Zaniedbany ogród - Laurencja Wons

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Lon­dyn, rok 1889

Geo­rge Ha­stings, lord Ather­ton, ma­sze­ro­wał przez ulice Lon­dynu bez żad­nego celu. Kiedy miał ja­kiś kło­pot, zwy­kle za­sta­na­wiał się nad nim pod­czas spa­ceru. Nie zwra­cał wtedy uwagi na to, że dżen­tel­me­nowi z jego po­zy­cją nie wy­pada prze­mie­rzać ulic na pie­chotę. Ale on po­trze­bo­wał czasu do na­my­słu. Szedł więc da­lej i da­lej, nie za­sta­na­wia­jąc się nad kie­run­kiem, w któ­rym zmie­rza. Ubrany nie­na­gan­nie i pod­pie­ra­jący się la­ską na prze­chod­niach mógł spra­wiać wra­że­nie za­my­ślo­nego lub znu­dzo­nego.

Prze­szedł już spory ka­wa­łek i w dal­szym ciągu nie zna­lazł roz­wią­za­nia swo­ich pro­ble­mów. Za­czął mu do­ku­czać ból głowy. I wtedy do­słow­nie wszedł na ko­goś. Na chod­nik upa­dły książki. Po­trą­cony przez Geo­rge'a prze­cho­dzień na­tych­miast rzu­cił się do zbie­ra­nia le­żą­cych na ziemi wo­lu­mi­nów. Już na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że trak­tuje je ni­czym skarb.

- Naj­moc­niej pana prze­pra­szam. - Lord się schy­lił, by pod­nieść kilka ksią­żek. - Za­my­śli­łem się i nie za­uwa­ży­łem pana... Ce­drik!

Męż­czy­zna pod­niósł głowę i uśmiech­nął się na wi­dok Geo­rge'a.

- Geo­rge! Cóż za spo­tka­nie! Po tylu la­tach!

W po­śpie­chu do­koń­czyli zbie­ra­nie ksią­żek.

- Masz za­miar je wszyst­kie prze­czy­tać? - za­żar­to­wał Geo­rge.

- Wła­śnie wra­cam z bi­blio­teki - wy­ja­śnił Ce­drik. - Chcę się tro­chę do­kształ­cić, za­nim znajdę no­wego ucznia. Co u cie­bie?

- Długo by opo­wia­dać. Mi­nęło kil­ka­na­ście lat od na­szego ostat­niego spo­tka­nia. A ty zo­sta­łeś na­uczy­cie­lem tak, jak chcia­łeś?

- Tak. Mam tu nie­da­leko miesz­ka­nie. Może dasz się na­mó­wić na fi­li­żankę her­baty. Je­żeli masz tro­chę czasu, mo­gli­by­śmy po­roz­ma­wiać.

- Chęt­nie. Taka oka­zja nie tra­fia się czę­sto.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej zna­leźli się w miesz­ka­niu Ce­drika. Było to nie­wiel­kie dwu­po­ko­jowe lo­kum na pod­da­szu, przy­tulne i miłe. Już od pierw­szej chwili rzu­cały się w oczy stosy ksią­żek, mapa świata za­wie­szona na ścia­nie obok ko­minka, glo­bus usta­wiony pod oknem, gdzie było dużo świa­tła.

- Wi­dzę, że trak­tu­jesz swoją pracę bar­dzo po­waż­nie. Cią­gle się uczysz. Zu­peł­nie jak w szkole. Czy przez te wszyst­kie lata zna­la­złeś czas na ustat­ko­wa­nie się?

Ce­drik się uśmiech­nął.

- Do tej pory mia­łem czas tylko i wy­łącz­nie dla mo­ich uczniów. Każdy stu­dent to dla mnie nowe wy­zwa­nie. Przez cały czas czy­tam, żeby móc ich czymś za­dzi­wić, za­in­te­re­so­wać.

- Wi­dzę, że trak­tu­jesz za­wód na­uczy­ciela jak po­wo­ła­nie.

- Bo to jest po­wo­ła­nie. Nie­ważne, czy je­steś na­uczy­cie­lem, pa­sto­rem, le­ka­rzem, rol­ni­kiem czy szwaczką. Wszystko, co ro­bisz w ży­ciu, musi mieć ja­kiś cel, wyż­szy sens!

- Mó­wisz jak pa­stor.

Obaj ro­ze­śmiali się z tej uwagi.

- Nie za­po­mi­naj, Geo­rge, że je­stem sy­nem pa­stora, a mój brat jest mi­sjo­na­rzem. Od dziecka sły­sza­łem o po­wo­ła­niu i ży­ciu w zgo­dzie ze swoim su­mie­niem. Tak zo­sta­łem wy­cho­wany.

Geo­rge z uwagą przy­pa­try­wał się przy­ja­cie­lowi z cza­sów szkol­nych. Ce­drik miał trzy­dzie­ści pięć lat, ciem­no­kasz­ta­nowe włosy i po­cią­głą, po­godną twarz. Wi­dać było, że jest za­do­wo­lony z tego, co robi, i z ży­cia, ja­kie pro­wa­dzi. Już w szkole jego usta za­wsze ukła­dały się do uśmie­chu, a brą­zowe oczy pa­trzyły z sym­pa­tią. W tam­tych cza­sach Geo­rge na­zy­wał go w my­ślach Świę­tym Ce­dri­kiem. Kiedy inni za­ła­my­wali się lub tra­cili wiarę, Ce­drik ze zdwo­joną we­rwą przy­stę­po­wał do pracy i im cięż­sze cze­kało go za­da­nie, tym wię­cej wkła­dał w nie serca i wy­siłku.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi, a chwilę póź­niej sta­nęła w nich go­spo­sia. Nio­sła na tacy im­bryk z aro­ma­tyczną her­batą i ta­le­rzy­kiem cia­stek. Ce­drik ode­brał tacę z jej rąk ze sło­wami:

- Dzię­kuję, pani Jen­kins. Te­raz sami już so­bie po­ra­dzimy.

Wy­soka ko­bieta o mę­skiej syl­wetce i mę­skich ry­sach uśmiech­nęła się do swego lo­ka­tora. Geo­rge oce­nił jej wiek na ja­kieś pięć­dzie­siąt lat.

- Gdyby pa­no­wie cze­goś po­trze­bo­wali, będę w kuchni - po­wie­działa gło­sem, który nie pa­so­wał do jej ko­ści­stej, mę­skiej syl­wetki, i wy­szła.

- A więc chwi­lowo je­steś bez­ro­botny? - za­gad­nął Geo­rge. - Co u two­jego ojca?

- Oj­ciec zmarł osiem lat temu. Nie cho­ro­wał... od­szedł na­gle. - Twarz Ce­drika przy­brała po­ważny wy­raz. - Le­karz stwier­dził atak serca. Mi­nęło już tak dużo czasu, że zdą­ży­łem się po­go­dzić z jego śmier­cią. Wiesz, za­wsze my­śla­łem, że oj­ciec bę­dzie żył wiecz­nie, że prę­dzej wy­głosi ka­za­nie na na­szym po­grze­bie, niż my bę­dziemy pła­kać na jego. Za­raz po jego śmierci Phi­lip wy­je­chał na mi­sje do In­dii. Pi­su­jemy do sie­bie. Po­cząt­kowo pró­bo­wał na­kło­nić mnie do przy­jazdu. Pi­sał, że po­trzeba tam na­uczy­cieli i można się wzbo­ga­cić, ale mnie to nie po­ciąga. Tu, w sta­rej, do­brej An­glii, mam swoją mi­sję. - Na mo­ment prze­rwał. - Ale dość o mnie. Po­wiedz, co u cie­bie.

- Mój oj­ciec także zmarł... cztery lata temu. Od tam­tego czasu mam pe­wien kło­pot.

Geo­rge prze­rwał. Nie wie­dział, jak po­wie­dzieć przy­ja­cie­lowi o tym, co go trapi. Ce­dri­kowi mógł za­ufać i być może ich spo­tka­nie było zrzą­dze­niem losu. Może okaże się od­po­wie­dzią na jego usilne mo­dły o ja­ki­kol­wiek cud.

Ce­drik cier­pli­wie cze­kał, aż Geo­rge po­dej­mie swoją opo­wieść. Wy­czuł, że kło­pot, o któ­rym jego przy­ja­ciel wzbra­nia się mó­wić, jest po­ważny.

- Wła­śnie przy­szło mi do głowy, że mógł­bym cię za­trud­nić. Po­trze­buję na­uczy­ciela.

- Ty? - Ce­drik wy­mow­nie uniósł brwi. - A czego ja mógł­bym cię na­uczyć?

- Po­trze­buję na­uczy­ciela dla ko­goś mi bli­skiego. Sprawa jest de­li­katna, a ty je­steś moim sta­rym przy­ja­cie­lem. Je­steś moją ostat­nią de­ską ra­tunku. - Głos Geo­rge'a za­brzmiał dra­ma­tycz­nie.

- Skoro mó­wisz o de­li­kat­nej spra­wie... Czy cho­dzi o nie­ślub­nego syna, któ­rego miał­bym uczyć?

- Nie. To jest o wiele bar­dziej skom­pli­ko­wane.

Geo­rge wes­tchnął. Przy­pa­try­wał się szcze­remu ob­li­czu swego przy­ja­ciela i do­piero po chwili pod­jął wą­tek.

- Może za­cznę od po­czątku. Pa­mię­tasz lato, kiedy by­łeś u mnie po raz ostatni?

Ce­drik twier­dząco ski­nął głową.

- To było ostat­nie lato za ży­cia two­jej matki.

- Tak. Tam­tego lata matka za­szła w ciążę. Za­wsze ma­rzyła, żeby uro­dzić dziew­czynkę. Ma­rzyła też, by uro­dziła się w kwiet­niu. Moja sio­stra Emily przy­szła na świat pierw­szego kwiet­nia, a matka zmarła przy po­ro­dzie. Oj­ciec się za­ła­mał, zdzi­wa­czał. Wtedy prze­sta­łem cię za­pra­szać, bo wsty­dzi­łem się jego cho­roby. Prze­stał się in­te­re­so­wać ma­jąt­kiem, moją edu­ka­cją, wy­cho­wa­niem Ju­stina, a naj­mniej in­te­re­so­wał się swoją córką. Mu­sia­łem sam za­trosz­czyć się o przy­szłość swoją i Ju­stina. Mu­sia­łem za­jąć się spra­wami ma­jąt­ko­wymi. Emily się nie in­te­re­so­wa­łem, roz­piesz­cza­łem za to młod­szego brata. Po­cząt­kowo na­wet ob­wi­nia­łem Emily o śmierć matki - wy­znał z po­chy­loną głową. Czuł pa­lący wstyd, jed­nak po­sta­no­wił być szczery wo­bec przy­ja­ciela. - Przez na­stępne lata my­śla­łem, że dziew­czynka jest w domu pod do­brą opieką służby, ale oni, wi­dząc nasz brak za­in­te­re­so­wa­nia, także po­zo­sta­wili ją swo­jemu lo­sowi. Po śmierci ojca oka­zało się, że Emily ni­gdy nie miała gu­wer­nantki ani na­wet wła­snych dziew­czę­cych stro­jów. Przez wszyst­kie te lata cho­dziła w rze­czach zo­sta­wio­nych przez Ju­stina. Po­sta­no­wi­łem na­pra­wić swój błąd i za­trud­ni­łem gu­wer­nantkę, naj­pierw jedną, póź­niej na­stępną i na­stępną... W su­mie było ich je­de­na­ście. Żadna nie po­tra­fiła okieł­znać mo­jej sio­stry. Zdaję so­bie sprawę, że po­no­szę za to od­po­wie­dzial­ność. Za­miast sio­stry mam nie­wy­cho­wa­nego, nie­wy­kształ­co­nego chło­paka. Mój pro­blem po­lega na tym, że wkrótce za­mie­rzam się oże­nić z panną piękną i o nie­na­gan­nych ma­nie­rach i nie mogę Vic­to­rii przed­sta­wić sio­stry ta­kiej, jaka jest te­raz. Mu­szę zna­leźć dla Emily na­uczy­ciela, ko­goś, kto wpoi jej do­bre ma­niery.

Ce­drik słu­chał w mil­cze­niu. Jego twarz po­zo­stała nie­od­gad­niona. Geo­rge kon­ty­nu­ował:

- Wi­dzisz, Ce­driku... uwa­żam na­sze dzi­siej­sze spo­tka­nie za zrzą­dze­nie losu. Z tobą mogę być szczery. Je­steś na­uczy­cie­lem. Je­steś moim przy­ja­cie­lem. Po­trze­buję two­jej po­mocy.

- Ni­gdy nie uczy­łem dziew­czyny.

- Kiedy ją po­znasz, zro­zu­miesz, że ona z dziew­czyną nie ma nic wspól­nego.

- Ile lat ma twoja sio­stra? - za­py­tał Ce­drik i w tym sa­mym mo­men­cie po­li­czył w my­ślach.

- Dzie­więt­na­ście.

- To już panna na wy­da­niu. Nie mogę jej uczyć. Po­my­śla­łeś, co by po­wie­dzieli lu­dzie, gdy­byś spro­wa­dził dla niej na­uczy­ciela męż­czy­znę?

- Lu­dzie mnie nie ob­cho­dzą. Li­czę się tylko ze zda­niem Vic­to­rii. Nie mogę jej opo­wie­dzieć hi­sto­rii, którą opo­wie­dzia­łem to­bie. Chcę przed­sta­wić mo­jej na­rze­czo­nej sio­strę, któ­rej nie mu­siał­bym się wsty­dzić. Boję się, że Vic­to­ria ze­chce ze­rwać za­rę­czyny.

- Nie je­steś pewny swo­jej na­rze­czo­nej - za­uwa­żył scep­tycz­nie Ce­drik.

- Dla­tego że znam Emily.

Męż­czyźni w mil­cze­niu pa­trzyli na sie­bie z uwagą. Ce­drik nie mógł znieść spoj­rze­nia Geo­rge'a. Wstał z fo­tela i pod­szedł do okna. Wy­glą­dało to tak, jakby spo­glą­dał przez nie, ale on grał na zwłokę, po­trze­bo­wał chwili do za­sta­no­wie­nia.

- Gdy­bym się zgo­dził, ile miał­bym czasu?

- Za mie­siąc są uro­dziny Vic­to­rii. Wtedy chciał­bym przed­sta­wić ją ro­dzeń­stwu. Ale żeby na­uczyć Emily ma­nier, miał­byś czas aż do we­sela.

- Które pla­nu­jesz na kiedy? - rze­czowo za­py­tał Ce­drik.

- Za dwa, naj­póź­niej trzy mie­siące.

Ce­drik od­wró­cił się od okna i spoj­rzał kpiąco na Geo­rge'a.

- Wi­dzę, że ci się spie­szy.

- Kiedy po­znasz od­po­wied­nią ko­bietę i za­pra­gniesz ją po­ślu­bić, także bę­dzie ci się spie­szyć.

Ce­drik po­wró­cił do roz­my­ślań. Pa­trzył przez okno z za­ło­żo­nymi na ple­cach rę­koma. Hi­sto­ria opo­wie­dziana przez Geo­rge'a głę­boko nim wstrzą­snęła. My­ślał o dziew­czy­nie, któ­rej nikt nie ko­chał, któ­rej wsty­dziła się ro­dzina; do­piero po dzie­więt­na­stu la­tach jej brat po­sta­no­wił na­pra­wić błędy z prze­szło­ści.

Po wy­słu­cha­niu przy­ja­ciela po­wró­ciły wspo­mnie­nia z lat szkol­nych, kiedy to Geo­rge od­su­nął się od swo­ich ko­le­gów, bli­skich i stał się bar­dziej za­mknięty w so­bie i ma­ło­mówny. Te­raz Ce­drik po­znał wresz­cie przy­czynę tam­tego stanu rze­czy. Wtedy nie za­da­wał py­tań, tylko ak­cep­to­wał de­cy­zje po­dej­mo­wane przez Geo­rge'a. Na­wet tę, by ich przy­jaźń zo­stała odło­żona do la­musa, ale by­naj­mniej nie za­po­mniana.

Po­my­ślał o swoim ojcu. Pa­stor Ivory ni­gdy ni­kogo nie po­tę­piał. Do naj­więk­szego grzesz­nika był go­towy wy­cią­gnąć po­mocną dłoń. Swoim sy­nom wpa­jał prze­ko­na­nie, że każdy za­słu­guje na drugą szansę. Uwa­żał, że czło­wiek z na­tury swej jest do­bry i tylko ży­ciowe oko­licz­no­ści spra­wiają, iż wkra­cza na drogę zła.

Ce­drik nie chciał po­tę­piać Geo­rge'a, ale wszystko w nim krzy­czało: a czyja to wina, że jest taka, jaka jest?!

Na­gle zdał so­bie sprawę, że jego serce już pod­jęło de­cy­zję. Tak więc cze­kała go ko­lejna mi­sja, ko­lejne za­da­nie, być może naj­trud­niej­sze w jego pe­da­go­gicz­nej ka­rie­rze.

- Od kiedy mam za­cząć?

- Naj­le­piej od ju­tra! - za­wo­łał ura­do­wany Geo­rge. - Na­wet nie spy­ta­łeś o swoje wy­na­gro­dze­nie. A może bę­dzie mnie to drogo kosz­to­wać? - za­żar­to­wał.

Ce­drik się uśmiech­nął, wpa­tru­jąc się w swoje buty.

- Zwy­kłe na­uczy­ciel­skie wy­na­gro­dze­nie plus ewen­tu­alne koszty le­cze­nia.

Męż­czyźni wy­mie­nili uśmie­chy i Geo­rge pod­niósł się z fo­tela.

- Ra­tu­jesz mi ży­cie. Je­stem twoim do­zgon­nym dłuż­ni­kiem. O któ­rej mogę ju­tro po cie­bie przy­je­chać?

- O ile pa­mię­tam, do two­jego domu je­dzie się około dwóch go­dzin, więc może być siódma rano - za­de­cy­do­wał Ce­drik. - Chyba że to dla cie­bie zbyt wcze­sna pora.

- Ależ skąd! Będę o siód­mej.

Ce­drik od­pro­wa­dził Geo­rge'a do głów­nych drzwi wej­ścio­wych. Po­cze­kał, aż przy­ja­ciel znik­nie za ro­giem ka­mie­nicy i do­piero wtedy wró­cił do środka. Za­miast na górę do swo­jego po­koju, po­szedł do kuchni, skąd do­cho­dził od­głos krzą­ta­niny pani Jen­kins. Kiedy sta­nął w progu, zo­ba­czył swoją go­spo­się ubi­ja­jącą białka na cia­sto bisz­kop­towe.

- Na pod­wie­czo­rek będą cia­steczka - po­wie­działa, nie prze­ry­wa­jąc pracy, ani na­wet nie pa­trząc w jego stronę.

- Pani Jen­kins, do­sta­łem nową po­sadę. Ju­tro rano wy­jeż­dżam. Czy bę­dzie pani tak miła i zrobi dla mnie śnia­da­nie?

- Na którą?

- Na szó­stą trzy­dzie­ści. O siód­mej przy­je­dzie po mnie po­wóz.

- Śnia­da­nie bę­dzie go­towe. Może też zro­bię panu ja­kieś ka­napki na drogę.

- To nie bę­dzie ko­nieczne. Droga zaj­mie nam tylko dwie go­dziny.

- W ta­kim ra­zie do­sta­nie pan kilka cia­ste­czek - oświad­czyła to­nem nie­zna­ją­cym sprze­ciwu.

Ce­drik wie­dział, że te­mat jego po­dróży zo­stał wy­czer­pany, więc uśmiech­nął się tylko pod no­sem i udał do po­koju. Po­woli za­czął pa­ko­wać swoje rze­czy, jed­nak tym ra­zem za­jęło mu to o wiele wię­cej czasu niż zwy­kle.

Za­zwy­czaj za­bie­rał ten sam ze­staw ksią­żek, mapę. Jed­nak do tej pory jego uczniami byli chłopcy, a te­raz miał wy­cho­wy­wać młodą pannę. Ce­drik skła­małby, mó­wiąc, że nie boi się tego za­da­nia. Wie­dział, jak wielka ciąży na nim od­po­wie­dzial­ność i nie chciał ni­kogo za­wieść. Nie na darmo był sy­nem pa­stora. Wy­cho­wano go w prze­ko­na­niu, że każ­dym do­brym uczyn­kiem można ko­goś zba­wić. Wma­wiał so­bie, że robi to dla naj­lep­szego przy­ja­ciela z cza­sów szkol­nych, jed­nak głę­boko w za­ka­mar­kach jego du­szy utkwiła hi­sto­ria dziew­czynki po­zo­sta­wio­nej na pa­stwę losu, nie­ko­cha­nej i za­nie­dba­nej przez oto­cze­nie. Wra­cał do Ather­ton Hall tylko dla niej, dla nie­zna­nej mu panny o imie­niu Emily.

Za­nim po­ło­żył się spać, wszyst­kie jego rze­czy były spa­ko­wane, a ba­gaże usta­wione przy drzwiach. Po­sta­no­wił nie za­bie­rać zbyt wiele; za­wsze mógł po coś wró­cić do Lon­dynu.

Tej nocy Ce­drik bar­dzo długo nie mógł za­snąć. Był pod­eks­cy­to­wany wy­jaz­dem do Ather­ton Hall. Ostatni raz go­ścił tam dwa­dzie­ścia lat temu. Mimo to w pa­mięci po­zo­stały mu żywe ob­razy domu, ogrodu, oko­licz­nych łąk, a przede wszyst­kim mło­dzień­czych eska­pad z Geo­rge'em. Był cie­kaw, jak wiele zmie­niło się od jego ostat­niej wi­zyty.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki