otwierać. Przez ostatni tydzień sprawa większego lokalu istniała obok muzeum jak drugie życie, do którego zaglądałam głównie wieczorami. Kliknęłam dopiero wtedy, gdy technik ustawiał sprzęt.

Mój wniosek przeszedł do drugiego etapu.

171

Nie oznaczało to pieniędzy. Musiałam jeszcze przedstawić aktualny kosztorys, harmonogram wyposażenia i potwierdzenie od właściciela lokalu, że podtrzymuje ofertę. Termin wynosił siedem dni.

Przeczytałam mail trzy razy.

- Dobra wiadomość? - zapytała Marta.

Podałam jej telefon.

Objęła mnie jednym ramieniem, uważając na kubek z kawą.

- Wiedziałam.

- Niczego jeszcze nie dostałam.

- Wiem. Ale dzisiaj przez pięć minut możesz zachowywać się, jakby to było coś dobrego.

Aleksander nie podszedł od razu. Kiedy Marta wróciła do stanowiska, spojrzał na mnie pytająco.

- Drugi etap - powiedziałam.

Na jego twarzy pojawiła się wyraźna radość.

- To dużo.

- To dużo papierów.

- Poradzisz sobie z papierami.

- Mówi człowiek od dokumentów.

- Jeśli chcesz, mogę wieczorem przeczytać kosztorys. Nie zmieniać. Tylko sprawdzić, czy wszystko jest zrozumiałe dla kogoś spoza twojej pracowni.

Pomyślałam o tym przez chwilę.

- Chcę. Ale jutro.

- Jutro.

Nie pocałował mnie ani nawet nie dotknął. W pracowni byli ludzie, sprzęt i obraz. Mimo to przez kilka sekund dobra

172

wiadomość należała także do niego, bo wiedział, ile dla mnie znaczyła.

Kiedy rano podał mi kubek kawy, jego palce dotknęły moich na sekundę. Potem oboje wróciliśmy do swoich rzeczy.

Badanie trwało dłużej, niż przewidywaliśmy. Każdy fragment trzeba było ustawić osobno, kontrolować ostrość i później sprawdzić, czy kolejne pola zachodzą na siebie wystarczająco, żeby można je było połączyć. Nie było w tym nic efektownego. Przez większość czasu patrzyliśmy na monitor, na którym pojawiały się czarno-szare prostokąty.

Pierwszy obszar nie przyniósł niczego nowego.

Drugi potwierdził wcześniejszą korektę krawędzi parapetu.

Przy trzecim technik przestał przesuwać obraz na ekranie.

- Poczekajcie - powiedział.

Podeszłam bliżej.

Na monitorze widniał fragment dolnej części okna. Wcześniejsze badanie pokazywało tam jedną ciemniejszą linię, którą interpretowaliśmy jako pierwotną pozycję wewnętrznej krawędzi ramy. Nowy skan rozdzielał ją na dwa osobne ślady.

Pierwsza linia była cienka i zdecydowana.

Druga przebiegała kilka milimetrów obok, miejscami nakładając się na pierwszą. Nie wyglądała jak zwykła korekta wykonana po rozpoczęciu malowania. Obie należały do etapu rysunkowego.

- Możesz powiększyć środek? - zapytałam.

Technik zrobił to.

Przy skrzyżowaniu linii zobaczyłam krótki poprzeczny znak, a niżej łuk. Nie był ozdobą. Wyglądał jak szybkie

173

zaznaczenie punktu, od którego miała zostać przesunięta dolna krawędź.

Marta stanęła obok mnie.

- Kojarzę to - powiedziała cicho.

Nie odpowiedziałam.

Ja też.

Otworzyłyśmy cyfrową dokumentację szkicownika. Nie stronę z gotowym wariantem kompozycji, który znaliśmy od kilku dni. Dwie strony wcześniej znajdował się roboczy szkic tego samego motywu. Dotąd traktowałam go jako jeden z etapów dochodzenia Hanny do późniejszego układu okna.

Na tym szkicu pierwsza linia ościeża biegła dokładnie w miejscu odpowiadającym pierwszemu śladowi pod warstwą malarską. Potem Hanna przesunęła ją w bok. Przy punkcie zmiany postawiła krótki poprzeczny znak.

Niżej narysowała łuk po niskiej misie, którą w późniejszym szkicu usunęła.

W podrysowaniu obrazu łuk również istniał.

Przez kilka sekund nikt się nie odzywał.

- Potrzebuję zestawienia jeden do jednego - powiedziałam.

Marta już otwierała właściwe pliki.

Aleksander podszedł bliżej, ale zatrzymał się z boku monitora.

- Najpierw opis - przypomniałam.

- Wiem.

Wzięłam kartkę.

174

Zapisałam położenie obu linii, ich relację, poprzeczny znak i łuk. Bez słowa "Hanna". Bez słowa "zgodność". Marta osobno opisała elementy szkicu.

Dopiero potem technik nałożył na siebie fotografie, skalując je według stałych punktów kompozycji.

Nie pasowały idealnie.

Papier i płótno miały inne proporcje. Szkic był mniejszy, wykonany swobodnie. Ale kolejność decyzji była ta sama: pierwotna pozycja ramy, przesunięcie, znak kontrolny, zarys misy i późniejsze usunięcie.

Nie chodziło już tylko o to, że dwie kompozycje wyglądały podobnie.

Pod farbą zachował się przebieg pracy odpowiadający przebiegowi widocznemu w szkicowniku Hanny.

Usiadłam.

W pracowni było nagle za cicho.

- Powiedz mi, że widzę za dużo - zwróciłam się do Boreckiej.

Katarzyna nie odpowiedziała od razu. Podeszła do monitora, potem do fotografii szkicownika. Poprosiła technika o cofnięcie skanu i zmianę kontrastu.

- Nie powiem ci tego - powiedziała w końcu.

- Czyli?

- Czyli to jest jakościowo inna informacja niż ogólne podobieństwo kompozycji. Masz sekwencję korekt. Jeśli rzeczywiście oba zapisy są pierwotne i jeśli wykluczymy, że szkic powstał jako kopia z obrazu, trzeba będzie potraktować go jako poważne źródło dla procesu powstawania kompozycji.

175

- Szkic jest z lat siedemdziesiątych - powiedziała Marta.

- Wiem. Chcę mieć datowanie i ciągłość zeszytu opisane przez kogoś od papieru, nie tylko przez nas.

- Zrobię pełną kartę - odpowiedziała Marta.

Borecka spojrzała na mnie.

- I to nie jest jeszcze odpowiedź na pytanie, kto trzymał pędzel przy całym obrazie.

- Wiem.

- Ale przestaje być wiarygodna wersja, że udział Hanny ograniczał się wyłącznie do przypadkowego podobieństwa motywu.

Poczułam, jak słowo "udział" osiada we mnie ciężej niż wszystkie wcześniejsze obserwacje.

Nie protestowałam.

Nie potrafiłam.

Tadeusz pojawił się po południu, kiedy mieliśmy już przygotowane pierwsze zestawienie. Przeczytał opis, potem przez dłuższą chwilę oglądał obrazy na monitorze.

- Co to zmienia formalnie? - zapytał.

Borecka odpowiedziała przede mną.

- Zakres pytań. Do tej pory badaliśmy odstępstwa technologiczne. Teraz mamy podstawę, żeby formalnie zweryfikować udział Hanny Orłowskiej w procesie powstania tego konkretnego obrazu.

Tadeusz spojrzał na mnie.

- Jesteś tego samego zdania?

To pytanie zabolało swoją prostotą.

176

Mogłam powiedzieć, że chcę jeszcze dzień. Kolejne porównanie. Drugiego eksperta. Wszystkie te rzeczy i tak były potrzebne.

Ale nie zmieniały tego, co widziałam.

- Tak - odpowiedziałam. - Chcę, żeby muzeum uruchomiło formalną weryfikację autorstwa i udziału warsztatowego przy "Świetle po deszczu".

Tadeusz usiadł.

- Wiesz, co to zrobi z wystawą.

- Wiem.

- Katalog jest prawie zamknięty.

- Wiem.

- Jeżeli formalnie otworzymy atrybucję, nie możemy później udawać, że nic się nie stało, nawet jeśli końcowy wynik pozostawi Juliana jako jedynego autora.

- Wiem.

Patrzył na mnie, jakby chciał znaleźć w mojej twarzy coś, czego sama w sobie nie umiałam znaleźć.

- Dobrze - powiedział. - Przygotuję wniosek do komisji.

Kiedy Tadeusz wyszedł, zostałam jeszcze chwilę przy stole. Dopiero wtedy zauważyłam, że od rana wypiłam jedną kawę i zjadłam pół kanapki. Aleksander postawił obok mnie butelkę wody.

- Nie mów, że powinnam coś zjeść.

- Nie miałem zamiaru.

Odkręciłam butelkę.

- Kłamiesz.

- Trochę.

177

Nie usiadł obok ani nie próbował mnie dotknąć przy Marcie i Boreckiej. Zabrał tylko z blatu puste kubki i odłożył je na zaplecze. Ten rodzaj troski był łatwy do przeoczenia, bo nie wymagał ode mnie żadnej reakcji.

Kiedy wrócił, spojrzałam na niego i skinęłam lekko głową.

Wystarczyło. I na tamtą chwilę naprawdę było wystarczające.

Nie poczułam triumfu.

Najbardziej chciałam zadzwonić do matki i powiedzieć, że przepraszam. Nie wiedziałam nawet za co. Za to, że znalazłam szkicownik. Za to, że poprosiłam ją o zgodę. Za to, że rzecz, którą przez lata trzymała w pudle, właśnie zaczynała wpływać na sposób, w jaki muzeum opowie historię jej rodziców.

Zamiast dzwonić, wyszłam na pusty korytarz.

Aleksander znalazł mnie przy oknie.

Nie podszedł od razu. Stanął obok, zostawiając między nami pół metra.

- Tadeusz wysłał wniosek? - zapytał.

- Przygotowuje.

- Dobrze.

Spojrzałam na niego.

- Naprawdę?

- Dobrze, że proces jest formalny. Nie mówię, że dobrze, że to znaleźliśmy.

Oparłam czoło o chłodną szybę.

- Przez kilka lat odmawiałam ludziom, którzy chcieli, żebym konserwowała prace dziadka. Potem uznałam, że to absurd, bo jeśli mam kompetencje, pokrewieństwo nie powinno mnie

178

automatycznie wykluczać. I oczywiście pierwszy naprawdę duży obraz z tej grupy...

Nie skończyłam.

Aleksander nie dopowiedział za mnie.

- Mama będzie uważała, że sama to uruchomiłam.

- Uruchomiłaś.

Odwróciłam głowę.

- To miało mnie pocieszyć?

- Nie.

Jego głos był spokojny.

- Chcę tylko, żebyś nie mówiła o tym tak, jakby badanie samo złożyło wniosek do komisji. To ty go złożyłaś, bo uznałaś, że materiał tego wymaga.

- Właśnie dlatego jest gorzej.

- Może.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie.

- Ale jeśli za pół roku ktoś zapyta, kto zdecydował, żeby nie zatrzymać tego na poziomie niewygodnej notatki, odpowiedź też będzie miała twoje nazwisko.

Tym razem nie odebrałam go jak ciężaru.

Nie do końca.

Usiadłam na parapecie.

- Od początku brałeś pod uwagę Hannę, prawda?

Jego twarz nie zmieniła się od razu.

- Tak.

Serce zabiło mi szybciej.

- Jak wcześnie?

179

- Zanim zobaczyłem szkicownik.

- Zanim mnie poznałeś?

Zawahał się.

- Tak.

Przez kilka sekund patrzyłam na niego w ciszy.

To nie była pełna odpowiedź, której się bałam od dawna. Ale była nowa.

- Dlaczego?

Aleksander oparł dłonie o parapet.

- W dokumentach ojca są wzmianki o Hannie przy późnych pracach Juliana. Nie takie, które wystarczałyby do zmiany atrybucji. Czasem jedno zdanie w liście, czasem dopisek przy terminie, czasem informacja, że "H. pracuje przy płótnie". Mogło to oznaczać wszystko od przygotowania materiałów po techniczną pomoc.

- Widziałeś je przed wejściem do projektu.

- Tak.

- Dlatego tak interesowały cię jej prace.

- Tak.

Nie uciekał w półzdania.

To powinno mnie uspokoić.

Nie uspokajało.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi tego pierwszego dnia?

- Bo wtedy miałem kilka niejednoznacznych zapisów i własne podejrzenie. Wiedziałem też, kim jesteś. Gdybym przyszedł i powiedział ci, że podejrzewam udział twojej babci na podstawie dokumentów mojego ojca, zanim zobaczyliśmy

180

cokolwiek na obrazie, narzuciłbym ci hipotezę dokładnie tak, jak od początku nie chciałaś.

- A później?

- Później znaleźliśmy szkicownik i materiał zaczął się zmieniać.

- Mogłeś powiedzieć wtedy.

- Mogłem.

To jedno słowo zatrzymało mnie.

Nie "nie powinienem". Nie "nie dało się". Mogłem.

- Dlaczego nie powiedziałeś?

Aleksander spojrzał przez okno.

- Bo im bliżej było do czegoś, co mogło się potwierdzić, tym bardziej chciałem mieć pewność, zanim obciążę cię tym, co wiedziałem wcześniej.

Przypomniałam sobie własne słowa z pracowni. Kiedy coś przestanie być tylko obawą, nie decyduj za mnie, kiedy mam to usłyszeć.

- Czyli znowu wybrałeś moment.

- Tak.

Nie bronił się.

Gniew, który powinien przyjść, pojawił się tylko częściowo. Obok niego było coś trudniejszego: rozumiałam jego logikę.

Nie zgadzałam się z nią.

- To jeszcze nie jest moment, w którym ci mówię, że to było w porządku - powiedziałam.

- Nie oczekuję tego.

- Ale doceniam, że tym razem odpowiadasz.

- Powinienem był wcześniej.

181

Spojrzałam na jego profil.

- Jest jeszcze coś w tych dokumentach, czego nie powiedziałeś, a co dotyczy bezpośrednio Hanny i tego obrazu?

To pytanie zawisło między nami.

Aleksander odwrócił się do mnie.

- Jest materiał, który dotyczy relacji Hanny z późną pracownią Juliana i decyzji mojego ojca. Nie mam jednego dokumentu, który uczciwie pozwala mi powiedzieć ci: "tak powstało to konkretne płótno". Jeśli pytasz, czy mam coś, co dziś powinno wejść do formalnego raportu o tym obrazie, odpowiedź brzmi: nie.

To była odpowiedź precyzyjna.

Może zbyt precyzyjna.

Zapamiętałam ją.

- Dobrze - powiedziałam.

Nie powiedziałam, że mu wierzę. Nie powiedziałam też, że nie.

Wróciliśmy razem do pracowni.

Marta przygotowała już powiększone wydruki podrysowania i szkicu. Borecka dopisywała uwagi do formularza. Tadeusz rozmawiał przez telefon z dyrekcją.

Na stole leżały dwa obrazy tej samej decyzji podjętej wiele lat od siebie: cienkie linie grafitu na papierze Hanny i ukryty pod farbą ślad na płótnie przypisywanym Julianowi.

Po siedemnastej dostałam wiadomość od matki. Nie dzwoniłam wcześniej, ale Tadeusz zgodnie z ustaleniem poinformował dyrekcję, a dział prawny skontaktował się z rodziną jako właścicielem części materiałów.

182

"Muzeum chce formalnie sprawdzać autorstwo. To przez szkicownik?"

Patrzyłam na ekran długo.

Potem zadzwoniłam.

Joanna odebrała po trzecim sygnale.

- Tak? - powiedziała chłodno.

- Tak, szkicownik jest częścią powodu. Ale nie jedyną.

- Co znaleźliście?

Opowiedziałam jej o podrysowaniu. Nie o wyniku, tylko o tym, co konkretnie zobaczyliśmy: dwie wersje linii, znak korekty, usunięty element i odpowiadającą im kolejność w szkicu Hanny.

Matka długo milczała.

- Czy to znaczy, że mama namalowała obraz?

- Nie. To znaczy, że jej sposób dojścia do kompozycji jest obecny pod warstwą malarską. Musimy sprawdzić, jak i dlaczego.

- I dlatego otwieracie autorstwo.

- Tak.

- Ty o to poprosiłaś?

Mogłam powiedzieć, że Borecka się zgodziła. Że Tadeusz podjął decyzję. Że procedura wymagała.

- Tak - odpowiedziałam. - Ja powiedziałam, że powinniśmy to zrobić.

Po drugiej stronie usłyszałam oddech.

- Dobrze.

Nie spodziewałam się tego słowa.

- Dobrze?

183

- Nie podoba mi się to. Ale wolę wiedzieć, że to ty powiedziałaś mi wprost.

Usiadłam przy pustym stole.

- Mamo...

- Nie. Nie rozmawiajmy teraz dłużej. Muszę to poukładać.

- Dobrze.

- I szkicownik zostaje zgodnie z umową. Nie wycofuję zgody.

Zamknęłam oczy.

- Dziękuję.

- Tylko zadzwoń jutro.

- Zadzwonię.

Po rozmowie Aleksander nie pytał o szczegóły. Stał przy stanowisku, porządkując materiały technika.

Podeszłam.

- Mama nie wycofuje szkicownika.

- To dobrze.

- Powiedziałam jej, że to ja poprosiłam o formalną weryfikację.

Spojrzał na mnie.

- I?

- Nie wiem jeszcze.

Skinął głową.

Na monitorze nadal widniał powiększony fragment podrysowania.

Cienka linia, przesunięcie, krótki znak i łuk czegoś, czego ostatecznie na obrazie nie było.

184

Patrzyłam na to inaczej niż kilka godzin wcześniej.

Nie jak na odpowiedź.

Jak na granicę, po której przekroczeniu nie można już wrócić do wersji historii tylko dlatego, że wcześniej była prostsza.

185

Rozdział 13. Nowe zasady

Komisja zebrała się trzy dni później, w piątek rano.

Do tego czasu Tadeusz zdążył zamrozić skład katalogu w części dotyczącej "Światła po deszczu", dział prawny przygotował osobny obieg dokumentów, a ja nauczyłam się nie reagować na każde zdanie zawierające słowo "autorstwo" tak, jakby ktoś otwierał drzwi do mojego domu bez pytania.

Minęły prawie trzy tygodnie od chwili, kiedy obraz trafił na stół w pracowni.

W muzeum jesień zdążyła wejść w ten etap, kiedy ludzie przychodzili rano z mokrymi płaszczami, a po siedemnastej korytarze za oknami wyglądały już jak noc. Siedem dni na uzupełnienie mojego wniosku o większą pracownię kurczyło się szybciej, niż chciałam. Zostały trzy. Miałam aktualny kosztorys, potwierdzenie właściciela lokalu i połowę załączników. Nie miałam jeszcze pewności, czy potrafię myśleć o własnej przyszłości w tygodniu, w którym komisja miała zdecydować, jak mówić o przeszłości mojej rodziny.

Aleksander przysłał mi poprzedniego wieczoru sprawdzony kosztorys. Zgodnie z obietnicą nie poprawił ani jednej liczby. W komentarzach zaznaczył tylko dwa miejsca, w których osoba spoza konserwacji mogła nie rozumieć, za co właściwie płacę.

Odpisałam jednym zdaniem: "Dziękuję, poprawię opis."

Nie zaprosiłam go do siebie. On nie zapytał.

Od rozmowy przy oknie po badaniu podrysowania widywaliśmy się codziennie, czasem przez osiem godzin. Nie wróciliśmy jednak do wieczorów w jego mieszkaniu ani do pocałunków przy wyjściu z muzeum. Nie była to kara, którą ogłosiłam. Po prostu nie potrafiłam być z nim prywatnie tak

186

samo jak wcześniej, wiedząc, że od początku projektu nosił w sobie podejrzenie dotyczące Hanny i świadomie czekał z powiedzeniem mi o nim.

W pracy nadal mu ufałam wystarczająco, żeby używać jego dokumentów.

Poza pracą nie wiedziałam jeszcze, ile tej samej pewności zostało.

Komisja spotkała się w sali, której zwykle używano do posiedzeń rady programowej. Była większa niż potrzeba, z długim stołem, przy którym każdy wyglądał trochę jak reprezentant własnego interesu. Oprócz Tadeusza, Boreckiej, Aleksandra i mnie przyszła Elżbieta Wolska, prawniczka muzeum, historyczka sztuki specjalizująca się w malarstwie drugiej połowy XX wieku oraz przedstawicielka działu zbiorów.

Marta miała zostać wezwana do części dotyczącej papieru i szkicownika.

Na stole przed każdym z nas leżał ten sam pakiet dokumentów.

To było nowe. Żadnych prywatnych kopert, żadnych roboczych materiałów otwieranych dopiero wtedy, gdy ktoś uzna je za potrzebne. Komisja przyjęła zasadę, że wszystko, co ma wpływać na formalną atrybucję, musi mieć wskazane źródło, datę włączenia i osobę, która materiał wprowadziła.

Aleksander zgodził się na to bez zastrzeżeń.

Siedział dwa miejsca ode mnie.

- Zacznijmy od tego, czego nie ustalamy - powiedziała Wolska. - Nie prowadzimy postępowania dotyczącego przestępstwa, nie rozstrzygamy obecnie intencji żadnej z osób i nie używamy terminu "fałszerstwo", dopóki nie pojawi

187

się dowód świadomego stworzenia dzieła w celu wprowadzenia odbiorcy w błąd.

Prawniczka skinęła głową.

- To ważne również w komunikacji wewnętrznej. Sam fakt, że dzieło mogło powstać przy udziale więcej niż jednej osoby albo zostać później błędnie opisane, nie czyni nikogo fałszerzem.

Pomyślałam o matce.

Poprzedniego wieczoru powiedziała mi przez telefon dokładnie to, czego się obawiała.

"Za chwilę ktoś napisze, że twoja babcia fałszowała obrazy własnego męża."

Nie wystarczyło jej, że zapewniłam, iż nikt w zespole tak nie uważa. Plotka nie potrzebowała komisji ani definicji. Potrzebowała jednego prostego słowa.

- Chcę, żeby to znalazło się w protokole jako zasada językowa - powiedziałam.

Wolska spojrzała na mnie.

- Znajdzie się.

- Nie tylko dla komunikacji z mediami. Dla całej dokumentacji roboczej. "Udział", "współautorstwo", "praca warsztatowa", "zmiana atrybucji". Każde z tych słów znaczy coś innego. Nie chcę, żeby ktoś zaczął używać ich zamiennie.

Historyczka sztuki, doktor Irena Maj, podniosła długopis.

- Zgadzam się. I dodałabym jeszcze rozdzielenie autorstwa kompozycji od wykonania warstwy malarskiej. Szkic może wskazywać genezę rozwiązania, ale nie mówi automatycznie, kto przeniósł je na płótno.

- Dokładnie - odpowiedziałam.

188

Tadeusz oparł dłonie o stół.

- Czyli jakie pytania formalnie otwieramy?

Maj spojrzała na przygotowane notatki.

- Trzy. Po pierwsze, jaki był udział Hanny Orłowskiej w opracowaniu kompozycji "Światła po deszczu". Po drugie, czy istnieją techniczne podstawy do uznania, że wykonywała część warstwy malarskiej. Po trzecie, kiedy i przez kogo później ukształtowała się dokumentacja wskazująca Juliana jako jedynego autora.

Aleksander odezwał się dopiero wtedy.

- Dodałbym czwarte. Co wiedziały osoby przygotowujące dokumentację w poszczególnych momentach. Nie możemy traktować błędnego podpisu z 2001 roku tak samo jak karty sporządzonej w chwili powstawania dzieła.

Spojrzałam w jego stronę.

Właśnie tutaj jego wiedza była niezbędna.

I właśnie tutaj drażniła mnie bardziej niż wcześniej.

- Pod warunkiem, że do każdego wniosku o wiedzy konkretnej osoby dołączamy źródło - powiedziałam.

Aleksander przyjął to bez zmiany wyrazu twarzy.

- Tak.

Nie musiałam mówić, skąd to zastrzeżenie.

On wiedział.

Wolska przewróciła stronę protokołu.

- Jest jeszcze kwestia głosowania końcowego. Nina będzie dostarczać dokumentację techniczną i brać udział we wszystkich posiedzeniach, ale przy ostatecznej rekomendacji atrybucyjnej nie będzie głosować.

189

Wiedziałam, że to logiczne. Mimo to poczułam opór.

- Czyli mogę wykonać badania, odpowiedzieć za ich jakość i bronić każdego wniosku, ale nie będę współdecydowała o końcowym zapisie?

- Będziesz miała prawo złożyć własne stanowisko do protokołu - odpowiedziała Wolska. - Chodzi o to, żeby wynik nie mógł zostać podważony tylko dlatego, że jesteś wnuczką Juliana i Hanny.

Przez chwilę chciałam zaprotestować. Potem pomyślałam o właścicielu obrazu, o usuniętym wystąpieniu prasowym i o tym, jak łatwo każdą moją decyzję można było opowiedzieć jako rodzinną.

- Dobrze - powiedziałam. - Pod warunkiem, że moje stanowisko zostanie dołączone w całości, jeśli będzie różne od rekomendacji komisji.

- Zostanie.

Aleksander nie odezwał się ani razu. Byłam mu za to wdzięczna. To była moja rola i moja zgoda na jej ograniczenie. Nie potrzebowałam, żeby ktoś negocjował ją za mnie.

Komisja przeszła do podrysowania. Borecka przedstawiła sekwencję korekt i wyjaśniła, dlaczego wysokorozdzielcze badanie zmieniło wagę wcześniejszej obserwacji. Marta, wezwana później, omówiła ciągłość szkicownika, brak śladów podmiany strony i datowanie materiału.

Kiedy skończyła, Maj długo oglądała powiększenia.

- Jeśli znajdziemy drugi przypadek takiej zgodności procesu, sytuacja stanie się znacznie mocniejsza - powiedziała.

- Szukamy - odpowiedziałam. - Ale nie będziemy wybierać tylko motywów, które pasują.

190

- Właśnie dlatego chcę, żeby porównanie zrobił jeszcze ktoś, kto nie zna obecnych wyników.

Tadeusz spojrzał na mnie.

- Kolejna osoba?

- Tym razem od analizy rysunku, nie konserwacji - wyjaśniła Maj. - Można przygotować zestaw szkiców Hanny i Juliana z kilku okresów, bez wskazania, które nas interesują. Niech oceni cechy konstrukcji kompozycji.

Pomyślałam o czasie.

O wystawie.

O własnym terminie za trzy dni.

- Zgoda - powiedziałam.

Tadeusz wypuścił powietrze.

- Nie pytam już, ile to potrwa.

- Mądrze - powiedziała Borecka.

Nikt się nie roześmiał.

Po dwóch godzinach komisja ustaliła jeszcze jedną rzecz, która miała dotknąć mnie bezpośrednio. Do czasu formalnego rozstrzygnięcia na wewnętrznych dokumentach obraz nie miał być opisywany wyłącznie nazwiskiem Juliana. Wprowadzono neutralny zapis roboczy: "Światło po deszczu, 1989, dotychczas przypisywane Julianowi Orłowskiemu, atrybucja w weryfikacji".

Słowo "dotychczas" zrobiło ze mną coś, czego nie zrobiły fotografie podrysowania.

To była jedna linijka.

A jednak oficjalna pewność, z którą żyłam całe życie, właśnie przeszła gramatycznie w przeszłość.

191

Po spotkaniu wyszłam na korytarz i od razu zadzwoniłam do matki.

Nie chciałam, żeby dowiedziała się od Ireny, pracownika muzeum albo kogokolwiek, kto uzna robocze sformułowanie za gotowy werdykt.

- Komisja otworzyła formalną weryfikację - powiedziałam. - I ustaliła język.

- Jaki język?

Wyjaśniłam jej.

Najpierw definicje. Potem trzy główne pytania. Na końcu powiedziałam o neutralnym opisie obrazu.

Joanna milczała.

- Czy ktoś powiedział "fałszerstwo"? - zapytała.

- Tak. Żeby zakazać używania tego słowa bez dowodów.

- Naprawdę?

- Tak. Jest to w protokole.

Usłyszałam, jak wypuszcza powietrze.

- Dobrze.

- Mamo, nawet jeśli okaże się, że babcia malowała część obrazu, to nadal nie odpowie automatycznie na pytanie, dlaczego podpisano go tylko nazwiskiem Juliana. Ani kto podjął tę decyzję.

- Wiem.

- I nie pozwolę, żeby dokumentacja udawała, że te rzeczy są tym samym.

Po drugiej stronie znów zapadła cisza.

- Właśnie tego się boję najbardziej - powiedziała. - Że ludzie lubią prostą historię. Biedna żona albo oszustka. Wielki

192

artysta albo złodziej. A oni byli małżeństwem przez trzydzieści lat. Kochali się. Kłócili. Pracowali obok siebie. To nie może się nagle zmieścić w jednym podpisie.

Stałam przy oknie na końcu korytarza.

- Nie zmieścimy ich w jednym.

- Możesz mi to obiecać?

Pytanie było trudniejsze niż prośba o uczciwe badania.

- Mogę obiecać, że nie będę upraszczać materiału, żeby łatwiej było go opowiedzieć. Nie mogę obiecać, jak opowiedzą to inni.

- Wystarczy.

Po rozmowie nie wróciłam od razu do pracowni.

Aleksander stał kilka metrów dalej przy automacie z wodą. Nie wiedziałam, jak długo tam był. Kiedy zobaczył, że skończyłam, nie podszedł.

To ja zrobiłam kilka kroków w jego stronę.

- Mama bała się słowa "fałszerka".

- Rozumiem.

- Komisja dobrze to rozdzieliła.

- Tak.

- Chciałabym móc powiedzieć jej więcej.

Nie odpowiedział.

Poczułam gniew szybciej, niż zdążyłam go zatrzymać.

- I właśnie teraz normalnie zapytałabym ciebie.

- Wiem.

- Tylko że nie wiem, czy dostałabym wszystko, co powinieneś mi powiedzieć.

193

Aleksander odłożył butelkę na parapet.

- To jest konsekwencja mojej decyzji.

Nie próbował jej zmniejszać.

- Tak.

- Nie będę ci mówił, że masz mi ufać.

- Dobrze.

- Mogę ci natomiast pokazać, co dokładnie złożyłem dziś do komisji i co nadal trzymam poza nią.

Spojrzałam na niego.

- Co nadal trzymasz poza nią?

- Prywatne materiały, które nie zostały jeszcze

zweryfikowane albo nie mają bezpośredniego związku z konkretnym pytaniem komisji. Spis jest gotowy.

- Pełny?

- Pełny w zakresie teczek dotyczących Orłowskich, które są w moim posiadaniu. Z numerami, datami, nadawcami i informacją, czy dokument widział ktoś poza mną.

Poczułam, jak napięcie przesuwa się w inne miejsce.

- Dlaczego nie dałeś mi go wcześniej?

- Obiecałem ci spis, a potem zacząłem go robić zbyt szczegółowo. Później pojawiło się podrysowanie i komisja. Powinienem był go skończyć wcześniej.

- Tak.

- Mam go na laptopie. Nie proszę, żebyś czytała go teraz.

Przez chwilę patrzyłam na niego.

- Wyślij mi go dzisiaj. Nie jako prywatną przysługę. Do dokumentacji roboczej, z kopią dla Tadeusza, jeśli nie ma tam treści prywatnej.

194

- Dobrze. Jeśli przy części pozycji sama metryka ujawnia prywatną treść, przygotuję drugi egzemplarz dla ciebie i opiszę, dlaczego nie idzie do muzeum.

- Nie wybieraj za mnie, czego nie chcę widzieć.

- Nie będę. Oznaczę ograniczenie i jego podstawę. Decyzję, czy potrzebujesz dostępu, podejmiesz ty, a jeśli będzie dotyczyła projektu, także komisja.

To było konkretne.

Nie naprawiało poprzednich tygodni. Zmieniało jednak następny dzień.

- Dobrze - powiedziałam.

Aleksander skinął głową.

Przez krótką chwilę staliśmy naprzeciwko siebie. Jeszcze niedawno w takiej ciszy sięgnęłabym po jego rękę.

Nie zrobiłam tego.

On także nie.

Wróciłam do pracowni.

Po południu dostałam mail z pracowni digitalizacyjnej. Wszystkie osiem mikrokaset zostało skopiowanych bez problemu. Pliki miały trafić na dwa zaszyfrowane nośniki, a oryginały wrócić do Joanny w poniedziałek. Zgodnie ze zleceniem nikt nie sporządzał transkrypcji ani streszczenia zawartości.

Zadzwoniłam do matki.

- Możemy ich posłuchać w przyszłym tygodniu, kiedy będziesz gotowa.

- Nie w poniedziałek - powiedziała. - Mam lekarza i nie chcę potem siedzieć cały dzień z głosem mamy w głowie.

- Wtorek?

195

- Wtorek wieczorem.

Wpisałam termin do kalendarza.

To było dziwne. Przez kilka tygodni szukaliśmy Hanny w warstwach farby, podpisach, planach pomieszczeń i cudzych opisach. We wtorek mieliśmy usłyszeć ją samą.

Nie zakładałam, że powie nam to, czego potrzebowaliśmy.

Ale przynajmniej jej głos nie miał zostać dopisany przez nikogo innego.

Przed siedemnastą przypomniałam sobie o kosztorysie.

Zostały trzy dni, a ja nadal musiałam zdobyć nową ofertę na system wentylacji. Zadzwoniłam do wykonawcy. Nie odbierał. Wysłałam wiadomość, potem drugą do właściciela lokalu z prośbą o podpisanie załącznika.

O siedemnastej trzydzieści nadal siedziałam nad tabelą.

Marta wsunęła głowę przez drzwi.

- Zamierzasz dzisiaj wyjść?

- Tak.

- Kiedy?

- Jak będę miała nową wycenę.

- Czyli nie wiesz.

- Dokładnie.

Podeszła i spojrzała na mój ekran.

- Tego nie robi muzeum.

- Wiem.

- Aleksander?

- Co Aleksander?

- Nic. Pytam, czy ci pomaga.

196

- Przeczytał kosztorys.

Marta uniosła brwi.

- Tylko kosztorys?

Spojrzałam na nią.

- Nie zaczynaj.

Spoważniała.

- Dobrze.

Usiadła na brzegu stołu.

- Wszystko między wami w porządku?

Pytanie było proste, a odpowiedź nie.

- Nie.

- Rozstaliście się?

- Nie wiem, czy byliśmy już w miejscu, z którego można się rozstać.

- To brzmi gorzej.

- On wiedział przed projektem, że Hanna mogła być zaangażowana w późne obrazy. Nie powiedział mi.

Marta patrzyła na mnie chwilę.

- Jak dużo wiedział?

- Tego właśnie jeszcze nie wiem.

- A ty nadal z nim pracujesz.

- Bo jest dobry w swojej pracy i jego materiały są potrzebne. To nie znaczy, że prywatnie mam udawać, że nic się nie stało.

- Nie udajesz.

- Nie.

197

Marta nie zaczęła tłumaczyć mi Aleksandra ani mówić, co powinnam zrobić. Zamiast tego wzięła ze stołu kartkę z listą załączników do mojego wniosku.

- Masz potwierdzenie wkładu własnego?

- Mam.

- Umowę przedwstępną?

- Załącznik czeka na podpis właściciela.

- Wentylacja?

- Czekam.

- A zdjęcia lokalu?

Zamarłam.

- Jakie zdjęcia?

Wskazała punkt na liście.

Przeoczyłam go.

- Cholera.

- Masz?

- W telefonie, ale nie w wymaganym formacie.

Marta wzięła mój telefon.

- Wyślij mi folder. Przerobię rozmiary, skoro ty zamierzasz dziś w nocy walczyć z wentylacją.

- Masz własną pracę.

- Mam. I mam też piętnaście minut.

To była pomoc, której potrzebowałam.

Nie wielkie ratowanie. Piętnaście minut.

O dziewiętnastej miałam zdjęcia w odpowiednim formacie i wiadomość od wykonawcy, że ofertę wyśle rano. Właściciel lokalu podpisał załącznik elektronicznie.

198

Zebrałam rzeczy.

Na telefonie czekał mail od Aleksandra.

Temat: "Spis materiałów - archiwum Radeckich / Orłowscy".

Nie otworzyłam go w pracowni.

Zobaczyłam tylko, że do wiadomości dołączono dwa pliki. Pierwszy miał kopię do Tadeusza. Drugi był oznaczony: "Prywatny wykaz metryk - bez treści dokumentów".

Pod spodem Aleksander napisał:

"Nie usunąłem żadnej pozycji ze spisu prywatnego. Przy każdej zaznaczyłem powód ograniczenia dostępu, jeśli istnieje. Jeśli uznasz, że któryś dokument powinien wejść do formalnej weryfikacji, zgłoś go komisji. Nie będę podejmował tej decyzji za ciebie."

Stałam przy szafce z płaszczem w dłoni.

Nie odpisałam od razu.

To nie było przeproszenie.

Nie było też próbą odzyskania bliskości.

Była to zmiana zachowania dokładnie w miejscu, w którym wcześniej zawiódł.

Otworzyłam pierwszy plik dopiero w domu.

Lista miała siedemnaście stron.

Przeczytałam pierwszą.

Potem drugą.

Przy trzeciej zamknęłam komputer.

Nie dlatego, że nie chciałam znać prawdy.

Tego wieczoru musiałam jeszcze skończyć własny wniosek, zadzwonić do matki i położyć się spać przed

199

północą. Dokumenty Aleksandra nie miały prawa po raz kolejny połknąć całego mojego życia tylko dlatego, że wreszcie były dostępne.

Ustawiłam alarm na siódmą.

Na stole położyłam kosztorys nowej pracowni.

Obok niego leżał zamknięty laptop z historią dwóch rodzin.

Wybrałam kosztorys.

200

Rozdział 14. Miejsce dla dwojga

W sobotę o dziewiątej rano siedziałam przy stole w swojej pracowni z trzema otwartymi plikami, dwiema kawami i poczuciem, że jeśli jeszcze raz przeczytam słowo "wentylacja", zacznę go używać jak przekleństwa.

Termin na złożenie uzupełnionego wniosku mijał w poniedziałek. Oferta wykonawcy przyszła przed siódmą rano. Właściciel większego lokalu podpisał ostatni załącznik poprzedniego wieczoru. Zostało mi sprawdzić kosztorys, nazwy plików i zgodność kwot między formularzem a załącznikami.

Mogłam zrobić to w domu, ale chciałam siedzieć właśnie tutaj, w miejscu, z którego zamierzałam odejść.

Mała pracownia wyglądała inaczej, odkąd naprawdę dopuściłam możliwość przeprowadzki. Zauważałam za wąskie przejście między stołami, lampę odsuwaną za każdym razem, kiedy otwierałam wysoką szafę, i pudełka materiałów stojące pod biurkiem, bo nie było dla nich innego miejsca. Wszystko działało. Nic nie było katastrofą. Przez lata wystarczało.

To właśnie czyniło decyzję trudną.

Bezpieczne rzeczy rzadko same zmuszają człowieka, żeby je zostawił.

O jedenastej zadzwoniła Marta.

- Żyjesz?

- Zależy, czy urząd uznaje skany w PDF-ie za formę życia.

- Wysłałaś?

- Jeszcze nie.

201

- Czego brakuje?

- Niczego.

- To czemu nie wysyłasz?

Spojrzałam na przycisk na ekranie.

- Bo jak wyślę, przestanie być planem.

- Nina.

- Wiem.

Marta zamilkła na moment.

- Chcesz, żebym przyjechała i nacisnęła za ciebie?

- Nie.

- Dobrze. W takim razie zadzwoń, kiedy zrobisz to sama.

Rozłączyła się.

Przeczytałam jeszcze raz kwotę wkładu własnego. Jeśli dostałabym dofinansowanie, mogłam przeprowadzić się bez zaciągania dużego kredytu. Jeśli nie, nadal istniała możliwość wynajęcia lokalu, ale oznaczałaby kilka miesięcy bardzo ostrożnego życia i przyjęcie większej liczby zleceń niemal od razu.

Nie wiedziałam, którą decyzję podejmę w razie odmowy.

Wiedziałam tylko, że nie chcę odrzucić tej możliwości sama, zanim ktokolwiek zdąży mi odmówić.

Kliknęłam "wyślij".

System przez kilka sekund wyświetlał obracające się kółko. Potem pojawiło się potwierdzenie.

Wniosek złożony.

Zrobiłam zrzut ekranu, zapisałam potwierdzenie i dopiero wtedy zadzwoniłam do Marty.

- Poszło.

202

- I?

- Nic. Ekran nie wybuchł.

- Gratulacje.

- Nie dostałam jeszcze pieniędzy.

- Gratuluję ci wysłania wniosku, nie przyszłego życia.

Oparłam się o krzesło.

- Dziękuję.

Po rozmowie przez kilka minut siedziałam bez ruchu.

Pierwszą osobą, do której chciałam napisać później, był Aleksander.

Nie zrobiłam tego od razu.

Od poprzedniego tygodnia ostrożniej przyglądałam się własnym odruchom wobec niego. To, że brakowało mi jego obecności, nie oznaczało, że zniknęło pytanie o to, jak długo decydował za mnie, co powinnam wiedzieć. To, że zaczął zachowywać się inaczej, nie cofało tamtej decyzji.

Otworzyłam listę materiałów, którą wysłał dzień wcześniej.

Przeczytałam tym razem siedem stron, potem dziesięć. Metryki były precyzyjne: data, nadawca, odbiorca, rodzaj dokumentu, miejsce przechowywania, stan weryfikacji. Przy kilku pozycjach widniała informacja "treść prywatna, możliwy związek pośredni z rodziną Orłowskich, dostęp do uzgodnienia". Przy innych "kopia przekazana komisji".

Nie próbował już sprawić, żebym widziała tylko to, co sam uzna za właściwe.

Mimo to za każdym razem, kiedy trafiałam na pozycję sprzed naszego pierwszego spotkania, przypominałam sobie, że on już wtedy siedział nad tym wszystkim, a ja nie wiedziałam nawet, że powinnam zadawać pytania.

203

Zamknęłam plik.

Dopiero potem napisałam:

"Wniosek wysłany."

Odpowiedź przyszła po chwili.

"Chcesz świętować czy odpocząć?"

Patrzyłam na te dwa słowa.

Nie zapytał, czy przyjadę. Nie zdecydował, czego potrzebuję.

Odpisałam:

"Jedno i drugie. Bez muzeum."

"Kolacja u mnie o 19? Mogę ugotować coś bez bakłażana."

Uśmiechnęłam się.

"Tak."

Przed wyjściem do domu zadzwoniłam jeszcze do Joanny. Oryginały ośmiu mikrokaset wróciły do niej zgodnie z planem, a dwa nośniki z kopiami były nadal zapieczętowane.

- Nie otwierałaś plików? - zapytałam.

- Nie. Umówiłyśmy się na wtorek.

- Dobrze.

- Chciałam raz dotrzymać procedury lepiej niż ty.

W jej głosie było coś lżejszego niż przez ostatnie tygodnie.

- We wtorek przyjadę po pracy.

- Zostań na kolację. Nie chcę słuchać mamy na pusty żołądek.

- Zostanę.

Nie rozmawiałyśmy o komisji. Nie musiałyśmy każdego dnia otwierać tej samej rany, żeby pamiętać, że istnieje.

204

Do Aleksandra przyjechałam kilka minut po dziewiętnastej.

Otworzył mi w ciemnym swetrze, bez koszuli, bez teczki w ręku. Ten prosty brak zawodowego uniformu zrobił na mnie większe wrażenie, niż powinien.

- Cześć - powiedział.

- Cześć.

Przez chwilę staliśmy w drzwiach.

Nie wiedziałam, czy go pocałować.

On nie próbował rozstrzygnąć tego za mnie.

Zdjęłam płaszcz, powiesiłam go na wieszaku i weszłam do salonu.

Na stole stała butelka wody, dwa kieliszki i talerz z pieczywem. Z kuchni pachniało rozmarynem i pieczonymi pomidorami.

- Co robisz? - zapytałam.

- Kurczaka, ziemniaki i warzywa, których nie

kwestionowałaś w sklepie.

- Zapamiętałeś listę dopuszczonych produktów?

- Mam system.

- Nie chcę wiedzieć.

Tym razem żart nie stał się sposobem na uniknięcie czegoś ważniejszego. Po prostu minął.

W kuchni Aleksander podał mi nóż i deskę.

- Pokroisz pietruszkę?

- Mogę.

Pracowaliśmy obok siebie. Nie tak swobodnie jak poprzednim razem. Świadomość jego ciała była wyraźniejsza właśnie dlatego, że przez kilka dni trzymaliśmy prywatny

205

dystans. Kiedy sięgaliśmy jednocześnie po miskę, oboje zatrzymaliśmy dłonie.

Aleksander odsunął swoją.

- Twoja.

- To tylko miska.

- Wiem.

Spojrzałam na niego.

- Nie musisz teraz uważać na każdy ruch.

- Staram się nie zakładać, czego ode mnie chcesz.

Odłożyłam nóż.

- A ja nie chcę, żebyśmy przez cały wieczór zachowywali się jak ludzie na przesłuchaniu.

- Ja też nie.

- Jestem nadal zła.

- Wiem.

- I nadal chciałam tu przyjechać.

Jego twarz nie zmieniła się, ale ramiona lekko mu opadły.

- Te dwie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie.

- Muszą. Inaczej nie byłoby mnie tutaj.

Przez chwilę nic nie mówił.

- Nie będę próbował przyspieszać tej drugiej - powiedział.

- Dobrze.

Wróciłam do pietruszki.

To nie była rozmowa o przebaczeniu. Nie potrzebowałam kolejnego zestawu zapewnień. Potrzebowałam tylko miejsca, w którym gniew nie unieważniał pragnienia bliskości, a bliskość nie była dowodem, że gniew minął.

206

Przy kolacji opowiedziałam mu o wysłanym wniosku.

- Co zrobisz, jeśli nie dostaniesz finansowania? - zapytał.

- Nie wiem.

- Wcześniej mówiłaś, że obecny lokal jest za mały.

- Nadal jest.

- Czyli decyzja nie zależy wyłącznie od programu.

- Nie.

Odłożyłam widelec.

- To chyba najbardziej niewygodna część. Łatwiej byłoby powiedzieć, że jeśli nie dostanę pieniędzy, zostaję. Wtedy ktoś inny podjąłby decyzję.

Aleksander spojrzał na mnie.

- I nie chcesz tego.

- Nie chcę. Tylko nie mam ochoty udawać, że ryzyko nie istnieje.

- Nie musisz.

- Wiesz, że gdybym wynajęła ten lokal bez

dofinansowania, przez kilka miesięcy prawdopodobnie przyjmowałabym zlecenia, których normalnie bym nie brała?

- Tak.

- I mogłabym żałować.

- Tak.

- Jesteś dzisiaj wyjątkowo mało inspirujący.

- Chcesz inspiracji czy prawdziwej odpowiedzi?

- Prawdziwej.

207

- W takim razie widzę, że niezależnie od wyniku programu nie chcesz już wrócić do udawania, że obecna pracownia ci wystarcza.

Oparłam palce o kieliszek.

- Dokładnie to powiedziałeś ostatnio.

- Bo się nie zmieniło.

- Niestety.

Przez chwilę jedliśmy w ciszy.

- A ty? - zapytałam. - Co się nie zmieniło u ciebie?

Aleksander spojrzał w stronę okna.

- To, że nadal mam odruch kończenia wszystkiego samemu, zanim pokażę komuś bałagan.

- Archiwum ojca?

- Nie tylko.

- Czyli?

Zastanawiał się długo.

- Kiedy byłem młodszy, wydawało mi się, że niezależność polega na tym, że nie potrzebujesz od ludzi niczego, czego nie możesz sam sobie zapewnić. Praca bardzo do tego pasowała. Mogłem wyjechać, wrócić, zmienić projekt. Nikomu nie musiałem tłumaczyć, gdzie będę za trzy miesiące.

- Brzmi wygodnie.

- Było. Dopóki nie zorientowałem się, że wygoda polega głównie na tym, że nikt nie może mnie naprawdę rozczarować, jeśli nie dostanie okazji.

Spojrzałam na niego.

Nie mówił o ojcu. Nie tylko.

- A teraz?

208

- Teraz siedzi u mnie kobieta, której nie powiedziałem wystarczająco dużo wtedy, kiedy powinienem, i mam bardzo konkretny dowód, że mój system nie działa.

Nie odwróciłam wzroku.

- Nie chcę być lekcją.

- Nie jesteś.

- Czasem brzmisz tak, jakbyś wszystko próbował zamienić w wniosek.

- Zawodowe skrzywienie.

- Aleksander.

- Wiem.

Wziął oddech.

- Chodzi mi o to, że nie chcę cię przekonywać, że jestem już kimś innym. Nie jestem. Nadal mam ten sam odruch. Różnica polega na tym, że teraz wiem, co może kosztować.

To było bliższe prawdzie, którą potrafiłam przyjąć.

- Ja też nie jestem już spokojna przy tobie tak jak tydzień temu - powiedziałam.

- Rozumiem.

- Nie, posłuchaj. To nie znaczy, że nie chcę tu być. Znaczy tylko, że kiedy coś mówisz o dokumentach, część mnie od razu sprawdza, czy za tym nie ma jeszcze czegoś. Nie lubię tego.

- Ja też nie.

- Ale to ty to zrobiłeś.

- Tak.

Nie cofnął się przed odpowiedzialnością.

209

Poczułam, że moje oczy zaczynają piec. Nie chciałam płakać. Nie dlatego, że byłoby to słabe, tylko dlatego, że nie chciałam, żeby wieczór zamienił się w oczyszczające wyznanie, po którym wszystko staje się proste.

- Potrzebuję czasu - powiedziałam.

- Masz go.

- I nie chcę, żebyś czekał na konkretny moment, kiedy uznasz, że już ci wybaczyłam.

- Nie będę.

- Nie wiesz, czy wybaczę.

Jego twarz drgnęła.

- Wiem.

To było najtrudniejsze zdanie wieczoru.

Nie odpowiedziałam.

Po kolacji zmywaliśmy razem. Aleksander podał mi ręcznik, ja wycierałam talerze. Było w tym coś uspokajającego. Żadnego symbolu. Żadnej naprawy historii dwóch rodzin. Tylko ciepła woda, szkło i miejsce na półce.

Później usiedliśmy w salonie.

Nie przynieśliśmy laptopów.

Aleksander włączył muzykę. Tym razem rozpoznałam fortepian. Położyłam nogi pod siebie i oparłam się o róg kanapy. On usiadł po drugiej stronie, zostawiając między nami przestrzeń.

Przez kilka minut rozmawialiśmy o rzeczach małych. O właścicielu mojego obecnego lokalu, który zawsze wysyłał wiadomości bez polskich znaków. O sąsiadce Aleksandra, która hodowała na klatce schodowej roślinę tak dużą, że trzeba było ją omijać bokiem. O tym, że Marta od miesięcy

210

namawiała mnie na zakup porządnego ekspresu do kawy do pracowni.

Poczułam w końcu, jak napięcie schodzi mi z karku.

Przesunęłam się bliżej.

Aleksander spojrzał na mnie, ale nie wyciągnął ręki.

To ja położyłam głowę na jego ramieniu.

Przez kilka sekund siedział nieruchomo. Potem objął mnie powoli, zostawiając mi wystarczająco dużo miejsca, żebym mogła się odsunąć.

Nie odsunęłam się.

- Brakowało mi tego - powiedziałam.

- Mnie też.

- Nie mów nic więcej.

- Dobrze.

Siedzieliśmy w ciszy.

Jego dłoń spoczywała na moim ramieniu. Pamiętałam jej ciepło z pracowni, z poprzednich wieczorów, ale teraz ten dotyk miał inne znaczenie. Nie był potwierdzeniem, że wszystko wróciło do dawnego miejsca.

Nie chciałam dawnego miejsca.

Chciałam wiedzieć, czy możemy zbudować nowe.

Odwróciłam twarz i pocałowałam go.

Aleksander odpowiedział ostrożnie. Pocałunek był krótki, jakby nadal czekał na informację, czy ma się zatrzymać.

Pocałowałam go drugi raz.

Tym razem położył dłoń na moim policzku.

Nie rozmawialiśmy o tym. Wszystko, co należało powiedzieć o zgodzie, mieściło się w tym, że sama się

211

zbliżałam, a on nie robił następnego kroku, dopóki ja nie robiłam własnego.

Przesunęłam palce po jego karku. Czułam przyspieszony oddech.

Kiedy pocałunki stały się głębsze, odsunęłam się na chwilę.

- Chcę zostać dzisiaj - powiedziałam.

Patrzył na mnie uważnie.

- Jesteś pewna?

- Tak.

- Nina, nie musisz niczego udowadniać.

- Wiem.

To właśnie dlatego byłam pewna.

- Chcę zostać, bo chcę być z tobą. Nie dlatego, że ci wybaczyłam wszystko. Te rzeczy nie są tym samym.

Aleksander zamknął oczy na sekundę.

- Rozumiem.

- Jeśli rano spróbujesz zachowywać się, jakbyśmy rozwiązali problem, wyjdę przed kawą.

- Nie spróbuję.

Uśmiechnęłam się słabo.

- Dobrze.

Pocałował mnie dopiero wtedy, kiedy sama znowu się zbliżyłam.

Później pamiętałam przede wszystkim drobne rzeczy. To, że przed wejściem do sypialni zatrzymałam się, żeby zdjąć kolczyki i położyć je na półce. Że Aleksander podał mi szklankę wody. Że kiedy dotknął guzika mojej bluzki, spojrzał na mnie pytająco, a ja sama rozpięłam następny.

212

Nie potrzebowałam więcej słów.

Świat poza mieszkaniem nie zniknął. Komisja istniała. Lista dokumentów leżała w moim komputerze. We wtorek miałam siedzieć z matką nad głosem Hanny. Prawdopodobnie istniały jeszcze rzeczy, których Aleksander mi nie powiedział.

Wiedziałam o tym wszystkim.

Zostałam.

Później leżeliśmy w ciemności. Nie czułam potrzeby rozmowy. Jego ramię było pod moją głową, a dłonią dotykał lekko mojego boku.

- Śpisz? - zapytał po jakimś czasie.

- Nie.

- Ja też nie.

- Wiem.

Cisza trwała długo.

- Możesz mnie o coś zapytać? - powiedział.

- O co?

- Nie wiem. O cokolwiek, co nie dotyczy obrazu.

Pomyślałam.

- Gdzie naprawdę chciałbyś pojechać, gdybyś miał miesiąc wolnego i żadnego archiwum?

Zaśmiał się cicho, prawie bezgłośnie.

- Portugalia. Północ. Bez planu na każdy dzień.

- Ty bez planu?

- Pytanie było hipotetyczne.

- To dobrze, bo już się martwiłam.

213

Potem zapytał mnie, czego najbardziej nie chciałabym zabrać do nowej pracowni.

- Starego biurka - odpowiedziałam. - Jest za ciężkie, za duże i trzymam je tylko dlatego, że było pierwszym, jakie kupiłam.

- Czyli bezpieczna rzecz, która już ci nie służy.

- Nie zaczynaj analizować mebli.

- Przepraszam.

Pocałowałam go w ramię.

Zasnęłam później, niż powinnam, ale spokojniej, niż się spodziewałam.

Rano obudziło mnie światło przechodzące przez niedomkniętą zasłonę.

Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem.

Potem zobaczyłam Aleksandra śpiącego obok.

Nie poczułam paniki ani nagłego pragnienia, żeby zamienić noc w deklarację.

Wstałam cicho, znalazłam bluzkę i poszłam do kuchni.

Kilka minut później przyszedł za mną.

- Kawa? - zapytał.

- Najpierw sprawdzę, czy próbujesz udawać, że

rozwiązaliśmy problem.

Oparł się o framugę.

- Nie rozwiązaliśmy.

- Dobrze.

- Teraz kawa?

- Tak.

214

Zrobił dwie.

Usiedliśmy przy stole, przy którym poprzedniego wieczoru rozmawialiśmy o rzeczach, których nie da się naprawić jednym gestem.

Aleksander postawił przed nami talerz z tostami i jajkami. Usiadł boso po drugiej stronie stołu, z włosami jeszcze wilgotnymi po prysznicu. Ten widok był dziwnie bardziej odsłaniający niż cokolwiek z nocy. Nie znałam jego poranków. Nie wiedziałam, czy zawsze najpierw otwiera okno, czy czyta wiadomości przy kawie, czy potrzebuje ciszy.

- Co zwykle robisz w niedzielę? - zapytałam.

- Jeśli nie pracuję?

- Załóżmy odważnie, że nie.

Zastanowił się.

- Idę na długi spacer. Czasem do matki. Kupuję jedzenie na kilka dni i później odkrywam w środę, że nie zrobiłem z niego niczego sensownego.

- Bardzo poukładane.

- A ty?

- Pracuję trochę za długo, potem mam pretensję do siebie, że zmarnowałam niedzielę.

- Czyli też poukładane.

Tym razem uśmiechnęłam się.

- Dzisiaj pojadę do siebie. Muszę sprawdzić, czy wykonawca dosłał załącznik i chcę mieć kilka godzin tylko dla siebie.

Aleksander skinął głową.

- Dobrze.

215

Nie usłyszałam w tym zawodu ani próby zatrzymania mnie.

- To nie jest ucieczka - powiedziałam, choć nie pytał.

- Wiem.

- Po prostu chcę wrócić do własnego rytmu.

- Nina, naprawdę rozumiem.

Wzięłam kawałek tosta.

- Jeszcze się przyzwyczajam, że nie każda potrzeba osobnego miejsca jest komunikatem o relacji.

- Ja też.

To zdanie zostało ze mną. Może właśnie dlatego obraz wspólnej przyszłości nie wyglądał nagle jak jedno mieszkanie, jedna pracownia i wspólny kalendarz. Bardziej jak dwoje ludzi, którzy potrafią wejść do swojego życia i wyjść z niego bez robienia z każdego ruchu próby miłości.

Nie wróciliśmy do problemu przy śniadaniu.

Nie dlatego, że przestał istnieć.

Po prostu nie musiał zajmować każdego wspólnego miejsca.

216

Rozdział 15. Nie ten rok

W poniedziałek rano czekała na mnie wiadomość od Marty.

"Przyjedź prosto do papieru. Nie otwieraj jeszcze katalogu z 2001."

Nie lubiłam wiadomości, które brzmiały jak instrukcja do cudzego niepokoju. O ósmej dziesięć byłam już w jej pracowni. Marta siedziała przy stole pod lampą, a obok niej leżała przezroczysta koszulka z kartą ewidencyjną szkicownika Hanny, tą samą, którą oglądaliśmy wcześniej.

- Co znalazłaś?

- Najpierw zobacz.

Nie wskazała znanego mi dopisku o "materiale pracowni". Obróciła kartę na drugą stronę.

Na odwrocie, pod dawnym numerem inwentarza, ktoś dopisał niebieskim długopisem krótką uwagę:

"dat. ok. 1982 wg wykorzystania motywu u J.O."

Niżej znajdował się jeszcze znak przypominający połączone litery P i O.

Poczułam napięcie w brzuchu.

- Tego wcześniej nie widzieliśmy.

- Bo na skanie, który mieliśmy, odwrotu nie było. W piątek poprosiłam magazyn o oryginał, żeby sprawdzić papier i kolejność dopisków.

- To są inicjały mojego ojca?

- Tak sądzę. Ale nie chcę, żebyś wierzyła mi na słowo.

Przesunęła w moją stronę trzy inne dokumenty.

217

Pierwszy był formularzem wypożyczenia z 1998 roku, wypełnionym odręcznie i podpisanym przez Piotra. Drugi stanowił kartę korekt do katalogu wystawy z 2000 roku. Trzeci był pismem do muzeum z 2001 roku z kilkoma dopiskami na marginesie i pełnym podpisem ojca na końcu.

- Zwróć uwagę na dwójkę - powiedziała Marta. - I na "g" w "wg". Potem na sposób, w jaki łączy P z O, kiedy parafuje poprawki.

Porównywałam dokumenty kolejno.

Ojciec pisał cyfrę dwa z niemal poziomą podstawą, przedłużoną w prawo. Litera g miała otwartą dolną pętlę. W inicjałach P i O rzeczywiście łączyły się w charakterystyczny sposób, jakby drugą literę dopisywał bez odrywania długopisu.

Na odwrocie karty szkicownika wyglądało to tak samo.

- Marta, podobieństwo pisma to jeszcze nie ekspertyza.

- Wiem. Dlatego zadzwoniłam do archiwistki, która opracowywała papiery Piotra dla rodziny po jego śmierci. Potwierdziła, że tym znakiem parafował korekty robocze. Wysłała mi skany sześciu przykładów. Są w folderze.

Otworzyła plik.

Sześć drobnych poprawek. Każda opatrzona tym samym związanym P.O.

Poczułam chłód na dłoniach.

- Czyli dopisek jest jego.

- Na poziomie roboczej identyfikacji mamy bardzo mocną podstawę. Jeśli ma wejść do oficjalnego wniosku o wiedzy konkretnej osoby, proponuję jeszcze formalną opinię grafologa dokumentowego albo biegłego od pisma. Ale to nie jest już anonimowy dopisek.

218

Spojrzałam ponownie na zdanie.

"Dat. ok. 1982 wg wykorzystania motywu u J.O."

Pierwotna karta mówiła o szkicowniku Hanny z lat siedemdziesiątych. Ojciec nie tylko później przesunął materiał w stronę pracowni Juliana. Zmienił także sposób jego datowania, wiążąc datę nie z momentem wykonania szkicu, lecz z późniejszym pojawieniem się podobnego motywu u Juliana.

- To jest absurdalne metodologicznie - powiedziałam.

- Tak.

- Nie datuje się rysunku według późniejszego obrazu tylko dlatego, że motyw się powtarza.

- Też tak uważam.

- On to wiedział.

Marta nie odpowiedziała.

Ja również wiedziałam, że ojciec to wiedział. Przez lata pracował przy archiwum, konsultował katalogi, opisywał materiały rodzinne. Nie był specjalistą od papieru, ale rozumiał różnicę między datą powstania dokumentu a datą późniejszego użycia zawartej w nim kompozycji.

- Jest coś jeszcze - powiedziała Marta.

Wyjęła cienką kartkę z drugiej koszulki.

Była to kopia pisma przewodniego do redakcji katalogu z lutego 2001 roku. Pod spodem widniał podpis ojca.

Przeczytałam.

"Przy materiałach Hanny proszę ujednolicić opisy zgodnie z funkcją, jaką pełniły w pracowni Juliana. Tam, gdzie szkic odpowiada późniejszej kompozycji obrazu J.O., właściwsze będzie ujęcie go jako studium pracowniane do tej realizacji

219

niż jako odrębną pracę H.O. Datowanie proszę podawać przy realizacji, jeśli brak pewnej daty na samym arkuszu."

Przestałam czytać.

- Skąd to?

- W teczce redakcyjnej. Nie w rodzinnej. Muzeum dostało ją kilka lat temu razem z papierami jednej z redaktorek katalogu.

- Czyli nie pochodzi od Aleksandra.

- Nie.

To miało znaczenie większe, niż chciałam przyznać.

Nie mogłam zrzucić tego dokumentu na archiwum Radeckich, prywatną interpretację Andrzeja ani wcześniejsze podejrzenia Aleksandra.

Podpis należał do mojego ojca.

Instrukcja była jego.

- "Jeśli brak pewnej daty na samym arkuszu" - powiedziałam. - Ale szkicownik miał datę.

- Tak.

- On miał kartę z 1995 roku, na której zapisano lata siedemdziesiąte.

- Tak.

- Czyli znał wcześniejsze datowanie.

- Tak.

Każde "tak" odbierało mi kolejną wygodną możliwość.

Usiadłam przy stole.

Marta niczego nie dodawała.

- Muszę zobaczyć oryginał pisma.

220

- Jest już zamówiony z magazynu archiwum. Powinien być za pół godziny.

- I kartę z 1995 też.

- Mam.

- Nie chcę, żeby Aleksander cokolwiek mi teraz interpretował.

- Nie zapraszałam go.

Spojrzałam na nią.

- Dziękuję.

To nie była nieufność wobec jego kompetencji. Właśnie dlatego chciałam wykonać ten etap bez niego. Musiałam wiedzieć, co potrafię ustalić z materiału, który nie przeszedł przez jego ręce.

Przez następne dwie godziny pracowałyśmy same.

Oryginał pisma przewodniego przyjechał z magazynu w szarej teczce z dawną sygnaturą. Zanim go przeczytałam drugi raz, sprawdziłyśmy z Martą papier, układ zszywek i ślady po dziurkaczu. W lewym górnym rogu widniała pieczęć wpływu redakcji z datą 12 lutego 2001 roku. Na odwrocie ktoś ołówkiem zapisał numer korekty, ten sam, który znajdował się na późniejszym arkuszu próbnego składu.

- Chcę mieć pewność, że ta kartka naprawdę była w obiegu przed zmianą podpisu - powiedziałam.

- Dlatego zamówiłam całą jednostkę, nie pojedynczy dokument.

Przeszłyśmy kartka po kartce. Najpierw pismo ojca. Potem odpowiedź redaktorki z podziękowaniem za "wytyczne do ujednolicenia opisów". Następnie próbny skład, na którym pierwotny podpis Hanny został jeszcze zachowany. Ostatnia

221

korekta, wykonana kilkanaście dni później, zawierała już zmianę.

W prawym marginesie widniał odręczny dopisek: "zgodnie z P.O."

- To nie jest pismo ojca - powiedziałam.

- Nie. Redaktorki. Mam jej próbki z tej samej teczki.

Nie było tu jednego przypadkowego śladu. Dokumenty tworzyły sekwencję, którą można było odtworzyć bez rodzinnych wspomnień.

Zrobiłam tabelę dat. 12 lutego - pismo Piotra. 16 lutego - odpowiedź redakcji. 23 lutego - pierwsza korekta. 5 marca - wersja ze zmienionym autorstwem i datą.

Potem wróciłam do odwrotu karty z 1995 roku.

- Możemy powiedzieć, kiedy dopisał tę uwagę?

Marta pokręciła głową.

- Nie co do dnia. Ale długopis przecina późniejszą pieczęć kontroli zbioru z 1999 roku, więc dopisek musi być późniejszy od niej. Jednocześnie jest już widoczny na reprodukcji karty zrobionej w styczniu 2001 roku.

- Czyli między 1999 a styczniem 2001.

- Tak.

To zamykało jeszcze jedną drogę ucieczki. Dopisek nie był dawną notatką z czasu powstawania szkicownika. Powstał krótko przed pracami nad katalogiem.

Zapisałam to osobno.

Nie chciałam pamiętać tej chronologii jako córka Piotra. Chciałam móc ją później pokazać każdemu, kto zapyta, skąd wiem.

222

Sprawdziłam kolejność dokumentów w teczce redakcyjnej. Pismo Piotra wpłynęło do redakcji w lutym 2001 roku. Trzy tygodnie później w korekcie katalogowej pojawił się zmieniony opis jednego z rysunków Hanny. Pierwsza wersja podpisu brzmiała "Hanna Orłowska, szkic wnętrza, lata 70.". W drugiej skreślono jej nazwisko i wpisano "Julian Orłowski, studium do kompozycji, ok. 1982".

Przy poprawce widniała ta sama parafa.

P.O.

Zrobiłam zdjęcia kolejnych wersji.

Nie czułam już niedowierzania. Pojawiło się coś gorszego: porządek.

Pierwotne datowanie. Instrukcja Piotra. Korekta redakcyjna. Zmieniony katalog.

Przyczyna i skutek dały się prześledzić na papierze.

Nie wiedziałam, dlaczego ojciec to zrobił.

Ale nie mogłam już mówić, że zmiana mogła przejść obok niego niezauważona.

O jedenastej zadzwoniła Joanna.

- Mikrokasety są już u mnie - powiedziała. - Oba nośniki też.

Spojrzałam na zegarek.

- Wszystkie osiem?

- Tak. Sprawdziłam z protokołem. Nie otwierałam plików.

- Jutro po pracy jestem u ciebie.

- O siódmej?

- Postaram się wcześniej, ale o siódmej na pewno.

Zawahałam się.

223

- Mamo, znalazłyśmy dzisiaj dokument podpisany przez tatę.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

- Jaki dokument?

- Dotyczący katalogu z 2001 roku. Chcę ci o nim opowiedzieć, ale najpierw muszę zakończyć weryfikację i zgłosić go komisji.

- To źle?

Nie potrafiłam odpowiedzieć prostym słowem.

- Pokazuje, że tata świadomie polecił zmienić sposób opisywania części rysunków babci.

Joanna nie odezwała się przez kilka sekund.

- Na Juliana?

- W niektórych przypadkach jako materiały jego pracowni albo studia do jego obrazów.

- Dlaczego?

- Nie wiem.

- Nina...

- Naprawdę nie wiem. Właśnie tego chcę nie dopowiadać.

Usłyszałam, jak matka przesuwa coś po stole.

- Jutro i tak się widzimy.

- Tak.

- Nie mów mi więcej przez telefon.

- Dobrze.

Kiedy się rozłączyłyśmy, poczułam ulgę, że nie próbowała wymusić odpowiedzi, której nie miałam.

224

Przed południem zgłosiłam dokument Tadeuszowi i Boreckiej. Poprosiłam także o formalną ekspertyzę porównawczą pisma Piotra. Nie dlatego, że sama wątpiłam, lecz dlatego, że od tego momentu nie chodziło już o rodzinne rozpoznanie charakteru pisma. Jeśli komisja miała wnioskować o świadomej decyzji konkretnej osoby, potrzebowaliśmy czegoś mocniejszego niż moje "znam pismo ojca".

Tadeusz przyszedł do pracowni papieru po dwudziestu minutach.

Przeczytał pismo.

- To komplikuje sprawę.

- Nie. To ją precyzuje.

Spojrzał na mnie.

- Wiesz, co mam na myśli.

- Wiem. Ale nie chcę używać słowa "komplikuje" za każdym razem, kiedy dokument odbiera nam wygodniejsze wyjaśnienie.

Tadeusz zamknął teczkę.

- Komisja musi to zobaczyć jutro rano.

- Tak.

- Aleksander wie?

- Jeszcze nie.

- Dlaczego?

Poczułam, jak prostuję plecy.

- Bo chciałam najpierw samodzielnie sprawdzić materiał, którego nie znalazł on ani jego ojciec.

Tadeusz przyglądał mi się przez chwilę.

225

- To ma związek z wami czy z badaniem?

Pytanie było bardziej osobiste, niż miał prawo zadać. Mimo to odpowiedziałam.

- Z jednym i drugim. I właśnie dlatego najpierw zrobiłam pracę.

Nie naciskał.

Aleksandra spotkałam dopiero po trzynastej w głównej pracowni.

Stał przy komputerze i uzupełniał metryki korespondencji. Kiedy weszłam, spojrzał na mnie i od razu zrozumiał, że coś się wydarzyło.

- Co znaleźliście?

Położyłam przed nim kopię pisma Piotra.

- Przeczytaj.

Czytał powoli.

Nie obserwowałam jego twarzy. Patrzyłam na własne dłonie.

Kiedy skończył, odłożył papier.

- To jest jednoznaczna instrukcja redakcyjna.

- Tak.

- Masz ciąg od pierwotnej karty do korekty katalogowej?

- Tak.

- Pismo?

- Marta zrobiła wstępne porównanie z pewnymi próbkami. Złożyłam wniosek o formalną ekspertyzę.

Aleksander skinął głową.

- Dobrze.

226

- Nie powiedziałam ci rano.

- Widzę.

- Chciałam sprawdzić to bez twojego udziału.

Na moment spuścił wzrok.

- Rozumiem.

- Nie wiem, czy naprawdę.

- Wiem, że noc z soboty nie sprawiła, że mam znowu automatycznie być pierwszą osobą, do której przychodzisz z każdym dokumentem.

To, że powiedział to bez pretensji, sprawiło mi ulgę.

- Nie chciałam, żebyś mi powiedział, co ten dokument znaczy, zanim sama przejdę całą drogę.

- Dobrze zrobiłaś.

- To nie był test.

- Wiem.

Usiadłam naprzeciwko niego.

- Znasz podobną instrukcję mojego ojca?

Nie odpowiedział od razu, ale tym razem nie poczułam, że powtarzamy stary schemat. Był ostrożny, bo pytanie miało konkretny zakres.

- Mam list, w którym Piotr broni grupowania części szkiców jako materiału pracowni. Jest późniejszy, z 2002 roku. Nie ma w nim polecenia zmiany datowania i nie dotyczy tego konkretnego rysunku.

- Jest w spisie, który mi wysłałeś?

- Tak. Pozycja sto czterdzieści trzy.

227

Pamiętałam ją. "Korespondencja P.O. do A.R., klasyfikacja materiałów roboczych, dostęp ograniczony ze względu na treść dotyczącą osób trzecich".

- Dlaczego ograniczony?

- W drugiej części listu Piotr pisze o prywatnej sytuacji jednego z członków rodziny. Nie ma związku z katalogiem.

- Chcę zobaczyć część dotyczącą klasyfikacji.

- Zgłoszę ją komisji dzisiaj. Dostaniesz kopię w formalnym obiegu.

Wcześniej sam zdecydowałby, czy dokument jest wystarczająco ważny.

Teraz pozostawiał decyzję komisji i mnie.

Zauważyłam różnicę. Nie myliłam jej z naprawą wszystkiego.

- Dobrze.

Aleksander przesunął ponownie wzrok na pismo mojego ojca.

- Jak się z tym czujesz?

Pytanie zaskoczyło mnie bardziej niż treść dokumentu.

- Nie wiem.

- Nie musisz odpowiadać.

- Chcę.

Usiadłam głębiej.

- Zła jestem chyba nie dlatego, że coś zmienił. Tylko dlatego, że zrobił to w sposób, którego sam by mnie później uczył nie robić. Ojciec potrafił godzinę tłumaczyć mi, że jeśli nie znam daty, mam napisać "niedatowane", a nie wymyślać rok z kontekstu. A tutaj dokładnie to zrobił.

228

- To boli bardziej, kiedy ktoś łamie własną zasadę.

- Tak.

- Nadal nie wiesz, po co.

- Wiem.

Spojrzałam na niego.

- I nie chcę, żeby ktokolwiek dawał mi teraz łatwe "po co". Ani ty, ani komisja, ani mama.

- Nie dam.

Tego dnia nie potrzebowałam od niego więcej.

Przez kilka sekund siedzieliśmy bez słowa.

W sobotę rano obudziłam się w jego mieszkaniu i wiedziałam, jak wygląda, kiedy jeszcze śpi. W poniedziałek po południu siedział naprzeciwko mnie z dokumentem mojego ojca między nami. Te dwa obrazy nie chciały ułożyć się w prostą kolejność od nieufności do bliskości. Oba były prawdziwe jednocześnie.

Aleksander przesunął dłoń po stole, lecz zatrzymał ją po swojej stronie.

Zauważyłam ten ruch.

- Możesz - powiedziałam.

Nie zapytał, co mam na myśli. Położył dłoń otwartą między nami.

Wsadziłam w nią palce tylko na chwilę.

Nie był to gest pojednania. Potrzebowałam przez kilka sekund poczuć człowieka, z którym spędziłam noc, a nie badacza stojącego po drugiej stronie historii mojej rodziny.

Potem sama cofnęłam rękę.

- Jutro będzie ciężki dzień - powiedział.

229

- Wiem.

- Po komisji masz mamę.

- O siódmej.

- Chcesz, żebym był dostępny wcześniej?

Zastanowiłam się.

- W pracy tak. Potem nie. Na pierwszy odsłuch jadę sama.

- Oczywiście.

Nie musiałam mu przypominać, że to decyzja Joanny. Pamiętał.

- I jeśli jutro rano coś w dokumentach będzie dotyczyło nagrań albo Hanny, nie czekaj do środy tylko dlatego, że wieczorem mam odsłuch.

- Nie będę.

Pokiwałam głową.

Tyle mogłam mu dać tego dnia: konkretną możliwość zachowania się inaczej, nie obietnicę, że wynik będzie dla nas dobry.

Po piętnastej przyszedł mail z programu finansowania pracowni. Mój komplet dokumentów został przyjęty bez braków formalnych i skierowany do oceny merytorycznej. Na wynik miałam poczekać.

Otworzyłam wiadomość dwa razy, a potem ją zamknęłam.

Nie było już niczego, co mogłam poprawiać, dosyłać albo ratować.

Ta część mojego życia musiała przez chwilę istnieć bez mojej ingerencji.

Przed wyjściem Marta przyniosła mi kopię całej ścieżki dokumentów dotyczących rysunku.

230

- Wiesz, co jest najgorsze? - zapytała.

- Mam kilka propozycji.

- Gdyby nie oryginał szkicownika, katalog wyglądałby całkowicie wiarygodnie. Rysunek pasuje do obrazu z osiemdziesiątego drugiego, opis jest elegancki, data brzmi rozsądnie. Człowiek nawet nie ma powodu pytać.

Przesunęłam palcem po kopii pisma ojca.

- Właśnie dlatego to działało.

- Myślisz, że robił to celowo, żeby ukryć Hannę?

- Wiem, że celowo zmienił sposób opisu. Nie wiem jeszcze, co chciał ukryć, ochronić albo uporządkować.

- To już dużo.

- Tak.

W drodze do domu zadzwoniłam do Joanny jeszcze raz.

Nie po to, żeby omawiać dokument.

- Jutro o dziewiętnastej będę na pewno - powiedziałam. - Nie zaczynaj beze mnie.

- Nie zacznę.

- I nie musimy przesłuchać wszystkich kaset jednego wieczoru.

- Wiem.

- Jeśli będzie za dużo, przerywamy.

Matka przez chwilę milczała.

- Boisz się?

Spojrzałam przez szybę tramwaju.

- Tak.

- Ja też.

231

To było wszystko.

Po powrocie do mieszkania znalazłam wiadomość od Aleksandra.

"Pozycja 143 zgłoszona komisji. Tadeusz potwierdził przyjęcie. Jutro rano dostaniesz kopię w tym samym pakiecie co pozostali."

Nie pytał, czy chcę się spotkać.

Nie pisał, że jest obok.

Odpisałam:

"Dziękuję."

Potem położyłam telefon ekranem do dołu.

Nazajutrz komisja miała zobaczyć dokument pokazujący świadomą decyzję mojego ojca.

Wieczorem miałam usłyszeć głos jego teściowej, mojej babci.

Pomiędzy tymi dwiema rzeczami pozostawał cały dzień.

I cieszyłam się, że nie będę mogła przyspieszyć żadnej z nich.

232

Rozdział 16. Zanim będzie za późno

We wtorek przyszłam do muzeum wcześniej, choć komisja miała zebrać się dopiero o dziewiątej.

Nie spałam dobrze. Nie przez dokument ojca sam w sobie, ale przez porządek, który nagle zaczął z niego wynikać. Piotr nie przeoczył zmiany opisu szkiców Hanny. Nie podpisał mechanicznie cudzej korekty. Zostawił własną instrukcję, a później własną parafę. Nie znałam jeszcze powodu, ale świadoma decyzja przestała być hipotezą.

Na biurku czekał pakiet przygotowany na posiedzenie. Pismo z 2001 roku, trzy etapy korekty katalogowej, karta szkicownika z późniejszym dopiskiem i list Piotra z 2002 roku, który Aleksander zgłosił poprzedniego dnia.

Zaczęłam od niego.

List nie był tak mocny, jak obawiałam się wieczorem. Ojciec pisał do Andrzeja, że część rysunków Hanny "funkcjonowała przez lata wewnątrz wspólnego warsztatu" i dlatego nie zgadza się na wyrywanie ich z kontekstu pracowni Juliana. Dalej argumentował, że w katalogach należy rozróżniać "samodzielne prace Hanny" od "materiałów, które służyły procesowi powstawania obrazów Juliana".

Nie pisał, skąd wiedział, do której grupy należy konkretny szkic.

Nie pisał też, że Hanna nie była autorką kompozycji.

To było ważne.

Zaznaczyłam dwa fragmenty i dopisałam na marginesie: "twierdzenie o funkcji materiału bez wskazania źródła".

- Czyli też cię to uderzyło.

Podniosłam głowę.

233

Aleksander stał przy otwartych drzwiach. Miał przy sobie grubą szarą teczkę, której wcześniej nie widziałam.

- Co?

- Że Piotr opisuje funkcję materiałów z dużą pewnością, ale nie mówi, na jakiej podstawie.

- Tak.

Wszedł i położył teczkę na pustym końcu stołu.

Nie otworzył jej.

- To idzie dziś do komisji - powiedział.

Spojrzałam na teczkę.

- Co jest w środku?

- Materiały, których dotąd nie włączyłem do formalnego obiegu. Oryginały zostają w archiwum rodzinnym. Tutaj są poświadczone kopie i pełna nota o pochodzeniu.

Poczułam, jak cała uwaga przenosi mi się z listu ojca na szarą okładkę.

- Które materiały?

Aleksander wyjął jedną kartę. Nie dokument, tylko spis zawartości pakietu.

- Korespondencja z lat dziewięćdziesiątych. Kilka

dokumentów certyfikacyjnych. Notatki ojca. Materiał przekazany mojej matce przez Hannę. I moje uzupełnienie raportu dotyczące tego, co posiadałem przed wejściem do projektu.

Ostatnie zdanie zostało we mnie.

- "Materiał przekazany twojej matce przez Hannę" - powtórzyłam.

- Tak.

234

- Co dokładnie?

Spojrzał mi w oczy.

- Jest tam jej pisemne oświadczenie z 2008 roku i kopie kilku wcześniejszych zapisków.

Zrobiło mi się zimno.

- Miałeś oświadczenie mojej babci.

- Tak.

- Kiedy wszedłeś do projektu?

- Tak.

Nie próbował złagodzić odpowiedzi.

- I nie uznałeś, że powinno znaleźć się wcześniej w komisji?

- Wtedy nie było komisji. Uznałem je za prywatny dokument, którego treść wymaga potwierdzenia materiałowego i zgody na użycie. To była moja decyzja. Dzisiaj uważam, że zbyt długo trzymałem tę granicę po swojej stronie.

Poczułam gniew, ale nie chciałam prowadzić tej rozmowy nad zamkniętą teczką.

- Nie streszczaj mi tego.

- Nie będę.

- Chcę przeczytać całość w tym samym obiegu, w którym dostanie ją komisja.

- Właśnie dlatego ją składam.

- I chcę wiedzieć, czy twoja matka się zgodziła.

- Mam jej pisemną zgodę na przekazanie kopii do weryfikacji. Oryginał oświadczenia pozostaje u niej. W

235

protokole jest też informacja, kiedy i w jakich okolicznościach dostała je od Hanny, na tyle, na ile potrafi to potwierdzić.

Przesunęłam wzrok na teczkę.

- Wie, że ja to przeczytam?

- Tak.

- Powiedziałeś jej o nas?

Przez chwilę milczał.

- Tak.

Nie spodziewałam się tej odpowiedzi.

- Kiedy?

- Wczoraj wieczorem.

- Dlaczego?

- Bo prosiłem ją o zgodę na wykorzystanie materiałów dotyczących twojej rodziny, a ty jesteś osobą, której ta decyzja dotknie najbardziej. Uznałem, że nie mogę pozwolić jej podejmować tej decyzji, nie mówiąc, że między nami istnieje również relacja prywatna.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

To było właściwe zachowanie.

Nadal spóźnione.

- Co powiedziała?

- Że powinienem był powiedzieć ci wszystko wcześniej, zanim pozwoliłem, żebyśmy stali się sobie bliscy.

Odwróciłam wzrok.

- Ma rację.

- Tak.

Nie próbował bronić się przed własną matką.

236

- Chcę z tobą porozmawiać dzisiaj - powiedział.

- Po tym, jak przeczytam raport.

- Tak.

- Nie wcześniej.

- Nie.

Spojrzałam na zegarek. Do komisji zostało dwadzieścia minut.

- O dziewiętnastej jestem u mamy.

- Pamiętam.

- Więc jeśli mamy rozmawiać, to przedtem.

- Dostosuję się.

- Nie do mnie. Do tego, kiedy skończę czytać.

Aleksander skinął głową.

Zabrał teczkę i wyszedł z nią do sekretariatu komisji.

Nie próbowałam go zatrzymać.

Przez chwilę zostałam sama.

Nie sięgnęłam po telefon. Nie napisałam do matki, choć odruch był niemal natychmiastowy. Nie mogłam zadzwonić do Joanny i powiedzieć: "istnieje oświadczenie twojej matki", kiedy sama nie wiedziałam jeszcze, czego dotyczyło ani w jakich warunkach powstało. To byłoby powtórzenie najgorszej rzeczy, jaka przez ostatnie tygodnie działała przeciwko nam: wzięcie fragmentu i nadanie mu znaczenia przed sprawdzeniem reszty.

Zamiast tego otworzyłam własny notes i zapisałam trzy pytania.

Kiedy Hanna sporządziła oświadczenie?

Komu je przekazała i z jakim zastrzeżeniem?

237

Kiedy Aleksander je przeczytał?

Trzecie pytanie napisałam dwa razy, bo za pierwszym razem zbyt mocno nacisnęłam długopis i przebiłam papier.

Do pracowni wszedł Tadeusz.

- Radecki już zaniósł pakiet? - zapytał.

- Tak.

- Wolska uprzedziła mnie, że coś składa, ale nie znałem zakresu.

Spojrzałam na niego.

- Ja też nie.

Tadeusz zatrzymał się po drugiej stronie stołu.

- Chcesz, żebym przełożył posiedzenie, dopóki tego nie przeczytasz?

Pytanie było kuszące. Godzina wystarczyłaby, żebym dostała kopie poza formalnym obiegiem, usiadła z Aleksandrem i usłyszała jego wersję wcześniej niż komisja.

Właśnie dlatego nie chciałam tego.

- Nie. Pakiet ma wejść tak, jak wszedł. Nie chcę być pierwszą osobą, której on go objaśni.

Tadeusz przyglądał mi się chwilę.

- To będzie trudny dzień.

- O dziewiętnastej słucham z mamą nagrań Hanny.

- Wiem.

- Więc nie dokładaj mi dziś żadnej troskliwej propozycji odsunięcia od materiału.

Uniósł dłonie.

- Nie zamierzałem.

238

- Dobrze.

- Zamierzałem tylko zapytać, czy masz kogoś, z kim będziesz po tym wszystkim wieczorem.

Pomyślałam o Joannie, o głosie babci zamkniętym w ośmiu plikach i o Aleksandrze, z którym przed tym wieczorem miałam odbyć rozmowę mogącą zmienić wszystko.

- Mam - powiedziałam. - Tylko nie wiem jeszcze, w jakiej konfiguracji.

Tadeusz nie pytał dalej.

O dziewiątej wszystkie miejsca przy długim stole były zajęte. Tadeusz wyglądał na zmęczonego jeszcze przed rozpoczęciem. Borecka miała przed sobą wydruk mojej tabeli chronologicznej. Doktor Maj przeglądała list z 2002 roku. Wolska rozmawiała cicho z prawniczką.

Szara teczka Aleksandra leżała zamknięta przy końcu stołu z nową sygnaturą wpływu.

To właśnie ta sygnatura zrobiła na mnie największe wrażenie.

Nie była już jego prywatnym materiałem.

Wolska zaczęła od dokumentów Piotra.

- Mamy trzy osobne kwestie - powiedziała. - Identyfikację pisma na karcie, instrukcję redakcyjną z 2001 roku oraz późniejsze uzasadnienie klasyfikacji w liście do Andrzeja Radeckiego. Czy możemy dziś powiedzieć, że Piotr Orłowski świadomie wpływał na zmianę sposobu opisywania materiałów Hanny?

Borecka spojrzała na Martę, która uczestniczyła w tej części posiedzenia.

239

- Technicznie mogę powiedzieć, że dopisek na karcie jest zgodny z próbkami jego pisma, ale formalna opinia specjalisty jeszcze nie wróciła.

- Instrukcja redakcyjna jest podpisana - powiedziałam. - I teczka pokazuje jej wykonanie w kolejnych korektach. Do wniosku o świadomej decyzji nie potrzebujemy dopisku na odwrocie jako jedynej podstawy.

Maj skinęła głową.

- Zgadzam się. Dokument z lutego sam wystarcza, by przypisać Piotrowi intencjonalną zmianę kategorii opisu. Nie wystarcza natomiast, by powiedzieć, że chciał ukryć autorstwo Hanny.

- Dokładnie - odpowiedziałam.

Tadeusz zapisał coś.

- Czyli wpisujemy: świadome działanie klasyfikacyjne, motyw nieustalony.

To sformułowanie było chłodne.

Potrzebowałam właśnie takiego.

- Tak - powiedziałam.

Potem przeszliśmy do listu z 2002 roku. Aleksander przedstawił jego pochodzenie i ciąg archiwalny. Prawniczka potwierdziła, że komisja może używać części dotyczącej klasyfikacji po zanonimizowaniu prywatnego fragmentu bez związku z projektem.

Nie było w liście niczego, co rozwiązywałoby sekret. Wręcz przeciwnie. Piotr bronił wcześniejszej decyzji językiem człowieka przekonanego, że zachowuje porządek, nie tworzy fałszu.

To było trudniejsze niż prosty dokument obciążający.

240

O dziesiątej trzydzieści Wolska spojrzała na szarą teczkę.

- Zanim przejdziemy dalej, pan Radecki zgłosił dziś rano uzupełnienie materiału oraz własnego oświadczenia o konflikcie interesów.

Spojrzałam na Aleksandra.

Siedział naprzeciwko, nie obok mnie.

- Chcę, żeby w protokole znalazło się dokładnie, kiedy wszedłem w posiadanie poszczególnych dokumentów i które z nich znałem przed rozpoczęciem pracy dla muzeum - powiedział. - Dotychczasowy raport wskazywał prywatne archiwum rodzinne jako źródło, ale nie ujawniał pełnego zakresu materiału, którego nie włączyłem do projektu. Przy obecnym etapie weryfikacji uważam to za niewystarczające.

Wolska zapytała:

- Czy uważa pan, że wcześniejsze nieujawnienie tych materiałów naruszyło procedurę?

Aleksander nie odpowiedział od razu.

- Formalnie nie miałem obowiązku przekazywać całego prywatnego archiwum przy rozpoczęciu kwerendy. Ale powinienem był wcześniej zgłosić, że część moich pytań wynika nie tylko z ogólnych niespójności dokumentacji, lecz z konkretnych materiałów rodzinnych. To wpływa na ocenę mojej neutralności.

Nikt się nie odezwał.

Nie patrzyłam na niego jak na mężczyznę, przy którym obudziłam się dwa dni wcześniej.

Patrzyłam jak na badacza, który właśnie wpisał do oficjalnego protokołu własny błąd.

To było potrzebne.

241

Nie wystarczało.

Maj zamknęła swój egzemplarz dotychczasowego raportu historycznego.

- W takim razie mamy jeszcze problem metodologiczny - powiedziała. - Jeśli część wcześniejszych pytań badacza wynikała z materiałów, których reszta zespołu nie znała, powinniśmy sprawdzić, czy nie wpłynęło to na dobór źródeł i kolejność kwerendy.

Tadeusz spojrzał na Aleksandra.

- Czyli co? Powtarzamy wszystko?

- Nie - odpowiedziała Maj. - Ale robię niezależny przegląd jego części raportu. Nie po to, żeby oceniać intencje. Chcę zobaczyć, czy z udostępnionego dziś pełnego zestawu źródeł wyprowadziłby te same pytania ktoś, kto nie znał wcześniej wniosków Radeckiego.

Wolska zwróciła się do Aleksandra.

- Sprzeciw?

- Nie.

- To oznacza, że do czasu przeglądu pana nowe wnioski historyczne będą oznaczane jako materiał autora raportu, nie jako stanowisko komisji.

- Rozumiem.

Nie widziałam w nim oporu. Powinno przynieść mi to satysfakcję. Nie przyniosło.

Sobota wróciła do mnie nagle i nieproszona: jego kuchnia, dłoń na moim policzku, pytanie, czy jestem pewna, że chcę zostać. Byłam pewna. Nadal nie żałowałam tej decyzji.

242

Tyle że kiedy tamtej nocy mówiłam mu, że bliskość nie oznacza pełnego przebaczenia, nie wiedziałam, że w jego archiwum istnieje pisemne oświadczenie Hanny.

Ta niewiedza nie odbierała mi sprawczości w tamtym momencie. Byłam dorosłą kobietą i sama zdecydowałam, że zostaję.

Zmieniała jednak to, jak patrzyłam na jego milczenie.

Zacisnęłam palce na długopisie.

- Chcę, żeby niezależny przegląd obejmował również chronologię zadawania pytań w projekcie - powiedziałam. - Kiedy Aleksander prosił o konkretne materiały i które dokumenty znał wtedy prywatnie.

Aleksander spojrzał na mnie.

- Zgoda.

- Nie pytam cię.

W sali zrobiło się cicho.

Od razu pożałowałam tonu, ale nie samej treści.

Maj skinęła głową.

- To rozsądne. Chronologia pozwoli rozdzielić wynikające z obiektu pytania zespołu od pytań wynikających z wcześniejszej wiedzy badacza.

Wolska dopisała punkt do protokołu.

Aleksander nie próbował wrócić do głosu.

To również było konsekwencją: od tej chwili jego sposób wejścia do projektu sam stał się przedmiotem weryfikacji.

Wolska otworzyła teczkę.

- Ze względu na treść część materiałów wymaga dostępu ograniczonego. Proponuję: pełny pakiet dla komisji

243

atrybucyjnej, Niny Orłowskiej jako prowadzącej badania techniczne i osoby bezpośrednio objętej materiałem rodzinnym oraz działu prawnego. Do pozostałych osób trafiają wyłącznie dokumenty wykorzystane później w konkretnych wnioskach. Sprzeciw?

Nikt się nie odezwał.

- Chcę jedno zastrzeżenie - powiedziałam.

Wszyscy spojrzeli na mnie.

- Nie chcę dostawać wersji wybranej przez Aleksandra. Jeśli mam dostęp, chcę dokładnie ten sam pakiet, który dostanie komisja. Łącznie z jego uzupełnieniem dotyczącym wcześniejszej wiedzy.

Wolska skinęła głową.

- Tak będzie.

Aleksander nie próbował niczego dodawać.

Pakiet poszedł do kancelarii muzeum, gdzie dokumenty miały zostać zeskanowane, ponumerowane i umieszczone w zabezpieczonym repozytorium. Fizyczne kopie pozostawały w zamkniętej teczce do czasu zakończenia digitalizacji.

Nie było żadnego dramatycznego przekazania z ręki do ręki.

Była lista kontrolna, dwa podpisy, numer plomby i pracownica kancelarii, która przeliczyła strony.

Właśnie dlatego wiedziałam, że tym razem materiał naprawdę wyszedł spod osobistej kontroli Aleksandra.

Po komisji wróciliśmy do pracowni.

Nie usiedliśmy razem.

244

Ja sprawdzałam dokumentację podrysowania, on uzupełniał noty źródłowe w części historycznej. Przez ponad godzinę rozmawialiśmy wyłącznie o pracy.

Marta przyszła kilka minut przed południem po kopię protokołu. Zauważyła moje milczenie, zanim zdążyłam podnieść głowę.

- Co jest?

Spojrzałam na Aleksandra. Siedział na tyle daleko, że nie słyszałby cichej rozmowy, ale i tak nie chciałam mówić o jego dokumentach w tym samym pomieszczeniu.

- Chodź.

Wyszłyśmy na schody prowadzące do magazynów.

- Aleksander złożył pełny pakiet prywatnych materiałów - powiedziałam. - Jest tam pisemne oświadczenie Hanny z 2008 roku.

Marta znieruchomiała.

- Twojej Hanny?

- Nie mamy drugiej.

- Czytałaś?

- Jeszcze nie. Kancelaria skanuje.

- Wiedział o nim wcześniej?

- Tak.

Przez kilka sekund słyszałyśmy tylko kroki kogoś piętro niżej.

- Nina, chcesz, żebym była z tobą, kiedy będziesz to otwierać?

Pokręciłam głową.

- Nie.

245

- Dobrze.

Nie powiedziała, że nie powinnam czytać sama. Nie nazwała Aleksandra żadnym słowem, którego mogłabym później żałować razem z nią.

- Pojadę do swojej pracowni - dodałam. - Tam przynajmniej nikt nie wejdzie po zszywki i nie zapyta, dlaczego płaczę.

- Zamknij drzwi.

- Taki mam plan.

Marta dotknęła krótko mojego ramienia.

- I zjedz coś wcześniej.

- Wy wszyscy macie obsesję na punkcie mojego jedzenia.

- Nie. Po prostu jesteś nieznośna na pusty żołądek.

Tym razem nie miałam siły się uśmiechnąć, ale jej zwyczajny ton zrobił mi dobrze.

Kiedy wróciłam do pracowni, Aleksander nie zapytał, o czym rozmawiałyśmy.

Tym razem nie musiał wiedzieć wszystkiego.

O dwunastej czterdzieści przyszła wiadomość od Joanny.

"Kasety i oba nośniki sprawdzone. Wszystko jest. Będę czekała o 19."

Odpisałam:

"Będę."

Potem dopisałam:

"Nie zaczynaj sama."

Matka odpowiedziała niemal od razu.

"Nie zacznę."

O trzynastej wyszłam po kawę.

246

Aleksander dogonił mnie dopiero przy końcu korytarza.

- Nina.

Odwróciłam się.

- Repozytorium powinno być gotowe przed czternastą.

- Wiem.

- Chciałem tylko powiedzieć, że nie musisz rozmawiać ze mną dzisiaj, jeśli po lekturze nie będziesz chciała.

- Chcę rozmawiać.

Zatrzymał się.

- Nie wiem tylko jeszcze, w jakim charakterze będę chciała, żebyś wtedy był.

Nie uciekł wzrokiem.

- Rozumiem.

- I nie będę czytać przy tobie.

- Nie oczekuję tego.

- Pojadę do swojej pracowni.

- Dobrze.

- Jeśli skończę przed szesnastą trzydzieści, napiszę. Możesz przyjechać tam.

- A jeśli później?

- Nadal przyjedź, jeśli zdążymy przed moim wyjazdem do mamy. O osiemnastej piętnaście muszę wyjść najpóźniej.

- Będę dostępny.

To było konkretne. Bez sztucznej przeszkody i bez udawania, że rozmowa może poczekać kilka dni.

Kupiłam kawę sama.

247

Kiedy wróciłam, na biurku czekało potwierdzenie z kancelarii, że pakiet liczy siedemdziesiąt trzy strony wraz z załącznikami i został przyjęty do skanowania.

Siedemdziesiąt trzy.

Wcześniej znałam jego istnienie jako serię teczek, listów i niejasnych ograniczeń. Teraz miał policzone strony.

O trzynastej czterdzieści osiem dostałam wiadomość systemową.

"Przyznano dostęp do zasobu: Weryfikacja atrybucji - materiały uzupełniające A. Radecki."

Kliknęłam.

Na ekranie pojawiła się lista plików.

01_Nota_pochodzenia.

02_Uzupełnienie_raportu_AR.

03_Oświadczenie_HO_2008.

04_Korespondencja_1994.

05_Dokumenty_certyfikacyjne.

06_Notatki_AR_senior.

07_Kopie_przekazane_MR.

08_Chronologia_posiadania_i_dostępu.

Niżej znajdowały się kolejne załączniki.

Nie otworzyłam żadnego.

Jeszcze.

Sprawdziłam tylko uprawnienia. Wolska, dział prawny, Maj, Tadeusz, Borecka, Aleksander i ja. Ten sam komplet.

Żadnej osobnej wersji dla mnie.

Zamknęłam przeglądarkę.

248

Aleksander stał przy stole kilka metrów dalej. Nie mógł widzieć mojego ekranu.

- Mam dostęp - powiedziałam.

Przestał pisać.

- Dobrze.

- Wyjeżdżam teraz do swojej pracowni.

- Dobrze.

Wstałam i zaczęłam zbierać rzeczy.

Nie zapytał, czy chcę, żeby mnie odwiózł.

Przy drzwiach zatrzymałam się.

- Aleksander.

- Tak?

- O szesnastej trzydzieści. U mnie.

Nie spytał, czy na pewno zdążę przeczytać.

- Będę.

Wyszłam.

Na zewnątrz padał drobny, zimny deszcz. Do wtorkowego odsłuchu z matką zostało trochę ponad pięć godzin.

Do rozmowy z Aleksandrem mniej niż trzy.

W torbie miałam laptop z dostępem do siedemdziesięciu trzech stron, które wcześniej istniały głównie w jego wiedzy.

Teraz miały stać się także moją.

249

Rozdział 17. Teczka Radeckiego

Do swojej pracowni dotarłam kilka minut po czternastej.

Zamknęłam drzwi na klucz, opuściłam roletę przy wejściu i postawiłam laptop na biurku. Nie włączyłam dużych lamp nad stołem konserwatorskim. Wystarczyło światło z okna i mała lampa przy komputerze.

Przez chwilę patrzyłam na listę plików, które dostałam z muzealnego repozytorium.

Siedemdziesiąt trzy strony.

Nie otworzyłam od razu oświadczenia Hanny. Zaczęłam od dokumentu Aleksandra oznaczonego jako uzupełnienie raportu. Chciałam najpierw wiedzieć, co on sam oficjalnie przyznawał, zanim przeczytam cudze słowa.

Na pierwszej stronie znajdowała się chronologia.

Andrzej Radecki zmarł w 2019 roku.

W styczniu 2020 Aleksander, porządkując pozostawione przez niego archiwum, znalazł teczkę związaną z późnymi pracami Juliana Orłowskiego. Wśród dokumentów były kopie certyfikatów, prywatne notatki Andrzeja, korespondencja z Piotrem oraz kopia oświadczenia Hanny Orłowskiej sporządzonego w 2008 roku.

Trzy dni później Aleksander rozmawiał z Magdaleną Radecką.

W raporcie zapisał, że matka potwierdziła mu wtedy pochodzenie dokumentu i opowiedziała o rozmowach z Hanną. Nie chodziło o domysł. Nie o kilka niejasnych dopisków. Magdalena powiedziała mu, że Hanna powierzyła jej materiały świadomie, ponieważ chciała, żeby przetrwały po jej śmierci.

250

Przeczytałam ten akapit drugi raz.

Potem trzeci.

Data była jednoznaczna.

Styczeń 2020.

Ponad sześć lat przed naszym pierwszym spotkaniem.

Zjechałam niżej.

W kolejnych latach Aleksander katalogował dokumenty ojca, porównywał dawne certyfikaty i zbierał informacje o trzech późnych obrazach Juliana. W maju tego roku, kilka miesięcy przed rozpoczęciem naszej konserwacji, sporządził prywatną notę zatytułowaną "Późne prace Orłowskiego - problem autorstwa i udział H.O.".

Otworzyłam załącznik.

Na pierwszej stronie znajdowało się zdanie, które wystarczyło.

"Relacja Hanny O., potwierdzona przez M.R., wskazuje, że trzy obrazy wystawione jako samodzielne prace Juliana O. powstały w znacznym zakresie ręką Hanny, za wiedzą Juliana."

Odchyliłam się od biurka.

W gardle zrobiło mi się sucho.

Jeszcze kilka dni wcześniej Aleksander powiedział mi, że przed poznaniem mnie miał wzmianki o Hannie przy późnych obrazach. Jedno zdanie w liście. Dopisek przy terminie. Informację, że "H. pracuje przy płótnie".

To nie było to, co teraz czytałam.

On nie podejrzewał tylko udziału Hanny.

Znał jej relację.

251

Znał potwierdzenie własnej matki.

Znał liczbę obrazów.

Zamknęłam plik na kilka sekund i wstałam. Przeszłam do zlewu, nalałam wody do szklanki i wypiłam ją prawie bez oddychania.

Miałam ochotę zadzwonić do niego natychmiast.

Nie zrobiłam tego.

O szesnastej trzydzieści miał przyjechać. Zanim wszedł do tej pracowni, chciałam wiedzieć dokładnie, z czym będę go konfrontować.

Wróciłam do komputera.

Otworzyłam oświadczenie Hanny.

Dokument miał cztery strony. Na końcu znajdował się jej podpis i data z listopada 2008 roku. Magdalena dołączyła osobną notę potwierdzającą, że Hanna przyniosła jej wtedy kopertę osobiście i prosiła, żeby przechowała ją poza archiwum Orłowskich.

Pierwszy fragment dotyczył choroby Juliana.

W 1988 roku przeszedł poważny incydent neurologiczny. Przeżył, ale przez wiele miesięcy miał trudności z precyzyjnym używaniem prawej dłoni. Mieli wtedy przyjęte zaliczki na kilka obrazów, długi związane z pracownią i koszty leczenia. Zerwanie umów groziło zwrotem pieniędzy, którego rodzina nie była w stanie udźwignąć bez sprzedaży części majątku.

Hanna pisała o tym bez oskarżenia.

Studiowała malarstwo przed małżeństwem. Po urodzeniu Joanny przestała wystawiać, ale nigdy nie przestała pracować. Przygotowywała płótna, mieszała farby,

252

wykonywała techniczne fragmenty większych realizacji, czasami opracowywała szkice.

Po chorobie Juliana zaczęła robić więcej.

Za jego zgodą.

Najpierw kończyła partie już rozpoczętych obrazów. Tła, duże płaszczyzny, fragmenty wnętrz. Julian siedział przy niej, wskazywał korekty, czasem próbował sam pracować, kiedy ręka mu pozwalała.

Potem powstało "Światło po deszczu".

Przestałam czytać.

Dłoń, którą trzymałam na touchpadzie, drżała.

Po chwili zmusiłam się do dalszej lektury.

Kompozycja była Hanny. Wywodziła się ze szkiców, które wykonywała wiele lat wcześniej. To ona przygotowała płótno, wykonała podrysowanie i zdecydowaną większość warstwy malarskiej. Julian uczestniczył w wyborze ostatecznej wersji, rozmawiali o kolorze nieba i proporcjach okna. Pod koniec, kiedy jego sprawność była już lepsza, wykonał kilka drobnych korekt i końcowe akcenty w partii światła.

Obraz został podpisany nazwiskiem Juliana.

Hanna napisała, że wtedy się na to zgodziła.

To zdanie zatrzymało mnie mocniej niż wszystko inne.

Nie opisywała siebie jako bezwolnej ofiary. Wiedziała, co robią. Bała się długów, choroby męża, niedotrzymanych umów i tego, że nagłe przerwanie jego kariery zabierze rodzinie źródło utrzymania. Wierzyła, że to rozwiązanie na kilka miesięcy.

Nie było.

Podobnie powstały jeszcze dwa późne obrazy.

253

Otworzyłam dokument certyfikacyjny.

Andrzej Radecki potwierdził w 1989 roku autorstwo Juliana jako jedynego autora "Światła po deszczu". W dołączonych prywatnych notatkach, sporządzonych wcześniej, znajdowało się jednak zdanie: "Hanna prowadzi płótno prawie samodzielnie, J. zatwierdza i poprawia końcówki".

Nie można było pomylić kolejności.

Andrzej wiedział.

Potem podpisał certyfikat.

Następna część pakietu dotyczyła 1994 roku.

Po śmierci Juliana Hanna chciała ujawnić, jak powstały trzy obrazy. Nie planowała ogłaszać, że cała twórczość męża była oszustwem. Chciała jedynie poprawić autorstwo tych prac i oddzielić własne szkice od archiwum Juliana.

Piotr i Andrzej przekonywali ją, żeby tego nie robiła.

W korespondencji pojawiały się konkretne liczby. Możliwe roszczenia właścicieli, zwrot części honorariów, ryzyko podważenia wycen innych późnych obrazów, zobowiązania związane z pracownią. Piotr pisał również o Joannie i o tym, że skandal po śmierci Juliana może uderzyć w rodzinę wtedy, kiedy nie ma już nikogo, kto będzie mógł publicznie wyjaśnić okoliczności.

Andrzej używał innego języka.

Pisał o rynku, reputacji i konieczności "utrzymania spójnej proweniencji".

Hanna ustąpiła.

W jednym z listów z sierpnia 1994 roku Piotr wyliczał Andrzejowi, co może się wydarzyć, jeśli Hanna wystąpi publicznie. Dwa obrazy były już u prywatnych właścicieli,

254

trzeci przeszedł przez galerię, która wykorzystała nazwisko Juliana w materiałach sprzedażowych. Padała konkretna kwota możliwego zwrotu zaliczek i ostrzeżenie, że rodzina nadal spłaca zobowiązania pracowni. Nie było tam groźby wobec Hanny. Było coś bardziej zwyczajnego i przez to trudniejszego: presja przedstawiona jako rozsądek.

W odpowiedzi Andrzej pisał, że przyznanie po śmierci Juliana, iż część późnych prac wykonywała żona, "otworzy pytanie o cały okres". Proponował pozostawienie istniejących certyfikatów bez zmian. Piotr później potwierdził, że Hanna zgodziła się nie występować z korektą.

Patrzyłam na daty i rozumiałam, dlaczego inwentaryzacja z 1994 roku nagle miała inne znaczenie. Dwaj mężczyźni nie tylko porządkowali wtedy rzeczy po zmarłym artyście. Porządkowali również wersję historii, która miała po nim zostać.

Piotr nie zatrzymał się jednak na milczeniu o trzech obrazach. W następnych latach zaczął opisywać część jej szkiców jako materiały warsztatowe Juliana. To właśnie ślady tej późniejszej decyzji znajdowaliśmy z Martą.

W oświadczeniu z 2008 roku Hanna pisała, że tego żałuje.

Nie tylko własnej zgody z 1989 roku.

Także tego, że później pozwoliła, by cudze katalogi odebrały jej nawet te prace, które nigdy nie miały należeć do Juliana.

Nie chciała jednak publicznego ujawnienia za swojego życia. Bała się, że historia zostanie sprowadzona do sensacji: żony malującej pod nazwiskiem sławnego męża albo fałszerki, która po jego śmierci próbuje odzyskać sławę.

Dlatego wybrała Magdalenę.

255

Chciała, żeby dokumenty przetrwały.

Hanna zmarła w 2017 roku. Andrzej dwa lata później. Dopiero po jego śmierci Aleksander otworzył teczkę, którą ojciec zostawił w archiwum.

Nie żeby zniknęły.

Przesunęłam dłonią po twarzy.

Była piętnasta dwadzieścia trzy.

Do spotkania z Aleksandrem została ponad godzina.

Otworzyłam jego chronologię jeszcze raz.

W czerwcu tego roku poprosił muzeum o dostęp do dokumentacji "Światła po deszczu". W lipcu porównywał certyfikat ojca z dawnymi rejestrami. We wrześniu, zanim weszłam do sali konferencyjnej i zobaczyłam go pierwszy raz, miał już przygotowaną listę pytań wynikających bezpośrednio z oświadczenia Hanny.

Przy jednym punkcie widniało:

"Zweryfikować podrysowanie partii okna względem zachowanych materiałów H.O."

Przypomniałam sobie pierwszy dzień.

Jego pytania o prywatne listy.

O chorobę dziadka.

O Hannę.

Przypomniałam sobie, jak zapytałam, czy ma źródła dotyczące mojej rodziny.

"Mam źródła dotyczące Juliana Orłowskiego."

Na dziś musi wystarczyć.

Potem powiedział mi, że od początku uważał udział Hanny jedynie za możliwy.

256

Później mówił o wzmiankach.

Jeszcze później o obawach, których nie potrafi udowodnić.

Za każdym razem dobierał zdanie tak, żeby nie było całkowicie fałszywe.

Za każdym razem zostawiał mnie z błędnym obrazem tego, ile naprawdę wie.

Nie czekał tylko z dokumentem.

Otworzyłam jeszcze jego własną notę sporządzoną tydzień przed naszym pierwszym spotkaniem. Przy nazwisku Niny Orłowskiej widniało: "prowadząca konserwację, wnuczka Juliana i Hanny; nie ujawniać prywatnej relacji H.O. przed weryfikacją techniczną, żeby nie wpływać na obserwacje". To zdanie mogło wyglądać jak zasada badawcza.

Niżej, dopisane dwa dni później, było drugie: "Jeśli pojawi się relacja osobista, ujawnienie materiału H.O. nie może być dalej odkładane".

Zatrzymałam kursor.

Data poprzedzała nasz pierwszy pocałunek.

Czytałam ją kilka razy, aż cyfry przestały wyglądać jak data i stały się tylko szeregiem znaków.

Aleksander sam przewidział granicę, której nie powinien przekroczyć.

Potem ją przekroczył.

Nie mogłam już nawet pozwolić mu schować się za twierdzeniem, że sytuacja wymknęła mu się bez ostrzeżenia. Wiedział, że prywatna relacja zmienia jego obowiązek wobec mnie. Zapisał to własną ręką, zanim zapytałam go w mojej

257

pracowni, czy jest coś, co powinnam wiedzieć, zanim pójdziemy dalej.

Kierował moją wiedzą o nim.

I robił to również wtedy, kiedy zaczęliśmy być czymś więcej niż ludźmi przy jednym stole.

Wstałam i podeszłam do okna.

Pracownia była cicha. Na jednym ze stołów stał niewielki obraz klienta przykryty zabezpieczeniem. Obok leżały materiały do kosztorysu nowego lokalu, których nie zdążyłam jeszcze schować.

Dwa dni wcześniej obudziłam się przy Aleksandrze i nie żałowałam, że zostałam.

Teraz też nie chciałam odebrać tamtej decyzji samej sobie.

Była moja.

Problem polegał na tym, że on wiedział coś, co mogło zmienić sposób, w jaki podejmuję tę decyzję, i uznał, że nie mam jeszcze prawa tego dostać.

Spojrzałam na zegarek.

Szesnasta dwadzieścia dziewięć.

Punktualnie rozległo się pukanie.

Otworzyłam.

Aleksander wszedł, ale nie zdjął od razu płaszcza.

- Przeczytałaś?

- Tak.

Nie zapytałam, czy chce kawy.

Wskazałam krzesło przy stole.

Usiadł.

Ja pozostałam po drugiej stronie.

258

- Kiedy dowiedziałeś się, że Hanna twierdziła, iż namalowała większość "Światła po deszczu"?

Nie próbował omijać pytania.

- W styczniu 2020 roku. Kiedy znalazłem jej oświadczenie. Trzy dni później mama potwierdziła mi rozmowę z Hanną.

- Czyli ponad sześć lat przed naszym spotkaniem.

- Tak.

- Wiedziałeś, że kompozycja była jej.

- Tak.

- Wiedziałeś, że wykonała podrysowanie i większość warstwy malarskiej.

- Znałem jej relację, która to mówiła. Tak.

- Wiedziałeś, że Julian się na to zgadzał.

- Tak.

- Wiedziałeś, że twój ojciec świadomie wystawił certyfikat na Juliana.

- Tak.

- Wiedziałeś, że mój ojciec po śmierci dziadka pomagał utrzymać tę wersję.

- Tak.

Każde słowo było spokojne.

Każde uderzało osobno.

- A mnie powiedziałeś, że masz kilka wzmianek o Hannie.

Aleksander opuścił wzrok na moment.

- Tak.

- Powiedziałeś, że przed spotkaniem ze mną brałeś pod uwagę jej udział. Nie że znałeś całą relację.

259

- Tak.

- Powiedziałeś, że nie chcesz obciążać mnie obawą bez dowodów.

- Tak.

- To nie była obawa.

- Nie.

W gardle poczułam ból.

- Więc nazwij to.

Spojrzał na mnie.

- Zataiłem przed tobą zakres tego, co wiedziałem.

- Nie. To nadal jest język raportu. Spróbuj jeszcze raz.

Milczał.

- Pozwoliłem ci wierzyć, że wiem znacznie mniej, niż wiedziałem.

- Tak.

- I kiedy pytałam wprost, odpowiadałeś tak, żeby technicznie nie skłamać.

- Tak.

Poczułam, że głos zaczyna mi drżeć.

- Pocałowałam cię po tym, jak zapytałam, czy jest coś, co powinnam wiedzieć, zanim pójdziemy dalej.

Zacisnął dłonie.

- Wiem.

- Powiedziałeś mi o nieprzejrzanych materiałach i nieweryfikowalnych obawach.

- Wiem.

- Potem spałam z tobą.

260

Nie poruszył się.

- Nina...

- Nie. Nie mów mi, że sama tego chciałam. Wiem, że chciałam. Nie odbierzesz mi tego. Ale ja podejmowałam decyzję na podstawie informacji, które ty świadomie kontrolowałeś.

- Masz rację.

- Nie wiedziałeś, jaki będzie wynik badań technicznych. To prawda. Ale wiedziałeś, co Hanna powiedziała. Wiedziałeś, co potwierdziła twoja matka. Wiedziałeś, że twój ojciec certyfikował obraz świadomie. Badania nie mają tu nic do rzeczy.

- Tak.

Odpowiedział bez próby obrony.

- Brak potwierdzenia technicznego mógł uzasadniać ostrożność w raporcie - powiedział. - Nie uzasadniał tego, jak odpowiadałem tobie prywatnie.

Przez chwilę nie mogłam mówić.

Chciałam, żeby się bronił.

Łatwiej byłoby się na niego złościć, gdyby próbował powiedzieć, że zrobił wszystko dla mnie albo dla dobra projektu.

- Dlaczego? - zapytałam w końcu.

- Na początku chciałem chronić badanie przed moją hipotezą. Potem chciałem mieć pełne potwierdzenie, zanim powiem ci coś, co zmieni historię twojej rodziny. A później...

Urwał.

- Później co?

261

- Później byłem już z tobą związany. Wiedziałem, że każda kolejna chwila milczenia pogarsza sprawę, ale jednocześnie coraz bardziej bałem się powiedzieć.

- Czyli chroniłeś siebie.

- Tak.

Pierwszy raz powiedział to bez osłony.

- Wiedziałeś, że mogę odejść.

- Tak.

- Więc czekałeś.

- Tak.

Oparłam dłonie o stół.

- Wiesz, co jest najgorsze? Nie to, że znałeś prawdę o obrazie. Chciałabym, żebyś znał ją jeszcze dokładniej, gdyby to miało pomóc Hannie. Najgorsze jest to, że uznałeś, że ty wybierzesz, kiedy jestem gotowa ją poznać.

Aleksander milczał.

- Dokładnie jak twój ojciec - dodałam.

Drgnął.

Nie cofnęłam słów.

- Mówiłeś mi, że on lubił zamykać cudzy bałagan w wersji, którą można wpisać do katalogu. Ty zrobiłeś coś mniejszego, ale z tego samego miejsca. Zdecydowałeś, jaką wersję rzeczywistości ja dostanę, bo prawdziwa była według ciebie zbyt ryzykowna.

- Wiem.

- Nie, teraz już wiesz. Wcześniej to robiłeś.

- Tak.

Cisza była długa.

262

Spojrzałam na zegarek.

Siedemnasta dwanaście.

Za mniej niż dwie godziny miałam siedzieć przy stole z matką i słuchać głosu Hanny.

Nie chciałam zabrać tam ze sobą tej rozmowy niedokończonej.

- Nie chcę cię teraz widywać prywatnie - powiedziałam.

Aleksander zbladł, ale nie przerwał.

- W muzeum będziemy pracować tyle, ile wymaga projekt. Przy komisji odpowiadasz na pytania, przekazujesz dokumenty, robisz swoją część. Poza tym nie pisz do mnie, nie przyjeżdżaj, nie czekaj pod pracownią.

- Dobrze.

- Nie wiem na jak długo.

- Rozumiem.

- Nie, nie wiem też, czy to się skończy powrotem do nas.

Przełknął.

- Rozumiem.

Poczułam łzy, ale nie pozwoliłam im zmienić decyzji.

- Czy chcesz wycofać się z projektu? - zapytał.

- To nie jest twoja decyzja.

- Pytam, czy tego ode mnie potrzebujesz.

- Nie. Nie chcę, żeby moja prywatna relacja z tobą decydowała teraz o tym, kto ma dostęp do dokumentów. Komisja oceni twoją rolę. Ja nie będę udawała, że materiały przestają istnieć, bo mnie zraniłeś.

Skinął głową.

- Dobrze.

263

- I nie próbuj naprawiać tego żadnym gestem.

- Nie będę.

- Nie potrzebuję przeprosin jeszcze raz. Potrzebuję, żebyś przez najbliższe dni zrobił dokładnie to, co powiedziałeś komisji: oddał kontrolę nad materiałem i pozwolił innym ocenić twoje decyzje.

- Zrobię.

Spojrzałam na niego.

- Nie dla mnie.

- Wiem.

Wstał.

Przez chwilę myślałam, że wyciągnie rękę albo podejdzie bliżej. Nie zrobił tego.

- Jedna rzecz - powiedział przy drzwiach. - Oświadczenie Hanny, które czytałaś, jest pełną kopią. Nie mam drugiej wersji ani dłuższego dokumentu, którego nie złożyłem.

- Dobrze.

- I wszystko, co wiem od mamy o przekazaniu tych materiałów, jest w jej nocie.

- Dobrze.

Nie powiedziałam "dziękuję".

Otworzyłam drzwi.

Aleksander zatrzymał się na progu.

- Przepraszam, Nina.

Patrzyłam na niego.

- Wiem.

To nie znaczyło, że przyjmuję przeprosiny.

264

Tylko że je usłyszałam.

Wyszedł.

Zamknęłam drzwi i tym razem nie przekręciłam klucza od razu. Stałam oparta plecami o drewno, dopóki nie usłyszałam, że jego kroki zniknęły na klatce.

Dopiero wtedy pozwoliłam sobie płakać.

Nie długo.

O osiemnastej musiałam umyć twarz, spakować torbę i wyjść do matki.

Na ekranie laptopa nadal był otwarty dokument Hanny.

Nie zabrałam go ze sobą.

Potrzebowałam wejść do domu matki bez laptopa między nami, bez cudzych przypisów i bez przewagi, którą sama właśnie dostałam.

Joanna miała własne osiem nagrań, których jeszcze nie słyszała. Nie zamierzałam wejść do jej mieszkania z gotową wersją historii z archiwum Radeckich i ustawić głosu jej matki pod cudzym dokumentem, zanim zabrzmi.

O osiemnastej jedenaście zamknęłam komputer.

Schowałam go do szuflady, nie do torby.

Potem zgasiłam światło w pracowni.

Kiedy wychodziłam, jedyną rzeczą, którą zabrałam z tej rozmowy świadomie, była własna decyzja.

Aleksander nie miał już prawa wybierać za mnie, co z nią zrobię.

265

Rozdział 18. Po prawdzie

W tramwaju usiadłam przy oknie i przez pierwsze trzy przystanki nie zdjęłam rękawiczek.

Telefon leżał w torbie. Nie chciałam sprawdzać, czy Aleksander napisał, choć przecież obiecał, że nie będzie. Nie chciałam też otwierać repozytorium muzeum ani wracać do dokumentów Hanny. Przeczytałam je raz. Na razie to wystarczało.

Miasto przesuwało się za szybą w mokrych smugach. Światła samochodów odbijały się w jezdni, ludzie wchodzili do tramwaju z parasolami i wilgotnymi płaszczami. Wszystko było zwyczajne do granicy obojętności.

O osiemnastej dwadzieścia trzy zadzwoniła Joanna.

- Gdzie jesteś?

- W tramwaju. Będę przed siódmą.

- Zupa jest ciepła.

- Dobrze.

Zawahałam się.

- Mamo, muszę ci powiedzieć coś przed odsłuchem.

Po drugiej stronie ucichła na moment.

- O mamie?

- Tak. I o tacie. Ale wolę w domu.

- Dobrze.

Nie zapytała przez telefon.

Byłam jej za to wdzięczna.

266

Do jej mieszkania dotarłam za trzynaście siódma. Drzwi otworzyła od razu, jakby stała po drugiej stronie i czekała na dźwięk domofonu.

Na stole w kuchni stały dwa talerze, garnek z zupą i plastikowe pudełko z ośmioma mikrokasetami. Obok leżały dwa niewielkie zaszyfrowane nośniki z pracowni digitalizacyjnej, oba nadal w podpisanych kopertach.

Joanna spojrzała na moją twarz.

- Płakałaś.

Nie zaprzeczyłam.

- Trochę.

- Przez dokumenty?

Zdjęłam płaszcz.

- Tak.

- Czy przez Aleksandra?

To pytanie zatrzymało mnie przy wieszaku.

- Też.

Matka nie powiedziała nic więcej. Nalała zupę do dwóch misek i usiadła. Poczekała, aż zrobię to samo.

Przez kilka minut jadłyśmy w ciszy.

Nie miałam apetytu, ale wiedziałam, że jeśli zacznę mówić od razu, nie zjem niczego. Joanna chyba rozumiała, bo nie ponaglała.

O osiemnastej pięćdziesiąt odłożyłam łyżkę.

- W archiwum Radeckich jest pisemne oświadczenie babci z 2008 roku.

Joanna znieruchomiała.

- Jakie oświadczenie?

267

- Przekazała je Magdalenie. Razem z kopiami innych dokumentów. Chciała, żeby zostały poza naszym rodzinnym archiwum i przetrwały.

- Magdalena? - powtórzyła Joanna. - Mama znała ją osobno?

- Tak wygląda z noty Magdaleny.

Matka przez chwilę szukała czegoś w pamięci.

- Pamiętam ją. Nie jako żonę Andrzeja. Przychodziła czasem do mamy już po śmierci taty. Raz spotkałam je w kawiarni na Długiej. Myślałam, że rozmawiały o przekazaniu jakichś papierów do archiwum.

- Możliwe, że właśnie dlatego babcia jej zaufała.

- I mnie nic nie powiedziała.

W tym zdaniu nie było pretensji do Magdaleny. Był ból córki, która dowiedziała się, że jej matka wybrała kogoś innego na depozytariuszkę rzeczy, których nie umiała powiedzieć we własnym domu.

Joanna spojrzała na pudełko z nagraniami, jakby nagle pojawiło się obok niego coś jeszcze.

- Co napisała?

- To, czego od kilku tygodni próbujemy się dowiedzieć. Tylko znacznie dokładniej.

- Nina.

- Nie będę ci tego streszczać jednym zdaniem.

- Jestem jej córką.

- Właśnie dlatego.

Joanna odsunęła miskę.

- Czy Julian wiedział?

268

To było pierwsze pytanie.

Nie o skandal, nie o muzeum.

O jej ojca.

- Tak.

Matka zamknęła oczy.

- A mama się zgodziła?

- Na początku tak.

Kiedy ponownie na mnie spojrzała, zobaczyłam ból, ale także coś w rodzaju skupienia.

- To znaczy, że nie była zmuszana?

- Z tego, co sama napisała, nie. Była choroba, pieniądze, zobowiązania i strach. Podejmowali decyzje razem. Później zaczęła ich żałować.

Joanna oparła dłonie o stół.

- I tata?

Wiedziałam, że teraz nie pyta o Juliana.

- Piotr po śmierci dziadka wiedział. Andrzej też. Babcia chciała wtedy uporządkować autorstwo, ale przekonali ją, żeby tego nie robiła.

Matka nie poruszyła się.

- Mój Piotr?

- Tak.

W jej głosie pojawiło się coś dziecięcego, choć miała sześćdziesiąt jeden lat.

- Wiedział?

- Tak.

- I potem zmieniał jej opisy.

269

- Tak.

Joanna odwróciła twarz.

Nie próbowałam jej dotknąć.

Przez ostatnie tygodnie sama miałam dość ludzi, którzy zakładali, że skoro coś boli, natychmiast trzeba położyć na tym rękę.

- Pamiętam ich kłótnię - powiedziała po chwili.

- Piotra i Andrzeja?

Pokręciła głową.

- Mamy i Piotra.

Czekałam.

- To musiało być po śmierci taty. Nie od razu. Może rok później, może dwa. Nie pamiętam daty. Byłam u nich i słyszałam ich z małego pokoju. Piotr mówił, że teraz niczego już nie można odkręcać, bo każda zmiana pociągnie następną.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

- A babcia?

Joanna patrzyła na własne dłonie.

- Krzyczała, że nie chce niczego odkręcać. Chce tylko, żeby oddał jej nazwisko.

Powietrze w kuchni nagle zrobiło się cięższe.

- Dokładnie tak powiedziała?

- "Oddaj mi moje nazwisko". Albo "oddajcie mi moje nazwisko". Nie dam ci słowo w słowo po tylu latach.

- Co Piotr odpowiedział?

- Że to nie jest już tylko jej sprawa.

Joanna wzięła oddech.

270

- Wtedy myślałam, że chodzi o jakieś rysunki. Byłam zła na oboje, bo mama płakała, a Piotr był uparty. Później zapytałam go, co się dzieje. Powiedział, że mama chce zmieniać opisy w archiwum po śmierci ojca i że to może zrobić bałagan w całej dokumentacji.

- Uwierzyłaś mu.

Nie powiedziałam tego jak zarzutu.

- Tak.

- A babci nie zapytałaś?

- Zapytałam.

Zaskoczyła mnie.

- Co powiedziała?

- Że kiedyś też miałam zrozumieć, jak łatwo człowiek oddaje coś na chwilę, a potem dowiaduje się, że już nie należy do niego.

Przeszedł mnie dreszcz.

- Pamiętasz to dokładnie?

- To pamiętam. Byłam na nią wściekła, bo mówiła zagadkami. Powiedziałam, że jeśli ma problem z Piotrem, powinna rozwiązać go z nim, a nie ze mną.

Joanna przesunęła dłonią po czole.

- Potem nigdy do tego nie wróciłyśmy.

W jej głosie nie było płaczu. To było gorsze. Czyste, suche poczucie spóźnienia.

- Mamo, nie mogłaś wiedzieć.

Spojrzała na mnie ostro.

- Nie mów mi tego.

Zamilkłam.

271

- Mogłam zapytać jeszcze raz - powiedziała. - Mogłam nie przyjąć pierwszego wyjaśnienia Piotra tylko dlatego, że było prostsze. Mogłam zobaczyć, że mama przez lata była przy tych wszystkich obrazach i nigdy nie zastanowić się, dlaczego.

- Ale nie chcę teraz robić z ciebie kolejnej osoby odpowiedzialnej za to, co zrobili oni.

- A ja nie chcę, żebyś mnie od tego całkiem uwalniała.

Usiadłam prościej.

Joanna spojrzała w stronę pudełka z kasetami.

- Byłam dorosła. Miałam własne życie. Nie byłam odpowiedzialna za dokumenty taty ani decyzje Piotra. Ale byłam córką mamy. I przez lata wygodniej było mi myśleć, że po prostu zrezygnowała z malowania, bo tak wybrała.

To było bliskie temu, co czułam sama.

Nie wina.

Udział w wygodnej wersji.

Joanna przez chwilę obracała w palcach serwetkę.

- Wiesz, co pamiętam z dziewięćdziesiątego czwartego? Nie katalogi. Nawet nie obrazy. Pamiętam ciebie z gorączką dwa dni po pogrzebie. Miałaś dwa lata i nie chciałaś spać nigdzie poza naszym łóżkiem. Mama chodziła między swoim mieszkaniem a pracownią, jakby nie potrafiła zdecydować, gdzie ma być. Ja za każdym razem, kiedy wchodziłam do dużego pokoju Juliana, czułam zapach jego papierosów i wychodziłam.

Słuchałam.

- Piotr wtedy wszystko przejął - ciągnęła. - Telefony od właścicieli, dokumenty, rachunki, ludzi z galerii. Ja byłam mu

272

wdzięczna. Naprawdę. Kiedy mówił, że czymś się zajmie, czułam ulgę, bo oznaczało to, że ja nie muszę. Andrzej przychodził, oni siedzieli nad papierami, a ja zabierałam ciebie do parku albo do mamy.

- Dlatego później wierzyłaś jego opisom.

- Nie tylko dlatego. Piotr był moim mężem. Był uporządkowany, znał archiwum lepiej ode mnie i potrafił mówić tak, że rzecz po chwili wydawała się oczywista. Jeśli twierdził, że dany szkic był materiałem do pracy Juliana, nie miałam powodu pytać, skąd wie.

- Do czasu kłótni.

- Nawet wtedy znalazłam powód, żeby nie pytać dalej.

Spojrzała na mnie z bólem.

- Miałam małe dziecko, pracę, własne małżeństwo. Mama była trudna po śmierci taty. Potrafiła jednego dnia mówić, że chce wszystko ujawnić, a następnego nie pozwalała nikomu dotykać papierów. Piotr mówił, że żałoba robi z niej osobę, która próbuje odzyskać kontrolę przez poprawianie archiwum. To brzmiało wiarygodnie.

- A było wygodne.

- Bardzo.

Joanna wzięła głęboki oddech.

- Najgorsze jest to, że pamiętam moment, kiedy zdecydowałam, że nie będę się w to mieszać. Nie powiedziałam tego na głos. Po prostu któregoś dnia pomyślałam: oni oboje wiedzą o tym więcej ode mnie, niech załatwią to między sobą. I wróciłam do swojego życia.

- To nadal nie znaczy, że wiedziałaś, co robił Piotr.

273

- Nie. Ale teraz rozumiem, jak powstaje milczenie. Nie zawsze ktoś każe ci przestać mówić. Czasem dostajesz wersję, z którą łatwiej żyć, i przestajesz zadawać następne pytanie.

Te słowa zostały między nami.

Myślałam o Aleksandrze, ale nie powiedziałam tego od razu. Różnica między nim a moją matką była oczywista. Joanna dostała cudzą wersję. Aleksander świadomie ją tworzył dla mnie.

Mimo to mechanizm miał wspólny element: wygoda pojawiała się dokładnie tam, gdzie powinno pojawić się następne pytanie.

- Dlatego chcę odsłuchać mamę od początku - powiedziała Joanna. - Nie chcę już dostawać tylko tych fragmentów, które ktoś uzna za istotne.

- Babcia też się zgadzała na część tego - powiedziałam. - Sama to napisała.

Joanna podniosła wzrok.

- Dlaczego mi to mówisz?

- Bo nie chcę, żebyśmy po poznaniu jednej prawdy zbudowały natychmiast następną, w której ona nigdy niczego nie wybrała, a wszyscy mężczyźni wokół niej tylko jej coś zabierali.

- Piotr zabrał.

- Tak. Później tak.

- Andrzej też.

- Tak.

- Julian?

To pytanie było najtrudniejsze.

274

- Nie umiem odpowiedzieć jednym słowem. Przy "Świetle po deszczu" wiedział, że maluje Hanna. Zgodził się na podpis swoim nazwiskiem. To jest fakt. Ale ona też się wtedy zgodziła. Nie wiemy jeszcze wszystkiego o tym, jak między nimi wyglądała ta decyzja.

Joanna powoli skinęła głową.

- Czyli nadal ich bronisz.

- Nie. Odmawiam wybierania winnego szybciej, niż pozwalają dokumenty.

Matka spojrzała na mnie długo.

- To brzmi jak ty.

- Mam nadzieję.

Przez chwilę obie patrzyłyśmy na stół.

Potem Joanna zapytała:

- A Aleksander?

Wiedziałam, że to przyjdzie.

- Wiedział więcej, niż mi mówił.

- Jak dużo?

- Zasadniczą historię. Przed naszym pierwszym

spotkaniem.

Jej twarz stwardniała.

- A ty się z nim związałaś.

- Tak.

- Wiedząc?

- Nie.

Joanna wstała gwałtownie i podeszła do okna.

- Czyli zrobił dokładnie to samo.

275

- Nie.

Odwróciła się.

- Nina.

- Nie mówię, że to było w porządku. Zawiesiłam naszą prywatną relację. Nie chcę go teraz widywać poza pracą.

- To dlaczego mówisz "nie"?

- Bo nie chcę zrównywać tego, co zrobił Aleksander, z wieloletnim przepisywaniem cudzej twórczości i certyfikowaniem nieprawdziwego autorstwa. To, co zrobił mnie, jest wystarczająco złe samo w sobie. Nie muszę go powiększać, żeby mieć prawo być zła.

Joanna stała przy oknie przez kilka sekund.

- Przeprosił?

- Tak.

- I?

- Nic. Przeprosiny nie rozwiązują tego, że przez tygodnie odpowiadał mi w sposób, który pozwalał mi dokonywać prywatnych wyborów bez wiedzy, którą miał.

- Nie wrócisz do niego?

Poczułam złość.

- Nie wiem.

- Po czymś takim nie wiesz?

- To jest moja decyzja, mamo.

Joanna cofnęła się, jakbym ją uderzyła słowami.

Od razu pożałowałam tonu.

Nie wycofałam granicy.

- Przepraszam - powiedziałam. - Ale nie chcę teraz dostać od ciebie gotowej odpowiedzi, co mam zrobić z Aleksandrem.

276

Właśnie skończyłam rozmowę z człowiekiem, który przez tygodnie uważał, że wie lepiej ode mnie, kiedy powinnam coś wiedzieć. Nie chcę wejść tutaj i dostać kolejnej decyzji.

Matka zamknęła oczy.

- Masz rację.

Usiadła z powrotem.

- Jestem zła.

- Ja też.

- Na niego.

- Ja bardziej.

Na moment drgnęły jej usta, ale nie był to uśmiech.

- Dobrze - powiedziała. - Nie będę ci mówiła, co masz z nim zrobić.

- Dziękuję.

- Ale mogę nie chcieć go widzieć przez jakiś czas?

- Możesz.

- To akurat moja decyzja.

Skinęłam głową.

Ta wymiana zrobiła między nami więcej porządku niż wszystkie ostatnie zapewnienia, że mamy siebie wspierać.

Spojrzałam na zegar nad drzwiami.

Za pięć siódma.

- Zanim zaczniemy - powiedziałam - musimy ustalić, co robimy z oświadczeniem babci i z nagraniami.

Joanna przesunęła w moją stronę pudełko z nośnikami.

- Oświadczenie chcę zobaczyć.

277

- Jest w formalnym obiegu komisji. Nie mam prawa wysłać ci własnej kopii poza nim.

- Jestem córką Hanny.

- Wiem. Poproszę jutro dział prawny o udostępnienie ci kopii jako osobie bezpośrednio związanej z dokumentem. Jeśli nie mogą, poprosimy Magdalenę o zgodę na osobny dostęp z jej oryginału. Nie będę wynosić pliku bokiem.

Joanna zacisnęła usta, ale po chwili skinęła głową.

- Dobrze.

- I jeszcze jedno. Nie chcę dziś porównywać każdego zdania z nagrań do oświadczenia z 2008 roku.

- Dlaczego?

- Bo jeśli zaczniemy od gotowego tekstu, będziemy słuchać tylko tego, co go potwierdza albo mu przeczy. Chcę usłyszeć te rozmowy w kolejności.

- Od pierwszej kasety?

- Tak. Nie skaczemy od razu do choroby Juliana ani lat dziewięćdziesiątych, nawet jeśli zeszyt z pytaniami sugeruje, że tam może być coś ważnego.

Joanna spojrzała na osiem kaset.

- To może zająć kilka wieczorów.

- To zajmie tyle, ile zajmie.

- A jeśli na pierwszych dwóch będzie mówić tylko o szkole?

- To posłuchamy o szkole.

- I niczego nie zapisujemy?

Zastanowiłam się.

278

- Możemy robić notatki prywatne: numer pliku, temat, moment, do którego chcemy wrócić. Bez transkrypcji i bez wysyłania czegokolwiek do muzeum dzisiaj.

- A jeśli powie coś ważnego?

- Zatrzymujemy odsłuch. Rozmawiamy. Dopiero później decydujemy, czy fragment ma znaczenie dla komisji. Ty jesteś właścicielką nagrań.

- A ty wnuczką.

- Tak. Ale przy projekcie mam też rolę zawodową. Dlatego chcę, żebyś ty pierwsza decydowała o udostępnieniu, a ja powiem ci, kiedy moim zdaniem materiał ma znaczenie badawcze.

- I jeśli się nie zgodzę?

To pytanie było ważne.

- Jeśli dotyczy wyłącznie wspomnienia rodzinnego, zostaje między nami. Jeśli usłyszymy informację, która ma bezpośrednie znaczenie dla autorstwa albo dla dokumentów już będących przedmiotem postępowania, powiem ci uczciwie, jakie mogą być konsekwencje zatrzymania jej poza komisją. Ale nie zabiorę ci nagrania.

Joanna długo patrzyła na mnie.

- Właśnie tego Piotr nie zrobił mamie.

Nie odpowiedziałam.

Nie musiałam.

- Dobrze - powiedziała w końcu. - Tak robimy.

Otworzyła jedną z kopert z nośnikiem. W środku znajdowała się karta z listą ośmiu plików, odpowiadających oznaczeniom mikrokaset. Pracownia digitalizacyjna zachowała daty z etykiet i dodała numery techniczne.

279

Joanna przyniosła swój laptop.

- Nie umiem tego podłączyć.

- Ja zrobię.

- Tylko nie otwieraj jeszcze.

- Nie otwieram.

Wsunęłam nośnik do portu. System poprosił o hasło z osobnej koperty. Joanna rozerwała ją sama i przeczytała ciąg znaków.

Wpisałam.

Pojawił się folder.

Osiem plików.

Najstarszy miał datę listopadową z 2008 roku.

Joanna usiadła obok mnie.

Przez chwilę żadna z nas nie sięgała do touchpada.

- Boję się, że jej nie poznam - powiedziała.

Spojrzałam na matkę.

- Głosu?

- Minęło dziewięć lat, odkąd umarła. Czasem już nie pamiętam dokładnie, jak brzmiała.

Poczułam ucisk pod mostkiem.

Ja pamiętałam babcię śmiejącą się przy kuchennym stole. Pamiętałam jej "Nina, światło", kiedy zasłaniałam jej lampę. Nie wiedziałam jednak, ile z tego było prawdziwym dźwiękiem, a ile pamięcią zbudowaną przez lata.

- Możemy nie zaczynać dzisiaj - powiedziałam.

Joanna pokręciła głową.

- Nie. Umówiłyśmy się.

280

- To nie jest powód.

- Chcę.

Spojrzała na mnie.

- Nie dlatego, że muzeum czeka. Chcę usłyszeć mamę.

Była siódma trzy.

Przesunęłam kursor nad pierwszy plik.

- Gotowa?

Joanna położyła swoją dłoń na mojej.

- Razem.

Kliknęłam.

Najpierw z głośników popłynął tylko cichy szum starej taśmy.

281

Rozdział 19. Głos Hanny

Najpierw był szum.

Przez kilka sekund nie wydarzyło się nic więcej. Potem trzask, przesunięcie taśmy i głos Joanny, młodszy, wyższy niż ten, który znałam.

- Mamo, powiedz coś, bo nie wiem, czy to działa.

Krótka cisza.

- Co mam powiedzieć?

Zamarłam.

Nie dlatego, że głos babci był dokładnie taki, jak go pamiętałam. Nie był. Był bardziej chropawy, spokojniejszy, trochę niższy. Ale rytm zdań, lekkie zawahanie przed odpowiedzią, sposób, w jaki kończyła pytanie jak stwierdzenie, wróciły od razu.

Joanna zacisnęła palce na mojej dłoni.

Na nagraniu zaśmiała się.

- Cokolwiek. Powiedz, jak masz na imię.

- Jeśli tego nie wiesz, to chyba wywiad nie ma sensu.

Matka przy mnie wypuściła powietrze, coś pomiędzy śmiechem a szlochem.

Nie zatrzymałam pliku.

Pierwsza rozmowa trwała czterdzieści trzy minuty i przez większość czasu nie dotyczyła niczego, co mogłoby zainteresować komisję. Hanna opowiadała o swoim dzieciństwie, o mieszkaniu, w którym zimą zamarzała woda w rurach, o nauczycielce rysunku, która kazała jej poprawiać martwą naturę tyle razy, aż przestała rysować kształt jabłka i zaczęła patrzeć na cień.

282

Kilka razy Joanna na nagraniu próbowała wracać do listy pytań.

- A studia?

- Poczekaj, jeszcze nie skończyłam o tej nauczycielce.

Matka siedząca obok mnie pokręciła głową.

- To była cała ona.

Na chwilę przerwałyśmy, kiedy w nagraniu zadzwonił telefon. Hanna zniknęła na moment, potem wróciła, pytając, gdzie skończyły. Został szmer krzesła i Joanna mrucząca do dyktafonu, że matka znowu prowadzi trzy rozmowy naraz.

Ten bezużyteczny fragment poruszył mnie bardziej niż powinien. Dokumenty miały daty, podpisy i cel. Tutaj babcia po prostu odbierała telefon i wracała do herbaty.

- Jeśli kiedyś coś z tych nagrań udostępnimy, nie chcę zostawić wyłącznie zdań o obrazach - powiedziałam.

- Ja też nie - odpowiedziała Joanna.

Przy dwudziestej szóstej minucie Hanna opowiedziała, jak pierwszy raz zobaczyła Juliana na zajęciach z kompozycji. Nie mówiła o wielkiej miłości. Powiedziała, że był zbyt pewny siebie, za głośny i zawsze miał brudne mankiety.

- A potem? - pytała młodsza Joanna.

- Potem nauczył się słuchać. Nie od razu.

Spojrzałam na matkę.

Nie patrzyła na mnie.

Pierwszy plik skończył się nagle, w połowie zdania o jakimś letnim plenerze. Joanna natychmiast sięgnęła do touchpada.

- Następny.

- Chcesz przerwę?

283

- Nie.

- Mamo.

Odwróciła się do mnie.

- Jeśli się zatrzymam po pierwszej, zacznę myśleć, że każda następna będzie gorsza. Chcę jeszcze jedną.

Otworzyłam drugi plik.

Był nagrany tydzień później. Hanna mówiła o studiach i o pierwszym mieszkaniu z Julianem. Przez pierwsze dwadzieścia minut słuchałyśmy o piecu, który dymił, sąsiadach i pieniądzach odkładanych na farby. Potem Joanna z nagrania zapytała:

- Dlaczego przestałaś wystawiać?

Tym razem cisza była dłuższa.

- Nie przestałam od razu.

- Ale później.

- Później było łatwiej nie zaczynać.

- To znaczy?

Hanna westchnęła.

- Najpierw byłam w ciąży. Potem ty byłaś mała. Julian zaczął sprzedawać. Jedno z nas miało wystawy, drugie pilnowało, żeby w domu było czym zapłacić rachunki. To nie była decyzja jednego dnia.

Joanna obok mnie znieruchomiała.

Na nagraniu jej młodszy głos powiedział:

- Żałowałaś?

- Czasami.

- A tata cię zniechęcał?

Znowu cisza.

284

- Nie w taki sposób, jak pytasz.

- To w jaki?

- Julian lubił, kiedy świat wokół niego układał się tak, żeby mógł malować. Ja byłam bardzo dobra w układaniu świata.

Matka nacisnęła pauzę.

Szum urwał się.

- Nigdy wcześniej tego nie słyszałam - powiedziała.

- Przecież to ty nagrywałaś.

- Nie pamiętam. Naprawdę nie pamiętam tej odpowiedzi.

Patrzyła na ekran tak, jakby chciała zobaczyć twarz Hanny.

- Chcesz wrócić?

- Nie. Jeszcze nie.

- Możemy zatrzymać na dziś.

- Nie.

Położyła obie dłonie na stole.

- Chcę usłyszeć, co powiedziałam potem.

Włączyłam.

Na nagraniu Joanna przez kilka sekund milczała, potem zapytała:

- Ale byłaś szczęśliwa?

Hanna roześmiała się krótko.

- To jest pytanie dziecka o rodziców.

- Mam czterdzieści trzy lata.

- I nadal jesteś naszym dzieckiem.

Potem powiedziała:

- Byłam szczęśliwa wiele razy. Byłam też wściekła, zmęczona, zazdrosna i dumna. Jedno nie kasuje drugiego.

285

Spojrzałam na matkę.

Tym razem miała łzy w oczach.

Nie dotknęłam jej.

Po chwili sama przesunęła krzesło bliżej mnie.

Druga kaseta kończyła się rozmową o pierwszej dużej wystawie Juliana. Hanna mówiła o gruntowaniu płócien, rozciąganiu materiału na krosnach i przygotowywaniu farb. Nie przedstawiała tego jako sekretnej współpracy. Mówiła o tym jak o wspólnej codzienności, której granice przez lata wydawały im się oczywiste.

- Czasem poprawiałaś mu obrazy? - pytała Joanna.

- "Poprawiałam" to złe słowo.

- Pomagałaś?

- Tak. Ale on też pomagał mi kiedyś. Tylko moje rzeczy rzadziej wychodziły z domu.

Zatrzymałam oddech.

Nie dlatego, że dowiadywałam się czegoś nowego o autorstwie. Tę historię znałam już z oświadczenia. Nowe było to, jak Hanna o niej mówiła. Bez wielkiego oskarżenia. Bez tonu człowieka, który przez całe życie uważał się za okradzionego.

Na końcu drugiego pliku Joanna z nagrania zapytała:

- To czemu nie podpisywałaś rzeczy, które robiłaś przy jego obrazach?

Hanna odpowiedziała od razu:

- Bo wtedy uważałam, że nie są moje.

Plik skończył się kilka minut później.

Tym razem to ja nacisnęłam pauzę.

286

Była dwudziesta pięćdziesiąt sześć.

- Wystarczy na chwilę - powiedziałam.

Joanna nie protestowała.

Poszłam do kuchni po wodę. Kiedy wróciłam, matka nadal siedziała przed laptopem, ale nie patrzyła na ekran. W dłoniach trzymała jedną z mikrokaset.

- To jest dziwne - powiedziała. - Pamiętam, że ją nagrywałam. Pamiętam dyktafon. Nie pamiętam prawie żadnych słów.

- Minęło dużo czasu.

- Może wtedy nie słuchałam tak, jak teraz.

Usiadłam.

- Wtedy nie wiedziałaś, czego słuchasz.

- Ty też dzisiaj wiesz za dużo.

Miała rację.

Otworzyłam zwykły papierowy notes, nie komputer, i na pierwszej stronie wpisałam tylko datę oraz numery odsłuchanych plików. Pod spodem zostawiłam trzy krótkie hasła: dzieciństwo, studia, własna praca. Bez cytatów.

Joanna przyglądała się temu.

- Naprawdę nic więcej?

- Jeśli zapiszę teraz zdanie, które najbardziej pasuje do tego, co już wiem, jutro może mi się wydawać ważniejsze tylko dlatego, że je przepisałam.

- Czyli mamy udawać, że nie słyszymy rzeczy istotnych?

- Nie. Mamy dać sobie noc, zanim zdecydujemy, co jest istotne dla projektu, a co po prostu dla nas.

287

Matka pomyślała chwilę, po czym wzięła drugi długopis i dopisała na marginesie: "mama o nauczycielce rysunku".

- To jest dla mnie - powiedziała.

- Właśnie.

Miała rację.

Oświadczenie z archiwum Radeckich siedziało mi w głowie, nawet jeśli zostawiłam laptop w pracowni. Każde zdanie Hanny mogłam odruchowo układać pod to, co przeczytałam po południu.

- Dlatego nie chcę przeskakiwać do kasety o chorobie dziadka - powiedziałam.

Joanna spojrzała na listę.

- Trzecia jest jeszcze o studiach?

- Według zeszytu o pracy i pracowni. Czwarta chyba o latach osiemdziesiątych.

- Ile mamy siły?

- Ja jeszcze jedną. Może nie całą.

Matka skinęła głową.

- Trzecią.

Otworzyłam plik.

Nagranie zaczynało się od szurania krzesła i Hanny narzekającej, że Joanna ustawia dyktafon zbyt blisko filiżanki. Przez chwilę obie się kłóciły, czy mikrofon zbiera stukanie łyżeczki.

Poczułam nagłe ukłucie tęsknoty.

Tak brzmieli ludzie, zanim stali się materiałem archiwalnym.

288

Po kilku minutach rozmowa zeszła na mały pokój w pracowni.

- To była twoja pracownia? - pytała Joanna.

- Moja część.

- Ale w papierach zawsze jest pracownia taty.

- Bo mieszkanie też było "nasze", a rachunki przychodziły na jego nazwisko.

W głosie Hanny pojawiło się lekkie rozbawienie.

- Miałam swój stół, szafkę i sztalugę. W dużej sali nie umiałam myśleć, bo zawsze ktoś wchodził.

Spojrzałam na matkę. Potwierdzało to jej wspomnienie z poprzedniego wieczoru, ale nie potrzebowałyśmy teraz robić z tego notatki dla muzeum.

Słuchałyśmy dalej.

Hanna opowiadała o szkicownikach. Powiedziała, że część rysunków robiła wyłącznie dla siebie, a część powstawała podczas rozmów z Julianem. Czasami on brał jej układ i zmieniał go na płótnie. Czasami ona zaczynała od jego pomysłu. Nie prowadzili ewidencji autorstwa każdego rozwiązania, bo żyli razem i przez wiele lat nie czuli potrzeby stawiania granicy w każdym szkicu.

- To ci nie przeszkadzało? - zapytała Joanna na nagraniu.

- Wtedy nie zawsze.

- A później?

Hanna nie odpowiedziała od razu.

Szum taśmy trwał kilka sekund.

- Później granica zniknęła nie tam, gdzie chciałam.

Matka obok mnie zacisnęła usta.

289

- Co to znaczy? - pytała młodsza Joanna.

- To znaczy, że łatwo jest coś dać komuś, kogo kochasz. Trudniej zorientować się, kiedy inni zaczynają uważać, że dałaś wszystko.

Zatrzymałam nagranie.

Joanna spojrzała na mnie.

- To jest ważne.

- Tak.

- Dla komisji.

- Być może. Ale najpierw dla ciebie.

- Nie uciekaj w procedurę.

- Nie uciekam.

Wzięłam oddech.

- Ten fragment nie mówi jeszcze o konkretnym obrazie. Mówi o tym, jak ona rozumiała granice własnej pracy. To może mieć znaczenie, ale nie musimy decydować dzisiaj.

Matka odwróciła wzrok do ekranu.

- Chcę słuchać dalej.

Włączyłam.

Przez kolejne dwadzieścia minut Hanna mówiła o rzeczach zwyczajnych. Kto kupował farby. Których zapachów Julian nie znosił. Jak w latach osiemdziesiątych coraz częściej bolały go plecy, zanim jeszcze pojawiły się poważniejsze problemy zdrowotne. Jak ona zaczęła wracać do własnych obrazów, ale większości nie pokazywała.

Potem Joanna z nagrania zapytała:

- Dlaczego?

290

- Bo bałam się, że jeśli pokażę coś słabego, usłyszę, że dobrze zrobiłam, rezygnując. A jeśli pokażę coś dobrego, będę musiała odpowiedzieć sobie, dlaczego nie robię tego częściej.

Nie znałam tego zdania.

Nie było go w oświadczeniu.

Nie rozwiązywało zagadki.

A jednak powiedziało mi o Hannie więcej niż wiele dokumentów.

Nie była kobietą, której świat po prostu zabronił malować. Sama też bała się sprawdzić, co by się stało, gdyby znów potraktowała własną pracę poważnie.

To nie umniejszało odpowiedzialności innych.

Odbierało im jednak wygodne prawo do bycia jedynymi autorami jej życia.

Przy końcu trzeciego nagrania temat przesunął się do 1988 roku.

Usłyszałam, jak Joanna pyta:

- A kiedy tata zachorował?

Natychmiast nacisnęłam pauzę.

Była dwudziesta druga siedemnaście.

Matka odwróciła się do mnie.

- Dlaczego zatrzymałaś?

- Bo od tego momentu zaczyna się część, która bezpośrednio dotyczy sprawy.

- I?

- I jesteśmy zmęczone.

- Ja chcę słuchać.

291

- Wiem.

- To moje nagrania.

- Wiem.

Nie chciałam powtórzyć błędu Aleksandra, nawet w dobrej intencji.

Przesunęłam rękę od touchpada.

- Ty decydujesz.

Joanna siedziała chwilę w ciszy.

Potem spojrzała na zegar.

- Jeszcze dziesięć minut. Jeśli będzie za dużo, zatrzymamy.

- Dobrze.

Włączyła nagranie sama.

Głos Hanny wrócił po krótkim szumie.

- To był taki dzień, kiedy rano jeszcze się człowiek kłóci o rachunki, a wieczorem już wie, że wszystkie wcześniejsze problemy były luksusem.

Nie mówiła długo o szpitalu. O tym wiedziałam już z dokumentów. Interesujące było coś innego.

- Po powrocie Julian nie mógł znieść, że ręka go nie słuchała - mówiła. - Najpierw chciał wszystko odwołać. Potem nie chciał nic odwołać. Byliśmy zmęczeni i przestraszeni.

- I wtedy zaczęłaś za niego malować? - zapytała Joanna.

Hanna poprawiła ją od razu.

- Nie "za niego". Z nim.

Matka przy mnie zaczęła płakać cicho.

Nie zatrzymałam nagrania.

292

- Na początku naprawdę tak to czułam - ciągnęła Hanna. - On mówił, ja robiłam to, czego ręka mu nie pozwalała. Czasem było odwrotnie, bo ja coś zmieniałam, a on mówił, że lepiej zostawić. Nie czułam, że zabieram mu obrazy. Czułam, że ratujemy wspólne życie.

- A później?

Długi szum.

- Później zobaczyłam, że ludzie chwalą go za rzeczy, których w nim nie było.

Na chwilę zabrakło mi oddechu.

- Byłaś zła?

- Byłam dumna. To jest najgorsze do przyznania.

Joanna obok mnie zasłoniła usta dłonią.

- Patrzyłam na obraz i wiedziałam, że jest dobry. Wiedziałam, ile jest w nim mojego. I jednocześnie cieszyłam się, że Julian znowu ma sukces. Że rachunki będą zapłacone. Że on pierwszy raz od miesięcy wygląda, jakby wrócił do siebie. Zgodziłam się. Nikt nie przyłożył mi ręki do podpisu.

Siedziałam nieruchomo.

To właśnie było w oświadczeniu.

Ale słyszeć to w jej głosie znaczyło coś innego.

Nie brzmiała jak ktoś, kto się usprawiedliwia.

Brzmiała jak człowiek, który po latach nie pozwala sobie uprościć własnej odpowiedzialności.

- Żałowałaś? - zapytała Joanna na nagraniu.

- Nie wtedy.

- Nigdy?

- Później.

293

- Czego?

Hanna długo nie odpowiadała.

- Że nie postawiłam granicy, kiedy jeszcze wiedzieliśmy oboje, gdzie ona jest.

Joanna zatrzymała nagranie.

Była dwudziesta druga dwadzieścia sześć.

Nikt nie mówił.

W końcu matka wstała i wyszła do łazienki.

Nie poszłam za nią.

Zostałam przy stole z głosem Hanny zatrzymanym w połowie trzeciego pliku.

Po kilku minutach Joanna wróciła z mokrą twarzą.

Usiadła.

- Koniec na dziś.

- Dobrze.

Zamknęłam odtwarzacz.

Nie usuwałam historii ostatniego pliku. Nie kopiowałam fragmentu. Nie robiłam znacznika dla komisji.

Joanna spojrzała na zeszyt z pytaniami.

- Teraz rozumiem, dlaczego nie chciała być opisana jako ofiara.

- Tak.

- Ale była skrzywdzona.

- Tak.

- Jedno nie wyklucza drugiego.

- Nie.

Matka przesunęła palcem po etykiecie mikrokasety.

294

- Chcę, żeby komisja kiedyś to usłyszała.

Spojrzałam na nią.

- Który fragment?

- Nie wiem jeszcze. Nie dzisiaj.

- Dobrze.

- Najpierw chcę przesłuchać resztę.

- Też tak uważam.

- A potem zdecyduję, co im dam.

- Tak.

Joanna odetchnęła.

Przez moment obie patrzyłyśmy na zamknięty laptop.

- Wiesz, czego się jeszcze boję? - zapytała.

- Czego?

- Że jeśli zmienicie podpis, ludzie pomyślą, że całe ich małżeństwo było kłamstwem.

- Nie możemy temu zapobiec.

- Wiem. Ale chcę, żeby zostało też to, co słyszałyśmy dzisiaj. Że ona go kochała, sama podejmowała część decyzji i później ich żałowała.

- Nie jako obrona Juliana - powiedziałam.

- Jako jej własna wersja siebie.

Skinęłam głową. Matka nie próbowała już chronić rodzinnej legendy. Chciała chronić złożoność Hanny.

- Ale jeśli okaże się, że głos mamy potwierdza to, co już macie w papierach, nie chcę, żebyście zostawili podpis pod obrazem tylko dlatego, że wszystkim tak łatwiej.

To była decyzja, która dotyczyła także mnie.

295

- Ja też nie.

- Nawet jeśli to zniszczy wystawę dziadka?

Popatrzyłam na matkę.

Nie musiałam już odpowiadać jak konserwatorka próbująca nie urazić rodziny.

- Jeśli dowody pokażą, że "Światło po deszczu" powinno być przypisane Hannie albo Hannie i Julianowi, będę za takim opisem. Niezależnie od wystawy.

Joanna skinęła głową.

- Dobrze.

Poczułam ciężar własnych słów.

To nie był jeszcze końcowy wniosek komisji.

Było to moje stanowisko.

Wiedziałam już, po której stronie stanę, jeśli materiał pozostanie tak mocny, jak był teraz.

Nie po stronie Hanny przeciw Julianowi.

Po stronie prawidłowej atrybucji.

Matka zamknęła pudełko z kasetami.

- Zostają u mnie.

- Oczywiście.

- Nośnik też.

- Tak.

- Następny odsłuch w czwartek?

Zastanowiłam się.

- Mogę po pracy.

- Nie chcę jutro. Muszę mieć dzień bez ich głosów.

- Rozumiem.

296

Wstałam i zaczęłam zbierać szklanki.

Telefon w torbie milczał.

Nie sprawdzałam go przez cały wieczór.

Aleksander nie pojawił się ani w mieszkaniu, ani w wiadomościach. Zgodnie z tym, czego od niego zażądałam.

Tego wieczoru nie chciałam myśleć, czy kiedyś będę potrafiła usiąść z nim przy jednym stole inaczej niż zawodowo.

Miałam przed sobą matkę, która po raz pierwszy od dziewięciu lat usłyszała własną matkę.

To wystarczało.

Przed wyjściem Joanna zatrzymała mnie w przedpokoju.

- Nina.

- Tak?

- Dziękuję, że mnie nie zatrzymałaś.

Wiedziałam, o co chodzi.

O trzeci plik. O moment, kiedy chciała słuchać dalej, a ja mogłam zdecydować, że wiem lepiej, ile jest w stanie znieść.

- To były twoje nagrania.

- Nie tylko o to chodzi.

Patrzyłyśmy na siebie chwilę.

- Wiem - powiedziałam.

Pocałowałam ją w policzek.

Na zewnątrz przestało padać.

Szłam na przystanek powoli, z rękami w kieszeniach.

Nie zabrałam żadnego pliku.

Nie potrzebowałam go.

297

Głos Hanny został ze mną bez kopii.

298

Rozdział 20. Nazwisko Radecki

W środę rano doktor Maj poprosiła, żebyśmy nie zaczynali od dokumentów.

- Chcę najpierw odtworzyć kolejność decyzji w projekcie - powiedziała. - Kto o co pytał, kiedy i na jakiej podstawie.

Siedzieliśmy w małej sali obok archiwum. Na stole leżały wydruki maili, wnioski o dostęp do zbiorów, protokoły naszych spotkań i zestawienia kwerend Aleksandra. Nie było w tym nic widowiskowego. Właśnie dlatego czułam, że ten etap ma większe znaczenie niż kolejna dramatyczna rozmowa.

Doktor Maj zbudowała prostą tabelę. Data. Pytanie. Źródło pytania. Materiał znany całemu zespołowi. Materiał znany wcześniej tylko Aleksandrowi.

Pierwsze wpisy były neutralne. Proweniencja obrazu, wcześniejsza konserwacja, numery magazynowe. Potem pojawiły się pytania o chorobę Juliana, prywatne materiały rodzinne i późne obrazy Hanny.

Przy każdym z nich Maj zatrzymywała się dłużej.

- To pytanie wynikało z obiektu? - zapytała przy wniosku Aleksandra o dokumentację medyczną Juliana.

- Częściowo - odpowiedział.

- Co znaczy częściowo?

- Wiedziałem z oświadczenia Hanny, że sprawność ręki Juliana po chorobie miała znaczenie dla podziału pracy w pracowni.

Maj zapisała to bez komentarza.

Następne pytanie dotyczyło szkiców Hanny.

299

- To także wynikało z wcześniejszej wiedzy?

- Tak.

- Czy zespół wiedział wtedy, że pańskie zainteresowanie nie było wyłącznie ogólną kwerendą?

- Nie.

Maj podniosła wzrok.

- To jest problem.

- Wiem.

Nie patrzyłam na Aleksandra. Od dwóch dni rozmawialiśmy tylko wtedy, kiedy wymagała tego praca. Był uprzejmy, precyzyjny i nie próbował znaleźć chwili sam na sam. Nie napisał po wtorkowej konfrontacji. Nie zapytał o odsłuch u Joanny.

Robił dokładnie to, czego od niego zażądałam.

Nie przynosiło mi to ulgi.

Maj przeszła dalej.

Po godzinie obraz sytuacji był dość jasny. Aleksander nie zmieniał naszych wyników technicznych. Nie fałszował danych ani nie ukrywał dokumentów po ich formalnym włączeniu. Ale jego wcześniejsza wiedza wpłynęła na to, jakie pytania pojawiły się w projekcie szybciej niż inne i na które materiały zwracał uwagę, zanim reszta zespołu znała powód.

- To nie unieważnia wyników - powiedziała Maj. - Ale unieważnia wygodne założenie, że część historyczna była od początku neutralną kwerendą.

Tadeusz oparł się o krzesło.

- Co rekomendujesz?

Maj zamknęła tabelę.

300

- Radecki może pozostać źródłem dokumentacji i odpowiadać za opis pochodzenia materiałów. Może też przedstawiać własne analizy jako podpisane stanowisko eksperckie. Nie powinien natomiast redagować końcowej syntezy historycznej komisji ani decydować, które materiały są istotne dla atrybucji. Końcową syntezę przygotuję ja z udziałem drugiego historyka spoza projektu.

Aleksander nie zaprotestował.

- Zgadzam się.

Tadeusz spojrzał na niego.

- To oznacza zmianę zakresu umowy.

- Rozumiem.

- I wynagrodzenia.

- Tak.

Wolska, która siedziała po drugiej stronie stołu, przesunęła dokument.

- Dział prawny przygotował aneks. Część dotycząca końcowego raportu proweniencyjnego zostaje wyłączona z pańskiego zlecenia. To około jednej trzeciej pozostałego honorarium. Nie będziemy też uruchamiać planowanego rozszerzenia kwerendy na kolejne dzieła z retrospektywy, dopóki komisja nie zakończy oceny pańskiego udziału w obecnym projekcie.

Wiedziałam, że takie rozszerzenie było dla Aleksandra ważne. Miał objąć całą grupę późnych prac Juliana, nie tylko trzy obrazy związane z Hanną. Zawodowo mogło to być kilka miesięcy pracy i publikacja, pod którą jego nazwisko pojawiłoby się jako głównego autora badań.

Podpisał aneks.

301

Bez przemowy.

Bez spojrzenia w moją stronę.

To właśnie sprawiło, że zrozumiałam koszt.

Nie był to gest dla mnie, bo nie próbował upewnić się, że go widzę. Była to konsekwencja wpisana do umowy, której nie mógł później odwołać przeprosinami.

Po spotkaniu wróciłam do pracowni z Martą.

- Myślałam, że dyrekcja go całkiem wyrzuci - powiedziała.

- Wtedy musielibyśmy udawać, że jego źródła przestają istnieć.

- Wiem.

Usiadła na rogu stołu.

- Jak się z tym czujesz?

- Z czym?

- Z tym, że stracił część zlecenia.

- To nie moja kara.

- Nie pytałam, czy go ukarałaś.

Spojrzałam na nią.

- Dobrze, że komisja zrobiła to, co powinna.

Marta czekała.

- I przykro mi, że go to kosztuje - dodałam. - Te dwie rzeczy też mogą być prawdziwe jednocześnie.

- Nadal go kochasz?

Pytanie było zbyt bezpośrednie.

- Nie wiem, czy zdążyłam nazwać to miłością przed tym wszystkim.

- To nie odpowiedź.

302

- Innej nie mam.

Marta zeszła ze stołu.

- W takim razie jej nie wymyślaj.

Tego dnia po południu dostałam dostęp do kopii oryginałów złożonych przez Magdalenę. Nie przez Aleksandra. Kancelaria muzeum przekazała mi link do niezależnie zeskanowanego depozytu, a przy każdym pliku widniała informacja, kto potwierdził zgodność kopii.

Magdalena zgodziła się również, żeby doktor Maj i prawniczka obejrzały oryginały w jej obecności. Aleksander nie miał brać udziału w tym spotkaniu.

To również było wykonaniem wcześniejszej decyzji. Nie oddawał materiałów po raz drugi. Po prostu przestawał być osobą, przez którą trzeba było przejść, żeby do nich dotrzeć.

W czwartek rano dostaliśmy wiadomość, że oryginał oświadczenia Hanny, notatki Andrzeja i dwa certyfikaty zostały sprawdzone. Nie było zastrzeżeń co do zgodności kopii.

Tadeusz zwołał krótkie spotkanie.

- Od dzisiaj wszystkie nowe pytania do archiwum Radeckich idą przez Maj albo kancelarię - powiedział. - Aleksander odpowiada na pytania o pochodzenie, ale nie wybiera materiału do odpowiedzi.

Aleksander skinął głową.

- Jasne.

- I jeszcze jedno - dodała Wolska. - W katalogu wystawy nazwisko pana Radeckiego zostanie przy raporcie źródłowym i dokumentacji proweniencyjnej w zakresie już wykonanej pracy. Nie będzie pan współautorem końcowej noty atrybucyjnej.

303

- Rozumiem.

Nie było w tym upokorzenia. Nikt go publicznie nie karcił. Właśnie dlatego brzmiało poważnie. Jego nazwisko miało pozostać tam, gdzie odpowiadał za pracę, ale zniknąć z miejsca, w którym wcześniej miał współtworzyć końcową wersję historii.

Po spotkaniu minęliśmy się przy wyjściu.

- Nina - powiedział.

Zatrzymałam się.

- Tak?

- Maj poprosiła mnie o dodatkowy wykaz tego, które dokumenty otwierałem przed rozpoczęciem projektu. Będę go składał dziś. Dostaniesz go w tym samym obiegu.

- Dobrze.

- To wszystko.

Skinęłam głową.

Poszedł w przeciwną stronę.

Nie próbował użyć swojej zawodowej straty jako argumentu, że się zmienia. Nie powiedział, że zaakceptował aneks przez wzgląd na mnie. Nie oczekiwał, że zapytam, jak się czuje.

Byłam mu za to wdzięczna.

I zła, że w ogóle muszę zauważać takie rzeczy.

Przed południem Maj poprosiła mnie jeszcze o jedną rzecz. Chciała, żebym razem z Borecką wskazała wszystkie ustalenia techniczne, które powstały niezależnie od pytań Aleksandra. Nie po to, żeby go oczyścić, tylko żebyśmy wiedzieli, co w projekcie pozostaje nienaruszone, nawet jeśli

304

sposób prowadzenia kwerendy historycznej wymaga korekty.

Usiadłyśmy z Katarzyną przy dokumentacji od pierwszego dnia.

Ołówkowy ślad przy krawędzi znalazłam przed poznaniem Aleksandra. Różnice w budowaniu warstw zostały opisane przeze mnie przed zestawieniem z jego archiwami. Anonimowa ocena Boreckiej potwierdziła je bez znajomości nazwisk. Wysokorozdzielcza reflektografia została zlecona ze względu na cechy obrazu, choć wcześniejsza wiedza Aleksandra niewątpliwie sprawiła, że od początku przyglądał się partii okna uważniej.

- Czyli rdzeń techniczny stoi - powiedziała Borecka.

- Tak. Ale nie chcę zdania "stoi" w raporcie.

- Oczywiście, że nie.

Wpisałam: "Ustalenia materiałowe możliwe do odtworzenia niezależnie od wcześniejszej wiedzy historycznej badacza."

To zdanie uspokoiło mnie bardziej, niż chciałam przyznać. Aleksander wpłynął na drogę, którą szliśmy, ale nie stworzył śladów na płótnie. Nie musiałam wybierać między uznaniem jego błędu a uznaniem prawdziwości własnej pracy.

Kiedy przesłałam tabelę Maj, odpowiedziała niemal od razu: "Takiego rozdzielenia potrzebowaliśmy."

Aleksander dostał tę samą wiadomość w kopii.

Nie odpisał wszystkim. Nie dopisał, że jego udział nie wpłynął na wynik. Pozostawił ocenę tam, gdzie od tej chwili należała.

Czwartkowy wieczór spędziłam u Joanny.

305

Przyjechałam kilka minut po osiemnastej. Matka przygotowała herbatę i kanapki, ale tym razem nie siedziałyśmy długo w kuchni. Wiedziałyśmy już, że jeśli przed odsłuchem zaczniemy mówić o wszystkim, co wydarzyło się w muzeum, nie uruchomimy nagrań do dziewiątej.

- Co z Aleksandrem? - zapytała tylko, kiedy podłączałam nośnik.

- Komisja ograniczyła mu rolę. Nie będzie pisał końcowej syntezy, stracił część wynagrodzenia i planowane dalsze zlecenie.

Joanna spojrzała na mnie.

- Przez ciebie?

- Nie. Przez własne decyzje i ocenę komisji.

- Przyjął?

- Tak.

Matka przez chwilę milczała.

- Dobrze.

Nie było w tym satysfakcji.

- Nie chcę dzisiaj o nim rozmawiać - powiedziałam.

- Ja też nie.

Otworzyłyśmy trzeci plik od miejsca, w którym skończyłyśmy we wtorek.

Hanna mówiła jeszcze kilka minut o pierwszych miesiącach po chorobie Juliana, ale szybko przeszła do rzeczy, które nie miały nic wspólnego z obrazami. O tym, jak uczył się zapinać guziki lewą ręką. Jak złościł się na rehabilitację. Jak ona kłamała znajomym, że wszystko wraca do normy, bo nie miała siły odpowiadać na pytania.

Joanna kilka razy zatrzymywała nagranie.

306

Nie po to, żeby robić notatki.

- Tego nie wiedziałam - mówiła.

Albo:

- Pamiętam tę koszulę.

Trzeci plik skończył się po dwudziestu kilku minutach. Czwarty zaczynał się kilka tygodni później w chronologii rozmów Joanny z matką. Tematem były lata dziewięćdziesiąte.

Słuchałyśmy godzinę.

Hanna mówiła o śmierci Juliana, o pustej pracowni i o tym, że po pogrzebie przez długi czas nie mogła wejść do dużej sali. Opowiadała też o Piotrze, który przejął organizację dokumentów.

Nie oskarżała go od początku.

- Piotr wtedy uratował nas przed kompletnym chaosem - powiedziała. - Joanna miała swoje życie, ja nie mogłam patrzeć na papiery, a ktoś musiał odbierać telefony.

Matka obok mnie odwróciła twarz.

Po chwili Hanna dodała:

- Problem z ludźmi, którzy ratują cię z chaosu, zaczyna się wtedy, kiedy przestają oddawać ci rzeczy po uporządkowaniu.

Joanna zatrzymała.

- To o nim.

- Tak.

- Chcę słuchać dalej.

Włączyła sama.

307

Słuchałam, jak Hanna mówi o rosnącym poczuciu, że własne szkice znikają w opisach "pracowni". Wracała do rozmów z Piotrem, który tłumaczył jej, że rozdzielanie materiałów po latach jest ryzykowne i niepotrzebne. Przyznawała, że czasem ustępowała, bo nie chciała kolejnej awantury, a czasem sama nie była pewna, gdzie przebiegała granica.

- To jest ważne - powiedziała Joanna.

- Tak.

- Ale nadal nie chcę niczego przekazywać, dopóki nie skończymy.

- Dobrze.

- Myślisz, że komisja się obrazi?

- Komisja nie jest właścicielem twojej matki.

Joanna spojrzała na mnie.

- Tego zdania nie używaj na posiedzeniu.

- Nie planuję.

Po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechnęła się lekko.

Czwarty plik skończył się przed dwudziestą pierwszą. Zrobiłyśmy przerwę, a potem zaczęłyśmy piąty.

Tym razem rozmowa była zwyczajniejsza. Hanna opowiadała o wnuczce sąsiadki, remoncie łazienki i wystawie, na którą nie poszła, bo nie chciała spotkać dawnych znajomych Juliana. W pewnym momencie zeszła na Magdalenę.

- Z nią mogę rozmawiać, bo niczego ode mnie nie chce - powiedziała.

Joanna na nagraniu zapytała:

- O czym?

308

- O tym, co było. Nie o tym, co mam z tym zrobić.

Matka przy stole zamknęła oczy.

Nie potrzebowałyśmy komentarza. To wyjaśniało, dlaczego po latach Hanna wybrała właśnie Magdalenę na osobę, której przekazała oświadczenie.

Nie dowodziło niczego nowego.

Przywracało logikę jej wyborowi.

O dwudziestej pierwszej trzydzieści zatrzymałyśmy nagranie w połowie piątego pliku.

- Wystarczy - powiedziała Joanna.

Tym razem nie próbowała słuchać dalej.

- Zostały trzy i pół - odpowiedziałam.

- W sobotę.

- Może być.

Matka zamknęła laptop.

- Nie chcę oddawać komisji pojedynczych fragmentów. Nadal.

- Rozumiem.

- Kiedy przesłuchamy wszystko, wybiorę te miejsca, które dotyczą bezpośrednio obrazów, autorstwa i papierów. Reszta zostaje rodzinna.

- To rozsądne.

- I chcę najpierw dostać legalną kopię oświadczenia mamy.

- Wolska powiedziała dziś, że dział prawny może przygotować egzemplarz dla ciebie za zgodą Magdaleny. Napiszę jutro.

- Dobrze.

309

Pomyślałam o tym, że kilka tygodni wcześniej to ja musiałam tłumaczyć matce, dlaczego nie możemy wrzucić rodzinnego szkicownika do muzealnego obiegu bez zasad. Teraz Joanna sama ustalała precyzyjną granicę między materiałem rodzinnym a dowodem dla komisji.

Zmieniałyśmy się obie.

W nowym harmonogramie, który sekretariat rozesłał po południu, zmiana była widoczna także bez czytania aneksu do umowy. Przy nazwisku Aleksandra zniknęła kolumna "rekomendacja końcowa". Zostały "źródła", "proweniencja wykonana" i "odpowiedzi archiwalne". Przy syntezie wpisano Maj oraz nazwisko historyka, którego dopiero mieliśmy poznać.

Przez chwilę patrzyłam na tę tabelę.

Kilka tygodni wcześniej Aleksander był człowiekiem, który przychodził do nas z informacjami, których nikt inny nie posiadał. Teraz komisja budowała proces tak, żeby żadna ważna decyzja nie wymagała zaufania wyłącznie jemu.

Nie było to odebranie mu wiedzy.

Było odebraniem wyłączności. I po tym, co wydarzyło się między nami, właśnie tę różnicę rozumiałam aż za dobrze. Wiedza mogła pozostać jego kompetencją. Prawo do decydowania, kto i kiedy ją dostanie, już nie.

Wysłałam harmonogram do folderu projektu i zamknęłam wiadomość. Nie napisałam do niego.

W piątek rano przyszła formalna opinia dotycząca pisma Piotra.

Ekspert potwierdził z wysokim prawdopodobieństwem, że dopisek na odwrocie karty szkicownika i parafa należały do niego.

310

Nie poczułam niczego nowego.

Być może dlatego, że wiedziałam już, czego dokument dotyczy. Ekspertyza nie zmieniała ojca w inną osobę. Zamieniała tylko rodzinne rozpoznanie jego pisma w materiał, który komisja mogła wykorzystać bez mojego nazwiska jako jedynej podstawy.

Na posiedzeniu Maj położyła raport na stole.

- Mamy teraz techniczne potwierdzenie świadomego udziału Piotra w zmianie opisu - powiedziała. - Nadal nie mamy dokumentu, który pozwala przypisać mu intencję ukrycia autorstwa Hanny w chwili dokonywania tej konkretnej korekty.

- Ale mamy jego późniejszą wiedzę o rzeczywistym podziale pracy - powiedział Tadeusz.

Maj spojrzała na niego.

- Mamy dokumenty wskazujące, że wiedział więcej niż wynikało z katalogu. To nie jest to samo co dowód, co dokładnie miał w głowie przy każdej korekcie. Nie skracajmy drogi tylko dlatego, że jesteśmy blisko końca.

Spojrzałam na nią z wdzięcznością.

Właśnie tak chciałam, żeby komisja pracowała.

Aleksander siedział przy końcu stołu, bez miejsca w części przeznaczonej dla autorów końcowej syntezy. Miał przed sobą tylko własny notes źródłowy.

Kiedy Maj poprosiła go o dokument z 1994 roku, podał sygnaturę.

Nie interpretację.

311

- Czy jest jeszcze jakikolwiek materiał z archiwum Radeckich, do którego komisja nie ma dostępu z powodu pańskiej decyzji? - zapytała.

- Nie.

- Z powodu decyzji Magdaleny Radeckiej?

- Dwa dokumenty pozostają wyłącznie prywatne, ale oba zostały przejrzane przez dział prawny pod kątem związku ze sprawą. Prawniczka potwierdziła, że go nie mają. Komisja ma ich metryki i podstawę wyłączenia.

Wolska potwierdziła.

To oznaczało pełny dostęp w granicach, które nie zależały już od Aleksandra.

Nie powiedziałam nic.

Nie musiałam.

Pod koniec spotkania Tadeusz podał kolejną datę.

- Jeśli chcemy otworzyć wystawę bez kolejnego

przesunięcia o miesiąc, końcową rekomendację atrybucyjną musimy mieć najpóźniej za trzy tygodnie.

Policzyłam w głowie.

Od pierwszych oględzin minął niemal miesiąc.

Trzy tygodnie prowadziły nas blisko planowanych ośmiu.

Po raz pierwszy cała historia zaczęła mieć nie tylko przeszłość, ale także termin końca.

Kiedy wychodziłam z sali, Aleksander został w środku, bo Maj poprosiła go o dodatkowe źródła.

Nie czekałam.

Wróciłam do pracowni i otworzyłam dokument z aktualnym opisem obrazu.

312

"Atrybucja w weryfikacji."

Za trzy tygodnie te słowa miały przestać wystarczać.

I niezależnie od tego, co wydarzy się między mną a Aleksandrem, wiedziałam już, że nie pozwolę, żeby zastąpiła je kolejna wygodna wersja.

313

Rozdział 21. Tylko to, co jest

W sobotę przyjechałam do Joanny po osiemnastej z pieczywem, serem i pudełkiem ciasta, którego żadna z nas nie zamawiała, ale obie uznałyśmy, że przy kolejnych godzinach głosu Hanny będzie potrzebne coś zupełnie zwyczajnego.

Dzień wcześniej, po zgodzie Magdaleny, dział prawny przekazał Joannie zabezpieczoną kopię oświadczenia Hanny. Przeczytała ją sama i powiedziała mi tylko, że chce dokończyć nagrania, zanim zdecyduje, które fragmenty udostępni komisji.

Na stole czekał laptop, nośnik i zeszyt z pytaniami z 2008 roku. Matka nie otworzyła nagrań wcześniej.

- Zostało trzy i pół - powiedziała.

- Nie musimy kończyć wszystkich dziś.

- Wiem.

Usiadłyśmy obok siebie.

Piąty plik zaczął się w miejscu, w którym skończyłyśmy poprzednio. Hanna mówiła o Magdalenie, o samotności po śmierci Juliana i o tym, że coraz mniej ufała katalogom, w których cudzy porządek stawał się po latach bardziej realny niż jej pamięć.

Potem rozmowa skręciła w stronę rzeczy prawie banalnych. Zepsutego pieca, sprzedanego samochodu, sąsiadki, która przychodziła pożyczać drabinę. Joanna kilka razy się śmiała. Raz cofnęła nagranie, żeby jeszcze raz usłyszeć, jak Hanna narzeka na człowieka z administracji.

Nie zaznaczałyśmy niczego.

314

Szósty plik był trudniejszy. Joanna z nagrania zapytała matkę o Piotra i porządkowanie papierów po śmierci Juliana.

- On naprawdę dużo wtedy zrobił - powiedziała Hanna. - Nie chcę po latach mówić, że wszystko było złe tylko dlatego, że później się pokłóciliśmy.

- O co?

- O granicę. Jak zwykle.

Współczesna Joanna spojrzała na mnie, ale nie zatrzymała nagrania.

Hanna mówiła o tym, że początkowo sama prosiła Piotra, żeby przejął rozmowy z właścicielami obrazów, galeriami i ludźmi od ubezpieczeń. Potem zauważyła, że materiały, które dawała mu do uporządkowania, zaczynają wracać z innymi nazwami.

- Najpierw myślałam, że to skróty - mówiła. - Potem, że nie warto walczyć o każdy papier. Aż zobaczyłam, że jeśli nie zawalczę o żaden, za chwilę nie będę miała czego nazwać swoim.

Joanna nacisnęła pauzę.

- Ten fragment chcę zachować.

- Dla komisji?

- Być może. Najpierw zapiszę czas.

Wpisała numer pliku i minutę na osobnej kartce.

Nie próbowałam podpowiadać.

Przy siódmym nagraniu zrobiłyśmy przerwę. Było po dwudziestej pierwszej. Zjadłyśmy kanapki w kuchni i przez prawie dwadzieścia minut nie mówiłyśmy o Hannie.

Matka zapytała o pracownię.

- Nadal nic?

315

- Nadal ocena merytoryczna.

- Jak długo mogą to trzymać?

- W regulaminie mają do dwóch tygodni od zamknięcia etapu.

- A właściciel lokalu?

- Zgodził się czekać do końca przyszłego tygodnia.

Joanna popatrzyła na mnie uważnie.

- A jeśli nadal nie będzie odpowiedzi?

- Będę musiała zdecydować bez niej.

- Wiesz już jak?

- Nie.

To była prawda. Nie dramatyzowałam jej.

Wróciłyśmy do salonu.

Siódmy plik zawierał długą rozmowę o pracach Hanny po śmierci Juliana. Mówiła o kilku małych obrazach, które rozdała znajomym, i o tym, że długo nie podpisywała nowych rzeczy, bo własne nazwisko zaczęło ją drażnić.

- Jak może drażnić własne nazwisko? - pytała Joanna na nagraniu.

- Kiedy przez lata jest dopisywane małymi literami pod cudzym, zaczyna brzmieć jak przypis.

Matka obok mnie odwróciła wzrok.

Kilka minut później pojawiło się zdanie, którego obie szukałyśmy, choć żadna nie powiedziała tego wcześniej.

- Nie chciałam zabrać Julianowi życia po jego śmierci - powiedziała Hanna. - Chciałam tylko, żeby moje rzeczy nie umarły razem z nim.

Joanna zatrzymała plik.

316

Tym razem płakała krótko, bez ukrywania twarzy.

- To też - powiedziała.

Zapisała czas.

Ostatnie nagranie zaczęłyśmy po dwudziestej drugiej. Było najkrótsze. Hanna była wyraźnie zmęczona. Kilka razy prosiła, żeby Joanna wyłączyła dyktafon, potem sama wracała do rozmowy.

Mówiła o tym, czego nie chciała.

Nie chciała procesu przeciwko rodzinie. Nie chciała publicznego widowiska. Nie chciała, żeby ktoś nazwał Juliana oszustem w taki sposób, jakby trzy obrazy unieważniały wszystkie wcześniejsze lata jego pracy.

Ale nie chciała też, żeby milczenie stało się ostatnią wersją.

- Jeśli kiedyś będziesz musiała wybrać między spokojem a prawdą - powiedziała - nie wybieraj prawdy dlatego, że brzmi szlachetniej. Najpierw sprawdź, czy to naprawdę prawda. A potem nie udawaj, że jej nie widzisz.

Joanna wyłączyła nagranie, zanim plik dobiegł do końca.

Była dwudziesta druga czterdzieści osiem.

- Wystarczy.

Nie sprzeciwiałam się.

Przez dłuższą chwilę siedziałyśmy bez słów.

Potem matka wyjęła kartkę z trzema zaznaczonymi fragmentami.

- Chcę dać komisji te trzy miejsca. I jeszcze fragment z pierwszego odsłuchu, kiedy mówiła, że po chorobie malowała z Julianem, nie za niego.

- Cztery fragmenty.

317

- Tak.

- W całości, bez cięcia zdań?

- Tak. Po kilka minut przed i po każdym, żeby było słychać kontekst.

- To rozsądne.

- Bez prawa publikacji.

- Wpiszemy.

- Bez kopiowania całych plików do muzealnego archiwum.

- Możemy przygotować kontrolowany odsłuch dla komisji i przekazać tylko zaszyfrowany nośnik z czterema zakresami, jeśli dział prawny to zaakceptuje.

- I chcę być przy tym, kiedy pierwszy raz ich słuchają.

Spojrzałam na nią.

- Na posiedzeniu?

- Tak.

- Jesteś pewna?

- Nie. Ale to ja zdecyduję, co im daję. Nie chcę później słyszeć, jak ktoś opowiada mi, co moja matka powiedziała.

- Dobrze.

Wzięłam osobną kartkę i spisałam warunki jej zgody. Joanna przeczytała wszystko, zmieniła jedno słowo i podpisała dopiero wtedy.

Tego wieczoru nie zabrałam nośnika. W poniedziałek dział prawny miał przygotować sposób technicznego udostępnienia wyłącznie czterech fragmentów.

W niedzielę rano Joanna przysłała mi zdjęcie podpisanej kartki z warunkami zgody. Pod spodem dopisała jeszcze własnoręcznie: "Nie wyrażam zgody na użycie nagrań do

318

celów promocyjnych ani na publikowanie głosu mamy". Zadzwoniłam do niej, żeby upewnić się, że rozumie, iż komisja może później cytować treść dopuszczonych fragmentów w wewnętrznym uzasadnieniu.

- Wewnętrznie tak - powiedziała. - Publicznie chcę zobaczyć tekst wcześniej.

- Możemy poprosić, żeby każda publikacja cytatu wymagała osobnej zgody.

- Właśnie tego chcę.

Nie negocjowałam z nią w imieniu muzeum. Wysłałam warunki do Wolskiej jako propozycję właścicielki materiału. Odpowiedź przyszła jeszcze tego samego dnia: muzeum je akceptowało.

Wieczorem usiadłam nad własnymi finansami. Policzyłam kaucję, możliwe koszty przeprowadzki i trzy miesiące wyższego czynszu bez żadnego dofinansowania. Liczby nie wyglądały dobrze, ale nie wyglądały też katastrofalnie. Po raz pierwszy miałam na papierze realną granicę ryzyka: mogłam wziąć lokal bez programu, jeśli zrezygnuję z kilku zakupów i zostawię sobie rezerwę, której nie wolno będzie naruszyć.

Zapisałam tę kwotę na kartce i schowałam ją do portfela.

Nie zadzwoniłam po radę ani do Aleksandra, ani do matki.

Kiedy wracałam do domu, czułam zmęczenie, ale nie chaos.

Hanna nie była już dla mnie tylko kobietą z oświadczenia albo szkicownikiem z pudełka. Miała własne sprzeczności, własną zgodę i własny moment, w którym przestała się na tę zgodę godzić.

To wystarczało, żeby przestać próbować mówić za nią.

W poniedziałek rano w mojej starej pracowni kapała woda.

319

Nie na obraz. Na szczęście.

Pęknięcie pojawiło się przy górnej części okna, gdzie deszcz wciskał się pod uszczelkę i spływał po ścianie za regałem z materiałami. Kiedy weszłam, na podłodze była już kałuża.

Przez następne pół godziny przenosiłam pudełka, odsuwałam regał i układałam ręczniki.

Właściciel budynku nie odbierał.

O dziewiątej miałam być w muzeum.

Napisałam Marcie, że się spóźnię.

Pięć minut później zadzwonił Aleksander.

Patrzyłam na ekran przez dwa sygnały.

Odebrałam.

- Marta powiedziała, że masz awarię - powiedział.

- Mały przeciek. Nic przy obiektach.

- Potrzebujesz pomocy?

Pierwszy odruch brzmiał: nie.

Rozejrzałam się po regale. Sama mogłam go przesunąć jeszcze kilka centymetrów, ale był ciężki, a podłoga śliska.

- Tak - powiedziałam. - Jeśli jesteś blisko.

- Jestem dziesięć minut stąd. Przyjadę.

Nie powiedział nic więcej.

Kiedy wszedł, podałam mu rękawiczki robocze.

- Ten regał trzeba odsunąć od ściany. Tylko tyle.

- Dobrze.

Nie zaczął dzwonić do administracji. Nie szukał zaworu ani nie oglądał sufitu jak człowiek, który właśnie przejął

320

dowodzenie. Stanął po jednej stronie regału i czekał, aż powiem, kiedy podnosimy.

Przesunęliśmy mebel.

Za nim tynk był mokry na szerokość prawie pół metra.

Zaklęłam.

- To nie jest pierwszy raz? - zapytał.

- Rok temu było podobnie, tylko mniej.

- Masz zdjęcia z wtedy?

- Tak.

- Mogą się przydać właścicielowi.

- Wiem.

Na tym skończył.

Pomógł mi przenieść dwa kartony do drugiego pomieszczenia. Jeden miał rozerwany spód. Zatrzymał go na kolanie, żebym mogła podłożyć nowe pudełko.

Pracowaliśmy przez dwadzieścia minut.

Kiedy skończyliśmy, w końcu oddzwonił właściciel. Umówił fachowca na popołudnie i obiecał pokryć naprawę.

Odłożyłam telefon.

- Mam dosyć tego miejsca.

Aleksander spojrzał na mokrą ścianę.

- Wiem.

- Nie mów, że powinnam wziąć nową pracownię.

- Nie powiem.

- Nawet jeśli za chwilę sama to powiem.

- To nadal będzie twoje zdanie.

Usiadłam na krześle.

321

- Zostań pięć minut.

Była to pierwsza rzecz prywatna, o którą poprosiłam go od wtorku.

Usiadł po drugiej stronie stołu.

Nie rozmawialiśmy o nas.

Opowiedziałam mu o skończonych nagraniach i o zgodzie Joanny na cztery fragmenty. Słuchał, nie pytając o treść więcej, niż chciałam powiedzieć.

- Będzie na komisji - dodałam.

- Dobrze.

- Boję się, że ktoś zada jej pytanie, na które nie będzie chciała odpowiadać.

- Możecie z Wolską ustalić wcześniej zakres. Joanna nie jest świadkiem przesłuchiwanym pod przysięgą. Jest właścicielką materiału i córką Hanny.

- Wiem.

- Jeśli chcesz, mogę w ogóle nie być w sali podczas odsłuchu.

Spojrzałam na niego.

- Komisja sama zdecyduje, kogo potrzebuje.

Skinął głową.

To była poprawna odpowiedź.

Po pięciu minutach wstaliśmy.

- Dziękuję za regał - powiedziałam.

- Nie ma za co.

- Jest.

Nie dodałam nic więcej.

322

Pojechaliśmy do muzeum osobno.

Trzy dni później dostałam decyzję w sprawie pracowni.

Otworzyłam mail w muzealnej kuchni, stojąc przy ekspresie.

"Dofinansowanie przyznane warunkowo."

Przez sekundę nie rozumiałam słowa "warunkowo". Potem przeczytałam dalej.

Program zatwierdził siedemdziesiąt procent wnioskowanej kwoty. Umowę miałam podpisać w ciągu dziesięciu dni roboczych. Środki zostaną wypłacone w dwóch transzach, pierwsza po podpisaniu umowy najmu i przedstawieniu faktur zaliczkowych. Musiałam więc wpłacić kaucję i część kosztów z własnych pieniędzy, zanim zobaczę pierwszą transzę.

Nie był to cud.

Była to możliwość.

Marta znalazła mnie z telefonem w dłoni.

- Masz?

Podałam jej ekran.

Krzyknęła tak głośno, że ktoś z korytarza zajrzał do kuchni.

- Ciszej.

- Dostałaś!

- Siedemdziesiąt procent.

- To dużo.

- To znaczy, że muszę wyłożyć więcej, niż zakładałam.

- Dasz radę?

- Tak. Jeśli przeniosę część wyposażenia zamiast kupować wszystko nowe i przesunę zatrudnienie drugiej osoby o dwa albo trzy miesiące.

323

Marta objęła mnie.

Tym razem się nie broniłam.

Po południu zadzwoniłam do właściciela większego lokalu. Nadal był dostępny. Umówiliśmy się na piątek na ostateczne oględziny i podpisanie warunkowej umowy najmu z początkiem następnego miesiąca.

Kiedy odkładałam telefon, Aleksander przechodził obok stołu z teczką.

Nie powiedziałam nic.

Zatrzymał się, bo zobaczył Martę pokazującą mi uniesiony kciuk.

- Dostałaś? - zapytał.

- Siedemdziesiąt procent.

Na jego twarzy pojawiła się radość, której nie próbował ukryć.

- Gratuluję.

- Dziękuję.

- Kiedy podpisujesz?

- W piątek oglądam lokal jeszcze raz.

Zawahałam się.

Marta miała wtedy wyjazd służbowy.

Matka nie znała się na technicznych wymaganiach pracowni. Mogłam pojechać sama. Robiłam to wcześniej.

- Masz czas w piątek po siedemnastej? - zapytałam.

Aleksander znieruchomiał.

- Mam.

- Potrzebuję kogoś, kto zauważy rzeczy, których ja już nie widzę, bo za bardzo chcę ten lokal.

324

Nie uśmiechnął się.

- Przyjadę.

- Tylko oględziny.

- Jasne.

W piątek spotkaliśmy się na miejscu.

Nowa pracownia pachniała kurzem, drewnem i pustym pomieszczeniem. Wysokie okna wpuszczały zimne popołudniowe światło. Właściciel pokazał instalację, licznik i zaplecze.

Aleksander prawie się nie odzywał. Kiedy właściciel wyszedł odebrać telefon, wskazał tylko na jedno okno.

- Ta rama się nie domyka.

Sprawdziłam.

Miał rację.

Potem zauważył, że zamek w drzwiach zaplecza zacina się przy przekręcaniu klucza.

- Coś jeszcze? - zapytałam.

Rozejrzał się.

- Nie wiem, czego potrzebuje konserwatorka. Widzę tylko, że podłoga przy zlewie jest lekko podniesiona.

Podeszłam.

Wilgoci nie było, ale zanotowałam, żeby właściciel sprawdził odpływ przed przekazaniem lokalu.

Kiedy właściciel wrócił, nie podpisałam niczego od razu. Pokazałam mu niedomykające się okno, zacinający zamek i miejsce przy zlewie. Ustaliliśmy, że okno i zamek naprawi przed początkiem najmu, a odpływ sprawdzi hydraulik. Dopisałam te trzy punkty do protokołu przekazania.

325

- Myślałem, że pani już zdecydowana - powiedział.

- Jestem. To nie znaczy, że mam nie patrzeć.

Aleksander stał przy drugim końcu pomieszczenia i nie wtrącił ani słowa.

Dopiero kiedy właściciel wyszedł po wydruk poprawionego protokołu, spojrzałam na niego.

- Nic?

- To twoja umowa.

- A jeśli coś przeoczyłam?

- Powiem ci, jeśli zobaczę konkretną rzecz. Nie będę negocjował za ciebie.

Dokładnie takiej obecności potrzebowałam.

- I? - zapytał później, kiedy zostaliśmy sami.

Stanęłam pośrodku głównego pomieszczenia.

Próbowałam nie widzieć przyszłych stołów i lamp. Tylko to, co było.

Wysokie okna. Dobre światło. Miejsce na wentylację. Osobne pomieszczenie. Podłoga do sprawdzenia. Okno do naprawy. Większy czynsz. Kaucja, którą mogłam zapłacić. Dofinansowanie, które nie pokrywało wszystkiego.

- Biorę - powiedziałam.

Aleksander skinął głową.

Nie powiedział, że wiedział.

Umowę podpisałam sama.

Kolejny tydzień minął na rzeczach drobnych i powtarzalnych.

Maj przygotowywała końcową syntezę. Borecka zamknęła część techniczną. Joanna spotkała się z Wolską i prawniczką,

326

ustalając warunki kontrolowanego odsłuchu czterech fragmentów. Nie przekazała całych nagrań. Komisja mogła je usłyszeć tylko podczas posiedzenia, bez prawa kopiowania i publikacji. Joanna miała być obecna.

Aleksander odpowiadał na pytania archiwalne przez wspólny obieg. Jeśli czegoś nie wiedział, pisał "nie ustaliłem". Jeśli dokument dopuszczał dwie interpretacje, wpisywał obie.

W jednym przypadku sam zgłosił, że data na kopii fotografii, którą wcześniej wiązał z końcem 1989 roku, została dopisana dopiero przy późniejszym porządkowaniu zbioru i nie może być używana do ustalania kolejności pracy. Był to drobny punkt, lecz usuwał z raportu argument, który działał na korzyść jego wcześniejszej hipotezy.

Maj skreśliła go z tabeli.

Aleksander nie szukał zamiennika.

Obserwowałam to z drugiego końca stołu. Nie było w tym niczego, za co należałoby dziękować. Badacz powinien sam usuwać własne słabsze argumenty. Mimo to właśnie powtarzalność takich zachowań zaczynała mieć dla mnie znaczenie większe niż jedno dobre przeproszenie.

Nie próbował spotkać się ze mną poza sytuacjami, w których sama go o to prosiłam.

Po oględzinach pracowni nie poszliśmy na kolację. Przy wyjściu powiedziałam tylko:

- Dziękuję, że przyjechałeś.

- Cieszę się, że to miejsce jest dobre.

Rozeszliśmy się w dwie strony.

Nie bolało mnie to już tak samo jak tydzień wcześniej.

Nie oznaczało też, że chciałam natychmiast zawrócić.

327

Na początku kolejnego tygodnia dostałam od właściciela klucz do nowej pracowni na czas prac przygotowawczych. Umowa miała zacząć obowiązywać od pierwszego dnia następnego miesiąca, a do tego terminu pozostawało nieco ponad trzy tygodnie. Pierwsza transza dofinansowania miała przyjść po akceptacji faktur zaliczkowych, najpóźniej w ciągu dziesięciu dni roboczych.

Włożyłam nowy klucz do osobnej kieszeni torby.

Stary nadal nosiłam przy breloku.

Przez jakiś czas potrzebowałam obu.

W muzeum zostało siedem dni do końcowego posiedzenia komisji.

Tego popołudnia Aleksander podał mi wydruk odpowiedzi na pytanie Maj dotyczące jednego z certyfikatów.

- Tu jest różnica między datą na kopii a datą w rejestrze - powiedział. - Nie wiem, skąd się wzięła. Zgłosiłem ją zamiast wybierać jedną.

Przeczytałam.

- Dobrze.

Nie było w tym nic imponującego.

Tak właśnie powinna wyglądać jego praca od początku.

A jednak właśnie w tych nieefektownych zdaniach zaczynałam widzieć coś, czego nie potrafiłam jeszcze nazwać powrotem.

Możliwość, że kiedyś nie będę musiała sprawdzać każdej jego odpowiedzi pod kątem tego, czego zdecydował się nie powiedzieć.

Odłożyłam wydruk.

- Aleksander.

328

Spojrzał na mnie.

- Po komisji będziemy musieli porozmawiać.

Nie drgnął w stronę nadziei. Nie uśmiechnął się.

- Dobrze.

- To nie jest obietnica.

- Wiem.

Skinęłam głową.

Potem wróciłam do pracy.

Na stole między nami nie było już zamkniętej teczki.

Były tylko dokumenty, do których oboje mieliśmy taki sam dostęp.

329

Rozdział 22. Autor obrazu

Tydzień później weszłam do muzeum przed ósmą.

Na zewnątrz było jeszcze prawie ciemno. Przez noc spadł pierwszy mokry śnieg, który rano zmienił się w szarą wodę na chodnikach. W pracowni paliła się tylko jedna lampa nad stołem dokumentacyjnym.

"Światło po deszczu" wisiało już pionowo na tymczasowym stelażu.

Konserwacja była zakończona w zakresie, na jaki pozwalał stan obrazu i przyjęty program. Nie wyglądał jak nowy. Nie chciałam, żeby wyglądał. Zniknęły zabrudzenia, ustabilizowaliśmy warstwy, retusze nie odciągały już wzroku od kompozycji. Okno było jaśniejsze, ale pozostało tym samym oknem.

Tylko podpis obok niego wciąż nie istniał.

Na stole leżały trzy projekty roboczej etykiety.

Pierwszy zachowywał dotychczasowe autorstwo Juliana i dodawał informację o udziale Hanny.

Drugi mówił o "pracowni Juliana Orłowskiego".

Trzeci zostawiał pustą linię, czekając na decyzję komisji.

Odwróciłam kartki drukiem do dołu.

Nie potrzebowałam oglądać ich przed spotkaniem.

Joanna przyjechała kilka minut po ósmej trzydzieści. Miała ze sobą niewielkie czarne etui z przygotowanym nośnikiem oraz papierową kopertę z podpisaną zgodą na kontrolowany odsłuch czterech fragmentów.

- Spałaś? - zapytała.

- Trochę.

330

- Ja prawie wcale.

Zdjęła płaszcz.

Nie wyglądała jak osoba, która przyjechała walczyć o nazwisko własnej matki. Wyglądała jak moja matka przed ważnym badaniem lekarskim, kiedy próbowała pamiętać o dokumentach i nie pozwolić sobie myśleć o wyniku.

- Możemy jeszcze zrezygnować z nagrań - powiedziałam.

- Nie chcę.

- Pytam ostatni raz.

- Wiem.

Wyjęła kopertę.

- Są moje warunki. Te same, które zaakceptowali. Cztery fragmenty, w całości z ustalonym kontekstem. Bez kopiowania. Bez publikacji głosu. Jeśli będą chcieli cytat do katalogu, dostanę go wcześniej.

- Tak.

- I jeśli po odsłuchu ktoś zacznie pytać mnie o moje małżeństwo albo o rzeczy, których nie pamiętam, mogę odmówić.

- Możesz odmówić wszystkiego, co wykracza poza materiał, który sama wnosisz.

Joanna skinęła głową.

- Dobrze.

Usiadłyśmy na chwilę przy obrazie.

Nie rozmawiałyśmy.

Kilka tygodni wcześniej widziałam w nim dzieło dziadka, przy którym pojawił się problem. Teraz nie potrafiłam już spojrzeć na powierzchnię bez widzenia dwóch osób w jednej

331

pracowni. Hanny prowadzącej dużą część płótna. Juliana siedzącego obok, poprawiającego, zatwierdzającego, nadal uczestniczącego. Ich wspólnej decyzji, która później przestała należeć tylko do nich.

To było trudniejsze niż zamiana jednego nazwiska na drugie.

Właśnie dlatego nie chciałam zgodzić się na etykietę, która ponownie wszystko uprości.

Posiedzenie rozpoczęło się o dziewiątej trzydzieści.

Przy stole siedzieli doktor Maj, Borecka, Wolska, Tadeusz, doktor Lewandowski, drugi historyk sztuki zaproszony do końcowej syntezy, oraz przedstawicielka działu zbiorów. Prawniczka muzeum prowadziła protokół, ale nie brała udziału w głosowaniu.

Ja miałam prawo przedstawić stanowisko, odpowiadać na pytania i zgłosić zdanie odrębne.

Nie miałam prawa głosu.

Aleksander siedział z boku, przy mniejszym stole z dokumentacją źródłową. Joanna usiadła obok mnie.

Nie spojrzałam na niego przy wejściu. Nie dlatego, że chciałam go ukarać. Potrzebowałam tego dnia zobaczyć wyłącznie ludzi w ich rolach.

Maj zaczęła od techniki.

Nie streszczała wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatnie tygodnie. Wybrała tylko elementy, które rzeczywiście miały znaczenie dla końcowej decyzji.

Borecka omówiła porównanie warstw malarskich. Dwie pewne prace Juliana z tego samego okresu zachowywały wspólną logikę budowania powierzchni, odmienną od kluczowych partii "Światła po deszczu". Niezależna

332

anonimowa ocena potwierdziła tę różnicę, zanim osoba oceniająca znała nazwiska.

Potem pokazała podrysowanie.

Na ekranie pojawiły się dwie linie ościeża, krótki znak kontrolny i łuk usuniętej misy.

Obok umieszczono roboczy szkic Hanny.

Nie potrzebowałam już przekonywać samej siebie, że podobieństwo jest za duże, by je pominąć. Widziałam je od tygodni. Teraz patrzyłam, jak osoby spoza naszej codziennej pracy przyjmują je jako materiał, nie objawienie.

- Najważniejsza jest nie zgodność gotowej kompozycji - powiedziała Borecka. - Tylko zgodność kolejności zmian. Oba źródła rejestrują ten sam proces korekty.

Lewandowski zapytał:

- Czy można wykluczyć, że szkic powstał później jako kopia z obrazu?

Marta, wezwana do tej części posiedzenia, przedstawiła datowanie i ciągłość szkicownika. Papier, kolejność składek, zapis na wcześniejszych i późniejszych stronach, brak śladów podmiany.

- Nie ma podstaw, żeby uznać tę stronę za późniejszy dodatek - zakończyła. - Zeszyt funkcjonował jako całość wiele lat przed powstaniem obrazu.

Potem wyszła.

Nie została na część dotyczącą rodzinnych dokumentów.

Maj przeszła do zmieniającej się atrybucji materiałów Hanny. Karta z 1995 roku. Dopisek Piotra. Jego instrukcja redakcyjna. Kolejne korekty katalogu.

Formalna ekspertyza pisma leżała w załączniku.

333

- Zatem wiemy, że późniejsze przesuwanie części materiałów Hanny do kategorii pracowni Juliana było przynajmniej częściowo świadomą decyzją Piotra Orłowskiego - powiedziała Maj. - Nie możemy natomiast użyć tej decyzji jako samodzielnego dowodu, że wiedział on w 2001 roku dokładnie, kto wykonał każdą partię badanego obrazu.

- Ale wiemy z korespondencji z 1994 roku, że znał problem trzech późnych płócien - powiedział Lewandowski.

Maj odwróciła się do Aleksandra.

- Proszę podać źródło.

Nie wyjaśnienie.

Źródło.

Aleksander podał sygnaturę listu Piotra i dwie powiązane notatki Andrzeja. Maj otworzyła kopie w swoim pakiecie.

- W liście Piotr odnosi się do zamiaru Hanny skorygowania autorstwa trzech prac - powiedziała. - W odpowiedzi Andrzej opisuje ryzyko dla certyfikatów i rynku. To pozwala uznać, że obaj znali problem autorstwa po śmierci Juliana.

Aleksander nie dodał niczego.

Wcześniej to on prowadziłby tę część.

Teraz jego wiedza służyła tylko odnalezieniu dokumentu, który oceniali inni.

Lewandowski przewrócił kilka stron.

- Chcę wrócić do udziału Juliana. Czy jesteśmy w stanie wskazać jego rękę technicznie, a nie tylko przez relację Hanny i notatki Andrzeja?

Borecka odpowiedziała po chwili.

334

- Nie z taką pewnością jak w przypadku zasadniczego procesu. W górnej partii nieba i przy świetle na parapecie są krótsze, bardziej zdecydowane ingerencje na ostatnim etapie. Są zgodne z tym, jak Julian prowadził drobne korekty w dwóch pewnych obrazach z tego okresu. Nie powiedziałabym jednak, że sama technika pozwala przypisać każdą z nich jemu.

- Czyli określenie "z udziałem Juliana" opiera się częściowo na źródłach pisemnych.

- Tak - odpowiedziałam. - I nie widzę w tym słabości. Mamy zgodne ze sobą relacje z epoki i późniejsze oświadczenie Hanny, które wskazują końcowe korekty Juliana. Technika ich nie podważa.

- A gdybyśmy nie mieli oświadczenia Hanny?

Pomyślałam chwilę.

- Wtedy byłabym ostrożniejsza z proporcją. Mogłabym bronić jej pierwszeństwa w kompozycji i silnego związku z podrysowaniem, ale nie powiedziałabym tak stanowczo, kto wykonał większość powierzchni.

Lewandowski skinął głową.

To pytanie było niewygodne, ale potrzebne. Nie chciałam, żeby komisja zmieniła jedną pewność w drugą tylko dlatego, że po latach chcieliśmy naprawić krzywdę. Jeśli nazwisko Hanny miało trafić na etykietę, musiało wytrzymać także pytania zadawane bez życzliwości.

- I odwrotnie - dodała Maj. - Samo oświadczenie, bez techniki, byłoby relacją zainteresowanej osoby. Siła materiału polega na zgodności niezależnych rodzajów źródeł.

Spojrzałam na ekran z podrysowaniem.

335

Właśnie tego przez całe tygodnie broniliśmy. Nie jednego dokumentu. Zbieżności rzeczy, które nie miały powodu układać się razem, jeśli historia była inna.

Tadeusz słuchał coraz bardziej nieruchomo.

Kiedy doszliśmy do oświadczenia Hanny z 2008 roku, prawniczka potwierdziła pochodzenie oryginału, zgodę Magdaleny i weryfikację kopii.

Maj przeczytała tylko kilka krótkich fragmentów. Nie cały dokument.

Hanna opisywała własny udział w powstawaniu obrazu, zgodę Juliana oraz własną zgodę na podpisanie go jego nazwiskiem. W innym miejscu opisywała późniejszy żal i pragnienie odzyskania autorstwa własnych prac bez publicznego niszczenia całego dorobku męża.

Tadeusz podniósł dłoń.

- I właśnie tutaj mam problem.

Maj odłożyła dokument.

- Jaki?

- Mamy sytuację, która nie mieści się dobrze w prostym autorstwie. Hanna opracowała kompozycję i wykonała większość obrazu, ale Julian uczestniczył w procesie, zatwierdzał decyzje, poprawiał końcowe partie. Oboje wtedy zgodzili się na jego podpis. Późniejsze dokumenty są zniekształcone, ale sama geneza nie była ukrytym podszywaniem się Hanny pod męża.

- Zgadza się - powiedziała Maj.

Tadeusz przesunął przed siebie projekt etykiety.

Widziałam tytuł, zanim zaczął mówić.

336

- Dlatego proponuję "pracownia Juliana Orłowskiego". W nocie można szczegółowo opisać dominujący udział Hanny i udział Juliana. To termin, który mieści współpracę i nie tworzy fałszywej pewności tam, gdzie mamy wspólny proces.

Poczułam, jak Joanna obok mnie sztywnieje.

Maj nic nie powiedziała.

Tadeusz spojrzał na mnie.

- Nina?

Nie pytał, jak wnuczki.

Pytał o stanowisko.

- Nie zgadzam się.

- Dlaczego?

- Bo "pracownia Juliana Orłowskiego" rozwiązuje problem dokładnie tym samym językiem, który go stworzył.

Tadeusz zacisnął usta.

- To nie jest sprawiedliwe.

- Nie mówię o twojej intencji. Mówię o skutku. Przez lata własne szkice Hanny opisywano jako materiały jego pracowni, kiedy trzeba było uniknąć pytania, czy są jej samodzielnymi pracami. Jeśli teraz mamy materiał wskazujący, że kompozycja jest jej, podrysowanie odpowiada jej procesowi, większość warstwy malarskiej wykonała ona, a źródła pisemne potwierdzają ten zakres pracy, i mimo to chowamy jej nazwisko pod słowem "pracownia", powtarzamy tę samą operację.

- Nie chowam nazwiska. Mówię, że będzie w nocie.

- Na etykiecie głównej nie.

Tadeusz spojrzał na obraz wyświetlony na ekranie.

337

- A Julian? Mamy udawać, że go tam nie było?

- Nie. Mamy opisać jego udział takim, jaki był.

Lewandowski odezwał się spokojnie.

- Czyli jak proponujesz?

Nie miałam kartki.

Nie chciałam czytać przygotowanej formuły.

- "Hanna Orłowska, z udziałem Juliana Orłowskiego". Albo "Hanna Orłowska przy współudziale Juliana Orłowskiego", jeśli komisja uzna drugie sformułowanie za precyzyjniejsze. W nocie dokładnie: kompozycja, podrysowanie i zasadnicza warstwa malarska Hanny, drobne końcowe korekty i udział decyzyjny Juliana.

Tadeusz odsunął się od stołu.

- To będzie nagłówek wszystkich tekstów po wystawie.

- Wiem.

- Ludzie przeczytają "Julian Orłowski nie namalował własnego obrazu".

- Nie możemy wybierać autora według tego, jaki nagłówek napisze ktoś poza muzeum.

- Nie mówię, żeby kłamać.

- "Pracownia" byłaby tutaj półprawdą.

Wolska weszła między nas, zanim rozmowa nabrała ostrości.

- Tadeusz ma obowiązek myśleć o skutkach dla wystawy. Nina ma obowiązek powiedzieć, czy zaproponowany opis jest zgodny z dowodami. To nie są sprzeczne obowiązki, dopóki nie próbujemy jednym zastąpić drugiego.

Tadeusz spojrzał na mnie.

338

- Uważasz, że "pracownia Juliana" jest niezgodna z dowodami?

- Uważam, że jest za szeroka i usuwa z pola widzenia osobę, którą materiał pozwala wskazać. Gdybyśmy nie znali autora podrysowania, nie mieli szkicownika, nie mieli oświadczenia i dokumentów z 1989 oraz 1994 roku, byłabym ostrożniejsza. Ale znamy.

Zapadła cisza.

- To jest twoje formalne stanowisko? - zapytała prawniczka.

- Tak.

Zapisała je.

Nie mogłam potem głosować.

Dlatego musiałam powiedzieć wszystko teraz.

- Chcę też jasno zaznaczyć, że nie proponuję usunięcia Juliana z autorstwa procesu. Jego udział był rzeczywisty. Ale udział nie musi oznaczać równego autorstwa. Nie mamy materiału wskazującego, że wykonał porównywalną część obrazu. Mamy materiał wskazujący coś przeciwnego.

Maj skinęła głową.

- To odpowiada również mojej syntezie.

Tadeusz przetarł twarz dłonią.

- Wiem.

Nie brzmiał jak człowiek przegrany.

Brzmiał jak kurator, który rozumiał, że wystawa, nad którą pracował trzy lata, właśnie zmienia oś.

Wolska spojrzała na Joannę.

339

- Pani Orłowska, jeśli jest pani gotowa, możemy przejść do materiału dźwiękowego.

Joanna wyprostowała się.

- Jestem.

Prawniczka odczytała warunki zgody. Cztery fragmenty. Odsłuch wyłącznie podczas posiedzenia. Brak kopiowania i publikacji. Ewentualne cytaty publiczne wymagają osobnej akceptacji Joanny.

Matka sama podała nośnik pracownikowi technicznemu.

- Chcę powiedzieć jedną rzecz przed odtworzeniem - zaczęła. - Nie przynoszę tych nagrań po to, żeby zastąpić nimi badania. Nie jestem historyczką sztuki ani konserwatorką. To są rozmowy z moją matką, które nagrywałam wiele lat temu z innych powodów. Zgadzam się na te fragmenty, bo pokazują, jak ona sama opisywała swoją zgodę, własną pracę i późniejsze żądanie odzyskania nazwiska.

Spojrzała na Tadeusza.

- Nie chcę, żeby robiono z niej świętą. Nie chcę też, żeby znowu zniknęła dlatego, że tak jest łatwiej.

Pierwszy fragment dotyczył okresu po chorobie Juliana.

Słuchaliśmy głosu Hanny mówiącej, że malowała "z nim", nie "za niego", i że wtedy czuła, iż ratują wspólne życie.

Nie patrzyłam na Aleksandra.

Drugi fragment dotyczył granicy, która później zniknęła.

Trzeci jej konfliktu z opisami archiwum.

Czwarty zdania, które pamiętałam aż za dobrze: żeby najpierw sprawdzić, czy coś naprawdę jest prawdą, a potem nie udawać, że się jej nie widzi.

340

Po ostatnim fragmencie Joanna zamknęła etui.

Lewandowski odezwał się pierwszy.

- To jest bardzo mocny kontekst dla intencji Hanny.

- Kontekst - powiedziała Joanna. - Nie chcę, żebyście przypisywali nagraniu więcej.

Spojrzałam na nią.

Wolska skinęła głową.

- Zostanie opisane dokładnie w tym zakresie.

Potem komisja zrobiła przerwę.

Joanna wyszła ze mną na korytarz.

- Chcesz zostać do głosowania? - zapytałam.

- Mogę?

- Jako właścicielka materiału możesz zostać na ogłoszenie decyzji, ale sama narada może być zamknięta.

- To poczekam.

Usiadłyśmy na ławce.

Aleksander wyszedł kilka minut później z Maj. Minął nas, zatrzymał się jednak przed Joanną.

- Dziękuję za udostępnienie nagrań - powiedział.

Matka patrzyła na niego bez uśmiechu.

- Zrobiłam to dla mamy.

- Wiem.

Nie powiedziała nic więcej.

Aleksander skinął głową i odszedł.

Było w tym napięcie, ale nie scena. Joanna nie była tam po to, żeby rozliczać go za mnie.

341

Po dwudziestu kilku minutach sekretarz poprosił nas z powrotem.

Usiadłam na swoim miejscu.

Przed Wolską leżała jedna kartka.

- Komisja podjęła decyzję większością głosów -

powiedziała. - Rekomendujemy zmianę atrybucji "Światła po deszczu".

Poczułam dłoń matki na swoim przedramieniu.

- Autorstwo główne: Hanna Orłowska. Udział Juliana Orłowskiego zostanie wskazany bezpośrednio w zapisie obiektowym oraz rozwinięty w nocie katalogowej. Proponowana forma: "Hanna Orłowska, z udziałem Juliana Orłowskiego, Światło po deszczu, 1989".

Nie oddychałam.

Wolska czytała dalej.

- Uzasadnienie opiera się łącznie na analizie

podrysowania, porównaniu technologicznym warstw, materiale szkicowym Hanny, jej oświadczeniu z 2008 roku, dokumentacji Andrzeja Radeckiego z okresu powstania pracy oraz korespondencji po śmierci Juliana. Nagrania przekazane przez Joannę Orłowską zostały potraktowane jako materiał uzupełniający dotyczący rozumienia przez Hannę własnego udziału, a nie samodzielny dowód autorstwa.

Tadeusz siedział nieruchomo.

- Głos odrębny? - zapytałam, choć nie powinnam.

Spojrzał na mnie.

- Mój.

Poczułam ukłucie.

342

- Głosowałem za "pracownią Juliana", ale przyjmuję decyzję komisji i będę jej bronił jako kurator wystawy.

To zdanie znaczyło więcej niż zgoda bez oporu.

- Dziękuję - powiedziałam.

- Nie dziękuj jeszcze. Muszę przepisać pół sali i katalog.

Jego głos był zmęczony, nie żartobliwy.

- Zrobimy to.

- Wiem.

Prawniczka zapytała, czy chcę dołączyć własne stanowisko do protokołu mimo zgodności z wynikiem.

- Tak.

Przeczytałam przygotowane wcześniej dwa akapity.

Nie mówiłam o rodzinie.

Napisałam, że konserwacja nie daje prawa do wygodniejszej historii, kiedy materiał pozwala na precyzyjniejszą atrybucję. Że w tym przypadku wskazanie Hanny jako głównej autorki nie usuwa udziału Juliana, lecz opisuje proporcję wkładu zgodnie z zachowanymi dowodami.

Na końcu podpisałam się.

Nina Orłowska.

Nie głosowałam.

Mimo to moje stanowisko zostało w protokole obok decyzji komisji.

Po zakończeniu Joanna wstała pierwsza.

- Chcę zobaczyć etykietę, kiedy będzie gotowa.

- Oczywiście - powiedział Tadeusz.

- Nie jako osoba, która ma ją zatwierdzić. Po prostu chcę ją zobaczyć.

343

- Dostanie pani projekt.

Wyszłyśmy z sali razem.

Zatrzymałyśmy się dopiero w pracowni.

"Światło po deszczu" stało dokładnie tam, gdzie rano.

Nic fizycznie się nie zmieniło.

Joanna podeszła bliżej.

- Dziwnie - powiedziała.

- Co?

- Myślałam, że kiedy zobaczę nazwisko mamy, poczuję, że coś wróciło na swoje miejsce.

- Jeszcze nie ma etykiety.

- Wiem. Chodzi mi o decyzję.

Zamilkła.

- I?

- Nic nie wróciło. Po prostu przestało być źle nazwane.

Stanęłam obok niej.

To było dokładniejsze niż wszystko, co mogłam powiedzieć.

Po chwili matka wsunęła rękę pod moje ramię.

Nie patrzyłam w stronę drzwi.

Wiedziałam, że Aleksander nadal jest gdzieś w budynku. Być może odpowiada Maj na ostatnie pytania dotyczące źródeł. Być może już wyszedł.

Tego dnia nie potrzebowałam wiedzieć.

Decyzja komisji nie była decyzją o nim.

Przez wiele tygodni zbyt wiele rzeczy w moim życiu próbowało skleić się w jeden konflikt.

344

Teraz potrafiłam rozdzielić przynajmniej dwie.

Obraz dostał właściwego autora.

Z Aleksandrem nadal mieliśmy własną historię do nazwania.

345

Rozdział 23. Po własnej stronie

Trzy dni po posiedzeniu komisji Tadeusz zatrzymał mnie przy drzwiach pracowni.

- Masz dziesięć minut?

Miałam czterdzieści. Do południa Borecka miała przyjść podpisać ostatnią wersję dokumentacji konserwatorskiej, a później planowano próbny montaż obrazu na sali. Po raz pierwszy od wielu tygodni moje zadania wyglądały jak zwykła praca przed wystawą.

- Mam.

Poszliśmy do jego gabinetu. Na biurku leżała teczka z działu prawnego, ale Tadeusz jej nie otworzył.

- Ustalili źródło przecieku sprzed kilku tygodni - powiedział.

Przez chwilę nie zrozumiałam, o czym mówi. Potem przypomniałam sobie wiadomość prywatnego właściciela, ciocię Irenę i określenie "wnuczka artysty podważająca autentyczność".

- Kto?

- Jedna z osób przy obsłudze wypożyczeń dostała informację o zmianie harmonogramu i o tym, że trwa weryfikacja. Powiedziała znajomemu, że "Orłowska sama sprawdza, czy dziadek malował swoje obrazy". Ten znajomy zna człowieka pracującego dla właściciela jednego z płócien. Resztę już znasz.

- Czyli nie wyciekły raporty.

- Nie. Żaden dokument nie wyszedł z systemu. Głupia rozmowa przy kawie, później następna. Osoba się przyznała.

346

Dostała formalne upomnienie, zmieniliśmy też zasady informacji przy logistycznych zmianach harmonogramu.

Usiadłam.

Przez wiele tygodni gdzieś z tyłu głowy trzymałam możliwość, że ktoś celowo wypuszcza informacje, żeby naciskać na nas albo ochronić nazwisko Juliana. Prawda okazała się znacznie mniej dramatyczna.

Ktoś powiedział o jedno zdanie za dużo komuś, kto powiedział je dalej.

- Chcesz znać nazwisko? - zapytał Tadeusz.

Pomyślałam chwilę.

- Nie. Jeśli sprawa jest formalnie zamknięta, nie potrzebuję kolejnej osoby, na którą mam być zła.

- Jest zamknięta.

- W takim razie wystarczy.

Tadeusz przyglądał mi się przez chwilę.

- Wolska chce, żeby informacja o incydencie została dołączona do wewnętrznej dokumentacji projektu. Także jako wyjaśnienie, skąd wzięła się reakcja właściciela.

- Dobrze.

Wstałam.

- Nina.

Odwróciłam się.

- Co?

- Jak się czujesz po komisji?

Pytanie było tak zwyczajne, że zabrzmiało niemal podejrzanie.

- Zmęczona.

347

- Tylko?

- I zadowolona z decyzji.

- Nie wyglądasz.

- Bo to nie jest rzecz, z której umiem się cieszyć jak z wygranej.

Tadeusz skinął głową.

- Ja też nie.

Nie wracaliśmy do jego głosu odrębnego. Nie potrzebowaliśmy. Mógł uważać "pracownię Juliana" za bezpieczniejszą formułę i jednocześnie wykonać decyzję komisji uczciwie. Widziałam już projekt zmian w katalogu. Nie próbował przemycić dawnej wersji w przypisach.

Wracając do pracowni, minęłam salę, w której doktor Maj i Aleksander kończyli korektę opisów źródłowych. Drzwi były otwarte.

- Mogę wpisać, że notatka Andrzeja potwierdza świadomą certyfikację? - zapytała Maj.

Aleksander spojrzał na dokument.

- Możesz napisać, że notatka powstała przed certyfikatem i wskazuje jego wiedzę o zakresie pracy Hanny. "Świadoma certyfikacja" jest wnioskiem z zestawienia obu dokumentów, nie treścią samej notatki.

- Dobrze.

Maj poprawiła zdanie.

Nie zatrzymałam się.

Jeszcze miesiąc wcześniej Aleksander prawdopodobnie sam sformułowałby końcowy wniosek i podał go jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Teraz pilnował, żeby źródło nie mówiło więcej, niż naprawdę mówiło, nawet

348

jeśli mocniejsze zdanie działało na korzyść wersji, którą znał od lat.

Nie robił tego dla mnie. Nawet nie wiedział, że słyszę.

Właśnie dlatego zauważyłam.

Niecałą godzinę później zobaczyłam jeszcze jedną rzecz.

Do pracowni wszedł Tadeusz z telefonem w dłoni i podszedł do Aleksandra.

- Komunikacja potrzebuje czterech zdań o dokumentach z archiwum Radeckich - powiedział. - Nic o Ninie, nic o rodzinie. Tylko dlaczego materiał źródłowy uzasadnia zmianę atrybucji. Możesz im to wysłać do czternastej?

Aleksander nawet nie otworzył notesu.

- Nie powinienem być podpisany pod takim komentarzem.

Tadeusz zmarszczył brwi.

- Pytam o twoje źródła.

- Źródła mogę opisać. Końcowe znaczenie materiału ustaliła komisja i syntezę pisała Maj. Jeśli komunikacja chce cytatu eksperckiego o tym, dlaczego zmieniono atrybucję, niech poprosi ją albo Wolską. Mogę im przygotować sygnatury i sprawdzić, czy nie przekręcili dat.

- To więcej pracy.

- Dla mnie też byłoby szybciej napisać cztery zdania.

Tadeusz spojrzał na niego przez chwilę, potem schował telefon.

- Dobrze. Dam im Maj.

Kiedy wyszedł, Aleksander wrócił do tabeli.

Nie spojrzał w moją stronę.

349

Wiedziałam, że dawniej taka prośba byłaby naturalna. To on znał archiwum najlepiej, potrafił mówić precyzyjnie i byłby oczywistą osobą do cytowania. Teraz odmówił nie dlatego, że nie miał wiedzy, ale dlatego, że wiedza nie dawała mu już prawa do formułowania publicznej wersji wyniku.

Pomyślałam o jego ojcu. O człowieku, który lubił zamykać sprawy zdaniem możliwym do wpisania do katalogu. O Aleksandrze, który tym razem świadomie nie pisał takiego zdania, choć umiałby zrobić to w kilka minut.

Nie uznałam tego za dowód, że można mu znowu ufać bez sprawdzania.

Uznałam za kolejny mały fakt.

Po południu Marta przyszła odebrać kilka fotografii szkicownika. Zatrzymała się przy moim stole.

- Widziałam, jak Radecki odmówił komunikacji.

- Ja też.

- To coś zmienia?

Wiedziałam, o co pyta.

- Samo? Nie.

- A wszystko razem?

Odłożyłam fotografię.

- Nie wiem jeszcze.

Marta nie naciskała.

- Dobrze. Tylko nie rób teraz odwrotnej wersji tego samego błędu.

- Czyli?

350

- Nie decyduj z góry, że skoro cię zranił, to żadna późniejsza zmiana nie może mieć znaczenia. Wtedy też wybierzesz wynik wcześniej niż materiał.

Spojrzałam na nią.

- To było bardzo konserwatorskie.

- Przebywam z tobą za długo.

Odeszła z fotografiami.

Nie podobało mi się, że jej zdanie zostało ze mną.

Nie zrobiłam z tej uwagi decyzji. Przez kilka kolejnych godzin nadal zajmowałam się obrazem, terminami i własną dokumentacją. Ale pierwszy raz dopuściłam myśl, że pozostawienie Aleksandra poza moim życiem również byłoby wyborem, a nie neutralnym przedłużeniem zranienia. Jeśli miałam go podjąć, chciałam wiedzieć, że robię to dla siebie.

Przez następne dwa dni nie wydarzyło się nic, co można byłoby nazwać przełomem. Podpisałam zamknięcie dokumentacji konserwatorskiej. Joanna dostała projekt nowej etykiety i odpowiedziała Tadeuszowi tylko: "Przeczytałam. Dziękuję za zgodność z decyzją komisji". Pierwsza transza dofinansowania mojej pracowni została zatwierdzona do wypłaty po weryfikacji faktur. Właściciel nowego lokalu wysłał zdjęcie naprawionego okna i wymienionego zamka.

Aleksander pracował w muzeum do końca tygodnia. Rozmawialiśmy przy stole, jeśli trzeba było ustalić źródło albo datę. Raz podał mi wydruk, raz poprosiłam go o sprawdzenie sygnatury. Nie próbował wykorzystać żadnej z tych chwil do czegoś prywatnego.

To ja zaczęłam myśleć o rozmowie.

Nie dlatego, że komisja wskazała Hannę.

351

Nie dlatego, że Aleksander stracił część honorarium i zlecenia.

Nie dlatego, że przez dwa tygodnie zachowywał się właściwie.

Te rzeczy miały znaczenie tylko jako dowód, że kiedy przestałam mu ufać, nie odpowiedział próbą przekonania mnie, żebym zmieniła zdanie. Zmienił sposób działania tam, gdzie wcześniej zawiódł, i pozwolił, żeby ta zmiana nie dawała mu żadnej gwarancji.

A ja nadal za nim tęskniłam.

Nie za człowiekiem od dokumentów. Nie za kimś, kto znał odpowiedzi. Brakowało mi jego obecności w zwyczajnych miejscach. Tego, że pamiętał, jak piję kawę, ale nie robił z tej wiedzy prawa do decydowania za mnie. Jego mieszkania z książkami na podłodze. Osobnej patelni dla bakłażana. Sposobu, w jaki potrafił siedzieć obok przez kilka minut bez potrzeby naprawiania mojego nastroju.

Tęsknota nie unieważniała tego, co zrobił.

Złość też nie unieważniała tęsknoty.

W piątek przed południem zobaczyłam go przy wejściu do magazynu. Maj podała mu jakieś kopie, on sprawdził numery i oddał je pracownicy kancelarii. Potem założył płaszcz.

Wiedziałam, że kończy na dziś.

Wyjęłam telefon.

"Chcę porozmawiać. Jeśli możesz, osiemnasta trzydzieści. Kawiarnia przy Parku Oliwskim, ta od strony Opata Rybińskiego."

Odpowiedź przyszła po minucie.

"Mogę."

352

Nic więcej.

Przez resztę dnia kilka razy miałam ochotę odwołać spotkanie.

Nie zrobiłam tego.

Przyszłam pierwsza. Wybrałam stolik przy ścianie, z dala od okna. Aleksander wszedł punktualnie, zdjął płaszcz i zatrzymał się obok krzesła.

- Cześć.

- Cześć.

Usiadł naprzeciwko.

Kelnerka przyniosła menu. Zamówiliśmy herbatę, choć oboje prawie na nią nie patrzyliśmy.

Przez chwilę słyszałam rozmowy z sąsiednich stolików, ekspres do kawy i dźwięk naczyń odkładanych za barem. Było mi dziwnie dobrze z tym, że nikt wokół nie wiedział, jak ważna jest dla mnie ta rozmowa.

- Nie zaprosiłam cię, żeby powiedzieć, że wszystko jest w porządku - zaczęłam.

- Wiem.

- I nie dlatego, że komisja zmieniła atrybucję.

- Wiem.

Poczułam irytację.

- Jeśli będziesz odpowiadał "wiem" na wszystko, wyjdę.

Aleksander od razu skinął głową.

- Dobrze. Będę słuchał.

Wzięłam oddech.

353

- Przez ostatnie tygodnie obserwowałam, co robisz, kiedy nie masz już wpływu na to, czy ci wybaczę. To jest ważniejsze niż to, co powiedziałeś w mojej pracowni.

Nie ruszył się.

- Oddałeś kontrolę nad źródłami. Zgodziłeś się, żeby inni sprawdzili twoją pracę. Nie próbowałeś odzyskać roli, kiedy komisja ci ją ograniczyła. Kiedy znajdowałeś coś, co osłabiało twoją wcześniejszą wersję, zgłaszałeś to zamiast szukać wygodniejszego argumentu.

- Tak.

Tym razem "tak" nie drażniło.

- I zostawiłeś mnie w spokoju, kiedy o to poprosiłam.

- To było minimum.

- Tak. Było.

Na chwilę opuścił wzrok.

- Nie chcę cię nagradzać za minimum - powiedziałam. - Ani wracać do ciebie dlatego, że poniosłeś konsekwencje. To byłoby równie złe jak odejść tylko po to, żeby kara trwała wystarczająco długo.

Podniósł wzrok.

- Czego chcesz?

To pytanie było dokładnie tym, czego potrzebowałam.

Nie "czy mi wybaczasz".

Nie "czy jeszcze mnie kochasz".

Czego chcę.

- Chcę spróbować być z tobą - powiedziałam. - Ale nie wrócić do tego, co było.

Nie poruszył się przez kilka sekund.

354

- Co dla ciebie znaczy "spróbować"?

- Że nie udajemy, że kiedy coś dotyczy bezpośrednio mnie albo naszej relacji, nie dostaję wersji dobranej pod to, co twoim zdaniem jestem gotowa usłyszeć.

- Tak.

- Jeśli nie możesz mi czegoś powiedzieć z powodów zawodowych, mówisz wprost: "nie mogę ci tego powiedzieć". Nie budujesz odpowiedzi, która jest formalnie prawdziwa, ale prowadzi mnie do fałszywego wniosku.

- Tak.

- I jeśli kiedyś znowu uznasz, że milczenie chroni mnie przede mną samą, chcę, żebyś pamiętał, że to może być koniec.

Jego twarz się napięła.

- Rozumiem.

Poczułam, że muszę poprawić własne zdanie.

- Nie mówię tego jak warunku w umowie. Nie potrzebuję też, żebyś zgadzał się, że mam prawo odejść. Mam to prawo niezależnie od ciebie.

Aleksander skinął głową.

- Masz rację.

Ta szybka korekta miała znaczenie.

Dawniej prawdopodobnie wyjaśniłby, co miał na myśli. Teraz przyjął, że moje zdanie dotyczyło mnie, nie jego intencji.

- A ty? - zapytałam. - Czego chcesz?

Milczał przez moment.

355

- Chcę być z tobą. Nie umiem powiedzieć tego mniej banalnie.

- Nie musisz.

- I nie chcę obiecywać, że już nigdy nie przestraszę się tego, co może zrobić prawda. To byłaby kolejna rzecz powiedziana po to, żeby brzmiała dobrze.

Czekałam.

- Mogę obiecać coś innego - dodał. - Że nie będę używał tego strachu jako powodu, żeby dawkować ci informacje, które dotyczą twojego życia. Jeśli nie będę mógł czegoś powiedzieć, powiem właśnie to. Jeśli będę czegoś tylko podejrzewał, nazwę podejrzenie. Nie wersję bezpieczniejszą dla mnie.

- Tego potrzebuję.

- Wiem, że to nie naprawia tamtych decyzji.

- Nie naprawia.

- I nie oczekuję, że przestaniesz je pamiętać.

- Nie przestanę.

Aleksander spojrzał na dłonie leżące na stole.

- Jest coś, co powinienem powiedzieć jeszcze teraz, zanim zdecydujesz.

Poczułam napięcie, ale nie strach.

- Powiedz.

- Nie mam żadnego dokumentu dotyczącego Hanny, Juliana, Piotra ani "Światła po deszczu", którego istnienie ukrywam przed tobą lub komisją. Nie mam też drugiej relacji matki, prywatnego nagrania ani materiału, który zmieniałby prawdę, którą już znasz. Jeśli kiedykolwiek znajdę coś nowego, pierwszym miejscem będzie właściwy obieg, a w

356

sprawach dotyczących ciebie prywatnie nie będę czekał na wygodny moment.

Patrzyłam na niego.

- Dobrze.

To słowo wystarczyło.

Kelnerka przyniosła herbatę. Odczekaliśmy, aż odejdzie.

Dopiero potem Aleksander zapytał:

- Żałujesz tamtej nocy?

Wiedziałam, o którą pyta.

- Nie.

Jego twarz drgnęła, ale nie ulżyło mu tak, jak mógłby sobie życzyć.

- Nie żałuję własnej decyzji - dodałam. - Była moja. Ale gdybym wiedziała wtedy to, co ty wiedziałeś, mogłam podjąć inną. Nigdy się nie dowiemy jaką.

- Wiem.

Tym razem nie poprawiałam go.

- I tego właśnie nie możesz mi oddać - powiedziałam.

- Nie.

- To zostaje między nami.

- Tak.

Przez chwilę piliśmy herbatę w ciszy.

Nie czułam oczyszczenia. Nie spadł ze mnie ciężar. Rozmowa nie zamieniła dwóch trudnych miesięcy w opowieść o błędzie, który okazał się potrzebny, żebyśmy mogli być razem.

Nie był potrzebny.

357

Po prostu się wydarzył.

Teraz musiałam zdecydować, co robię z tym, co zostało po nim.

- Jest jeszcze jedna rzecz - powiedział Aleksander.

Spojrzałam na niego.

- Nie chcę wrócić do sytuacji, w której projekt jest centrum wszystkiego między nami. Wiem, że jeszcze chwilę będzie nas łączył zawodowo, ale jeśli mamy spróbować, chcę też znać twoje życie, które nie potrzebuje mojego raportu.

Pomyślałam o nowej pracowni.

- W sobotę przyjeżdża pierwsza dostawa wyposażenia.

Zamilkł.

- To zaproszenie?

- Nie do noszenia wszystkiego. Mam ekipę.

- Dobrze.

- Ale po południu będę składała regał na próbki. Możesz przyjść z kawą.

Przez sekundę wyglądał, jakby chciał się uśmiechnąć, ale powstrzymał się.

- Przyjdę z kawą.

- Nie przyjeżdżaj wcześniej i nie organizuj mi transportu.

- Nie przyjadę wcześniej.

- I nie kupuj regału lepszego niż ten, który wybrałam.

- To zaczyna być bardzo szczegółowe.

Spojrzałam ostrzegawczo.

- Kawa - powiedział. - Tylko kawa.

358

Poczułam, jak napięcie w barkach odpuszcza o niewielki stopień.

To było miejsce, w którym mogłam zacząć.

Nie od wspólnego klucza.

Od kawy przy moim regale.

Po zapłaceniu wyszliśmy do parku. Było zimno, ale nie padało. Drzewa były prawie nagie, ścieżki mokre od topniejącego śniegu.

Szliśmy obok siebie bez dotykania.

- Co teraz będzie z tobą zawodowo? - zapytałam po chwili.

- Kończę zakres źródłowy przy tej wystawie. Potem mam dwa mniejsze zlecenia. Nie wiem jeszcze, czy Maj albo muzeum będą chcieli ze mną pracować przy czymś następnym.

- Boisz się?

- Tak.

Nie próbował powiedzieć, że konsekwencje są słuszne i dlatego nie wolno mu ich czuć.

- A gdybyś mógł cofnąć czas? - zapytałam.

Spojrzał przed siebie.

- Powiedziałbym ci przed pierwszym prywatnym

spotkaniem. Nie cały raport jako pewnik. Ale dokładnie, co mam, co mówi Hanna i co potwierdziła moja matka. Potem pozwoliłbym ci zdecydować, czy chcesz dalej ze mną pracować prywatnie, zawodowo, czy w ogóle.

- Tego potrzebowałam wtedy.

- Wiem.

Nie było sensu pytać więcej.

359

Przy rozwidleniu ścieżek zatrzymałam się.

Jedna droga prowadziła w stronę przystanku, druga głębiej przez park.

Aleksander także się zatrzymał.

- Idziesz na tramwaj? - zapytał.

Spojrzałam na niego.

- Jeszcze nie.

Ruszyłam w drugą stronę.

Po kilku krokach poczułam, że idzie obok.

Nie wyciągał ręki.

Po chwili sama wsunęłam swoją w jego dłoń.

Zatrzymał palce wokół moich delikatnie, bez ściskania.

Szliśmy tak przez kilka minut.

Nie była to ta sama bliskość, którą mieliśmy przed prawdą. W tamtej było za dużo niewiedzy, której nie wybrałam.

Ta zaczynała się od czegoś mniej przyjemnego, ale bardziej mojego.

Wiedziałam, co zrobił.

Wiedziałam, czego nie może cofnąć.

I nadal chciałam zobaczyć, kim będziemy, jeśli od tej chwili żadne z nas nie będzie musiało żyć w wersji rzeczywistości wybranej przez drugie.

360

Rozdział 24. Światło po deszczu

Następnego dnia po południu byłam w nowej pracowni od prawie dwóch godzin, kiedy Aleksander zapukał do drzwi.

Najem formalnie miał zacząć się dopiero pierwszego dnia kolejnego miesiąca. Do tego czasu właściciel pozwolił mi wejść z ekipą techniczną, przeprowadzić drobne prace i zamontować to, co było objęte dofinansowaniem. Dostęp regulował osobny protokół przygotowawczy. Po zakończeniu uzgodnionych napraw właściciel przekazał mi już docelowe komplety kluczy, ale do dnia rozpoczęcia najmu nadal nie wolno mi było przyjmować klientów ani przechowywać obiektów.

Na środku głównego pomieszczenia stały dwa nierozpakowane regały. Jeden stół roboczy był już złożony. Na ścianie przy zlewie widniały świeże ślady po sprawdzaniu odpływu, a nowe uszczelki w oknach pachniały gumą.

Otworzyłam drzwi.

Aleksander trzymał dwa kubki kawy i papierową torbę.

- Miała być kawa - powiedziałam.

- Jest.

Podniósł torbę.

- A to?

- Drożdżówka. Nie organizuję transportu, finansowania ani wyposażenia.

- Dobrze, że znasz zakres zlecenia.

Wszedł dopiero, kiedy odsunęłam się od drzwi.

Rozejrzał się po wnętrzu.

- Wygląda inaczej.

361

- Bo w piątek było puste.

- Nie tylko dlatego.

Zrozumiałam, co miał na myśli. Na jednym z regałów stały już moje pojemniki na próbki. Przy oknie leżała miarka, notes i taśma malarska. Na ścianie przykleiłam kartkę z planem ustawienia lamp. To nadal nie była działająca pracownia, ale przestrzeń przestała należeć wyłącznie do przyszłości.

Podał mi kawę.

- Co mam robić?

- Najpierw nic.

- To trudne.

Spojrzałam na niego.

- Naprawdę.

- Dobrze.

Usiadł na złożonym kartonie.

Ja wróciłam do instrukcji regału.

Przez kilka minut pracowałam sama. Nie spieszył się z pomocą. Kiedy jedna z bocznych ścian zaczęła przechylać się pod złym kątem, przytrzymałam ją kolanem.

- Teraz możesz.

Wstał.

- Tutaj?

- Tak. Tylko trzymaj pionowo.

Trzymał.

Przykręciłam pierwszą półkę, potem drugą. Przy trzeciej źle włożyłam śrubę i musiałam ją wykręcić.

Aleksander nie powiedział, że zauważył.

362

To była drobnostka.

Może właśnie dlatego zrobiło mi się lżej.

Kiedy regał stanął, odsunęłam się kilka kroków.

- Krzywo?

Aleksander przechylił głowę.

- Minimalnie.

- Wiedziałam.

- Podłoga też nie jest idealna.

Sprawdziłam poziomicą.

Miał rację. Podłożyłam cienką podkładkę pod prawą nóżkę.

- Teraz?

- Teraz dobrze.

Usiadłam na podłodze obok regału i sięgnęłam po kawę.

- W poniedziałek mam potwierdzić faktury zaliczkowe - powiedziałam. - Jeśli wszystko przejdzie, pierwsza transza powinna wpłynąć w przyszłym tygodniu. Formalny najem rusza od pierwszego.

- Czyli jeszcze kilka dni żyjesz w dwóch pracowniach.

- Tak.

- Jak się z tym czujesz?

Rozejrzałam się.

- Drogo.

Uśmiechnął się lekko.

- A poza tym?

- Jakbym już wyszła ze starej, ale jeszcze nie weszła tutaj na serio.

Aleksander skinął głową.

363

- Znam to uczucie.

Nie musiał mówić, do czego nawiązuje.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.

- Wystawa otwiera się za dziewięć dni - powiedziałam.

- Wiem.

- Tadeusz wysłał projekt etykiety.

- Widziałem wersję roboczą u Maj.

- Nie poprawiałeś?

- Nie mam takiej roli.

To zdanie nie zabolało mnie tak, jak mogło kilka tygodni wcześniej.

- Dobrze.

- Dobrze?

- Tak. Chcę, żeby twoja praca została tam, gdzie rzeczywiście jest twoja. I żeby reszta nie wróciła do ciebie tylko dlatego, że komisja się skończyła.

- Ja też.

Wstałam.

- Pomóż mi przesunąć stół o dziesięć centymetrów.

Zrobił to bez komentarza.

Nie rozmawialiśmy tego dnia o przyszłości naszej relacji. Właśnie dlatego wieczór był ważny. Potrafiliśmy być razem w miejscu, które należało do mnie, bez potrzeby nadawania każdemu gestowi znaczenia większego niż miał.

Przed wyjściem Aleksander zebrał kubki.

- Kiedy przychodzisz jutro?

- Rano mam muzeum. Tutaj dopiero po szesnastej.

364

- Potrzebujesz mnie?

Pomyślałam.

- Nie jutro.

- Dobrze.

Pocałowałam go krótko przy drzwiach.

Nie z wdzięczności za regał.

Po prostu chciałam.

Przez następne dziewięć dni oba miejsca wymagały ode mnie czegoś innego. W nowym lokalu pojawili się elektryk i monter wentylacji. Dwa razy musiałam podpisać korektę kosztorysu, bo cena jednego z elementów wzrosła, a raz odmówiłam zamiany lamp na tańszy model, który nie dawał parametrów potrzebnych do pracy przy malarstwie. Program zaakceptował faktury zaliczkowe bez dodatkowych pytań. Wiedziałam już, że pierwsza transza zostanie uruchomiona po ich zaksięgowaniu, ale pieniądze jeszcze nie były na koncie.

W muzeum trwała zupełnie inna przeprowadzka. Nie mebli, tylko słów. Tadeusz przesyłał kolejne wersje etykiety, Maj poprawiała notę katalogową, a dział komunikacji próbował znaleźć język, który mówiłby o zmianie atrybucji bez robienia z niej skandalu. Aleksander był przy tym tylko tam, gdzie dotyczyło to źródeł. Kilka razy widziałam go przy stole z Maj. Ani razu nie próbował wejść do redakcji tekstu tylko dlatego, że znał archiwum najlepiej.

My również nie próbowaliśmy przyspieszać niczego prywatnie. Widzieliśmy się dwa razy po pracy. Raz wypiliśmy kawę przy mojej starej pracowni, drugi raz przeszliśmy pół godziny przez park. Nie wróciliśmy jeszcze do wspólnych nocy. Nie dlatego, że ich nie chciałam. Chciałam sprawdzić,

365

czy potrafimy mieć obok siebie także zwykłe, niepełne dni, bez ciągłego upewniania się, że relacja nadal istnieje.

Istniała.

Nie potrzebowała codziennie nowego dowodu.

Dziewięć dni później "Światło po deszczu" wisiało na głównej ścianie sali wystawowej.

Przyszłam wcześniej niż Joanna, ale później niż Tadeusz. Kurator stał pod drabiną i kłócił się półgłosem z ekipą o wysokość jednej z plansz. Kiedy mnie zobaczył, wskazał ręką w stronę obrazu.

- Nie pytaj o katalog. Jestem na etapie, na którym przestałem odróżniać literówki od własnych halucynacji.

- Nie zamierzałam.

Podeszłam bliżej.

Nowa etykieta była już na miejscu.

"Hanna Orłowska, z udziałem Juliana Orłowskiego Światło po deszczu 1989"

Niżej znajdowała się krótka nota. Kompozycję i zasadniczą część wykonania przypisywano Hannie na podstawie badań technicznych, materiałów szkicowych i dokumentacji archiwalnej. Udział Juliana opisano jako konsultacyjny oraz obejmujący końcowe korekty wybranych partii.

Bez słowa "fałszerstwo".

Bez "pracowni" zasłaniającej nazwisko Hanny.

Bez próby udawania, że Juliana przy tym obrazie nie było.

Dwa pozostałe późne płótna wymienione przez Hannę nie dostały automatycznie nowych nazwisk. Przy nich katalog wskazywał konieczność odrębnych badań technicznych i archiwalnych, bo samo oświadczenie nie wystarczało do

366

zmiany atrybucji. To też było ważne: naprawienie jednego błędu nie dawało nam prawa zgadywać przy następnych.

Przeczytałam tekst dwa razy.

Tadeusz podszedł.

- Coś byś zmieniła?

- Jedno przecinek.

Spojrzał na mnie z przerażeniem.

- Żartuję.

Nie roześmiał się.

- Bardzo źle wybrałaś moment.

- Wiem.

Tym razem ja się uśmiechnęłam.

Tadeusz spojrzał na etykietę.

- Nadal uważam, że "pracownia" byłaby prostsza.

- Wiem.

- Ale ta wersja jest uczciwsza.

Nie odpowiedziałam od razu.

- Dziękuję, że to mówisz.

- Nie dziękuj. Za kilka godzin będę miał tutaj ludzi, którzy zapytają, jak mogliśmy przez tyle lat tego nie wiedzieć.

- Co odpowiesz?

- Że wiedza jest czasem rozproszona między materiałem, którego nikt nie zestawił. I że czasem ludzie wcześniej wiedzieli więcej, niż zapisali.

- To uczciwe.

- Staram się.

Joanna przyszła pół godziny później.

367

Zobaczyłam ją przy wejściu do sali. Zatrzymała się od razu, choć do obrazu miała jeszcze kilkanaście metrów.

Podeszłam do niej.

- Chcesz chwilę?

- Nie.

Wzięła mnie pod rękę.

Szłyśmy powoli.

Przed obrazem Joanna nie powiedziała nic.

Czytała etykietę długo.

Potem podeszła bliżej, tak blisko, jak pozwalała linia wyznaczona dla zwiedzających.

- Jest jej nazwisko - powiedziała.

- Tak.

- Na początku.

- Tak.

Przez moment patrzyła na "Światło po deszczu".

- Tata też jest.

- Bo powinien.

Joanna skinęła głową.

- Dobrze.

Nie płakała.

Ja też nie.

Po chwili dotknęła mojego ramienia.

- Wiesz, co jest dziwne?

- Co?

- Przez całe życie myślałam, że bronienie taty oznacza bronienie wszystkiego, co było napisane pod jego

368

nazwiskiem. A teraz widzę, że to nie ma sensu. Jeśli go kochałam, nie muszę chronić błędu, który zrobił.

- Nie.

- I nie muszę za ten błąd przestać go kochać.

Spojrzałam na matkę.

- Też nie.

To było chyba najważniejsze, co obie zyskałyśmy przez ostatnie tygodnie.

Nie łatwiejszą rodzinę.

Prawdziwszą.

Joanna wyjęła z torby złożony egzemplarz programu wystawy. Na okładce nadal widniało nazwisko Juliana, bo retrospektywa pozostała jego wystawą. W środku, przy reprodukcji obrazu, nazwisko Hanny pojawiało się już w poprawionej wersji.

- Bałam się, że będą próbowali zmienić cały katalog tak, jakby Julian nagle przestał istnieć - powiedziała.

- Nie o to chodziło.

- Wiem. Teraz widzę.

Przesunęła palcem po nazwisku matki.

- Chyba dopiero dziś rozumiem, że oddanie czegoś mamie nie musi oznaczać odebrania tego tacie. Jeśli coś naprawdę było jej, to nigdy nie było jego do stracenia.

Pomyślałam o własnym nazwisku, które przez lata traktowałam jak ciężar albo cudzą przepustkę. Orłowska nie należało tylko do Juliana. Należało też do Hanny, do Joanny, do mnie. Mogłam je nosić bez obowiązku ochrony jednej wersji rodzinnej historii.

- Chcesz program? - zapytała.

369

- Mam swój.

- Ten jest mój.

Schowała go z powrotem do torby z ostrożnością, jakby pierwszy raz od dawna zabierała ze sobą coś, co naprawdę chciała zatrzymać.

Przed otwarciem salę zamknięto jeszcze na kilka minut dla obsługi. Joanna poszła porozmawiać z Tadeuszem. Ja zostałam przy obrazie sama.

Wtedy zobaczyłam Aleksandra.

Stał przy wejściu z Maj i pracownikiem działu archiwum. Miał identyfikator eksperta, nie autora końcowej noty. Jego nazwisko widniało w katalogu przy dokumentacji

proweniencyjnej i opisie źródeł, zgodnie z tym, co rzeczywiście zrobił.

Nie więcej.

Nie mniej.

Kiedy Maj odeszła, podszedł do mnie.

- Cześć.

- Cześć.

Spojrzał na obraz.

- Etykieta wygląda dobrze.

- Tak.

- Tadeusz powiedział, że prawie dostał zawału przez twój przecinek.

- Sam jest sobie winien. Zbyt łatwo go przestraszyć.

Aleksander spojrzał na mnie z boku.

- Jesteś spokojna?

Pomyślałam.

370

- Chyba tak.

- To dobrze.

Nie próbował mnie pocałować w środku sali.

Nie potrzebowałam tego.

Po kilku minutach zaczęli wchodzić pierwsi goście. Najpierw pracownicy muzeum i zaproszeni przedstawiciele instytucji, później dziennikarze i właściciele wypożyczonych prac. Przy "Świetle po deszczu" od razu utworzyła się mała grupa.

Usłyszałam pytanie:

- Czyli przez wszystkie lata obraz był źle opisany?

Tadeusz odpowiedział spokojnie:

- Dotychczasowa atrybucja nie uwzględniała materiałów, które udało się połączyć dopiero podczas obecnych badań. Nowy opis wynika z pełnego zestawienia dowodów technicznych i archiwalnych.

Ktoś zapytał o Juliana.

- Jego udział pozostaje realny i został opisany zgodnie z materiałem - powiedział Tadeusz. - Zmiana polega na właściwym określeniu proporcji.

Nie uciekał w "pracownię".

Zauważyłam to.

Nie stałam obok, żeby poprawiać.

Joanna również nie.

Później podeszła do mnie kobieta z działu komunikacji.

- Pani Nino, mamy prośbę od jednej redakcji o krótką wypowiedź konserwatorską. Wyłącznie o badania techniczne. Chce pani?

371

Kilka tygodni wcześniej moje nazwisko zniknęło z programu spotkania prasowego właśnie dlatego, że byłam Orłowską.

Teraz mogłam odmówić.

Mogłam też zgodzić się nie po to, żeby odzyskać coś, co mi zabrano, tylko dlatego, że to była moja praca.

- Tak - powiedziałam. - Ale chcę mówić wyłącznie o metodzie i procesie konserwacji. Interpretację historyczną zostawiam komisji.

- Oczywiście.

Wywiad trwał siedem minut.

Powiedziałam, jak różne rodzaje światła pozwalają zobaczyć kolejne warstwy. Jak ważne było oddzielenie obserwacji od hipotezy. Jak wysokorozdzielcze badanie podrysowania pozwoliło dostrzec sekwencję zmian niewidoczną w pierwszym skanie.

Dziennikarka na końcu zapytała:

- Czy fakt, że jest pani wnuczką obojga artystów, utrudniał pracę?

Kiedyś to pytanie wywołałoby we mnie natychmiastową obronę.

- Tak - odpowiedziałam. - Dlatego proces miał zewnętrzną kontrolę i formalne zasady. Pokrewieństwo nie znika tylko dlatego, że ktoś ma kwalifikacje. Ważne jest, żeby nie pozwolić mu zastąpić dowodów.

To wystarczyło.

Po oficjalnej części wyszłam z Joanną na korytarz.

- Byłaś dobra - powiedziała.

- W wywiadzie?

372

- W tym wszystkim.

Pokręciłam głową.

- Mamo.

- Nie mówię, że wszystko zrobiłaś idealnie.

- To już brzmi lepiej.

Uśmiechnęła się.

- Babcia byłaby z ciebie dumna.

Zatrzymałam się.

- Tego nie wiemy.

Joanna popatrzyła na mnie.

Po chwili skinęła głową.

- Masz rację.

Potem dodała:

- Ja jestem.

Nie próbowałam tego poprawiać.

Wieczorem, kiedy większość gości już wyszła, pojechałam do nowej pracowni.

Nie była jeszcze formalnie otwarta. Najem zaczynał się za cztery dni, a pierwsza transza dofinansowania wpłynęła rano po zaakceptowaniu dokumentów, ale na podłodze nadal stały pudła. Lampy miały zostać zamontowane następnego dnia.

Aleksander przyjechał pół godziny później.

Tym razem bez kawy.

- W sklepie zamknęli wcześniej - powiedział.

- Nie szkodzi.

Wpuściłam go.

373

Przeszliśmy między pudełkami do głównego pomieszczenia.

- Dzisiaj jest tu bardziej pusto niż ostatnio - powiedział.

- Bo ekipa zabrała narzędzia.

Podeszłam do szuflady biurka.

Leżały w niej dwa nowe komplety kluczy, które właściciel przekazał mi po podpisaniu protokołu. Jeden miał zostać u mnie, drugi miał być awaryjny.

Wzięłam zapasowy.

Przez kilka sekund trzymałam go w dłoni.

Aleksander patrzył, ale nic nie mówił.

- To nie jest klucz do muzeum - powiedziałam.

- Widzę.

- Ani do dokumentów.

- Też widzę.

Podałam mu go.

Nie sięgnął od razu.

- Jesteś pewna?

- Tak.

- Nina...

- Posłuchaj.

Zacisnęłam palce wokół metalu.

- Daję ci klucz, bo chcę, żebyś mógł tu wejść. Nie dlatego, że masz wiedzieć lepiej ode mnie, kiedy powinieneś wejść.

Jego twarz spoważniała.

- Rozumiem.

- Jeśli jestem w środku i pracuję, pukasz.

374

- Dobrze.

- Jeśli potrzebujesz wejść sam, mówisz mi.

- Tak.

- Nie organizujesz niczego w tej pracowni bez pytania.

- Nie zamierzałem.

- Wiem. Mówię to, bo chcę powiedzieć zasady na głos.

Aleksander wyciągnął rękę.

Położyłam klucz na jego dłoni.

Zamknął palce.

Nie próbował mnie objąć.

- Dziękuję - powiedział.

- To nie jest nagroda.

- Wiem.

- Jest różnica między dostępem a prawem do

decydowania.

- Wiem.

Tym razem to słowo mnie nie drażniło.

- Jeszcze nie zacząłeś używać - powiedziałam.

- Nie.

- I nie musisz tylko dlatego, że go masz.

- Wiem.

Podobało mi się, że nie obracał klucza w palcach jak symbolu. Schował go po prostu do kieszeni, tak samo jak klucz do własnego mieszkania. Dostęp nie stawał się przedstawieniem.

- Pierwszego dnia najmu przyjadę tu rano sama - powiedziałam.

375

- Dobrze.

- Chcę otworzyć pracownię sama.

- Rozumiem.

- Możesz przyjść później.

- Z kawą?

- Z kawą.

Tym razem uśmiechnęliśmy się oboje.

Nie dawałam mu pierwszego wejścia. Nie potrzebował go. Dawałam mu możliwość któregoś z następnych, a różnica między tymi rzeczami była dla mnie ważna.

Wzięłam płaszcz.

- I jeszcze jedno.

- Co?

- Chcę dzisiaj, żebyś został.

Nie pytał, czy na pewno mam na myśli noc.

- Tutaj?

Rozejrzałam się po pustym lokalu.

- Nie. Nie mam jeszcze nawet czajnika.

Prawie się uśmiechnął.

- To poważny problem.

- U ciebie.

- Dobrze.

Pocałowałam go.

Nie było w tym gorączki pierwszego pocałunku ani napięcia sobotniej nocy sprzed kilku tygodni. Był spokój, którego wcześniej nie mieliśmy.

376

Kiedy się odsunęłam, spojrzałam na regał, który składaliśmy razem.

Stał prosto.

- Wiesz, że nadal będę cię czasem sprawdzać - powiedziałam.

- Pewnie tak.

- I może się zdarzyć, że coś, co dla ciebie będzie zwykłym milczeniem, mnie przestraszy.

- Wtedy powiesz?

- Tak.

- A ja odpowiem.

- Nie zawsze będziesz miał dobrą odpowiedź.

- Wiem.

- Dobrze.

Zanim zgasiłam światło, zatrzymałam się jeszcze w drzwiach głównego pomieszczenia.

Za kilka dni miały tu trafić pierwsze moje rzeczy ze starej pracowni. Potem stół, lampy, materiały, nowe zlecenia. Najem zacznie się formalnie pierwszego dnia miesiąca, nie dzisiaj. Dzisiaj miałam jedynie klucze, faktury i zgodę na przygotowanie lokalu.

To wystarczało.

Nie wszystko musiało być gotowe, żeby było prawdziwe.

Aleksander zamknął drzwi po moim wyjściu i oddał mi mój komplet kluczy. Swój schował do kieszeni.

Zapytał:

- Tramwaj czy idziemy pieszo?

Spojrzałam na niego.

377

- Pieszo.

Ruszyliśmy w stronę Wrzeszcza.

Po kilku krokach jego dłoń znalazła się obok mojej.

Tym razem to on zatrzymał ją w połowie ruchu, jakby czekał.

Wsadziłam palce między jego palce.

Nie musieliśmy mówić niczego więcej.

Za nami została pracownia, która jeszcze formalnie nie zaczęła działać.

Przed nami nie było żadnego certyfikatu na przyszłość.

Tylko droga, którą oboje wybieraliśmy przejść razem.

378

Epilog

To, co zostaje

Sześć miesięcy później przestałam sprawdzać, czy nowe drzwi zamykają się bez zacinania.

Pracownia zdążyła przestać być nowa. Na podłodze przy głównym stole pojawiło się kilka drobnych rys od przesuwania sprzętu, jedną z szuflad trzeba było domykać mocniej, a na parapecie stały trzy kubki, choć oficjalnie posiadałam tylko dwa. W małym pomieszczeniu obok pracowała już przez trzy dni w tygodniu Lena, młoda konserwatorka po stażu, której zatrudnienie udało mi się przyspieszyć po tym, jak dostałam większe zlecenie od muzeum w Toruniu.

Nie było idealnie.

Było moje.

Tego popołudnia siedziałam nad niewielkim pejzażem z końca XIX wieku. Nic sławnego. Żadnego nazwiska, które znałaby połowa ludzi przychodzących do muzeum. Obraz należał do rodziny z Elbląga i miał wrócić nad komodę w salonie, gdzie wisiał od czasów prababki właścicielki.

Lubiłam takie zlecenia.

Pracowałam przy krawędzi ubytku, kiedy ktoś zapukał do drzwi.

Nie podniosłam głowy od razu.

- Otwarte.

Aleksander wszedł po chwili.

Miał własny klucz od pół roku. Używał go, kiedy przychodził wcześniej ode mnie, przynosił coś do pustej

379

pracowni albo odbierał zostawione dokumenty. Jeśli widział światło i wiedział, że pracuję, pukał.

Nigdy o tym więcej nie rozmawialiśmy.

Po prostu pamiętał.

- Mogę wejść? - zapytał.

Spojrzałam na niego znad lampy.

- Skoro już stoisz w środku, pytanie jest trochę spóźnione.

Zatrzymał się.

- Mogę podejść?

- Tak.

Dopiero wtedy przeszedł przez linię oznaczającą część roboczą.

Podał mi papierową torbę.

- Kanapka. Marta twierdzi, że od rana żyjesz kawą.

- Marta powinna zajmować się własnymi sprawami.

- Powiedziała dokładnie to samo o tobie.

Odłożyłam narzędzie i zdjęłam rękawiczki.

Na drugim stole leżał świeżo dostarczony egzemplarz poprawionego katalogu retrospektywy Juliana. Otworzyłam go wcześniej tylko raz. Przy "Świetle po deszczu" widniało nazwisko Hanny jako głównej autorki, a kilka stron dalej znajdował się krótki esej Maj o późnej pracowni Orłowskich i o tym, jak błędy w dokumentacji potrafią trwać dłużej niż ludzie, którzy je stworzyli.

Nie wszystko po wystawie było łatwe.

Przez kilka tygodni pojawiały się artykuły. Jedne dobre, inne sprowadzające historię do hasła o żonie malującej za

380

sławnego męża. Joanna przestała je czytać po trzecim. Ja po piątym.

Muzealna dokumentacja pozostała jednak taka, jak powinna.

To wystarczało.

Pierwszą transzę rozliczyłam bez korekt, drugą po trzech miesiącach, kiedy wentylacja, oświetlenie i wyposażenie przeszły odbiór. Dofinansowanie nie rozwiązało za mnie wszystkiego. Nadal pilnowałam kosztów, nadal czasem brałam zlecenie, którego wcześniej bym nie przyjęła, bo nowy czynsz był wyższy. Różnica polegała na tym, że przestałam traktować ostrożność jak argument przeciwko rozwojowi.

Właściciel starego lokalu znalazł nową najemczynię tydzień przed moją przeprowadzką. Kiedy oddawałam mu klucze, poczułam więcej wdzięczności niż żalu. Tamto miejsce pozwoliło mi zacząć. Nie musiało pozwalać mi zostać na zawsze.

W nowej pracowni pierwsze tygodnie były chaotyczne. Lena pomyliła pojemniki z dwoma rodzajami bibuły, ja trzy razy zmieniałam ustawienie głównego stołu, a Aleksander raz przyszedł z kawą, zobaczył mnie z miarką w dłoni i bez słowa usiadł pod ścianą, dopóki sama nie zapytałam, co myśli. Jego odpowiedź brzmiała wtedy:

- Nie wiem, ale mogę potrzymać drugi koniec.

To zdanie lubiłam bardziej niż większość obietnic.

Na ścianie przy moim biurku wisiał mały szkic Hanny, jeden z tych, które rodzina bez wątpliwości mogła uznać za jej samodzielną pracę. Joanna dała mi go na otwarcie pracowni.

Nie wisiał tam zamiast Juliana.

Nie potrzebowałam już takich gestów.

381

- Co z twoim spotkaniem? - zapytałam.

Aleksander usiadł na krześle po drugiej stronie stołu.

- Dobrze. Maj chce, żebym zrobił kwerendę źródłową do projektu w Poznaniu.

- Samą źródłową?

- Tak.

- Przeszkadza ci to?

Zastanowił się.

- Kiedyś by przeszkadzało. Dzisiaj wolę mieć jasno określone, za co odpowiadam.

Po sprawie Orłowskich nie wrócił od razu do dawnych zleceń. Część instytucji podchodziła do niego ostrożniej. Nie udawał, że nie ma to znaczenia. Pracował mniej, brał mniejsze projekty i przy każdym wpisywał prywatne konflikty źródłowe wcześniej, niż wymagały formularze.

Nie dlatego, że ktoś go obserwował.

Widziałam, że robił to także wtedy, kiedy nie wiedział, że patrzę.

- A wyjazdy? - zapytałam.

- Trzy dni.

- Przeżyję.

- Ja też mam taki plan.

Uśmiechnęłam się i odgryzłam kawałek kanapki.

Za szybą Lena zamknęła swoją część pracowni i pomachała nam na pożegnanie. Po chwili drzwi wejściowe się zamknęły.

Aleksander spojrzał na zegarek.

- Mieliśmy być u twojej mamy o siódmej.

382

- Wiem.

- Jest szósta dwadzieścia.

- Też wiem.

Nie powiedział: musimy wychodzić.

Wstałam sama.

Joanna zaprosiła nas na kolację z okazji swoich urodzin. To był trzeci raz, kiedy Aleksander miał być u niej od zakończenia badań. Pierwsze spotkanie było trudne. Drugie mniej. Dzisiejsze nie wymagało już ode mnie wcześniejszego sprawdzania, czy oboje na pewno są gotowi.

Wyłączyłam lampę i zabezpieczyłam obraz.

Kiedy sięgnęłam po płaszcz, telefon zawibrował.

Marta.

"Jutro wpadnę. Mam nową robotę i chyba tym razem to ja będę potrzebowała kogoś, kto powie mi, żebym najpierw sprawdziła fakty."

Pod spodem dodała zdjęcie starej koperty leżącej na jej biurku, bez pokazania adresata ani treści.

Odpisałam tylko:

"Przynieś kawę."

Schowałam telefon.

- Marta? - zapytał Aleksander.

- Tak. Coś się dzieje.

- Poważnego?

- Z Martą nigdy nie wiadomo.

Nie pytał dalej.

Zamknęłam pracownię i sprawdziłam klamkę. Aleksander czekał obok, nie odbierając mi kluczy, choć miał własne.

383

Na klatce schodowej wziął mnie za rękę.

Nie było w tym ostrożności z pierwszych tygodni po naszym powrocie. Nie było też dawnej pewności, że skoro raz powiedziałam "tak", następne odpowiedzi można przewidzieć.

Była uważność, która stała się zwyczajna.

- Jedziemy czy idziemy? - zapytał.

Spojrzałam przez szybę w drzwiach. Padał lekki wiosenny deszcz.

- Idziemy.

- Do twojej mamy jest pół godziny.

- Wiem.

Otworzył drzwi.

Wyszliśmy razem.

Na chodniku pachniało mokrymi drzewami i ciepłym powietrzem po całym dniu słońca. Pracownia została za nami ciemna i zamknięta, gotowa na następny poranek.

Nie potrzebowałam już wiedzieć, że wszystko będzie dobrze.

Wystarczało mi, że kiedy coś się zmieniało, nie musiałam dowiadywać się o tym ostatnia.

A kiedy Aleksander ścisnął lekko moją dłoń, odpowiedziałam tym samym.

384