Rozdział pierwszy
To jest Julia
Piegi na czole Julii układają się w konstelację Wielkiego Wozu. Wiele
osób to widzi, oczywiście tych, którzy mają pojęcie o gwiazdozbiorach.
Jej oczy są zielone, choć gdyby dokładnie im się przyjrzeć, można
dostrzec bursztynowe punkciki, które mienią się, kiedy pada na nie
światło. Julia ma kasztanowe włosy, zazwyczaj spięte w kitkę. Trochę
szkoda, bo rozpuszczone spływają miękko na ramiona i tworzą ciekawe
obramowanie dla jej delikatnej twarzy.
- W takiej fryzurze jest pani najładniej - potwierdza fryzjerka, do
której Julia przychodzi dość rzadko, bo zaledwie trzy razy w roku.
Mogłaby częściej, ale jakoś nigdy nie może znaleźć czasu albo po prostu
zapomina.
Kasztanowa farba wypłukuje się oczywiście po paru tygodniach i wtedy
włosy Julii wydają się zakurzone, przydymione i matowe. Być może właśnie
dlatego upina je w kitkę.
Siedzi jeszcze chwilę przed lustrem, dopija herbatę i patrzy na swoje
odbicie.
Bardzo trudno odnaleźć sens życia, jeśli życie jest równie atrakcyjne
jak wypicie herbaty rumiankowej. Julia tak naprawdę nie przepadała za
jej smakiem, ale wyczytała kiedyś, że rumianek neutralizuje toksyny
bakteryjne, i wyobraziła sobie, że dzięki niemu będzie zdrowsza. Ludzie
miewają różne przyzwyczajenia, nawyki, a nawet nerwice, dzięki którym
codzienność wydaje im się w jakimś sensie łatwiejsza. To pewnie kwestia
powtarzalności dająca poczucie stabilności. Jeśli jest godzina szósta
trzydzieści siedem - piję herbatę rumiankową. Jeśli jest piątek - kąpię
się w wannie. A kiedy wychodzę z domu, zawsze trzykrotnie sprawdzam, czy
drzwi są zamknięte.
Julia ma czterdzieści dwa lata i jest zlepkiem powtarzalności. Kumulacją
drobnych rytuałów, dzięki którym czuje się pewnie i nie boi żadnych
niespodzianek. Jest żoną, matką, nauczycielką, kobietą bardzo zwyczajną,
choć pewnie niechętnie tak by o sobie powiedziała. Z drugiej strony
doskonale wie, że nigdy nie wychyli się poza pewien poziom własnych
możliwości. Są ludzie, którzy zawsze wspinają się na kolejne piętra, i tacy, którzy odnaleźli już swoje i niechętnie ruszaliby się z miejsca.
Czy należy to potępiać?
- Pójdę już. - Podnosi się z fotela i strzepuje włosy z bluzki. Nawet
jej samej podoba się ten odświeżony kolor i miękkie loki, które można
nawinąć na palec i bawić się nimi jak w przedszkolu, kiedy wszystko
sprowadzało się do tego, by być królewną.
- W co się bawimy? - padało pytanie.
- W królewny! - odpowiadała żeńska część grupy.
I trwało to latami, aż w końcu wszystkim tym małym dziewczynkom
otworzyły się oczy.
Julia wychodzi na ulicę. Cieszy się, że ma jeszcze wolną godzinę. Lubi
wykradać takie okruchy codzienności, rozciągać w czasie i bawić się
minutami, które są tylko dla niej. Ktoś kiedyś powiedział, że w książkach wystarczy przewrócić kartkę, by minęło kilka tygodni. W życiu
dorosłych ludzi bywało identycznie i za każdym razem wszyscy dziwili
się, jak to możliwe, że lata mijają równie szybko jak mrugnięcie
powiekami. Julia ma na to jednak swój sposób. Umie bawić się czasem, a może raczej go oszukiwać i łapać momenty w niewidzialne bańki.
Wystarczyło nigdzie się nie spieszyć i wybrać sobie za punkt
obserwacyjny coś, co z założenia mogłoby wydawać się kompletnie
pozbawione sensu.
Przykład?
Niemal każdy widział klucz odlatujących ptaków. Patrzył na niego przez
chwilę, a potem szybko zapominał. Julia tymczasem próbowała zabrnąć
nieco dalej. Obserwując dzikie gęsi, układała w głowie algorytmy ich
zachowań. Każdy ptak dopasowuje swoją prędkość do pozostałych.
Przewodnik klucza zajmuje tę pozycję tylko przez kilkadziesiąt sekund, a potem ją oddaje. Co do minuty. Dzieje się to tak sprawnie i płynnie, że
czasem ciężko dostrzec te zmiany.
- Czy pani widzi coś szczególnego tam w górze? - spytała ją kiedyś
starsza kobieta.
Julia oderwała wzrok od nieba i zobaczyła, że wokół niej stoi dość spora
grupka osób i z zaciekawieniem patrzy w górę.
- Patrzyłam na ptaki.
- Akurat - odezwał się mężczyzna w czarnym płaszczu.
Julia trochę się przestraszyła.
- Naprawdę. - Machnęła ręką w stronę nieba. - Klucz dzikich gęsi.
A potem uśmiechnęła się przepraszająco i chyba nawet uciekła, jakby ze
strachu, że zaczną ją przesłuchiwać i dopytywać się o szczegóły. Poza
tym nigdy nie lubiła być w centrum uwagi. Nawet we własnym domu. Chociaż
czasem jest jej przykro, że za każdym razem, kiedy włącza swoją ulubioną
stację radiową z muzyką filmową, niemal natychmiast ktoś z domowników
zmienia ją na inną, mówiąc:
- Tego się nie da słuchać. Smęcenie. I ogólnie jakieś takie nudne.
Julia czasem chciałaby się zbuntować, tylko że zupełnie nie wie jak. W dzieciństwie też była uległa i nie przewodziła żadnej grupie.
Najczęściej w ogóle stała po prostu z boku, nie mając wystarczająco
odwagi, by otworzyć usta. Tak było w przedszkolu, w szkole podstawowej i na studiach również. Najgorzej wspomina, kiedy koleżanki wybierały kogoś
do zabawy i zawsze czekała, aż padnie jej imię. Niestety, często padało
dopiero na końcu, a czasem w ogóle. Zupełnie jakby była przezroczysta
lub zbyt mało interesująca, żeby się z nią bawić. Trochę było w tym jej
winy, bo często chowała się za plecami innych i chociaż nie lubiła tych
swoich lęków, nigdy tak naprawdę nie chciała być liderem.
Kiedy jednak w domowej garderobie stało kilkanaście par butów, z których
jej była tylko jedna ("Mamo, schowaj swoje do szafy, bo przeszkadzają"),
wtedy przez głowę przelatywała jej myśl, że nie tylko nadal chowa się za
plecami innych, ale niemal w ogóle znika. I wtedy trochę się tego bała.
Co innego stać z tyłu, co innego być niewidzialnym.
Julia widoczna jest tylko wtedy, gdy ma zadanie do wykonania.
- Mamo, nigdzie nie ma moich niebieskich spodni! - mówi córka Natalia,
do której trzeba zwracać się Nela, inaczej nie reaguje. Lat trzynaście,
wyjątkowo agresywny stopień dojrzewania z naciskiem na "nikt mnie nie
rozumie". Zbuntowana niemal od urodzenia, co bardzo zaskoczyło Julię, bo
córka okazała się jej całkowitym przeciwieństwem. Już w wieku dwóch lat
potrafiła wrzaskiem wymusić malinową kaszkę, a pogardliwie spluwać
kleikiem.
Na to wspomnienie Julia uśmiecha się pod nosem, idzie do pokoju Neli i otwiera szafę. Spokojnie zerka na drugą półkę od góry, a potem wyciąga
niebieskie spodnie, wepchnięte między dwie inne pary.
- Szukałam tam i nie było - mówi Nela.
Oczywiście. Nagle same przyleciały z pralki i ułożyły się miękko na
półce. Spodnie zawsze tak robią. Podobnie zresztą jak inne rzeczy Neli.
Córka tylko wzrusza ramionami i śmiesznie wydyma te swoje
trzynastoletnie usteczka.
- Co zjesz na śniadanie? Płatki czy grzankę z miodem? - pyta Julia.
To pytanie też w jakimś sensie jest rytuałem. Od kilku miesięcy Nela
zjada wyłącznie te dwie rzeczy i Julia w końcu daje za wygraną. Próby
urozmaicenia śniadań kończyły się podobnie - wygrywała grzanka z miodem
lub płatki z zimnym mlekiem. Wszelkiego rodzaju dyskusje o zdrowym
odżywianiu i konieczności jedzenia różnych rzeczy były z góry skazane na
niepowodzenie.
- Ja zawsze jadłam z ciepłym - powtarza Julia.
- A ja wolę zimne - odpowiada Nela.
Chwilę później w kuchni pojawia się Jonasz, piętnastolatek, który jako
jedyny w całej klasie nie ma na twarzy żadnego pryszcza. I wie wszystko.
O ociepleniu klimatu, o tym, że guma do żucia rozkłada się pięć lat,
papieros z filtrem do dwóch, a torebka foliowa od stu do czterystu. Wie,
że cukier szkodzi i powoduje spustoszenie w organizmie i że nie powinno
się kupować pieczywa w marketach, bo jest nafaszerowane chemią. Nie
używa plastikowych butelek i nie kupuje niepotrzebnych rzeczy. W przeciwieństwie do szafy Neli jego jest purystyczna i rygorystycznie
skromna: siedem podkoszulków z krótkim rękawkiem, cztery z długim oraz
sześć par spodni, dwa swetry, trzy bluzy. Policzalna jest również ilość
skarpetek (dziewięć par) oraz majtek (osiem). Koszulki nosi tak długo,
aż Julia zaproponuje mu, żeby w końcu je wyrzucił.
- Dobrze - zgadza się Jonasz. - Wyrzucę dwie najbardziej sprane i zniszczone.
Chłopak jest zaskakująco spokojnym i zrównoważonym nastolatkiem, ale
również wie, czego chce.
- W przyszłości będę architektem projektującym budynki energooszczędne.
- Brzmi strasznie nudno - komentuje Nela, ale Jonasza to nie wzrusza.
- Będę dokonywał zawiłych obliczeń hydraulicznych niezbędnych dla
rozwiązań technicznych, bardzo korzystnych dla zużycia energii do celów
ogrzewczych. - Jonasz naprawdę rozumiał, co mówi, choć nawet dla Julii
brzmiało to bardziej niż magicznie. No ale ona była humanistką.
Jest jeszcze Amelka. Sześciolatka, która kocha wszystko, co niebieskie i turkusowe. I która na każdej części ubrania musi mieć naszytą muszelkę,
w przeciwnym razie nie pójdzie do przedszkola i Julia boi się, że
faktycznie tak właśnie może się stać. A przecież nie może spóźnić się do
pracy, bo jeśli pierwsza lekcja w szkole zaczyna się o godzinie ósmej,
to ona powinna być co najmniej kwadrans wcześniej. To również pewien
rytuał i chociaż Julia doskonale wie, że gdyby przyszła nawet pięć minut
po dzwonku, świat z pewnością by na tym nie ucierpiał, ale jej poczucie
odpowiedzialności jak najbardziej. I potem cały dzień czułaby się
nieswojo.
I właśnie dlatego wstaje codziennie punktualnie o szóstej, a na każdym
nowym ubraniu Amelki naszywa muszelkę. Kolejne dziecko, które wie, czego
chce, i nie pozwoli sobie tego odebrać. Zupełnie jakby cała trójka
zabrała Julii jej pewność siebie i sprawiedliwie rozdzieliła między
sobą. Jej samej nie zostało już nic.
I właśnie dlatego na śniadanie są zawsze płatki, zimne mleko oraz
grzanki i miód. Jest szklana butelka dla Jonasza oraz papierowe torebki
na śniadanie. Jest plastikowy talerzyk w muszelki i szklanka z podobnym
wzorem. Dzięki temu rytm dnia codziennego nie zostaje w żaden sposób
zaburzony i każdy czuje się bezpiecznie.
Czy nie na tym właśnie powinno polegać udane życie?
Na poczuciu bezpieczeństwa?
Na przekonaniu, że jest dobrze, nawet jeśli czasem korci, by zamiast
obiadu zjeść kawałek tortu i popić go lodowatą colą?
Julia nigdy nie zastanawiała się, czy lubi swoje życie, a to już był
duży sukces. Nic jej nie kłuło, nie uwierało, nie powodowało, że
cierpiała na bezsenność. Nie wstawała ze ściśniętym żołądkiem i nie
miała poczucia, że coś jej umyka, że każdy kolejny rok traci na
ważności, a ona sama za chwilę odejdzie w smugę cienia. Możliwe, że tak
bardzo odsuwała od siebie te myśli, że faktycznie nauczyła się od nich
odgradzać.
Julia jest kalką tysiąca podobnych jej kobiet. Być może nie są
szczęśliwe, ale nie są również nieszczęśliwe. Być może ich codzienność
nie ma koloru purpury, ale czy popielaty faktycznie jest aż tak nudny?
Codzienność jest zamknięta w czterech pokojach z balkonem i całkiem
sporej łazience jak na mieszkanie w bloku. Oswojona, podobnie jak
Konfitura - pies wielu ras, znaleziony pewnego dnia na ulicy.
Konfitura Wielosmakowa. Tak nazwała ją Julia i, o dziwo, wszystkim się
spodobało. Nawet ją samą zdumiał fakt, że nie wytrącono jej argumentów,
nie skrytykowano i nie wybrano innego imienia dla psa. A przecież na
pewno by się zgodziła.
Konfitura została znaleziona tylko dzięki umiejętnościom Julii w zatrzymywaniu czasu. To był jeden z tych dni, kiedy lato powoli
przechodziło w jesień, jeszcze niezdecydowane, ale już nie upalne i gubiące coraz więcej liści. Julia siedziała na ławce w parku i próbowała
z zamkniętymi oczami odgadywać poszczególne odgłosy. Ciężko było przebić
się przez normalne rozmowy, krzyki dzieci i ujadanie psów, ale koniec
końców usłyszała nawoływania ptaków, kilka siarczystych przekleństw
gdzieś w oddali, kogoś, kto grał na gitarze i wreszcie... ciche
pojękiwanie. Skupiła się na nim jakoś odruchowo, a potem nagle wstała i poszła w tym kierunku, zatrzymując się co chwila i nasłuchując. Pół
godziny później trafiła na ogródki działkowe, gdzie już od lat nikt nie
mieszkał i które czekały na ostateczną rozbiórkę zdewastowanych domków.
I wtedy go zobaczyła.
Pies siedział przywiązany do jakiegoś metalowego pręta. Obok stała miska
z wodą, dwa słoiki po konfiturach doszczętnie wylizane i kawałek kości.
Julia pomyślała, że chociaż tyle ktoś dla niego zrobił. Nie rozglądała
się za właścicielem, w ogóle nikogo nie szukała, tylko odwiązała psa i przyprowadziła do domu.
- To jest Konfitura i z nami zostanie. - Jeden jedyny raz powiedziała to
takim tonem, że nikt nie próbował jej tego wyperswadować. Zresztą dzieci
zawsze chciały mieć psa, a jej mąż doszedł do wniosku, że i tak nie
będzie się nim zajmował.
Julia bardzo szybko ogarnia kuchnię, chowa naczynia do zmywarki,
przeciera szmatką blaty i starannie zamyka lodówkę. Pakuje śniadaniówki,
klepie Konfiturę trzy razy po prawym boku, a potem jest już ten moment,
kiedy wszyscy muszą wyjść z domu, bez pośpiechu, bez złości, bez
wzajemnych pretensji, przez kogo kto się spóźni.
O siódmej dwadzieścia dzwoni budzik i wtedy oczy otwiera Aleksander. W domu panuje przyjemna cisza, śniadanie czeka na niego na stole,
przykryte lnianą ściereczką, ekspres do kawy jest włączony, radio
jeszcze nie.
Kim jest Aleksander?
Rozdział drugi
To jest Aleksander
Funkcjonowanie rodziny jest dość schematyczne. Schematy są oczywiście
różne, ale tak naprawdę można je policzyć na palcach jednej ręki. Ten, w którym zagnieździł się Aleksander, należał do konstelacji: "jestem
uprzywilejowany". Polegał na późniejszym wstawaniu niż reszta rodziny i nieuczestniczeniu w tym wszystkim, co mogło wywołać stres. Julia
zgodziła się na taki układ, a nawet często podkreślała, że jest idealny.
W końcu Aleksander naprawdę dużo pracował i musiał się zregenerować,
śpiąc o godzinę dłużej niż pozostali domownicy. Lubił wchodzić do
czystej i sprzątniętej kuchni i lubił, gdy panowała w niej cisza. Kiedy
słychać było tylko tykanie zegara oraz szum pracującej zmywarki. Włączał
ulubioną stację radiową i przeglądał w komórce wiadomości.
To były jego rytuały.
Początek dnia niezmącony szumem, dialogiem i niepotrzebnymi dyskusjami,
z których i tak niewiele rozumiał.
Było jeszcze poranne stawanie przed lustrem i spoglądanie na siebie
wzrokiem triumfalnym. Mężczyźni często to robią, tylko nieczęsto się do
tego przyznają.
- Cześć! - Aleksander puścił do siebie oko i wciągnął brzuch. Wydął też
usta w klasyczny dzióbek i gdyby ktokolwiek to zobaczył, pomyślałby, że
ma do czynienia z dojrzałym okazem narcyza.
Aleksander ma czterdzieści siedem lat. Jest dentystą protetykiem, ma
własny gabinet i satysfakcję, że odniósł sukces. Mieszkanie bez kredytu,
samochód kupiony za gotówkę, wakacje dwa razy w roku i niewielkie, ale
przyzwoite oszczędności. Wiele osób marzyło o takim życiu, a on stworzył
je sobie i rodzinie sam, bez pomocy rodziców czy też jakiegoś spadku po
ciotce, bez uruchamiania procedur kredytowych i bez zadłużania się u kogokolwiek. Wstawał codziennie o siódmej dwadzieścia i spokojnie
przygotowywał się do wyjścia z domu. Wracał późno, co Julia doskonale
rozumiała, chociaż zimą było jej trudniej, bo widywali się wyłącznie,
gdy było już ciemno. To w zasadzie nie miało większego znaczenia, ale
Julia była typem melancholiczki i ciemność wpływała na nią
destrukcyjnie. A jeśli padał jeszcze deszcz i dmuchał wiatr, czuła się
naprawdę smutna.
Nikt tego nie wiedział poza nią, bo Julia była doskonałą matką i żoną.
"Człowiek nie jest robotem. Ma swoje granice wytrzymałości, odporność
psychiczną, wreszcie próg zwyczajnego zmęczenia. Pora uświadomić sobie,
że bycie niedoskonałym nie jest wadą. Jest naszą naturą", wyczytała to
kiedyś w jakimś kobiecym piśmie i wtedy parsknęła śmiechem.
Kobiety bardzo szybko stają się robotami, ale ona wcale nie traktowała
tego jako wady. Wręcz przeciwnie, była dumna, że role, które
rzeczywistość nadaje poszczególnym ludziom, potrafi zagrać na najwyższym
poziomie. Owszem, bywała zmęczona, czasem nawet chciało jej się płakać,
ale następnego dnia wszystko znowu wracało do normy. Zawahania są czymś
naturalnym, nawet zegarki starej daty trzeba od czasu do czasu nakręcić,
żeby nadal pokazywały idealną godzinę. Najważniejsze, że nikt o tym nie
wiedział, że nikt nie dostrzegał rys i pęknięć, a codzienność płynęła
spokojnym rytmem.
Wróćmy jednak do Aleksandra.
Jest w nim coś, co wiele kobiet może fascynować. Postawny i męski. I ma
czarujący uśmiech, co oczywiście jest naturalne u kogoś, kto sam jest
protetykiem i tworzy takie uśmiechy niemal każdego dnia. Jest uprzejmy i sprawia wrażenie człowieka opanowanego. To kobiety również lubią, bo
daje im poczucie bezpieczeństwa. Nawet najsilniejsze osobowości chcą, by
czasem ktoś je otulił wielkim skrzydłem i pogłaskał po głowie.
Aleksander miał takie umowne skrzydło, co automatycznie stawiało go w rzędzie mężczyzn pożądanych. Miał również gęste, ciemne włosy,
ciemnobrązowe spojrzenie i zadbaną skórę, którą nawilżał balsamem z dodatkiem aloesu.
- Musi pan wiedzieć, że aloes ma cudowną zdolność do syntezy elastyny i kolagenu. Jeśli nałożymy na skórę krem z aloesem, automatycznie
poprawiamy jej elastyczność i jędrność - powiedziała mu urocza
dziewczyna w sklepie z kosmetykami i Aleksander nie miał żadnych
podstaw, żeby jej nie uwierzyć.
- Pani zatem cała składa się z aloesu - oznajmił swoim niskim męskim
tonem i dorzucił efektowne ciemnoczekoladowe spojrzenie, które miało
cechy wybitnie zmiękczające.
Dziewczyna zareagowała typowo - uśmiechem, rumieńcem oraz rabatem
dwudziestoprocentowym na wszystko z aloesem.
- Gdybym jeszcze w jakikolwiek sposób mogła pomóc... - dodała niskim
tonem, a Aleksander podziękował jej serdecznie i obiecał, że jak tylko
zużyje balsam, z pewnością tu wróci.
W zasadzie mógł przebierać wśród kobiet, ale podświadomość kazała mu
zwrócić się ku Julii, która była jego pacjentką. Wybór partnera zawsze
pozostaje zagadką, choć w przypadku Aleksandra duże znaczenie miała tu
jego dalekowzroczność. Julia wydała mu się krucha, delikatna i nieroszczeniowo nastawiona do życia. To, wbrew pozorom, niezwykle ważne,
zwłaszcza dla kogoś, kto woli decydować nawet o tym, po której stronie
leżą widelce w kuchennej szufladzie. Ten typ ludzi wybiera na partnera
kogoś słabszego, kogoś, kto łatwo ulega i nie buntuje się przy byle
okazji. Nie robi tego z wyrachowania, po prostu podświadomie czuje, że
życie z taką osobą nie będzie zbyt skomplikowane.
- Zanim przejdziemy do piaskowania, muszę wiedzieć, czy umówi się pani
ze mną na kawę. - Dokładnie w ten sposób Aleksander zaczepił Julię,
która na wszelki wypadek szybko skinęła głową.
Osobowość zależna, choć oczywiście nie całkowicie stłamszona. Taka była
Julia. Nie lubiła podejmować decyzji i była wdzięczna, kiedy ktoś ją w tym wyręczał. Wierzyła, że mężczyzna został stworzony, by ocalić
kobietę, nawet jeśli miałaby to być decyzja o zakupie nowej lampy. Nie
przeszkadzało jej też to, że zawsze sprawdzał, czy dobrze doprawiła
zupę, i za każdym razem dorzucał przynajmniej jedno ziarenko pieprzu.
Czasem właśnie na tym polega harmonia.
Czasem na czymś zupełnie innym, ale to już kwestia osobowości.
Małżeństwo spełniało oczekiwania Aleksandra, ale czy Julii również?
Nic nie jest pewne, dopóki człowiek nie stanie przed lustrem lub ktoś
nie podsunie mu go pod nos.
Już za parę dni wydarzy się coś, co postawi ten ułożony świat na głowie,
zburzy sielankowy obrazek i doprowadzi do małej rewolucji. Ale jeszcze
nie teraz.
- Dzień dobry, panie doktorze! - Recepcjonistka ucieszyła się na widok
Aleksandra, co od razu wprawiło go w dobry nastrój.
Naprawdę lubił swoją pracę. Jasnozielone ściany gabinetu i ta jedna
ogromna, na którą nakleił fototapetę z lasem. Popielate fotele i drewniane podłogi wyciszone specjalną izolacją akustyczną, która
likwiduje odgłosy kroków oraz tak zwany efekt pudła rezonansowego. Tak
przynajmniej zapewniał producent i miał absolutną rację. Gabinet był
przytulny, estetycznie urządzony i nawet dźwięk wiertła nie psuł
panującej w nim miłej atmosfery. Zresztą znieczulenia Aleksander
potrafił robić jak mało kto, pacjenci otrzymywali zatem minimalną dawkę
bólu.
- Dzień dobry - odpowiedział. I był przekonany, że taki właśnie będzie.
Kolejny dobry dzień, bez żadnych nawałnic, burz i większych uniesień.
Na osiedle Zielone przeprowadzili się cztery lata temu, kiedy ich status
materialny poprawił się na tyle, że mogli kupić mieszkanie bez
zaciągania żadnego kredytu. Sprzedali stare, a Aleksander z dumą dołożył
resztę ze swoich protetycznych oszczędności.
Julia, co prawda, wolałaby nadal mieszkać w starej kamienicy, w której
wszystko wydawało jej się bardziej swojskie i przytulne, ale sama
musiała przyznać, że dla pięcioosobowej rodziny mieszkanie jest zbyt
ciasne. Trzy pokoje, nastolatek, dorastająca córka i mała syrenka oraz
pies. Coraz częściej na siebie wpadali, coraz częściej potykali się o własne nogi i nogi domowników i złościli, że mieszkają jak Cyganie.
Trochę w tym było racji, choć Julia wychowała się w mieszkaniu
dwupokojowym, z czego jeden był wielkości lisiej jamy, i jakoś nikomu to
nie przeszkadzało. Jednak w dzisiejszych czasach wszystko musiało być
większe. Tyle że Julia nie lubiła nowego budownictwa. Do tej pory nie
udało jej się nawiązać bliższej znajomości z sąsiadami, nigdy nie
wiedziała, o co zapytać, żeby nie wyjść na zbyt nachalną, a jednocześnie
wydać się wystarczająco interesującą dla rozmówcy. Aleksander miał z tym
zdecydowanie mniej problemów, bo było mu wszystko jedno. I tak nie miał
czasu na żadne dłuższe pogawędki. Wystarczyło mu, że wreszcie mają
wygodne duże mieszkanie, na osiedlu wszystkie niezbędne sklepy i punkty
usługowe (nawet szewc, co było wyjątkowo oldschoolowe), a on ma dość
blisko do pracy. Sąsiedzi byli mu w zasadzie obojętni.
Julia bardzo chciała kogoś poznać, ale zazwyczaj tylko się uśmiechała i ograniczała do "dzień dobry" na przemian z "dobry wieczór". Kilka razy
spotkała kobietę z mieszkania piętro wyżej i chociaż miała ochotę do
niej zagadać, słowa jakoś więzły jej w gardle. Najgorzej było w windzie,
bo krępująca cisza wypełniała ją po brzegi i Julia za każdym razem
odnosiła wrażenie, że zaczyna się dusić. Dlatego z czasem przestała
jeździć windą, co było kompletnie niezrozumiałe dla Neli, w miarę
akceptowalne dla Jonasza i tragiczne dla Amelki, która uwielbiała
wciskać guziki, najlepiej wszystkie naraz, włącznie z alarmem. W końcu
uzgodniła z dziećmi, że w dni parzyste jeżdżą windą, a w pozostałe
wspinają się dzielnie schodami, co naprawdę nie było aż takim wyczynem,
kiedy mieszkało się na drugim piętrze.
- Rozumiem tych z szóstego, ale dla nas to chyba żadna przeszkoda,
prawda? - powtarzała, ale Nela za każdym razem patrzyła na nią wzrokiem
bazyliszka sugerującego, że drugie piętro to prawie wieża Eiffla, po
czym dorzucała przyspieszony oddech, wybałuszała oczy i przystawała
niemal na każdym stopniu.
Ostatecznie stanęło na tym, że Julia wybierała schody tylko i wyłącznie
wtedy, gdy była sama, ewentualnie z Konfiturą. Skończyło się zatem jak
zwykle - wszyscy postawili na swoim i byli zadowoleni, a ona po raz
kolejny poczuła, że niewiele ma do powiedzenia.
- Ja wszystko rozumiem, ale po co te dyskusje, skoro mieszkamy w bloku z windą? - dobił ją ostatecznie Aleksander.
Julia doszła do wniosku, że faktycznie nie ma o czym rozmawiać.
Człowiek tak naprawdę najbardziej potrzebuje w życiu komfortu
psychicznego, a czasem nawet wewnętrznego bezruchu. Wszystko, co wytrąca
z równowagi, jest równie niepotrzebne jak robak w śliwce.
Kto lubi zmiany?
Kto lubi ciągle od nowa oswajać lęki?
A jednak czasem tak bardzo chce się wyjść z klatki.
Rozdział trzeci
Bardzo zwykła kawiarnia
Nigdy nie wiadomo, kiedy w życiu człowieka dochodzi do przełomu. Trudno
jednoznacznie określić godzinę czy nawet datę, która zmienia wszystko.
Gdyby się dobrze zastanowić, to czasem jedna pochopna i kompletnie
nieprzemyślana decyzja jest pierwszym elementem domina. Oczywiście, nic
nie zapowiada zmian, zwłaszcza kiedy dnie są do siebie podobne, a człowiek nie podejmuje żadnych nierozsądnych decyzji. Ale nawet wtedy
może się coś wydarzyć, co zmieni dotychczasowy bieg rzeki.
Julia ma dzisiaj wolne do godziny siedemnastej. Nela umówiła się po
szkole z przyjaciółką, Jonasz zapowiedział, że wraca do domu i natychmiast się uczy, a Amelka została zaproszona na urodziny koleżanki
z grupy. Oczywiście wodne urodziny, na basenie, z dodatkową atrakcją w postaci syrenich ogonów, które dla wszystkich dziewczynek zamówiła mama
koleżanki.
- Dostanę niebieski, wiesz? Absolutnie jestem szczęśliwa. - Amelka
powtórzyła to przy śniadaniu jakieś dziesięć razy, używając swojego
ulubionego ostatnio słowa "absolutnie", aż w końcu Nela kazała jej
natychmiast skończyć ten beznadziejny syreni temat.
- Mamo... - Amelka wygięła usta w podkówkę, więc Julia spojrzała znacząco
na starszą córkę, która oczywiście kompletnie się tym nie przejęła.
- A ja wierzę w syreny - dodał Jonasz i tym samym uratował poranek.
Obiad na dzisiaj był gotowy, a ponieważ Jonasz umiał obsługiwać
kuchenkę, mógł go sobie sam podgrzać. Aleksander wróci jak zwykle około
siódmej, więc Julia miała czas tylko dla siebie.
Wyszła na ulicę, szła powoli, krok za krokiem, mimo że było zimno.
Naciągnęła wełnianą czapkę na uszy i poprawiła szalik. Żałowała, że nie
wzięła rękawiczek, bo ręce okropnie jej zmarzły.
"Przyjemnie byłoby napić się teraz kawy", pomyślała.
Nie lubiła, co prawda, chodzić sama do kawiarni, bo zawsze jej się
wydawało, że wtedy wszyscy na nią patrzą i zastanawiają się, dlaczego
nikt jej nie towarzyszy. Może jest porzucona? Rozwiedziona? Samotna?
Niespełniona? To były głupie myśli, a jednak nie potrafiła się ich
pozbyć. Zawsze miała przy sobie książkę, ale i tak zdecydowanie wolała
samotny spacer po parku albo nawet bezczynne siedzenie na ławce niż
samotny pobyt w kawiarni. Tyle że w styczniu park nie był najlepszym
pomysłem. Zwłaszcza w tak lodowato-wietrzny dzień jak dzisiaj.
Poczuła ogromną ochotę na coś słodkiego, na coś z kremem i owocami. Do
tego gorzka kawa z mlekiem. I chwila tylko dla siebie. Kusiło bardzo,
zwłaszcza teraz, kiedy zimno wkradało się pod ubranie i człowiek marzł,
zanim zdążył o tym pomyśleć.
Tak, Julia nie przepadała za styczniem. Zdecydowanie wolała inne
miesiące, nawet listopad nie wydawał jej się aż tak bardzo ponury i zły,
jak go reklamowano. W końcu był zapowiedzią grudnia i Bożego Narodzenia.
Styczeń był zbyt nowy. Trudno się było z nim tak od razu oswoić, polubić
i dać mu szansę. Nie był też specjalnie zachęcający. Zimny, wietrzny,
mroźny. Niby zapowiadał nadejście czegoś nowego, ale kiedy człowiek
kończy czterdzieści lat, niespecjalnie na to nowe czeka. Woli raczej,
żeby już nic się nie zmieniało i nie zaskakiwało serią niefortunnych
wydarzeń.
Początkowo chciała pojechać do domu, ale kiedy niechcący podsłuchała na
przystanku rozmowę trojga młodych ludzi, nagle zmieniła zdanie.
- Na początek polecam dietę tybetańską - oznajmił nagle chłopak. - Czyli
kilka razy dziennie wywar z warzyw i obierków ziemniaków.
Zwariował? Julia zerknęła na niego ze zdumieniem, ale wyglądał dość
poważnie.
- Przecież my nie jesteśmy grube - wtrąciła nieśmiało jedna z dziewczyn.
- Aha - zreflektował się - no tak. Musimy wymyślić coś innego. To może
dieta białkowo-tłuszczowa? Odrzucamy wszelkie węglowodany. Koniec z batonikami, orzeszkami i czekoladą. Albo... dieta księżycowa?
- Mamy jeść, kiedy będzie świecił księżyc? A może podczas zaćmienia? -
spytała dziewczyna, podczas gdy druga omal nie udławiła się śmiechem.
Chłopak spojrzał na nią z dezaprobatą.
- Chodzi o to, że poszczególne fazy księżyca określają przebieg cyklu
jedzenia i w zależności od nich powinnyście jeść albo warzywa, albo
mięso, albo owoce - wyjaśnił i zagryzł wypowiedź jabłkiem.
Julia prawie zachichotała, na szczęście tylko wewnętrznie. Głupio tak
publicznie kogoś wyśmiać. Ale kiedy chłopak zaczął przedstawiać
szczegółowy plan zdrowotny na każdy dzień, poczuła, że musi przyjąć
ogromną porcję węglowodanów. I zapić je kawą najlepiej z dużym kleksem
bitej śmietany.
A ten plan wyglądał następująco: o szóstej pobudka. Jogurcik LC1 na
zaktywizowanie żołądka, szybka gimnastyka i poranny prysznic. Oczywiście
z elementami hydroterapii. Gorąca woda, lodowata woda. Gorąca. Lodowata.
Aż do czerwoności skóry. Następnie lekkostrawne śniadanko z elementami
leczniczymi. Herbatka przeciw biegunce. Potem coś o syropach, tabletkach
i witaminkach. A do tego seks na materacu zapobiegającym skrzywieniu
kręgosłupa.
Ten chłopak naprawdę był osobliwy.
Julia zobaczyła nadjeżdżający autobus i podjęła błyskawiczną decyzję.
Trzeba zagłuszyć to, co usłyszała, dużym apetycznym ciastkiem. Najlepiej
w kawiarni "Jaśmin i wanilia", do której zajrzała już kiedyś i faktycznie pachniało tam wanilią.
Weszła do kawiarni, był czwartek, godzina piętnasta dwanaście. Usiadła
przy stoliku stojącym nieco na uboczu, co bardzo sobie chwaliła. Nie ma
bowiem nic gorszego niż stolik środkowy, gdzie każdy zahacza cię
wzrokiem, nawet jeśli tylko niechcący. Tutaj była bardziej anonimowa,
stopiona z ceglasto-zielonkawym tłem. Usiadła tyłem do dwóch kobiet,
pochylonych tak bardzo, że aż stykały się głowami. Zamówiła dokładnie
to, co wcześniej sobie zaplanowała.
Ciastko na kruchym spodzie, z kremem waniliowym i borówką amerykańską na
wierzchu. Apetyczne, świeże i idealnie komponujące się z mieszanką
indonezyjskiej robusty i brazylijskiej arabiki.
I byłby to naprawdę zwykły dzień i bardzo normalne popołudnie, gdyby nie
kolejna rozmowa, która tym razem toczyła się za jej plecami.
Julia miała dość na dzisiaj, nie chciała więcej podsłuchiwać, nawet
jeśli niechcący, ale słowa były tak wyraźne i dobitne, że same wpadały
jej do uszu, a potem dalej i głębiej. I w końcu wywoływały w niej
rewolucję, choć jeszcze o tym nie wiedziała.
- Spotkałam się z nim już dwa razy. Nie pisał dużo o sobie, ale coś mnie
podkusiło, żeby się umówić. Jestem zachwycona. Ale spróbuję jeszcze z innym, chociaż ten trochę za bardzo przypomina mojego męża.
- Ja też staram się unikać takich podobieństw. Z drugiej strony, to
tylko seks.
Julia niemal widziała, jak ta druga kobieta się uśmiecha.
- Jestem zachwycona. Nigdy nie przypuszczałam, że jeszcze potrafię albo
że kiedykolwiek skuszę się na taki układ.
Któraś z nich stukała palcami w blat stołu.
- Mam wrażenie, że wszyscy na tym korzystają. Wreszcie minęły mi te
cholerne napady złości, te ataki kompletnie bez powodu. Wiesz, że
ostatnio wpadłam w szał na widok zwiniętego ręcznika? Bo ktoś go nie
rozwiesił na kaloryferze. A innym razem opieprzyłam kota za to, że
rozrzuca suchą karmę z miski.
- Deficyt porządnego pieprzenia.
Julia wyprostowała się na krześle i poczuła, że się czerwieni. Nawet ją
samą to nieco zaskoczyło, w końcu to tylko jakaś rozmowa, a słowa są być
może wyrwane z kontekstu i ona zupełnie źle je interpretuje.
"Nie oceniaj zbyt pochopnie", przebiegła jej myśl przez głowę.
Ale dialog za jej plecami nadal się toczył i stawał coraz bardziej
konkretny i precyzyjny, o pomyłce nie mogło być mowy. Poczuła się
niezręcznie nie dlatego, że brała w nim mimowolny udział, choć tylko
jako strona bierna, ale że usłyszała coś tak odległego od jej wizji
związków jak wyspa Attu na Alasce od atolu w Kiribati.
- Najchętniej namówiłabym jeszcze moją sąsiadkę, bo za każdym razem,
kiedy ją widzę, czuję, że kobieta funkcjonuje na ostatnim oddechu. Nie
tylko jest notorycznie podenerwowana, ale jednocześnie jakaś taka
stłamszona. Zresztą nie dziwę się - jej mąż to chodzący burak. Ani razu
nie powiedział mi jeszcze "dzień dobry". Ta kobieta zdecydowanie
potrzebuje odmiany. I kogoś, kto wreszcie porządnie jej dogodzi.
Czy te kobiety naprawdę są mężatkami i spotykają się z innymi
mężczyznami tylko po to, by uprawiać z nimi seks? Czy sugerują
jednocześnie, że to całkowicie normalne, a nawet usprawiedliwione?
Czy Julia faktycznie dobrze wszystko zrozumiała?
Czy właśnie dotarło do niej, że była świadkiem czegoś w rodzaju zdrady,
choć nie do końca zna głównych bohaterów?
Ciastko wcale nie przestało smakować, kawa również, po prostu Julia na
moment zawisła w czasoprzestrzeni i raz jeszcze odtworzyła słowo w słowo
to, co przed chwilą usłyszała. A potem słuchała dalej, bo ta rozmowa
ciągle była tak bardzo oderwana od tego, w co wierzyła, że chciała raz
jeszcze skonfrontować jej sens z własnymi poglądami.
A może nawet się wtrącić?
Uderzyć pięścią w stół albo chociaż wrzasnąć?
Nigdy by tego nie zrobiła.
Nigdy, przenigdy.
- Lubię, kiedy mnie dotyka. Bo wreszcie ktoś mnie dotyka, a nie tylko
bierze.
Obie się roześmiały, zupełnie jakby to było zabawne.
- A ja wreszcie rozumiem, co znaczy profesjonalne użycie języka. I nie
mam tu na myśli gadania. I pomyśleć, że wystarczyło tylko założyć konto...
Julia naprawdę chce się teraz odwrócić.
Chce przysunąć swoje krzesło do krzeseł tamtych kobiet i spojrzeć im w oczy. Chce nawet o coś zapytać, ale dobrze wie, że nigdy nie starczy jej
śmiałości. W końcu wygrywa jakieś wewnętrzne oburzenie. Jakaś złość na
to, że miłość może tak wyglądać. Że jest rozdzielana na cudze dłonie i cudze usta. Że nie jest monogamiczna, a taka przecież być powinna. Że
ktoś ją rozdaje, zupełnie jakby była paczką cukierków.
Zatyka na moment uszy. Oczywiście, że wie, co to jest zdrada. I wie, że
świat nie jest idealny, ale to, co usłyszała, brudziło go jeszcze
bardziej. Odzierało z romantyczności, w którą jednak wierzyła. Dodawało
brzydkiego zapachu, który tłumił wszystkie inne. Wcale nie chciała się
dowiedzieć, że można wyjść z domu, przespać się z obcym człowiekiem, a potem wrócić do siebie, wyjąć filiżankę z szafki, napić się kawy i zjeść
kolację z kimś, komu ślubowało się wierność. Wszystko było tym
dziwniejsze, że dotyczyło kobiet.
Julia nie była naiwna, a jednak świadomość, że to kobieta zdradza, że to
kobieta oszukuje i manipuluje uczuciami, oburzała ją.
Tylko dlaczego?
Ciastko nie zostało do końca zjedzone, bo Julia nagle straciła apetyt.
Nie chciała go jednak zabierać do domu, by nie przypominało jej słów,
które usłyszała. Tyle że te słowa wwierciły się w jej mózg znacznie
mocniej, niżby sobie tego życzyła. Nie bez powodu. Przecież dwa lata
temu wcale nie była lepsza.
Bo jak się okazuje, nawet najbardziej potulna owieczka ma swoje
tajemnice głęboko schowane pod gęstą wełną.
Rozdział czwarty
Zaczęło się od filiżanki
Dwa lata wcześniej...
Filiżanka zdecydowanie była retro. Wykonana z białej porcelany pokrytej
kwiatowymi reliefami - z jednej strony bukiecik drobnych stokrotek i niezapominajek, z drugiej - kilka niebieskich płatków. Ładnie uformowane
uszko, kontury złocone, choć w niektórych miejscach odrobinę przetarte.
Stała na jakiejś książce z czarnym piórkiem na okładce i błyszczała
zachęcająco. Julia była zachwycona. Uwielbiała uliczne jarmarki,
zwłaszcza takie ze starociami, podczas których można było grzebać w przeszłości, dotykać jej, a może nawet kupić.
Żeby jeszcze lepiej poznać Julię, trzeba wydobyć z niej nie tylko to,
czym się zajmuje i jak sprawnie sprząta kuchnię po śniadaniu, ale
również przyjrzeć się tym cechom charakteru, które są nieco ukryte. O których być może sama już zapomniała, co przy trójce dzieci i codziennych obowiązkach jest zrozumiałe. Każdy człowiek składa się
bowiem z pięter. Zupełnie jak amerykański drapacz chmur. Te najwyższe
najlepiej widać i dlatego są dość przejrzyste i podobne jedne do
drugich. Kiedy jednak zaczniemy schodzić coraz niżej i niżej, nagle
okazuje się, że nie ma ludzi bez ciemnych korytarzy, ciemnych pokoi i zamkniętych w nich tajemnic. Każdy coś skrywa. Jeden to, co naprawdę się
wydarzyło, drugi tylko swoje pragnienia. Jeden ma na koncie prawdziwe
grzechy, drugi dopiero je popełni.
A jak jest z Julią?
Otóż Julia kocha wszystko, co już było, co pachnie przeszłością, ma
jakąś historię do opowiedzenia i nie spieszy się na spotkanie z jutrem.
Świat wokół niej pędzi, ale ona ma na niego swoje sposoby, niektóre już
znamy. Nawet jeśli poranki wydają się nerwowe, nawet jeśli Amelka
rozlała kakao, a Nela trzy razy zmieniła strój, zanim zdecydowała się
wyjść z domu, Julia jakoś nad tym panuje. Po pierwsze - nie jest
uzależniona od telefonu komórkowego, wiadomości sprawdza rano i wieczorem. Nie ma konta na Facebooku i nie robi zakupów online. Wszyscy
wiedzą, gdzie pracuje, więc gdyby cokolwiek przydarzyło się któremuś z jej dzieci, nie byłoby trudno ją odnaleźć.
Po drugie - pędzące tramwaje, autobusy i taksówki nie robią na niej
żadnego wrażenia, nawet jeśli przypominają o tym, że trzeba się
spieszyć. Julia zazwyczaj chodzi spokojnym krokiem, nie podbiegając
nawet na widok migającego zielonego światła. "Poczekam na następne",
myśli i staje przed przejściem dla pieszych, patrząc współczującym
wzrokiem na ludzi, którzy przebiegają tuż przed maskami ruszających
samochodów. Rzadko kiedy sama jeździ autem, woli autobusy, tramwaje albo
po prostu spacer. Jonasz ją w tym wspiera, Nela jest wściekła, że musi
marznąć lub się gotować, a Amelka - jeśli tylko ma muszelkę na kurtce,
czapce i sweterku - jest po prostu szczęśliwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki