Rozdział III
Obudziła go ogłuszająca wręcz cisza. Głowę miał niesamowicie ciężką, a cały organizm był na tyle otumaniony i zdrętwiały, ze nawet dźwięki Warszawy nie dobiegały do jego uszu. Poczuł w ustach niesmak wczorajszego wieczoru. Mieszanka wina, wódki i przedzierających się wspomnień wzbudziła w nim odruch wymiotny, który na szczęście udało mu się w pierwszej chwili opanować. Jego oczy i świadomość tego co się działo wciąż niezbyt dobrze funkcjonowały, więc nie bardzo wiedział gdzie się znajduje ani co się do końca stało.
- Kurwa, chyba powinienem być w pracy - powiedział na głos, ale dźwięk wydawał mu się dochodzić raczej z oddali. - Kurwa, chyba jestem w domu...
Odpowiedziała mu cisza. Przetarł oczy rękami i upewnił się, że w mieszkaniu jest zupełnie sam. Kaśki już nie było, a on leżał nagi na rozłożonej wersalce. Zupełnie nie pamiętał co się stało, a już na pewno tego, kiedy ona wyszła. Dopiero co uzmysłowił sobie, że jest we własnym mieszkaniu, więc nie liczył na szybkie przebłyski pamięci. Nagle wiele scenariuszy poprzedniego wieczora przeszło mu przez głowę i każdy był coraz straszniejszy i bardziej realny. Kompletnie nie pamiętał najmniejszych szczegółów, a po kilku minutach wytężonego skupienia jego retrospekcja urwała się w momencie, gdy pili razem wódkę z butelki, a Kaśka wymownie ocierała się swoim ciałem o jego. Nawet teraz na tę myśl zrobiło mu się ciepło.
Żołądek nie chciał jednak z nim współpracować. Zupełnie nie mógł uporać się z uciążliwym uczuciem chęci jego całkowitego opróżnienia. Na domiar złego, pod poduszką znalazł czarne, koronkowe majtki, które były ciężkim dowodem realności wczorajszego wieczora i potwierdzeniem rozmytych jeszcze domysłów. Teraz przynajmniej miał pewność swoich przypuszczeń, a i przebieg wydarzeń stał się bardziej możliwy do wyobrażenia.
- Ty chory pojebie... - powiedział znów do siebie i zebrawszy w sobie siły, wstał z łóżka. W kurtce znalazł telefon komórkowy, który oczywiście był rozładowany. Szybko podłączył go do ładowarki, ale musiał odczekać chwilę zanim mógł go włączyć. Spojrzał tylko jak na ekranie kręci się kółeczko, w którego środku wciąż widnieje zero procent. - Szybciej, kurwa... - powiedział pod nosem, jakby chcąc samą siłą woli przyspieszyć proces, na który i tak nie miał żadnego wpływu. Czekając poszedł do kuchni napić się wody z kranu, gdyż nic innego nie było na widoku, a nie chciało mu się szukać. Na lodówce czerwony, plastikowy zegar wskazywał godzinę 10:15.
- Ja pierdolę! - krzyknął oszołomiony i nagle poczuł w sobie nieoczekiwany przypływ sił.
Najszybciej jak tylko się dało, ogarnął się do stanu używalności - a przynajmniej tak mu się wydawało - i wypadł z domu z prędkością światła. Był sporo spóźniony, a nigdy mu się to nie zdarzało. Właściwie był to pierwszy raz, gdy się tak poważnie spóźnił, więc miał w sobie dziwne uczucie poczucia winy. Tłumaczył sobie, że innym na pewno zdarza się to notorycznie i nic się nie dzieje, więc na pewno i jemu należy się raz na jakiś czas taki drobny wybryk, ale mimo wszystko coś nie dawało mu spokoju i poczuwał się do odpowiedzialności. Miał w sobie też dziwną obawę przed zobaczeniem się z Kaśką. Zupełnie nie wiedział co jej powiedzieć, jak na nią patrzeć ani jak się zachowywać.
Kiedy wparował do banku, Andrzej akurat obsługiwał klienta. Spojrzeli tylko na siebie wymownie i bez komentarza Adam zajął miejsce w swoim tymczasowym biurze. Pospiesznie rozejrzał się dookoła, ale Kaśki nigdzie nie było. Nie wiedział czy coś się stało czy po prostu złe samopoczucie albo poczucie winy nie pozwoliły jej przyjść. W tym momencie zaczął się poważnie martwić.
Jako, że nawet za zamkniętymi drzwiami oddzielała go od całej reszty tylko szklana ściana, nie mógł pozwolić sobie na odrobinę rozluźnienia. Nie było jednak w środku ludzi, poza jedynym klientem obsługiwanym przez Andrzeja. Usiadł więc przy biurku i schował ciężką głowę w dłoniach jakby chciał wycisnąć z niej resztki pamięci z wczorajszego wieczoru. Dopiero wtedy poważnie zakręciło mu się przed oczami, a głowa zaczęła się sama kołysać.
"Czy coś się jej stało? Może coś jej zrobiłem? Kurwa! Przecież to oczywiste, że coś jej zrobiłeś. Człowieku! Ona jest od ciebie dziesięć lat młodsza!" - wewnętrzne demony nie dawały za wygraną. Nie wiedział czy były one wynikiem wczorajszych wydarzeń czy też po prostu ilością wypitego alkoholu. Właśnie tego najbardziej nie lubił w piciu. Zazwyczaj na drugi dzień zdarzały mu się takie myśli, których nigdy nie chciałby słyszeć. Z każdym kacem potrafił sobie poradzić, ale gdy pojawiały się te uporczywe głosy wiedział, że poprzedniego dnia wypił za dużo.
Tym razem jednak nie chodziło tylko o alkohol. Wiedział, że zapraszając ją do siebie powinien spodziewać się takiego zakończenia. Zresztą, sam złapał się na tym, że osobiście też tego bardzo chciał. Ba! A może nawet do tego dążył?
"Kurwa! Chyba wiesz co robi mężczyzna z kobietą po alkoholu?!" - wciąż słuchał wewnętrznego głosu, który nie dawał mu zaznać spokoju.
W końcu wstał i poszedł zaparzyć kawę. Żołądek nie był jeszcze gotowy na przyjęcie żadnego pokarmu, ale dobra, mała czarna mogła zdziałać cuda. Nie patrzył na Andrzeja, ale dobrze wiedział i czuł, że ma on go na oku. Czuł jego ostry wzrok na sobie. Tak to jest w człowieku, że jak zrobi coś złego to wydaje mu się jakby cały świat o tym wiedział i tylko czekał na odpowiedni moment żeby go za to zbesztać. Tak też było i tym razem, więc nawet wobec Andrzeja pojawiło się w nim jakieś niezrozumiałe poczucie winy. Zrugał się w myślach i przypomniał sobie fakt, że przecież jemu też czasami się należy zabalować.
Z ciepłą kawą usiadł przy biurku, ale nie zabrał się jeszcze do pracy. Wciąż czekał na coś, co prawdopodobnie miało nadejść. Czuło się w powietrzu widmo nieznanego, które niechybnie szło w jego stronę.
Gdy młoda kobieta została obsłużona przez Andrzeja i wyszła, ten zamknął za nią drzwi na klucz i wywiesił kartkę informującą potencjalnych petentów o tym, że placówka jest chwilowo zamknięta. Było to bardzo dziwne zachowanie, bo nigdy nie mieli takiego zwyczaju, a nawet w bardzo kryzysowych sytuacjach drzwi były otwarte. Adam nawet przez chwilę zastanawiał się czy takie zachowanie jest zgodne z obowiązującymi procedurami.
- Co ty odpierdalasz?! - zapytał od razu po wejściu do szklanego gabinetu.
- Że co? - odparł zaskoczony Adam.
- Pytam, co ty odpierdalasz? Jest środa, a ty się zachowujesz jak na jakimś jarmarku. Nie dość, że przychodzisz trzy godziny za późno to jeszcze od pół godziny nic nie zrobiłeś. Jeśli myślisz, że tak powinna wyglądać twoja praca, to chyba jesteś w błędzie!
Na te słowa w Adamie zebrała się ogromna złość i całe poczucie winy poszło w niepamięć. Nie panował jeszcze do końca nad sobą, a ogarniające ciepło owładnęło całe jego ciało w jednym momencie, docierając aż do czubka głowy. W końcu nie wytrzymał.
- A kim ty jesteś, żeby mnie pouczać, co?! Zapierdalam tutaj od pięciu lat i nie robię nic innego niż poprawianie twoich, zasranych błędów! Wiecznie się z czymś nie wyrabiasz i muszę za ciebie nadrabiać! Mam prawo raz w życiu się spóźnić do pracy i nic ci, kurwa, do tego!
Andrzej z hukiem zamknął szklane drzwi, które na szczęście były na tyle wytrzymałe, że uporały się z takim przeciążeniem. W gabinecie zapadła głucha cisza. Demony w głowie znów wracały. Teraz było ich jeszcze więcej, gdyż powoli docierało do niego, że nie tak to wszystko powinno wyglądać. Nie tak poprowadzili tą rozmowę. Chciał nawet pójść i na spokojnie spróbować coś wyjaśnić, ale Andrzej rozmawiał właśnie przez telefon. Gdy skończył, ubrał się i od razu wyszedł nie dając nawet szans na cofnięcie tematu i załagodzenie sytuacji. Adam został sam i nie wiedział czy powinien normalnie otworzyć placówkę i obsługiwać ludzi czy poczekać aż Andrzej wróci i najpierw załatwić ich sprawy. Postanowił jednak dać sobie jeszcze chwilę wytchnienia, nie będąc przekonanym co do swojego stanu psychicznego.
Nie musiał długo czekać, a cała sytuacja zaskoczyła go jeszcze bardziej. Stało się coś, czego się zupełnie nie mógł spodziewać. W drzwiach pojawił się Wojtek. Rzeczywiście miał dzisiaj wrócić, ale w tej sytuacji było to dla Adama wyjątkowo niewygodne. Wiedział, że jak zobaczy placówkę zamkniętą, jak również to, że nie ma w niej Andrzeja to nie skończy się to niczym przyjemnym. W rzeczywistości jednak chodziło mu o coś zupełnie innego.
- Co tu się, kurwa, dzieje?! - wykrzyknął na cały głos wysoki, łysy mężczyzna ubrany w ciemny garnitur.
Adam nie odpowiedział. Nie bardzo wiedział jak powinien zareagować, więc wolał nie pogarszać i tak już beznadziejnej sytuacji. Postanowił się po prostu nie odzywać. Wewnętrzny głos podpowiadał mu, że zakończenie jest już i tak z góry ustalone. Wystarczyło poczekać.
- Słuchaj! - wrzasnął w kierunku Adama. - Nie wiem, co ci odpierdoliło, ale wiem o tym, że nie przyszedłeś dziś do pracy na czas. Poza tym, jak ty wyglądasz?! Czy widziałeś siebie w lustrze? Na dodatek śmierdzisz alkoholem na kilometr! Od dawna podejrzewałem, że pijesz, ale teraz nie mam już żadnych wątpliwości! Kto wie ile razy jeszcze tutaj przychodziłeś w takim stanie, a klienci to wszystko oglądali i wąchali. Poza tym, co ty do cholery robisz w moim gabinecie?! Nigdy cię tutaj nie powinno być!
Adama bardzo zdumiały i zabolały słowa, które wypowiadał Wojtek. Zaschło mu w gardle i nie mógł wypowiedzieć żadnego zdania, bo niedorzeczność zarzutów, które usłyszał była tak duża, że nie potrafił użyć kontrargumentów. Zresztą chyba nikt na to i tak nie czekał.
- Wylatujesz! Słyszysz?! Wylatujesz i to już! I błagaj mnie żebym nie wpisał ci tego do akt, bo już nikt cię nigdy nie zatrudni. Nie widzę cię tutaj i to już! - krzyknął wskazując prawą, wyciągniętą przed siebie ręką na drzwi wyjściowe.
Adam wciąż pozostawał w wielkim szoku. Nie bardzo dochodziły do jego głowy te wszystkie dźwięki. Przez chwilę pomyślał, że to może tylko sen i że za chwilę się obudzi. Może to wyobraźnia jeszcze cały czas szaleje, a zaraz to wszystko się skończy, lecz oczywiście nic takiego się nie stało. Jako, że rozmowa wydawała mu się totalnie bez sensu, postanowił spełnić wolę przełożonego. Bez słowa wstał, ubrał się i wyszedł. Tuż za drzwiami spotkał Andrzeja, który na jego widok tylko odwrócił wzrok.
- W końcu będzie tutaj wystarczająco dużo miejsca - powiedział, gdy Adam odszedł już kilka kroków od niego. Na te słowa zatrzymał się jednak na chwilę. Miał ochotę odwrócić się i dać Andrzejowi w mordę, ale o dziwo nawet to w sobie stłumił.
Najgorsze jednak było coś innego. Po drugiej stronie ulicy stał zaparkowany samochód Wojtka. Znał go bardzo dobrze, bo niejednokrotnie lubił się on popisywać swoim białym BMW. Nie widział zbyt dokładnie, ale na siedzeniu pasażera siedziała blondwłosa kobieta w okularach przeciwsłonecznych założonych pomimo jesiennej, brzydkiej pogody. Odwracała głowę w drugą stronę, lecz nie przeszkodziło mu to w zorientowaniu się, że była ona łudząco podobna do Kaśki...
Rozdział IV
Następne dni były z kategorii tych, o których nikt nie chce zbyt długo pamiętać. Najlepiej wymazać je z umysłu i nigdy sobie nie przypominać. Życie niestety układa się tak, że nikogo takie chwile nie omijają.
Adam zaszył się w domu. Leżał, pił wódkę, a gdy ona się skończyła zaczął opróżniać kolejne butelki alkoholu, które jeszcze zostały w barku. Nie było już tego dużo, same tanie wódki i spirytus, ale było mu już wszystko jedno co pije. Tak bardzo chciał nie pamiętać tego wszystkiego, co jeszcze tliło się w jego głowie. Najlepiej było się napić. Wtedy ból był mniejszy. Jego rozpacz osiągnęła szczytowy poziom w momencie, gdy uświadomił sobie, że nie praca jest najgorsza. Nie chodzi o to, że stracił robotę, której i tak nie lubił albo nawet o to, że Andrzej okazał się chujem. Najgorsze było to, że został po prostu wykorzystany i oszukany i to przez osobę, której zaufał. Powoli docierało do niego, że wydarzenia ostatnich dni nie były dziełem przypadku, a Kaśka nie była przypadkową osobą. Smutek ogarnął jego serce na myśl o kolejnym zawodzie w jego życiu. Tak bardzo pragnąć mieć kogoś przy sobie...
Nigdy wcześniej nie posądzałby ludzi o posunięcie się do takiej manipulacji. To przechodziło jego pojęcie. Dlatego pił... trwało to ponad dwa tygodnie. Zmieniał tylko butelki, które następnie opróżniał. Po jakimś czasie doprowadził się do takiego stanu, że często nie zdążał do łazienki, więc mieszkanie zaczęło śmierdzieć i wyglądać jak toaleta. Już nie przeszkadzało mu nawet to, że zarzygany schodził do sklepu po kolejny alkohol. Gdy jednego dnia ekspedientka w sklepie odmówiła mu sprzedaży kolejnej butelki wódki, on głośno się na nią wydarł, wyzywając przy tym od kurew i darmozjadów, po czym zabrał jej butelkę wódki z ręki i wyszedł rzucając pieniędzmi o ladę. Tracił nie tylko panowanie nad sobą, ale i świadomość konsekwencji swoich czynów. Nawet przez chwilę nie zastanawiał się poważnie nad tym, że to może być koniec. Koniec nie tylko pewnego etapu. To może być jego całkowity koniec.
Krople deszczu głośno stukały o okno w dużym pokoju. Nie dawały zapomnieć o tym, że zbliża się zima, która teraz przybrała szary, brudny widok, którego nikt na siłę nie chce oglądać. Deszcz na dodatek przypominał ten dzień... ten cholerny wieczór, kiedy pozwolił jej wejść do tego mieszkania i go oszukać.
Mrok, który widział za oknem, panował również w jego wnętrzu, które w przeciwieństwie do kalendarza, nie widziało wiosny na horyzoncie. Doprowadził się do tego, że każdego dnia leżał w swoich rzygowinach, brudny, posiniaczony i śmierdzący. Przestał chodzić do łazienki, sikał do doniczek z kwiatkami lub po prostu pod siebie, a wszystko rozrzucał dookoła nie bacząc na porządek. Miał gdzieś jak to wszystko wygląda. Teraz był już panem samego siebie i górowało w nim utrwalone przekonanie o tym, że nikt nie będzie mu mówił jak należy żyć.
Chyba powoli nawet miał nadzieję, że to będzie koniec. W sumie już nic nie miało znaczenia. Nagle wszystko straciło sens. Przeszłość minęła, a bez tego ciężko się osadzić w teraźniejszości. Przyszłość na ten moment wyglądała zupełnie tak samo, jak pogoda na zewnątrz. Mrok, szarość i głośne, dziwne dźwięki, zlewające się w jeden, niemożliwy do wytrzymania huk.
Zasłonił roletę, bo zaczęło mu przeszkadzać nawet delikatne światło słoneczne, które wstydliwie przedzierało się przez ciężką pokrywę chmur. W mieszkaniu panowała ciemność. Nie włączał telewizora, telefon miał rozładowany. Nikt się nim nie interesował. Pozostawił sam siebie na pastwę losu, który nie zawsze zna pozytywne zakończenia. Pił, zalewał się wódką i umierał... Nie da się ukryć, że tak długo żyć się nie da, a on jakoś na siłę postanowił sprawdzić ile jeszcze wytrzyma. Umierał z każdym łykiem, z każdą minutą, z każdym kieliszkiem. Tracił świadomość, którą następnie na chwilę odzyskiwał, ale tylko po to żeby znów się napić. Czekał tylko na to żeby znów usnąć, stracić świadomość i nie myśleć. Ból z czasem nie mijał. Ciągła nietrzeźwość jeszcze bardziej go potęgowała. W momencie, gdy budził się lekko oprzytomniały, ogarniał go nieznośny strach. Bał się wtedy wszystkiego. Demony w głowie szalały do tego stopnia, że nie potrafił sobie poradzić nawet z wyjściem do toalety. Zaczął bać się samego siebie. Bał się też sięgnąć po kolejną flaszkę, ale wiedział, że tylko to ukoi jego skołatane nerwy. Wraz ze wzrostem stężenia alkoholu w jego krwi, demony ustępowały. Dawały miejsce uczuciu błogiego spokoju, którego szukał. Ciało się rozprężało, a umysł unosił się do chmur, w których rozpływał się w wirującym świecie.
To właśnie wtedy, wirując gdzieś wysoko w chmurach, przypominał sobie dobre momenty swojego życia. Wracał do tego jak był młody, jak bawił się ze swoim ojcem. Jakie szczęście przynosiło mu przebywanie z nim. Matka nigdy do końca nie potrafiła odnaleźć z nimi wspólnego języka, ale bardzo się starała. Nie była zła. Po prostu nie potrafiła odpuszczać. Zawsze niezmiernie denerwowało ją to, że nie wszystko dzieje się tak, jak ona chce. Chyba nigdy się nie nauczyła tego, że życie toczy się swoimi ścieżkami, których planowanie z góry jest skazane na porażkę. Do końca życia miała jakieś życzenia i zachcianki wobec ludzi, którzy starali się być dla niej życzliwi i pomocni. Do końca życia też chodziła do kościoła. Ojciec miał na ten temat zgoła odmienne zdanie, lecz pod koniec życia nawet jemu udało się skierować drogi w tamtą stronę. Matka była z tego powodu tak dumna, że umarła zaraz po ojcu. Wiedziała, że zrobiła swoje i może iść tam, gdzie jej prawdziwe miejsce. Wiedziała, że swoje już zrobiła. Nie kochali się jakoś bardzo, nie byli wzorowym małżeństwem. Nie istniała między nimi jakaś szczególna więź, która powinna charakteryzować małżonków. Jedno natomiast trzeba przyznać - oni się szanowali. Nie było awantur, nie było sprzeczek. Często natomiast była cisza. Nie rozmawiali ze sobą jeśli nie musieli. Każde żyło swoim życiem, a on był ich spoiwem. Pewnie nie raz pokłócili się o sposoby jego wychowywania, ale przynajmniej był dla nich tematem do koniecznych rozmów. Prawdopodobnie, gdyby nie on to nic by z tego małżeństwa nie było. Sprawiliby w końcu, że więź między nimi ucichnie i umrze śmiercią naturalną, na co małe dziecko naturalnie nie pozwoliło.
Kiedyś było inaczej, wszystko szło swoim torem. Szkoła, studia, koledzy, koleżanki, przyjaźnie, miłości. Wszystko się działo. Teraz nie dzieje się nic. Brak własnych uczuć jest straszny, a to z tym musiał radzić sobie każdego dnia. Nikt mu nie mówił w którą stronę iść, nikt nie dawał niezbędnych drogowskazów, które w młodości wyznaczały ścieżki poszczególnych dni.
Właściwie sam nie wiedział dlaczego akurat wtedy przyszły mu do głowy czasy dzieciństwa oraz te dziwne myśli o rodzicach. Już od dłuższego czasu wydawało mu się, że o nich zapomniał. Na początku, zaraz po ich śmierci, bardzo ciężko było mu się pogodzić z faktem ich odejścia. Wtedy też czarne chmury nadciągnęły nad jego życie, z tym że los akurat wtedy okazał się wobec niego łaskawy i poprowadził go we właściwą stronę. Teraz jednak nic nie wróżyło dobrego zakończenia.
* * * * *
Przyszedł w końcu taki moment, w którym już nie wiedział jaki jest dzień tygodnia ani nawet która jest godzina. Zresztą było mu to całkowicie obojętne. Stracił poczucie sensu, poczucie obowiązku i czegokolwiek, co zmuszałoby go do podjęcia trudu działania i wzięcia się w garść. Już wewnętrznie odpuścił i czekał na swój koniec. Miał nadzieję, że nadejdzie szybko i bezboleśnie.
Co jakiś czas dobiegały do niego dziwne dźwięki. Stukanie, pukanie... podobne zupełnie do niczego. Nie umiał odnaleźć źródła tych odgłosów, ale zaczęły one mu bardzo przeszkadzać. Nie trwały długo, ale zaczęły pojawiać się regularnie. Co jakiś czas... może co kilka godzin... nie potrafił tego określić. Pojawiały się każdego dnia, ale nic bardziej konkretnego o nich nie mógł powiedzieć ani też lepiej je sprecyzować. Nie był w stanie ich nawet w żaden sposób scharakteryzować. Może z czasem nabierały siły...? A może nie? Pił jednak ciągle, więc percepcja postrzegania rzeczywistości była u niego tak zaburzona, że nie był w stanie przypisać wydarzeniom żadnych sensownych cech. Wszystko dla niego było tak samo pozbawione sensu.
W chwili umiarkowanej trzeźwości, zaraz po przebudzeniu z długiego snu, poczuł realnie to, co się wokół niego dzieje. Poczuł ten smród moczu, odchodów, wymiotów i resztek psującego się jedzenia. Zrobiło mu się bardzo niedobrze. Coś podpowiadało mu, że zapełnienie tej pustki alkoholem zamknie sprawę, lecz po sprawdzeniu zawartości siatek na zakupy stwierdził, że zapasy się niestety skończyły. Nieświadomy przebiegu wydarzeń z ostatnich dni, nie mógł nawet znaleźć portfela. Nieudolnie próbował wstać i go poszukać, ale nogi odmawiały mu posłuszeństwa, a błędnik szalał, nie pomagając odzyskać równowagi. Nie miał nawet za co kupić alkoholu, a odzyskanie panowania nad pozycją pionową stanowiło nie lada wyzwanie. Próbując nieudolnie stawiać kolejne kroki dopiero po dłuższym czasie zdołał wydostać się z mieszkania.
- Na krechę! Potrzebuję na krechę! - krzyczał do ekspedientki za ladą, ale ta pozostawała niewzruszona. Nie dlatego, że nigdy nie sprzedawała nikomu na krechę, ale dobrze wiedziała, czym w tym przypadku to się skończy, a nie chciała mieć tego człowieka na sumieniu. Twardo przystawała przy swoim.
- Kurwa! Dawaj mi, ty kurwo, tę wódkę, bo rozpierdolę ten sklep! - zaczął krzyczeć i się awanturować, podczas gdy cały personel już na niego nie reagował.
Złapał sprzedawczynię za rękę i mocno ścisnął do tego stopnia, że aż na jej twarzy pojawił się grymas bólu.
- Pan jest pijany. Proszę zostawić tę panią - nagle rzuciła w jego kierunku mała dziewczynka, która akurat weszła do sklepu. Miała może cztery lub pięć lat. Ubrana była w śliczną, różową sukienkę, białe buciki i rajstopki.
Spojrzał na nią i jakby za jakimś tajemnym zaklęciem, wszystkie emocje go opuściły. Nagle złość i wściekłość, które jeszcze przed chwilą panowały nad jego ciałem, stały się zupełnie małe i nieistotne. Ten mały, cichy głosik sprawił, że jego kolana się ugięły. Musiał przysiąść pod ladą, po czym zakrył twarz dłońmi. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł, że upadł. Serce podpowiadało mu, że jest jeszcze dla niego szansa, tylko musi wstać, wziąć się w garść i podnieść głowę do góry. Posiedział tak jeszcze kilka chwil, po czym wstał i wyszedł bez słowa.
Gdy wrócił pod mieszkanie okazało się, że nie może odnaleźć kluczy do drzwi wejściowych. Przeszukał nieudolnie wszystkie kieszenie, ale nigdzie ich nie było. Na wszelki wypadek sprawdził również w majtkach, ale tam również nie było po nich śladu, a drzwi wciąż pozostawały niewzruszone. Z rozpaczy zaczął kopać w nie i starając się je wyważyć, uderzał mocno pięściami.
- Otwórzcie się, kurwa! - wpadł znów w szał i nie panował nad sobą. Kilkukrotnie uderzył mocno w futrynę tak, że jego prawa dłoń zaczęła krwawić. Nie czuł wyraźnie bólu, ale gdy zauważył krew ściekającą po nadgarstku, postanowił przestać. Usiadł pod drzwiami, a jego ciałem wstrząsnęła rozpacz. Zalewał się rzewnymi łzami, pomieszanymi ze śliną i krwią. Nie mógł opanować swoich emocji. Nawet sąsiedzi przechodzący obok niego nie okazywali już większego zainteresowania. Mieli wyraźnie dość sąsiedztwa pijaka.
Wszystko się skończyło. Wokół był tylko silny szum, który zagłuszał całą przestrzeń i nie wróżył nic dobrego. Czekał tylko na zakończenie. Los jednak czasami bywa przekorny i nie daje nam powiedzieć "koniec" wtedy, kiedy sami tego chcemy. Przychodzi z pomocą często spóźniony, ale przychodzi...
- Co ty tu robisz?! Jak ty wyglądasz?! - jego oczom ukazała się Kaśka. Stała nad nim i przyglądała się widokowi, którego na pewno się nie spodziewała.
Jak zwykle, nic nie odpowiedział.
- Wchodź do domu, i to już! Nie będziesz tutaj tak siedział!
- Spierdalaj stąd... - powiedział patrząc na nią rozmazanymi oczami. - Słyszysz?! Nie chcę cię tutaj więcej widzieć! Spierdalaj stąd! - krzyczał bez opamiętania zupełnie nie zważając na echo niosące każdego jego słowa po klatce schodowej.
Kaśkę bardzo zabolały te słowa, lecz dobrze wiedziała, czego się może spodziewać przychodząc do niego. Nie sądziła jednak, że spotka go w takim stanie. Chwyciła jego podbródek i podniosła twarz tak, by móc spojrzeć mu w oczy.
- Nie mam kluczy... - to pierwsze normalne zdanie, jakie wypowiedział od kilku dni. - Byłem w sklepie, gdzieś zgubiłem. Nie mam kluczy... - znów się głośno rozpłakał. Z jednej strony miał ochotę ją odrzucić, wypędzić i sprawić żeby zniknęła, ale z drugiej wiedział, że tylko ona nie pozostawi go tutaj samego.
- Już dobrze... już dobrze... - przytuliła go mocno do piersi. Trochę ubrudziła przy tym swój beżowy płaszcz nieczystościami z jego twarzy, ale nie było to dla niej powodem do wstrętu ani obrzydzenia.
- Zaczekaj tutaj, zaraz wrócę - i tak szybko jak się pojawiła, zniknęła za schodami.
W Adamie, na jej widok jednocześnie pojawiły się szczęście, ale i rozgoryczenie oraz złość. Przypomniało mu się jak został potraktowany i to, że to Kaśka wtedy siedziała w samochodzie Wojtka. Był o tym przekonany, a to oznaczało, że nawet ona go oszukała. Myśli nie dawały mu spokoju, a głowa pękała w szwach. Tak bardzo znów się rozczarował.
Z drugiej strony, to ona była jego jedynym światłem w tym ciemnym tunelu, do którego wpadał z każdym dniem coraz głębiej. To jej obecność tutaj dawała mu nadzieję. Teraz jej bardzo potrzebował. Niestety, spustoszenie w głowie już się odbyło i znów zaczął odczuwać głęboki lęk. Skulił się i siedział zapłakany na wycieraczce. Było mu zimno, czuł zapach odchodów i słyszał przeraźliwy szum w uszach. Ze środka mózgu dobiegał głośny krzyk. To był krzyk proszący o ukojenie. Zazwyczaj gasił go alkoholem. Gdyby tego nie robił, już dawno musiałby zwątpić w samego siebie i odejść. W jego myślach pojawiła się wyraźna wizja końca. Tego, że go zaraz nie będzie. Czuł, że przestanie oddychać i cała jego obecność sprowadzi się do nieobecności. Co będzie dalej? Czy będzie jakieś dalej? Czuł, że już nigdy nie poczuje tego, co czują ludzie żywi. Że przestanie oddychać, mówić, odczuwać. Bał się bardzo, że zniknie i zostanie zapomniany... na zawsze.
Rozdział V
Obudził się na wersalce w swoim mieszkaniu. Był ubrany w same slipy oraz skarpetki, ale leżał pod grzejącą, ciepłą kołdrą, więc nie było mu zimno. Czuł nawet, że jest mu trochę za gorąco, więc zaraz po przebudzeniu odkrył się i zobaczył posiniaczone ciało. Wszędzie widniały mniejsze lub większe przebarwienia, które prędko zaczęły dokuczać nawet przy najmniejszych próbach ruchu. Oczy też jeszcze nie do końca wróciły do pełnej sprawności, bo wciąż widział wszystko jakby za mgłą, niezbyt wyraźnie. Jednak dźwięk wskazywał na to, że nie jest sam w mieszkaniu. Lekko się zdumiał, gdyż nie do końca jeszcze potrafił odtworzyć sobie wszystkie ostatnie wydarzenia w odpowiedniej kolejności, a w głowie wciąż huczał mu jednostajny szum. W oddali słychać było krzątanie się innej osoby, delikatne postukiwania, spowodowane przestawianiem mebli oraz innych przedmiotów. Chciał coś powiedzieć, ale nie był to jeszcze dobry moment. Jedyne co udało mu się wyrzucić z siebie to zupełnie niewyraźne krztuszenie się i ciche, nic nie znaczące buczenie. Był tak oszołomiony, że uwierzyłby nawet, gdyby ktoś powiedział mu, że leży tak tutaj cały rok. Po chwili uspokojenia myśli, powoli zaczął jednak przypominać sobie fakty i o dziwo, pierwsze co poczuł to głęboki wstyd. Przypomniał sobie jak leżał brudny, zasikany i śmierdzący na wycieraczce pod drzwiami, podczas gdy Kaśka znalazła go w takim stanie. Przypomniał też sobie co do niej mówił. Znienawidził się za to, lecz po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że nigdy w normalnych okolicznościach tak by się do niej nie zwrócił. To miało być coś w rodzaju wewnętrznego wytłumaczenia przed samym sobą, ale była to raczej nieudana próba.
To pewnie ona jest teraz w drugim pokoju - pomyślał. To ona go uratowała. Wciąż jednak pełna trzeźwość myślenia nie wróciła, a ciągły szum w uszach sprawiał, że nie mógł zebrać myśli. Na dodatek słońce, przedostające się przez jedyne okno w pokoju, bardzo raziło go w oczy. Nie mógł wstać żeby je zasłonić. Po pierwszej próbie wyraźnie zaniechał kolejnych, gdyż ból dawał się we znaki bardzo mocno. Bolały go niemiłosiernie mięśnie nóg i brzucha. Każde ich spięcie powodowało, że brakowało mu oddechu. Był wyraźnie wykończony, więc postanowił, że spróbuje jeszcze zasnąć. Sen był tym, czego teraz jego organizm potrzebował najbardziej.
Jednak nie do końca udało mu się doprowadzić swój organizm do regeneracji. Leżał wyciągnięty na łóżku nie mogąc się ruszyć, czego miał pełną świadomość. Jednak ku jego zdziwieniu, w pewnym momencie nie mógł wykonać nawet najmniejszego ruchu ani gestu. Poczuł się całkowicie sparaliżowany i nagle opanowało go przerażenie na brak reakcji swojego organizmu. Ciało nie słuchało jego mózgu. Jedyne, co mógł to leżeć nieruchomo i patrzeć wprost przed siebie, widząc brudny sufit wynajmowanego mieszkania. Nie mógł nawet przekręcić głowy ani zamknąć oczu. Zupełnie stracił kontrolę nad swoim ciałem. Tylko ten ciągły i coraz głośniejszy szum w głowie. Stawał się on nie do zniesienia i wciąż przybierał na sile. Był odczuwalny niczym ból, który przeszywał czaszkę. W pewnym momencie poczuł jak zaczynają mu drżeć ręce, a po kilku chwilach już całe ciało. Próbował krzyczeć, otwierać usta, ale nic nie wydobywało się z jego wnętrza. Drgawki opanowały wszystkie kończyny, zrobiło mu się zimno, choć czuł jak pot spływa mu z czoła. Chciał krzyczeć, ale nie mógł. Trząsł się tylko cały i nie miał nad tym żadnej kontroli. Szum w głowie zamienił się w ostry pisk, który rozrywał mu skronie. Gdyby tylko mógł, zakryłby głowę rękami, ale te pozostawały w niekontrolowanym tańcu.
Nagle do pokoju wpadła Kaśka. Skoczyła czym prędzej do Adama i objęła go mocno ramionami. Ścisnęła go z całej siły ochraniając przed zrobieniem sobie krzywdy. Z łatwością mógł uderzyć się o ścianę lub bok łóżka. Ta straszna sytuacja trwała jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, podczas których Adam nie panował już nad niczym, a Kaśka z uporem maniaka wtulała jego trzęsące się ciało, w swoje piersi. Gdy drgawki lekko ustały objęła jego głowę w dłonie i schyliwszy się, dotknęli się czołami. Trwali w tym uścisku kilka długich minut, a rytmiczne bicie jej serca bardzo go uspokajało. Oboje poczuli, że sytuacja została wstępnie opanowana. Znów mógł poruszać palcami, nogami i rękami, ale nie miał póki co na to najmniejszej ochoty.
- Co się ze mną dzieje? - powiedział po chwili czując głęboki strach przed reakcjami jego organizmu.
- Trochę ostatnio przesadziłeś. Niektórzy tak mają po alkoholu. Twój organizm mocno się zmienił, dostał nieźle w kość. Nie przejmuj się, coś na to poradzimy. Musisz odpoczywać.
Mówiąc to leżała już obok niego i głaskała go czule po głowie, przytulała do siebie i delikatnie całowała w czoło. Zajmowała się nim jak nikt inny.
- Mocno narozrabiałeś.
- Wiem, przepraszam. I dziękuję, że zajęłaś się domem.
- Spałeś prawie dwie doby, miałam trochę wolnego czasu. Ale mam nadzieję, że za często nie będziesz robił takich niespodzianek?
- Wiesz, chyba straciłem nad tym wszystkim kontrolę. Chciałem umrzeć.
- Umrzeć?! Z powodu pracy?! - odparła zaskoczona i spojrzała mu głęboko w oczy.
- Nie o pracę tu chodzi... dobrze wiesz.
Tutaj zapanowała długa cisza. Nikt nie chciał kontynuować tej dyskusji, przynajmniej na razie. Nie był to odpowiedni moment. Adam był jeszcze za słaby, a Kaśka cóż... bała się. Leżała tylko obok niego i delikatnie głaskała go dalej po głowie. Nie odzywali się ani słowem. Słuchali jedynie swoich równych oddechów i odgłosów Warszawy za oknem. Szum w głowie na szczęście minął, lecz bóle mięśni wciąż dawały o sobie znać.
- Mam dość. Wiesz jak bardzo mam dość tej poprawności - zaczął majaczyć. - Ludzi mam dość, tego jacy są, jacy muszą być albo powinni. Mam dość życia "tak jak trzeba", wymagań i oczekiwań... Mam dość tych wszystkich zasad - mówił cicho, a cienka strużka śliny pociekła mu z ust. Nie interesowało go nawet czy to, co teraz mówi, do niej w ogóle trafia, ani czy ona to w ogóle słyszy, ani czy to w ogóle ma sens.
Ona natomiast słuchała bardzo dobrze.
- Potrzebuję ludzi, a jednak ich nienawidzę... czasami lubię, choć nie wiem dlaczego. Nawet jak kocham to nie potrafię. Chciałbym, ale nie umiem... Mam dość słuchania i mówienia. Jak pomyślę, ile myśli idiotycznych zostaje wylanych na światło dzienne, a ile miłości pozostanie na zawsze niewyznanych to aż słabo mi się robi. Ludzie nie komunikują się, nie dążą do szczęścia, choć myślą, że tak.
- Boisz się? Masz w sobie strach? Tak? - zapytała szczerze zmartwiona tym, co mówi Adam. Wiedziała, że jego mózg nie funkcjonuje jeszcze najlepiej i obawiała się, że poprawa prędko nie nastąpi.
- Strach teraz jest wszędzie. Wszędzie zasady, reguły, szablony. Tak trzeba, tak nie można, tak się powinno. Nie! Tego mam dość. Boimy się reakcji tych, na których nam zależy. Później boimy się reakcji nawet tych, których nie znamy. Strach idzie tam, na czym nam zależy. Jest w naszych planach, marzeniach, w przyszłości. Często w tym, czego nie znamy, a czego pragniemy. Łatwo się mówi, trochę trudniej słyszy, a najtrudniej słucha.
- Chyba wiem o czym mówisz. Zresztą teraz chyba każdy ma swoje problemy... - zamyśliła się.
- Mam dość świata, w którym nie ma problemu ten, który o tym nie mówi. Wszyscy ci, którzy tak uwielbiają chwalić się swoimi problemami najczęściej sami je sobie wymyślają, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Jak siedzisz cicho to najpewniej nie masz żadnych problemów, jesteś szczęśliwym człowiekiem... Dowiedzenie się czegoś wymagałoby zadania pytania, a to z kolei słuchania... ciężka sprawa. W ogóle nienawidzę słowa "problem". Teraz każdy ma jakiś problem i nadużywanie tego słowa stało się plagą społeczną. W telewizji, Internecie, w każdej gazecie pompują w nas miliony problemów. W sumie się nie dziwię, że wszyscy chodzą przygnębieni, smutni, zalani tym świństwem. Dali w siebie wlać cały ten syf medialny. Kupują to, łykają wszystko, co tamci chcą. Ludzie kochają problemy, dlatego mają ich wiele, a jeszcze bardziej kochają się nimi chwalić, szeptem krzycząc - "współczuj mi!". A tamci współczują, choć nie pomagają, niczego nie rozwiązują. Teraz to nie jest istotne... ważniejsze jest wysłuchać, powiedzieć kilka dobrych słów. Nie rozumiem... nie muszę... nie wiem...
- Jesteś teraz na pewno bardzo przemęczony... - spojrzała na niego czule. - ...Może powinieneś jednak odpocząć?
- Jestem rozdarty, gdzieś daleko od właściwej drogi - dalej kontynuował, nie zwracając uwagi na jej słowa. - Chyba się pogubiłem, jest ciężko i z dnia na dzień coraz ciężej. Czegoś mi zabrakło, czegoś nie zauważyłem, przeoczyłem, a może straciłem... wciąż szukam. Całe życie czegoś szukam, na coś czekam, nigdy nie ma tego odpowiedniego momentu. Zastanawiam się kiedy to się zaczęło, kiedy stałem się zbyt zwykły. Czasami myślę, że to może świat idzie w tym kierunku, w którym ja nie poszedłem i dlatego ciężko jest mi się odnaleźć, znaleźć szczęście, odrobinę uśmiechu na twarzy. To wszystko znacznie utrudnia życie... życie zwykłe, codzienne... Życie pozbawiło mnie uczuć...
- Każdy z nas ma takie chwile w swoim życiu, kiedy czuje się mocno rozdarty...
- W tym rozdarciu ciężko jest żyć. Mam dość. Jak mam coś zmienić jak nawet nie wiem czego mi tak naprawdę brakuje? Chciałbym czegoś, ale nie wiem czego. W tłumie chcę samotności, gdy jestem sam potrzebuję ludzi, wiecznie niezadowolony. Ciągle słucham rzeczy, które kompletnie mnie nie interesują, ale przecież tak wypada. I wciąż nie jestem szczęśliwszy, wciąż to nie jest to.
- Obawiam się, że to nie jest takie proste. Być może po prostu w życiu brakuje ci celu? Czegoś, co przyświeca każdemu jednemu dniu? Tej radości wewnętrznej z samego wstania rano z łóżka?
- Mam chaos w głowie, nie potrafię zebrać myśli. Potrzebuję odpoczynku, ale zupełnie nie wiem czym się tak zmęczyłem. Przecież nie robię nic nadzwyczajnego. Nawet nie wiem, jak miałbym odpocząć. Nie lubię podróży, nie lubię być w tłumie, nie lubię tańczyć, nie wiem jak się relaksować. Ciągły strach, niepewność, paraliżują mnie. Jest mi coraz ciężej... wybacz.
- Już dobrze, teraz już będzie dobrze, zobaczysz. Poukładamy to wszystko. Świat nie jest taki zły. Może po prostu coś zgubiłeś i teraz musisz to odnaleźć?
- Nie wiem... Zaczynam sam siebie przerażać... Chyba czas się zdrzemnąć. Może coś się przyśni, może coś wyjątkowego, może coś się zmieni, może...
- Śpij, śpij spokojnie. Ja tutaj będę cały czas - zapewniała go swoim delikatnym głosem, jednocześnie myśląc głęboko nad tym, co przed chwilą powiedział.
Nie mogła wyjść z podziwu jak te słowa bardzo trafiają również do jej życia. Zachciało jej się płakać, lecz przypomniała sobie, że tym razem to ona musi być twarda i nie dać się złamać.