2.
Ciemność panowała tylko przez kilka godzin w nocy, a nawet i wtedy mrok nie był całkowity. Przez większość dnia dreptała po pokojach i kuchni, nie mogąc sobie znaleźć miejsca i nie będąc w stanie się skoncentrować. Nie mogła się doczekać wczesnego wieczora, kiedy będzie mogła zażyć swoje tabletki, poczuć ich otulające, krzepiące działanie, a potem powoli wdrapać się po schodach na górę i położyć spać.
Chciała zachować rutynę. Połknęła tabletki kwadrans po dziewiątej; zazwyczaj działały dopiero po godzinie. Dała im jeszcze piętnaście minut, tyle samo czasu przeznaczając na wejście na górę i przygotowanie się do snu.
Przy odrobinie szczęścia i odpowiednim wycyrklowaniu moment, w którym jej głowa opadała na poduszkę, zbiegał się w czasie z pełnią działania tabletek i w ciągu kilku minut zasypiała kamiennym snem.
W takim wypadku potrafiła obudzić się przed piątą w tej samej pozycji, w której się położyła, jakby przeżywszy chwilową śmierć. Leżała wówczas w zupełnym bezruchu na boku z podciągniętymi nogami, patrząc na rozjaśniającą się z wolna roletę.
Ale dziś wieczorem było inaczej.
Dzisiejszy wieczór należał do tych, o których już z góry wiedziała, że bezsilny strach ogarniający jej myśli weźmie górę nad chemicznym działaniem tabletek i nie pozwoli na nadejście snu. Nastanie noc, którą przeleży wyłącznie dlatego, że nie będzie miała siły utrzymywać się dłużej w pozycji wyprostowanej.
Wgramoliła się pod lekką kołdrę i ułożyła wygodnie. Usłyszała trąbienie samochodu gdzieś w głębi ulicy. Ten przytłumiony, zwyczajny dźwięk dał jej poczucie, że świat wokół funkcjonuje tak, jak powinien, że ktoś wraca do domu lub z niego wyjeżdża.
Szare wieczorne światło w sypialni przypomniało jej o pewnym letnim wieczorze z dzieciństwa. Z jakiegoś powodu wysłano ją wcześniej spać - nie pamiętała, czy była niegrzeczna, czy chora - i leżąc w łóżku, nasłuchiwała odległych, wesołych głosów innych dzieci, wciąż bawiących się na dworze.
Wzbudziło to w niej poczucie wykluczenia, cierpkie i podszyte wstydem wrażenie, że jest zbędna.
Brakowało jej tego uczucia. Było czyste, nieskomplikowane, pełne nadziei.
Chcę być z wami.
Wciąż chciała być częścią wspólnoty, tyle że nie było już w czym uczestniczyć.
Wbrew oczekiwaniom zapadła w lekki sen, spowita szarą poświatą. Nie miała wrażenia, że śpi, ale gdy następnym razem poruszyła głową i spojrzała na cyfry na zegarze elektronicznym w kolorze zieleni eukaliptusa, okazało się, że jest prawie wpół do drugiej, a w sypialni panuje mrok.
Musiała śnić o Axelu, bo wciąż czuła jego bliskość i słyszała czuły, urywany śmiech.
Pomyślała o czymś, co powiedział jej, gdy skarżyła się na bezsenność. Postrzegała to jako wynik swojego wieku i samotności, ale Axel tylko skinął głową i powiedział:
- Mama mówi, że to odziedziczyłem. Jens nie.
Jens był starszym bratem Axela, pracował jako spedytor w Aarhus.
- Jens dobrze sypia? - spytała.
- Jak kamień.
- A ty nie?
Axel potrząsnął długą, sfilcowaną czupryną, która nosiła jakąś nazwę kojarzącą jej się ze słowem "zgredy", ale i tak nie mogła jej zapamiętać.
- Nie, nie należę do śpiochów, podobnie jak ty.
- To przekleństwo. Obudziłam się o wpół do czwartej nad ranem i już po spaniu.
Axel kiwnął głową.
- Wtedy nachodzą nas różne myśli, jeśli się nie uważa.
- Jeśli się nie uważa? One i tak przychodzą, Axelu.
Wnuk się roześmiał.
- Mam na to metodę.
- Metodę?
- Tak, jeśli obudzę się za wcześnie, powtarzam mantrę.
- Co powtarzasz?
- Mantrę. Coś, co mówię do siebie. Dźwięk, który mi mówi, że nie powinien się zagłębiać w swoje myśli, że mam je od siebie odsunąć i odpoczywać. I że jutro też można o tym pomyśleć.
- No tak - odparła. - Skąd masz tę mantrę?
- Sam ją wymyśliłem. Przyszła do mnie.
Zalała ją wtedy fala wielkiej miłości do tego silnego chłopaka, połączona z rozpaczliwym wręcz smutkiem, że nie będzie jej dane ujrzeć, jak staje się dorosły i zakłada rodzinę. Prawdę mówiąc, Axel był człowiekiem, którego kochała najbardziej na świecie. Łatwo było z nim rozmawiać, czasem nawet myślała, że zbyt dużo mu mówi.
- Powtórzysz mi ją? - poprosiła.
Axel wzruszył ramionami.
- Trochę mi głupio.
- Ale ja nie mogę spać, Axelu.
- Okej. - Nachylił się w jej stronę i wyszeptał: Fladda.
Spojrzała na niego.
- Fladda?
- Tak, ale musisz to wymawiać miękko, do siebie, wielokrotnie. Jak coś, co łopocze. Albo jak dźwięk przy przewracaniu kartki w książce. Fladda, fladda, fladda. Mantra nie pozwoli ci zagłębiać się we własne myśli. Musi być powierzchowna.
- I wtedy zasnę?
- Może. Ja zasypiam, jeśli mam fart.
Teraz, w mroku, gdy chłodnawa zielona poświata rzucana przez cyfry zegara padała na zasłonę, starsza pani zatęskniła za wnukiem. Axel potrafił mówić rzeczy, które brzmiały dziwnie, ale jak się głębiej nad nimi zastanowić, wcale takie nie były. Kiedyś powiedział:
- Jeśli jest się nieszczęśliwym lub zdezorientowanym, należy stanąć na jednej nodze.
Brzmiało to wariacko, ale wcale nie było takie głupie, sama wypróbowała. W jej wieku stanie na jednej nodze wymaga takiej koncentracji, że rzeczywiście zapomina się o stanie swojego umysłu.
Axel często mówił rzeczy, które brzmiały głupio lub niewłaściwie, ale w rzeczywistości takie nie były.
Wyszeptała cichutko:
- Fladda, fladda, fladda.
Sam akt szeptania sprawił, że zrobiła się senna. Odnosiła niejasne wrażenie, że zapomniała coś zrobić. Powieki jej zadrżały, gdy usłyszała odległe tąpnięcie. Ale kiedy zarejestrowała, że ktoś idzie po schodach, następując na siódmy, skrzypiący stopień, była już daleko stąd.
"Axel wdrapuje się po schodach", pomyślała z uśmiechem.