Zamknięta w ciemności - Marta Mituta

Kup ebooka

38.80 zł

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Darcy

Otwo­rzy­łam oczy i prze­tar­łam je dłońmi, pró­bu­jąc po­zbyć się resz­tek snu. Co prawda, pod­nie­sie­nie po­wiek ni­czego nie zmie­niało, ale chcia­łam za­cho­wać pod­sta­wowe od­ru­chy. Le­ża­łam przez chwilę, ma­jąc przed oczami tylko ciem­ność. Mo­głoby się wy­da­wać, że po tylu la­tach po­win­nam się przy­zwy­czaić... Cza­sem tuż po prze­bu­dze­niu, przez te kilka bło­gich se­kund nie­świa­do­mo­ści, czu­łam się nor­mal­nie. My­śla­łam, że za­raz spoj­rzę na swój po­kój i wyj­rzę za okno, by oce­nić po­godę. Ale to ni­gdy się nie działo.

Gdy ty bu­dzisz się rano do szkoły i otwie­rasz oczy, pra­gniesz je z po­wro­tem za­mknąć i wró­cić do snu. A ja? Ja ma­rzy­łam, by któ­re­goś dnia były na­prawdę otwarte.

Wes­tchnę­łam ci­cho, gdy zda­łam so­bie sprawę, że znowu so­bie to ro­bi­łam. Za­miast sku­pić się na czymś po­zy­tyw­nym, do­ło­wa­łam się od sa­mego rana. Na­prawdę sta­ra­łam się my­śleć o po­zy­ty­wach, ale cza­sami było to nad wy­raz trudne. By­łam prze­cież na­sto­latką, która pra­gnęła gdzieś przy­na­le­żeć i nie od­sta­wać od reszty.

Po­woli zsu­nę­łam nogi z łóżka. Po­ło­ży­łam dłoń na szafce i po­czu­łam pod nią miękki ma­te­riał. Lekko się uśmiech­nę­łam. Mama co­dzien­nie szy­ko­wała mi ubra­nia, za co by­łam jej ogrom­nie wdzięczna. Pra­gnę­łam być sa­mo­dzielna, lecz ta­kie drobne ge­sty wiele mi uła­twiały. Po­woli się ubra­łam, szu­ka­jąc przy tym metki, żeby mieć pew­ność, że pra­wi­dłowo wszystko włożę. Wsta­łam i po­szłam do ła­zienki znaj­du­ją­cej się na ko­ry­ta­rzu. Poza do­mem za­zwy­czaj ko­rzy­sta­łam z la­ski lub po­mocy przy­ja­ciela, ale tu­taj nie po­trze­bo­wa­łam wspar­cia. Zna­łam plan miesz­ka­nia na pa­mięć. Cał­kiem do­brze so­bie ra­dzi­łam, li­cząc kroki, mia­łam też wspo­mnie­nia z czasu, gdy jesz­cze wi­dzia­łam. Ale i tak uwa­ża­łam przy każ­dym kroku. W moim przy­padku zbyt duża pew­ność sie­bie mo­gła być zgubna.

Po po­ran­nej to­a­le­cie ru­szy­łam do kuchni. Po­czu­łam za­pach na­le­śni­ków, na co w jed­nej chwili sze­roko się uśmiech­nę­łam. Sły­sza­łam lek­kie skwier­cze­nie, więc do­my­śli­łam się, że mama wciąż je sma­żyła.

- Cześć, mamo - po­wie­dzia­łam w stronę, z któ­rej do­bie­gało jej ci­che pod­śpie­wy­wa­nie, i usia­dłam przy stole.

- Cześć, skar­bie. - Po­czu­łam lek­kie mu­śnię­cie jej ust na czole.

Od­kąd pa­mię­ta­łam, co­dzien­nie rano ca­ło­wała mnie w czoło. Lu­bi­łam ten mały zwy­czaj.

- Mam na­dzieję, że bę­dzie ci sma­ko­wać - po­wie­działa w chwili, gdy usły­sza­łam stu­kot ta­le­rza sta­wia­nego na stole, i się uśmiech­nęła.

Skąd wie­dzia­łam? No cóż, do­sko­nale zna­łam jej po­zy­tywną na­turę. Mama czę­sto się śmiała i uśmie­chała.

- Za­wsze mi sma­kuje.

Moja mama była nie­sa­mo­wi­cie silna. Przez sie­dem dłu­gich lat, od­kąd stra­ci­łam wzrok, ni­gdy się nie skar­żyła. Mimo że sta­ra­łam się być jak naj­bar­dziej sa­mo­dzielna - upar­łam się na­wet na nor­malną szkołę - i nie spra­wiać żad­nych pro­ble­mów, było nam ciężko.

Oj­ciec, a ra­czej czło­wiek, który mnie spło­dził, szybko uciekł od pro­blemu, któ­rym by­łam. Twier­dził, że prze­ro­sła go opieka nad nie­wi­do­mym dziec­kiem, więc spa­ko­wał wa­lizki i wy­je­chał na drugi ko­niec kon­ty­nentu. Co mie­siąc na konto mamy wpły­wały ali­menty. Pen­sja pra­cow­nicy po­rząd­ko­wej wraz z ali­men­tami po­kry­wały pod­sta­wowe po­trzeby, ale wciąż ży­ły­śmy skrom­nie i mia­łam świa­do­mość, że cza­sami by­wało ciężko.

Gdy skoń­czy­łam jeść, umy­łam po so­bie na­czy­nia. Zbli­ża­jąc się ku koń­cowi, po­czu­łam za sobą obec­ność mamy. Od­wró­ci­łam się i po­sła­łam jej sze­roki uśmiech.

- Wło­ży­łam ci do torby dru­gie śnia­da­nie - usły­sza­łam, a po­tem mama po­wie­siła mi na ra­mie­niu moją torbę. - No, idź już do szkoły. Tylko na sie­bie uwa­żaj, skar­bie.

- Za­wsze uwa­żam - za­pew­ni­łam, lekko ją przy­tu­la­jąc.

Do szkoły mia­łam nie­da­leko, a drogę w za­sa­dzie zna­łam na pa­mięć. Z po­mocą bia­łej la­ski i li­cząc kroki, do­cie­ra­łam na miej­sce bez więk­szego pro­blemu. Na po­czątku mama nie była za­chwy­cona, gdy pew­nego dnia oznaj­mi­łam, że za­cznę cho­dzić do szkoły sama. Po­trze­bo­wa­ły­śmy wielu roz­mów i traf­nych ar­gu­men­tów, by w końcu ule­gła. Wie­działa, jak wiele zna­czyła dla mnie sa­mo­dziel­ność.

Miesz­ka­ły­śmy w mało uczęsz­cza­nym re­jo­nie mia­sta. Trasa pro­wa­dząca do szkoły na szczę­ście nie była ru­chliwa. Wio­dła przez park, więc co­dzien­nie przy­słu­chi­wa­łam się sze­le­stowi li­ści i śpie­wom pta­ków. Po wy­padku mu­sia­łam po­le­gać na słu­chu, wę­chu i do­tyku. Na po­czątku nie było to pro­ste, ale po cza­sie się przy­zwy­cza­iłam. Za­ak­cep­to­wa­łam świa­do­mość, że nie od­zy­skam tego, co utra­ci­łam, i na­uczy­łam się z tym żyć.

Usły­sza­łam gwar roz­mów i śmie­chy na­sto­lat­ków, za­tem by­łam pod szkołą. Ucznio­wie za­zwy­czaj scho­dzili mi z drogi, gdy mnie wi­dzieli, więc mia­łam mniej­sze obawy, że na ko­goś wpadnę. Nie­mal mo­głam po­czuć ich spoj­rze­nia na swo­jej skó­rze. Za­wsze się pa­trzyli. Wie­dzia­łam już, że lu­dziom trudno było zro­zu­mieć coś, co jest inne, od­mienne. Nie mia­łam im tego za złe. Było mi je­dy­nie przy­kro, że tak ła­two mnie od­rzu­cili.

Gdy już we­szłam do bu­dynku, skrę­ci­łam w prawo, wy­sta­wia­jąc rękę w tę samą stronę. Gdy tra­fi­łam na zna­jomą tek­sturę sza­fek, uśmiech­nę­łam się pod no­sem. Za­czę­łam iść pro­sto, od­li­cza­jąc, gdy na­tra­fia­łam na ko­lejne szafki. Je­den, dwa, trzy... i w końcu dzie­sięć, czyli moja. Uśmiech­nę­łam się z po­wodu tego ma­łego zwy­cię­stwa i za­czę­łam pa­ko­wać książki do torby. Były one oczy­wi­ście pi­sane Bra­ille'em.

Gdy po­czu­łam lek­kie mu­śnię­cie na po­liczku, uśmiech­nę­łam się. Do­brze wie­dzia­łam, kto stał obok. W za­sa­dzie nie było to trudne do od­gad­nię­cia, bio­rąc pod uwagę, że w ca­łej szkole mia­łam jedną bli­ską osobę.

- Cześć, Luke - przy­wi­ta­łam się i od­wró­ci­łam w stronę, z któ­rej do­bie­gał jego ci­chy od­dech.

- Cześć, gwiazdko.

Zro­biło mi się cie­plej na sercu, gdy usły­sza­łam to słowo. Od ma­łego tak mnie na­zy­wał.

- Skąd wie­dzia­łaś, że to ja?

Mo­głam się do­my­ślić, że uniósł brwi i zmru­żył za­baw­nie oczy. A przy­naj­mniej tak to so­bie za­wsze wy­obra­ża­łam.

- Po­myślmy... Kto inny mnie do­tyka w po­li­czek? - Po­stu­ka­łam pal­cem w brodę, wy­wo­łu­jąc śmiech przy­ja­ciela. - No i po­znaję twój za­pach i do­tyk.

- Mój za­pach? Czy ty mnie kie­dyś wą­cha­łaś? Mam się bać? - za­py­tał prze­ra­żo­nym gło­sem.

Do­brze wie­dzia­łam, że się zgry­wał. Czę­sto to ro­bił, a ja to uwiel­bia­łam. Był moim pro­my­kiem słońca, który roz­świe­tlał na­wet te naj­bar­dziej po­chmurne dni.

- Tak, za­mie­rza­łam cię za­cią­gnąć w krzaki i wy­ko­rzy­stać - wy­szep­ta­łam mu do ucha.

- Ty byś na­wet mu­chy nie skrzyw­dziła - prych­nął, ruj­nu­jąc dło­nią moją fry­zurę.

Szcze­rze mo­głam po­wie­dzieć, że Luke był ży­wym skar­bem i moim je­dy­nym praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem. Zna­li­śmy się od dziecka i on je­dyny mnie nie opu­ścił. Jako dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka mia­łam wielu przy­ja­ciół - wtedy tak my­śla­łam. Wszy­scy ode­szli. Zo­stali tylko Luke i mama. Reszta po pro­stu to­le­ro­wała mnie w swoim oto­cze­niu. Nie ro­zu­mia­łam, dla­czego nikt nie chciał spę­dzać ze mną czasu. Prze­pła­ka­łam z tego po­wodu wiele nocy, a mama nie po­tra­fiła mi po­móc. Bo co po­wie­dzieć dzie­się­cio­latce, którą wszy­scy opu­ścili? Jak jej wy­tłu­ma­czyć, że jest nie­wy­star­cza­jąca w oczach in­nych?

Pa­mię­tam, jak któ­re­goś dnia Luke za­brał mnie na bi­wak. Co prawda, był w jego ogro­dzie, ale gdzie in­dziej pu­ści­liby dwoje je­de­na­sto­lat­ków? Była noc, a on opo­wia­dał mi, jak piękne są gwiazdy. Szcze­gó­łowo wy­ja­śniał ich uło­że­nie i de­kla­ro­wał, że do końca ży­cia może mi wszystko opi­sy­wać. Po­wie­dział wtedy coś, dzięki czemu po­mógł mi się po­zbie­rać: "Darcy, ty je­steś jak te gwiazdy. Wy­jąt­kowa. A oni po pro­stu nie po­tra­fią tego do­strzec".

Od tego czasu było co­raz le­piej, a ja zdo­by­łam umie­jęt­ność ra­dze­nia so­bie z od­rzu­ce­niem. Oczy­wi­ście mia­łam mo­menty za­ła­ma­nia, ale je prze­zwy­cię­ża­łam. Na­uczy­łam się, że nie mo­głam oka­zy­wać sła­bo­ści. Gdy lu­dzie do­strzegą, że nie je­steś w sta­nie się obro­nić, że je­steś zbyt słaba, wtedy już nie da­dzą ci spo­koju.

- To co, idziemy na bio­lo­gię?

- Oczy­wi­ście, pa­nie ka­pi­ta­nie. - Za­sa­lu­to­wa­łam.

Luke ze śmie­chem zła­pał mnie pod rękę i wspól­nie ru­szy­li­śmy w kie­runku sali.

Wiele osób uwa­żało nas za parę, ale się my­lili. Ko­cha­łam Luke'a, ale jak przy­ja­ciela czy brata. Luke wo­lał fa­ce­tów, o czym nie­wiele osób wie­działo. Mimo że ni­gdy nie po­wie­dział tego wprost, oba­wiał się ujaw­nie­nia. Dla­tego na każ­dym kroku sta­ra­łam się po­ka­zać mu, że w pełni go ak­cep­tuję. Ja z ko­lei na­wet nie li­czy­łam na zwią­zek. Po­go­dzi­łam się już z tym, że ni­gdy nie od­najdę mi­ło­ści. Nikt nie chciałby być z nie­wi­domą. By­łam zbyt du­żym cię­ża­rem, a lu­dzie w związ­kach szu­kali wspar­cia, a nie do­dat­ko­wego ba­la­stu.

Gdy we­szli­śmy do klasy, za­ję­li­śmy na­sze stałe miej­sca, a chwilę póź­niej po­ja­wiła się pani Green. Od razu za­pa­no­wała ci­sza. Cie­szyła się sza­cun­kiem i sym­pa­tią uczniów. Była jedną z naj­bar­dziej po­moc­nych osób i ni­gdy nie ro­biła pro­ble­mów w związku z mo­imi spe­cjal­nymi za­sa­dami na­ucza­nia. Nie by­łam w sta­nie funk­cjo­no­wać jak prze­ciętny uczeń, a bar­dzo nie chcia­łam na­ucza­nia in­dy­wi­du­al­nego, dy­rek­tor po­szedł mi na rękę. Szkoła za­ła­twiła dla mnie pod­ręcz­niki pi­sane al­fa­be­tem Bra­ille'a, a spraw­dziany i kart­kówki za­li­cza­łam ust­nie. Z za­jęć spor­to­wych by­łam zwol­niona. Zda­wa­łam so­bie sprawę, że by­łam trak­to­wana ulgowo i nie­któ­rzy mieli mi to za złe. Była to jed­nak cena za odro­binę nor­mal­no­ści i by­łam ją go­towa za­pła­cić.

Po lek­cjach mia­łam po­cze­kać na Luke'a na jed­nej z ła­wek, tak jak za­wsze to ro­bi­łam. Przy­ja­ciel za­zwy­czaj od­pro­wa­dzał mnie do domu, chyba że koń­czy­li­śmy w bar­dzo róż­nych go­dzi­nach.

Jak na złość zo­sta­wi­łam białą la­skę w kla­sie, ale do­sta­nie się na umó­wione miej­sce nie było przez to nie­moż­liwe. Wła­śnie za­mie­rza­łam skrę­cić, gdy na ko­goś wpa­dłam. Był to zde­cy­do­wa­nie chło­pak, po­nie­waż dla za­cho­wa­nia rów­no­wagi opar­łam się dłońmi o jego twardą klatkę pier­siową. Pod pal­cami mo­głam wy­czuć za­rys mię­śni, które pew­nie były efek­tem re­gu­lar­nych wi­zyt na si­łowni. Od razu też ude­rzył we mnie jego mocny za­pach, który był po­łą­cze­niem mięty i cze­ko­lady, a ta mie­szanka była ab­so­lut­nie odu­rza­jąca.

- Prze­pra­szam - wy­szep­ta­łam spe­szona, gdy już sta­nę­łam pro­sto. Ist­niało bar­dzo duże praw­do­po­do­bień­stwo, że za­czer­wie­ni­łam się ni­czym po­mi­dor.

- Prze­pra­szam? Nie na­uczyli cię cho­dzić? Na­stęp­nym ra­zem może patrz, jak le­ziesz. Ślepa je­steś?! - Jego głos był prze­peł­niony ja­dem i wście­kło­ścią.

Za­mar­łam, a wo­kół na­gle za­pa­no­wała gro­bowa ci­sza. Każdy mu­siał go usły­szeć, a te­raz cze­kali na moją re­ak­cję, na przed­sta­wie­nie.

- Co, nie­mową też je­steś? - Za­śmiał się szy­der­czo. - A wam wszyst­kim też mowę od­jęło? - rzu­cił praw­do­po­dob­nie w stronę przy­glą­da­ją­cych się nam uczniów.

Wła­śnie ta­kie mo­menty spra­wiały, że mia­łam dość wszyst­kiego. Tra­ci­łam wiarę w lu­dzi. Ta­kie chwile mnie ła­mały. Nie mo­głam po­zwo­lić, by wszy­scy zo­ba­czyli moje łzy, dla­tego ru­szy­łam szyb­kim kro­kiem przed sie­bie, nie mar­twiąc się o to, czy za­raz się nie wy­wrócę.

Nie wie­dzia­łam, kim był ten chło­pak, ale spra­wił, że znów po­czu­łam się nic nie­warta i nie­po­trzebna. Praw­do­po­dob­nie nie wie­dział, że by­łam nie­wi­doma, ale ta świa­do­mość nie spra­wiała, że czu­łam się cho­ciaż odro­binę le­piej.

Ja­kimś cu­dem do­tar­łam do domu. Na­tra­fi­łam ręką na zna­jomą skrzynkę na li­sty, na któ­rej mama dla uła­twie­nia po­wie­siła bre­lo­czek w kształ­cie czte­ro­list­nej ko­ni­czynki, która miała przy­no­sić mi szczę­ście.

Gdy w końcu zna­la­złam się w łóżku, pę­kłam. Ści­ska­łam w ra­mio­nach po­duszkę i pła­ka­łam, za­da­jąc so­bie jedno py­ta­nie: Czy kie­dy­kol­wiek prze­stanę czuć się tak nie­wy­star­cza­jąca?

Rozdział 2

Dylan

Ta dziew­czyna była bar­dzo dziwna. Za­cho­wy­wała się ni­czym sa­renka w świe­tle re­flek­to­rów, za­sty­gła i nie pró­bo­wała ucie­kać przed za­gro­że­niem. Ist­niało też praw­do­po­do­bień­stwo, że za­nie­mó­wiła na mój wi­dok. Wów­czas na­wet mo­głem zro­zu­mieć jej re­ak­cję. Jed­nak naj­bar­dziej zdzi­wiło mnie nie­by­wałe za­in­te­re­so­wa­nie ze strony lu­dzi. Każdą głu­potę trak­to­wali ni­czym przed­sta­wie­nie. Szep­tali coś do sie­bie, a to już nie­wy­obra­żal­nie mnie iry­to­wało.

- Co się tak ga­pi­cie? Przed­sta­wie­nie skoń­czone. Wra­caj­cie do swo­ich spraw, do cho­lery!

Gdy tylko na nich krzyk­ną­łem, za­pa­no­wała ci­sza. Uśmiech­ną­łem się zwy­cię­sko. Lu­bi­łem to uczu­cie, gdy nikt mi się nie sprze­ci­wiał. Da­wało mi wła­dzę nad ludźmi, któ­rej po­trze­bo­wa­łem i któ­rej kur­czowo trzy­ma­łem się każ­dego dnia.

Nie zwra­ca­jąc dłu­żej uwagi na te dzie­ciaki, wsia­dłem do czar­nego range ro­vera i ru­szy­łem z pi­skiem opon. Po kilku mi­nu­tach jazdy uświa­do­mi­łem so­bie, że tro­chę zbyt ostro po­trak­to­wa­łem tamtą dziew­czynę. Miała pe­cha, że tra­fiła na mnie, gdy by­łem wku­rzony. A wszystko za sprawą mo­jego oj­czyma. Po­sta­wił so­bie za cel spro­wa­dze­nie mnie na do­brą drogę, jak to lu­bił na­zy­wać. Pa­lant wko­pał mnie w po­moc w tej bez­na­dziej­nej szkole w jed­nej z bied­niej­szych czę­ści mia­sta. Przed kil­ku­na­stoma mi­nu­tami mia­łem ogromny za­szczyt roz­ma­wiać z dy­rek­to­rem. To spo­tka­nie na­bu­zo­wało mnie jesz­cze bar­dziej, po­nie­waż do­wie­dzia­łem się, na czym tak wła­ści­wie miała po­le­gać ta po­moc. Otóż moim za­da­niem było sprzą­ta­nie, ko­sze­nie trawy i różne inne gówna, o które mnie po­pro­szą, więc w za­sa­dzie mo­głem ro­bić tam wszystko. Wi­sienką na tor­cie oka­zała się in­for­ma­cja, że oj­czu­lek wie­dział, że za­mie­rzają za­go­nić mnie do brud­nej ro­boty.

Pró­bo­wa­łem się z tego wy­krę­cić, ale mama go po­parła i bez­czel­nie po­sta­wili mi ul­ti­ma­tum. "Mu­sisz na­uczyć się sza­cunku do pracy i pie­nię­dzy. Nie mo­żesz przez całe ży­cie tylko im­pre­zo­wać. Albo zgo­dzisz się na na­sze wa­runki, albo prze­sta­jemy cię utrzy­my­wać". Oczy­wi­ście, gdy­bym chciał, zna­la­zł­bym pracę, ale naj­zwy­czaj­niej nie mia­łem na to ochoty. W końcu oj­czym miał tyle pie­nię­dzy, że ni­czym nie mu­siał się przej­mo­wać, a skoro chciał od­gry­wać do­brego ta­tu­sia, to niech te­raz so­bie z tym ra­dzi. Poza tym prę­dzej by pie­kło za­mar­zło, niż wy­pro­wa­dził­bym się, zo­sta­wia­jąc z tym fa­ce­tem mamę i sio­strę. Mu­sia­łem więc przy­stać na po­sta­wione mi wa­runki.

Gwał­tow­nie za­trzy­ma­łem się przy sta­rym, zie­lo­nym bu­dynku. W nie­któ­rych miej­scach farba za­częła już od­pry­ski­wać. Po­czu­łem się le­piej. To było moje miej­sce, tu­taj nie mu­sia­łem ni­kogo uda­wać. Za­mkną­łem sa­mo­chód i wsze­dłem do środka. Prze­nio­słem wzrok na wo­rek tre­nin­gowy, a ką­tem oka do­strze­głem sto­ją­cego nie­da­leko Matta. Wkła­dał wła­śnie ochra­nia­cze na dło­nie. Uśmiech­nięty ru­szy­łem w jego stronę. Gdy tylko mnie zo­ba­czył, wy­szcze­rzył się.

- Siema, stary. - Uści­snę­li­śmy się, kle­piąc wza­jem­nie po ple­cach. - To te­raz opo­wia­daj, jak sprawa wy­gląda. - Za­śmiał się, a ja pac­ną­łem go po gło­wie.

Bar­dzo do­brze zna­łem Matta Browna i do­sko­nale zda­wa­łem so­bie sprawę, że miał ze mnie ubaw. Obaj mie­li­śmy po dwa­dzie­ścia lat. Matt pra­co­wał jako tre­ner piłki noż­nej dla miej­sco­wych dzie­cia­ków. Miał do nich po­dej­ście. Moja sze­ścio­let­nia sio­stra wprost go uwiel­biała. Mo­men­tami mia­łem wra­że­nie, że wo­lała go ode mnie.

Po­zna­li­śmy się jako chłopcy w skle­pie. Kłó­ci­li­śmy się o ostat­nią paczkę na­szych ulu­bio­nych cia­stek. Po dłu­giej sprzeczce w końcu do­szli­śmy do wnio­sku, że w za­sa­dzie mo­gli­by­śmy się nimi po­dzie­lić. Od razu zła­pa­li­śmy wspólny ję­zyk i sta­li­śmy się nie­roz­łączni.

W tam­tych cza­sach by­łem jesz­cze inny, ła­twiej było mnie po­lu­bić. Wie­rzy­łem w praw­dziwą mi­łość i wszyst­kie te bzdety. A po­tem ży­cie po­ka­zało mi swoje praw­dziwe ob­li­cze, lu­dzie nie­jed­no­krot­nie udo­wod­nili, jacy byli na­prawdę. Mój oj­ciec i te dupki ze szkoły.

Nie­na­wi­dzi­łem tych głu­pich osił­ków. Do tej pory, gdy przy­po­mi­na­łem so­bie, jak wy­śmie­wali się z Matta, da­lej się we mnie go­to­wało. Nie mo­głem zro­zu­mieć, dla­czego lu­dzie byli tak okrutni w sto­sunku do ko­goś ze względu na jego orien­ta­cję. Matt był ge­jem wśród na­bu­zo­wa­nych hor­mo­nami na­sto­lat­ków - i nie krył się z tym. Wtedy nie po­tra­fił się bro­nić. Był dość szczu­pły i nie na­le­żał do py­ska­tych chło­pa­ków.

Gdy tro­chę pod­ro­śli­śmy i na­bra­łem nieco siły i masy, za­czą­łem wsta­wiać się za przy­ja­cie­lem. Nie mo­głem po­zwo­lić, żeby dłu­żej go gnę­bili i pod­ko­py­wali jego już i tak marne po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Gdy Matt do­strzegł, że siłą można było od­stra­szyć od sie­bie wro­gów, zgo­dził się na wspólne tre­ningi i tak zo­stało do dzi­siaj. Tre­no­wa­li­śmy, by już ni­gdy nie być zbyt słabi, by się obro­nić. Tre­no­wa­li­śmy, by wy­ła­do­wać fru­stra­cję i wy­rzu­cić z głowy my­śli.

- Bez­na­dziej­nie - wes­tchną­łem. - Oznaj­mili mi, że będę ro­bił tam wszel­kie bez­u­ży­teczne gówna. Co cię tak śmie­szy? - wark­ną­łem zde­ner­wo­wany, gdy Matt wy­buch­nął śmie­chem.

- Ty... i po­rządki - wy­krztu­sił.

Prych­ną­łem i po­sze­dłem do szatni. Był dla mnie jak brat i od­dał­bym za niego wszystko, ale mo­men­tami mia­łem go do­syć. On i to jego po­czu­cie hu­moru... Jak u czter­na­sto­latka.

Wło­ży­łem dres i ochra­nia­cze na ręce. Aku­rat w tej kwe­stii by­łem od­po­wie­dzialny. Przez krótką chwilę przez moją głowę prze­wi­nęła się myśl, że gdy­bym roz­wa­lił so­bie dło­nie, praw­do­po­dob­nie uda­łoby mi się wziąć mamę na li­tość i wy­krę­cić się z tego ca­łego po­ma­ga­nia w szkole. Od­rzu­ci­łem jed­nak szybko ten po­mysł, nie by­łem aż ta­kim ma­so­chi­stą. Poza tym wcale nie mia­łem pew­no­ści, czy oj­czu­lek uznałby tę wy­mówkę.

Pod­sze­dłem do worka. Ude­rzy­łem, a wę­zeł w moim żo­łądku nieco się roz­luź­nił. Chcia­łem wy­ła­do­wać całą agre­sję i złość. By­łem wście­kły. Na oj­czyma, na tego cho­ler­nego dy­rek­tora, a na­wet na tamtą la­skę, po­nie­waż we­szła mi w drogę w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie.

- Ej! Do­bra, już się tak nie wście­kaj. Za­raz roz­wa­lisz ten wo­rek - usły­sza­łem za sobą głos Matta, ale nie prze­sta­wa­łem ude­rzać. - Zlu­zuj ga­cie, stary. Już nie za­bi­jaj mnie tym swoim prze­ra­ża­ją­cym spoj­rze­niem.

- Cho­ciaż ty mnie już nie de­ner­wuj - wes­tchną­łem, ocie­ra­jąc pot z czoła.

- Kto cię tak wku­rzył? Bo to chyba nie tylko re­ak­cja na twoją "pracę". - Po­ka­zał pal­cami cu­dzy­słów w po­wie­trzu.

- Naj­pierw Steve. Czy on nie po­trafi zro­zu­mieć, że ot tak nie sta­nie się moim oj­cem? Zresztą ni­gdy nim nie bę­dzie. Niech się po­go­dzi z tym i nie wpier­ni­cza w moje ży­cie! To nie jest na­wet w naj­mniej­szym stop­niu jego sprawa. Po­tem jesz­cze ten iry­tu­jący dy­rek­tor, a na końcu ja­kaś la­ska do­pro­wa­dziła mnie do szału - mó­wi­łem, za­ci­ska­jąc zęby ze zde­ner­wo­wa­nia.

- La­ska? Za­mie­niam się w słuch. - Zło­żył ręce w pi­ra­midkę, tak jak to ro­bili le­ka­rze w fil­mach.

Prze­wró­ci­łem oczami.

- Nie wy­obra­żaj so­bie już na­szego mał­żeń­stwa, Matt. Ła­maga wla­zła na mnie w szkole, a ja na nią na­wrzesz­cza­łem.

- Już jej współ­czuję. - Za­śmiał się. - Pew­nie się dziew­czyna przez cie­bie za­ła­mała.

- Wła­śnie nie. Stała jak wmu­ro­wana. Na­wet się sło­wem nie ode­zwała - prych­ną­łem.

- Sek­sowna? - Po­ru­szył za­baw­nie brwiami.

- Okre­ślił­bym ją jako nie­winną i grzeczną - od­par­łem, zde­ner­wo­wany jego alu­zjami.

- No tak. Ty nie ty­kasz nie­win­nych.

- Za dużo z nimi pro­ble­mów - stwier­dzi­łem oczy­wi­stość. - Każda od razu się przy­wią­zuje i li­czy na mi­łość ni­czym z bajki. A ja...

- Tak wiem, Dy­lan. Ty nie szu­kasz mi­ło­ści i tych wszyst­kich bzdur. Ale nie po­wi­nie­neś na nią na­ska­ki­wać. Pa­mię­tasz, jak na mnie się wy­ży­wali? Wtedy tego nie po­pie­ra­łeś.

Zde­cy­do­wa­nie wie­dział, gdzie ude­rzyć, by do mnie do­trzeć. Jak za­wsze pra­wił mi ka­za­nia i sta­rał się prze­mó­wić do ro­zumu. To on był tym od­po­wie­dzial­nym, ale miał ra­cję. Jed­nak nie za­mie­rza­łem się ob­wi­niać. Nie mar­twi­łem się o lu­dzi, któ­rzy nie mieli dla mnie zna­cze­nia.

- To obca dziew­czyna. Poza tym pew­nie i tak jej już ni­gdy nie spo­tkam. Ta szkoła jest zbyt duża, że­by­śmy jesz­cze na sie­bie wpa­dli - po­wie­dzia­łem, od­wra­ca­jąc się do niego ty­łem.

- Nie ma zna­cze­nia, czy jest obca, czy nie. Kie­dyś zro­zu­miesz, co mam na my­śli.

Trza­sną­łem drzwiami i rzu­ci­łem torbę z prze­po­co­nymi ciu­chami w ko­ry­ta­rzu. Le­dwo zdą­ży­łem się wy­pro­sto­wać, a z sa­lonu wy­bie­gła moja sio­strzyczka i rzu­ciła mi się w ra­miona. Uśmiech­ną­łem się lekko i pod­nio­słem ją, po czym po­szli­śmy do kuchni. Po­sa­dzi­łem Mi­ley na bla­cie i po­sła­łem jej sze­roki uśmiech. Była je­dyną osobą na świe­cie, do któ­rej tak czę­sto się uśmie­cha­łem.

- Co tam sły­chać u mo­jej ma­łej księż­niczki? - Po­ła­sko­ta­łem ją lekko, aż me­lo­dyj­nie się za­śmiała.

Zła­pała za swoje blond ku­cyki i po­cią­gnęła je lekko. Jak za­wsze ubrana była na ró­żowo, po­nie­waż ubó­stwiała ten ko­lor i twier­dziła, że to barwa księż­ni­czek.

- Pani w przed­szkolu po­wie­działa, że moje ry­sunki są naj­lep­sze - za­se­ple­niła, uśmie­cha­jąc się sze­roko i uka­zu­jąc miej­sca po mle­cza­kach.

- Je­stem z cie­bie dumny. Za­wsze wie­dzia­łem, że masz ta­lent - oznaj­mi­łem, ca­łu­jąc ją w czoło. - A gdzie mama?

- Po­szła do pracy, a tata jest w swoim ga­bi­ne­cie.

Za­ci­sną­łem zęby. Fakt, że na­zy­wała go tatą, bu­dził we mnie mie­szane uczu­cia. Z jed­nej strony nie­sa­mo­wi­cie mnie to wku­rzało, z dru­giej wo­la­łem, by to jego uwa­żała za ojca, a nie tam­tego po­twora.

W sa­lo­nie włą­czy­łem ulu­bioną bajkę Mi­ley, czyli Pio­tru­sia Pana. Już po chwili moja sio­stra za­głę­biła się w hi­sto­rii i prze­stała zwra­cać uwagę na oto­cze­nie, a ja wró­ci­łem do kuchni i za­bra­łem się do zro­bie­nia to­stów. By­łem w po­ło­wie, gdy po­czu­łem czy­jąś obec­ność. Od­wró­ci­łem się. Ste­ven stał oparty o fu­trynę drzwi. Stan­dar­dowo ubrał się w gar­ni­tur, a jego czarne, si­wie­jące po bo­kach włosy były za­cze­sane do góry. Pan or­dy­na­tor jak zwy­kle wy­glą­dał nie­na­gan­nie, co jesz­cze bar­dziej mnie w nim iry­to­wało.

- Jak po­szło w szkole? - Uśmiech­nął się do mnie.

Ci­śnie­nie znowu mi się pod­nio­sło.

- Ge­nial­nie. Prze­cież wiesz. Po pro­stu fan­ta­stycz­nie!

- Mo­żesz nie krzy­czeć? - od­parł z wes­tchnie­niem. - Chyba nie chcesz, żeby Mi­ley słu­chała na­szych kłótni?

- Jakby cię to w ogóle in­te­re­so­wało - prych­ną­łem już ci­szej.

- Do­brze wiesz, że in­te­re­suje. Ko­cham ją jak włas­ną córkę. Ko­cham całą wa­szą trójkę i chcę wa­szego do­bra.

Prze­wró­ci­łem oczami na te jego słod­kie tek­sty.

- I wła­śnie dla­tego wy­sła­łeś mnie do tej bez­na­dziej­nej szkoły? Bo się o mnie trosz­czysz? No chyba ci coś nie wy­cho­dzi. - Za­śmia­łem się su­cho.

- Chcę, że­byś na­uczył się od­po­wie­dzial­no­ści. Nie mo­żesz całe ży­cie im­pre­zo­wać. Są waż­niej­sze rze­czy, a ty po­wi­nie­neś za­cząć sza­no­wać to, co masz.

- Te­raz za­mie­rzasz mi pra­wić ka­za­nia? Nie je­steś moim oj­cem! Nie masz żad­nego prawa mi roz­ka­zy­wać!

- Więc wo­lał­byś, żeby to on był te­raz z wami? Chciał­byś, żeby było tak, jak gdy z nim miesz­ka­li­ście? My­ślisz, że on się wami in­te­re­so­wał? - Wciąż mó­wił tym swoim opa­no­wa­nym gło­sem, ale można było wy­czuć w nim lek­kie drże­nie.

Nie­na­wi­dzi­łem, gdy o tym wspo­mi­nał. Nie­na­wi­dzi­łem, gdy wy­glą­dał, jakby na­prawdę się trosz­czył. Może i ko­chał mamę i Mi­ley, ale ja by­łem zbęd­nym ba­la­stem, któ­rego nie mógł się po­zbyć.

- Za­mknij się! Nie masz prawa o nim wspo­mi­nać! - Ude­rzy­łem pię­ścią w blat.

Za­nim męż­czy­zna zdą­żył za­re­ago­wać na mój wy­buch, w po­miesz­cze­niu po­ja­wiła się Mi­ley ze swoim mi­siem. Smut­nym wzro­kiem pa­trzyła na na­szą dwójkę.

- Co się stało? - wy­szep­tała, jakby bała się ode­zwać gło­śniej.

Serce ści­snęło mi się z bólu. Nie­na­wi­dzi­łem wi­dzieć stra­chu w jej oczach.

- Nic, księż­niczko. Wszystko w po­rządku. Po pro­stu gło­śno roz­ma­wiamy. - Po­sła­łem jej uśmiech i wzią­łem na ręce. - Skoń­czymy ra­zem oglą­dać bajkę? - za­pro­po­no­wa­łem, a ona po­ki­wała ocho­czo głową.

Po­sła­łem jesz­cze Ste­ve­nowi sro­gie spoj­rze­nie i po­sze­dłem z sio­strą za­głę­bić się w świat wolny od pro­ble­mów i praw­dzi­wych po­two­rów.

Rozdział 3

Darcy

Le­ża­łam zwi­nięta w kłę­bek i wsłu­chi­wa­łam się w śpiew pta­ków przez otwarte okno. Nie­które trele zda­wały mi się bar­dziej ra­do­sne, a inne mniej. Może ptaki też by­wały smutne, tak jak lu­dzie?

Do mo­ich uszu do­tarło lek­kie skrzyp­nię­cie drzwi, a po chwili dźwięk kro­ków. Mama praw­do­po­dob­nie była jesz­cze w pracy, więc uzna­łam, że to Luke. Po­czu­łam, jak łóżko lekko się ugięło, a po kilku se­kun­dach przy­ja­ciel ob­jął mnie od tyłu i oparł głowę na moim ra­mie­niu. De­li­kat­nie się uśmiech­nę­łam. Za­wsze le­że­li­śmy w ten spo­sób, gdy było mi źle. Jak zwy­kle wie­dział, czego w da­nym mo­men­cie po­trze­bo­wa­łam naj­bar­dziej.

- Jak się czu­jesz, gwiazdko? Ech... Prze­pra­szam za głu­pie py­ta­nie. Oczy­wi­ście, że nie jest do­brze.

- Jest do­brze.

- Z pew­no­ścią. A ja szy­kuję się do se­mi­na­rium. - Szturch­nął mnie lekko w bok.

Za­śmia­łam się ci­cho. Za­wsze wie­dział, co po­wie­dzieć, że­bym się uśmiech­nęła. Taki przy­ja­ciel to skarb. Każ­demu ży­czy­łam ko­goś ta­kiego.

- Wiesz, prawda? - spy­ta­łam, ma­jąc na my­śli in­cy­dent spod szkoły. - Skąd?

- Lu­dzie. - Po­czu­łam, jak wzru­szył ra­mio­nami. - Mieli sen­sa­cję, więc jak za­wsze ga­dali. Wy­py­ta­łem o szcze­góły i oto je­stem. Gdy­bym spo­tkał tego gnoja, gorzko by tego po­ża­ło­wał.

Wy­czu­łam w jego gło­sie wy­raźną złość. Za­wsze tak re­ago­wał, gdy działa mi się krzywda. Bro­nił mnie w każ­dej sy­tu­acji, bez względu na oko­licz­no­ści. Cza­sami mia­łam wra­że­nie, że od­gry­wał rolę za­równo mo­jego ojca, brata, jak i przy­ja­ciela. I cho­ciaż cza­sami czu­łam się jak to­talna ofiara, która za­wsze po­trze­buje po­mocy, by­łam mu wdzięczna. Ko­cha­łam mamę nad ży­cie, ale to Luke spra­wił, że da­łam radę za każ­dym ra­zem, gdy by­łam pewna, że już so­bie nie po­ra­dzę.

- Nie de­ner­wuj się, nie warto. Poza tym ra­czej nie wie­dział. Je­stem pra­wie pewna, że nie był z na­szej szkoły - po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się uspo­koić przy­ja­ciela.

Nie chcia­łam, by wpa­ko­wał się w ja­kieś kło­poty.

- Nie uspra­wie­dli­wiaj go. Wiem, że masz do­bre serce i w każ­dym sta­rasz się zna­leźć coś po­zy­tyw­nego, ale on za­słu­żył na to, by mu prze­mó­wić do roz­sądku. W dość do­sadny spo­sób. Ma szczę­ście, że mnie tam wtedy nie było!

- Mój ty su­per­bo­ha­te­rze - sta­ra­łam się roz­ła­do­wać na­pię­cie. - W każ­dym trzeba znaj­do­wać do­bro.

- Czyżby ktoś się tu­taj ze mnie na­śmie­wał?

Gdy tylko wy­po­wie­dział te słowa, wie­dzia­łam, co się szy­kuje. Szarp­nę­łam się, ale jego palce i tak wy­lą­do­wały na moim brzu­chu i roz­po­częły tor­tury. Śmia­łam się i wy­ry­wa­łam. Mia­łam straszne ła­skotki, co Luke bez­czel­nie wy­ko­rzy­sty­wał przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji, a zwłasz­cza wtedy, gdy chciał mi po­pra­wić hu­mor.

- Je­śli nie prze­sta­niesz, to się ob­rażę! - krzy­cza­łam mię­dzy na­pa­dami śmie­chu.

Od razu prze­stał i się od­su­nął.

- Nie chcę się na­ra­żać na twoje fo­chy. - Uda­wał prze­ra­żo­nego, a ja par­sk­nę­łam śmie­chem.

Gdy już się uspo­ko­iłam, usia­dłam na łóżku.

- To co, go­rąca cze­ko­lada na po­prawę hu­moru?

Po­ki­wa­łam twier­dząco głową, a Luke opu­ścił mój po­kój.

Nie za­mie­rza­łam cho­wać urazy do tego okrut­nego chło­paka spod szkoły, nie­za­leż­nie od tego, kim był. Pew­nie i tak ni­gdy się już nie spo­tkamy, a każdy za­słu­gi­wał na drugą szansę. Przy­naj­mniej każdy, kto o nią pro­sił. I cho­ciaż to nie uspra­wie­dli­wiało tego gbura, może to­czył wła­śnie bi­twę, któ­rej nie po­tra­fił zwy­cię­żyć, dla­tego tak się za­cho­wy­wał? A może to tylko moje głu­pie, zbyt ufne serce wy­my­ślało ta­kie sce­na­riu­sze.

- Ktoś po­wi­nien na­oli­wić to cho­ler­stwo, strasz­nie trzesz­czy - po­skar­żył się Luke, gdy za­wiasy gło­śno za­skrzy­piały.

- Nie na­rze­kaj. Ty tu nie miesz­kasz. - Wy­tknę­łam na niego ję­zyk i za­śmia­łam się pod no­sem na jego prych­nię­cie.

- Ty już nie bądź taka mą­dra. Po pro­stu o cie­bie dbam, a ty nie do­strze­gasz mo­ich sta­rań.

Kilka se­kund póź­niej po­czu­łam, jak usiadł obok mnie. Do mo­ich noz­drzy do­tarł aro­mat cze­ko­lady. Za­cią­gnę­łam się wo­nią prze­pysz­nego na­poju i uśmiech­nę­łam się lekko.

- Wy­staw ręce. Tylko uwa­żaj, bo pa­rzy - uprze­dził, jakby to nie było oczy­wi­ste.

Wy­cią­gnę­łam po­woli dło­nie, a po chwili po­czu­łam na nich go­rący ku­bek. Za­ci­snę­łam na nim palce i przy­su­nę­łam na­czy­nie do ust.

- Który to ku­bek? - za­py­ta­łam z cie­ka­wo­ści.

- W gwiazdki, gwiazdko - od­po­wie­dział, a ja w ostat­niej chwili po­wstrzy­ma­łam par­sk­nię­cie, które mo­głoby się skoń­czyć po­pa­rzo­nymi dłońmi. - To co, masz już lep­szy hu­mor?

- Ależ oczy­wi­ście. Ktoś za­wsze umie mi go po­pra­wić.

- Tak? Któż to taki? Czy po­wi­nie­nem oba­wiać się kon­ku­ren­cji? Sko­pię mu ty­łek! - Uda­wał obu­rzo­nego.

- Oba­wiam się, że nie dasz rady.

- O nie! Czy ty we mnie wąt­pisz? - za­py­tał płacz­li­wym gło­sem, a ja po raz ko­lejny po­my­śla­łam, że po­wi­nien za­pi­sać się na za­ję­cia te­atralne.

- Skądże. Tylko chyba to nie­moż­liwe, byś kop­nął w ty­łek sam sie­bie. - Wy­buch­nę­łam śmie­chem i cu­dem nie roz­la­łam cze­ko­lady.

- Ja po pro­stu je­stem z edy­cji li­mi­to­wa­nej i za to mnie ko­chasz.

- I taki skromny. Tylko brać. Szkoda, że nie mam u cie­bie szans. - Zła­pa­łam się lewą dło­nią za serce w ak­cie uda­wa­nej roz­pa­czy.

- Nie martw się, ża­den fa­cet ci nie do­równa. Każdy prze­grywa z kre­te­sem od razu na star­cie. - Po­czo­chrał moje włosy.

Po­ru­szy­łam się, stop­niowo wy­bu­dza­jąc ze snu.

- Za­snęła tak prędko? - Usły­sza­łam ci­chy głos mamy, stłu­miony przez ściany.

- Tak. Była tro­chę zmę­czona. To był dla niej trudny dzień.

- Czy coś się stało? - Głos mamy lekko drżał.

Mar­twiła się cza­sami za bar­dzo, więc uni­ka­łam mó­wie­nia jej o pro­ble­mach. Do­syć się już przeze mnie w ży­ciu na­cier­piała.

- Niech się pani nie mar­twi. To nic, z czym Darcy by so­bie nie po­ra­dziła. Jest bar­dzo silna - za­pew­nił Luke.

Był wspa­nia­łym czło­wie­kiem i w każ­dym mo­men­cie sta­rał się po­cie­szać wszyst­kich wo­kół.

- Wiem, jest taka silna. Je­stem z niej ogrom­nie dumna, ale to wciąż tylko na­sto­latka...

- Pro­szę nie pła­kać. Opie­kuję się nią, naj­le­piej jak po­tra­fię. Będę ją chro­nił bez względu na wszystko.

- Każ­dego dnia dzię­kuję światu, że moja có­reczka ma ko­goś ta­kiego jak ty. Dbaj o nią. Oprócz nas nie ma ni­kogo in­nego, a nie za­słu­żyła na to wszystko.

Może i nie za­słu­ży­łam, bo czym dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka może so­bie za­słu­żyć na utratę wzroku? Jed­nak tylu lu­dzi każ­dego dnia do­wia­dy­wało się o naj­róż­niej­szych cho­ro­bach. Nikt z nich tak na­prawdę na to nie za­słu­żył. Trzeba było so­bie ja­koś z tym ra­dzić. Po­dobno zsy­łano na nas tylko tyle cier­pie­nia, ile by­li­śmy w sta­nie wy­trzy­mać. Kie­dyś więc mu­siało być do­brze, prawda?

Sie­dzia­łam na ławce, a lekki wiatr roz­wie­wał moje włosy. Li­ście szu­miały, a słońce ogrze­wało moje ciało. Mo­menty jak ten bar­dzo mnie od­prę­żały. Mo­głam się wy­ci­szyć i po­my­śleć.

Jak zwy­kle cze­ka­łam na Luke'a na na­szej ławce, a w dło­niach trzy­ma­łam książkę, prze­su­wa­jąc pal­cami po ko­lej­nych li­nij­kach. Z sa­mego rana przy­ja­ciel wrę­czył mi eg­zem­plarz Utraty Ra­chel van Dy­ken, na­pi­sany Bra­ille'em, który ku­pił oka­zyj­nie na au­kcji in­ter­ne­to­wej. Od pierw­szych stron bar­dzo mnie za­cie­ka­wiła, więc na każ­dej prze­rwie za­głę­bia­łam się w świat wy­kre­owany przez au­torkę. Wtem usły­sza­łam, jak ktoś gło­śno i gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze.

Zdez­o­rien­to­wana pod­nio­słam głowę. Mu­siał stać za­le­d­wie kilka kro­ków ode mnie po mo­jej pra­wej stro­nie.

- Luke, to ty? - za­py­ta­łam, cho­ciaż by­łam na sto pro­cent pewna, że to nie mój przy­ja­ciel.

Dla­czego ktoś stał obok mnie, wcale się nie od­zy­wa­jąc, i co wy­wo­łało tę dziwną re­ak­cję? A może by­łam tylko prze­wraż­li­wiona? Już mia­łam wró­cić do książki, gdy usły­sza­łam głos, który już zna­łam.

Rozdział 4

Dylan

Po­sta­wi­łem przed Mi­ley ta­lerz z jej ulu­bio­nymi na­le­śni­kami po­kry­tymi bitą śmie­taną i owo­cami.

- Dzię­kuję. Je­steś naj­wspa­nial­szym bra­tem na świe­cie!

Roz­ło­żyła rączki, żeby po­ka­zać mi, jak wspa­niały by­łem. Za­śmia­łem się ci­cho i pod­sze­dłem do niej.

- To te­raz po­że­gnasz się ze swoim uko­cha­nym bra­tem? - spy­ta­łem, lekko cią­gnąc jej war­ko­czyki.

- Prze­stań - za­se­ple­niła. - A gdzie idziesz?

- Do pracy. Ale obie­cuję, że po­ba­wimy się, gdy wrócę. A te­raz grzecz­nie zjedz śnia­da­nie. Po­tem czas do przed­szkola.

Uści­snęła mnie z ca­łej siły.

- Ko­cham cię - po­wie­działa cie­niut­kim gło­sem.

- Ja cie­bie też, księż­niczko.

Od­dał­bym za nią ży­cie. Spra­wiała, że ten po­pa­prany świat sta­wał się cho­ciaż odro­binę lep­szy. Dla niej by­łem opie­kuń­czy i do­bry. A przy­naj­mniej się sta­ra­łem.

Usia­dłem za kie­row­nicą i od­pa­li­łem sil­nik. Na samą myśl, że będę mu­siał od dzi­siaj pra­co­wać w tej bu­dzie, ogar­niała mnie znów wście­kłość. To chyba nie bę­dzie naj­lep­szy dzień dla pe­cho­wych lu­dzi, któ­rzy staną na mo­jej dro­dze.

By­łem spóź­niony o trzy­dzie­ści mi­nut. Za­śmia­łem się pod no­sem, zu­peł­nie się tym nie przej­mu­jąc. Co mo­gli mi zro­bić? Wy­wa­lić? By­łoby mi to na­wet na rękę, bo nie mu­siał­bym się mę­czyć w tym cyrku.

Dzie­dzi­niec przed szkołą był kom­plet­nie pu­sty, już dawno za­częły się lek­cje. Ścią­gną­łem skó­rzaną kurtkę i prze­wie­si­łem ją przez ra­mię. W bu­dynku od razu skrę­ci­łem w prawo, w stronę ga­bi­netu dy­rek­tora. Bez pu­ka­nia otwo­rzy­łem drzwi ze złotą pla­kietką: "Dy­rek­tor John Mar­shall".

Za biur­kiem sie­dział męż­czy­zna w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze. By­łem tu drugi raz i znowu za­sta­na­wia­łem się, jak to jest, że ga­bi­net miał taki wy­pa­siony, a cała szkoła była ob­skurna. Bez słowa usia­dłem na krze­śle i po­ło­ży­łem nogi na biurku. Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie znad pa­pie­rów, po­sy­ła­jąc zde­ner­wo­wane spoj­rze­nie. Uśmiech­ną­łem się sze­roko. Wy­obra­ża­łem so­bie, jak w środku go­to­wał się ze zło­ści.

- Cześć, John. Jak ci mija dzień?

- Już ci mó­wi­łem, że nie je­ste­śmy na ty. Mia­łeś być wcze­śniej. - Wska­zał na ze­gar wi­szący na ścia­nie.

- No wiesz, jak to jest z ran­nym wsta­wa­niem. - Mru­gną­łem do niego.

- W prze­ci­wień­stwie do cie­bie osoby pra­cu­jące po­tra­fią wsta­wać na czas. Wiem, co pró­bu­jesz zro­bić, i za­pew­niam cię, że ci się to nie uda. Twój oj­ciec jest moim przy­ja­cie­lem i dla­tego mu po­ma­gam. A je­śli wciąż bę­dziesz się tak za­cho­wy­wał, to bę­dziesz tu sie­dział po go­dzi­nach. Nie licz, że cię stąd wy­rzucę.

- To nie mój oj­ciec - prych­ną­łem. - A ty już się tak nie de­ner­wuj.

- Przy­się­gam, że jesz­cze kilka dni z tobą i osi­wieję - od­burk­nął pod no­sem.

- Rze­czy­wi­ście, kilka dni wy­star­czy. Dużo ci już nie bra­kuje.

Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie su­rowo i za­ci­snął usta. Na­stęp­nie wziął głę­boki od­dech.

- Nie za­mie­rzam się z tobą kłó­cić. Twoim dzi­siej­szym za­da­niem bę­dzie sko­sze­nie ca­łego traw­nika za szkołą oraz przy­cię­cie ży­wo­pło­tów. Gdy skoń­czysz, mo­żesz iść do domu. - Uśmiech­nął się, a w jego oczach po­ja­wiło się roz­ba­wie­nie.

I z czego się tak cie­szył? Sko­sze­nie trawy nie było fi­lo­zo­fią, ży­wo­płot też nie po­wi­nien być zbyt cza­so­chłonny. Uwinę się z tym szybko i będę wolny. Może jed­nak nie bę­dzie tak źle.

- Do zo­ba­cze­nia, John - po­że­gna­łem się już w lep­szym hu­mo­rze.

On se­rio my­ślał, że ko­sze­niem trawy da mi w kość? Gdy już za­ła­twi­łem ko­siarkę, która nie była zbyt nowa, oraz no­życe do tych głu­pich krza­ków, ru­szy­łem w stronę tyl­nego wyj­ścia. Gdy tylko prze­kro­czy­łem próg, moje za­do­wo­le­nie pę­kło ni­czym bańka my­dlana.

- O cho­lera...!

Przede mną roz­cią­gały się ki­lo­me­try bo­iska i te­renu wo­kół.

To chyba ja­kiś żart! Gość spe­cjal­nie to zro­bił i jesz­cze bez­czel­nie się cie­szył ze swo­jego wspa­nia­łego po­my­słu. Gdyby stał koło mnie, już dawno starł­bym mu ten cho­lerny uśmiech z twa­rzy.

- Spo­koj­nie - po­wie­dzia­łem do sie­bie. - Je­steś w sta­nie to zro­bić.

Ru­szy­łem wście­kły, cią­gnąc ko­siarkę, która pod­ska­ki­wała na nie­rów­no­ściach. No to za­czy­namy za­bawę!

Po ja­kichś trzech go­dzi­nach by­łem za­le­d­wie w po­ło­wie bo­iska. Zde­ner­wo­wany wy­łą­czy­łem urzą­dze­nie i kop­ną­łem w nie mocno. Pot lał się ze mnie li­trami. By­łem przy­zwy­cza­jony do wy­siłku, ale na dwo­rze było chyba z trzy­dzie­ści stopni i ani jed­nego drzewa wo­kół. Jakby jesz­cze było mało, mu­sia­łem co chwilę omi­jać ćwi­czące dzie­ciaki. Ja pier­ni­czę! Mo­gliby ła­ska­wie zejść mi z drogi. Czy to ta­kie trudne? Nie wi­dzą, że ja tu­taj pra­cuję?

Ścią­gną­łem biały pod­ko­szu­lek i otar­łem nim spo­coną twarz, a na­stęp­nie rzu­ci­łem go na traw­nik. Wi­dzia­łem, ja­kim wzro­kiem pa­trzyły się na mnie la­ski. My­ślały, że jak tro­chę po­kręcą tył­kiem, to od razu za­pra­gnę za­brać je do łóżka? No do­bra, nor­mal­nie tak wła­śnie było, ale nie za­mie­rza­łem wda­wać się tu­taj w żadne przy­gody. Wie­dzia­łem, że to ma­ło­laty ma­rzące o mi­ło­ści ni­czym z książki.

Chcąc jak naj­szyb­ciej skoń­czyć ten dzień, po­now­nie od­pa­li­łem ko­siarkę. Jesz­cze mnie wszy­scy za to po­pa­mię­tają!

- Cho­lera! - po­wie­dzia­łem gło­śno nie­skoń­czo­ność póź­niej.

Le­ża­łem na tra­wie i ciężko od­dy­cha­łem. Słońce już nie świe­ciło tak mocno, była szes­na­sta. Ostat­nie klasy koń­czyły lek­cje, a ja do­piero upo­ra­łem się z tą cho­lerną ro­botą. Przy­mkną­łem lekko oczy.

Na­gle po­czu­łem, że coś za­sła­nia mi słońce. Uchy­li­łem po­wieki i zo­ba­czy­łem nad sobą Johna. Pa­trzył na mnie z góry z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Zmę­czony? - spy­tał, a w jego gło­sie mo­głem wy­czuć sar­kazm.

- Ani tro­chę - po­wie­dzia­łem przez za­ci­śnięte zęby. - To me­ga­ro­zluź­nia­jące. Już uwiel­biam tę pracę, John. - Po­sła­łem mu fał­szywy uśmiech.

- Może te­raz cho­ciaż w ma­łym stop­niu do­ce­nisz wy­si­łek in­nych. Wy­obraź so­bie, że nie­któ­rzy co­dzien­nie mu­szą tak ciężko pra­co­wać, by wy­ży­wić ro­dzinę - po­wie­dział z po­ważną miną.

Za­śmia­łem się gło­śno i wsta­łem, otrze­pu­jąc spodnie.

- Se­rio? Te­raz bę­dziesz od­gry­wał mo­jego ta­tu­sia, John? My­śla­łem, że to Steve cały czas pró­buje to zro­bić - za­kpi­łem.

- Kie­dyś so­bie przy­po­mnisz na­sze słowa, Dy­lan. Wiem, że je­steś do­brym dzie­cia­kiem, ale nie chcesz tego po­ka­zy­wać. My­ślisz, że je­śli bę­dziesz ra­nił wszyst­kich wo­kół, to nikt nie zdoła zro­bić ci tego sa­mego. Ale bądź pe­wien, że przyj­dzie mo­ment, w któ­rym zro­zu­miesz, że po­trze­bu­jesz in­nych lu­dzi, że pie­nią­dze ich nie za­stą­pią, a cho­wa­nie urazy nie pro­wa­dzi do ni­czego do­brego. Ale wtedy może być za późno, by coś zmie­nić.

Po­pa­trzy­łem na niego ze zło­ścią i chwy­ci­łem pod­ko­szu­lek. Wło­ży­łem go i wark­ną­łem:

- Nie masz cho­ler­nego prawa mnie oce­niać, ro­zu­miesz? Ro­bię ze swoim ży­ciem, co chcę, to nie twój in­te­res. A te­raz wy­bacz, ale mam do­syć tej budy.

Ru­szy­łem w stronę sa­mo­chodu. Je­dyne, o czym te­raz ma­rzy­łem, to ude­rzać w wo­rek raz za ra­zem. Mu­sia­łem wy­ła­do­wać fru­stra­cję i gniew. Ten sta­ruch mnie nie­źle wku­rzył. My­ślał, że kim jest, żeby wty­kać swój krzywy nos w moje ży­cie? Niech in­te­re­suje się wła­snymi spra­wami!

Już mia­łem skrę­cać do range ro­vera, gdy ktoś zwró­cił moją uwagę.

Na ławce sie­działa ta dziew­czyna, na którą na­wrzesz­cza­łem. Miała na so­bie czarne spodenki i kre­mową bluzkę z ko­ron­ko­wymi wstaw­kami. Do­piero te­raz zwró­ci­łem uwagę, jak drobna była, aż dziwne, że wtedy jej nie po­wa­li­łem. W rę­kach trzy­mała książkę, ale jej oczy cały czas były skie­ro­wane w jedną stronę. W moją.

Pchany ja­kąś nie­wi­dzialną siłą pod­sze­dłem bli­żej. To, co zo­ba­czy­łem, wbiło mnie w zie­mię. Ona czy­tała. Prze­su­wała pal­cami po li­nij­kach i się uśmie­chała. Zerk­ną­łem w bok i do­strze­głem la­skę opartą o ławkę, na któ­rej sie­działa.

O cho­lera. Ona była nie­wi­doma!

Na­gle za­częła ob­ra­cać głowę w różne strony, jakby cze­goś szu­kała. Czyżby usły­szała, jak pod­cho­dzę? Nie­moż­liwe.

- Luke, to ty? - za­py­tała nie­pew­nym gło­sem.

Nie by­łem w sta­nie nic od­po­wie­dzieć. Nie wie­dzia­łem, co zro­bić. A może naj­le­piej po pro­stu odejść? Było mi... głu­pio? Na­zwa­łem ją wtedy ślepą...

- Ty nie wi­dzisz - wy­szep­ta­łem ci­cho.

Mój głos brzmiał nie­pew­nie. Czyż­bym się de­ner­wo­wał? To do mnie nie­po­dobne.

- Och... to ty.

Tylko tyle miała mi do po­wie­dze­nia? Spo­dzie­wa­łem się, że bę­dzie... no nie wiem, wku­rzona, wredna? Na­krzy­czy na mnie, wy­zwie od dup­ków. Co­kol­wiek, ale nie ten spo­kój. I czy ona na­prawdę po­znała mnie tylko po gło­sie? Prze­cież sły­szała go raz w ży­ciu.

Już chcia­łem coś po­wie­dzieć, ja­koś się wy­tłu­ma­czyć. I pew­nie zro­bił­bym to, gdyby nie po­ja­wie­nie się ja­kie­goś chło­paka. Spoj­rzał na mnie wrogo i de­li­kat­nie zła­pał dziew­czynę za dłoń, po­ma­ga­jąc jej wstać.

- Kim je­steś? - za­py­tał mało uprzej­mie.

- To... ten chło­pak - za­brała głos dziew­czyna, za­nim da­łem radę się ode­zwać.

Nie zdą­żyła nic wię­cej po­wie­dzieć, bo na mo­jej twa­rzy wy­lą­do­wała pięść, a ja upa­dłem na traw­nik. Usły­sza­łem jesz­cze jej ci­chy pisk, a po­tem ode­zwał się ten chło­pak:

- Masz trzy­mać się od niej z da­leka, ro­zu­miesz? Darcy dla cie­bie nie ist­nieje.

Po­tem po­cią­gnął ją za rękę i ode­szli.

A ja sie­dzia­łem osłu­piały i trzy­ma­łem się za obo­lałe oko. Cho­lera, pierw­szy raz po­my­śla­łem, że so­bie na to za­słu­ży­łem. I ta myśl mnie bar­dzo za­nie­po­ko­iła.

Rozdział 5

Darcy

- Ty nie wi­dzisz - usły­sza­łam ci­chy głos, pra­wie szept.

I cho­ciaż sły­sza­łam go za­le­d­wie raz w ży­ciu, by­łam pewna, do kogo na­le­żał. Przede mną stał chło­pak, który zwy­my­ślał mnie przed szkołą. Jego głos był bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny: de­li­katny, ale i lekko za­chryp­nięty.

- Och... to ty - po­wie­dzia­łam ci­cho, na­gle ogar­nięta dziwną obawą i stra­chem.

Chyba zbi­łam go z tropu spo­kojną re­ak­cją. Dla­czego nie krzy­cza­łam? Tak jak so­bie obie­ca­łam, nie za­mie­rza­łam ży­wić do niego urazy. Co prawda, wtedy my­śla­łam, że już ni­gdy w ży­ciu go nie spo­tkam, ale co za róż­nica? Ży­cie było zbyt krót­kie, by mar­no­wać je na kłót­nie i urazy.

W pew­nym mo­men­cie po­czu­łam obok sie­bie czy­jąś obec­ność. Luke.

- Kim je­steś? - za­py­tał nie­zna­jo­mego.

Jego głos z pew­no­ścią nie ocie­kał sym­pa­tią. Ale tak już miał, że każdą nowo po­znaną osobę chłodno trak­to­wał. Tłu­ma­czył to tro­ską o mnie.

- To... ten chło­pak - po­wie­dzia­łam nie­pew­nie, bo­jąc się jego re­ak­cji.

Mi­nęła może se­kunda, gdy usły­sza­łam, jak jego pięść wy­lą­do­wała na twa­rzy tam­tego chło­paka. Roz­legł się ci­chy chrzęst, a po­tem od­głos ciała upa­da­ją­cego na zie­mię. Pi­snę­łam ci­cho w nie­do­wie­rza­niu i za­kry­łam usta dło­nią.

Luke go ude­rzył!

- Masz trzy­mać się od niej z da­leka, ro­zu­miesz? Darcy dla cie­bie nie ist­nieje!

Nie pa­mię­ta­łam, kiedy ostat­nio był tak zde­ner­wo­wany. Zła­pał mnie za rękę i po­cią­gnął.

- Luke, za­trzy­maj się! - krzyk­nę­łam i za­par­łam się no­gami o pod­łoże.

Przy­ja­ciel sta­nął z gło­śnym wes­tchnie­niem i po­lu­zo­wał uścisk na moim nad­garstku, który za­raz lekko roz­ma­so­wa­łam.

- Nie po­wi­nie­neś go bić. Mo­głeś mu zro­bić krzywdę i wpa­ko­wać się w kło­poty.

- Darcy, nie pró­buj go bro­nić. To zwy­kły du­pek i za­słu­żył so­bie na obi­cie mu tej głu­piej ja­daczki - po­wie­dział z wy­czu­walną zło­ścią w gło­sie. - Je­steś za do­bra, Darcy. Za do­bra dla ota­cza­ją­cego cię świata.

- Ktoś musi. - Po­sła­łam w jego stronę uśmiech, cho­ciaż wcale nie zga­dza­łam się z jego sło­wami. Nie było we mnie nic wspa­nia­łego. - A te­raz opa­nuj swoje emo­cje i chodź ze swoją wspa­niałą przy­ja­ciółką na go­rącą cze­ko­ladę. - Za­śmia­łam się ci­cho, chcąc roz­ła­do­wać na­piętą at­mos­ferę.

Chyba się udało.

- Z tobą? Za­wsze! - Moc­niej mnie uści­snął. - Daj mi la­skę, ja cię po­pro­wa­dzę.