Zamknij oczy - Nana Bekher

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. CAS­SIE

- Sto lat, sto lat niech żyje, żyje nam! Niech żyje nam! - Śmie­ję się, sły­sząc, jak moi bra­cia śpie­wa­ją, bo to jest na­praw­dę uro­cze. - A kto? Cas­sie!

Roz­le­ga­ją się okla­ski, a ja zdmu­chu­ję świecz­ki, ży­cząc so­bie, by moi bli­scy byli po pro­stu zdro­wi i szczęśli­wi. Ja mam już wszyst­ko, cze­go mo­gła­bym za­pra­gnąć.

- Cho­dź, mło­da. - Xa­vier obej­mu­je mnie ra­mie­niem. - Dwa­dzie­ścia je­den lat ko­ńczy się tyl­ko raz, więc na­wet do­sta­niesz pre­zent - do­da­je i wszy­scy wy­bu­cha­my śmie­chem.

Wy­cho­dzi­my na ze­wnątrz, a ja aż prze­cie­ram oczy ze zdu­mie­nia. Niech mnie ktoś uszczyp­nie, bo chy­ba śnię! Przed do­mem stoi za­par­ko­wa­ny pi­ęk­ny czar­no-czer­wo­ny ści­gacz. No do­słow­nie ósmy cud świa­ta! Ser­ce bije mi jak sza­lo­ne i aż prze­bie­ram no­ga­mi w ocze­ki­wa­niu na mo­ment, kie­dy będę mo­gła prze­te­sto­wać mój nowy sprzęt.

- Cas­sie - tata pod­cho­dzi do mnie - nie by­łem, co do tego prze­ko­na­ny, bo wiesz, że nie lu­bię mo­to­rów, ale na­mó­wi­li mnie twoi bra­cia. - W du­chu dzi­ęku­ję Drew i Xa­vie­ro­wi za to, że jed­nak cza­sem mnie słu­cha­ją. - Pro­szę, có­recz­ko. - Wręcza mi klu­czy­ki. - Tyl­ko nie sza­lej za bar­dzo.

- Dzi­ęku­ję! - Z ra­do­ści rzu­cam się ojcu na szy­ję, choć to nie­spo­ty­ka­ny gest z mo­jej stro­ny. Zwy­kle nie oka­zu­je­my so­bie uczuć w ten spo­sób.

- W ko­ńcu masz tego swo­je­go bru­ta­la. - Śmie­je się Xa­vier, gdy pod­cho­dzę do nie­go.

- Moja pi­ęk­na Be­stia. - Uśmie­cham się i zer­kam na to nowe cudo.

- Szyb­ko uro­słaś - mówi Drew - a jesz­cze nie­daw­no ba­wi­łaś się lal­ka­mi.

- Kie­dy to było? - pry­cham.

- No tak - przy­ta­ku­je - Cas­sie i lal­ki.

- Sło­ńce - mój chło­pak chwy­ta mnie za dłoń - to do­da­tek do pre­zen­tu od two­je­go taty i bra­ci - mówi i po­da­je mi dużą ozdob­ną tor­bę.

Za­glądam do niej nie­cier­pli­wie i znaj­du­ję skó­rza­ną kurt­kę i kask. Ide­al­ne.

- I jesz­cze to - kon­ty­nu­uje i wy­ci­ąga z kie­sze­ni małe pu­de­łecz­ko.

Cho­le­ra! Dło­nie mi drżą, ale mam na­dzie­ję, że Neil nie pla­nu­je mi się te­raz oświad­czyć. Je­ste­śmy ze sobą od kil­ku mie­si­ęcy. Ow­szem, ko­cham go, ale to zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie na ślub, choć wiem, że nasi oj­co­wie chęt­nie by już go za­pla­no­wa­li. Za­miast roz­my­ślać nad tym, co znaj­du­je się w środ­ku, po pro­stu pod­no­szę wiecz­ko i od­dy­cham z ulgą, wi­dząc pi­ęk­ny zło­ty ła­ńcu­szek z wi­sior­kiem w kszta­łcie sło­ńca.

- Neil - pod­no­szę wzrok na chło­pa­ka - jest ślicz­ny. Dzi­ęku­ję.

- To ty je­steś ślicz­na. - Chło­pak po­ma­ga mi za­pi­ąć ła­ńcu­szek, po czym de­li­kat­nie ca­łu­je mnie w usta.

- Ko­cham cię - szep­czę.

- Ja cie­bie też ko­cham, sło­ńce - mówi i obej­mu­je mnie.

Wiem, że nie­tak­tem by­ło­by, gdy­bym te­raz opu­ści­ła go­ści i wsia­dła na mo­tor, dla­te­go grzecz­nie po­cze­kam do ko­ńca im­pre­zy, ale po­tem już nic ani nikt mnie nie po­wstrzy­ma.

Wszy­scy wra­ca­my do domu, gdzie od­by­wa się moje przy­jęcie. Po­do­ba mi się wy­strój sa­lo­nu w ko­lo­rach czer­ni i czer­wie­ni - mo­ich ulu­bio­nych. Chłop­cy się po­sta­ra­li. Zro­bi­li mi przy­jęcie nie­spo­dzian­kę, a Neil na­wet nie pi­snął sło­wem. Bra­ku­je tyl­ko mo­je­go przy­ja­cie­la. Pół roku wcze­śniej Liam wy­je­chał do pra­cy w Nor­we­gii. Mimo po­wszech­nej cy­fry­za­cji nie mam z nim kon­tak­tu, od­kąd wy­je­chał. Nie ma go na żad­nym por­ta­lu spo­łecz­no­ścio­wym, nu­mer te­le­fo­nu jest nie­ak­tu­al­ny i nie znam jego ad­re­su. A! Ja­kieś trzy mie­si­ące temu wy­słał mi kart­kę z po­zdro­wie­nia­mi. Liam nie ma tu już ni­ko­go i nie mam po­jęcia, jak się z nim skon­tak­to­wać. Mia­łam ci­chą na­dzie­ję, że za­dzwo­ni do mnie dziś, ale chy­ba za­po­mniał...

- No, cho­dź, ksi­ężnicz­ko! - Sły­szę głos Xa­vie­ra. - Ten tort cze­ka już wy­star­cza­jąco dłu­go. - Oho! Ode­zwał się naj­wi­ęk­szy ła­such.

Pod­cho­dzę do bra­ta, a on po­da­je mi ta­le­rzyk z ka­wa­łkiem tor­tu.

- Mmm... ba­na­no­wy - aż ob­li­zu­ję usta - uwiel­biam.

- I jak, mło­da? Wszyst­ko okej? - pyta, jak­by się czy­mś mar­twił.

- Tak - od­po­wia­dam. - Dla­cze­go mia­ło­by nie być okej? - Po­trząsam gło­wą.

- Po pro­stu py­tam. - Uśmie­cha się lek­ko. - A jak z Ne­ilem?

Oho! Włączył mu się tryb opie­ku­ńczy.

- Xa­vier, nie sza­lej - prze­wra­cam ocza­mi - wszyst­ko jest su­per.

Koło je­de­na­stej po­wo­li ko­ńczy­my. Szcze­rze mó­wi­ąc, sama już je­stem tro­chę zmęczo­na, a jesz­cze nie prze­te­sto­wa­łam mo­jej Be­stii. Ma­rzy­łam o tym ści­ga­czu, ale oj­ciec dłu­go nie chciał się zgo­dzić. Prze­ra­ża go to, że Be­styj­ka wy­ci­ąga pra­wie dwie­ście pi­ęćdzie­si­ąt na go­dzi­nę. Oj­ciec dzi­wi się, że nie je­stem i ni­g­dy nie by­łam ty­po­wą dziew­czy­ną. Jako dziec­ko zde­cy­do­wa­nie wo­la­łam się ba­wić sa­mo­cho­da­mi, mo­to­ra­mi i in­ny­mi po­jaz­da­mi, choć wszy­scy na siłę wci­ska­li mi lal­ki. Po szko­le prze­sia­dy­wa­łam w ga­ra­żu z Xa­vie­rem, któ­ry w tam­tym cza­sie lu­bił dłu­bać przy mo­to­rach. To on mnie uczył wszyst­kie­go, za­ra­ził pa­sją do tych jed­no­śla­dów, ale od tam­te­go cza­su wie­le się zmie­ni­ło...

Ostat­nio często no­cu­ję u Ne­ila. Ku­pił nowy dom na przed­mie­ściach, prze­pro­wa­dził się do­pie­ro dwa ty­go­dnie temu. Oczy­wi­ście za­pro­po­no­wał, że­bym za­miesz­ka­ła z nim, a wła­ści­wie z góry za­ło­żył, że się na to zgo­dzę, ale ja po­wie­dzia­łam "nie". Ko­cham go i chcę z nim być, ale wspól­ne miesz­ka­nie to dla mnie zbyt po­wa­żny krok. Neil nie wy­gląda na ta­kie­go, ale być może my­śli już o za­ło­że­niu ro­dzi­ny. On jest ode mnie pięć lat star­szy, jed­nak ja nie je­stem na to jesz­cze go­to­wa. Prze­cież mamy czas.

Neil je­dzie do domu swo­im au­tem, a ja w ko­ńcu mam oka­zję wsi­ąść na moją Be­stię. Nor­mal­nie aż ciar­ki mnie prze­cho­dzą, gdy tyl­ko sły­szę ryk sil­ni­ka. To ist­na ra­kie­ta! Mknę w kie­run­ku dro­gi nu­mer je­de­na­ście, omi­ja­jąc cen­trum i całe mia­sto. To jest uczu­cie, któ­re ko­cham. Ad­re­na­li­na, ta pręd­ko­ść i zo­sta­wia­nie ca­łe­go świa­ta w tyle. Neil rów­nież wy­brał tę dro­gę, za­tem szyb­ko go do­ga­niam. Jego fer­ra­ri wy­ci­ąga do trzy­stu pi­ęćdzie­si­ęciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, więc i tak go nie prze­ści­gnę.

Par­ku­ję na pod­je­ździe przed jego do­mem chwi­lę po nim. Neil już cze­ka i pod­cho­dzi do mnie, gniew­nie ści­ąga­jąc brwi.

- Mała - brzmi kar­cąco - jak będziesz tak sza­leć, to oso­bi­ście od­bio­rę ci Be­stię. - Obej­mu­je mnie w pa­sie i moc­no przy­ci­ąga do sie­bie.

- Nie będę, obie­cu­ję. - Pod­no­szę na nie­go wzrok.

- To co, świ­ętu­je­my da­lej?

- A masz dla mnie jesz­cze ja­kąś nie­spo­dzian­kę? - Uśmie­cham się za­lot­nie do chło­pa­ka.

- Prze­ko­naj się - mówi i pusz­cza do mnie oko. - Po­wiem ci tyl­ko, że pręd­ko dziś nie za­śniesz.

- Brzmi ku­sząco. - Uno­szę się na pal­cach stóp i czu­le ca­łu­ję go w usta, prze­su­wa­jąc dło­nią po jego kro­czu.

- Sło­necz­ko - mru­czy - pro­wo­ku­jesz.

- A ty chy­ba wiesz, co z tym zro­bić - mó­wię i prze­je­żdżam języ­kiem po jego war­dze.

- Och ty!

Chło­pak szyb­ko bie­rze mnie w ra­mio­na i wcho­dzi­my do domu, za­trzy­mu­jąc się w sa­lo­nie. Neil chwy­ta moją twarz w dło­nie i pa­trzy mi głębo­ko w oczy, lek­ko roz­chy­la­jąc war­gi. Po­wo­li przy­su­wa swo­je usta do mo­ich i na­mi­ęt­nie ca­łu­je. Od­su­wam się de­li­kat­nie od nie­go i roz­pi­nam bluz­kę. Neil uwa­żnie mi się przy­gląda, sek­sow­nie ob­li­zu­jąc usta. Zdej­mu­ję ubra­nia, po­zo­sta­jąc w sa­mej ko­ron­ko­wej bie­li­źnie. Chło­pak stoi opar­ty dło­ńmi o sto­lik. Jego na­brzmia­ły czło­nek spra­wia, że spodnie zro­bi­ły się cia­śniej­sze. Zbli­żam się do nie­go po­wol­nym kro­kiem. On spo­koj­nie cze­ka, ale jest go­to­wy. Go­to­wy, by we­jść we mnie i spe­łnić wszyst­kie moje ero­tycz­ne pra­gnie­nia. Chwy­ta mnie za po­ślad­ki, de­li­kat­nie prze­su­wa­jąc po nich dło­ńmi.

- Bar­dzo mnie ku­sisz - mru­czy.

- Wiem - rzu­cam śmia­ło.

- Wy­ko­rzy­stam to - mru­czy i przy­gry­za mi dol­ną war­gę.

- Bar­dzo na to cze­kam - za­chęcam go.

Ła­pie mnie za bio­dra i sa­dza na zim­nym bla­cie. Ści­skam go moc­no uda­mi, a on pie­ści moją szy­ję, de­li­kat­nie ją kąsa­jąc. Moje cia­ło prze­cho­dzą roz­kosz­ne dresz­cze. Od­chy­lam gło­wę, da­jąc mu do­stęp do ka­żde­go z wra­żli­wych miejsc.

- Och... - jęczę.

Neil prze­su­wa na bok moje ko­ron­ko­we strin­gi. Spo­gląda na mnie z ta­kim po­żąda­niem, że już robi mi się go­rąco. Po­wo­li su­nie dwo­ma pal­ca­mi po moim wzgór­ku ło­no­wym, po czym wsu­wa je w moją ko­bie­co­ść. Sztyw­nie­ję, wy­da­jąc ci­chy jęk. Pe­ne­tru­je ka­żdy za­ka­ma­rek, wbi­ja­jąc pal­ce głębiej.

- Neil! - dy­szę gło­śno.

Moc­no przy­tu­lam go do sie­bie, a on przy­spie­sza zmy­sło­wą grę pal­ców. Wsu­wa je i wy­su­wa, a ja cała drżę. Wbi­jam pa­znok­cie w jego twar­dy bi­ceps, zo­sta­wia­jąc czer­wo­ne śla­dy.

- Ostra je­steś. - Lek­ko się pro­stu­je, nie prze­sta­jąc mnie pe­ne­tro­wać.

Ser­ce bije mi szyb­kim, nie­rów­nym tem­pem, a ja je­stem tak pod­nie­co­na, że aż brak mi tchu. Jego pal­ce sza­le­ją we mnie, do­pro­wa­dza­jąc mnie do eks­ta­zy. Neil wie, że je­stem już bli­sko, dla­te­go szyb­ko ści­ąga mnie ze sto­łu i od­wra­ca ty­łem do sie­bie. Sły­szę sze­lest roz­ry­wa­nej fo­lii i po chwi­li ostro wbi­ja się we mnie, aż się pod­no­szę. Przy­ci­ska mnie do bla­tu i chwy­ta moc­no za bio­dra, ener­gicz­nie na­bi­ja­jąc na sie­bie. Nie je­stem w sta­nie po­wstrzy­mać nad­cho­dzące­go or­ga­zmu i gdy pie­przy mnie moc­niej i głębiej, szczy­tu­ję, wy­krzy­ku­jąc jego imię. Neil wy­ko­nu­je jesz­cze kil­ka moc­nych ude­rzeń, wy­da­jąc tłu­mio­ne jęki, i eks­plo­du­je, opa­da­jąc na mnie ca­łym swo­im ci­ęża­rem.

***

Rano, gdy otwie­ram oczy, je­stem sama w łó­żku. Na samo wspo­mnie­nie na­szej na­mi­ęt­nej nocy czu­ję przy­jem­ne skur­cze w pod­brzu­szu. Prze­ci­ągam się le­ni­wie i pod­no­szę się, na­rzu­ca­jąc na sie­bie szla­frok. Scho­dzę do kuch­ni, wie­dzio­na aro­ma­tem kawy.

- Dzień do­bry, sło­ńce. - Chło­pak pod­cho­dzi do mnie i ca­łu­je mnie w czu­bek gło­wy.

- Hej, skar­bie. - Uśmie­cham się do nie­go. - A co tu tak pi­ęk­nie pach­nie? - Roz­glądam się z za­cie­ka­wie­niem.

- Bu­łecz­ki.

- Bu­łecz­ki? - Chy­ba się prze­sły­sza­łam. Neil pie­cze bu­łecz­ki?

- Ma­śla­ne. Wiem, że lu­bisz - od­po­wia­da, jak­by to było zu­pe­łnie oczy­wi­ste.

- Okej - przy­ta­ku­ję nie­pew­nie.

- Będą go­to­we za sie­dem mi­nut - do­da­je.

- To ja może w tym cza­sie we­zmę prysz­nic - mó­wię i od­wra­cam się w kie­run­ku ła­zien­ki.

- Do­brze, ko­cha­nie.

Neil pie­cze? Kur­czę, on to po­tra­fi za­sko­czyć. Cze­go mia­ła­bym się oba­wiać?

Po szyb­kim prysz­ni­cu ubie­ram się w czy­ste ubra­nia - tak, mam tu kil­ka swo­ich rze­czy, głów­nie ubrań i ko­sme­ty­ków. Gdy wcho­dzę do kuch­ni, w po­wie­trzu uno­si się za­pach cie­płych bu­łe­czek. Sia­dam przy sto­le i upi­jam łyk kawy, po czym od­ry­wam ka­wa­łek bu­łki i wkła­dam go so­bie do ust.

- Mmm... Pysz­ne - mó­wię, a Neil się uśmie­cha.

- Sło­ńce... - ury­wa na chwi­lę. Oho, coś się szy­ku­je, a bu­łecz­ki mia­ły mnie prze­ku­pić.

- Coś się sta­ło? - py­tam i pod­no­szę na nie­go wzrok.

- Będę mu­siał wy­je­chać na kil­ka dni do Las Ve­gas w in­te­re­sach - wy­ja­śnia.

- W in­te­re­sach? - Marsz­czę gniew­nie brwi.

- Oj, sło­ńce.

- Neil! - Gro­mię go wzro­kiem.

Wiem, że uwiel­bia te wszyst­kie ka­sy­na i gry, a jak już za­cznie grać, to trud­no mu prze­stać. Ma z tym pro­blem, cho­ciaż nie po­tra­fi się do tego przy­znać.

- Skar­bie, czy mo­gła­byś mi za­ufać? - iry­tu­je się lek­ko. - Będę miał tyle ro­bo­ty, że nie wiem, czy znaj­dę czas na sen. - Ner­wo­wo po­trząsa gło­wą. - Zresz­tą, jak chcesz, mo­żesz je­chać ze mną.

- Nie mogę, po­ju­trze mam ko­lo­kwium.

Neil wsta­je z krze­sła i pod­cho­dzi do mnie, chwy­ta­jąc mnie za dło­nie, a ja się pod­no­szę.

- Sło­ńce, zmie­ni­łem się - ca­łu­je mnie w czo­ło - dla cie­bie. Nie zmar­nu­ję tej szan­sy.

- Mam na­dzie­ję - fu­kam.

Chło­pak przy­ci­ąga mnie do sie­bie tak moc­no, że czu­ję jego na­brzmia­łe­go pe­ni­sa, wbi­ja­jące­go się w moje pod­brzu­sze.

- Neil. - Uśmie­cham się.

- Skar­bie, tak strasz­nie na mnie dzia­łasz - po­mru­ku­je zmy­sło­wo, ca­łu­jąc moją szy­ję.

Gdy prze­su­wam dło­nią po jego kro­czu, chło­pak gło­śno wci­ąga po­wie­trze, a jego męsko­ść robi się jesz­cze tward­sza.

- Mała, chy­ba nie zo­sta­wisz mnie tak te­raz? - Przy­ci­ska moją dłoń do swo­je­go przy­ro­dze­nia.

Uśmie­cham się ło­bu­zer­sko i roz­pi­nam mu roz­po­rek. Jego oczy wręcz błysz­czą z po­żąda­nia i tyl­ko cze­ka, aż się nim zaj­mę. Zsu­wam mu lek­ko spodnie wraz z bok­ser­ka­mi i ku­cam przed nim. Prze­su­wam dło­nią po ca­łej dłu­go­ści pe­ni­sa i pod­no­szę spoj­rze­nie na Ne­ila. Jest nie­sa­mo­wi­cie pod­nie­co­ny. Wzrok ma przy­mglo­ny, a usta lek­ko roz­chy­lo­ne. Przy­su­wam się i gdy bio­rę jego pe­ni­sa do buzi, sły­szę nad sobą zmy­sło­we syk­ni­ęcie.

- Kur­wa, mała! - klnie i na­pręża wszyst­kie mi­ęśnie.

Za­czy­nam ssać go, opla­ta­jąc język wo­kół wra­żli­wej głów­ki. Bio­rę go głębiej do buzi, przy­spie­sza­jąc swo­je ru­chy. Wiem, że Ne­ilo­wi jest na­praw­dę do­brze, bo mru­czy z za­do­wo­le­nia, a jego pe­nis na­pręża się co­raz bar­dziej. Ssę go moc­niej, po­ma­ga­jąc so­bie za­ci­śni­ętą dło­nią.

Neil chwy­ta moją gło­wę i moc­no do­ci­ska ją do swo­je­go kro­cza. Opie­ram dło­nie na jego udach, pró­bu­jąc się tro­chę od­su­nąć, jed­nak Neil w tym mo­men­cie przy­spie­sza. Nim zdążę za­re­ago­wać, za­sty­ga, wy­da­jąc z sie­bie ryk, i wy­pe­łnia moje usta cie­płą cie­czą. Lu­zu­je uścisk, będąc jesz­cze pod wpły­wem prze­ży­te­go or­ga­zmu, a ja zry­wam się i szyb­ko bie­gnę do ła­zien­ki. Zwra­cam całą za­war­to­ść do se­de­su i płu­czę usta.

Za­bi­ję go!

Moc­no wku­rzo­na wy­cho­dzę z po­miesz­cze­nia, pod­cho­dzę do chło­pa­ka i wy­mie­rzam mu siar­czy­sty po­li­czek.

- Kre­ty­nie, mó­wi­łam ci coś! - war­czę gniew­nie.

- Oj, sło­ńce. - Śmie­je się, pod­ci­ąga­jąc spodnie.

- Mia­łeś tego nie ro­bić! Wie­dzia­łeś, że się nie zga­dzam! - Dźgam go pal­cem w tors, bo je­stem na nie­go na­praw­dę wście­kła.

- Prze­pra­szam cię - chwy­ta moją twarz w dło­nie - ale było mi tak do­brze. Kot­ku, je­steś w tym świet­na. - Nie od­bie­ram tego jako kom­ple­men­tu. - Od­wdzi­ęczę ci się. - Prze­su­wa dło­nie na moje po­ślad­ki.

- Pieprz się, Neil! - sy­czę i wy­ry­wam się z jego ob­jęć.

- Cas­sie!

- Daj mi spo­kój! - rzu­cam i wy­bie­gam z jego domu.

2. CAS­SIE

Neil nie­ste­ty nie za­wsze słu­cha. Lu­bię seks z nim, ale cza­sem robi się bru­tal­ny i prze­sta­je nad sobą pa­no­wać. Wiem, że w ta­kiej chwi­li nie my­śli się lo­gicz­nie, ale Neil do­sko­na­le wie, na co się zga­dzam, a na co nie. Po dzi­siej­szym na­praw­dę już nie mam ocho­ty go wi­dzieć. Bie­gnę na górę i od razu idę do ła­zien­ki. Na­le­wam so­bie wody do wan­ny i do­da­ję pły­nu do kąpie­li o za­pa­chu po­ma­ra­ńczy. Ner­wo­wo ści­ągam z sie­bie ubra­nia i spo­glądam w swo­je lu­strza­ne od­bi­cie, zbie­ra­jąc wło­sy w kok wy­so­ko na czub­ku gło­wy. Mu­szę się zre­lak­so­wać, bo za­raz zwa­riu­ję. Wcho­dzę do wan­ny wy­pe­łnio­nej wodą i za­my­kam oczy, od­da­jąc się tej bło­giej chwi­li.

Neil jest ode mnie pięć lat star­szy. Tak na­praw­dę po­zna­łam go do­pie­ro rok temu, choć nasi oj­co­wie wspól­nie pro­wa­dzą fir­mę ar­chi­tek­to­nicz­ną. Neil do tej pory miesz­kał w Min­ne­apo­lis z ciot­ką. Prze­pro­wa­dził się tu, bo prze­jął część obo­wi­ąz­ków ojca w fir­mie. Gdy za­częli­śmy się spo­ty­kać, mój tata oczy­wi­ście wy­my­ślił, że w ta­kiej sy­tu­acji ja też po­win­nam wdro­żyć się w dzia­ła­nia fir­my. Do­sko­na­le wiem, że oj­co­wie chęt­nie by już szy­ko­wa­li na­sze we­se­le, ale ja wca­le nie je­stem na to go­to­wa. Mam do­pie­ro dwa­dzie­ścia je­den lat i spo­ro cza­su na ślub, dzie­ci i ro­dzi­nę. Neil tak na­praw­dę jest moim pierw­szym chło­pa­kiem. Nie mu­si­my prze­cież od razu iść do ołta­rza, jesz­cze tro­chę chcę po­być jego dziew­czy­ną.

Pół go­dzi­ny pó­źniej wy­cho­dzę z ła­zien­ki i scho­dzę do kuch­ni, bo mój żo­łądek już upo­mi­na się o coś do je­dze­nia. Tro­chę dzi­wi mnie, że w kuch­ni za­miast na­szej go­spo­si, Ger­tru­de, jest aku­rat Xa­vier.

- Hej, a co ty tu ro­bisz? - Spo­glądam na bra­ta.

- Cze­ka­łem na cie­bie - mówi, wsta­wia­jąc do zmy­war­ki fi­li­żan­kę po ka­wie.

- Na mnie?

- Aż wró­cisz od Ne­ila.

- Nie trak­tuj mnie, jak­bym mia­ła dzie­si­ęć lat. - Prze­wra­cam ocza­mi.

- Gdy­byś mia­ła dzie­si­ęć lat, nie po­zwo­li­łbym ci się spo­ty­kać z Ne­ilem - do­da­je z lek­ką kpi­ną.

- Bar­dzo śmiesz­ne - pry­cham. - Drew już po­je­chał?

- Tak i ja też się już zbie­ram. Za dwie go­dzi­ny mam sa­mo­lot. - Pod­cho­dzi do mnie i ca­łu­je w czu­bek gło­wy. - Ger­tru­de po­win­na nie­dłu­go wró­cić, po­je­cha­ła po za­ku­py. Trzy­maj się, mała.

- Dzi­ęki za pre­zent.

- Tyl­ko nie sza­lej za bar­dzo.

Drew wy­pro­wa­dził się z domu dwa lata temu i te­raz miesz­ka w Hop­kin­svil­le ze swo­ją dziew­czy­ną i ich có­recz­ką. Xa­vier zaś czte­ry lata temu wy­je­chał naj­pierw do No­we­go Jor­ku, a dwa lata pó­źniej do Eu­ro­py i fi­nal­nie za­miesz­kał w Rzy­mie. W domu tak na­praw­dę je­stem sama z oj­cem i Ger­tru­de. Choć "z oj­cem" to chy­ba za dużo po­wie­dzia­ne. On i tak wi­ęk­szo­ść cza­su spędza albo w fir­mie, albo w de­le­ga­cjach.

Idę na górę do swo­je­go po­ko­ju. Chęt­nie bym po­je­cha­ła na prze­ja­żdżkę, ale mu­szę się po­uczyć. Je­stem na pierw­szym roku dzien­ni­kar­stwa. Mój oj­ciec oczy­wi­ście uwa­ża, że taki kie­ru­nek to stra­ta cza­su, ale ja na­praw­dę to lu­bię. Oczy­wi­ście we­dług nie­go po­win­nam stu­dio­wać ar­chi­tek­tu­rę i nie­raz na­ma­wiał mnie, bym za­częła dru­gi kie­ru­nek. Na ra­zie nie chcę. Dzien­ni­kar­stwo po­chła­nia mi dużo cza­su i wte­dy to już bym chy­ba mu­sia­ła się uczyć dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Prze­glądam moje no­tat­ki z pod­staw wie­dzy o kul­tu­rze, ale nie mogę się sku­pić. My­śla­mi je­stem da­le­ko, jed­nak nie przy Ne­ilu, a przy Lia­mie. Nie wiem, co się z nim dzie­je, i to mnie nie­po­koi. Liam jest ode mnie trzy lata star­szy i zna­my się od dziec­ka. Przy­ja­źnił się też z mo­imi bra­ćmi. Mo­żna po­wie­dzieć, że stał się moim bra­tem. Za­wsze mo­głam na nie­go li­czyć i mu ufać. Jego ro­dzi­ce zgi­nęli w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, gdy miał trzy­na­ście lat, i opie­ko­wa­li się nim dziad­ko­wie. Nie­ste­ty i oni zmar­li kil­ka lat temu, a Liam zo­stał sam. Może też nie do ko­ńca sam, bo wci­ąż ma nas, ale nie ma już ni­ko­go z ro­dzi­ny. Za­wsze mie­li­śmy ze sobą do­bry kon­takt, dla­te­go te­raz mar­twi mnie, że nie wiem, co u nie­go. Nie od­zy­wa się, nie dzwo­ni, nie pi­sze. Na­wet nie wiem, jak go od­na­le­źć. Mam na­dzie­ję, że u nie­go wszyst­ko w po­rząd­ku i że wkrót­ce się zo­ba­czy­my. Stęsk­ni­łam się za nim. Może się za­ko­chał i zo­sta­nie w Nor­we­gii? Mimo wszyst­ko mó­głby cho­ciaż na­pi­sać.

Sta­ram się od­su­nąć my­śli o Lia­mie i w ko­ńcu uda­je mi się tro­chę sku­pić na na­uce. Ja­kiś czas pó­źniej wra­ca Ger­tru­de, a chwi­lę po­tem ko­bie­ta in­for­mu­je mnie, że mam go­ścia. To Neil. A na­wet bym po­wie­dzia­ła "skru­szo­ny Neil".

- Mogę? - pyta, sto­jąc w pro­gu do mo­je­go po­ko­ju.

- Sko­ro już tu je­steś - od­po­wia­dam i pod­ci­ągam się na łó­żku.

- Cas­sie, sło­ńce, nie trak­tuj mnie tak - mówi i pod­cho­dzi bli­żej, po czym sia­da na krze­śle obok.

- Jak, Neil? - Spla­tam dło­nie na pier­siach. - A w jaki spo­sób ty mnie trak­tu­jesz?

- Cas­sie, sta­ram się ro­bić wszyst­ko, by było ci ze mną do­brze - mówi i pod­no­si na mnie smut­ne spoj­rze­nie.

- Wy­star­czy, że będziesz mnie słu­chał - przy­po­mi­nam mu.

- Wiem, sło­ńce, ale... - ury­wa i chwy­ta moje dło­nie - bzy­ka­li­śmy się...

- Neil - upo­mi­nam go.

- Ko­cha­li­śmy się, a w ta­kich chwi­lach nie sku­piam się na drob­nost­kach - mówi, a ja marsz­czę brwi - po pro­stu ro­bię wszyst­ko, by było ci jak naj­le­piej.

On sądzi, że było mi do­brze?

- Neil - przy­su­wam się do nie­go - kie­dy spu­ści­łeś się do mo­je­go gar­dła, to nie mnie było do­brze, tyl­ko to­bie - uświa­da­miam mu z sar­ka­stycz­nym uśmie­chem.

- Mała, mo­gła­byś cza­sem być bar­dziej nie­grzecz­na - do­da­je, co mnie już moc­no iry­tu­je.

- Po­wi­nie­neś już iść - mó­wię.

- Nie chcę wy­je­żdżać po­kłó­co­ny z tobą.

- Neil, nie słu­chasz mnie. Masz świa­do­mo­ść, że nie na wszyst­ko się zga­dzam, a ty mnie zmu­szasz. Do­brze wiesz, że to nie pierw­sza taka sy­tu­acja.

- Prze­pra­szam - uno­si moje dło­nie do ust i de­li­kat­nie je ca­łu­je - za­le­ży mi na to­bie, bar­dzo cię ko­cham i obie­cu­ję, że to się wi­ęcej nie po­wtó­rzy - mówi z wy­czu­wal­ną szcze­ro­ścią. - Dasz mi jesz­cze jed­ną szan­sę?

Ow­szem, je­stem na nie­go zła, ale też za­le­ży mi na nim. Wiem, że nikt nie jest ide­al­ny i ka­żde­mu na­le­ży się dru­ga szan­sa. Neil ją do­sta­nie, ale musi mi po­ka­zać, że na­praw­dę się po­pra­wił. Same sło­wa nie wy­star­czą, musi mi to po pro­stu po­ka­zać. Po­ka­zać, że sza­nu­je moje zda­nie.

- Nie spieprz tego, Neil - mó­wię ca­łkiem po­wa­żnie.

- Ni­g­dy.

Chło­pak pod­no­si się, po czym opa­da na mnie i ob­sy­pu­je po­ca­łun­ka­mi. Wła­śnie ta­kie­go Ne­ila chcę. Czu­łe­go, de­li­kat­ne­go, ko­cha­jące­go. Wiem, że cza­sem bywa po­ryw­czy, nie­cier­pli­wy, zbyt gwa­łtow­ny, ale wiem też, że mnie ko­cha i nie chce mo­jej krzyw­dy.

W pew­nym mo­men­cie prze­sta­je mnie ca­ło­wać.

- Coś się sta­ło? - py­tam, obej­mu­jąc go za szy­ję.

- Prze­pra­szam cię, ale nie­dłu­go mam sa­mo­lot - mówi.

- Kie­dy wró­cisz? - Pod­no­szę się na łó­żku.

- Za kil­ka dni, maks ty­dzień - od­po­wia­da, po czym ca­łu­je mnie w czo­ło. - Ucz się, mała. Trzy­mam za cie­bie kciu­ki.

- Ja­sne. Daj znać, jak będziesz na miej­scu.

- Obie­cu­ję.

Chwi­lę pó­źniej Neil wy­cho­dzi. Na­praw­dę mam na­dzie­ję, że będzie miał tyle pra­cy, że nie star­czy mu cza­su na głu­po­ty. Wy­obra­żam so­bie, że ła­two ulec na­ło­go­wi, a on będzie miał to wszyst­ko pod ręką. Prze­cież to świa­to­wa sto­li­ca roz­ryw­ki, mia­sto grze­chu, a sil­na wola mo­je­go chło­pa­ka jest, nie­ste­ty, do­syć sła­ba. I ja trzy­mam za nie­go kciu­ki.

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu dziś jem ko­la­cję z tatą. Mó­wił, że ma spo­tka­nie biz­ne­so­we i ra­czej nie zdąży. Cie­szy mnie jed­nak, że mu się uda­ło i jemy wspól­nie. Nie­ste­ty, wy­da­je się ja­kiś spi­ęty i mo­men­ta­mi nie­obec­ny. Oczy­wi­ście je­stem w sta­nie zro­zu­mieć, że to głów­nie pra­ca po­chła­nia jego my­śli, ale cza­sem mó­głby od­su­nąć je od sie­bie choć na chwi­lę.

- Tato, czy wszyst­ko w po­rząd­ku? - Nie wy­trzy­mu­ję i prze­ry­wam tę ci­szę.

- Tak, tak - przy­ta­ku­je ra­czej bez na­my­słu.

- To ja wró­cę za kil­ka dni - mó­wię, pró­bu­jąc spraw­dzić, czy mnie słu­cha.

- Jak to? Wy­bie­rasz się gdzieś? - pyta zdez­o­rien­to­wa­ny.

- Jadę ze zna­jo­my­mi do dom­ku w gó­rach - kła­mię, ale oj­ciec uno­si brwi. - Będzie­my się ba­wić i pić ca­ły­mi no­ca­mi - do­da­ję z lek­kim uśmie­chem.

- Cas­sie! - kar­ci mnie.

- No, tak mnie wła­śnie słu­chasz. - Prze­wra­cam ocza­mi.

- Cas­sie! - Brzmi co­raz gniew­niej. - Do­brze wiesz, co sądzę...

- Ni­g­dzie nie jadę - prze­ry­wam mu. - Chcia­łam spraw­dzić, czy w ogó­le za­uwa­żasz, że tu je­stem - wy­rzu­cam mu z pre­ten­sją.

- Dziec­ko, prze­gi­nasz. Do­brze wiesz, ile mam pra­cy.

- A czy mó­głbyś prze­stać o niej my­śleć cho­ciaż na pięć mi­nut?

- Nie - od­po­wia­da. - Po­wiedz le­piej, kie­dy za­mie­rzasz roz­po­cząć stu­dia ar­chi­tek­to­nicz­ne. - I zno­wu się za­czy­na.

- Tato, mó­wi­łam ci coś na ten te­mat - przy­po­mi­nam mu. - Na­praw­dę nie mam te­raz cza­su.

- Cas­sie, dziec­ko, a kie­dy go znaj­dziesz? - pyta z iro­nią. - Od po­cząt­ku ci mó­wi­łem, że dzien­ni­kar­stwo to stra­ta cza­su. - A nie mó­wi­łam! - Wie­dzia­łaś, że chcę, byś pra­co­wa­ła w fir­mie, a mimo to wy­bra­łaś dzien­ni­kar­stwo.

Za­sta­na­wia­łam się jesz­cze nad me­cha­ni­ką po­jaz­do­wą, ale chy­ba mu o tym nie wspom­nę.

- Tato, a czy ty mnie za­py­ta­łeś, czy chcę pra­co­wać w two­jej fir­mie?

- To ro­dzin­na fir­ma - pod­kre­śla.

- Prze­cież w po­ło­wie na­le­ży do Lang­for­dów.

- Spo­ty­kasz się z Ne­ilem, po ślu­bie ja i Mar­tin prze­pi­sze­my fir­mę na was - do­da­je, a ja aż otwie­ram usta z za­sko­cze­nia.

- Tato, ja­kim ślu­bie?! Neil jest moim chło­pa­kiem, a nie na­rze­czo­nym.

- Oj, Cas­sie, do­brze wiem, że mi­ędzy wami jest coś wi­ęcej - mówi z ta­jem­ni­czym uśmie­chem.

Aż stra­ci­łam ape­tyt. Jesz­cze tego bra­ko­wa­ło, by oj­ciec ukła­dał mi ży­cie.

- Neil to do­bry chło­pak - mówi. - Będziesz mia­ła z nim do­bre ży­cie, za­dba o cie­bie, ni­cze­go ci nie brak­nie.

- Tato, stop! - Za­trzy­mu­ję go, bo za­raz mi poda imio­na mo­ich przy­szłych dzie­ci i po­in­for­mu­je, do ja­kich pój­dą szkół. - Nie wy­bie­gam my­śla­mi tak da­le­ko. Na ra­zie my­ślę tyl­ko o ko­lo­kwium, któ­re mam po­ju­trze, i to jest dla mnie te­raz naj­wa­żniej­sze - do­da­ję i wsta­ję od sto­łu.

- Nie zjesz wi­ęcej? - Pa­trzy na mnie zdzi­wio­ny.

- Nie je­stem głod­na - od­po­wia­dam. - A, i nie re­zer­wuj sali na we­se­le, przy­naj­mniej przez kil­ka naj­bli­ższych lat - mó­wię i pod­cho­dzę do nie­go, po czym ca­łu­ję go w po­li­czek.

- Cas­sie, ale...

- Do­bra­noc, tato.

Po tych sło­wach idę do sie­bie. Wy­star­czy mi już re­we­la­cji od ojca. Wiem, że trosz­czy się o mnie, ale niech nie prze­sa­dza, bo zwa­riu­ję. Nie chcę te­raz wy­cho­dzić za mąż i za­kła­dać ro­dzi­ny. Jesz­cze mam na to czas. Przede mną kil­ka wa­żnych eg­za­mi­nów i na­praw­dę chcę je zdać, a nie pla­no­wać we­se­le.

3. CAS­SIE

Dziś wa­żny dzień. Przy­naj­mniej dla mnie. Za­raz wcho­dzi­my na ko­lo­kwium i, kur­czę, stre­su­ję się. Prak­tycz­nie cały wczo­raj­szy dzień po­świ­ęci­łam na na­ukę, ale nie­pew­no­ść za­wsze jest. Ko­lo­kwium będzie mieć for­mę te­stu i na szczęście po jego za­ko­ńcze­niu od razu po­zna­my wy­ni­ki. To ce­lo­wo ob­ra­na przez wy­kła­dow­cę me­to­da, bo ci, któ­rzy go nie za­li­czą, w przy­szłym ty­go­dniu po­dej­dą do eg­za­mi­nu ust­ne­go. Tak więc je­śli uda mi się za­li­czyć ko­lo­kwium, będę mia­ła eg­za­min z gło­wy. Ła­two nie będzie, bo test skła­da się z dwu­dzie­stu py­tań i tyl­ko zdo­by­cie mak­sy­mal­nej licz­by punk­tów zwal­nia z eg­za­mi­nu.

- Cas­sie! - Od­wra­cam się, sły­sząc głos mo­jej ko­le­żan­ki.

- Hej, El­lie!

- Two­ja ksi­ążka - mówi. - Dzi­ęki za po­ży­cze­nie.

- A ty gdzieś się wy­bie­rasz? - py­tam, bo ra­czej nie wy­gląda, jak­by mia­ła zo­stać.

- Tak, wła­śnie się stąd zmy­wam.

- A test?

- I tak dziś nie za­li­czę, poza tym Cur­tis na mnie cze­ka, więc sama ro­zu­miesz - do­da­je z ru­mie­ńcem na twa­rzy.

- No, wła­śnie ra­czej śred­nio ro­zu­miem. - Krzy­wię się.

- Oj, Cas­sie, nie wi­dzie­li­śmy się dwa ty­go­dnie. Wiesz, jak się za nim stęsk­ni­łam?

- Nie, no, ja­sne, leć. Uda­nej rand­ki!

- Dzi­ęki! Po­wo­dze­nia na te­ście i nie dzi­ękuj!

- Ja­sne. Na ra­zie!

- Pa!

Cur­tis... El­lie w ci­ągu tego roku roz­sta­wa­ła się z nim trzy razy, bo ją zdra­dzał, a po­tem za ka­żdym ra­zem mu wy­ba­cza­ła i wra­ca­ła do nie­go. Zu­pe­łnie tego nie ro­zu­miem, ale El­lie twier­dzi, że wła­śnie na tym po­le­ga mi­ło­ść. Na wza­jem­nym wy­ba­cza­niu. Może i nie znam się tak na mi­ło­ści, nie mam du­że­go do­świad­cze­nia, bo Neil jest moim pierw­szym chło­pa­kiem, ale chy­ba wo­la­ła­bym, by ta mi­ło­ść bar­dziej po­le­ga­ła na za­ufa­niu i wier­no­ści. No nic, pro­fe­sor wła­śnie idzie, więc te­raz zde­cy­do­wa­nie czas na roz­my­śla­nia o te­ście, a nie o mi­ło­ści.

Jak wi­dać, część osób z mo­je­go roku po­my­śla­ła do­kład­nie tak samo jak El­lie i nie przy­szła na dzi­siej­szy test. No nic, ja za­ry­zy­ku­ję. Naj­wy­żej przez ko­lej­ny ty­dzień będę sie­dzieć w domu przy­ku­ta do ksi­ążki. Zaj­mu­je­my wy­lo­so­wa­ne miej­sca przed kom­pu­te­ra­mi, po czym pro­fe­sor szcze­gó­ło­wo ob­ja­śnia nam za­sa­dy i za­czy­na­my. Pierw­sze trzy py­ta­nia ide­al­nie mi pa­su­ją, przy czwar­tym mam chwi­lę za­wa­ha­nia, ale po prze­my­śle­niu za­zna­czam od­po­wie­dź. Ma­te­riał nie był taki trud­ny, ale było go spo­ro i dużo no­wo­ści. Przy kil­ku in­nych py­ta­niach też po­trze­bu­ję chwi­li, by się za­sta­no­wić i wszyst­ko so­bie przy­po­mnieć. Test trwa czter­dzie­ści mi­nut, czy­li mamy ja­kieś dwie mi­nu­ty na jed­no py­ta­nie. Do ko­ńca zo­sta­ło do­kład­nie sie­dem mi­nut. Od­po­wie­dzia­łam na wszyst­kie py­ta­nia, ale mam wąt­pli­wo­ści co do jed­ne­go, więc do nie­go wra­cam. To py­ta­nie z datą, a wszyst­kie są do sie­bie zbli­żo­ne.

Pięć mi­nut.

W ko­ńcu de­cy­du­ję się i za­miast od­po­wie­dzi D, za­zna­czam B i kli­kam ZA­KO­ŃCZ, bo za­raz stra­cę pew­no­ść co do in­nych od­po­wie­dzi. Przez chwi­lę na mo­ni­to­rze wy­świe­tla mi się prze­kręca­jąca się klep­sy­dra, po czym pro­gram po­ka­zu­je, ile zdo­by­łam punk­tów.

O... mój... Boże...

Dwa­dzie­ścia punk­tów! Ożeż kur­czę!

Za­raz chy­ba będę ta­ńczyć z ra­do­ści. Jak ja się cie­szę, że zmie­ni­łam tę od­po­wie­dź. A jed­nak!

Pro­fe­sor zer­ka w swój mo­ni­tor, bo jemu też wy­świe­tlił się mój test z wy­ni­ka­mi, po czym pod­no­si na mnie wzrok i zsu­wa oku­la­ry.

- Gra­tu­la­cje, pan­no Wil­son - mówi - jest pani wol­na.

- Dzi­ęku­ję - od­po­wia­dam ra­do­śnie - i do wi­dze­nia.

- Do wi­dze­nia.

I taki po­czątek dnia mi się po­do­ba. Od razu dzwo­nię do Ne­ila, by mu się po­chwa­lić. Mam na­dzie­ję, że o tej po­rze nie ma żad­ne­go spo­tka­nia. Wy­bie­ram nu­mer chło­pa­ka, a on od­bie­ra do­pie­ro po kil­ku sy­gna­łach.

- Halo - od­zy­wa się za­spa­nym gło­sem.

- Neil? Wszyst­ko w po­rząd­ku? - py­tam.

- Tak, tak - od­po­wia­da. - A cze­mu mia­ło­by nie być?

- Chy­ba cię obu­dzi­łam.

- Ci­ężka noc - mówi chy­ba bez na­my­słu.

- Im­pre­zo­wa­łeś? - py­tam po­dejrz­li­wie.

- Słon­ko, to był ban­kiet, biz­ne­so­wy i bar­dzo nud­ny.

- I chy­ba moc­no za­kra­pia­ny - rzu­cam z prze­kąsem.

- Cas­sie, na­praw­dę będziesz mnie te­raz opier­da­lać?

- Do­bra, mniej­sza o to. Za­li­czy­łam test.

- To gra­tu­lu­ję, mała. Będzie­my mie­li co świ­ęto­wać.

- Nie masz dość?

- Jezu, Cas­sie - za­czy­na się iry­to­wać - ty na­praw­dę chcesz się ze mną po­kłó­cić?

- Okej, prze­pra­szam, po pro­stu...

- Nie zro­bię nic głu­pie­go - za­pew­nia mnie. - Za­ufaj mi, obie­ca­łem ci.

- Wiem.

- Ko­cham cię, mała, ale mu­szę już ko­ńczyć. Idę na spo­tka­nie w po­łud­nie, a mam jesz­cze na­nie­ść po­praw­ki na pro­jekt - wy­ja­śnia.

- Ja­sne. Za­dzwoń pó­źniej.

- Za­dzwo­nię.

- Ko­cham cię - do­da­ję już spo­koj­niej­sza.

- Ja cie­bie też. Na ra­zie!

Po tych sło­wach Neil się roz­łącza, ale nim zdążę scho­wać te­le­fon do ple­ca­ka, roz­brzmie­wa dźwi­ęk nad­cho­dzące­go po­łącze­nia. Nu­mer pry­wat­ny. Nie mam po­jęcia, kto to, ale to może być coś wa­żne­go, dla­te­go od­bie­ram.

- Halo?

- Hej, mała. - O cho­le­ra, to zna­jo­my głos.

- Liam? - py­tam nie­pew­nie.

- Całe szczęście mnie roz­po­zna­łaś.

- Po­win­nam się te­raz roz­łączyć, ale mam ocho­tę cię po­rząd­nie zje­bać za to, że się do mnie nie od­zy­wa­łeś - mó­wię gniew­nie.

- A jest ja­kiś spo­sób, że­byś mi wy­ba­czy­ła?

No i tu cię mam. Nie będziesz miał ła­two, Lia­mie. O nie.

- Je­śli wy­tłu­ma­czysz mi się oso­bi­ście, i to te­raz - rzu­cam pew­nie.

- Tak się skła­da, że aku­rat je­stem na lot­ni­sku - od­po­wia­da.

- Gdzie? - do­py­tu­ję ze zdzi­wie­niem.

- W Na­shvil­le - wy­ja­śnia. - To co, spo­tka­my się?

To mnie za­ła­twił.

- Ty za­wsze spa­dasz na czte­ry łapy - pry­cham.

- Po­pcorn i fil­my? - pyta.

- We­zmę coś do pi­cia.

- To na ra­zie!

- Na ra­zie!

No tak, cały Liam. Nie­sa­mo­wi­cie mnie za­sko­czył, bo tyle cza­su się nie od­zy­wał, a tu na­gle dzwo­ni i oznaj­mia, że jest na miej­scu. Oczy­wi­ście, że po­ja­dę do nie­go, bo strasz­nie się za nim stęsk­ni­łam i chcę go w ko­ńcu zo­ba­czyć. Mój przy­ja­ciel nie miesz­ka w sa­mym Na­shvil­le, bo w La Ver­gne, ale to sto­sun­ko­wo nie­da­le­ko. Moją Be­styj­ką do­trę tam w pi­ęt­na­ście mi­nut, ale naj­pierw - do domu.

- Cas­sie, dziec­ko, nie zja­dłaś rano śnia­da­nia! - Za­trzy­mu­ję się, sły­sząc kar­cący głos Ger­tru­de. A już my­śla­łam, że uda mi się nie­po­strze­że­nie prze­mknąć do swo­je­go po­ko­ju.

Od­wra­cam się po­wo­li ze skru­szo­ną miną.

- Prze­pra­szam, ale by­łam tak ze­stre­so­wa­na przed te­stem, że nie by­łam w sta­nie nic prze­łk­nąć - mó­wię zgod­nie z praw­dą. Chy­ba do­sta­ła­bym roz­stro­ju żo­łąd­ka, gdy­bym coś zja­dła. Wy­pi­łam do­słow­nie dwa łyki kawy i nie­ma­lże wy­sko­czy­łam z domu.

- O wła­śnie! I jak ci po­szło? - pyta nie­cier­pli­wie.

- Zda­łam - od­po­wia­dam z sze­ro­kim uśmie­chem.

- To gra­tu­lu­ję ci, ko­cha­nie - mówi i pod­cho­dzi do mnie, by czu­le mnie ob­jąć.

- Dzi­ęku­ję.

- Przy­go­tu­ję ci coś pysz­ne­go do je­dze­nia - pro­po­nu­je.

- Ups... - Krzy­wię się lek­ko.

- Ro­zu­miem, że świ­ętu­jesz na mie­ście? - Brzmi na tro­chę roz­cza­ro­wa­ną.

- Nie do ko­ńca. Liam wró­cił i chcia­ła­bym się z nim zo­ba­czyć - wy­ja­śniam.

- O! To spa­ku­ję ci cia­stecz­ka ko­rzen­ne, bo pa­mi­ętam, że Liam je lubi.

- Tak - od­po­wia­dam, przy­gląda­jąc jej się uwa­żnie. - A Neil lubi kru­che z ja­błka­mi - do­da­ję ce­lo­wo.

- Aha. - Ger­tru­de tyl­ko przy­ta­ku­je gło­wą. - Tata pro­sił, byś do nie­go zaj­rza­ła, jest w ga­bi­ne­cie - in­for­mu­je mnie.

- Ja­sne. - Spla­tam dło­nie i uda­ję się do ga­bi­ne­tu.

Do­sko­na­le wiem, że Ger­tru­de nie prze­pa­da za Nei­lem, za to uwiel­bia Lia­ma. Ow­szem, zna go dłu­żej, często by­wał u nas, ale Neil to w ko­ńcu mój chło­pak.

- Cze­ść, tato - mó­wię, gdy prze­kra­czam próg kró­le­stwa ojca.

- O, do­brze, że je­steś - od­po­wia­da i pod­no­si się z fo­te­la.

- Chcia­łeś mnie wi­dzieć, tak?

- Tak, tak - przy­ta­ku­je. - Usi­ądź może - pro­po­nu­je, a ja mam ja­kieś nie­po­ko­jące prze­czu­cie, że wca­le nie spodo­ba mi się to, co mi za­raz po­wie.

- Coś się sta­ło? - py­tam po­dejrz­li­wie.

- Wiesz, tak się za­sta­na­wia­łem, czy masz ja­kieś pla­ny na wa­ka­cje.

Och, wa­ka­cje?

- Wła­ści­wie to jesz­cze nie my­śla­łam. Wci­ąż nie do­sta­łam od­po­wie­dzi, czy przy­jęli mnie na cykl re­por­ta­ży.

- Re­por­ta­ży? - Marsz­czy brwi.

- Tak, mó­wi­łam ci o tym ja­kieś dwa mie­si­ące temu - przy­po­mi­nam mu.

- Ach, tak. - Po­cie­ra dło­ńmi czo­ło, a ja wiem, że kła­mie. Pew­nie na­wet mnie nie słu­chał. - Cas­sie, będę miał dla cie­bie pro­po­zy­cję.

- Jaką? - py­tam chy­ba ze zbyt śmia­łym za­cie­ka­wie­niem.

- Może byś do­łączy­ła do na­sze­go ze­spo­łu? - pro­po­nu­je.

- Wa­sze­go ze­spo­łu?

- W fir­mie - wy­ja­śnia, a ja prze­wra­cam ocza­mi.

- Tato, już o tym roz­ma­wia­li­śmy.

- Cas­sie, moje udzia­ły kie­dyś będą two­je, dla­te­go war­to by było, byś po­świ­ęci­ła tro­chę cza­su na wdro­że­nie się w spra­wy fir­mo­we - kar­ci mnie.

Ta roz­mo­wa na­praw­dę nie ma sen­su. Ja mó­wię ojcu, że nie chcę pra­co­wać w fir­mie, bo nie je­stem ar­chi­tek­tem i chcia­ła­bym spe­łniać się w swo­im za­wo­dzie, a on da­lej swo­je. Za­wsze mi mó­wił, że to ja mam o so­bie de­cy­do­wać, że on za­ak­cep­tu­je ka­żdą moją de­cy­zję. Szko­da tyl­ko, że w prak­ty­ce to się nie spraw­dza, bo już kie­dy mu po­wie­dzia­łam, że do­sta­łam się na dzien­ni­kar­stwo, od razu stwier­dził, że to błąd i że nic nie będę z tego mia­ła. Za­czął mnie na­ma­wiać na ar­chi­tek­tu­rę, po­ka­zy­wał pro­jek­ty, py­tał, czy mam ja­kieś po­my­sły. Wszyst­ko, by ja­koś mnie prze­ko­nać.

Po­sta­na­wiam za­ko­ńczyć tę roz­mo­wę, za­nim po­rząd­nie się po­sprze­cza­my. Mam dziś do­bry hu­mor i nie chcę go so­bie psuć.

- Tato, mo­że­my prze­ło­żyć tę roz­mo­wę? Liam na mnie cze­ka - do­da­ję, pró­bu­jąc go zbyć.

- Liam wró­cił?

- Tak, umó­wi­li­śmy się.

- Neil nie będzie miał nic prze­ciw­ko? - do­cie­ka.

- Tato, Liam to mój przy­ja­ciel - przy­po­mi­nam mu. - Jest dla mnie jak brat.

- Ro­zu­miem, Cas­sie - od­po­wia­da tro­chę nie­pew­nie.

- Pój­dę już.

- Cas­sie! - za­trzy­mu­je mnie. - Jedź ostro­żnie. Nie chcia­łbym, by za­dzwo­ni­li do mnie ze szpi­ta­la, że coś ci się sta­ło.

Ja­kie czar­ne my­śli.

- Ja­sne, tato - od­po­wia­dam mu.