Historia Leny
Historia Leny
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia,
nasz związek należał raczej do tych "wychodzonych". Przemek łaził za mną
tak długo, aż zdobył najpierw moje zaufanie, a potem serce. Chociaż
zawsze myślałam, że jeśli nie zaiskrzy od razu, to już nic płomiennego
się nie wydarzy. Bo nie da się zrobić dwa razy dobrego pierwszego
wrażenia. Miałam romantyczną wizję rodzącego się uczucia - motyle w brzuchu, głos dzwonów kościelnych, świat w slow motion. Przemek był
starszym bratem mojej koleżanki z pracy. I nigdy nie zwróciłam na niego
uwagi. Ja jednak podobno od razu wpadłam mu w oko. Lubił wspominać, że
kiedy zobaczył mnie po raz pierwszy na przejściu dla pieszych, usłyszał
w głowie głos: "To będzie twoja żona". Twierdził, że już wtedy się
zakochał w zupełnie obcej dziewczynie, w dodatku widzianej z daleka, bez
szans na rozmowę, bo światła na skrzyżowaniu się zmieniły, a szliśmy w przeciwnych kierunkach. Podobno miał zamiar pobiec za mną, ale zanim
światło ponownie zmieniło się na zielone, ja już zniknęłam mu z pola
widzenia. Mówię "podobno" - bo dziś każde jego słowo podaję w wątpliwość. Nie wierzę w szczerość żadnej wspólnie spędzonej chwili. Bo
czy można zostawić kogoś, kogo się tak bardzo kochało - niemal przed
ołtarzem - i skwitować wspólne lata żałosnym: "Zakochałem się.
Przepraszam"?
Skur... Wybaczcie, wciąż nie panuję nad językiem. Dziwne. Przedtem nigdy
nie przeklinałam. Teraz zauważyłam, że agresja i wulgaryzmy dają mi
namiastkę poczucia ulgi. Kiedy porządnie rzucę mięsem, myśląc o Przemku,
i okraszę te wspomnienia chujami, kurwami i innymi podobnymi, czuję się
lepiej. Co prawda tylko na chwilę, ale mimo wszystko warto. Tak naprawdę
mało o sobie wiemy. Zapewne wielu swoich cech osobowości nie udaje nam
się poznać, bo omijają nas sytuacje, które by je z nas wydobyły. A jeśli
miałaby to być paskudna cecha, szczęśliwy, kogo los przed tym uchronił.
Nie spodziewałam się po sobie aż tak ogromnego pragnienia zemsty, jakie
mi towarzyszyło od chwili, kiedy porzucona, opuszczona i zmasakrowana
emocjonalnie przestałam płakać, bo zabrakło mi łez. Wtedy po raz
pierwszy poczułam nieodpartą chęć odegrania się. Ja. Lena. Ta Lena,
która innym w podobnych sytuacjach powtarzała: "Nie mścij się. Nie
warto. Zemsta zrobi większą krzywdę tobie niż jej czy jemu. Bądź ponad.
Nie zniżaj się do tego poziomu. Nie pozwól, żeby ból zrobił z ciebie
złego człowieka". Teoria i praktyka to czasami przeciwległe bieguny. W książkach coachingowych i psychologicznych wszystko brzmi logicznie.
Wystarczy przeczytać i zastosować, a szczęście i spokój zagoszczą w twoim sercu na zawsze. Taaa, jasne... Szczęście i spokój. A co to w ogóle
jest szczęście?
Wróćmy jednak do chronologii wydarzeń. W każdym razie Przemek zakochał
się we mnie - jak twierdził - od pierwszego wejrzenia. A kiedy kilka dni
później ujrzał mnie w mieszkaniu swojej siostry, którą postanowił
odwiedzić - akurat tego dnia, kiedy razem opracowywałyśmy prezentację do
pracy - uznał, że to znak. Oto wszechświat potwierdza jego
przypuszczenie, że właśnie ja jestem drugą połówką jabłka. Wiem, wiem...
Banalne. Brzmi jak z taniej komedii romantycznej. Ale, kurczę... Kiedy po
raz pierwszy mi to opowiadał, uznałam tę historię za niezwykle
romantyczną. Chyba już wtedy zaczynałam coś do niego czuć. Kasia, jego
siostra, śmiała się, że brat nigdy wcześniej nie bywał dla niej tak
pomocny jak teraz, kiedy każda przysługa dawała szansę na ponowne
spotkanie mnie - zwłaszcza przyjeżdżanie po Kasię do pracy, by ją
podwieźć do domu, bo "akurat tędy jechałem", bo "trzeba dbać o swoją
siostrę", bo "pogoda kiepska, pomyślałem, że ci pomogę, w końcu jesteśmy
rodziną"... Kaśka się śmiała i prosiła:
- Lena, weź ty się z nim umów, bo mu się już, biednemu, ściemy kończą...
Przez całe życie w sumie nie wyświadczył mi tylu przysług, co w ciągu
ostatniego miesiąca. I za każdym razem jest tak wypachniony i odstrzelony, jakby właśnie wracał z rewii mody, a nie "zupełnie
przypadkowo" przejeżdżał koło naszego biura i pomyślał, zupełnie
przypadkowo, rzecz jasna: "Pomogę siostrze, bo akurat zupełnie
przypadkowo zaraz kończy pracę".
Imponowało mi to. Przyjemnie jest być uciekającym króliczkiem, którego
ktoś goni. Próżność kobieca dała o sobie znać. A Przemek w sumie nie był
taki zły. Przystojny brunet. Wysoki. Trochę za szczupły, ale przecież
mama zawsze mówiła, że kiedy się poznali, tata też był jak szczypior, a potem zmężniał i do dziś jest - nie da się ukryć - bardzo przystojnym
mężczyzną. Podobało mi się też to, że w czasach, kiedy przedwojenna
kindersztuba stanowi kompletnie niemożliwą do przywrócenia normę
zachowania, ten chłopak zabiega o mnie, nie poddaje się. Nie chciałam
przeginać, bo z gonieniem króliczka jest tak, że jeśli będzie zbyt
zwinny i nieustępliwy, goniący może się zmęczyć, kolkę jakąś złapać i dać się sobą zaopiekować innej, napotkanej po drodze królicy. A mnie też
już zaczynało zależeć, więc uznałam, że czas na ruch z mojej strony.
Poprosiłam Kasię, żeby napisała do brata esemes: "A może odwiózłbyś dziś
moją koleżankę do domu, bo akurat auto jej się zepsuło. Taka
sympatyczna. Pewnie kojarzysz... Lena ma na imię". Przemek odpisał w sekundę przekonany, że siostra właśnie pomaga mu nas wyswatać zupełnie
bez mojej wiedzy: "Jesteś kochana! Chyba za rzadko ci to mówiłem w dzieciństwie!".
Poszliśmy na kawę, potem kolejną, innym razem na herbatę, lunch, spacer,
obiad, kolację, wreszcie kolację ze śniadaniem. Miłość kwitła, krótko
mówiąc, a ja naprawdę uważałam, że trafiło mi się wielkie szczęście w postaci faceta, jakich już niewielu na świecie - lojalnego, oddanego,
wiernego, zaangażowanego, pracowitego i porządnego. Czy miał jakieś
wady? Jasne... Każdy jakieś ma, chociaż trzeba przyznać, że nawet deskę od
sedesu opuszczał i skarpetki wrzucał do kosza na pranie. Więc jeśli
chodzi o stereotypowe męskie wady, to nic z tych rzeczy. Bywał trochę
zbyt zazdrosny, co czasami mile łechtało moje ego, ale bywało też trochę
męczące i niejednokrotnie stawało się powodem sporów w naszej
sielankowej relacji. Nie kłóciliśmy się jednak zbyt często. Mieliśmy
wspólne pasje i zainteresowania. Kochaliśmy podróże. Wypełnialiśmy
kolejne albumy zdjęciami z pobytów na krańcach świata, bo oboje
uważaliśmy, że najlepsze fotki trzeba wydrukować i włożyć do
tradycyjnego albumu, żebyśmy na starość mogli je przeglądać i wspominać,
bo z dyskami to kto wie, jak będzie... Dziś na przykład dyskietki już nie
odczytasz. A co wymyślą za kilkadziesiąt lat? Skoro ta technicyzacja w takim tempie postępuje...? Papier to papier. Mimo młodego wieku w wielu
kwestiach byliśmy raczej staromodni, i to też mi się w Przemku podobało.
Dobra, streszczam się, bo nie warto takiemu frajerowi poświęcać zbyt
dużo czasu. Podczas jednej z podróży oświadczył się mi i zaczęliśmy
planować ślub. Pamiętam jak dziś, że już od rana czułam, że tego dnia
mój chłopak poprosi mnie o rękę. Dobrze go znałam. Kilka (wówczas sześć)
wspólnych lat robi swoje. Czasami po drobnym, niezauważalnym dla kogoś
innego geście byłam w stanie stwierdzić, o czym Przemek właśnie myśli.
Znałam go na wylot.
Byliśmy w pięknym hotelu. Po pięknym, leniwym poranku poszłam do
łazienki wziąć prysznic. Zapomniałam zabrać gumkę do włosów, więc
wypadłam z łazienki, by ją zgarnąć z szafki nocnej, i przyłapałam
Przemka na tym, że... porządkuje łóżko. Jakoś dziwnie się zachowywał.
Nienaturalnie.
- Co robisz? - spytałam.
- A nic. Ścielę łóżko i poprawiam prześcieradło - odpowiedział mocno
speszony.
Już wiedziałam. Przemek był pomocny i pracowity, ale na litość boską -
jeszcze mu się nie zdarzyło porządkować łóżka nawet w naszym domu, a co
dopiero na wakacjach w hotelu, w którym po powrocie z plaży nie tylko
łóżko było zawsze pięknie zaścielone, ale także - kiedy się zostawiło ze
trzy euro - łabędzie z ręczników "pływały" wśród rozsypanych na narzucie
płatków róż. Potem okazało się, że Przemek próbował zapakować do plecaka
prześcieradło, by potem rozłożyć je na kamienistej niestety, ale i tak
bajkowej greckiej plaży. Chciał spędzić tam ze mną wieczór z winem i kwiatami, by zadać to sakramentalne pytanie dokładnie w momencie, kiedy
zachodzi słońce, zamieniając niebo w malowniczy pejzaż. A że wyskoczyłam
z łazienki jak poparzona, nie zdążył schować prześcieradła, więc nerwowo
zaczął je poprawiać, udając, że ścieli łoże.
Wróciłam pod prysznic i ku własnemu zaskoczeniu zamiast radości, jaką
chyba powinnam czuć w takim momencie, ogarnęła mnie straszliwa panika.
Przeszło mi przez myśl, że odpowiem: "NIE". Przeraziłam się tym
odczuciem, ale uznałam, że chyba jest normalne. Przecież najbardziej
zakochane żony czasami wspominają, że w dniu ślubu zaczynały mieć
wątpliwości, zastanawiały się, czy na pewno dobrze robią. To chyba
naturalny mechanizm psychologiczny, który uaktywnia się w jakimś
przełomowym momencie życia. Chęć ucieczki. Czytałam kiedyś, że odpowiada
za nią tak zwany mózg gadzi, który w obliczu nieznanego natychmiast chce
uciekać. I że wszyscy go mamy. A przecież mimo absolutnej pewności, że
jesteśmy dla siebie stworzeni, wizja bycia żoną była definitywnie czymś
"nieznanym". Może gdybym wtedy posłuchała intuicji i powiedziała: "NIE",
dziś nie miałabym w sobie tyle żalu, goryczy, poczucia bycia oszukaną i odartą z godności. Powiedziałam: "TAK" i po pierwszym szoku zaczęłam się
cieszyć zjawiskowym pierścionkiem, którego blask przyciągał uwagę z daleka, a jeszcze bardziej tym, co ów pierścionek symbolizował -
oddanie, miłość, wierność i przynależność duchową do drugiej,
najbliższej mi na świecie osoby. Przecież nie każdy miał w życiu tyle
szczęścia, by odnaleźć tego jedynego.
Przemek uznał, że jeśli chodzi o ślub i wesele, wszystko zostawia w moich rękach, bo ja - z moim gustem i poczuciem estetyki - zajmę się tym
najlepiej, a on po prostu wszelkie moje bajkowe pomysły sfinansuje.
Oczywiście w granicach rozsądku. Przemek był niezłym informatykiem.
Czołowym programistą w liczącej się na rynku firmie, więc zarabiał
naprawdę dobrze, ale ja nie chciałam tego nadużywać. Pragnęłam, by było
pięknie, magicznie, wyjątkowo, ale też prawdziwie i bez przerostu formy
nad treścią, a więc niewinnie i uroczo. Nie za miliony, ale z takim
smakiem, żeby w pamięci gości właśnie czystość, niewinność i szczerość
naszych uczuć pozostały na zawsze. Marzyłam, że jeszcze przez wiele lat
będą wspominać, że najpiękniejsze wesele, na jakim byli, to Leny i Przemka, bo wszystko było dokładnie takie, jakie powinno być - smaczne
zarówno kulinarnie, jak i estetycznie, z klasą, ale też dające każdemu
poczucie, że jest w odpowiednim miejscu i czasie, by wspólnie świętować
miłość dwojga młodych ludzi, którzy chcą spędzić ze sobą życie. O, ja
niepoprawna romantyczka... A właściwie powinnam rzec: o, ja idiotka...!
Na miejsce wesela wybraliśmy uroczą oranżerię pod Warszawą. Była cała
przeszklona. Czysta. Przejrzysta. Otoczona zielenią. A przy oranżerii
nowoczesny budynek, jeśli chodzi zarówno o bryłę, jak i wystrój wnętrza.
Tak więc wybór był prosty, bo niewiele jest takich miejsc w Polsce. Nie
chciałam żadnej góralskiej chaty, bajkowych zameczków, rustykalnych
stodół ani innych takich. Marzyłam o paryskich klimatach. Nie chciałam
absolutnie niczego, co kojarzy się z typowym polskim weselem: jedzenia
na stołach, wodzireja bawiącego gości, przyśpiewek, oczepin z poczuciem
humoru rozweselającym tylko podpitych wujków z wąsem, świniaka z jabłkiem w pysku i ogorzałych od wódki gąb utkwionych w sałatce
jarzynowej.
Nieopodal znajdował się uroczy drewniany kościółek. Taki, w jakim
marzyłam powiedzieć to sakramentalne: "TAK". Ślubu miał nam udzielić
wspaniały ksiądz. Staruszek o gołębim sercu. Zależało mi na tym, żeby
nie trafić na przypadkowego kapłana, bo niespecjalnie miałam ochotę na
polityczne apele podczas własnego ślubu, a duchowni często lubią
pokrytykować z ambony tych, a tamtych wesprzeć. Podczas mszy zazwyczaj w takich momentach wychodzę, ale z własnego ślubu chyba nie wypada...
Zadbałam o każdy szczegół. Każdy, nawet najdrobniejszy element, był
nieprzypadkowy i zgodny z zasadami tworzenia światowych przyjęć. Liczba
gości - sto dwadzieścia. Idealna. Nie za dużo, nie za mało. Na tyle
dużo, by rozkręcić imprezę do białego rana, i na tyle mało, że da się
zamienić kilka zdań z każdą zaproszoną osobą. Długo by opowiadać, ale po
co? Skoro żadnego ślubu nie było...
- Lena... Musimy się spotkać i porozmawiać - oznajmił mi przez telefon
niezwykle poważnym tonem mój narzeczony, a za trzy dni mąż.
- Koniecznie, koniecznie. Jest jeszcze sporo spraw do omówienia.
Słuchaj... Umówiłam cię do fryzjera na trzynastą. Tak, abyś się spokojnie
wyrobił, ale też nie musiał chodzić na baczność od rana, żeby fryzury
nie zburzyć. I koniecznie przypomnij mi, żebym wcześniej zawiozła do
sali plan stołów, pudełko na koperty i... Co to ja miałam jeszcze zawieźć
wcześniej, żeby nie musieć pamiętać w dniu ślubu? No patrz, już nie
pamiętam... - wymieniałam jednym tchem z charakterystyczną dla każdej
panny młodej nerwowością.
- Lena... Daj mi dojść do słowa. O której mam po ciebie przyjechać?
- No... Na siedemnastą musimy jeszcze skoczyć do kościoła, ogarnąć te
papiery, pamiętasz? Więc może spotkajmy się od razu tam na miejscu -
przypomniałam sobie, bo przecież załatwienie ślubu kościelnego w parafii
innej niż ta, do której należy panna młoda, było operacją tak
skomplikowaną i wymagającą dokumentacji, jakbyśmy się starali o obywatelstwo Ghany, a nie ślub.
- Poczekaj na mnie w domu. Będę za pół godziny - oznajmił nienaturalnie
stanowczo, ale nie wywołało to niepokoju w moim sercu. Żadnego. Dziś
myślę, że ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że chce mi powiedzieć coś
bardzo trudnego. Ale kiedy się myśli o szarlotkach, winietkach,
wypożyczeniu krzeseł, żeby nie mieć tych w obrzydliwych pokrowcach, i o milionie innych rzeczy, to nie dociera do nas myśl, że może właśnie
dzieje się coś, co na zawsze zmieni tor życia.
Przyjechał. Był blady jak ściana.
- Kochanie, tak bardzo się stresujesz? - zapytałam przekonana, że to
reakcja na zbliżającą się "godzinę zero". Umówmy się, mężczyźni
niespecjalnie mają ochotę na całą tę maskaradę. Mimo że planując naszą
uroczystość, starałam się ograniczyć liczbę żenujących atrakcji, sam
fakt bycia w centrum zainteresowania dla wielu facetów jest niezbyt
komfortowy. I robią to raczej dla swoich kobiet. Gdyby mieli sami
decydować, poszliby we dwoje do kościoła albo urzędu stanu cywilnego i tyle.
- Powiem szybko, żeby nie przedłużać. Lena... Znienawidzisz mnie.
Próbowałem zapomnieć. Odsunąć od siebie te myśli. Ale to by było
straszne oszustwo, na jakie nie zasługujesz. Jakiś czas temu poznałem
kogoś. I zakochałem się. Po prostu się zakochałem. Nie mogę tego zrobić.
Przepraszam - wyrecytował jednym tchem i wyszedł, nie czekając na moją
reakcję.
Zresztą nie doczekałby się, bo szok odebrał mi mowę i oddech na dłuższą
chwilę. A kiedy oddech wrócił, patrzyłam w bliżej nieokreślony punkt
przed sobą i - mam wrażenie - nie byłam w stanie nawet mrugnąć. Nie
widziałam siebie, ale wydaje mi się, że miałam jakiś dziwny wytrzeszcz
oczu. Przypomniałam sobie sceny w filmach, kiedy kobieta w histerii
rzuca się na niedoszłego i krzyczy teatralnym tonem: "Ty draniu! Nigdy
ci tego nie wybaczę!" albo coś w ten deseń. Skąd one biorą na to siłę?
Ja wiem jedno - w tamtym momencie nie byłam w stanie nawet podejść do
krzesła czy kanapy. Osunęłam się po prostu na podłogę i zostałam tam
kilkadziesiąt minut, próbując zebrać myśli i ułożyć jakiś plan.
Natychmiast. Taki mam charakter. Gdy dzieje się coś zaskakującego, muszę
mieć plan. Wtedy poczucie bezpieczeństwa wraca. Jeśli nie wiem, co dalej
robić, czuję się, jakbym grzęzła w bagnie, nie mając się czego złapać,
żeby stanąć na twardej ziemi.
To zabawne... Wiecie, co było dla mnie wówczas największym problemem?
Wcale nie utrata miłości życia. Wcale nie poczucie wszechogarniającej
pustki i osamotnienia. Najgorsze było odwoływanie wszystkich gości i tłumaczenie każdemu z nich z osobna, że ślubu nie będzie. Mama chciała
wziąć to na siebie, ale nie wiedzieć czemu, uparłam się, że to moja
rola, i koniec. Jakbym chciała siebie dodatkowo ukarać - za nie swoje
winy. Masochizm czy co? Mało tego, nie starałam się wymyślać żadnej
bajeczki. Z otwartą przyłbicą wykręcałam numery wszystkich ciotek po
kolei i mówiłam: "Ślubu nie będzie. Mój narzeczony się zakochał w innej
i właśnie mnie porzucił. Przepraszam za kłopot". Trochę mechanicznie,
jakby sprawa dotyczyła kogoś innego.
Po kilku telefonach zaczęły mnie fascynować reakcje ludzi. Czy wiecie,
że nawet w takiej chwili znajdą się osoby, które nie potrafią ukryć
cienia satysfakcji w głosie? To są ci ludzie, którzy po weselu - bez
względu na to, jak znakomitym - obrobiliby nam tyłek, wymieniając błędy
i niedociągnięcia. To te ciotki, z którymi nie ma żadnego kontaktu przez
cały rok, ba, całe życie, ale kartkę z bardzo drogich zagranicznych
wakacji zawsze wyślą. A niech cała rodzina wie, że je stać. A niech
zazdroszczą! W pewnym momencie zaczęło mnie to bawić i sytuacja, która
była moim największym życiowym upokorzeniem, zmieniła się w rodzaj
żartu. Nawet czarny humor jest zawsze lepszy niż zalewanie się łzami.
Mimo to moja mama wzdychała przerażona:
- Boże, dziecko... Ty chyba zmysły tracisz z tej rozpaczy...
A ja się coraz lepiej bawiłam, chociaż wydaje się to irracjonalne. Dziś
myślę, że był to śmiech przez łzy, ale widocznie taki mechanizm obronny
przed totalną rozpaczą wytworzył sobie mój mózg. Przemek zniknął. Jego
rodzina też. Po tym wszystkim nawet Kasia nie miała odwagi się do mnie
odezwać. Więc wszelkie formalności, takie jak odwoływanie usługodawców,
też spadły na mnie. Wielu z nich oddało mi całą zaliczkę, mimo że według
zapisów każdej umowy na chwilę przed ślubem nie ma o tym mowy, bo wtedy
żaden już nie ma szans znaleźć sobie pracy w tym terminie. A kochliwość
pana młodego nie jest winą usługodawcy. Widok dziewczyny zrobionej w trąbę niektórych po prostu roztkliwiał jednak na tyle, że oddawali kasę
i życzyli, mimo wszystko, szczęścia. Porządni ludzie.
Została mi też wycieczka - podróż poślubna. "A właśnie, że polecę! A dlaczego nie?", postanowiłam. "W dodatku nie zabiorę nikogo: mamy,
siostry ani przyjaciółki. Sama sobie polecę. Na Florydę. Podróż życia.
Spełnię marzenie. Nie pozwolę, żeby ten burak zepsuł mi idealny obraz
tego miejsca, który mam w głowie". Od kiedy skończyłam dziesięć lat,
właśnie podróż na Florydę była moim największym marzeniem. Ukochany
wybrał Florydę, wiedząc o nim. To było na etapie, kiedy deklarował
spełniać moje marzenia do końca świata. W sumie dotrzymał słowa, świat
się przecież dla mnie skończył...
Poleciałam... Poobijana. Upokorzona. Dotknięta. Z postanowieniem
stworzenia nowego planu na życie, by chwilę później stwierdzić,
nietypowo dla siebie, że po raz pierwszy postanawiam nie postanawiać
niczego. Bo nic nie jest pewne. Poza jedną, absolutnie wówczas dla mnie
pewną sprawą - NIE MA MIŁOŚCI! NIE ISTNIEJE!
Przez pierwsze trzy dni leżałam na plaży i piłam dużo drinków, dbając o to, by nieustannie utrzymywać stan lekkiego upojenia, pozwalającego z jednej strony nieźle funkcjonować i nie mieć kaca, z drugiej - być jakby
za szybą. Robiłam wszystko, żeby się nie spotkać z samą sobą i nie
musieć ze sobą gadać. Pewnego dnia, leżąc na plaży i wpatrując się w morze koloru tak turkusowego, jak pokazują broszury w biurach podróży
(nie ma w nich cienia przesady ani ingerencji Photoshopa), dostrzegłam
iście filmową scenę - ślub na plaży. Dziewczyna miała na sobie zwiewną
halkę niczym Zosia z Pana Tadeusza, włosy naturalnie rozpuszczone, bez
wyczesanego koczka, w który wciąż w wielu polskich salonach fryzjerskich
włożono by jakieś sto trzydzieści wsuwek (liczba nieprzesadzona,
autentyk!). We włosach naturalny kwiat. Make up - no make up.
Zresztą w klimacie panującym na Florydzie każdy make up by się
rozpłynął, więc w tej kwestii raczej nie było wyjścia. Do tego bose
stopy. Pan młody miał lniany, niezobowiązujący garnitur, który idealnie
pasował do stylu ukochanej. Ołtarz na tle turkusowej wody stanowił
delikatny łuk ozdobiony świeżymi, białymi kwiatami. To właśnie jeden z nich miała wpięty we włosy panna młoda w sposób tak naturalny, jakby
chwilę przed ceremonią po prostu zerwała go z łuku i włożyła sobie za
ucho.
"Boże, kiedy u nas będziemy organizować takie piękne uroczystości?",
pomyślałam, mając przed oczami film Wesele Smarzowskiego. Pokazane tam
obrazy nie są wymysłem filmowca, ale nader często występującą polską
weselną rzeczywistością. Zdziwiłam się, że ślub na plaży mnie nie
przygnębił. Nie poczułam ukłucia zazdrości, że oni tacy szczęśliwi, a ja
taka opuszczona. Raczej podziwiałam estetykę tego wydarzenia, jakbym
zupełnie nie miała na koncie doświadczenia z uciekającym przede mną
panem młodym. A może wywołana tą sytuacją trauma była tak silna, że
naprawdę przestałam wierzyć w miłość? Patrzyłam na młodą parę ze
współczuciem, będąc przekonana, że kimkolwiek są, rozwód to tylko
kwestia czasu. Co nie zmieniało faktu, że widząc cudowną oprawę tego
zdarzenia, poczułam również ekscytację. I wtedy w głowie zaświtała mi
pewna myśl...
Klaudia i Robert
Klaudia i Robert
Miś... Tyle razy cię prosiłam, żebyś nie dodawał
śmietany do tej sałatki. Przecież wiesz, że ja już jej nie zjem. Zdajesz
sobie sprawę, ile kalorii ma śmietana? - Z nieskrywanym niezadowoleniem
piękna, niebieskooka Klaudia instruowała narzeczonego, co powinien brać
pod uwagę, przygotowując dla niej posiłek.
- Przepraszam, już biegnę po jogurt. Zrobię dla ciebie nową sałatkę -
zreflektował się szybko Miś, którego postura wyraźnie wskazywała, że on
akurat kalorii nie liczy. Faktycznie był misiowaty. Uroku nie dodawały
mu też krzywy zgryz i zez - korygowany co prawda przez okulary z grubymi
szkłami, mimo to zauważalny. Miś, a właściwie Robercik, musiał jednak
mieć jakąś zaletę, w której zakochała się Klaudia wyglądająca jak
światowej klasy modelka z nogami do nieba. Trudno było oderwać od niej
wzrok. Nawet kobiety oglądały się za Klaudią na ulicy, bo nieczęsto
spotyka się aż tak atrakcyjne dziewczyny.
Miś Robercik spełniał każdą zachciankę ukochanej, wciąż nie wierząc w szczęście, które go spotkało. Że taka dziewczyna jak ona... Że z takim
chłopakiem jak on...
Jak się poznali? On - młody lekarz na rezydenturze - przyjął ją kiedyś
na SOR-ze z ostrym bólem żołądka. Klaudia jadała mało, bo jej życie było
jednym wielkim castingiem. Chciała zostać znaną aktorką. Uznała, że do
tego celu zaprowadzą ją szczupła talia i duży biust, a nie szkoła
teatralna, która - jak twierdziła - "zabija prawdziwy potencjał i talent". Zresztą kto by tracił czas na czytanie książek, kiedy zamiast
tego można nawiązać bliższą relację z jakimś panem reżyserem? Ale kiedy
Klaudia poznała Misia, zakończyła wszelkie flirty. Oświadczyła wszem
wobec, że w końcu poznała miłość życia i tym samym zaprzestaje
przypadkowych uciech oraz zawierania nic nieznaczących relacji. Kiedy
"Bella" (tak ją zwykł nazywać Miś, podkreślając zresztą w ten sposób jej
największy atut - urodę) zwijała się z bólu, młody pan doktor prowadził
wywiad:
- Co pani dzisiaj jadła?
- Jeszcze nic. - Klaudia zawyła z bólu.
- Jest siedemnasta. To niezbyt dobrze. Jest pani bardzo szczupła. Myślę,
że przy pani wzroście mówimy o sporej niedowadze - zauważył lekarz.
- Tak, panie doktorze, ale czy to źle, że o siebie dbam? Auuuu! Niech
pan coś zrobi. Boooooli!!!
Położył dłoń na jej dłoni, żeby dodać jej otuchy:
- Już, już... Zaraz zacznie działać środek uśmierzający ból. Potem zrobimy
szereg badań, by wykluczyć perforację żołądka.
Klaudia zerknęła na dłoń lekarza i zauważyła zegarek wart trzysta tysięcy złotych. Mrugnęła i przetarła oczy, by zyskać pewność, że to nie omamy z bólu. Ale nie... Co jak co, ale w takich kwestiach nigdy się nie myliła. Może nie do końca odróżniała Dziady od Dziadka do orzechów, a za największe dzieło polskiej literatury uważała 365 dni Blanki Lipińskiej, ale doskonale wiedziała, ile kosztują męskie zegarki i jaki sygnał właściciel takiego jak ten wysyła otoczeniu. Faktycznie Miś Robercik pochodził z bardzo bogatej rodziny. Ojciec -
biznesmen znajdujący się w pierwszej setce najbogatszych ludzi w Europie
(!) - nie oszczędzał na synu. Dobrze go wykształcił. Zadbał o jego
przyszłość. Wychowali go z matką na ambitnego i pracowitego młodzieńca,
chociaż ich majątek mógł zabezpieczyć rodzinę na kolejne pokolenia. Ale
też nie żałował mu drogich prezentów. Sam przystojny i atrakcyjny,
próbował w ten sposób zrekompensować synowi to, czego postanowiła nie
dać mu matka natura. Nie martwił się zanadto, że syn nie grzeszy urodą.
Wiedział doskonale, że nic nie czyni mężczyzny tak pociągającym, jak
złote karty kredytowe, dobry samochód i inne atrybuty wysyłające do
ślicznotek komunikat: "Przy mnie, maleńka, będziesz leżeć i pachnieć".
Nie pomylił się, bo faktycznie Klaudia, mimo cierpienia, nie pozostała
głucha na ten komunikat i od momentu, kiedy dostrzegła imponujący
zegarek na przegubie dłoni chłopaka, weszła w rolę "takiej maaałej i takiej bieeednej, a pan, panie doktorze, taki mądry, silny i męski".
Haczyk został połknięty. Pan doktor wyjątkowo troskliwie opiekował się
dziewczyną. A kiedy okazało się, że to nie perforacja żołądka, tylko
kamienie w woreczku żółciowym - na szczęście sytuacja nie wymagała
pozostania w szpitalu - osobiście postanowił odwieźć pacjentkę do domu,
by mieć pewność, że ta nie zasłabnie gdzieś po drodze. Po drodze zagaił
w jedynie znany sobie sposób, a więc nawiązujący do zagadnień
medycznych, bo Robercik nie miał jeszcze zbyt dużego obycia wśród
dziewczyn:
- Nie bała się pani, że to jednak perforacja żołądka?
- Nie bałam się, bo nie wiem, co to znaczy - odpowiedziała z rozbrajającą szczerością dziewczyna, patrząc na doktora jak zraniona
sarna wielkimi oczami, wykończonymi firanką długich, zalotnych rzęs.
Szybko jednak dodała: - Ale pan, panie doktorze, jest taki mądry, że z pewnością mi wytłumaczy, co to ta per... per... performancja.
Urósł we własnych oczach. Nadął się jak indyk i pośpieszył z wyjaśnieniem, nie poprawiając błędu zrobionego przez Klaudię, by nie
zwracać uwagi na jej niewiedzę:
- Perforacja żołądka, pani Klaudio, to po prostu dziura... Dziura w żołądku... A mówiąc jeszcze bardziej precyzyjnie, perforacja żołądka
oznacza, że ściany narządu zostają przedziurawione na wylot, a kwaśna
zawartość zaczyna przeciekać do jamy brzusznej. Niekiedy dochodzi do
tego także uszkodzenie naczyń krwionośnych. Przebiciu ścian żołądka
towarzyszy nagły, dźgający, niezwykle silny ból, początkowo tylko w okolicy narządu, później rozlewający się na cały brzuch, a nawet plecy,
w miarę jak treści żołądkowe przeciekają do wolnych przestrzeni jamy
brzusznej.
Dziewczyna zbladła.
- Och... Panie doktorze... Nie chcę więcej szczegółów. Słabo mi... - Po czym
teatralnym gestem złapała się za głowę, a w duchu kolejny raz dziękowała
Bogu, że nie jest specjalnie mądra i akurat w tej sytuacji nie miała
pojęcia, co podejrzewają lekarze. Zamiast na stresie, w oczekiwaniu na
wyniki badań, mogła się skupić na analizie wartości zegarka lekarza, a to, jak czas pokazał (nomen omen), przyniosło jej zdecydowanie większe
korzyści.
Bardzo szybko okręciła sobie Robercika wokół małego palca, a on był w stanie zrobić dla niej absolutnie wszystko. Klaudia nie omieszkała z tej
gotowości korzystać. Wykorzystywała chłopaka do granic możliwości,
zarówno materialnie, jak i pod każdym innym względem.
"Misiu, jestem taka zmęczona i obolała. Zamówiłbyś masażystę dla swojej
Misi?"
"Misiu, czuję, że sprzątanie mnie ogranicza, zabiera wolność, której
potrzebuję, by obudzić w sobie artyzm i zostać wielką aktorką. Czy
mógłbyś swojej Misi zatrudnić jakąś miłą panią do pomocy? Dzięki temu
będę miała więcej czasu i siły również dla mojego Misia, który po
dyżurze w szpitalu potrzebuje przecież wypoczętej i radosnej ukochanej,
a nie jakiejś umęczonej i sfrustrowanej dziewuchy, prawda?"
"Misiu, w moim aucie coś dziwnie trzeszczy. Boję się nim jeździć.
Zdecydowanie lepiej bym się czuła w nowym dżipie. Jest wysoki. Twoja
Misia czułaby się tam taaaaka bezpieczna. No przecież mój Miś nie chce
chyba, żeby Misi stało się coś złego?"
Po każdym tego typu pytaniu dodawała charakterystyczne spojrzenie. W szczególny też sposób wypowiadała słowo "Misiuuuu", mrucząc niczym
kocica i przedłużając ostatnią głoskę. Było to okropnie irytujące, ale
nie dla Misia. Nie wiedzieć czemu nie był w stanie się temu oprzeć,
chociaż każdy, absolutnie każdy dookoła po minucie obcowania z nimi
widział, jak bardzo słodka Klaudia go wykorzystuje.
Co poradzić? Zakochał się chłop do szaleństwa. Miłość jest ślepa, a może
wcale nie...? A może mimo nie najlepszego wzroku Robercik widział znacznie
więcej, niż chciałby zobaczyć? Przecież musiał, choćby podświadomie,
zdawać sobie sprawę, że gdyby poddał ukochaną próbie, gdyby na przykład
nagle oświadczył, że stał się bankrutem, przysięgająca miłość aż po kres
Klaudia pewnie poszłaby do domu sprawdzić, czy wyłączyła żelazko, i nigdy by nie wróciła.
Co tu kryć - Robercik wolał cieszyć się nieszczerą miłością, niż
cierpieć w szczerej samotności. Ten układ miałby może nawet jakąś
przyszłość, gdyby nie fakt, że... Ale nie uprzedzajmy faktów.
Natalia i Chris
Natalia i Chris
Kamery poszły. Akcja! - krzyknął na planie
nowego filmu reżyser specjalnie zatrudniony do tej produkcji i ściągnięty z samej Ameryki. A wiadomo, że w Ameryce wszystko jest
lepsze, większe, bardziej imponujące. Film miał ogromny potencjał - nie
tylko dzięki cenionej amerykańskiej reżyserii, ale przede wszystkim
dzięki polskiemu producentowi, który znany był w świecie filmowym z tego, że produkcja, w którą inwestuje swój czas i pieniądze, szybko
ląduje na pierwszych miejscach list najlepszych filmów roku, dekady, a kto wie, czy w przyszłości nie okaże się, że również stulecia. Facet
miał nosa. Miał dobre kontakty. Miał szacunek w branży. Miał świetnie
prosperującą agencję producencką. Własnego imienia nawet wśród samych
Polaków używał tylko w angielskiej wersji, bo dzięki temu podczas
międzynarodowych kooperacji był łatwo zapamiętywany i szybko uważany za
swojego. Był niezły w tej robocie, ale do Stevena Spielberga trochę mu
jeszcze brakowało.
Któregoś dnia podczas zdjęć zwrócił się lekceważąco do asystentki planu,
nawet na nią nie patrząc, bo Chris nie wszystkich obdarzał spojrzeniem.
W jego mniemaniu nie każdy zasługiwał na taki zaszczyt, jak chwila jego
spojrzenia i uwagi.
- Ej, podaj mi scenariusz! - rzucił, machnąwszy przy tym bezczelnie
ręką, jakby przywoływał służbę. Przyzwyczaił się, że najniższy szczebel
ekipy, czyli właśnie obsługa techniczna, asystenci planu, makijażyści
etc., skaczą koło niego i czują dumę, że przez chwilę mogą oddychać tym
samym powietrzem.
Asystentka jednak okazała się odważniejsza, niż mogłyby wskazywać jej
drobna postura, skromna sukienka i spojrzenie skierowane gdzieś na
poziom czubków butów. Zachowanie Chrisa spowodowało, że uniosła się
honorem i zareagowała spontanicznie:
- Na "ej" to tramwaj staje... - I odeszła, chociaż w tym samym momencie
tego pożałowała i skarciła się w myślach, nazywając idiotką, która
właśnie straciła pracę, bo Chris na pewno nie pozwoli na takie
zachowanie, a to produkcja wysokobudżetowa. Była szansa w końcu
podreperować budżet. Co jej szkodziło schować dumę do kieszeni i podać
mu ten pieprzony scenariusz? Przecież w sumie była asystentką planu. Jej
praca polegała właśnie również na tym, by asystować ekipie.
Ale Chris był w szoku. Zaintrygowała go ta młoda. Wszyscy, a zwłaszcza
mężczyźni, mają w naturze gonienie króliczka, a zwłaszcza mężczyźni tacy
jak Chris, znudzeni zafascynowanymi nimi pannami, które są na
pstryknięcie, a nawet jeśli nie próbują zwrócić na siebie uwagi w sensie
damsko-męskim, to w pracy są na każde zawołanie. Na rzuconą komendę:
"Ej, podaj mi scenariusz" każda z nich uśmiechnęłyby się od ucha do ucha
i w podskokach wykonała polecenie, szczęśliwa, że to ją właśnie
poprosił, to ją zauważył.
Po skończonym dniu zdjęciowym Chris odnalazł dziewczynę. Podszedł do
niej i już chciał coś powiedzieć, kiedy uprzedziła go:
- Dobra, dobra, wiem... Już pakuję swoje rzeczy. Nie trzeba mi powtarzać
dwa razy. To był odruch. Może trochę nieprzemyślany, ale kurde... Teraz
też bym tak odpowiedziała. No nic nie poradzę...
Zaśmiał się, coraz bardziej zafascynowany młodą gniewną.
- Czekaj, czekaj... Nie mówiłem nic o zwalnianiu cię. Raczej chciałem
powiedzieć "przepraszam", chociaż to słowo niełatwo przechodzi mi przez
gardło. W sumie chyba nigdy, poza dzieciństwem, jeszcze go nie użyłem.
Zjesz ze mną kolację?
Zamurowało ją. Stanęła jak wryta. Uśmiechnął się w sposób, który wydał
jej się wręcz czarujący. Jeszcze przed chwilą miała go za buca, a teraz
uległa jego urokowi. Nie była jednak w stanie zbyt wiele powiedzieć, a to ośmieliło go jeszcze bardziej:
- Powiedziałbym: "Ej, jaka jest twoja odpowiedź?", ale może lepiej nie
będę próbował...
Tym razem roześmiała się, bo trzeba przyznać, to było błyskotliwe.
Atmosfera się rozluźniła. Zjedli tę kolację. Zaiskrzyło.
Natalia - bo tak miała na imię - zakochała się w nim do szaleństwa.
Chris też czuł coś, czego wcześniej nie znał, ale natura casanovy nie
pozwoliła mu w imię miłości całkowicie zmienić przyzwyczajeń. Takie
rzeczy to tylko w bajkach. Jak się lubi "z niejednego pieca chleb jeść",
to najlepszy, najwspanialszy, z największą czułością pielęgnowany chleb
nudzi się, kiedy je się go codziennie, nie wprowadzając żadnych
urozmaiceń.
Kiedy zaczął skakać w bok, zabawiając się to z jedną, to z drugą,
Natalia była już tak zakochana, że z dziewczyny, która kiedyś potrafiła
unieść się dumą i odpowiedzieć wielkiemu panu producentowi tak, żeby mu
w pięty poszło, nic nie zostało. Stała się ślepa i głucha na wyraźne
symptomy zdrady. Nie wierzyła, że wspaniały Chris mógłby nie być jej
wierny. Każdy, tylko nie on. Przecież się kochali. Co jakiś czas ktoś z jej bliskiego lub dalszego otoczenia spotykał Chrisa gdzieś na mieście w niedwuznacznej sytuacji z jakąś panną, ale Natalia nie chciała tego
słuchać i zawsze miała w zanadrzu jakieś wytłumaczenie: "Co ty... To jego
przyjaciółka. Ci filmowcy mają taki wylewny sposób witania się. Ale to
tylko przyjaźń" albo: "Przestań, to na pewno jego kuzynka. Miała
przyjechać do Warszawy w odwiedziny, więc pewnie to z nią go widziałeś".
Zrozumiawszy, że ona po prostu nie chce znać prawdy, znajomi odpuścili.
Po co uszczęśliwiać kogoś na siłę? Zresztą są kobiety, które przez całe
życie dzielnie znoszą zdrady, triumfując, że mężczyźni zawsze w końcu
wracają do nich, bo tam jest ich dom. Ale czy Natalia to właśnie taka
kobieta?
Była ubogą dziewczyną z nizin społecznych. Mądrą, skromną, wartościową. Ciężko pracowała, by opłacić studia. Przy Chrisie poznała nową jakość życia. W końcu przestała być Kopciuszkiem. Zaczęła przypominać księżniczkę. Rozpieszczał ją. Ubóstwiał. Uwielbiał. Ale monogamia nie leżała w jego naturze. Chyba nawet do pewnego stopnia kochał, ale nie dopuszczał do siebie miłości, która kazałaby mu zrezygnować z przelotnych romansów. Kiedy oświadczył się Natalii, dziewczyna popłakała się ze wzruszenia i szczęścia. Dla niej stanowiło to dowód, że wszystkie plotki o tym, że na mieście ktoś widział Chrisa obłapującego jakąś blondynę, a innym razem rudą, były nieprawdziwe. Przekazywały je złe języki. Te, które chciały ich skłócić. Może z zazdrości? Może z podłości? Ale oni będą razem na zawsze. Do końca świata. Na jej palcu błyszczał imponujący pierścionek zaręczynowy. Chris nie spieszył się z ustaleniem daty ślubu, jednak zmiana statusu z dziewczyny na narzeczoną była na tym etapie dla Natalii satysfakcjonująca. Dlaczego Chris oświadczył się Natalii? Na złość mamie! A poza tym stwierdził, że w sumie czemu nie? Natalia jest uczciwa, oddana, dobra, pracowita, porządna, atrakcyjna i przede wszystkim... bardzo wyrozumiała. Ideał. Po co szukać lepszej kandydatki na żonę? Skoro narzeczeństwo nie ograniczało jego przyzwyczajeń, to małżeństwo tym bardziej nie będzie. Tymczasem matka Chrisa była załamana mezaliansem, którego dopuszcza się
jej ukochany jedynak.
- Ta dziewucha jest biedna jak mysz kościelna... Synu! Ja nie jestem
materialistką, przecież wiesz, ale jak bieda była w domu, to do teatru
nie chodziła, bo za co? Na operę i filharmonię też raczej nie było jej
stać. Wystawy, muzea, języki obce... To wszystko kosztuje. Może jest miła
i uczynna, ale nigdy nie nadrobi wiedzy i obycia, jakie ty masz, bo
żeśmy z ojcem bardzo dbali o to, żeby ci nie brakowało dostępu do
kultury, sztuki i wszystkiego, co wartościowe i rozwojowe. Synku... Ta
różnica z wiekiem będzie ci coraz bardziej przeszkadzać. Uwierz mi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki