Lena
Boże, tu jest bajkowo! - westchnęłam
rozmarzona, patrząc na turkusowy kolor przezroczystego morza i przerzucając w dłoni biały i delikatny jak mąka piach na kalifornijskiej
plaży.
- Ale przecież wspominałaś, że już tu byłaś, kochanie. - Przemek zdziwił
się moim zachwytem, bo pewnie sprawiałam wrażenie, jakbym dostrzegała
uroki tego miejsca po raz pierwszy.
- Byłam, byłam... Ale wtedy... Znajdowałam się w specyficznej sytuacji i nietypowym stanie umysłu. - Zawahałam się, mówiąc te słowa, bo
wiedziałam, że kiedy powiem A, bez B, C, aż do Z się nie obejdzie. Będę
musiała opowiedzieć chłopakowi, w którym byłam już szaleńczo zakochana,
całą historię swojego odwołanego w ostatniej chwili ślubu i odbytej w samotności podróży poślubnej do słonecznej Kalifornii. Nie
wtajemniczałam go dotychczas w szczegóły. Ot, po prostu, wyznałam, że
kogoś miałam, nie wyszło, nie ma co wspominać. Teraz jednak, kiedy
dostrzegłam znaki zapytania w oczach Przemka, wiedziałam, że czas na
absolutną szczerość. On na to po prostu zasługiwał.
- Pamiętasz, wspominałam ci, że byłam przed tobą w dosyć poważnym
związku. On też miał na imię Przemek.
- Pamiętam. Jak ci się przedstawiłem na weselu Sylwii i Tomka, niemal
się wzdrygnęłaś na dźwięk mojego imienia. - Roześmiał się.
- Fakt. - Też się roześmiałam, chociaż w moim śmiechu pobrzmiewała nutka
goryczy. Mimo wszystko powrót do tamtego momentu, kiedy moje obolałe
serce na nowo uczyło się wiary w miłość, wciąż nie należał do
emocjonalnie obojętnych. - Przemek zostawił mnie trzy dni przed ślubem.
Nie wspominałam ci. Wyznał, że się zakochał, i uciekł, zostawiając mnie
samą, ze złamanym sercem i całą masą zadań do odwołania, odkręcenia i przekreślenia. Nie z mojej winy. Długo żyłam chęcią zemsty i wielką
nienawiścią do niego. Jednej rzeczy nie odwołałam. Naszej podróży
poślubnej do Kalifornii. To zawsze było moje marzenie. Postanowiłam
polecieć sama. Wiele dni tutaj przepłakałam.
- Tak bardzo go kochałaś? - zapytał smutno Przemek, który starał się
pewnie wczuć w przykrą sytuację, w jakiej się kiedyś znalazłam.
- Nie. Szybko zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę oboje chyba
się nie kochaliśmy. Jakiś rodzaj wzajemnej sympatii, szacunku,
przyzwyczajenia, odpowiedzialności, sama nie wiem, jak to nazwać,
popchnął nas do tego, by zacząć planować ślub. Wtedy myślałam, że to
właśnie miłość. I porzucona, przestałam w nią wierzyć. Wtedy też
zobaczyłam tu na plaży zjawiskowy ślub i zapragnęłam zmiany całego
swojego życia. W skrócie - rzuciłam nudną pracę, założyłam agencję
ślubną i postanowiłam organizować śluby i wesela.
- Nie wierząc w miłość? - Mój chłopak zauważył absurd tej sytuacji i mocno się zdziwił. Słusznie zresztą.
- Tak. Samą mnie ten pomysł zaskoczył. Wyobraź sobie, miałam poczucie,
że będę bardziej profesjonalna dzięki temu właśnie, że nie wierzę w miłość. Że nie będę się dawała rozpraszać sentymentom. Moje cudowne pary
mnie uratowały. To dzięki nim zaczęłam pojmować, że nie każda miłość
musi być pomyłką, fiaskiem, rozczarowaniem, bólem. A potem pojawiłeś się
ty. I postawiłeś kropkę nad i.
- Chcesz powiedzieć, że... - Przemek się zawahał.
- Tak. Kocham cię. I tym razem jestem tego pewna - odpowiedziałam
odważnie, patrząc mu głęboko w oczy, i w tym momencie niemal usłyszałam
łomot własnego serca. Widziałam, że się wzruszył. Przytulił mnie mocno.
Czekał na te słowa.
- Moja śliczna - wyszeptał. - Muszę temu Przemkowi wysłać jakieś
porządne whisky. Gdyby nie tamta decyzja, dziś miłość mojego życia
byłaby żoną innego.
- Z całą pewnością nieszczęśliwą żoną. Nieświadomą, że gdzieś na świecie
żyje inny Przemek, który dałby jej prawdziwe szczęście - dopowiedziałam
i czułam to prawdziwe szczęście całą sobą. Marzyłam, by ta chwila trwała
jak najdłużej. Ona odczarowała Kalifornię na zawsze. Miejsce, które
kochałam, ale w którym wylałam morze łez po wielkim porzuceniu, stało
się miejscem spędzania pierwszych wakacji z mężczyzną, z którym byłam
już dwa lata i wiedziałam na pewno, że pragnę się z nim zestarzeć.
Wolałabym, szczerze mówiąc, żeby dalszej części tej naszej konwersacji
już nie było. Tu powinna zapaść cisza, przetykana tylko szumem fal, ale
Przemek postanowił ją zepsuć.
- Kochanie, czy to oznacza, że gdybym w najbliższym czasie poprosił cię
o rękę, usłyszałbym "tak"?
Zdrętwiałam. Mimo upału panującego na plaży tamtego dnia zrobiło mi się
zimno.
- Ale... Ale... - Zaczęłam się jąkać. Nie chciałam go urazić, ale całą sobą
czułam, że absolutnie nie chcę już nigdy żadnego ślubu.
- Przecież nie chcę ci zaproponować wyprowadzki na koniec świata i odcięcia się od rodziny i bliskich. Chciałbym po prostu założyć z tobą
kiedyś rodzinę.
- Ale po co? - niemal wykrzyknęłam. To trochę zbiło Przemka z tropu i ewidentnie pozbawiło go nieco cudownego humoru, którym jeszcze przed
chwilą tryskał. Zgasły radosne ogniki w jego oczach.
- Bo ludzie, którzy się kochają, zakładają rodziny.
- Nie wszyscy! - znowu krzyknęłam, wierząc, że może tym razem utnę tę
rozmowę na dobre, a siła głosu i niecierpiący sprzeciwu ton może nawet
przekona mojego chłopaka, że jest dobrze tak, jak jest. I naprawdę nie
ma potrzeby tego zmieniać.
- Okej - odparł smutno, a ja oczywiście natychmiast poczułam wyrzuty
sumienia.
- Hej, chyba nie zamierzasz się teraz na mnie obrazić? - Wolałam
dopytać, chociaż nawet osoba postronna wyczułaby chłód, jaki się w tym
momencie między nami pojawił.
- Obrazić? Nie mam trzech lat, Lena. Jestem po prostu zdziwiony, że jemu
powiedziałaś "tak", a ja nie mam szans na to "tak", mimo że podobno to
ja jestem twoją prawdziwą miłością.
"Chryste, nic nie zrozumiał" - pomyślałam poirytowana, że potraktował tę
sprawę tak zero-jedynkowo.
- A nie pomyślałeś, że właśnie dlatego już nie chcę żadnego "tak" w moim
życiu? - Starałam się mówić łagodnie, ale nie byłam w stanie ukryć
zdenerwowania w głosie.
- A nie pomyślałaś, że to nieuczciwe karać mnie za błędy i nielojalność
innego faceta? - Teraz mówił już podniesionym głosem, wyraźnie wkurzony,
chociaż też bardzo starał się pozostać opanowany i spokojny.
- Przemek... - próbowałam jeszcze coś dodać, ale przerwał mi.
- Dobra, Lena. Nie było tematu. Zapomnij. - Tym razem on uciął i zrobił
się kwas.
Na szczęście bajkowe okoliczności, w jakich spędzaliśmy urlop, pozwoliły
nieco złagodzić zdenerwowanie obu stron i już następnego dnia znowu z uśmiechami od ucha do ucha korzystaliśmy z uroków Florydy. Ale kilka dni
później trzeba już było pożegnać się z tą krainą prosto z marzeń i snów,
by wrócić do rzeczywistości. Zwłaszcza że kończył się październik, co
oznaczało zbliżający się wielkimi krokami kolejny sezon ślubny. Czas
było zakasać rękawy i brać się do roboty, żeby następnym parom pomóc
spełnić ich najskrytsze marzenia i stworzyć dzień, który zapisze się w ich pamięci na całe życie. Po takich wakacjach czułam się zresetowana i gotowa na kolejne wyzwania.
Po powrocie pozwoliłam sobie jeszcze na słodkie nieróbstwo przez trzy
dni, starając się pokonać nieunikniony jet lag. W końcu byliśmy na końcu
świata i dla organizmu przestawienie się na inną strefę czasową musiało
być szokiem. Jako perfekcyjna organizatorka - również własnego życia -
wzięłam to pod uwagę, planując urlop, bo bardzo nie chciałam przez
niepotrzebną frustrację stracić energii od razu po powrocie. Wróciliśmy
w czwartek, ale dopiero w poniedziałek rano wyruszyłam z głową pełną
pomysłów do mojego pastelowego i słodkiego jak miłość biura. Zuzka
rzuciła mi się na szyję. Albo się bardzo stęskniła, albo nie mogła się
doczekać własnego urlopu, a mój powrót właśnie to oznaczał. Teraz ona
dwa tygodnie będzie się byczyć i ładować swój akumulatorek na kolejne
miesiące ostrej tyry.
Pierwszy dzień minął nam na plotkach, pogaduszkach, streszczeniu, co się
wydarzyło podczas mojej prawie miesięcznej nieobecności. Kiedy zdałyśmy
sobie raporty zawodowe i prywatne oraz zaplanowałyśmy kolejne działania,
uściskałam Zuzę, życzyłam jej cudownego urlopu i wyrzuciłam niemal siłą
z biura, by mogła się jak najszybciej spakować i ruszać na zasłużony
odpoczynek. Przed wyjściem rozpisałam sobie jeszcze w kalendarzu na
najbliższe dni spotkania - i te nowe, umówione przez Zuzkę, i te
zaplanowane jeszcze przed moim wylotem. Czułam, że będzie się działo,
ale też nie mogłam się doczekać tej intensywności działań. Kochałam to.
Ten rodzaj ekscytacji przed zawodową przyszłością, która - co wiedziałam
już po swoim niedługim, ale intensywnym doświadczeniu w branży ślubnej -
może wiele zmienić w życiu. Bo tutaj klient nie jest po prostu klientem,
a usługa - zwykłą usługą. Bycie wedding plannerką to dołączanie do
rodziny klientów na wiele miesięcy. To stawanie się częścią tego
zaufanego grona. To borykanie się z problemami natury psychologicznej, a nierzadko wręcz intymnej. To aranżowanie bajki. To często tworzenie
chwili, o której panna młoda marzy, od kiedy ukończyła piąty rok życia.
To konieczność zmierzenia się z oczekiwaniem, presją, napięciem. Nie
wspominając o konieczności sprostania oczekiwaniom rodzin panny młodej i pana młodego, które - żeby nie było oczywiście zbyt łatwo - często stoją
na przeciwległych biegunach, jeśli chodzi o... WSZYSTKO - gust, poziom
zaangażowania (czytaj: wtrącania się), poczucie smaku, takt, poziom
realizacji własnych marzeń kosztem wesela syna/córki etc. A pośrodku
tego bałaganu stoi wedding plannerka, która musi to wszystko jakoś
pogodzić, ba - mało tego - stworzyć wizję, która ucieszy każdego,
zwłaszcza państwa młodych, i spowoduje, że ze łzami w oczach będą się
nad ranem żegnać ze mną, wyczerpaną ze zmęczenia, i dziękować za
wszystko. Nie chodzi mi o tę wdzięczność, ale o poczucie dobrze
zrobionej roboty. Jestem od tego poczucia absolutnie uzależniona. Tak.
Trzeba to nazwać wprost - uzależnieniem.
Wyszłam z biura odrobinę wcześniej, chcąc jeszcze po drodze do domu
odwiedzić zaprzyjaźnione salony sukien ślubnych, by zerknąć na nowe
projekty, z którymi nie miałam szansy się zapoznać przez tygodnie
nieobecności. Przechodząc przez ulicę, zauważyłam ją. Aż podskoczyłam z radości.
- Natalka? - Wolałam się upewnić, bo coś się w niej jednak zmieniło.
Miało prawo. Minęły dwa lata od jej ślubu z Chrisem. Jak ten czas
pędził. Zrobiło mi się przykro, że przez te dwa lata nie udało się
znaleźć nawet chwili na wspólną kawę.
- Lena! - krzyknęła na mój widok z radością, a ja wciąż nie umiałam
powiedzieć, co się w niej zmieniło. Kolor włosów ten sam. Wciąż była
śliczna, szczupła i atrakcyjna.
- Kochana, skoro już los nas postawił na tym samym przejściu dla
pieszych, to może masz jakimś cudem czas na szybką kawę? - Zdecydowałam
się na spontaniczną propozycję, bo wiedziałam, że jeśli chwilę rozmowy
na ulicy zakończymy tradycyjnym: "Musimy się spotkać!", nigdy do tego
nie dojdzie.
- A wiesz, że chętnie - odpowiedziała bez zastanowienia i natychmiast
podążyłyśmy do najbliższej kawiarni, żeby już nie tracić czasu na wybór
najbardziej odpowiedniego miejsca. Co za różnica. Ważne było to, by
pogadać. Ależ byłam ciekawa, co u nich...
- Opowiadaj, jak życie? - Nie wiem, dlaczego nie zapytałam wprost o Chrisa. Nie wymieniłam jego imienia. Wciąż gdzieś bardzo głęboko w sobie
miałam do niego pewien rodzaj niechęci. Pamiętałam, jak próbował mnie
obłapiać przy pożegnaniu na własnym weselu. Te jego lepkie rączki, które
zdawały się nie odpuszczać żadnej. A chętnych nie brakowało, zważywszy
na to, że Chris był nie tylko przystojny, ale też pracował w branży
filmowej, a podryw na pana producenta, jak się okazywało, był bardzo
skuteczny, więc nawet szczególnie nie musiał się starać. Natalia, co
prawda, zmieniła jego życie. Była pierwszą kobietą, w której Chris
naprawdę się zakochał, ale natura ciągnęła wilka do lasu. I wciąż miał
ochotę na skoki w bok z jednoczesnym poczuciem, że oczywiście to Natalia
jest miłością, a cała reszta to "tylko" seks. Wierzyłam naprawdę całym
sercem, że Chris się zmienił i że za chwilę usłyszę o tej niesamowitej
przemianie z ust Natalii. Ale ona... zaczęła płakać. Rzewnie i całą sobą.
Wtedy zrozumiałam, co się w niej zmieniło. Oczy. Spojrzenie. Było w nim
tyle smutku i bólu. Natalia nawet gdy uśmiechała się promiennie, jak to
zrobiła na przykład na mój widok na przejściu dla pieszych, pozostawała
z tym bezbrzeżnym smutkiem w oczach. I już wiedziałam, kto był temu
winny. Aż zacisnęłam pięści, niemal gotowa do walki z gnojem, który nie
zasługiwał na tę wspaniałą dziewczynę. Niepotrzebnie dała mu szansę po
zdradzie przed ślubem. Ale naprawdę zdawał się zrozumieć swój błąd.
Niemal ją stracił. Dotarło do niego wszystko. Do jasnej cholery... On ją
przecież kochał. Jak można kochać i zdradzać? Co z tym facetem jest nie
tak? Mnóstwo pytań kłębiło się w mojej głowie. Ale zamiast je zadać,
położyłam dłoń na roztrzęsionych dłoniach Natalki i powiedziałam
najspokojniej, jak potrafiłam: - Opowiedz mi wszystko po kolei... Wyrzuć z siebie. Coś zaradzimy...
Natalia i Chris
Po ślubie, podczas którego Chris mocno pod
wpływem alkoholu flirtował z kim popadnie, obudził się skacowany i zawstydzony swoim stanem. Na szczęście Natalia nie była świadkiem jego
dwuznacznych zachowań, ale i tak czuła rozczarowanie, że jej mąż na
własnym weselu nie potrafił utrzymać pewnego poziomu i zaprezentować
klasy. Nie chcąc jednak pierwszego dnia ich wspólnego życia rozpoczynać
od wyrzutów, postanowiła puścić wszystko w niepamięć. Ale Chris nie
chciał udawać, że nic się nie stało. Było mu wstyd. Chociaż totalnie nie
pamiętał, jak próbował obłapiać Lenę na parkingu przy pożegnaniu. Ręce
mu się po prostu bezwiednie kleiły do kobiet. Nie panował nad tym.
- Kotek, słabo się zachowałem, wiem - zaczął, leżąc ze swoją świeżo
poślubioną żoną w łóżku.
Wesele skończyło się nad ranem, oboje więc mieli zamiar przebimbać w domowych pieleszach cały dzień i nie robić nic. Następnego dnia czekało
ich pakowanie i wyjazd w podróż poślubną. Wybrali Grecję. Nie mieli
długiego urlopu, więc postanowili wyskoczyć w miarę blisko, by nie
tracić zbyt dużo czasu na lot.
- Rzeczywiście trochę mnie zaskoczyłeś, bo raczej nie upijałeś się nigdy
tak mocno, ale zostawmy to - odpowiedziała łagodnie i z dużym
zrozumieniem.
- Mam wrażenie, że to stres w połączeniu z alkoholem mnie tak rozwalił,
ale naprawdę jest mi wstyd i przykro. Mam nadzieję, że nie powiedziałem
nic, co by cię uraziło, bo przyznam, że od pewnego momentu niewiele
pamiętam.
Natalia przymknęła oczy i przypomniała sobie, jak opryskliwie próbował
się z niej nabijać, że ledwie została żoną, a już zrzędzi, kiedy
delikatnie dawała mu do zrozumienia, że może warto by nieco przystopować
z alkoholem. Nie chciała tego pamiętać.
- Po prostu postaraj się czuć umiar. I nie mówmy o tym więcej, mężu! -
Uśmiechnęła się do ukochanego i wtuliła w jego ramiona. Zawsze wtedy
czuła się bardzo bezpiecznie. On też ją mocno przytulił i czuł się
piekielnie szczęśliwy. Był świadomy tego, jak wielkie ma szczęście, że
ktoś tak cudowny jak Natalia chce być u jego boku i to na zawsze - na
dobre i na złe. Jak przez mgłę zaczęło mu majaczyć przed oczami, że
chyba trzymał na weselu jakąś pannę na kolanach. I aż mu się gorąco
zrobiło, że jeśli w istocie tak było - a znając samego siebie, wiedział,
że to wysoce prawdopodobne - znów mógł wszystko spieprzyć i zakończyć
swoje małżeństwo, zanim się jeszcze na dobre rozpoczęło. Doskonale
pamiętał, jak Natalia mimo miłości zostawiła go i naprawdę miał dużo
szczęścia, że udało się odzyskać jej zaufanie. Przysiągł sobie wtedy, że
nigdy więcej. Czasami trudno mu było zrozumieć samego siebie.
Grecja przywitała ich piękną pogodą i pyszną musaką. Byli szczęśliwi,
beztroscy, zakochani, zapatrzeni w siebie i naprawdę pewni, że życie
należy do nich. Wypożyczyli skuter i jeździli nim po górzystych greckich
terenach, zapomnianych wioskach, kiedyś tętniących życiem, a dziś
skrywających jedynie pozostałości po starych kościołach czy domach.
Mieli w sobie uczucie, jakby byli jakimiś odkrywcami, którzy trafili w pewne miejsca jako jedyni i pierwsi ludzie na świecie. Któregoś dnia
znaleźli też zjawiskową plażę - jak to w przypadku greckich plaż - która
może nie rozpieszczała delikatną strukturą, ale w połączeniu z krystalicznie czystym, błękitnym morzem wyglądała jak kadr z filmu
przyrodniczego. W dodatku w pobliżu nie było żywego ducha. I znowu mieli
to uczucie, że oto odkryli zakątek, którego nikt przed nimi nigdy nie
znalazł. Siedzieli na kocu, przytuleni, wpatrzeni w dal. Byli
szczęśliwi. Naprawdę szczęśliwi.
- Nie wiem, co bym zrobił, gdybyś mi nie wybaczyła, Natka - zaczął
Chris.
- Po co chcesz do tego wracać? - Nie chciała psuć ani sobie, ani mężowi
nastroju, a wspomnienia jego zdrad, mimo że już przerobione, odrobinę
kłuły w serce. Natalia wiedziała, że będą bolały zawsze.
- Nie chcę. Ale chcę, żebyś wiedziała, że jesteś moją miłością. Czasami
tracę rozum, ale to ciebie mam przed oczami, kiedy zasypiam i się budzę.
Zawsze - wyznał tak szczerze, że Natalii wydawało się, iż dostrzegła
zapowiedź łez wzruszenia w jego oczach.
- Czasami traciłeś rozum. Traciłeś. Czas przeszły, Krzysiu. - Zwróciła
uwagę na to słowo, bo mimo wszystko nie pasowało jej do całości
wypowiedzi męża.
- Tak. Masz rację. Traciłem. Nigdy więcej, moja wspaniała żono! - mówił
to tak, jakby samego siebie próbował przekonać.
Któregoś wieczoru postanowili wybrać się na grecką potańcówkę. Było
wspaniale. Żywiołowa grecka muza dudniła im w żyłach i porywała do
tańca. Śmiali się, tańczyli, śpiewali, poznali grupkę ludzi w podobnym
wieku, z którymi świetnie im się rozmawiało. Chris znowu zaczął
niebezpiecznie bełkotać.
"Jest na wakacjach. Przestań mu zrzędzić" - upomniała samą siebie w myślach Natalia, bo złapała się na tym, że ma ochotę zakończyć imprezę.
A trzeba przyznać, że jej mąż nic złego nie robił. Nadal świetnie się
bawił. Może po prostu miał nieco większy problem z utrzymaniem pionu i równowagi, ale generalnie nic niepokojącego się nie działo. Natalii
szkoda było wieczoru. Zapowiadała się impreza do białego rana, a wiedziała, że jeśli Chris nie przystopuje z tempem - dla nich impreza
zakończy się znacznie szybciej. Odważyła się więc cichutko zwrócić mu
uwagę:
- Kochanie, może byś odpuścił na chwilę z drinkami, coś zjadł,
potańczył? Jest tak fajnie... Chciałabym...
Nie dokończyła, bo z wulgarnym bełkotem wszedł jej w słowo:
- Ohooo... Zaczyna się... Pierdolenie mojej świętej żony. Już, kurwa, nawet
na wakacjach nie można się drinka napić bez kontroli? Jesteś jak moja
matka!
Poczuła pieczenie pod powiekami. Wiedziała, że za chwilę wybuchnie
płaczem. Drugi raz w życiu widziała to gorsze wcielenie Krzyśka. Był
teraz zupełnie inny niż jej ukochany, trzeźwy Chris. Nie bała się go,
ale czuła w nim wielką niechęć w stosunku do siebie. Jakby w magiczny
sposób miłość mijała, a nawet zamieniała się w złość, pomieszaną z całkowitą irytacją. Natalia nie sądziła, że może w nim wywoływać takie
uczucia. Odechciało jej się zabawy. Wstała i postanowiła pójść do
pokoju. Odchodząc, usłyszała za sobą znowu pełne pogardy: "Jasneeee...
Obraź się najlepiej... Księżniczko... I dobrze, przynajmniej drinka sobie
wypiję bez twojego kłapania dziobem". Przyśpieszyła, by nie słyszeć nic
więcej, bo każde jego wulgarne słowo raniło ją, jakby ktoś wbijał jej
igły w okolice serca.
Oczywiście nie była w stanie zasnąć, bo serce jej waliło i cały czas
słyszała w głowie stawiane własnym głosem pytania: "Kim jest ten facet?
Kogo poślubiłaś? Dlaczego Chris potrafi tak ranić?".
Uznała, że będzie ponad to. Pójdzie po męża. Łagodnie i delikatnie
przekona go, by poszedł z nią do pokoju, a następnego dnia postara się
opanować nerwy i rozczarowanie i wyjaśnią sobie wszystko. Dłużej tak być
nie może. Zeszła do hotelowego lobby i zobaczyła to... Chris całował
namiętnie jakąś Rosjankę, ubraną jak panienka do towarzystwa. Dłoń jej
męża przesuwała się po nagim udzie dziewczyny, a bardzo krótka mini
dawała pełen dostęp do wszystkiego, na co tylko miał ochotę zalany
Chris. Natka poczuła, jak wpada w szał. Podbiegła do obściskującej się
parki, wytargała za tlenione blond włosy pannę, która oburzona
wykrzyczała do niej: "Szto z toboj?". Zawsze kulturalna i zrównoważona
Natalia nawet nie pamiętała, kiedy krzyknęła: "Łapy precz, dziwko, od
mojego męża". Chris zdawał się niewiele kontaktować. Coś tam wybełkotał
niezrozumiałego pod nosem i głowa mu się zwiesiła jak rasowemu
alkoholikowi. Drobna kobieta wzięła go pod ramię i jakoś doczołgała się
z nim do pokoju hotelowego. Przez całą noc patrzyła, jak śpi. Sama nie
zmrużyła oka. Nawet się nie położyła. Siedziała w fotelu i myślała.
Czuła, że na rzeczy jest coś zdecydowanie bardziej niepokojącego, niż to
wszystko wyglądało na pierwszy rzut oka.
Trudno jej było spokojnie porozmawiać z mężem następnego dnia, bo ten
rzygał niemal przez cały dzień. Ewidentnie zatruł się alkoholem. Był tak
zażenowany sobą, że nie potrafił spojrzeć Natalii w oczy. Ona nie
krzyczała. Nie płakała. Powiedziała tylko śmiertelnie poważnym tonem:
- Po tym, jak niemal przeleciałeś w hotelowym lobby jakąś ruską dziwkę,
mogłabym natychmiast złożyć papiery rozwodowe i zamknąć ten nowo otwarty
etap życia, zanim się właściwie na dobre rozpoczął, ale myślę, że masz
jakiś poważniejszy problem. Skoro przysięgałam ci przed Bogiem, spróbuję
powalczyć, ale tylko jeśli ty też potraktujesz sprawę poważnie. Nie
interesują mnie obietnice, przysięgi i deklaracje. W twoim przypadku,
jak widać, to wszystko jest gówno warte. Po powrocie idziemy do
seksuologa. Masz jakiś problem, człowieku, a ja nie pozwolę, byś zrobił
ze mnie zrozpaczoną młodą żonę, która za każdym razem, gdy mąż jest poza
zasięgiem jej wzroku, zastanawia się, kogo właśnie dupczy. Zrozumiałeś?
Ostatnie słowo powiedziała nieco mocniej. Ale Chris nawet nie miał
zamiaru z nią dyskutować. Bogu dziękował, że nie rzuciła mu obrączką w twarz. Oczywiście nie pamiętał żadnej Rosjanki, ale wierzył żonie, bo
znał doskonale swoje skłonności. Ona miała rację. Coś było na rzeczy.
- A teraz siedź tu, śpij, dochodź do siebie i zejdź mi z oczu. Ja idę na
plażę i mam nadzieję spędzić dzisiejszy dzień jak najdalej od ciebie -
dodała spokojnie, a on skinął głową ze zrozumieniem i aprobatą. Chociaż
tyle mógł dla niej zrobić.
Lena słuchała łkającej Natalii i serce jej pękało. To było do
przewidzenia... Ludzie się nie zmieniają. A już na pewno nie bez pracy nad
sobą.
- Tak mi cholernie przykro, Natalia. I co było dalej? Jak wygląda
sytuacja dzisiaj?
- Poszliśmy na terapię. Chcesz wiedzieć, jak zdiagnozowano mojego męża?
- Jak?
- Seksoholik.
- O kurwa... - wyrwało się Lenie, bo to zabrzmiało naprawdę poważnie.
- No, lepiej bym tego nie ujęła - skwitowała Natalia. - I wiesz... Z jednej strony ulga, bo to choroba, a nie wyrachowanie, a z drugiej masz
ochotę krzyknąć: "Zaraz! Ja się na to nie pisałam!". To jak bycie w związku z alkoholikiem. Swoją drogą, alkohol też jest jego wrogiem.
Chris nie może pić. Alkohol wyzwala jego skłonności. Przestał
całkowicie. Ale zaczęły się inne problemy. Zaczęły się inne historie...
Szybko wpadł w uzależnienie od porno. Nie zdradzał, więc szukał ujścia w innych źródłach. Uwierz, nie jest mi łatwo. Ale walczymy.
- Kochasz go?
- Kocham. Chociaż... To takie trudne... Wiesz, w naszej kulturze facet,
który na pęczki zalicza panienki, nie jest w żaden sposób oceniany, a już na pewno nie negatywnie. Koledzy mu zazdroszczą, kobiety niby nie
chciałyby trafić do tego zbioru zaliczonych panienek, ale jest w ich
oczach co najmniej intrygujący, bo skoro taki temperamentny, to na pewno
zajebisty w łóżku. To działa na wyobraźnię. Rzeczywiście jest niezły,
ale co z tego... Wiesz, czasami chciałabym mieć beznadziejny seks, ale
tylko mój. - Natalia znowu posmutniała.
- Rozumiem, kochana. Dziękuję ci za zaufanie. Cholernie mi przykro. -
Lena mogła powiedzieć tylko tyle. Podziwiała tę silną kobietę. Ale też
po raz pierwszy poczuła współczucie, a nie pogardę w stosunku do samego
Chrisa. "Piękne rodzi się w bólach" - pomyślała. Może ten związek też
musiał przejść przez niełatwą próbę, żeby dojść do momentu, kiedy będzie
już tylko dobrze.
Dziewczyny obiecały sobie kolejne spotkanie za miesiąc. Na wszelki
wypadek obie wpisały konkretną datę w kalendarze, żeby się nie rozmyło.
Lena bardzo chciała kontynuować tę relację. Zawsze czuła bliskość z Natalią, ale tempo, praca, życie, bieg... Tym razem nie chciała już
czekać, aż los znowu przez przypadek postawi je na jednej drodze.
Sonia i Teddy
Mamo, postanowiłam studiować w Londynie -
oznajmiła osiemnastoletnia Sonia na jednym wydechu, patrząc w oczy mamie
z ogromną nadzieją, że zobaczy w nich akceptację, a może wręcz dumę i radość.
- Córeczko - Eleonora złapała córkę za ręce - jeśli czujesz się na to
gotowa, jeśli naprawdę chcesz, świat stoi przed tobą otworem.
Sonia rozpłakała się ze szczęścia.
- Mamusiu, tak się bałam, że powiesz, że to za daleko, że sobie nie
wyobrażasz... A ja czuję, że Londyn mnie woła.
Eleonora się roześmiała.
- Oj, córciu, córciu. Kocham cię najbardziej na świecie. Myślisz, że
mogłabym cię powstrzymywać przed realizacją marzeń? To twoje życie.
Twoje wybory.
- Jesteś bardzo mądra, mamo. Obym kiedyś zdobyła podobną mądrość. -
Wzruszona Sonia zdołała wydobyć z siebie takie wyznanie.
- Zdobędziesz. Kto wie, czy nie większą. - Matka przytuliła córkę do
serca, a Sonia poczuła wszechogarniający spokój. Jak zawsze, kiedy mama
otaczała ją ramionami.
"Jak to będzie, gdy będą daleko? Kiedy poczuję, że potrzebuję jej
wsparcia, jej siły, jej energii, ale mamy nie będzie w drugim pokoju,
nie będzie w tym samym mieście, ba - nie będzie jej nawet w tym samym
kraju" - pomyślała dziewczyna i jakby w odpowiedzi na swoje przecież
niewyartykułowane wątpliwości usłyszała:
- Jak będziesz mnie potrzebować, wsiądę w samolot i za kilka godzin
będę.
- Boże, skąd wiesz, że o tym właśnie myślę, mamo? - Spojrzała na nią jak
na jasnowidzkę.
Eleonora uśmiechnęła się i spokojnym tonem wyznała:
- Serce matki dużo czuje.
Sonia po raz kolejny pomyślała, jak cholerne ma szczęście, że trafił jej
się taki cudowny egzemplarz rodziców, bo tata Michał to też bardzo
porządny gość. Zawsze mogła na nich liczyć. Wiedziała, że czuje w sobie
siłę, moc, odwagę - właśnie dlatego, że dostała te wszystkie rzeczy od
rodziców. Oni ją zaopatrzyli w taki bagaż. Oni jej dali najlepsze, co
dać mogli na podróż w dorosłe życie. Sonia właśnie teraz, kiedy
ukończyła osiemnasty rok życia, zdała egzamin dojrzałości, pozwalała
sobie na tego typu refleksje. Czuła radość, że wkracza w nowy etap
swojego życia, a jednocześnie lekki żal za tym, co zostawia za sobą -
bezpieczne dzieciństwo. Bo chociaż wiedziała, że na rodziców zawsze
będzie mogła liczyć, miała też świadomość, że to już stanie się inne.
Oni nie przestaną wspierać córki, ale jej własna droga się rozpoczyna i wydziela definitywnie z tej wspólnej ścieżki, której była częścią, będąc
córeczką mamusi i tatusia, mieszkającą pod ich dachem i popełniającą
błędy bez bolesnych i nieodwracalnych skutków.
Minęły wakacje i Sonia ze łzami w oczach żegnała się z rodzicami na
lotnisku. Cel podróży - Londyn. Jej nowy dom.
- Pamiętaj, córeczko, cokolwiek by się działo, jesteśmy tutaj, zawsze,
dla ciebie - wyszeptał jej do ucha tato, czym oczywiście wzruszył córkę
tak bardzo, że łzy popłynęły jej po policzku, nie zdołała ich zatrzymać,
mimo że zamrugała chyba ze sto razy.
Mama się roześmiała, żeby rozluźnić nieco atmosferę i dodać jej swobody
i radości, bo przecież mimo wzruszenia wszyscy byli właśnie świadkami
niesamowicie pięknego i ważnego momentu.
- Hej, więcej radości! Wyfruwasz z gniazdka i uwijesz niebawem własne.
Będzie cudowne. Zobaczysz, córciu! Ciesz się całą sobą. Masz do tego
prawo! A poza tym przypominam, że tak łatwo się nas nie pozbędziesz, bo
mamy już wykupiony lot do ciebie za dwa tygodnie! - Eleonora trochę
zmuszała się do lekkiego tonu, bo też była silnie wzruszona tym, że jej
mała córeczka, jedynaczka, opuszcza rodzinny dom. Nawet jeśli będą się
często odwiedzać, to już koniec. Nigdy nie będzie jak wcześniej. Ale
przecież właśnie po to dała jej życie. By mogła je pięknie przeżyć, po
swojemu.
Sonia wynajęła mieszkanie w dzielnicy Camden Town. To centrum mody i ekstrawagancji. A przecież dziewczyna wybrała Londyn właśnie ze względu
na szkołę projektowania ubrań. Od dziecka czuła się dobrze w otoczeniu
tkanin. Nie interesowały jej gotowe stroje. Wolała otulać się
materiałami i wyobrażać sobie, jak wykraja z nich suknie, bluzki,
spódnice, spodnie, gorsety, płaszcze - wszystko, czego zapragnie, i dokładnie takie, jakie sobie wyobrazi. Najpierw standardowo ubierała
swoje lalki. To na nich uczyła się robić wykroje. Ale bardzo szybko, bo
już jako siedmiolatka, zaczęła pierwsze eksperymenty z sukienkami dla
siebie. Początkowo były to proste halki, zdobione delikatnymi
aplikacjami. Wraz z upływem miesięcy i lat stopień komplikacji rósł.
Sonia nigdy nie mogła zrozumieć, jak można wejść do sklepu i kupić coś,
co będzie miało wiele osób. A nawet jeśli wybierzemy butik, nie
sieciówkę - z pojedynczymi egzemplarzami - to przecież nie sposób
znaleźć coś, co wpisuje się idealnie w nasze oczekiwania i pragnienia,
pod względem kroju, koloru, faktury, rozmiaru etc. Toteż Sonia zawsze
chodziła w ubraniach, które sama sobie szyła, ewentualnie przerabiała
mocno, bazując na ciekawych projektach wygrzebanych w second-handach.
Przypomniała sobie, jak jako dziesięciolatka ubrała się w kolorową szatę
rodem z hinduskich rytuałów i oznajmiła, że tak ubrana wybiera się do
szkoły. Tata Michał nie był pewien, czy to dobry pomysł.
- Mamo, tato, ale ten strój mnie wyraża, moje dzisiejsze podejście do
świata i życia. Czuję w sobie kolory. Nie chcę tego tłamsić grzecznym
ubiorem w jednolitych barwach. Będę się czuła, jakby mnie ktoś dusił.
Eleonora spojrzała na swoją rezolutną dziesięciolatkę, potem przeniosła
wzrok na męża, który miał wypisane na twarzy tak zwane mieszane uczucia,
i powiedziała spokojnie jak zawsze:
- Myślę, że w tym stroju nie ma niczego niestosownego. Szkoła może być
niestety innego zdania, ale jestem gotowa wziąć to na siebie i stanąć do
konfrontacji z wychowawcą.
Oczy Soni rozświetliły się i w jednej sekundzie zdawały wypełnić całą
jej twarz.
- Dziękuję, mamusiu! - krzyknęła, po czym natychmiast z obawą spojrzała
na tatę, jakby do pełni szczęścia brakowało jej jeszcze jego akceptacji
i zrozumienia. Michał kiwnął tylko głową i dodał:
- Szykuj się, Soniu. Zawiozę cię, żebyś się nie spóźniła.
Córka oplotła małe rączki wokół szyi taty, wyrażając wdzięczność, po
czym pobiegła po plecak, a właściwie płócienną siatkę z książkami i zeszytami, którą ozdobiła skrawkami kolorowych tkanin, bo przecież
klasyczny szkolny plecak mocno zaburzyłby stylizację. Rzemykowe sandały
dopełniły całości. Sonia była gotowa. O dziwo, w szkole przyjęli jej
strój bez wielkiego zdziwienia. Sonia miała w sobie coś takiego, że w jej przypadku ekstrawagancja była normą. Wydawała się tak naturalna, jak
druga skóra. Oczywiście znaleźli się nauczyciele, którzy znacząco
cmokali, że to nie strój dla uczennicy, ale ostatecznie wychowawca
stwierdził, że nie ma o co kruszyć kopii. Dziewczyna dobrze się uczy.
Nie zaniedbuje obowiązków. Jest radosna, pomocna i życzliwa. Po co się
czepiać czegoś tak przyziemnego jak ubranie. Zwłaszcza że, obiektywnie
rzecz ujmując, nie było ono... niestosowne. Sonia nie miała odkrytych
ramion czy brzucha, nie była roznegliżowana, nie wyglądała niesmacznie.
Wręcz przeciwnie. Miało się wrażenie, że kawałek tęczy wpadł do klasy i swoim blaskiem ogrzewał wszystkich dookoła. Taka była Sonia. Oczywiście
nie zawsze w życiu spotykała się z tak dużą dozą wyrozumiałości. Bywało,
że ludzie wyśmiewali ją i nazywali dziwaczką. Ale nigdy jej to nie
dotykało, bo najbliżsi kochali ją taką, jaka była, dając od pierwszej
kropli mleka solidne poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. Miała
też nieduże, ale wierne grono cudownych przyjaciół. Była szczęśliwa. Po
prostu. Tak o sobie myślała.
Po rozpakowaniu swoich rzeczy, uporządkowaniu niewielkiej wynajmowanej
przestrzeni, oswojeniu jej i nadaniu cech domu dzięki dodatkom w postaci
zdjęć, ukochanych plakatów, drobiazgów należących do jej polskiego
rodzinnego świata: poduszek, koców, flakoników na kwiaty, ukochanego
kubka do herbaty etc., wyszła na spacer. Chciała poznać okolicę.
Oddychać jej powietrzem. Poczuć się częścią tego miejsca. Zaskoczyło ją,
jak szybko tak się właśnie stało. Miała dziwne przeczucie, że zna dobrze
to miasto. Jakby się w nim urodziła. A może hasała po tych podwórkach w innym wcieleniu? - przyszło jej do głowy, tak namacalne było wrażenie,
że wróciła do domu. Drugiego domu, bo jednocześnie całą sobą czuła, że
dom jest też tam, gdzie zostawiła swoich ukochanych rodziców.
Szkoła okazała się strzałem w dziesiątkę. Czasami Sonia miała wrażenie,
że nie oddycha na wykładach, żeby nie uronić ani słowa cennej wiedzy.
Tak pochłaniała ją każda chwila. Zdarzały się też mniej ciekawe zajęcia.
Wiadomo. Ale nawet na te chodziła z radością, bo zawsze wynosiła z nich
coś, co poszerzało jej spojrzenie na kwestie mody, wyrażania siebie,
kultury. To kochała w projektowaniu. Dla niej była to psychologia.
Zdecydowanie nie myślała o ubraniach jako o przedmiotach codziennego
użytku. To było coś więcej. Okrycie dla ciała, niemal równie istotne jak
ciało, będące okryciem dla duszy. Tak Sonia postrzegała człowieka. Jako
trójczłonowy zestaw, składający się z duszy, ciała i ubrania.
- Mówię wam, tu jest cudownie. Z całą miłością do Polski, ale u nas nikt
nie pojmował tego w podobny sposób. Mówienie o duszy w kontekście
ubrania traktowano raczej jako bluźnierstwo. A tu... jest nas więcej -
mówiła z entuzjazmem do słuchawki telefonicznej, za którą Eleonora i Michał równocześnie zawsze starali się słuchać córki, korzystając z zestawu głośnomówiącego. Sonia już się przyzwyczaiła, że nieważne, do
którego z nich dzwoni - zawsze po drugiej stronie będą oboje.
Czasami słyszała:
- Czekaj, muszę wyłączyć gaz pod zupą. Nie mów nic teraz. Dopiero jak
wrócę. - Jedno z rodziców oddalało się na chwilę, a drugie wraz z córką
cierpliwie czekało.
Eleonora i Michał kochali te rozmowy. Traktowali je jak coś
najważniejszego i najpiękniejszego w życiu, od kiedy Sonia wybyła do
swojej bajki z pałacem królewskim i prawdziwą królową.
- Przepraszam, chyba coś zgubiłaś! - Młody mężczyzna podniósł chustę w kolorze fuksji, która odczepiła się od torebki eterycznej blondynki i bezszelestnie upadła na ziemię. Kobieta była w pędzie. Jakby już gdzieś
bardzo spóźniona. Odwróciła się z lekkim nerwem, że ktoś ją zatrzymuje,
ale widząc swoją chustę w dłoni mężczyzny, uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- O, tak, to moje. Bardzo dziękuję.
Wzięła chustę i pobiegła dalej. A on poczuł, że jeszcze się spotkają.
I spotkali się kilka dni później. Kiedy już nie biegła. Szła powoli
wzdłuż jednej z handlowych ulic Londynu. Przyglądała się wystawom
sklepowym. Lubiła to robić, mimo że wciąż nie interesowały jej gotowe
projekty. Przyglądała się manekinom, czerpiąc inspiracje.
- Szukasz nowej chusty? - Usłyszała za sobą niski głos.
Odwróciła się i uśmiechnęła na widok chłopaka, który kilka dni wcześniej
znalazł jej ulubioną apaszkę. Kiedy było za gorąco, by nosić chustkę na
szyi, przywiązywała ją do torby, bo lubiła, kiedy fruwała na wietrze.
- To ty. Miło cię znowu widzieć. - Zbagatelizowała pytanie o chustę,
zdając sobie sprawę, że był to tylko pretekst, by zagadać.
- Skoro dziś się nie spieszysz, to może kawa? - zaproponował, czując, że
ta dziewczyna nie będzie mu obojętna. Miała w sobie coś, co go do niej
przyciągało, chociaż nie znał jeszcze nawet jej imienia.
Teddy okazał się miłym i interesującym chłopakiem z zupełnie innej
bajki, a jednak bliskim Soni. Pracował w branży IT, ale czuł pasję
dziewczyny i jej spojrzenie na świat. Wydawała mu się motylem, który
trzepotem skrzydełek zawsze w porę odciągał jego uwagę od monitora
pełnego cyfr po to, by mógł dostrzec piękno świata i na chwilę odpocząć,
oderwać się.
Kiedy poczuli, że łączy ich już coś więcej niż przyjaźń i mają w sobie
gotowość, by nazywać ich relację związkiem, Sonia zapytała:
- Ciekawe, jak zareagują twoi rodzice na wieść, że spotykasz się z Polką?
- Mam tylko mamę. Ojca nie znam. Uciekł, gdy okazało się, że mama jest w ciąży.
- Przykro mi. - Sonia złapała jego dłoń w geście wsparcia.
- Spokojnie. Mama jest cudowna i wystarcza mi za oboje rodziców -
powiedział z pozorną lekkością, ale oboje wiedzieli, że nigdy tak nie
jest. Po prostu życie czasami się tak, a nie inaczej układa. I tyle. - A jeśli chodzi o twoje pochodzenie... Nigdy nie byłem w Polsce, ale mama ma
polskie korzenie. Z tego, co pamiętam, ma tam jakąś ciotkę. Nie
utrzymujemy z nią kontaktu, ale coś mi się o uszy obiło. - Zmrużył
głęboko brązowe oczy, by sobie przypomnieć coś więcej, ale nie zdołał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki