Śmierć. Dopiero to słowo do mnie dotarło. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na lekarza. Miałem nadzieję, że się przesłyszałem.
- Czy może pan powtórzyć? - poprosiłem spokojnie, chociaż moje ciało dawało niewerbalne informacje, że to, co właśnie usłyszałem, rozjebało mnie na atomy.
- Wyniki tomografii wskazują, że pana głowa nie wytrzyma kolejnych ciosów, panie El-Mani - poinformował z troską. Współczuł mi, czułem to, lecz nie potrzebowałem współczucia, a pierdolonego cudu! - Ciśnienie śródczaszkowe doprowadzi do udaru, paraliżu, wylewu... a nawet do śmierci.
- Czyli to nie było zwykłe omdlenie - westchnął Samir i pokręcił głową. - Cholera, żebyśmy wiedzieli, że to ostatnia walka, to byś poszedł na czołówkę z jakimś mistrzem, a nie graczem stanowym.
Przeniosłem wzrok na brata i wlepiłem w niego gały niczym sęp w padlinę. Miałem nadzieję, że on kpi - w końcu rozmawialiśmy o moim zdrowiu, kurwa, życiu!
- A może by tak... - oblizał nerwowo usta - ...tak jeszcze jedną, pożegnalną walkę zorganizować, co? - Mrugnął do mnie znacząco. - Przecież zemdlałeś już kilka razy, więc jeszcze jedna ci nie zaszkodzi.
- Popierdoliło cię?! - wrzasnąłem, aż lekarz wypuścił z rąk podkładkę z dokumentami. - Przepraszam - zreflektowałem się i nieśmiało podrapałem po potylicy. - Proszę nie słuchać tego idioty, jest wciąż pod wpływem... - chrząknąłem - ...szoku.
- Rozumiem - mruknął i rzucił w moim kierunku czujne spojrzenie. - Decyzja należy do pana, ale jak najbardziej odradzałbym kontynuowanie kariery.
- Jasne - westchnąłem posępnie.
- Radziłbym też konsultować się neurologicznie - podpowiedział lekarz. - Obecny stan wstrząsu mózgu to jeszcze nie CTE1 i nagromadzone białko rozgonimy lekami, ale... zalecam, aby tego nie bagatelizować. Proszę też pamiętać, że kolejny cios nie musi się skończyć jedynie udarem, wylewem, czy śmiercią. CTE jest nieodwracalne i na tym powinien się pan skupić, panie El-Mani.
- Skupię się na tym - zapewniłem go solennie. Przy okazji samego siebie. - Mogę wrócić do domu?
- Tak, dam skierowanie do poradni neurologicznej i proszę nie zwlekać z konsultacją.
Potaknąłem i uśmiechnąłem się słabo. Dobrze, że mój menadżer był z natury zapobiegliwym człowiekiem i wykupił mi dosyć kosztowne ubezpieczenie. Wprawdzie na brak kasy nie mogłem narzekać, ale nie należałem też do ludzi rozrzutnych. Zawsze wiedziałem, że dobra passa jest dana na określony czas. W naszej rodzinie mówiło się na to: "Allah cię widzi. I dopóki cię widzi, to ci sprzyja".
- Poczekamy na korytarzu.
Wyszedłem z gabinetu doktora, nie czekając na brata. Musiałem pochodzić przez chwilę. Sport to było całe moje życie, lecz nie byłem lekkoduchem. Poza tym czułem, że walka sprzed prawie siedmiu miesięcy odcisnęła piętno na moim zdrowiu. Szybciej łapałem zadyszkę, miewałem problemy z koncentracją, czasami budziłem się, jakbym był na kacu, chociaż nie piłem alkoholu. Szybko wpadałem w dziwne stany podłamania, wyobrażałem sobie, że czemuś nie podołam. Myślałem, że to problem z psychiką, a rozwiązanie było banalnie proste - mózg nie wyrabiał, bo oberwałem w niego tyle razy, że wzniecił bunt. Dwa pierwsze omdlenia zbagatelizowałem, ale dzisiaj to był na serio hardcore. Siedziałem na kanapie, uniosłem drinka, odchyliłem głowę i pociągnąłem spory łyk. Reszty nie pamiętam.
- Zayd! - krzyknął Samir, ale udałem, że go nie słyszę. Szedłem szybko wzdłuż korytarza. Chciałem dojść do jego końca i zawrócić. I tak kilka razy. Ruch zawsze mnie odprężał, lecz nie tym razem. - Zayd, pieprzony głucholu! - zaśmiał się.
Obróciłem się na pięcie i mało co się nie zderzyłem z tym kretynem.
- Jeszcze jedna pożegnalna walka? - syknąłem i postukałem go palcem w czoło. - Czy ty na pewno jesteś moim bratem, czy cię na porodówce podmienili?
- Może to ciebie podmienili? - zapytał z przekąsem, lecz widząc moje wkurwienie, w końcu spoważniał. - Wolisz, bym się nad tobą użalał? - W jego głosie wyczułem pretensję. - To może zadzwonię po Dalię, ona to nawet nad tobą zapłacze - prychnął, wspominając o młodszej siostrze.
- Nie dzwoń do Dalii - odparłem beznamiętnie. - Do rodziców też nie dzwoń.
- A...
- Nie pisz im o tym, nie ślij informacji morsem, nie baw się w rebus zgadywankę i nie chcę, byś im o tym mówił wprost! - zaznaczyłem twardo.
- A mogę... - Brat nie chciał ustąpić.
- Mają się nie dowiedzieć, rozumiesz?! - Złapałem go za poły bluzy i delikatnie uniosłem nad ziemią.
- Ja chcę tylko zapytać, czy swojej byłej mogę powiedzieć - stęknął, po czym się wyszczerzył.
- Jesteś idiotą. - Pokręciłem głową i go puściłem.
Brat poprawił ułożenie bluzy i posłał mi krzywy uśmiech.
- Ale kąciki ust ci się uniosły - stwierdził słusznie, bo jego pogoda ducha i postawa żartownisia odrobinę oddaliły mnie od trosk.
- Panie El-Mani! - doszedł nas głos lekarza. Spojrzałem w jego kierunku i ruszyłem z powrotem w tamtą stronę. - Zapomniał pan, skierowanie.
- Nie, nie zapomniałem - zaprzeczyłem szybko, tak jakbym chciał zaprzeczyć zjawisku demencji. - Poszedłem na spacer - zażartowałem, ale lekarz chyba nie podchwycił mojego humoru. - Dziękuję. - Odebrałem świstek.
- Nie musi pan całkowicie rezygnować ze sportu - dorzucił, gdy już miałem ruszać do windy.
- A w jakim zakresie? - zaciekawiłem się, bo jak na razie odniosłem wrażenie, że to koniec kariery.
- Nadal zalecam rezygnację z boksu zawodowego - zastrzegł na wstępie - ale może pan przejść w stan spoczynku i szkolić nowe pokolenie.
Westchnąłem głośno i pokręciłem głową. Nie byłem gotowy na taką rozmowę z samym sobą. Wiedziałem, że nie będę już walczył, tylko czy potrafiłbym wejść na ring i instruować dzieciaka ze świadomością, że kiedyś byłem na jego miejscu? Że nie żałuję, pomimo problemów ze zdrowiem? Że gdyby nie one, moja kariera wciąż by trwała?
- Oglądałem pana od pierwszej walki, kiedy ogłoszono, że młody bokser z Francji zasili kadrę florydzkich młodzików - kontynuował z podziwem lekarz. - Późniejsze starcia stanowe, ogólnokrajowe - rozmarzył się. - To jest dar i ogromny talent. Mógłby pan przekazać swoją pasję i miłość do boksu innym.
- Pomyślimy - mruknąłem nieprzekonany do tej wizji.
Z duszą na ramieniu opuściłem klinikę i wsiadłem do auta brata. W drodze do domu postanowiłem zadzwonić do człowieka, któremu niestety musiałem się zwierzyć ze swojej choroby. Było już po północy i James wydawał się być zafrasowany telefonem o tej porze, bo nigdy nie sprawiałem problemów i ogólnie ze mnie to był grzeczny chłopak: nie ćpałem, piłem okazjonalnie, zaliczałem świadome laski, pamiętając o gumce. Nie przynosiłem mu wstydu i żadna z moich byłych "przygód" nie oskarżyła mnie o cokolwiek, choćby ślad znęcania - chodzący ideał, wymarzony zawodnik. Dlatego przystał na propozycję spotkania, bez smęcenia, że pojawi się rano. A ja chciałem kuć żelazo, póki gorące.
Zdążyliśmy podjechać pod mój dom, a na podjeździe pojawiło się również auto mojego menadżera. James wysiadł z pojazdu i uniósł obie brwi.
- Ty jeszcze nie w łóżku? - zakpił i ruszył w moim kierunku. - Co było aż tak ważnego, że...
- Wejdź - zaproponowałem oschle, następnie otworzyłem frontowe drzwi. - W progu nie będziemy rozmawiać.
- Zrobić mu drinka? - wtrącił Samir swoim pogodnym głosem i ruszył w kierunku części kuchennej. - Może lepiej...
- Siadaj, idioto, i pij, ale już nie peplaj! - warknąłem, bo działał mi wyjątkowo na nerwy. Przeszedłem za menadżerem do części salonowej i usiadłem w fotelu.
- Nie pe..., co? - zdziwił się Samir i uniósł niedopitą whisky.
- Stul dziób! - nakazałem ostro.
- Stulam, stulam - fuknął pod nosem i odłożył butelkę, po czym ruszył w naszym kierunku. - Dobra, już mu powiedz, że to koniec kariery, skoro nie masz zamiaru znieczulić go alkoholem.
- Zabiję - syknąłem wściekły, że mój brat zawsze musi wszystko spierdolić.
- Co?! - krzyknął z zaskoczenia James. - To jakiś dowcip, tak? - zachichotał nerwowo i siadł na kanapie, odchylił się w jego kierunku i zastygł. - Jaja sobie robisz?
- Niestety mój przygłupiasty brat mówi prawdę - szepnąłem w eter. - Zadzwoniłem, by cię poinformować, że to koniec kariery.
- Nie przygłupiasty - zaprotestował Samir, zajmując miejsce obok Jamesa - tylko szczęśliwy. - Wyszczerzył się. - Rozwiodłem się, więc może pójdziemy na panienki?
- No, debil po prostu - rzuciłem sam do siebie i złapałem się za głowę, kładąc ją na oparciu, ale szybko wróciłem do poprzedniej pozycji, czując delikatne zawroty. - Zabić to za mało.
- Zabić - zakpił mój brat. - Przecież ty walczyć nie możesz! Poza tym to już czas, żeby oblać mój rozwód i...
- Jakie, kurwa, nie możesz walczyć? - James był totalnie skonfundowany.
Zerkał raz na mnie, raz na niego.
- Zemdlałem - wypowiedziałem szybko, nie dając szansy Samirowi, bo byłby gotowy pajacować nadal. - Miałem dziwną konwulsję, ale w końcu się ocknąłem.
- I zawiozłem go do kliniki - wtrącił brat.
- Co wyszło? - Mój menadżer przybrał minę adekwatną do sytuacji. Powaga.
- Nie znam się na tych medycznych pierdołach, ale kolejne ciosy doprowadzą do choroby, w następstwie do nieodwracalnych zmian, gdzie mózg przestanie się regenerować. Mój obecny stan zdrowia wskazuje na to, że nawet jeden cios może spowodować udar, wylew, a nawet śmierć. - Ostatnie słowo padło ledwo słyszalnie. - Wiesz, że kocham boks, ale nie jestem idiotą.
- Zdecydowanie nie jesteś - potwierdził poważnie i wczuł się w rolę. - Przykro mi, Zayd... - Spojrzał na mnie z troską i westchnął: - Twoja kariera... Kurwa, na serio jest mi przykro.
- Bo się popłaczę - wtrącił wzruszonym głosem Samir.
- Rozumiem, że ostatnia twoja walka rzeczywiście była tą ostatnią. Musimy to jakoś rozegrać, sprawdzić nasze plany, pogadać z innymi. Ustalić, kiedy to ogłosisz. - James zbagatelizował te wygłupy i olał je, jakby gościa obok nas nie było. - Planujesz zostać trenerem? Wiesz, że wynegocjuję dla ciebie najlepszą stawkę.
- Nie, chyba nie - zaprzeczyłem nie do końca przekonany, ale nie widziałem się w tej roli. Brakowało mi wielu cech nauczyciela, w tym tej jednej, najważniejszej: cierpliwości. - Samir ma szkołę surfingu, więc mu zrobię konkurencję na wschodnim wybrzeżu - rzuciłem pierwszą z brzegu myśl. - Albo kupię jakieś grunty i pobawię się w deweloperkę - dodałem z przekąsem.
- Bierz się za surfing, bracie! - Samir uniósł szklankę z napojem. - Ależ ja zajebiste dupy wyrywam na tych lekcjach. - Fiuknął uradowany. - I macanie nie jest molestowaniem, to tylko nauka poprawnej pozycji na desce.
Skrzywiłem usta. Jakoś mnie nie ciągnęło do surfingu, ani do wyrywania dup. Nigdy nie byłem z żadną kobietą na poważnie. W dużej mierze to była wina rodzaju uprawianego przeze mnie sportu, ale i mojego zaangażowania w boks. Nie chciałem się niepotrzebnie rozpraszać, skazywać na kobietę, która z czasem zaczęłaby zrzędzić, że to bestialstwo, że ona się martwi, że kiedyś nie wrócę i serwować mi inne takie smęty. Po trzydziestce zacząłem żałować swoich decyzji, bo większość zawodników miała żony, dzieci i jakoś funkcjonowała. Ja miałem liczne przygody i partnerki, których imion nawet nie pamiętałem, i nic poza tym. Dotarło do mnie, że trochę to smutne.
- Chyba chciałbym się ustatkować - wyrwało mi się.
- Ja pierdolę! - zaśmiał się wrednie Samir. - Człowieku, odradzam. Miałem żonę, słuchaj się mnie!
- Ale ją zdradzałeś! - syknąłem.
- A ona mnie! - Wzruszył ramionami. - Remis!
Nie skomentowałem, bo nie wiedziałem, czy on to zrobił pierwszy, czy zdradził Monicę, wiedząc o jej zdradzie.
- Za późno się obudziłeś, książę - sarknął brat. - Żyłeś pod kamieniem prawie osiemnaście lat i nawet nie wiesz, jak zaprosić laskę na randkę, a do oświadczyn, u la la la, czterdziestka ci stuknie jak nic. Później z dwa lata narzeczeństwa, ślub i szybkie robienie potomstwa, by zacny ród El-Mani przetrwał i dalej mógł krążyć po tym łez padole.
Niestety brat miał rację. Miałem trzydzieści pięć lat. Od szóstego roku życia ćwiczyłem boks. Gdy miałem trzynaście lat, wzięto mnie pod skrzydła klubu dla młodzików, kiedy jeszcze mieszkaliśmy we Francji. Później zaproponowano mi wieloletni kontrakt w Stanach i praktycznie od siedemnastego roku życia moim jedynym sensem życia był boks. Poza tym, kiedy miałem nauczyć się zdobywać kobiety, skoro same do mnie przychodziły?
- Czekaj! - wyskoczył z entuzjazmem Samir. - Ja chyba znalazłem rozwiązanie.
- Jestem niezmiernie ciekaw twojego kolejnego, pojebanego pomysłu.
Brat niezrażony moją złośliwością wyjął telefon i zaczął surfować po internecie.
- Szukałem kiedyś porno z arabkami - mruknął, wciąż przewijając coś palcem.
- Coś ty, kurwa, szukał? - syknąłem zdegustowany, bo chociaż mieszkaliśmy daleko od kraju przodków, urodziliśmy się w rodzinie arabskiej. Ojciec i matka byli Marokańczykami, my również. Byliśmy muslim, chociaż z lekko zatartymi tradycjami.
- Arabskiego porno - żachnął się. - No, co? Byłem ciekaw, jak one z tym turbanem na głowie i z odsłoniętym dołem... Czy są wygolone, czy takie jak dżungla...
- Jesteś po prostu obleśny! - Zachowanie brata mnie zawstydziło, na co James zachichotał.
- Jestem remedium na twój problem! - zakomunikował niezrażony Samir i podał mi telefon. - Oto rozwiązanie.
- Co to? - zdziwiłem się, patrząc na kilkanaście fotografii kobiet w hidżabie.
Zacząłem skrolować.
- Potencjalne panie El-Mani - odparł skwapliwie. - Do wyboru, do koloru. Stronka biura matrymonialnego w Maroko.
- Weź to i zabieraj ode mnie. - Miałem ochotę szybko oddać telefon, ewentualnie roztrzaskać na jego pustym łbie.
- Ale z ciebie kretyn - fuknął. - Przejrzyj chociaż!
- Nie chcę żony z ustawianego małżeństwa! - ryknąłem.
- Kurwa, przecież słyszę, nie drzyj się - wymamrotał zawiedziony. - Z twoją sławą to na pewno znajdziesz taką, co będzie odpowiednia - mruczał pod nosem. - Przecież nikt cię nie będzie kategoryzował, żadna lala nie poleci na ciągnący się za tobą fame, o kasie nie wspomnę.
Kolejny raz ten dupek miał rację. Musiałem liczyć się z konsekwencjami sławy. Decydując się na konkretną laskę zawsze bym miał gdzieś z tyłu głowy, czy poznana kobieta na pewno jest zainteresowana mną, czy pozycją, jaką jej mogę zapewnić. W tym momencie wskazanie konkretnej partnerki przestało wydawać mi się popieprzonym pomysłem.
- A w sumie... co mi szkodzi sobie popatrzeć.
Większość z kobiet miała hidżab2, niektóre jedynie szajlę3, a nieliczne odkrytą głowę. Były piękne i każda z nich miała dosyć mocny makijaż, jakby nie rozumiały, że w naturalnym wydaniu są jeszcze piękniejsze. Rzesza z nich była dla mnie za młoda, a te starsze nie przyciągały mojej uwagi, jednakże widząc informację "osiemnaście lat", nawet nie zerkałem na twarze, tylko szukałem dalej.
Byłem już na szóstej stronie, co oznaczało, że ponad sto kobiet nie przypadło mi do gustu. Później kolejne dwadzieścia kandydatek, i kolejne. Tak naprawdę szukałem najmniejszych mankamentów, aby niektóre odrzucić. Krzywy nos, wąskie usta. Dyskredytowałem nawet za brązowe i czarne oczy, które były najpopularniejsze w Maroku. Lecz na dziewiątej stronie moją uwagę przykuło spojrzenie dwudziestotrzyletniej kobiety w hidżabie. Nie miałem się do czego doczepić, nawet makijaż był znikomy, a oczy... Ujrzałem oczy w kolorze płynnego złota.
- Czy mi się zdaje, czy ciebie swędzą jajka? - zakpił Samir i również zawiesił wzrok na dziewczynie. - Czyżby przyszła pani El-Mani? - Uniósł sugestywnie brwi.
Debil! Nie, "debil" to komplement dla tego kretyna!