2
- Kiedy? Po prostu powiedz kiedy. - Frustracja w głosie Thomasa graniczyła z błagalnym tonem. Wielokrotnie można się kłócić o to samo, zanim człowiek straci cierpliwość, a my przekroczyliśmy limit już dawno temu.
Westchnęłam. Byłam tym zmęczona tak samo jak on.
- Niczego nie rozumiesz. Po prostu nie rozumiesz.
- Owszem, rozumiem. Serio. Na tyle, na ile potrafię. Nie musisz jej nawet mówić, że jestem twoim chłopakiem. Po prostu przedstawisz mnie jako znajomego.
- Zorientuje się.
Odparłam jego atak, jak za każdym razem. Wydawało mu się, że rozumie, ale owszem, tylko mu się wydawało. Nikt nie pojmował mojej relacji z siostrą ani tego, jakim cudem ona funkcjonowała. Nawet Bob i Dalila nie rozumieli, a skoro im się to nie udało, to jemu tym bardziej się nie uda.
Siedzieliśmy w milczeniu, a ja bawiłam się wstążką zwisającą z brzegu mojej bluzki. Czułam, że patrzy na mnie intensywnie, i choć nie uniosłam nawet głowy, wiedziałam, jak wwierca się wzrokiem w bok mojej twarzy. Nie miałam pojęcia, skąd czerpie tyle cierpliwości do mnie. Do oczu napłynęły mi łzy, ale powstrzymałam je przed spłynięciem po moich policzkach.
- Kochanie. - Uwielbiałam, kiedy tak się do mnie zwracał. Jego głos zmiękł i w końcu postanowił mnie przytulić. Frustracja wyparowała. - Wszystko będzie dobrze.
Wciągnęłam w nozdrza jego zapach. Pachniał lasem, choć cały czas spędzał w środku, zamknięty w swoim boksie w pracy lub w bibliotece w kampusie z nosem w książce. Lubiłam, kiedy mnie obejmował, i chciałam go pocałować, ale nie zrobiłam tego pierwsza. Nie mogłam tego zainicjować. Czekałam, aż to zrobi, a potem oddałam pocałunek.
Spojrzałam na niego, próbując zrozumieć, dlaczego tak bardzo mu na mnie zależy, skoro nie mogłam powiedzieć mu o tylu sprawach. Opowiedziałam mu o sobie więcej niż komukolwiek innemu, ale o wielu rzeczach jeszcze nie wspomniałam. Widział we mnie silną, skoncentrowaną i niezależną kobietę, która była zdeterminowana, by polepszyć swoje życie. Bałam się, że ten obraz się zniekształci, kiedy się do mnie zbliży, ale zależało mi na większej intymności pomimo obaw. Po prostu chciałam z nim być. Coraz bardziej go potrzebowałam, a jeśli nasz związek miał działać, to musiałam być gotowa do podejmowania ryzyka.
Wyplułam kolejne słowa tak szybko, jak tylko potrafiłam, żeby nie zmienić zdania i nie stracić odwagi.
- Okej, powiem jej o nas.
Odsunął mnie lekko i spojrzał mi w oczy, uśmiechając się szeroko.
- Jesteś pewna? Nie chcę na ciebie naciskać, ale wiesz, że upłynęło już dużo czasu. Jesteśmy ze sobą od blisko roku, a ja wciąż nie poznałem najważniejszej osoby w twoim życiu. Zależy mi na tobie. Każdy, kto jest ważny dla ciebie, jest ważny i dla mnie.
Nigdy nie poznałam nikogo takiego jak Thomas. Okazał się dobry i cierpliwy. W przeciwieństwie do większości osób, które tylko twierdziły, że nie obchodzi ich zdanie innych, dla niego naprawdę się ono nie liczyło. Dla mnie też, nie licząc oczywiście Emily. Jej opinia jest dla mnie niezwykle ważna, ale jeśli chodzi o inne osoby, nie poświęcam czasu na zastanawianie się, jakie mają na mój temat zdanie. Thomas twierdził, że to również mu się we mnie spodobało.
Był indywidualistą i pociągał mnie w sposób, w jaki nigdy nie pociągał mnie żaden inny mężczyzna, ponieważ miałam Emily - swoją drugą połowę. Była jedyną osobą, której potrzebowałam lub z którą chciałam być blisko, jednak kiedy zaczęła chorować, niewielka część mnie zaczęła się zastanawiać, jak by to było przywiązać się do kogoś innego. Próbowałam ustalić, czy jest w ogóle możliwe, żeby być blisko z kimś, kto nie wiedział wszystkiego o mnie, i czy jestem zdolna do nawiązania więzi z kimś, z kim nie przeszłam razem przez traumatyczne zdarzenia.
Wcześniej odsuwałam od siebie pragnienia zbliżenia się do kogoś. Wszystko się zmieniło, kiedy poznałam Thomasa. On był inny. Nie byłam dłużej w stanie tego robić. W jego wyglądzie nie było niczego powalającego ani wyjątkowego. Wyglądał jak przeciętny chłopak z college'u, nosił ciasne dżinsy i czerwone converse'y, które były tak znoszone, że przez dziury w tkaninie widać było jego skarpetki. Nie obejrzałabym się za nim w galerii handlowej. Tym, co mnie pociągało, była jego pewność siebie i poczucie własnej wartości, które nie opierały się bynajmniej na arogancji. Nie wiedziałam, jak to możliwe, że ktoś demonstruje taką pewność siebie, nie będąc jednocześnie definiowanym przez innych. Nie miałam pojęcia, jak to jest, kiedy słyszy się "ja", a nie "my".
Pracowaliśmy razem w dziale telemarketingu firmy sprzedającej tanie ręczniki, które rozpadały się po drugim praniu, oraz świece, które miały pachnieć kwiatami, a cuchnęły jak tanie mydło. Była to niezwykle nudna robota, a czterogodzinna zmiana wydawała się trwać dwanaście. Rozmówcy na drugim końcu linii byli równie poirytowani tymi telefonami jak wszyscy, którzy do nich dzwonili, więc zwykle wykorzystywali tę okazję do uwolnienia całego swojego gniewu i obrzucania telemarketerów inwektywami, czego nigdy nie uczyniliby podczas konfrontacji twarzą w twarz. Niegrzeczne komentarze nie robiły na Thomasie takiego wrażenia, jak na nas wszystkich w zespole. Nie wkurzał się i podczas gdy my odpowiadaliśmy w podobny sposób, on tylko się uśmiechał, dziękował i wybierał numer kolejnej osoby.
Telemarketing nie był niczyim pierwszym wyborem na początku kariery zawodowej. Każdy miał jakiś powód, dla którego w nim lądował, i z pewnością nie były to pieniądze ani sukcesy. Większość z nas była tu przejściowo lub po prostu nie mogła znaleźć pracy w jakimkolwiek innym miejscu. Nasza zmiana obejmowała przede wszystkim studentów college'u, głównie z powodu elastycznego grafiku i krótkiego czasu pracy. Thomas zaczął kilka miesięcy przede mną i planował przeczekać w firmie aż do ukończenia szkoły seminaryjnej. W przeciwieństwie do mnie - wciąż nie potrafiłam podjąć decyzji, co zrobić ze sobą dalej - Thomas wiedział, że chce zostać pastorem młodzieży, odkąd skończył osiem lat.
Był nawróconym chrześcijaninem, a religia stanowiła jego odznakę, którą z dumą nosił. Rodzice Thomasa byli religijni, a on postanowił podążać za Chrystusem, kiedy miał trzy latka. O Bogu mówił tak, jakby ten był jego przyjacielem i choć Bob i Dalila zabierali nas do kościoła, kiedy byłyśmy małe, nigdy nie odczuwałam takiej więzi z Bogiem, jaką miał Thomas. Byłam niewierząca, ale on nie miał z tym problemu. Często się zastanawiałam, czy nadejdzie taki dzień, kiedy zacznie mu to przeszkadzać i będzie próbował nawrócić mnie na chrześcijaństwo, ale do tej pory się to nie wydarzyło. Z początku mnie to martwiło, ale stopniowo czułam się coraz bardziej gotowa, by dać szansę jego religii, jeśli będzie tego oczekiwał.
Nasi współpracownicy stale sobie z niego żartowali i dowcipkowali na temat jego przekonań religijnych. Była to częściowo jego wina, ponieważ nigdy nie ukrywał, że jest głęboko wierzący. Nie krył się z zamiarem oczekiwania z seksem na małżeństwo, co jedynie zachęcało chłopaków z naszego zespołu do kolejnych prób sprowokowania go do reakcji. Oskarżali go o bycie gejem albo rozklejali mu na ściankach boksu zdjęcia nagich kobiet. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo się starali, nigdy nie udało im się osiągnąć swojego celu. To właśnie po jednej z takich żartobliwych akcji rozmawialiśmy ze sobą po raz pierwszy.
- Co za banda kretynów - powiedziałam, wstrzymując połączenie i odwracając się w stronę jego stanowiska, odległego od mojego o dwa boksy.
Nacisnął przycisk wstrzymywania i poprawił mikrofon przy ustach.
- E tam, kogo to obchodzi? I tak guzik wiedzą. To po prostu faceci.
Powstrzymałam się od wygłoszenia uwagi, że on również jest facetem.
- Jestem Elizabeth.
Uśmiechnął się do mnie ciepło i zachęcająco, dzięki czemu natychmiast się odprężyłam.
- Thomas. Błagam, cokolwiek zrobisz, nie nazywaj mnie Tomem.
- Umowa stoi.
Dzięki niedużej odległości dzielącej nasze stanowiska pracy dość łatwo rozmawiało się nam między kolejnymi telefonami. Bez pozwolenia kierownika nie wolno nam było wstrzymywać połączeń na dłużej niż dwie minuty, więc nasze początkowe rozmowy były krótkie i urywane. Rozśmieszał mnie zabawnymi opisami naszych klientów.
- Ona z pewnością nie zapamięta, że złożyła to zamówienie - powiedział. - Jestem przekonany, że gadała przez sen. Mógłbym jej sprzedać każdy ręcznik, który mamy na stanie.
Wyciszał połączenia w ich trakcie, stroił miny i wykrzykiwał takie słowa jak: "O mój Boże, nie chcę słuchać opowieści o jej hemoroidach". W przeciwieństwie do innych klientów, ci starsi reagowali spokojnie na nasze telefony, gdyż była to dla nich okazja do opowiadania o swoich problemach zdrowotnych.
Ponieważ wiedziałam o jego przekonaniach religijnych, zdumiało mnie całkiem normalne zachowanie Thomasa. Jego emocje i śmiech zaczęły nawiedzać moje myśli i dość szybko zaczęłam się zastanawiać, jak by to było, gdybyśmy się pocałowali, a przed rozpoczęciem roboty naprawdę się cieszyłam, że go zobaczę. Nigdy nie zwracałam uwagi na to, jak wyglądam w pracy, ale złapałam się na tym, że pilnuję uważnie makijażu i fryzury.
Wkrótce zaczął brać przerwy na lunch w tym samym czasie, co ja. Do tej pory brał je później, a ja lubiłam jeść wcześnie. Zawsze głodowałam do południa, bo choć wiedziałam, że nie powinnam tego robić, nigdy nie jadałam przyzwoitych śniadań. Za pierwszym razem, kiedy poszedł na przerwę razem ze mną, pomyślałam, że pewnie zrobił to dlatego, że chce wcześniej wyjść z pracy, ale liczyłam po cichu, że chciał po prostu spędzić ze mną czas. Za drugim razem, kiedy usiadł obok mnie przy stole w kantynie, starałam się ze wszystkich sił, żeby zamaskować podniecenie i zachowywać się nonszalancko.
- Co czytasz? - zapytał, zauważając mój otwarty podręcznik. Zawsze robiłam lekcje w przerwach.
- Kanta. Mój nauczyciel angielskiego ma na jego punkcie obsesję.
- Uch, pamiętam te czasy.
- Czytałeś Kanta? W college'u?
Roześmiał się.
- Tak, nie czytamy wyłącznie Biblii przez cały dzień.
Poczułam, że się czerwienię.
- Wybacz.
Położył mi dłoń na ramieniu. Dotknął mnie wtedy po raz pierwszy.
- Nie przejmuj się. Żartowałem tylko. Wszyscy zakładają, że siedzimy przez cały czas i rozprawiamy o Bogu. Zapewniam cię, zdziwiłabyś się. To zupełnie jak zwykły college. Mamy takie same zajęcia i zdajemy takie same egzaminy jak ty. Mamy po prostu również dodatkowe zajęcia, związane z wybraną tematyką.
- A co ty wybrałeś?
- Chcę zostać pastorem młodzieży. A jak tam u ciebie?
- Jeszcze nie zdecydowałam. Waham się między prawem i medycyną. Jednego dnia chcę zostać lekarką i jestem praktycznie przekonana, że to dla mnie najlepszy wybór, a po kilku dniach uważam tę decyzję za najgorszą z najgorszych i myślę tylko o tym, by być prawniczką. To bardzo poważny wybór, a ja nie chcę postąpić niewłaściwie.
- W końcu wybierzesz. - Czekałam, aż powie coś więcej, ale zabrał się za konsumowanie odgrzewanego makaronu. Wyglądał na włoski, a ja uwielbiałam tę kuchnię, ale już od dawna nie byłam w dobrej knajpie.
Dość szybko wypracowaliśmy sobie codzienną rutynę. Mieliśmy trzy wspólne zmiany każdego tygodnia i szliśmy razem na przerwy w południe. Zaczęłam przynosić mu ciasta, które piekłam. Nie radziłam sobie w kuchni tak dobrze, jak Emily, ale przygotowywałam lepsze wypieki, które potem zabierałam do pracy, byśmy mogli je razem zjeść. Z czasem przynosiłam ich coraz więcej, żeby mógł zabrać porcję do domu. Właśnie przekazywałam mu paczkę z ciastem marchewkowym, kiedy zaprosił mnie oficjalnie na randkę.
- Powinniśmy jeść razem coś więcej niż tylko lunche w pracy. Chcesz się przekonać, czy tak samo dobrze zasmakuje nam wspólna kolacja?
Zamarłam. Uwielbiałam nasze lunche i lubiłam spędzać z nim czas, ale na nic więcej nie byłam gotowa. Przestałam chodzić na randki, kiedy Emily zachorowała. Była zazdrosna, kiedy spędzałam czas z kimś innym, więc unikałam tego, żeby jej nie stresować.
Pokręciłam głową.
- Nie mogę.
Wzruszył ramionami.
- Nic się nie stało.
Obawiałam się, że skoro dałam mu kosza, zrezygnuje ze wspólnych lunchów w pracy, ale tego nie zrobił. Zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło, co nie przeszkodziło mu w ponownym składaniu mi propozycji. W każdy piątek w mniej lub bardziej subtelny sposób zapraszał mnie na randkę, a ja odmawiałam. W końcu po dwóch miesiącach zgodziłam się z nim spotkać, bo bardzo dobrze się przy nim czułam i zaczęłam go lubić. Powiedziałam Emily, że biorę dodatkową zmianę i wrócę później do domu. Nie lubiłam jej okłamywać, ale nie miałam wyboru.
Po zakończeniu zmiany poszliśmy do małej restauracji włoskiej. Byłam tak zestresowana, że odważyłam się zjeść tylko zwykłe spaghetti. Nie wiedziałam, czy wynikało to z mojej nerwowości, czy z przyjemności związanej z przebywaniem z kimś innym, ale nie mogłam przestać mówić. Nadawałam cały czas na temat moich zajęć, czytanych książek i ulubionych filmów. Do tej pory na randkach pozwalałam wygadać się facetom, a sama słuchałam, ale z Thomasem czułam się niezwykle komfortowo. Dobrze było rozmawiać z kimś, kto nie był pogrążony w depresji. Okazał się znakomitym rozmówcą i spodobało mi się, że jest mądry, ponieważ nie musiałam udawać braku inteligencji. Większość facetów traciła odwagę po kontakcie z moim intelektem, ale jemu się to podobało. Rozmawialiśmy tak długo, że personel zaczął się krzątać, by zamknąć restaurację.
Od naszej pierwszej kolacji upłynął już prawie rok. Pociągnęłam go za rękę i splotłam z nim palce.
- Mnie też na tobie zależy. - Poczułam, że moje policzki robią się pąsowe i odwróciłam wzrok. - Chcę, żebyś poznał Emily. Wiem, że jeśli da ci szansę, będzie traktowała cię tak samo jak ja.
Włączył się ustawiony w jego zegarku alarm, który zwiastował zakończenie zmiany. Nie jadaliśmy już lunchu w kantynie. Przynosiliśmy swoje własne jedzenie i siedzieliśmy w jego białej hondzie, żeby zjeść w spokoju. Zaczęliśmy w ten sposób spędzać razem czas tuż po pierwszej randce i nie zmieniliśmy tego nawyku. Oboje staraliśmy się pogodzić ze sobą szkołę i pracę, a czas spędzany w trakcie przerw był dla nas bezcenny. Odłożyliśmy nasze rzeczy i wróciliśmy do środka.
Zajęłam miejsce, założyłam słuchawki z mikrofonem i przeszłam w tryb automatyczny. Kiedy powiem Emily o Thomasie, wszystko w moich relacjach z nią ulegnie zmianie. Choć obwiniałam Emily za moją niechęć i zwłokę w ujawnieniu naszego związku, sama bardzo się tego obawiałam. Powiedzenie Emily o Thomasie będzie pierwszym krokiem do naszej siostrzanej separacji. Nawet jeśli okaże się on niewielki, to po jego zrobieniu nie będzie już odwrotu. Nasza relacja z Emily już nigdy nie będzie taka sama jak do tej pory.
Nie chodziło bynajmniej o to, że nie spotykałyśmy się z chłopakami. Emily randkowała jeszcze częściej niż ja. Chłopcy ją uwielbiali. W liceum w każdym tygodniu miała nowego, ale szybko ich eliminowała, jakby przymierzała kolejną parę dżinsów. Żadna z nas nie podchodziła jednak do facetów na poważnie ani nie rozważała z nimi przyszłości. W głębi serca wiedziałam, że nadejdzie taki dzień, kiedy jedna z nas pozna mężczyznę i zacznie budować swoje życie bez tej drugiej, założyłam chyba jednak, że to ona będzie pierwsza. Teraz nie miałam już wątpliwości, że będzie na odwrót. Od lat nie była na żadnej randce, nie pamiętam nawet, kiedy wyszła po raz ostatni z mieszkania.
Na samą myśl o budowaniu życia z kimś innymi niż moja siostra przewraca mi się w żołądku z ekscytacji i strachu. Zawsze byłyśmy tylko my dwie, ponieważ od tego zależało nasze przetrwanie. Stanowiłyśmy zespół i nie dałybyśmy sobie bez siebie rady w dzieciństwie.
Kiedy mieszkałyśmy z matką, potrafiła zamykać nas w pokoju na wiele dni i znikać. To Emily zorientowała się pierwsza, jak pozbyć się swędzącej i bolesnej wysypki na naszych nogach i po wewnętrznej stronie ud. Była ona skutkiem wielodniowego noszenia tych samych przesiąkniętych moczem i odchodami pieluch, nie miałyśmy jednak w sobie tyle odwagi, by je zdejmować. Kiedy zrobiłyśmy to pewnego razu, matka wpadła w furię. Chwyciła druciany wieszak, którego używała do bicia nas, i dodała kolejne wzorki na naszych otwartych ranach. W naszym pokoju stało duże, czerwone wiadro z tworzywa, które matka zapomniała pewnego razu zabrać. Emily zaczęła zdejmować pieluchę i ukucnęła nad nim, żeby się załatwić. Ja też to zrobiłam. Obie skorzystałyśmy z wiadra jak z toalety. Kiedy jedna z nas siusiała, druga nasłuchiwała, czy nie słychać klucza matki obracającego się w zamku. Z jakiegoś powodu matka się nie zdenerwowała, kiedy odkryła, że korzystamy z wiadra, i raz w tygodniu pozwalała nam je opróżniać do toalety. Nie siedziałyśmy już na ładunku własnych odchodów i nasze wysypki w końcu ustąpiły. Wciąż musiałyśmy wciągać ten zapach do nozdrzy, ale nie musiałyśmy już mieć tego przy ciele.
Godziny głodu i izolacji ciągnęły się bez końca, ale wypełniałyśmy je swoją obecnością. Opowiadałyśmy sobie historie o wymyślonych rodzinach i doprowadzałyśmy się do śmiechu. Nasza ulubiona zabawa polegała jednak na naprzemiennym wcielaniu się w matkę. Kiedy to ja byłam matką Emily, wiedziałam, że lubi być gładzona po włosach, więc leżała z głową na moich kolanach, a ja ją głaskałam raz za razem, nucąc pod nosem. Kiedy Emily była moją matką, wiedziała z kolei, że lubię być drapana po plecach, rysowała więc na nich palcem obrazki, dopóki nie zasnęłam. Porozumiewałyśmy się w tajnym języku, więc kiedy matka była w pobliżu, nie miała pojęcia, o czym mówimy. Śpiewałyśmy i bawiłyśmy się w przedstawienia teatralne. Kiedy kończyło się jedzenie i głodowałyśmy, spałyśmy wtulone w siebie jak szczenięta poszukujące odrobiny ciepła.
Sen w trakcie głodówki był przerywany, jakbyśmy tkwiły zawieszone między nim a jawą. Co chwilę miałam jakieś niezwykle klarowne sny. Razem się budziłyśmy i razem odchodziłyśmy w błogą nieświadomość.
Kiedy skończyłyśmy pięć lat, matka zaczęła wypuszczać nas z sypialni i pozwoliła poruszać się po mieszkaniu. Nie znałyśmy zewnętrznego świata poza czterema ścianami naszego pokoju, a małe mieszkanie było dla nas wielką krainą. Wtedy nie wiedziałyśmy jeszcze, że w końcu będziemy w nim uwięzione jak wcześniej w sypialni - byłyśmy nim całkowicie oczarowane. Po drugiej stronie pokoju dziennego matka miała swoją sypialnię, którą trzymała zamkniętą. Kiedy opuszczałyśmy swój pokój, obowiązywały nas surowe zasady.
- Nie wolno wam wchodzić do mojej sypialni. Nigdy - powiedziała z naciskiem. - Rozumiecie? Jeśli to zrobicie, zamknę was z powrotem w pokoju i już nigdy nie wypuszczę.
Pokiwałyśmy zgodnie głowami.
- Kiedy tutaj przebywacie, macie być cicho. Jeśli ktoś was usłyszy, znów użyję paska. Mówię poważnie. Rozumiemy się? - Pacnęła mnie w bok głowy.
- Tak, rozumiem, matko. Naprawdę. Mamy być cicho - odparłam.
Ujęła twarz Emily w dłonie i popatrzyła jej w oczy.
- A ty, moja słodka panno? Będziesz cicho, kiedy cię wypuszczę?
Emily skinęła głową i spojrzała na mnie. Chwyciła mnie za rękę, ale matka ją wyszarpnęła.
- Mów, słucham. Jestem twoją matką. Czego na nią patrzysz? Ty też możesz się wypowiedzieć. A może jesteś na to zbyt głupia? Zawsze się mówi, że jest jedna mądra i jedna głupia bliźniaczka. Ty chyba jesteś tą drugą.
Emily zaczęła płakać.
- Zamknij się! Przestań ryczeć. Boże, przestań! Tego akurat mogłabyś się nauczyć od siostry. Ona nigdy nie płacze. Wie, jak być silną. Ty jesteś po prostu żałosna. Wiesz co? Wracaj do pokoju. Obie z powrotem!
Pobiegłyśmy jak najszybciej do siebie. Trzymałam Emily, która łkała bezgłośnie, bo głośny płacz jeszcze bardziej irytował matkę. Byłyśmy zdania, że nasza szansa na wyjście z pokoju przepadła bezpowrotnie, ale niedługo potem matka znów nas wypuściła i powtórzyła po raz drugi te same instrukcje. Tym razem zaliczyłyśmy jej test, więc okazjonalnie pozwalała nam wychodzić pod swoją nieobecność. Zademonstrowała nam działanie telewizora i za każdym razem przed nim zasiadałyśmy.
- Nie wyłączajcie go. Kiedy mnie nie ma, ma pozostawać włączony. Jeśli ktoś zapuka do drzwi, nie otwieracie. Niezależnie od wszystkiego. Nie obchodzi mnie, kto to będzie lub co powie. Siedzicie cicho i zostajecie na miejscu. Nie wolno wam otwierać żaluzji. - Podeszła do okna w pokoju dziennym i je wskazała. - Przez cały czas mają być zamknięte. Kropka. Jeśli się zorientuję, że któraś z was złamała zasady, zgotuję wam piekło.
A potem wychodziła. Czasami na długie godziny. Bywało również, że znikała na kilka dni. Nigdy nie wiedziałyśmy, kiedy wróci. Siedziałyśmy zafascynowane telewizją ze względu na nowe głosy i twarze, z którymi nigdy dotąd nie miałyśmy żadnego kontaktu. Widziałyśmy ludzi, których skóra nie była tak brzoskwiniowa jak nasza, lecz pomalowana na inny kolor. Siedziałyśmy przed ekranem na podłodze, urzeczone i oszołomione. Nigdy nie wiedziałyśmy, kiedy matka nas uwolni z sypialni, jednak świadomość istnienia innego świata sprawiała, że czas spędzony w niewoli był nieco bardziej znośny, poza tym miałyśmy nowe tematy do wspólnej zabawy.
Nie upłynęło wiele czasu, kiedy poznałyśmy pierwszą osobę z zewnętrznego świata. Kiedy przekroczył drzwi z matką, patrzyłyśmy na niego z Emily, jakby wyszedł z ekranu telewizora. Ubrany był w granatowe dżinsy i czarną koszulkę z jakimś nieznajomym napisem. Włosy miał jasne i krótkie, a na nosie tkwiły duże okulary. Zza paska wystawał mu brzuch, który podrygiwał, kiedy śmiał się z matką, jakby miał coś w środku. Śmierdział jak matka - towarzyszył mu ten sam wstrętny zapach psującego się sera.