Zamordować dziecko - Violetta Domagała

Kup ebooka

32.00 zł
25.60 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ IStyczeń 1943

To był jeden z tych obrzydliwych dni, które nigdy się nie kończą. Praca zdawała się nie mieć końca, a gestapowcy biegali jak wściekłe psy, bijąc i wrzeszcząc bez przerwy. Wyjątkowo mroźny wieczór zbliżał się wielkimi krokami i prawie każdy z więźniów zaczął już odczuwać jego bolesne skutki bardziej niż te ostre baty na swoich plecach – a dopiero wybiła piętnasta.

Zima w 1943 roku była kolejną straszną zimą w czasie tej wojny i zdążyła już pochłonąć zbyt wielu, którzy nie byli w stanie znieść przejmującego mrozu przy tak głodowych racjach żywnościowych, morderczej pracy ponad siły i nieustających chorobach.

Jednej z pielęgniarek, Danieli, udało się wśliznąć do obozowej kuchni, by dostać od znajomej choć odrobinę chleba dla pewnej rodzącej, która dotąd leżała w szpitalnym baraku numer 10. Nieszczęsna kobieta przeszła kilka eksperymentów i tylko z powodu tego, że była w ciąży, doktor Horst Grossbauer trzymał ją jeszcze przy życiu. Lekarz uznał, że skoro matka jest tak wytrzymała, to również jej nowo narodzone dziecko będzie świetnym materiałem do sadystycznych badań, między innymi nad dżumą i tyfusem plamistym.

Gdy tylko Daniela weszła do kuchni, natychmiast zaczęła pocierać zziębniętymi dłońmi jeszcze bardziej zziębnięte nogi. Były tak skostniałe, że niemal ich nie czuła. Piekielnie zimno było na zewnątrz. Kobieta nie wyobrażała sobie, jak ludzie zniosą dzisiejsze wielogodzinne stanie na wieczornym apelu przy tak niskiej temperaturze i lodowatym wietrze. Miała świadomość, że dla co poniektórych będzie to już niestety ostatni wieczór w życiu. W duchu cieszyła się, że przynajmniej udało jej się uniknąć wieczornego marznięcia na placu. Doktor Grossbauer polecił, żeby dzisiejszą noc spędziła w szpitalnym baraku. Miała dopilnować pacjentki doktora i jej dziecka, które właśnie miało się urodzić – według wszelkich obliczeń dziś w godzinach nocnych. Oczywiście w szpitalu nie było żadnego specjalnego ogrzewania dla wycieńczonych więźniów, ale na szczęście dla nich nie panował tu jednak tak zabójczy mróz jak na dworze.

Daniela podeszła do kucharki Emmy i ściszając głos, szepnęła jej do ucha:

– Mam nadzieję, że masz dla mnie kawałek tego, o co cię prosiłam. Nie powinnam tu być o tej porze, więc pośpiesz się, zatłuką mnie, jak jeszcze chwilę tu posiedzę.

– Poczekaj momencik – syknęła Emma – zaraz ci dam. Tylko pamiętaj, kto oddaje ci przysługę. Takich jak ty, to ja mam tu na pęczki.

– Nie martw się, ja zawsze pamiętam... Czy kiedykolwiek cię zawiodłam, że tak mówisz teraz do mnie? O co ci chodzi? – zdziwiła się pielęgniarka.

– No wiesz, jak dotąd nasza współpraca przebiegała całkiem dobrze, nie mogę narzekać, ale ja, jak każdy prawdziwy Niemiec, lubię porządek, wiesz o tym. Szczególnie lubię go w interesach i dlatego wolę się jednak przypomnieć, tak na wszelki wypadek, żebyś w natłoku wszystkich niecierpiących zwłoki obowiązków nie zapomniała – odparła szyderczo stara Niemka.

– Masz? Dobra, dawaj i już tak nie ględź.

Daniela chciwie złapała sporą pajdę chleba, połowę gotowanego kartofla i stale oglądając się za siebie, pobiegła w stronę baraku numer 10. Stając na chwilę za rogiem, łapczywie wcisnęła do ust kawałek kartofla. Jego smak był okropny, ale pomimo tego i tak poczuła się cudownie. Nie jadła nic pożywnego od dwóch dni, a te ścieki poranne, które nazywają kawą, nie dają nic prócz cierpkiego, wstrętnego smaku.

Wtem Daniela uniosła głowę do góry, gdyż znienacka poczuła na twarzy mokre opadające kropki. Wirujące w powietrzu śnieżynki jawiły się jako pochłonięte taneczną żarliwością baletnice z opery Czajkowskiego, smukłe, poruszające się sentymentalnie w takt melodyjnych nut. Uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie ulubionego baletu i przyglądała się spadającym z nieba kruchym, mięciutkim płatkom białego puchu z zawrotną prędkością pokrywającym zmarzniętą ziemię i jednocześnie uwydatniającym za sprawą przynoszonej z sobą mglistej jasności całą ohydę tego przeklętego przez Boga miejsca straceń.

Przeszywające zimno powodowało, że mając na sobie jedynie jakieś stare, podziurawione łachmany, które na jej wychudzonym ciele sterczały jak stęchłe liście na obumarłym drzewie, cała się trzęsła jak osika targana nienawistnym wiatrem. Gdyby jednak nie te ubrania podarowane jej na początku zimy przez Szymka z Kanady, z pewnością pewnego dnia zamarzłaby w koszmarnym baraku lub na niekończących się apelach.

Śnieg sypał już na dobre, więc owinęła ciasno wokół szyi dłuższy skrawek wypłowiałego materiału i patrzyła na kawałek chleba spoczywający w czerwonej z wyziębienia dłoni. Mróz wywoływał otępiający ból, jakby ostre szpile wkłuwały się w jej całe wyniszczone głodem i zimnem ciało, a mózg odmawiał racjonalnego myślenia. Patrzyła z tak ogromnym utęsknieniem i żalem na ów kawałek chleba dany jej przez starą Emmę, że aż łzy napłynęły jej do oczu. Poczuła ich słony smak. Była wygłodniała do granic możliwości, jak zresztą każdy jeden człowiek w Auschwitz, z wyjątkiem naturalnie esesmanów. Najedzone były też wilczury – zwierzęta te przedstawiały zdecydowanie wyższą wartość niż ludzie będący już tylko jedną nogą na tym bezdusznym świecie. Gdyby tylko mogła, wydarłaby z pyska każdej z tych bestii choć kawalątek jedzenia, a potem niech się dzieje, co chce. To już nieważne.

Nagle poderwała się z odrętwienia, przypominając sobie, po co tak naprawdę prosiła Emmę o chleb. W baraku, który nazywano szpitalnym, choć niewiele miał z nim wspólnego, leżała owa rodząca dziewczyna, Żydówka Gisela, cenny nabytek doktora, i to z jej powodu Daniela poszła do obozowej kuchni. Poznały się podczas transportu do Auschwitz, kiedy to Gisela, mając w swojej niedużej walizce spore zapasy jedzenia, jakie zdążyła w ostatniej chwili ukryć, częstowała płaczącą malutką córeczkę Danieli. Trwająca trzy dni z przerwami podróż bez picia i jedzenia, bez niezbędnej toalety zamieniła się w prawdziwy koszmar, gdy niektórzy rodzice w akcie desperacji i chęci ratowania za wszelką cenę swych pociech, siłą wypychali wrzeszczące wniebogłosy dzieci przez zrobione naprędce otwory w podłodze wagonu wprost na tory, mając nadzieję, że małym uda się przeżyć i że dobrzy ludzie im pomogą. Nie wszyscy posiadali taką odwagę, żeby rozstawać się ze swoimi dziećmi, nie mając przy tym żadnej pewności, czy maluchy przeżyją upadek z jadącego pociągu bądź nie wpadną w ręce konfidentów. Ogromnie ryzykowali. Reszta podróżujących bydlęcymi wagonami, całkowicie otępiała, bezwolna, nie zdawała sobie nawet sprawy z tragedii, jaka wyniknie, gdy tylko dotrą na miejsce przeznaczenia, albo dotąd uparcie nie chciała uwierzyć, że jednak to, o czym wszyscy wokół wiedzą i rozprawiają już od dawna, jest niewyobrażalną dla ludzkiego umysłu rzeczywistością i nazywa się ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej. Jedynie nieliczni wiedzieli, jakim cierpieniem skończy się ta podróż wprost do piekła.

Chciano mimo wszystko dalej wierzyć, że jadą tylko do obiecywanej im pracy, że po przyjeździe czeka na nich gorąca zupa, ciepła, orzeźwiająca kąpiel i że w jakiś sposób, nie wiadomo jaki, ale jakiś bliżej nieokreślony, uda się im przetrwać tę dziejową zawieruchę, która ponownie spotyka naród żydowski, i wrócą do swojego dawnego, spokojnego życia. Wspaniałego życia, w którym pachniało gotowaną w sosie wołowiną i kaszą, w którym niezauważalnie drgał w powietrzu, jak trzepoczące skrzydła przestraszonego motyla, płomień palących się jaskrawo w wypolerowanej na błysk srebrnej menorze świec zwiastujący zbliżającą się powoli pełną cudownych aromatów świąteczną kolację, rozpoczynającą tradycyjnie piątkowy szabas.

Daniela niepostrzeżenie weszła przez wyszczerbione drzwi do długiego, obskurnego holu, rozglądając się stale, czy nie natknie się przypadkiem na znienawidzonych lekarzy. Mimo że pracowała w obozie jako pielęgniarka, z wykształcenia była historykiem. Zanim nastała wojna i to całe antysemickie szaleństwo, przez kilkanaście lat wykładała na Uniwersytecie Warszawskim jako ceniony pedagog i doskonale wykształcona kobieta. W Auschwitz skorzystała z jedynej okazji, gdy szukano kilku kobiet do pracy w szpitalu – skłamała i została przyjęta, choć jej wiedza na temat medycyny była niezwykle wąska i ograniczona. W czasie Holokaustu życie było jednak wartością cenniejszą niż jakkolwiek pojmowana uczciwość. W tym miejscu ona po prostu nie istniała. Jaka uczciwość? Każdy jeden człowiek za każdą – dosłownie każdą – cenę trzymał się tlącej nadziei na przeżycie, choćby była ona kompletnie irracjonalna i najbardziej niedorzeczna. Trzymając w ściśniętej dłoni chleb, podeszła do pryczy w kącie sali, na której spała Gisela.

Przy łóżku stała Stasia Leszczyńska z maleńkim dzieckiem na ręku.

– Cicho, zasnęła dosłownie przed chwilą. Spójrz – zaczęła półszeptem położna, nie chcąc obudzić matki – jaką zdrową dziewczynkę urodziła nasza bidulka. Powiem ci, że nacierpiała się chudzina co nie miara, ale dziecko jak malowane. No patrz! Jakim ono cudem takie spore, to nie mam pojęcia. Przecież Gisela jest taka drobna i kompletnie wycieńczona ich bandyckimi eksperymentami. Naprawdę nie wiem, skąd ta dziewczyna wzięła siły. Przecież gestapowcy wycisnęli z niej wszystko, co tylko się dało. Na szczęście dziecko urodziła zdrowe. Dzięki Bogu, udało się! – Stasia z nieukrywanym zadowoleniem oglądała noworodka, uśmiechając się rzewnie do niego.

– Dzięki Bogu to ono miało nieszczęście przyjść na świat w obozie. I z czego ty jesteś taka zadowolona?! – odburknęła nieprzyjemnie Daniela, patrząc na tłumoczek trzymany przez Stasię i zerkając na wyczerpaną porodem śpiącą Giselę. – Uważasz, że to powód do radości? Ty się lepiej zastanów, co teraz zrobimy z dzieckiem. Chyba go tu nie zatrzymamy, by te ścierwa mogły z nim zrobić wszystko według własnego uznania? To faktycznie istny cud, że Gisela po tych badaniach dała radę tak duże dziecko wypchnąć z siebie, ale lepiej będzie dla niej, jak się go pozbędziemy. Ono i tak nie przeżyje, a dziewczyna zawsze ma jakieś szanse, skoro do tej pory udało jej się przetrwać na tym oddziale.

Stasia spojrzała z niedowierzaniem na pielęgniarkę, mimo iż sama zdawała sobie sprawę, że kobieta po części ma jednak rację. Jakież to wszystko było niewiarygodne i absurdalne. Stale tysiące ludzi umierało w obozie, każdego dnia zagazowywano setki, palono ich zwłoki, wrzucano żywych do palących się rowów, nieprzerwanie unosił się w powietrzu swąd palonego ludzkiego ciała. Cuchnąca woń zwęglonego mięsa towarzyszyła więźniom w codziennej pracy i umierającym podczas agonii – dla tych upragniona śmierć była jedynym wybawieniem, by przestać się bać, przestać czuć i przestać myśleć.

Z drugiej strony w tym zapomnianym przez Boga miejscu dzieci rodziły się w nieludzkich warunkach – w brudzie, wśród pcheł i karaluchów, pisków szczurów wygryzających z twarzy trupów miękkie jeszcze części. I, o dziwo, te niemowlaki były zdolne wytrwać w piekle Auschwitz. Te maleńkie różowiutkie ciałka miały niewiarygodną wolę przetrwania. Gdyby tylko Niemcy pozwolili im żyć. Ale oni nie pozwalali.

– Przecież nie po to pomogłam jej urodzić, żeby teraz świadomie pozbywać się dzieciaka – zaczęła przekonywać położna. – Tylu kobietom tu pomagam w czasie ciąży, psiakrew! Tyle porodów udało mi się odebrać w tych zawszonych barakach. Każdego dnia narażam swoje własne życie dla nich wszystkich, a ty tak po prostu chcesz udusić to maleństwo? Ot tak? Jak oni? Chyba serca nie masz! I to ty mówisz?! Ty? A twoja córeczka? Już przestałaś o niej myśleć? Przecież całkiem niedawno tutaj przyjechałaś. Co, nie możesz znieść, że inne chcą mieć dziecko za wszelką cenę, nawet w tym szambie, a ty swoje dobrowolnie do komory posłałaś z uśmiechem na ustach? I teraz będziesz się mścić? Co z ciebie za kobieta?

Daniela żółwim krokiem podeszła bliżej pryczy i nie chcąc budzić Giseli, powolutku położyła przyniesiony z kuchni kawałek chleba obok śmierdzącego koca, którym Gisela była nakryta, a następnie gwałtownie jak ranione dzikie zwierzę podskoczyła do Leszczyńskiej i ochrypłym z zimna głosem wycedziła przez zęby:

– Słuchaj, niby jesteś taka mądra, a to, co wygadujesz, to przechodzi ludzkie pojęcie! Skąd ty możesz wiedzieć, co tak naprawdę się stało? Nie waż się o tym mówić, bo ci własnoręcznie kark skręcę i to bez pomocy gestapowców. Jeszcze jedno słowo na temat mojego dziecka, a tę chudą mordę tak ci obiję, że Niemcy z miejsca wpieprzą cię do gazu, ty obrzydliwa stara szmato... Nigdy więcej nie wypowiadaj ani jednego słowa o moim dziecku! Nie masz prawa! Słyszysz?! Nie masz żadnego parszywego prawa, żeby wypowiadać takie słowa!

Stasia stała całkowicie oniemiała, nie mogąc słowa wykrztusić. Zamurowały ją nieprzyjemnie ostre słowa Żydówki. Patrzyła bykiem na rozgorączkowaną Danielę i zastanawiała się, co w tej sytuacji w ogóle mogłaby jeszcze powiedzieć. Ta jednak dalej atakowała ją bez najmniejszej litości:

– I co tak te gały wybałuszasz?! Zaraz ci na wierzch wylezą! Zdziwiona jesteś?! Nie zrozumiałaś, co powiedziałam? Myślisz, że poukładana, wykształcona kobieta nie umie mówić dosadnie, kląć aż w pięty pójdzie? Mam już dość tego żałosnego udawania, a twoje wypaczone poczucie przyzwoitości, religijności, dbałości nie wiem o co, stoi mi ością w gardle. Ocknij się wreszcie, kobieto! Czyje życie jest ważniejsze? Matki czy noworodka w obliczu śmierci? Czy naprawdę jesteś taka tępa, czy dopiero tu stałaś się taką bigotką? Zanim palniesz coś bezdennie głupiego, zastanów się lepiej, czy warto, bo może cię to bardzo drogo kosztować! A ja ci w żadnym wypadku tego nie podaruję!

Położna delikatnie ułożyła dziecko pod odrapaną ścianą obok Giseli, okryła je gdzieś znalezioną podartą pieluszką i odwróciwszy się do Danieli, mruknęła:

– Dobrze, rób, co chcesz... Jestem tylko ciekawa, jak twoje sumienie udźwignie to wszystko. Nie będę się więcej wtrącać, skoro jesteś taka drażliwa. Źle nie chciałam, zawsze ci dobrze życzę. Ale pamiętaj... Bóg cię kiedyś rozliczy, jeśli spróbujesz ją do tego nakłonić. Zobaczysz. A wtedy wspomnisz moje słowa.

– Boga nie ma! Ani tu, ani nigdzie. Będzie ci znacznie lepiej żyć, kiedy to w końcu do ciebie dotrze – spokojnie już odpowiedziała Daniela, wzruszając ramionami. – Dzieci też nie powinno tu być. To źle, że się je przywozi do obozu na pewniejszą niż nasza śmierć. To bardzo niedobrze. Powinnyśmy je wszystkie zabijać, żeby potem nie musieć patrzeć na ich mękę. Niech to przynajmniej, jeśli tak trzeba, odbywa się na naszych warunkach.

Leszczyńska spojrzała na nią z przerażeniem.

– Co się z tobą dzieje? – wyszeptała strwożona. – Staniesz się niedługo taka sama jak te faszystowskie bestie.

– Nie... taką nie stanę się nigdy. Myślę, że nie... chociaż... życie jest nieprzewidywalne, jak już zdążyłam się na własnej skórze przekonać...

– A ja chyba już się stałam... Inaczej, nie jak oni, ale... sama nie wiem... inaczej... – zamruczała do siebie Stasia. – Danielo, ty jesteś tylko dlatego tak rozgoryczona i zaciekła, że córkę straciłaś, ale twój ból kiedyś przeminie. Zapomnieć nie zapomnisz, ale ból minie. Rzeczywiście, to jest prześliczne dziecko jak z kościelnych obrazków. Jak pączek najdoskonalszej róży.

Daniela zwróciła zaniepokojony wzrok na Leszczyńską i przez moment zastanowiła się nad sensem jej słów.

– Jak to... jest? Co to znaczy? Nigdy jej nie widziałaś! – znienacka rzekła Daniela.

– Ciszej, obudzisz ich! – z przestrachem rzuciła Stasia.

– Trudno, pytam cię... co to ma znaczyć?

– Nie... nic, przejęzyczyłam się. Chodziło mi o to, że... była... prześliczna. Przepraszam, źle się wyraziłam. Boże drogi, każdemu może się zdarzyć. Widziałam ją jeden jedyny raz... kiedy oddawałaś ją w ręce tamtego esesmana. Nie byłaś wcale wystraszona. Nie znałaś wtedy jeszcze niemieckich lekarzy ani obozowego życia. Ja zwróciłam po prostu uwagę na tak cudne dziecko. To wszystko. A ciebie zapamiętałam, bo jesteście do siebie ogromnie podobne – odparła, jąkając się, położna.

Daniela zaczęła przyglądać się bacznie Stasi, ale kobieta natychmiast, jakby w popłochu, wyszła z baraku. Uznała, że jej pobyt w sali jest już niepożądany.

Daniela zmarznięta, zdenerwowana rozmową z położną i kompletnie wyczerpana całym dniem miała już dość wszystkiego. Usiadła na brzegu łóżka, patrząc na śpiącą Giselę i jej nowo narodzone dziecko.

Milion różnych myśli szalonym tempem zaczęło się znów kotłować w jej głowie. Nie była w stanie poradzić sobie z tym ciągłym, przejmującym bólem, który rozrywał jej serce na drobne kawałki – podobnie jak esesmańskie wilczury nieomal każdego dnia rozszarpywały żywe jeszcze ciała więźniów.

Nie chciała myśleć o córeczce (ale nie potrafiła tego nie robić), a już na pewno nie chciała ponownie sięgać pamięcią do owego wieczoru, kiedy widziała ją po raz ostatni. Nigdy więcej nie ujrzała już tej kochanej okrągłej buzi. Jednak koszmarne wspomnienia nieprzerwanie wiły się w jej głowie jak złapany w sidła piskorz, nie pozwalając ani na chwilę uwolnić się od nich, jakby te nawracające stale natrętne myśli chciały ją ukarać za nieprzymusowe oddanie dziecka.

W pamięci wyrył się jej na zawsze oślepiający, nigdy niegasnący obraz zajadle ujadających wielkich psów, wydzierających się gestapowców i zupełnie oszalałych z rozpaczy kobiet, którym wyrywano z objęć małe przestraszone dzieci. Te malutkie istotki kurczowo trzymały się szyj swoich mam, ale obozowi strażnicy, przyzwyczajeni do dantejskich scen rozgrywających się nieomal każdego dnia na kolejowej rampie, którym nawet powieka nie drgnęła wobec nieludzkiego traktowania przybywających, bez emocji, pozbawieni krzty litości, bez trudu siłą odrywali przeraźliwie krzyczące dzieci od ich matek. Jeszcze jedna scena stale stała jej przed oczyma – najbardziej przejmująca, która paliła żywym ogniem jej wnętrzności: maluchne, pulchne rączki rozkosznej dziewczynki machające do niej na do widzenia. Obie nie przeczuwały, że widzą się po raz ostatni. Bez zastanowienia wskoczyłaby w ogień, gdyby to tylko mogło wrócić życie jej córeczce, by móc ostatni raz w życiu przytulić ją do siebie najmocniej jak tylko się da i całować jej śliczną twarzyczkę.

"Takiego diabła świat jeszcze nie widział, oby całą jego rodzinę wytłukli co do jednego!" – myślała ze szczerą nienawiścią i wstrętem o człowieku, który przekonał ją, że jako troskliwa matka mocno kaszlące dziecko powinna przekazać pielęgniarkom raptem na kilkugodzinną obserwację do szpitala.

Gisela otworzyła oczy. Niemrawo rozejrzała się wokoło.

– Cieszę się, że cię znów widzę... – wyszeptała. – Ależ to było naprawdę straszne.

– Nikt nigdy nie mówił, że jest łatwo, a wręcz przeciwnie. Każda kobieta mówi dokładnie to, co ty teraz, przecież każda przechodzi to samo. Masz, przyniosłam ci trochę chleba, jest tutaj – rzekła Daniela, wskazując głową miejsce, gdzie położyła jedzenie.

– Ojej... dziękuję – odpowiedziała, przeciągając słowa Gisela – jesteś taka dobra, ale zjedz sama, proszę. Stasia dała mi parę kartofli i skórkę z boczku, kiedy już mała się urodziła. Byłam tak głodna, że aż mi w oczach ciemniało. Jak tylko zjadłam, zasnęłam i chyba spałam jak zabita... Hmm, ale udało mi się to porównanie, adekwatne do sytuacji, prawda? Stasia obiecała, że rano przyniesie mi coś jeszcze, może akurat będę mieć pokarm dla małej, jak sądzisz?

– Raczej nie zastanawiaj się nad tym. Mało prawdopodobne w twojej sytuacji – odpowiedziała sucho Daniela i szybko zabrała się do kawałka chleba, który uprzednio przyniosła Giseli, nie czekając na jej kolejne przyzwolenie. – Myślałam, że zdążę przyjść na czas, ale jak widać zbytnio się pospieszyłaś. Dobrze, że Leszczyńska zadbała o ciebie i pomogła. Teraz ja z tobą posiedzę do rana, a jutro postaram się załatwić jakieś czyściejsze szmaty. Musisz podłożyć je pod pupę. Spróbuję załatwić coś więcej. Zajdę do magazynu, pogadam z Szymonem, może uda mi się coś stamtąd wyciągnąć. A... właśnie sobie teraz przypomniałam: znam pewną kobietę, która pracuje w tym burdelu, wiesz, niedaleko stąd, za rogiem. Wiadomo, dostaje dość dobre jedzenie i inne rzeczy, które są dla nas na wagę złota. Ta to ma szczęście. Jest w dużo lepszym od nas położeniu.

– Jak w lepszym?! Co ty opowiadasz?! Cóż ty za pomysły miewasz! – odpaliła obruszona Gisela.

Nie w smak jej było stwierdzenie Danieli, że kobieta sprzedająca swoje ciało na użytek obcych mężczyzn mogłaby mieć lepiej, w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa.

– Oczywiście, że w lepszym, i to zdecydowanie lepszym, że już nie powiem, że w najlepszym. Ona nie przechodzi brutalnych badań u tych faszystów, śpi w łóżku z w miarę czystą pościelą i co najważniejsze: nie marznie i je smaczne rzeczy. Przynoszą jej czasem świeże bułki, kiełbasę, a nawet czekoladę. Nie mogę o tym nawet myśleć, bo zaraz robi mi się słabo. Co ja bym dała za odrobinę czekolady... Nie pamiętam już nawet jej smaku... One nie są wiecznie wygłodzone jak my.

– Co ty?! Danielo?! One grzeszą, kupczą swym ciałem!

– Daj spokój, nie bądź obłudna, Giselo, to ci się na pewno nie przyda – rzekła pielęgniarka. – Gdybym była znacznie młodsza, nie wahałabym się nawet przez chwilę. Teraz oddałabym wszystko za ciepły kąt i jedzenie. Pogadam z nią po południu w twojej sprawie. Kiedyś jej dałam lekarstwa, których pilnie potrzebowała, więc myślę, że powinna pomóc teraz z kolei mnie. Mam nadzieję. Jutro się przekonamy.

– Przestań, dziękuję, ale nic mi nie trzeba, już zrobiłaś dla mnie, co mogłaś, a i tak za dużo. Jesteś kochana, choć w tej konkretnej kwestii nie podzielam absolutnie twoich zgoła zbyt nowoczesnych jak dla mnie poglądów. Nie mówmy o tym więcej, mamy zupełnie odmienne zdania, więc po cóż o tym dyskutować. Danielciu, ja nie wiem, jak ci się odwdzięczę za wszystko. Już nie musisz mi niczego przynosić. Stasia wszystko doniosła, udało się jej zdobyć w Kanadzie. – Gisela z ogromnym trudem wyciągnęła rękę i spod pryczy podała Danieli niezbędne rzeczy dla położnicy i dziecka. – Widzisz? Mam wszystko. Wiesz co, skoro doktor Grossbauer jest zadowolony z wyników badań, jakie przeprowadza, bo tak mi powiedział wczoraj, nawet pogładził mnie po głowie, wyobrażasz to sobie?...

– Nie, nie jestem jakoś w stanie – odburknęła niegrzecznie Daniela.

– ...To... zastanawiam się... może pozwoli, żeby moje dziecko było przy mnie, może mi jej nie zabierze? Jak myślisz? Ale tak szczerze, jak myślisz? Boże, jaka ja jestem słaba, nie mam siły nawet ręką ruszyć. Czym ja ją nakarmię? Jak się obudzi, dam jej pierś, może to coś da. Ale przecież ja prawie nie mam piersi, nic nie mam. To nieprawdopodobne, że mam dziecko tutaj, w tym przeklętym miejscu. Nadal to do mnie nie dociera. Mój Boże, jak to w ogóle możliwe? Proszę, pomóż mi.

– Moja droga, otrząśnij się i przestań wreszcie tak skamłać. Chyba wiesz, jak się zachodzi w ciążę. Ile ty masz w końcu lat? Jesteś, gdzie jesteś, i bezsensowne użalanie się nad sobą nic ci nie pomoże, a jedynie będziesz bardziej załamana i te esesmańskie skunksy zaraz to wyczują i wtedy koniec z tobą – oznajmiła bezceremonialnie Daniela. – Trzeba na chłodno przemyśleć wszystko i tak zrobić, aby przeżyć. Potem już będzie tylko lepiej, zapewniam cię, znacznie lepiej. Każde piekło kiedyś ma swój kres. Auschwitz też będzie miało.

Gisela zaczęła szlochać i usiłowała się trochę podnieść, ale po przebytym porodzie była tak osłabiona i obolała, że wszelkie jej wysiłki zmiany miejsca spełzły na niczym. Jej głowa zwisała nad zapadniętymi piersiami.

– Zupełnie nie mogę się ruszyć, wszystko mnie boli – jęczała zrozpaczona.

Daniela zebrała się w końcu na odwagę i jednym tchem wyrzuciła z siebie:

– Gisela, to ważne, posłuchaj, musimy zabić małą...

Młoda Żydówka jak oparzona poderwała głowę i z niedowierzaniem zaczęła przyglądać się pielęgniarce, szeroko otwierając oczy. Przez dłuższą chwilę otępiale patrzyła na Danielę, starając się zrozumieć to, co usłyszała... A może się przesłyszała ze zmęczenia?

– Co? Co ty powiedziałaś? – zapytała powoli. – Co to znaczy "Musimy zabić małą"? Nie rozumiem. Co ty gadasz?

– Dokładnie to, co powiedziałam – odrzekła beznamiętnie Daniela, prostując się. – Nie masz czasu na zastanawianie się. Chodzi tylko i wyłącznie o twoje życie, Giselo. Nie wierzę, że nawet nie myślałaś, co się stanie z małą, jak ten potwór Grossbauer ją dorwie. Nie wierzę... Słucham, jak opowiadasz jakieś bzdury o karmieniu, a przecież rano już i tak jej nie będzie. Stasia uważa dokładnie tak jak i ja. Sama chciała ci to powiedzieć, ale nie mogła już dłużej czekać, aż się przebudzisz. Kiedy to wszystko się skończy, będziesz mieć inne dzieci. Urodzisz je w prawdziwym, ciepłym szpitalu i będziesz szczęśliwą, radosną mamą, ale teraz musisz szybko podjąć decyzję.

Gisela w dalszym ciągu patrzyła całkowicie skołowana, jakby nie rozumiała, co się do niej mówi. Była zbyt wstrząśnięta i zupełnie osłupiała z powodu słów znajomej. Nie mogła tego pojąć. Jak Daniela w ogóle mogła o czymś podobnym pomyśleć, a co dopiero mówić?

– Daniela... no co ty... to moje dziecko, przed chwilą je urodziłam, ona jest taka malutka, popatrz na nią, ona jest taka malutka... taka malutka – rozpaczała drżącym głosem. – To absolutnie niemożliwe, nigdy tego nie zrobię, jak w ogóle mogło ci to przyjść do głowy? Ona jest taka malutka, taka drobniusieńka... Bóg mnie ukarze, rodzina, mój mąż, oni nie wybaczą mi nigdy, ale przede wszystkim to ja sama nigdy sobie tego nie wybaczę. Jak będę w stanie z tym żyć? Z krwią własnego dziecka na rękach?! Jak?! Co ty w ogóle wygadujesz?! Jak coś tak okrutnego mogło przyjść ci do głowy?! Nie pojmuję! Jak...?! Chyba jesteś za bardzo przepracowana i wykończona, bo to przecież niemożliwe, żebyś ty takie niedorzeczności wygadywała... to niemożliwe...

– Patrz na mnie, słuchaj uważnie i skończ z tymi jękami – zaczęła pielęgniarka, starając się jak najdobitniej podkreślać mocne słowa, przy pomocy których chciała przekonać młodą mamę. – Zacznijmy od tego, że nie masz bladego pojęcia, czy twoja rodzina w ogóle przeżyła. Jeśli została w getcie, to już dawno po nich, bo albo Niemcy ich rozstrzelali, albo dostali się w ręce tej łotrowskiej policji żydowskiej, a wiesz doskonale, co to za szubrawcy. Aż wstyd przyznać, że to też Żydzi. Jeśli jednak twoim bliskim jakimś cudem udało się wydostać na aryjską stronę, w co, szczerze mówiąc, w ogóle nie wierzę, to na pewno wpadli podczas łapanki albo wydali ich Polacy. Gestapo płaci w końcu za to niezłe pieniądze. Niektórzy sprzedaliby własną duszę, byleby dostać cokolwiek do zjedzenia. Ja dopiero tutaj przekonałam się, co to jest głód, i teraz już wiem, do czego on może doprowadzić i jak działa na ludzi. Ssie niemiłosiernie w środku, skręca jelita do bólu, aż oczy mgłą zachodzą i człowiek omdlewa.

– Skończ... proszę... – wykrztusiła zapłakana dziewczyna.

– Mówię ci, z pewnością zrobiłabym dokładnie to samo, co inni, byleby coś zjeść. Tak, zrobiłabym to samo. Gdyby moja córeczka nadal żyła, sama wydałabym twoje dziecko, by dostać dla mojej małej jedzenie i nie patrzeć, jak płacze z głodu.

– Co? Co ty mówisz?

– Dokładnie to, co myślę. A ty co byś zrobiła, żeby nakarmić swoją? Pytam: co?! – z szyderstwem w głosie spytała Daniela.

– Nie zadawaj mi takich pytań! Są idiotyczne!

– Czyżby?! Jestem po prostu wobec ciebie szczera. Wydzielając nam i tak już nędzne resztki jedzenia, Niemcy chcą zatrzeć w nas jakiekolwiek człowieczeństwo i poczucie przyzwoitości, bo z głodu człowiek jest w stanie zrobić wszystko, dosłownie wszystko. Udaje się im. Potrafią wyzwolić w człowieku najgorsze instynkty, o istnieniu których nie przyszłoby mi nigdy do głowy. W każdym razie nie licz na to, że twoja rodzina jeszcze żyje. Mniej będziesz cierpieć. A jeśli chodzi o małą, to nie utrzymasz jej przy życiu, bo ta esesmańska świnia zabierze ją rano na badania, a żadne dziecko nie przeżyje tylu zastrzyków ani nie przetrzyma bólu przy wkładaniu na przykład szkła do żył. Oni takie rzeczy mają na porządku dziennym. Sama wiesz najlepiej, nie musimy o tym rozmawiać. Zresztą to, co on potrafi wymyślić, wie tylko on sam. Z nikim nie dzieli się swoimi chorymi pomysłami. To nie człowiek, to bestia, jak oni wszyscy. Ona jest taka malutka – jak sama powtarzasz – więc zdajesz sobie sprawę, jakie ona ma żyły, prawie ich nie widać. Spójrz na nie, no patrz dokładnie! I teraz wyobraź sobie, że on...

– Przestań, błagam cię, przestań, nie mogę już dłużej tego słuchać! – żałośnie zawodziła Gisela. – Jak ty w ogóle możesz mówić, żebym zabiła własne dziecko?! To wykluczone. Zupełny absurd. Naprawdę, nie wierzę własnym uszom. To nieprawdopodobne, że ty to mówisz. Co się z tobą stało?!

– Ze mną?! To obóz, hitlerowcy i Bóg mnie zmienili. Jeżeli chcą takiej zmiany, to ją mają.

– Nie mam zamiaru tego słuchać ani chwili dłużej! Skończ już. Nie zabiję własnego dziecka, to nie ja jestem mordercą! – wydusiła z siebie Gisela.

– Do cholery jasnej, a właśnie że będziesz słuchać, co mam ci do powiedzenia! – ostro oświadczyła Daniela. – To nie są żarty i nie mamy czasu na głupie przekonywania. On ją będzie faszerował lekami, kłuł zastrzykami tak bolącymi jak ciebie, wprowadzał do tego malutkiego ciałka jakieś obce tworzywa. Wiesz doskonale, o czym mówię. No, co tak się gapisz?! Kiedy ostatnio rozcinał ci skórę na udzie i wciskał coś tam do środka? Mnie kazał akurat wyjść, więc nie wiem, co robił dokładnie. To było w poniedziałek?

– Danieluś, nie pamiętam, mam już taki mętlik w głowie, że zaraz zwariuję – szczerze odpowiedziała wylękniona Gisela.

– Najwyższa pora, żebyś wzięła się w garść! Dziewczyno, dziecko będzie bezustannie straszliwie płakać z bólu i ty to chcesz oglądać i tego słuchać? Naprawdę? Taka jesteś bohaterska? Taka z ciebie dobra matka? Ciekawe, na jak długo?! To będzie nieprzerwany wrzask. Uszy będzie ci wypalać. I ty chcesz na to pozwolić? Jesteś w stanie z tym żyć?! Gwarantuję ci, że nie poradzisz sobie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie da sobie z tym rady!

Ja nie mogłabym nawet przez sekundę znieść tego widoku, tego wrzasku, a widziałam tutaj już chyba wszystko, co człowiek robi drugiemu, a szczególnie dzieciom, i nadal wymiotuję na sam widok. Nie można przyzwyczaić się do sadyzmu. Gestapowcy nawet nie zachowują się jak dzikie, opętane żądzą zwierzęta, bo one nie zabijają dla czystej zabawy, tylko by przeżyć, i takich rzeczy nie robią sobie nawzajem, czego nie można powiedzieć o tych niemieckich potworach. Patrzę niemal codziennie na zabijanie dzieci, palenie drobnych, wysuszonych z głodu ciałek, roztrzaskiwanie z pełną mocą tych malutkich główek o metalowe krawędzie. Stale słyszę niekończące się wrzaski. Nie mogę już tego znieść! Nikt nie może. Przecież one tęsknią za swoimi mamami, chcą się do nich dostać, przytulać się do nich, a nie wchodzić do komór. A diaboliczny los, a może jednak... Bóg jakby żartował sobie bez ustanku i zezwalał, by te wszystkie kruszynki tak szybko zbiegały po schodkach do krematorium, wierząc, że za drzwiami czekają na nie mamy, żeby pochwycić je w ramiona i całować w nieskończoność. Rozumiesz? Czy ty w ogóle rozumiesz, co ja mówię do ciebie?! Dlatego proszę cię, nie zachowuj się jak rozpieszczona, głupia panienka i podejmij szybko właściwą decyzję. Nawet gdybyśmy ją gdzieś schowały, to jak długo to potrwa? Jak myślisz? Jak długo będzie żyła? Przestań ryczeć! Jak dasz radę to zrobić, ty, leżąca bez sił i stale poddawana badaniom?

– Nie wiem, ale dam radę, na pewno, dam radę... zobaczysz... przekonasz się!

– Obawiam się, moja droga, że nie będę mieć okazji – parsknęła szyderczo Daniela. – Ja nie mogę opiekować się twoim dzieckiem. Nie mogę i wcale nie chcę. Powiem ci uczciwie, nie będę się narażać. Ja muszę żyć. Twoje dziecko oznacza jedynie śmierć, jeśli nie dziś, to na pewno szybciej, niż ci się wydaje. Przecież znajdą ją wcześniej czy później, nie zdajesz sobie z tego sprawy? I jak myślisz? Co z nią zrobią, a potem z tobą? Dziewczyno, masz szansę na przeżycie, skoro dotąd cię nie dobił. Przestań beczeć. Mając dziecko w Auschwitz, wyjście z tego gówna jest tylko jedno i najbardziej pewne – przez komin. Tego właśnie chcesz? Tak?

Gisela, zupełnie oszołomiona, jakby w półśnie, cały czas płakała, wpatrując się w śpiącą dziewczynkę. Nie docierały do niej w pełni te wszystkie szokujące, nieuprzejme słowa starszej kobiety.

– No... daj mi ją, proszę... daj – szepnęła pielęgniarka. – Obiecuję, nie będzie cierpieć. No... daj...

Gisela zastanawiała się usilnie, chcąc wskazać jakieś inne wyjście, które pozwoliłoby uratować córeczkę, a o którym Daniela z pewnością zapomniała. Jednak w tym momencie nic rozsądnego nie przychodziło do jej otumanionej głowy, a koleżanka coraz natarczywiej domagała się jednoznacznej odpowiedzi.

Nagle skołowaciała i dogłębnie zrozpaczona Gisela wymownie spojrzała na pielęgniarkę, ucałowała z tkliwością czółko dziecka, którym nie mogła się nacieszyć, i niespodzianie podała je starszej Żydówce.

Daniela bez wahania wzięła na ręce noworodka i wyszła z nim do sąsiedniego pokoju.

Gisela płakała bezustannie, ale nie odezwała się ani słowem za odchodzącą kobietą. Jej oczy tonęły we łzach, ale nie powstrzymała Danieli. Przypuszczała, że gdyby dłużej trzymała w ramionach swoją córeczkę, już nie potrafiłaby jej oddać.

W sali obok pielęgniarka bez chwili zwłoki przytuliła niemowlę do siebie, zakrywając mocno dłonią malutki nosek i drobne usteczka. Nie pozwoliła, by dziecko złapało potrzebny oddech i starało się jeszcze instynktownie walczyć o swoje bezcenne istnienie w świecie pełnym krwi i śmierci. Odniosła wrażenie, jakby maleństwo nagle zaczęło się ruszać, jak gdyby chciało zatrzymać umykające mu życie, ale po pewnej chwili całkowicie znieruchomiało i już bezwładnie wisiało jej na ręku.

Było po wszystkim. Wiedziała, że zaoszczędziła tej malusiej dziecince wielu niepotrzebnych katuszy, na które byłaby niewątpliwie narażona.

Podeszła do metalowego blatu, na którym położyła martwe ciałko i zaczęła szukać kawałka szmaty, by okryć nim zwłoki. Nie mogła zakopać dziecka. Lekarze z miejsca uznaliby ten fakt za niszczenie materiału badawczego. Jutro powie, że dziecko było zbyt wycieńczone i natychmiast po porodzie zmarło albo urodziło się już martwe. Daniela uznała, że takie wytłumaczenie śmierci dziecka będzie najbardziej realistyczne i prawdopodobnie esesmani nie będą dochodzili prawdy. W końcu jednego Żyda mniej. Niemniej jednak musiała je zostawić na blacie, ponieważ to doktor Grossbauer podejmie decyzję, czy zwłoki mimo wszystko będą dla niego w jakimkolwiek stopniu przydatne, czy z miejsca każe je stąd wyrzucić. Uważała niezmiennie, że lepiej pozostawić mu zwłoki niż żywe dziecko.

Zadumała się, ale tylko przez moment, co sama zrobiłaby na miejscu Giseli. Nie była na jej miejscu i już nie będzie, ale biorąc pod uwagę dotychczasowe przeżycia i koszmar śmierci własnego dziecka, które sama w dobrej wierze oddała esesmanom, nie zawahałaby się nigdy. Nie pozwoliłaby na zadawanie swojej córeczce jakiegokolwiek bólu. Wolałaby sama ją zabić, niż patrzeć i słuchać, jak gestapowcy ją katują, niż widzieć i słyszeć udręczenie dziecka. Z żalem dochodziła do tego, że nie ma tu jednoznacznie prostej odpowiedzi, ponieważ bez przerwy nasuwają się wątpliwości, czy jednak nie można by czegoś zrobić, czegokolwiek, co pozwoliłoby uratować własne dziecko przed śmiercią.

Gdzieś ukryć bezpiecznie, w tak zakamuflowanym miejscu, że nawet wilczury nie wyczują, a tym bardziej kapo. Jednak z drugiej strony ktoś zawsze usłyszy płacz, kwilenie niemowlaka, które odezwie się w najmniej oczekiwanym momencie. A na nieszczęście w tych odrażających czasach znajdą się tacy wykolejeńcy – za jakiego i ona sama już się uważała – którzy za okruch zzieleniałego chleba wydadzą Niemcom żydowskiego bachora, byleby tylko zapchać wydęty z głodu brzuch. Życie nas otaczające w jednej chwili potrafi odmienić ludzki los i drastycznie zweryfikować ustalane latami priorytety. Niestety, małym dzieciom nie wytłumaczy się, aby były cicho jak mysz pod miotłą i nie wydawały najmniejszych dźwięków, które mogłyby je niechybnie zdradzić, a tym samym sprawić, że kryjówka w mgnieniu oka zostałaby odkryta. Czy w ogóle w całym obozie można znaleźć takie sekretne miejsce, by ukryć dziecko? Może i można, ale wolała za wiele się nad tym nie zastanawiać, ponieważ w Auschwitz dzieci nie mają prawa egzystować, podobnie jak ci rodzice, którzy nie potrafią się z nimi rozstać. Obóz nie był budowany w celu unicestwiania dzieci, a głównie dorosłych, ale że te trafiały tutaj razem z rodzicami, to należało je bez zbytniej zwłoki sukcesywnie eliminować.

Daniela, zanim podeszła do roztrzęsionej dziewczyny, rozmyślała tak jeszcze przez chwilę, patrząc na zawinięte zwłoki noworodka leżące na zimnym blacie.

– Co ja zrobiłam, co ja zrobiłam?! Jaką jestem okrutną matką, że dałam ci moją malutką. To ja jestem szatanem! Nie oni, to ja! Co ja zrobiłam?! Dlaczego ja ciebie posłuchałam?! Boże drogi, pomóż mi! Boże, co ja zrobiłam?! Jak mogłam?! Jak mogłam dać ci moje dziecko?! – dramatycznie zawodziła Gisela, rzucając się na pryczy i nie mogąc w żaden sposób nad sobą zapanować. Dopiero teraz uświadomiła sobie, do czego doprowadziła, nieroztropnie poddając się woli pielęgniarki.

Jej skamlanie z minuty na minutę stawało się coraz bardziej przejmujące i męczyło Danielę. Lamenty zdruzgotanej matki nie robiły zbyt dużego wrażenia na starszej koleżance, która już od dawna przestała rozczulać się nad losem współwięźniów, w tym bliższych i dalszych znajomych. Nie było warto przejmować się życiem innych, kiedy własne było tak ulotne i zależało jedynie od humoru tego czy innego gestapowca. Oczywiście jako pracująca w obozie pielęgniarka pomagała, komu tylko mogła, ale nie miało to głębszego związku ze współczuciem czy przeżywaniem cudzych dramatów, gdyż było ich tu zbyt wiele, a każdy bardziej tragiczny od drugiego.

Jej własne życie rozpadło się w drobny mak, przepadło bezpowrotnie, gdy tylko przekroczyła razem z córką bramy Auschwitz. Teraz tak naprawdę dbała tylko o to, by przeżyć wojnę. Córeczki już nie miała. Najważniejsza była troska jedynie o samą siebie. Nikt inny jej nie uratuje ani nie przeżyje za nią jej własnego życia. Jej odpowiedzialność była odpowiedzialnością tylko i wyłącznie za własne życie.

Daniela bez zbytniego pośpiechu, zachowując właściwy sobie dystans, usiadła na końcu łóżka, poprawiła na młodej Żydówce dwa zniszczone koce i popatrzyła z uwagą na twarz kobiety tak bardzo przedwcześnie postarzałej. Dłuższą chwilę gładziła jej wysuszone policzki, ziemistą skórę na czole. Wpatrywała się z uwagą w jej wielkie, zapadnięte oczy ocienione ciemnymi rzęsami. Zobaczyła w nich ogromne cierpienie i całkowite zrezygnowanie. Przede wszystkim jednak ujrzała w nich dokładnie to, co sama przeżywała tuż po rozstaniu z córką i czego doświadczała nieprzerwanie każdego kolejnego dnia.

– Gisela, tutaj trafia się na samo dno piekła. Czy ty tego dotąd nie pojmujesz? Nie ma nic poza nim, poza strasznym, niezrozumiałym piekłem, w którym my wszyscy jeszcze jakimś cudem nadal żyjemy – odparła lodowato Daniela, nieczuła na żale młodszej kobiety. – To jest skraj pandemonium, z którego może uda nam się wydostać, nie wiem, ale zawsze trzeba mieć nadzieję. Zawsze. I ty ją też powinnaś mieć. Nie poddawaj się, Giselo. Musisz przeżyć, to wszystko. Staraj się przynajmniej. Przestań wzywać bezustannie Boga... On nie przyjdzie, nikomu nie pomoże... Daj sobie już wreszcie z nim spokój. Bóg, o którym mówisz i którego ciągle wzywasz, nie istnieje...

– Co ty mówisz? Jak mam nie wzywać Boga? – mamrotała ze łzami w głosie. – Nie jestem tak wykształconą jak ty, ale bogobojną Żydówką, całe nasze życie opiera się na uświęconej od stuleci tradycji i religii. Tak zostałam wychowana. To dla mnie bardzo ważne. To sens mojego życia. Kim byłabym bez religii? Od kiedy pamiętam, Tora zawsze leżała na naszym kredensie w salonie i wszyscy podchodzili do niej z pełną czcią. Tata czytał nam ją podczas szabasu i tłumaczył, gdy któreś z rodzeństwa nie rozumiało jej reguł. To była taka nasza rodzinna tradycja. Sama jesteś Żydówką! Tylko Bóg kieruje naszym postępowaniem, osądza i karze. Zgodziłam się, głupia, na pozbycie się dziecka, więc życie nie przedstawia już dla mnie żadnej wartości. Nie powinnam cię słuchać. Zabiłam swoje własne dziecko! Słyszysz?! Swoje własne! Boże kochany, wybacz mi!

– Do diabła z nim! Słyszysz?! Do diabła z twoim Bogiem! – ryknęła nienawistnie Daniela, rozkładając ręce na boki. – I gdzie jest ten twój miłościwy Bóg?! No gdzie?! Jeszcze raz go wezwij, a porzygam się.

Miała już serdecznie dość i tego Boga, i tego, że go wszyscy w kółko nadaremnie przywołują, a on pozwala mordować bez najmniejszych skrupułów tysiące bezbronnych ludzi, a przede wszystkim niczemu winne dzieci – mniejsze, większe, niemowlęta. Cóż one Bogu przeszkadzają, że ich nie ratuje z rąk esesmańskiego bydła? Nie reaguje, gdy te ich setki są każdej doby wpychane do komór albo wrzucane siłą do płonących dołów. A to dzieje się bezustannie. Dlaczego Bóg nie powstrzyma Niemców? Dlaczego patrzy na te mrożące krew w żyłach sceny? Dlaczego na to pozwala?

– No pytam, gdzie on jest?! – wywrzeszczała w znieruchomiałą twarz Giseli. – Gdzie?! Pokaż mi go, a odwołam niezwłocznie wszystko, co do tej pory powiedziałam. A może sam się nagle pojawi, by ulżyć nam w nędzy? Czy twój Bóg pomaga zdychającym tu z głodu i mrozu ludziom? Bo mój Bóg nie robi nic! A dzieciom wyrzucanym na sterty kościstych trupów, po których całymi dniami i nocami żerują nieprzebrane hordy szczurów? Nie przeszkadza mu to? Nie ma uczuć? Lepiej patrzeć na dogorywające istoty ludzkie, które już nawet trudno nazwać ludźmi. To są jedynie zdychające strzępy ludzkie, które z trudem odrywają stopy od ziemi, by zrobić krok dalej. Nic ponadto. Mówiłam ci już i nie będę stale tego powtarzać: to, co zrobiłam z twoim dzieckiem, było najlepszym rozwiązaniem. Stało się i nie ma odwrotu. Koniec. Nie ma co się nad tym dłużej rozwodzić. Dzięki temu, że jesteś sama, masz większe szanse na przeżycie. Mała nie przetrwałaby w obozie, oni nie daliby jej żyć. Uwierz mi, naprawdę.

No przecież nie jesteś tak naiwna, żeby nie wiedzieć o tak oczywistych sprawach. No, nie płacz już, uspokój się, to niczego nie zmieni, a na pewno nie przyniesie ci ulgi. Osłabi jedynie twą wolę przetrwania. Nie pozwól, by rozpacz całkowicie tobą zawładnęła i przekreśliła szansę na przeżycie. Musisz cały czas być świadoma i bezustannie podejrzliwa. Wtedy mamy szansę, jakkolwiek teraz ciężko jest ci w to uwierzyć. Wiem, że mam rację.

– Tak sądzisz? Naprawdę uważasz, że Boga nie ma? – spytała cichutko Gisela niepewnym tonem głosu, jakby bała się nawet zadać takie pytanie. Bała się boskiego gniewu.

– Uważam, że to niemożliwe, by był. Myślę, że gdyby istniał, szepnąłby mi do ucha albo dał jakikolwiek inny znak, żebym nie oddawała Racheli. Powinien był mnie uprzedzić. Powinien był to zrobić. Nawet się z nią nie pożegnałam. Nie zdążyłam jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham, jak bardzo uwielbiam i że jest moją jedyną, najpiękniejszą gwiazdeczką na niebie. Byłam taka pewna, że odbiorę ją po kilku godzinach, że zupełnie niczego nie podejrzewałam. Nie miałam żadnych przeczuć. Serce mi nie drgnęło. Zupełnie nic. Bóg okrutnie zakpił sobie ze mnie. A co ja mu takiego złego uczyniłam? Gdybym była wtedy wiedziała, dokąd posyłam swoje szczęście, zachowałabym się zupełnie inaczej. Nieważne, co wydarzyłoby się później. Nie obchodzi mnie to kompletnie. Nie pożegnałam się z nią, a ona do samego końca musiała być przekonana i czekać, że zaraz się znów zobaczymy i wezmę ją na ręce. Musiała okropnie się bać, przecież mnie tam nie było. Nie mogę o tym myśleć. Cóż ona zawiniła Bogu, że mi ją odebrał? Była taką małą dziewczyneczką jeszcze. Taką słodziutką. Powinna żyć, a nie zadusić się gazem. Jakże musiała się bać, nim umarła. Wyobrażam ją sobie bez przerwy, widzę... jak chwyta w płuca duszne powietrze przesycone gazem, dławi się nim, nie mogąc złapać tchu i jak zaczyna stopniowo go jej brakować, jak dusi się z wolna, zapłakana i przerażona rozgląda się wokół, szukając mnie na próżno, jak krew cienką strużką wypływa z jej noska... Kiedy jej nagie ciałko przygniatają inni, dorośli... Przecież nikt nie przejmuje się taką małą dziewczynką... Nie mogę tego znieść, nie wytrzymam tego bólu... – Wybuchnęła płaczem, nie mogła już udźwignąć ciężaru uciskającego jej serce. – Co on nam zrobił?! A wiesz co?... Najgorsze jest to, myślę o tym w bezsenne noce, że mogła sobie nawet pomyśleć, że już jej nie chcę, że ją zostawiłam, i ten ból jest nie do zniesienia. Właśnie to, co sobie myślała tuż przed śmiercią, nie daje mi spokoju, drąży mi w głowie jak woda wyrzynająca twardo kanaliki w skałach. Wiem, że to potworne, ale chciałabym wiedzieć. Chciałabym znać wszystkie jej myśli w każdej minucie, zanim zamknęła na zawsze swoje cudowne oczka. Umysł, podobnie jak najcięższa choroba, potrafi wpędzić człowieka w największe cierpienia, jakich nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić.

– Nie wiem, jak mogłabym cię pocieszyć... – z niekłamanym żalem odparła Gisela.

– Nie musisz mnie pocieszać, nie oczekuję tego. Nikt nie jest w stanie mi pomóc i wcale tego nie chcę. Nie potrzebuję nikogo. To moja gehenna i będę z nią żyła do końca moich dni, dzięki twojemu Bogu – odrzekła oschle Daniela, ścierając z twarzy resztki łez.

– Danielciu, proszę, nie mów tak.

– A dlaczego nie, skoro to prawda! Pojawi się, żeby mnie ukarać? – zaśmiała się w głos. – Nie widzę powodu, dla którego mam milczeć i nie mówić tego, na co akurat mam ochotę. Niech się zjawia, niech zstępuje z niebios, już mi nic nie może zrobić. Nie może mnie bardziej skrzywdzić. Cóż on może mi jeszcze zabrać? Odebrał mi wszystko, co najważniejsze. Wystarczająco mocno wdeptał mnie w ziemię. Dość tego!

– Nie wolno ci tak mówić, to bluźnierstwo! – zawołała przestraszona Gisela, rozglądając się wokół, jakby rzeczywiście Bóg za chwilę miał zstąpić na ziemię, żeby ukarać tak jawnie grzeszącą Danielę.

– Przestań już tak wiecznie biadolić, nikogo nie znieważam, nie o to mi chodzi, stwierdzam tylko fakty. Dlaczego go nie było, jak nas wpychali do tego rynsztoka, który nazywają gettem (gdzie chciano doprowadzić do naszego całkowitego zezwierzęcenia i faktycznie chyba coś im się udało, a już na pewno zrobili z nas padlinę), a potem jak wywozili do jeszcze większego gówna? Gdzie on był? Pozwalał Niemcom i policji strzelać do bezbronnych ludzi! Dlaczego? Ot tak, dla zabawy! Zezwolił na wybudowanie tego makabrycznego obozu śmierci i nadal pozwala, żebyśmy wszyscy w tym szambie wyzdychali jak parszywe ścierwa! Więc gdzie on jest?! Gdzie?! – rozdarła się, nie bacząc, czy ktoś usłyszy, czy nie. – Cholera jasna, gdzie jest?!

Młoda Żydówka schyliła głowę i apatycznie wpatrywała się w podłogę, pozwalając Danieli wyrzucić z siebie całą tkwiącą w niej żółć. Nie była w stanie odpowiedzieć na żadne z jej pytań.

– Powtarzam, jeżeli twój Bóg nie robi nic, by pomóc nam wszystkim, to dlaczego miałby akurat twojemu dziecku pomóc? – syczała Daniela. – On ma za nic ludzkie znoje! Rozumiesz?! Cała historia naszego narodu i prześladowań Żydów przez tysiąclecia zaświadcza o tym, krzyczy poprzez zapisane karty historii. Znasz ją choć w najmniejszym kawałku? Prawda? Mówiłaś, że twój dziadek był rabinem, więc musisz mieć jako taką wiedzę.

– No właśnie... nie za bardzo... – Gisela wstydliwie spuściła wzrok.

– To nawet nie mów o tym głośno, bo po prostu wstyd. I gdzie za każdym razem był Bóg? Nawet jednym z głównych zagadnień interesujących żywo Kościół katolicki, papieży w średniowieczu i jeszcze znacznie później był antyjudaizm. Przecież Kościół i papież to też przedstawiciele Boga na ziemi. Czyż nie? To dlaczego przez te wszystkie wieki nas prześladowano? A wypędzenia z rodzimych krajów, w których Żydzi od pokoleń pracowali, żyli, do innych miejsc? Inkwizycja – bezbrzeżna ziemska marionetka w rękach Boga, jak mawiano przez wieki. Ona i królowie katoliccy wypędzili wszystkich Żydów sefardyjskich z Hiszpanii.

– Jakich? Nie słyszałam tej nazwy – zapytała smutno Gisela.

– Sefardyjskich, po hebrajsku Sefarad oznacza Półwysep Iberyjski. Niezwłocznie zagrabiono ich majątki, dorobki całych pokoleń. Kościół potrzebował kolejnych bogactw, więc znalazł sobie właściwe źródło złotego runa. Zawsze umiał zadbać należycie o własne interesy, nie biednego ludu, któremu miał godnie przewodzić, ale własnych ludzi. To mu się akurat chwali, że był taki zapobiegliwy i przewidujący. Nie ma co mówić, żyłkę do interesów to Kościół od wieków posiadał. Wówczas, opuszczając swoje dotychczasowe domy w rodzinnej Hiszpanii, całe rodziny udały się do sąsiadującej z nią Portugalii, ale i stamtąd musiały po czasie uciekać. Zmuszeni byli oni szukać nowego schronienia do zamieszkania w innych krajach Europy. Chętnie przybywali również do Polski. Pogłoski o dobrym traktowaniu Żydów szerokim echem roznosiły się po kontynencie. Królowie polscy oczywiście objęli ich opieką, nadali dużo przywilejów ułatwiających osiedlanie się i w miarę spokojne życie. To Kazimierz Wielki statutem wyjął ich spod jurysdykcji miasta i powierzył trwałej opiece aktualnie panującego. Natomiast Zygmunt Stary i jego jedyny syn tak byli Żydom przychylni, wbrew ogólnym nastrojom, że znieśli na szczęście obowiązek noszenia wyróżniającej ich odzieży.

– I po co mi to opowiadasz?

– Żebyś zrozumiała wszystko, o czym ci mówiłam wcześniej. Historia nierozerwalnie związana jest z teraźniejszością, a przynajmniej ma właściwy sobie wpływ na to, gdzie teraz jesteśmy i co dzieje się z naszym życiem – odpowiedziała Daniela. – Niemożliwe, abyś tego nie zauważyła. Na pewno nie słyszałaś, że szesnastowieczną Polskę nazywano niebem dla szlachty, czyśćcem dla mieszczan, piekłem dla chłopów i właśnie rajem dla Żydów. I tak na nic się zdało to specjalne wyróżnienie, skoro księża katoliccy robili, co chcieli i za nic mieli przestrzeganie królewskiego prawa w tym konkretnym względzie, więc nie tak dokładnie z tym rajem bywało jednakowoż. Przecież nikt inny jak papieże: Innocenty III i Innocenty IV ogłosili chlubną w ich mniemaniu krucjatę przeciw narodowi żydowskiemu i kazali palić nasze święte księgi. Wszem wobec ogłaszano, że za zabijanie Żydów będzie otrzymany odpust wszelkich grzechów, ponieważ Żydzi to jedynie paskudni synowie szatana, śmierdzące zabrudzone świnie i zawszone psy.

A polskie synody biskupie to co wyprawiały? Ci to dopiero mieli fantazję, nie wiadomo skąd. Bóg nie przeszkodził dewocyjnym biskupom w ustalaniu nowych zasad, które miały być ściśle przestrzegane na ziemiach, których dotyczyły. Przypuszczam, że nie wiedziałaś, iż na przykład synod z roku 1410, wieluńsko-kaliski, zakazywał chrześcijanom zapraszać Żydów do swych domostw, spędzać wspólnie z nimi czas, ucztować. To był naprawdę prymitywny nakaz. Kolejny, z roku 1538, obwieszczał mimo przeciwnych rozkazów królewskich, że mężczyźni muszą nakładać czapki, berety w kolorze żółtym, które wyróżnią jednoznacznie ich odzież od innych mężczyzn, niebędących Żydami. To było dla nich niezwykle hańbiące, ale nie dla Boga. I znów przeklęci faryzeusze, na synodzie po czterech następnych latach, nakazali właścicielom dóbr ziemskich zdecydowane zburzenie synagog, które były umiejscowione na terenie ich posiadłości. Bóg nie przeszkodził im w niszczeniu tradycyjnych miejsc modlitwy. Dalsze złowrogie zebrania biskupów i księży wygłaszały takie niedorzeczności, jak zakaz prowadzenia interesów z Żydami, gdyż nie można dłużej tolerować ich zuchwalstwa z tego prostego powodu, iż zajmując się handlem, odbierają nie tylko chleb, ale i pracę dobrym chrześcijanom. A przecież jeśli chrześcijanie chcieli pracować, jak im Bóg nakazywał, to z pewnością przychodziło im to znacznie łatwiej. Pytanie tylko, czy zawsze chcieli uczciwie zarabiać na ów chleb? Nie brakowało pośród nich oszustów, nierobów i złodziei.

Ci wierzący księża stale wygłaszali, że nasz naród jest niczym więcej jak tylko zarzewiem choróbska i zgnilizny, zepsucia, bezbożności, szerzącego się wszelkiego robactwa, że należy podejmować jednoznacznie drastyczne działania, by przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się takowej zarazy, która jest zabójcza dla chrześcijan. A czy Bóg powstrzymywał rozochocone tłumy, które dokonywały niezliczonych napaści na Żydów jako roznosicieli najgorszych chorób, czy przeciwdziałał ich paleniu żywcem, by inni mogli wykorzystać całkiem spore nagromadzone latami przez nich kosztowności? Podobnie zresztą jak całkowicie nic nie robił, gdy niewinne kobiety setkami palono jako bezbożne czarownice.

Poza tym, moja kochana Giselo, pełną arogancji, ale jednak pewną tradycją w Kościele katolickim stało się przypominanie szczególnie w okresie świąt Wielkiej Nocy: to Żydzi zabili Pana! Wówczas znów częstokroć dochodziło do przykrych w skutkach rozruchów, a nawet niechlubnych pogromów. Dziwne, że nikt nie zdawał sobie podówczas sprawy, jak dawno temu umarł Jezus i że to jednak nikt inny jak Rzymianie byli za tę śmierć bezpośrednio odpowiedzialni. Nie twierdzę oczywiście, że Żydzi swym zachowaniem nie przyczynili się pośrednio do wydania takiego, a nie innego wyroku śmierci, ale prawdą jest, że za śmiercią Jezusa stoją Rzymianie. Dziwnym trafem tracono wówczas cenną pamięć. Cóż za świętoszkowatość i ignorancja pod samymi skrzydłami wszechpotężnego erudycyjnego Kościoła! Dlatego też, moja droga, czemu mamy dziwić się Hitlerowi i jego plugawym entuzjastom, że zapragnęli skorzystać z treści cytatów zawartych w pismach sławetnych ojców Kościoła, iż Żydzi to bezwzględni zabójcy Pana, ohydni mordercy proroków, obleśni potępieńcy, a także nieprzejednani wrogowie tego wszystkiego, co stworzyła natura, co naturalne, czyste i piękne w jej wymowie. I stąd narodziła się ich patologiczna ideologia unicestwienia wszystkich Żydów na świecie. Ale pamiętaj, konieczność noszenia gwiazdy Dawida i niepobłażliwe hasła "Nie handlujcie z Żydami", to nie wymysł opętanych wściekłą nienawiścią esesmanów. Na to wpadł już dawno temu ktoś zupełnie inny. I czy Bóg coś z tym zrobił? Jak widać, dotąd nie miał zamiaru.

– Nie umiem tak po prostu wyjaśnić, wiem jedno, Bóg na pewno istnieje i patrzy na wszelkie nasze uczynki, te złe, ale i dobre. Każdy jeden człowiek stanie przed nim w odpowiednim czasie i odpowie za swoje życie, jakiekolwiek by było.

Daniela zaśmiała się gromko z nieukrywaną ironią.

"Jakże ta Gisela młoda i głupiutka" – pomyślała.

Uznała, że dalsza rozmowa na temat Boga mija się z celem i niczego nowego nie wniesie, a może doprowadzić jedynie do kłótni, której obie z pewnością nie chciały. To nie był na takie dysputy odpowiedni czas ani miejsce. Może pewnego dnia, w bardziej sprzyjających warunkach, uda im się bezkonfliktowo omówić tego typu duchowo-historyczne aspekty dotyczące istnienia Boga. Najważniejsze było jednak to, że dzięki Danieli młoda dziewczyna inaczej ukierunkowała swoje myśli.

Pielęgniarka najdelikatniej, jak tylko potrafiła, otarła niewielkie łzy ociekające jeszcze po wynędzniałej twarzy Giseli. Rozmowa z Danielą zdawała się w końcu wpływać na tę ostatnią kojąco – i powoli, ale to bardzo powoli, w miarę upływu czasu zaczęła się uspokajać.

Gisela w głębi duszy doceniała wysiłki Danieli, to, że usiłuje ją pocieszyć, podnieść na duchu, by nie zamartwiała się już dłużej śmiercią noworodka. Przecież pielęgniarka sama była matką i też nie chciała utracić swojej córeczki, mimo że stało się zupełnie odwrotnie. Gisela dokładnie pamiętała to dziecko z podróży bydlęcym wagonem do Auschwitz. W pamięci zachowała delikatny uśmiech oraz pojawiający się zdecydowanie częściej płacz czteroletniego dziecka z burzą czarnych jak heban loków okalających jej okrąglutką, śliczną twarzyczkę. Jej oczka były wręcz apollińskie. Dziecko było łudząco podobne do Danieli. To była urocza dziewczynka.

– Nie wmawiaj sobie, że zabiłaś małą, proszę, nie rób tego. To prowadzi zupełnie donikąd. Nie wzbudzaj w sobie poczucia winy, bo to jest najgorsze, co możesz sama sobie zrobić. Nie jesteś niczemu winna i nikt nigdy tego nie powie, jeżeli oczywiście ty sama nie będziesz tak myśleć. Proszę, odrzuć te wyniszczające cię myśli. To nie jest do niczego potrzebne. Musisz troszczyć się o siebie i myśleć wyłącznie o sobie. By przetrwać i żyć od nowa. Bądź zatwardziałą egoistką i nie myśl o nikim więcej. Tylko o sobie, w każdym momencie. Zobaczysz, uda ci się na pewno.

– Nie umiem tak, zawsze myślałam o innych. Tata wpajał nam takie wartości. Uczył nas miłości do bliźniego – rzekła miękko Gisela.

– Nie sądzę, by te ojcowskie nauki przydały ci się w Auschwitz – ironicznie rzuciła Daniela.

– Nie, ale...

– No to musisz się wreszcie nauczyć zadbać o siebie. Jesteś we właściwym miejscu...

Wiesz, chciałabym ci coś jeszcze opowiedzieć. Jakiś czas przed wojną zbierałam razem z moim mężem Samuelem materiały naukowe, najdrobniejsze informacje z miejskich ksiąg sądowych, ale i z innych takich miejsc, jak z kościołów parafialnych, na temat morderstw popełnianych na dzieciach w XVI wieku na zachodnich ziemiach królestwa Jagiellonów. Wydawało mi się to szalenie interesujące w tamtym okresie, ale i nadal tak myślę, więc przygotowywałam się do pisania powieści, na spokojnie. Miałam bardzo ambitny plan. – Daniela uśmiechnęła się ledwo widocznie. – Zamyślałam podejść do tematu schematycznie i ukazać ten problem z perspektywy samych zabójczyń. Zależało mi głównie na zaprezentowaniu określonych zachowań ówczesnych kobiet pod wpływem konkretnych sytuacji, niejednokrotnie przykrych i ciężkich do zrozumienia. Na przedstawieniu wszelkich aspektów i konkretnych motywów działań, jakimi kierowała się dana zabójczyni. O czym myślała w tamtym momencie, kiedy dusiła, topiła czy przygniatała skrzynią swoje dziecko; czy się bała, czy postępowała z pełną trzeźwością umysłu, czy miała wyrzuty sumienia, a może po dokonaniu zbrodni odczuwała zwykłą ulgę i jednocześnie paniczny strach, że to może się wydać. Musiała doświadczać również ogromnej obawy przed karą śmierci, na jaką niechybnie zostałaby skazana, gdyby udowodniono jej popełnienie przestępstwa. Jak w ogóle wyglądało jej życie przed i po zabójstwie. Nosiłam się z zamiarem wyciągnięcia nawet takich niewygodnych faktów, które budzą powszechny wstręt i jednoznaczne oburzenie. Byłam tego wszystkiego ogromnie ciekawa i zaplanowałam opisać całość szczegółowo bez pomijania naturalnie jakichkolwiek istotnych detali, nawet tych, o których lepiej nie wiedzieć.

Dlatego, moja droga Giselo, opowiem ci, co to znaczy naprawdę zamordować własne dziecko, z pełnym przeświadczeniem tego, co się czyni tej maleńkiej, bezbronnej istotce, dla której to właśnie matka powinna być całym światem i chroniącą je opoką. Wówczas na pewno zmienisz sposób postrzegania tego, co się stało. Mamy całą noc, jeżeli naturalnie chciałabyś posłuchać.

– Sama nie wiem, jestem taka zmęczona, no... dobrze... może masz rację... – dziewczyna niemrawo kiwnęła głową.

– Mam na pewno – odrzekła z naciskiem starsza z kobiet.

– No to przysuń się bliżej, przytulmy się, będzie nam cieplej.

Młoda Żydówka rozważała w myślach, że być może właśnie taka historia ulży męczącym wyrzutom sumienia i pomoże spojrzeć na jej osobistą tragedię z większym dystansem, a może nawet ze zrozumieniem, do czego chciała przekonać ją Daniela.

Gisela nie przymierzała się do uczynienia czegokolwiek złego, jedynie posłuchała cudzych rad – osoby, która chciała dla niej jak najlepiej. To, czy były dobre, czy złe czas niebawem wyraźnie pokaże. Przecież tak naprawdę nie pragnęła doprowadzić do śmierci własnego dziecka. Tylko Niemcy z pełną świadomością swoich czynów ze ślepym posłuszeństwem wobec Rzeszy mordowali dzieci bez mrugnięcia okiem.

Daniela naciągnęła na siebie i Giselę złachmanione koce, oparła się o ścianę, przytulając się jednocześnie do chudego ciała młodej kobiety.

Czując się dobrze i jak na obozowe warunki w miarę wygodnie, zaczęła swą opowieść...