Wstęp
Życie ludzkie przypomina budowane na plażach, zamki z piasku. Tak jak one, jest efemeryczne i kruche. Tak jak one, zaczyna się od czyjegoś kaprysu i tak jak one, kończy się prędzej czy później na niczym, pozostawiając po sobie co najwyżej nędzne podwaliny pod coś nowego.
Życie ludzkie, tak jak zamki z piasku, bywa czasem okazałe i piękne, budząc u przechodzących obok gapiów podziw albo zachwyt. Czasem, tak jak zamki z piasku, bywa jednak słabej konstrukcji i godnej pożałowania urody. Niekiedy powstaje z solidnego budulca, dzięki któremu trwa przed długi czas, zaskakując wszystkich wokół swoją siłą i odpornością. Innym razem, zostaje sklecone naprędce, w byle jaki sposób i z byle czego, co od samego początku wróży rychłą i nieuniknioną katastrofę.
Niezależnie od tego, czy nasze życie przypomina precyzyjną budowlę, czy też dygoczącą na wietrze ruinę, ostatecznie zawsze rozpada się w drobny pył.
Niekiedy koniec przychodzi naturalnie, jako zwykła kolej rzeczy. Życie ludzkie gaśnie wtedy tak samo powoli jak zapadający się stopniowo, wystawiony na działanie warunków atmosferycznych, zamek. Czasem, tak samo jak zmyta przez wzburzone fale, budowla z piasku, życie niknie w nagłym zamęcie nieoczekiwanych wypadków albo wali się w wyniku kilku kopniaków, wymierzonych przez bezmyślnych ludzi.
Wszyscy, niczym uparte dzieciaki, z zacięciem i bez specjalnie przyświecającego nam celu, poświęcamy się budowaniu własnych miraży. Zbierając mozolnie, ziarnko do ziarnka i odciskając z foremek kolejne kopie tych samych kształtów; łudzimy się, że nasze zamki okażą się wyjątkowe i niepokonane; że przetrwają wszystkie sztormy, fale oraz wichury. Wakacje jednak, choćby najpiękniejsze i najdłuższe, kiedyś dobiegają końca. Mali budowniczowie opuszczają swoje grajdołki, pozostawiając swe zamki na pastwę losu. I my, tak jak oni, prędzej czy później pozostawiamy nasze złudzenia, przyglądając się już tylko z bezradnością niszczycielskiej sile natury.
Niektórzy ponoć i w tym odwiecznym przemijaniu odnajdują jakiś sens. Nie czas jednak i nie miejsce na polemikę, metafory i górnolotne afirmacje. Kilkaset kolejnych stron, które mam nadzieję, zechcesz przeczytać to opowieść o Pawle i jego świecie; o ludziach, których spotkał na swej drodze oraz niezwykłych przygodach, które przytrafiły mu się akurat wtedy, kiedy pozbawiony nadziei, postanowił ze sobą skończyć.
1
Życie Pawła właściwie od zawsze było byle jakie. Towarzyszące mu od urodzenia problemy, bieda, samotność i upokorzenia, wypełniając szczelnie każdą minutę jego egzystencji, składały się na niekończącą się, smutną i szarą mozaikę dni, wśród których próżno było szukać elementów chociażby chwilowego, czy też przypadkowego szczęścia.
Mimo wielu napotykanych przeciwności, Paweł przez długi czas trzymał się jednak w ryzach. Nie był ani wiecznie narzekającym melancholikiem, ani tym bardziej typem samobójcy, który przy pierwszym silniejszym podmuchu wiatru myśli już o śmierci. Walcząc z przeszkodami, które stawiało przed nim życie i brnąc przez wyboiste drogi własnego losu, dożył wszak 38 roku życia.
Wtedy jednak wydarzyło się coś, co zatrzymało go nagle w miejscu i zmusiło do zrobienia życiowego bilansu. Ten zaś, jak by nie patrzeć, prezentował się po prostu nędznie.
Pewnego wrześniowego dnia, tuż przed południem, Paweł Smargol stracił pracę. Dwie godziny później został zatrzymany przez policję, a następnie oskarżony o fałszerstwa podatkowe, których tak naprawdę dopuszczał się jego szef. Mając to szczęście, że areszty w mieście Pawła były akurat przepełnione; zajmujący się przestępstwami finansowymi, prokurator Klonowicz na czas dochodzenia i procesu, zezwolił nowemu podejrzanemu odpowiadać z wolnej stopy. Tamtą i kilka kolejnych bezsennych nocy, Paweł mógł zatem zamiast na więziennej pryczy, spędzić jeszcze we własnym łóżku. Spotkawszy się jednak następnego dnia z łysiejącym adwokaciną i wysłuchawszy w założeniu optymistycznie brzmiącej prognozy o czekającej go najprawdopodobniej 5-letniej odsiadce w więzieniu, zdębiał z przerażenia.
- To maksymalny wyrok? - spytał mecenasa, Paweł.
Ten jednak obrzuciwszy klienta nieco pobłażliwym spojrzeniem, odpowiedział:
- Minimalny, proszę pana. Maksymalnie mogą pana skazać na jakieś... 15 lat.
- Na ile?! - Paweł chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle, a drżące ze strachu, sine wargi zacisnęły się w nierówną wąską kreskę, przez którą wydobył się jedynie godny pożałowania, pisk.
Adwokat, słysząc skowyt rozpaczy i widząc przerażenie w szarych oczach klienta, szybko pospieszył z uspokajającym wyjaśnieniem.
- Proszę się nie martwić. Mam na koncie mnóstwo takich spraw - zapewnił. - Gwarantuję, że nie dostanie pan więcej niż jakieś 3-5 lat. Przy dobrym sprawowaniu, wyjdzie pan być może nawet po 2 - dodał z uśmiechem.
- Ale ja jestem niewinny! Nic nie zrobiłem - Paweł zaoponował słabym głosem, z trudem łapiąc powietrze w płuca.
Mecenas, słysząc jego płytki oddech, pokiwał głową, po czym uśmiechnąwszy się nieco szyderczo, odkręcił się na swym czarnym fotelu w stronę okna i dodał filozoficznym tonem:
- Cóż... Zakłady karne ponoć pełne są niewinnych.
Z okna jego gabinetu rozpościerała się zapierająca dech w piersi, panorama skąpanego jeszcze w ostatnich letnich promieniach słońca, Snobtown. Zamglone oczy Pawła nie dostrzegały jednak w tamtej chwili piękna wielkomiejskiego krajobrazu.
- Jestem w czarnej dupie - pomyślał kilka minut później, kiedy wstając z krzesła, zaczął kierować się mechanicznym krokiem w stronę drzwi.
Wzrok, z jakim żegnał go mecenas, zdawał się tylko to potwierdzać.
Po wyjściu z kancelarii, Paweł na trzęsących się nogach, nie widząc mijanych ludzi, samochodów ani budynków, korzystając z metra i autobusu, dotarł na obrzeża stolicy, gdzie w obskurnym bloku z szarej płyty, na drugim jego piętrze znajdowała się klaustrofobicznie mała kawalerka.
- Chyba niedługo będziesz musiał zadowolić się jeszcze mniejszym metrażem - mruknął złowieszczo współlokator Pawła, kiedy ten zrelacjonował mu rozmowę z adwokatem.
Choć chorujący na schizofrenię, Karol podczas ataków szaleństwa dostrzegał często kompletnie wyimaginowane niebezpieczeństwa, takie jak czarownice i potwory; tym razem wykazał wyjątkową jasność umysłu i niestety miał całkowitą rację.
Z prawnego punktu widzenia, sprawa Pawła wyglądała naprawdę beznadziejnie. Mimo że lewe interesy, o które został posądzony, kręcił jego szef; na papierze to nie on, a tylko i wyłącznie Paweł był winny wszystkich przekrętów.
3
Zanim Paweł zabrał się za rozkręcanie kurków z gazem, ostatnie chwile życia postanowił spędzić na drobnych przyjemnościach. Nie szczędząc sobie, chyba po raz pierwszy w życiu, pieniędzy na jedzenie, udał się więc na pożegnalną kolację do jednej z najdroższych knajp w mieście. Wbity w swoją najlepszą białą koszulę i nienowe już, ale niewypchane jeszcze na kolanach, spodnie; wszedł zamaszystym krokiem do błyszczącego od złotych zdobień wnętrza, w którego holu, już na wstępie powitał go wyniosły wzrok, wyglądającego jak lokaj, recepcjonisty.
- Bonjour monsieur - rzekł recepcjonista, po czym obrzucając Pawła pełnym nieskrywanej kpiny spojrzeniem, spytał: - Nazwisko pana?
Stropiony tą galanterią starszego mężczyzny, Paweł odrzekł automatycznie:
- Smargol.
Widząc potem jak wypolerowany paznokieć recepcjonisty posuwa się sprawnym ruchem na sam dół zadrukowanego dokumentu w barwie écru, Paweł dopiero poniewczasie uświadomił sobie bezcelowość tego zajęcia.
Ja nie zarezerwowałem stolika - miał już pospieszyć z wyjaśnieniem, ale recepcjonista jadąc swym paznokciem z powrotem w górę listy, mimochodem zaczął mruczeć pod nosem:
- Smargul... Smargul... Smargul... Nie ma... Nie ma tu takiego nazwiska.
Zirytowany faktem, że oto ktoś znowu przekręca jego nazwisko, Paweł postanowił zaprotestować.
- Oczywiście, że nie ma! - wtrącił, po czym dodał objaśniająco: - Nazywam się Smargol, nie Smargul.
- Przepraszam? Że jak, monsieur? - spytał, jakby nagle wyrwany ze snu, recepcjonista.
- Nie Smargul, tylko Smargol - Paweł powtórzył z naciskiem ostatnią sylabę swojego nazwiska, ale starszy pan pokiwawszy tylko swą siwą czupryną, ponownie utkwił wzrok w kremowej stroniczce, oprawionego w skórę brulionu.
Rzecz jasna, nie znalazłszy tam nazwiska Pawła, swoją uwagę po chwili skierował na stojący za bordową kotarą, komputer. Wystukawszy na klawiaturze kilka liter, uśmiechnął się nieco kpiąco i rzekł:
- Przykro mi, monsieur. Nie mamy rezerwacji na nazwisko Smargul. Czy jest pan pewien, że zamawiał pan stolik na dzisiaj?
Rozsierdzony tą wyraźnie naumyślną kpiną, Paweł wrzasnął:
- Smargol! Gol! Gol! Gol! Rozumiesz pan?
Zdziwiony skalą głosu gościa, recepcjonista zmieszał się na chwilę i z wypisanym na swej pociągłej twarzy niezrozumieniem, szepnął:
- Gol? Jaki znowu gol? O czym pan teraz mówi, monsieur?
- O swoim nazwiskuuuuu! - rozzłoszczony Paweł, wysyczał przez zęby; dostrzegając jednocześnie, że konsternacja na twarzy recepcjonisty ustępuje powoli tłumionemu rozbawieniu.
- Chce pan teraz powiedzieć, że nazywa się... Gol? - starszy pan zachichotał pod nosem niczym pensjonarka, po czym nie zważając na kamienny wyraz twarzy Pawła, dodał: - Piłkarskie nazwisko, nie ma co.
Tego było już za wiele. Urażony zachowaniem recepcjonisty, Paweł kopnął nogą w drewniany kontuar, po czym wycofał się w stronę wyjścia. Kiedy złorzecząc pod nosem, z marsową miną zbliżał się już do drzwi, w progach restauracji ukazała się nagle odziana w pstrokate poncho, pulchna blondynka. Znana z popularnych programów telewizyjnych, krytyczka kulinarna; przekroczywszy próg restauracji, obrzuciła Pawła badawczym spojrzeniem i już otwierała swe pełne usta, by spytać o powód jego niezadowolenia, gdy przeszkodził jej w tym recepcjonista.
Starszy pan bojąc się, że widok rozdrażnionego gościa może wpłynąć na negatywną ocenę restauracji, szybkim ruchem wyśliznął się zza swego kontuaru i w okamgnieniu znalazł się tuż przy drzwiach.
- Ależ monsieur, niech pan zaczeka! - zatrzymał Pawła w pół kroku. - To na pewno jakaś pomyłka systemu rezerwacji - mówiąc to, uśmiechnął się stronę blondynki. - Zapraszam na salę. Zaraz znajdziemy panu wolny stolik - zapewnił.
Widząc kątem oka badawcze spojrzenie krytyczki, szybko też dodał:
- W ramach rekompensaty zje pan kolację na nasz koszt.
Po wcześniejszej utarczce z recepcjonistą, Paweł nie miał już ochoty na kolację w tym lokalu. Bojąc się jednak, że w innych restauracjach również nie zostanie wpuszczony bez rezerwacji, postanowił zawrócić.
Zasiadając do nakrytego eleganckim białym obrusem, okrągłego stolika, na którym w świetle migoczących świec, pyszniła się piękna porcelanowa zastawa; Paweł narobił sobie chyba nader dużych nadziei co do serwowanej w tym lokalu, kuchni. Ani srebrne sztućce, ani mosiężne świeczniki, ani wypolerowany parkiet, ani nawet rzępolący do kolacji skrzypek, nie rekompensowały bowiem smaku potrawy, którą po dosyć długim czasie oczekiwania, ostatecznie dostał. Niestety zaserwowane tamtego wieczora danie w postaci prześwitującego plasterka przesuszonego mięsa w towarzystwie trzech groszków, wiórka szparagu oraz dwóch listków rukoli, okazało się tak mikroskopijne i niesmaczne, że po wyjściu z tej cieszącej się mianem luksusowej restauracji, Paweł bez namysłu udał się do pierwszej z brzegu, budki z kebabem.
Godzinę później, zaopatrzony w dwa tureckie specjały, pizzę, butelkę wódki, kilka puszek piwa oraz kilogram przesłodzonej, wiśniowej rolady na deser; powrócił do pustego mieszkania i zasiadł do swej pożegnalnej wieczerzy.
Początkowo, spoglądając co i rusz na kuchenne kurki z gazem, Paweł zastanawiał się, jak będzie wyglądać jego śmierć.
Czy będę czuł, że braknie mi tchu? - zastanawiał się, rozpatrując możliwe scenariusze. A może po prostu zasnę i nawet nie zauważę kiedy?
Pochłaniając kolejne kęsy zakupionych kebabów oraz popijając je kolejnymi łykami alkoholu, nagle na jego myśli zaczęła opadać mglista kurtyna nieświadomości. Najedzony do syta, spity alkoholem i roztkliwiony pełnym dramatyzmu odcinkiem któregoś z popularnych paradokumentów; nie zdążywszy nawet podejść do kurków z gazem, w pewnym momencie nieoczekiwanie osunął się na stary tapczan i zasnął.
Kiedy zaś po kilku godzinach wybudził się z tej pijackiej maligny, było już dobrze po północy.
Karol, który wrócił właśnie ze swojej zmiany w call center, usiadł w zapadającym się fotelu i przyglądając się trzeźwym wzrokiem leżącemu na tapczanie Pawłowi, stwierdził:
- Nie wyglądasz najlepiej. Co zamierzasz teraz zrobić?
Paweł przypomniawszy sobie o swoim niezrealizowanym jeszcze planie, lekko westchnął, a następnie przewracając się na bok, z beznamiętną szczerością oznajmił bełkotliwym głosem, że zamierza się zabić.
- Żartujesz? - mruknął z niedowierzaniem, Karol.
- Wcale nie - odparł Paweł, przekręcając się znów na plecy.
Nie chciało mu się wstawać, ale czując od kilku minut silne parcie na pęcherz, podniósł się z łóżka i po chwili, udał się do toalety.
Kiedy z niej wrócił, Karol nadal siedział w tym samym miejscu i nad czymś dumał. W chłodnej poświacie ulicznej latarni, której światło wpadało przez okno wprost na jego znużoną oliwkową twarz, wyglądał jak upiór.
Może znowu dostrzegł we mnie jakiegoś tajnego agenta albo potwora - pomyślał Paweł. A niechby mnie teraz nawet zaszlachtował - dodał w myślach, okrywając się z powrotem starą kołdrą w kratkę.
Karol bacznie obserwując jego ruchy, zamiast chwycić za nóż, spytał jednak o coś innego.
- Naprawdę zamierzasz popełnić samobójstwo? - szepnął jakby z lękiem.
- Owszem - przytaknął Paweł. - A co mogę zrobić lepszego?
Przewracając się na prawy bok i odwracając twarz w stronę ściany, chciał zakończyć już tę nocną pogaduszkę. Wyraźnie porażony usłyszaną nowiną, Karol nalegał jednak, by kontynuować rozmowę.
- Powinieneś pójść do psychiatry - oznajmił ni z tego, ni z owego.
- Po co? - spytał szczerze zdziwiony Paweł.
- Takie rzeczy się leczy - wyjaśnił tonem znawcy, Karol. - Ja się na tym przecież znam - dodał.
Dźwięk nocnego tramwaju, który przejeżdżał właśnie pod ich blokiem oraz sygnał pędzącej w oddali karetki, wdarły się na chwilę do ich mieszkania i zagłuszyły jego słowa. Kiedy jednak na ulicy nastała znów cisza, Karol ponownie otworzył usta.
- Masz depresję... - orzekł bez cienia wątpliwości. - Słyszysz? Paweł, ty masz depresję - powtórzył.
- Nie mam żadnej depresji - mruknął zniecierpliwiony Paweł, nie odkręcając nawet głowy w stronę współlokatora.
- Mówię ci. Masz depresję i powinieneś to leczyć. Są na to leki - powtórzył z naciskiem Karol.
- Nie mam depresji, tylko nieudane życie - warknął Paweł. - Nieudane życie, rozumiesz? - spytał z nerwem, odwracając na chwilę twarz w stronę rozmówcy. - Tego nie da się wyleczyć żadnymi psychotropami - dodał, po czym ponownie odwrócił się plecami, nakrył głowę kołdrą i uciął temat.
Cisza, która zapadła w mieszkaniu, wieściła koniec rozmowy. Karol jednak nie ruszając się z fotela, ciągle nad czymś dumał. Kiedy zaś po kilkunastu minutach, ponownie się odezwał, okazało się, że wpadł na genialny pomysł.
4
Przez te wszystkie lata, kiedy Paweł pracował dla Kozłowskiego, nawet przez głowę mu nie przeszło, by kiedykolwiek móc wykorzystać dane swojego szefa. Jak ostatni idiota, tyrał dla niego jak wół, służąc na dodatek własnym nazwiskiem, które on bez żadnych zahamowań postanowił najzwyczajniej zbrukać i wykorzystać. To, że Paweł był przez ten czas lekkomyślnym głupcem, nie oznaczało jednak, że musiał tym głupcem pozostać do końca. Uświadomił mu to Karol, który w całym swoim schizofrenicznym szaleństwie, był nie tylko wygadanym absolwentem filozofii, ale także i co najważniejsze, genialnym informatykiem.
- Wiesz, w którym banku ma konto ten twój Kozłowski? - spytał z całkiem niewinną miną, kiedy na zegarze wybił kwadrans po drugiej.
- Wiem... Dlaczego pytasz? - zdziwił się ponownie wyrwany ze snu, Paweł.
- Wstań z łóżka, to ci pokażę - mruknął Karol.
Godzinę później, nie mając już żadnych pytań ani wątpliwości, Paweł wystukiwał na laptopie PIN do konta bankowego swojego byłego szefa. Serce biło mu jak młot, a ręce drżały niczym osika na wietrze. Kiedy podyktowane przez Karola, hasło zadziałało, a elektroniczne wrota do sezamu Leszka Kozłowskiego otworzyły się bez żadnego szelestu, oniemiały Paweł najpierw wybałuszył oczy, a potem z wrażenia spadł z krzesła.
Firmowe saldo nieuczciwego szefa przedstawiało naprawdę imponującą kwotę.
Ten stan jednak szybko uległ zmianie. Wystarczyło zaledwie 30 minut, żeby ogołocić Leszkowe konto do zera. Kozłowski spokojnie śpiąc w swojej willi na przedmieściach Snobtown, stracił tamtej nocy niemal wszystko.
Paweł natomiast w tym samym czasie został milionerem, przestępcą i uciekinierem.
- A teraz leć do bankomatów, wypłać co się da i spierdalaj stąd jak najdalej - poradził krótko i rzeczowo, Karol.
- A ty? Co z twoją działką? - spytał zaróżowiony od emocji, Paweł. - W końcu to dzięki tobie mam teraz tę forsę... Coś Ci się chyba należy...
- O... Nie! - pokręcił głową Karol. - Nie jestem złodziejem!
- A co zrobisz, jeśli policja oskarży cię o współudział? Pewnie tu przyjdą i będą węszyć - ostrzegł Paweł.
Karol słysząc jego słowa, wzruszył jednak tylko ramionami i z pobłażliwym uśmiechem, odparł:
- A co oni mogą mi zrobić? W końcu jestem tylko wariatem... Najwyżej wsadzą mnie na jakiś czas do psychiatryka. A tam byłem już przecież nie raz.
5
Po przelaniu Leszkowych oszczędności na kilka założonych naprędce, nienadzorowanych przez nikogo i nie do końca legalnie działających zagranicznych rachunków, Paweł wyruszył w nocny rajd po mieście. Ogałacając swoje tymczasowe elektroniczne portfele w kolejnych bankomatach, z minuty na minutę w jego rękach przybywało gotówki. Dokładana do podróżnej torby, forsa z każdą minutą zaczynała coraz bardziej ciążyć, ale tylko ona gwarantowała powodzenie zuchwałego planu, który tamtej nocy zrodził się w głowie Karola. Kiedy Pawłowi wreszcie udało się wypłacić satysfakcjonującą go kwotę, zaciskając kurczowo palce na uchwytach drogocennej torby z gotówką, po raz pierwszy w życiu poczuł się tak, jakby to on rozdawał karty całemu światu.
Teraz mógł zrobić naprawdę dużo. Czasu nie było jednak wiele. Pomiędzy szklanymi wieżowcami Snobtown coraz śmielej wychylały się pierwsze promienie porannego słońca, a na przystankach zaczynali tłoczyć się spieszący do pracy, rozespani ludzie. Paweł wiedział, że kiedy Leszek odkryje czystki na swoim koncie, wszelkie podejrzenia od razu padną na niego. Ze strachu przed wtopą trzęsły się mu więc kolana; a po jego czole, mimo rześkiego poranka, spływały kropelki zimnego potu. Oparłszy się o ścianę budynku poczty, próbując uspokoić przyspieszony oddech, przymknął na chwilę powieki. Rozmyślając nad kolejnymi krokami swojej ucieczki, doszedł do wniosku, że zanim opuści Snobtown, najpierw powinien zadbać o kamuflaż.
Muszę koniecznie zmienić strój i fryzurę - postanowił.
Spacerując nerwowym krokiem w tę i z powrotem, musiał jednak uzbroić się w cierpliwość i poczekać na otwarcie sklepów oraz lokali usługowych.
Kiedy w końcu taki nieświeży, nieogolony i spocony, wparował do pierwszego z brzegu, butiku dla panów, od razu poczuł, że to nie jest miejsce dla takich, jak on. Jego wygnieciona po intensywnej nocy, najlepsza biała koszula w towarzystwie tanich jeansów, wypłowiałej ortalionowej kurtki oraz starych pożółkłych adidasów, prezentowała się jak zniszczony rekwizyt muzealnej wystawy sprzed kilku lat. Dwie pary wpatrzonych w Pawła kobiecych oczu, ni to z zaciekawieniem, ni to z obrzydzeniem, zdawało się zresztą to potwierdzać, wysyłając nieme ostrzeżenia: Tylko nie podchodź bliżej. To nie jest lokal dla ciebie.
Paweł już miał potulnie zastosować się do tych niewerbalnych komunikatów, kiedy nagle przypomniał sobie, co trzyma w dłoniach.
Wypchana po brzegi szmalem, torba podróżna, w jednej chwili dodała mu nagłej pewności siebie. Na przekór niechętnym i lekceważącym spojrzeniom eleganckich ekspedientek, Paweł wmaszerował więc do środka, ostatecznie zatrzymując się przy wieszakach z marynarkami.
Jedna ze sprzedawczyń, najwyraźniej bojąc się, że spocona dłoń Pawła zechce dotknąć nieskazitelnie gładkiej materii którejś z wyeksponowanych marynarek, szybkim i płynnym ruchem gazeli doskoczyła do Pawła i tłumiąc nieco własne rozbawienie, rzekła wyniośle:
- Czy mogę w czymś... paaaanu pomóc?
Słowo paaaanu wypowiedziała tak sztucznie zmodulowanym głosem, że zabrzmiało ono niemal jak kpina albo obelga.
- Tak... Szukam... - Paweł stropił się na moment, czując na sobie lodowaty wzrok niebieskich oczu, które błyskając nieprzyjemnymi iskierkami, częściowo skryte były pod długą, gładką grzywką w kolorze platynowego blondu.
Gdzie ja wlazłem?! To sklep dla biznesmanów i bogaczy - pomyślał z paniką.
Nie chcąc jednak tracić czasu, po krótkiej chwili zwątpienia, postanowił spróbować jeszcze raz.
- Szukam... jakiejś marynarki, kosz... - zaczął wyliczać.
Nie zdążył jednak wymienić nawet dwóch rzeczy, gdyż w słowo weszła mu już blondwłosa królowa śniegu.
- Radzę udać się do lumpeksu - poradziła słodkim, a zarazem ostrym jak brzytwa, głosikiem. - Dwie ulice stąd mają sporo tanich marynarek - dodała z uśmiechem.
W jej pustych, błękitnych oczach czaiła się słabo skrywana satysfakcja. Taka niczym nieuzasadniona radość, że oto dokopała komuś, tylko dlatego, że ten ktoś zdaje się stać na niższym szczeblu drabiny społecznej niż ona.
- Głupia suka - pomyślał z niechęcią Paweł, patrząc na jej podkreślone grubym czarnym eye-linerem powieki oraz rozświetlone migoczącym pudrem, wystające kości policzkowe.
Słysząc jednocześnie dyskretny chichot drugiej, stojącej za kontuarem sprzedawczyni; Paweł zagryzł dolną wargę i nie myśląc ani minuty dłużej, wyciągnął ze swej przetartej, płóciennej torby spory plik banknotów. Machnąwszy nim tuż przed zadartym nosem wyniosłej blondyny, rzucił pieniądze prosto na błyszczący kontuar i odezwał się sztucznie zblazowanym głosem.
- Ok, drogie panie - zaczął. - Pewnie mógłbym tak, jak ta babka w "Pretty Woman" wrócić tu za godzinę z torbami drogich marek, żeby pokazać wam, jak dużą prowizję straciłyście. Ale przecież ani ja, ani wy nie gracie w filmie - rzekł, posyłając w stronę zdziwionej blondyny kpiący uśmieszek.
I co teraz? Głupio ci? - pytał, wysyłając w jej stronę niewerbalny sygnał triumfu.
Kilka sekund później, notując wypisane na pociągłych twarzach obu kobiet bezcenne w wyrazie zawstydzenie, dodał z lekkością:
- To co? Może nie traćmy już czasu? Niech panie wybiorą dla mnie coś eleganckiego. Dobrze?
Paweł nie wiedział dokładnie, ile pieniędzy rzucił im na ladę, ale ze sklepu wyszedł w zupełnie odmienionym stroju wraz ze stylowo prezentującą się solidną torbą podróżną w beżowo-brązowe wzorki, do której, będąc jeszcze w sklepowej przebieralni, przerzucił wszystkie skradzione pieniądze.
Przebrany w nowe jeansy, biały podkoszulek, skórzaną kurtkę, eleganckie buty oraz nasunięte na nasadę jego spiczastego nosa, ciemne ray-bany; Paweł udał się do sąsiadującego z butikiem, wyłożonego błyszczącymi marmurami salonu fryzjerskiego, w którego wnętrzu w takt latynoskiej muzyki kołysało się dwóch młodych mężczyzn.
Zwracając się do siebie per kochanie, z jakże charakterystycznym akcentem, który niemal zawsze demaskuje homoseksualne ciągoty; wyglądali na fachowców w swojej dziedzinie. Paweł zaś, w nowych ubraniach i okularach, choć nadal nieświeży i nieogolony, nie wyglądał już na przypadkowego włóczęgę, ale raczej na któregoś ze stołecznych celebrytów po ostrym tangu.
Fryzjerzy utyskując początkowo na brak uprzednio umówionej wizyty, ale podświadomie wyczuwając, że Paweł jest przy forsie, nie wysłali go tak jak ekspedientki z butiku do fryzjerskiego lumpeksu. Zamiast raczyć go ironicznymi komentarzami; panowie, podskakując wokół niespodziewanego klienta niczym wesołe świerszcze, umyli mu więc głowę, zrobili masaż, podali kawę, a potem zapytali niemal jednym głosem:
- To co? Strzyżemy? Koloryzujemy? Stylizujemy?
Pokiwawszy głową i rzuciwszy w stronę ich gładkich i wypielęgnowanych lic ostatnie niepewne spojrzenie, Paweł szepnął:
- Proszę zrobić tak, żebym sam siebie nie rozpoznał.
- Kochanieńki, masz to jak w banku - zapewnił ubrany w obcisłe białe spodnie, jeden z fryzjerów.
Chwilę potem zaś, odkręcony na fotelu w stronę lustra, Paweł przymknął powieki i znużony nocnymi przygodami zmrużył na chwilę oczy.
Kiedy wybudził się z tej niezaplanowanej drzemki, drugi z fryzjerczyków mył jakieś miski z farbą, a jego kolega muskając skronie Pawła golarką, kończył swoje dzieło.
- I jak? - spytał, uśmiechając się do lustra.
Paweł otworzywszy szerzej oczy, w pierwszej chwili nie wiedział, co powiedzieć. Miał jednak pewność, że fryzjer dotrzymał obietnicy.
Wycieniowany filecik zaczesanej na bok grzywki oraz słoneczne refleksy ufarbowanych pasemek tworzyły na jego głowie coś, co przypominało swym kształtem piaszczysty półwysep, na którego powierzchni migotała brokatowym błyskiem, pachnąca cedrem, maź.
Wyglądam jak... gej - pomyślał zaskoczony Paweł.
Stłumiwszy jednak rodzące się w nim homofobiczne uprzedzenia, po chwili uśmiechnął się do rozanielonych fryzjerów i chwaląc ich talent, sowicie zapłacił za ich usługę. Minutę później, wyszedł na ulicę i znikł w tłumie pędzących przed siebie, przechodniów.
Przeglądając się raz po raz w szklanych witrynach luksusowych sklepów, nie mógł wyjść ze zdziwienia nad własną metamorfozą.
Wyglądając nie do poznania, mógł też wreszcie opuścić Snobtown.
6
Nie mając pojęcia, gdzie konkretnie mógłby znaleźć bezpieczne schronienie, ale zdając sobie sprawę, że musi wyjechać jak najszybciej i jak najdalej, bez zastanowienia udał się na dworzec centralny. Niknąc w tłumie anonimowych podróżnych, miał nadzieję umknąć uwadze stołecznej policji, która jak podpowiadała jego rozbudzona wyobraźnia, na pewno rozsyłała już za nim listy gończe.
Minąwszy jeden z dwuosobowych patroli, które niezainteresowane jego osobą, pomaszerowały w stronę centralnej stacji metra, Paweł odetchnął z ulgą. Zapatrzywszy się w błękitne tło tablicy odjazdów, zamiast spokoju, ponownie zaczął jednak odczuwać lęk. Chowając oczy za czernią okularów przeciwsłonecznych i kurczowo zaciskając palce na swojej nowo zakupionej, stylowej torbie, zachodził w głowę, jaki kierunek podróży obrać.
Gdzie mam pojechać? Gdzie? - pytał sam siebie w myślach, nie zważając na przypadkowe szturchnięcia spieszących się wokół podróżnych.
Z głośników w tle rozchodziły się komunikaty przypominające o nadchodzących odjazdach. Wszystkie te destynacje w uszach Pawła brzmiały jednak obco i jakoś nieprzychylnie. Jednocześnie z tyłu głowy, Paweł słyszał ponaglający głos paniki, która z każdą minutą, zdawała się przybierać na sile.
Bo prawda była brutalna. Gdziekolwiek by nie pojechał, mógł liczyć tylko na siebie.
Nie miał nikogo, kto byłby w stanie mu pomóc. Jego jedyna bliska osoba, czyli matka zmarła kiedy miał 17 lat. O ojcu nie chciał nawet wspominać. Zresztą, on też już nie żył. Zmarł przed dwoma laty, o czym Paweł dowiedział się o tym dopiero trzy miesiące po fakcie. Na dodatek od komornika, który przejął wówczas jego rodzinny dom. Stary Smargol przepił wszystko, zostawiając po sobie jedynie długi, od których spłacania, najmłodszy z jego synów wywinął się z trudem w ostatniej chwili. Liczne rodzeństwo Pawła rozpierzchło się już dawno temu po wszystkich stronach świata i nie tracąc czasu na celebrowanie rodzinnych więzi, żyło własnym życiem. Zresztą, nawet gdyby Paweł znał aktualne adresy swoich braci i sióstr, i tak nie złożyłby żadnemu z nich wizyty. Po pierwsze policja mogłaby go u nich od razu namierzyć. Po drugie, odkąd jego kochane siostrzyczki i braciszkowie zrzekli się na jego rzecz zadłużonego spadku, Paweł nie chciał ich nawet oglądać na oczy.
On nie miał już rodziny.
Nie miał też dziewczyny, przyjaciół ani kolegów.
Ale zaraz, zaraz... - nagle w głowie Pawła ożyło pewne dawne, wyblakłe już nieco wspomnienie.
Paweł miał niegdyś jednego kumpla. Marcina.
Ale czy to normalne, zjawiać się u kogoś bez zapowiedzi, po prawie dwudziestu latach nieobecności? I skąd pewność, że Marcin mieszka nadal tam, gdzie mieszkał... - w głowie Pawła szybko pojawiły się wątpliwości.
Palący się pod jego nogami grunt otwierał przed nim coraz szerzej wrota do więziennych piekieł, a przesuwające się nieubłaganie do przody, minuty na dworcowym zegarze przypominały tylko, że nie ma już czasu na dalszą zwłokę.
Nie możesz zaprzepaścić takiej szansy! Nie teraz, gdy masz tyle forsy! - rozpaczliwy głos z tyłu głowy wzywał do działania.
Kiedy zaś jedna z przechadzających się po peronie policjantek obrzuciła go nieco przeciągłym spojrzeniem; wpatrzony w przesuwające się na tablicy odjazdów godziny i nazwy miast, Paweł zamarł ze strachu, a następnie pod wpływem nagłego impulsu, stłumiwszy bolesny skurcz w żołądku, podszedł do jednej z kas i nie rozmyślając już ani minuty dłużej, zakupił bilet na pociąg, którym rozpoczął najdłuższą i jednocześnie najbardziej zdumiewającą podróż swojego życia.
8
Kosielsk, tak jak przed laty, wieczorową porą zamieniał się w miasto widmo. Mało kto spacerował tam po godzinie dziewiętnastej, a nieliczni przechodnie załatwiający swoje ostatnie sprawunki, kręcili się wokół otwartych do dwudziestej supermarketów, spod których zresztą szybko odjeżdżali do swych domów, gdzie w błękitnej poświacie telewizorów, laptopów i smartfonów, czekali na nich członkowie ich wzorcowych rodzinek typu dwa plus dwa. Zarówno po alejkach cienistego parku w okolicy zabytkowego pałacu z XVIII w., jak i po największych przelotowych ulicach Kosielska, o tej porze hulał już tylko wiatr. Pomiędzy odremontowanymi i odmalowanymi na żółto-czerwono, blokami z szarej niegdyś płyty, widać było skraj tarczy zachodzącego słońca. Na elektronicznym wyświetlaczu, umieszczonym na budynku nowej apteki, termometr wskazywał zaledwie 12°C. Rozgorączkowany wydarzeniami ostatniej doby, Paweł nie czując jednak w ogóle chłodu, szedł przed siebie, odziany jedynie w białą koszulkę z krótkim rękawem.
Choć nie był w Kosielsku od niemal 20 lat, to właśnie na uliczkach tego miasta przeżył całe swoje dzieciństwo i wczesną młodość. Kosielsk był miastem jego wspomnień, a jednocześnie miejscem jego największych koszmarów i traum.
Mimo, że na pierwszy rzut oka, ulice jego rodzinnej miejscowości wyglądały znajomo, ich zabudowa zmieniła się przez ten czas. Miasto wyraźnie zmodernizowało swoje oblicze, rozwinęło się, rozbudowało, może nawet wypiękniało - konstatował Paweł, mijając kolejne skrzyżowania i zaułki.
Przez ponad godzinę, kluczył bez konkretnego celu. Kiedy nad wąskimi uliczkami zaczęły zapalać się pierwsze lampy; a chłodny, wieczorny wiatr załopotał odklejonym do połowy, wyblakłym plakatem wyborczym z poprzedniego roku, Paweł przypomniał sobie o swojej skórzanej kurtce i zarzuciwszy ją na plecy, ruszył w stronę osiedla na którym mieszkał niegdyś Marcin. Minąwszy po drodze niewielki hotelik, miał ochotę wstąpić do środka i wynająć tam pokój. Bał się jednak, że recepcjonista poprosi o jego dowód.
Spisane dane bardzo szybko mogłaby wykorzystać, poszukująca mnie już zapewne, policja - myślał z przezornością. Tylko co zrobię, jeśli nie zastanę Marcina? - zastanawiał się coraz bardziej markotny i znużony.
Czas płynął, jak zawsze obojętnością do przodu. Na niebie pojawiały się już pierwsze gwiazdy, a wypełniony forsą Louis Patton zaczynał nieco ciążyć. Zmęczony, niewyspany i rozdrażniony, Paweł wlókł się więc kolejnymi ulicami, wypatrując śladów dawno zamkniętej przeszłości.
Po lewej szpital, po prawej szkoła podstawowa. Tutaj kino, tam technikum. Urząd miejski, sąd, a za nim dom Tomka Kulickiego.
Swoją drogą, straszny był z niego chuj - Paweł aż skrzywił się na samo wspomnienie kolegi z dawnej klasy.
Snując się po wilgotnych i pustych chodnikach, doszedł w końcu na ul. Słoneczną. Ulicę, przy której znajdował się blok jego dawnego kumpla.
Marcin Mazurek. Jedyny równy gość, którego Paweł poznał w szkole średniej.
Ciekawe, jak potoczyło się jego życie - Paweł zatrzymał się na chwilę, próbując odgrzebać w pamięci numer lokum dawnego przyjaciela. Czy to było 48/3, 8/43, a może 3/48? - zastanawiał się, patrząc na odremontowane i podobne do siebie, bloki.
Klucząc przez dłuższą chwilę pośród osiedlowego blokowiska, nagle przypomniał sobie zapomniany numer.
Tak! Teraz był pewien. 48/3! To był na pewno stary adres Marcina.
Z głupia frant zbliżył się więc do domofonu, a następnie nacisąwszy ten sam, co niegdyś guzik, zdziwił się, słysząc dźwięk podnoszonej słuchawki.
- Słucham? - nieoczekiwanie w głośniku odezwał się męski głos.
Czy to możliwe, że to on? - Pawłowi z wrażenia aż zaschło w ustach.
- Kto tam? - powtórzył po chwili lekko zirytowany mężczyzna, a Paweł oniemiały ze zdziwienia, wiedział już, że słyszy głos dawnego kumpla.
Marcin. To był na pewno on. Ten sam, co przed laty.
10
Pochodzący z Imperium Wschodniego, znajomy Marcina miał na imię Vitalij. Od lat trudnił się przemytem na szeroką skalę, a jego ludzie szmuglowali przez granice wielu krajów przeróżne artykuły, poczynając od papierosów i alkoholu, na lekach i narkotykach kończąc. Vitalij, znany również jako Pan Prezes, oficjalnie był właścicielem agencji modelek, która zdaniem Marcina stanowiła jedynie przykrywkę dla nielegalnych interesów.
- Podatki i papiery ma w porządku, a na dodatek te wszystkie laski... Stary, nie uwierzysz, jakie tam dupy do niego przyjeżdżają! - Marcin aż zarumienił się na samo wspomnienie.
Od blisko czterdziestu minut lawirował swoim kilkuletnim Volkswagenem po krętej drodze, której asfaltowa wstęga wiła się pośród porośniętych sosnowo-bukowymi lasami, wzgórz. Kiedy w końcu zjechał z szosy na słabej jakości szutrową drogę, Paweł nie mógł uwierzyć, że jakikolwiek bogacz chciałby na takim odludziu prowadzić własny interes.
- Jeśli ten gość jeździ tą drogą na co dzień, to chyba często musisz mu naprawiać te bryki - mruknął, uderzając głową o sufit auta, kiedy Marcin po raz trzeci nie zdążył wyminąć sporej wyrwy na drodze.
Masując czubek własnego czoła i patrząc na coraz dziksze krajobrazy za szybą samochodu, zastanawiał się też jakiego rodzaju rezydencję zobaczy, gdy dojadą wreszcie na miejsce. Spodziewał się chyba kiczowatego zamku, charakterystycznego dla zamożnych Romów, tudzież typowego dla wschodnich oligarchów, neobarokowego pałacyku. To, co jednak ujrzał, gdy zatrzymali się przed bramą Prezesa, szybko położyło kres jego naiwnym wyobrażeniom.
Posesja kosielskiego gangstera znajdowała się na płaskim wzniesieniu, otoczona wysokimi bukami, z dala od innych zabudowań oraz jakichkolwiek form współczesnej cywilizacji. Nowoczesne i okazałe budynki o śnieżnobiałych fasadach, kontrastowały tam z potężnymi elementami szarego ogrodzenia ze stali, które chroniąc 2-hektarowy ogród w stylu angielskim oraz całą resztę posesji, przywodziły na myśl dobrze strzeżoną fortecę.
Gdyby nie obecność Marcina, dwóch pilnujących wejścia, rosłych i łysych ochroniarzy pogoniłoby pewnie Pawła gdzie pieprz rośnie, strzelając w jego kierunku dla postrachu ze swoich przymocowanych do kabur, pistoletów. Znając jednak już dobrze mechanika Pana Prezesa, drugiego z intruzów obrzucili jedynie lekceważącym spojrzeniem, a następnie wykonawszy krótki telefon, po szybkim przeszukaniu kieszeni przybyłych gości, bez słowa nacisnęli guzik otwierający szeroką bramę, za którą krył się iście oszałamiający widok.
Luksusowa willa, której ogrom, przepych, ale i wyjątkowy smak idealnie wtapiały się w jesienne tło żółknących już lekko drzew, stała pomiędzy ogromną stajnią dla kilku błyszczących koni rasy arabskiej a hangarem dla awionetki. Bliżej ogrodzenia znajdował się na wpół otwarty garaż, w którym jak Paweł zdążył naprędce policzyć, swoje miejsce znalazło przynajmniej 5 luksusowych aut. Być może było ich tam nawet więcej, ale w chwili, kiedy oczy Pawła zachwycały się widokiem wypolerowanej szarej karoserii Astona Martina One-77, w drzwiach willi pojawił się elegancki szpakowaty mężczyzna, który odwrócił jego uwagę.
- To on? - Paweł spytał szeptem Marcina, ale ten prychnąwszy tylko z rozbawieniem, mruknął:
- Skąd! To jego lokaj.
W tej samej chwili, ubrany w czarny frak, dystyngowany mężczyzna skłoniwszy się lekko w stronę przybyłych gości, zaprosił ich do środka, mówiąc:
- Pan Prezes już na panów czeka.
Prowadząc gości przez wyłożone marmurem korytarze, których wystrój ze względu na liczbę zebranych tam obrazów i rzeźb, kojarzyć mógł się bardziej z galerią sztuki niż z domem, lokaj nie odezwał się już ani słowem. Doprowadziwszy Pawła i Marcina pod potężne dębowe drzwi, w milczeniu skłonił się lekko, po czym odszedł płynnym krokiem tam, skąd przyszedł.
Kiedy znikł, dębowe wrota nagle otworzyły się, a w jasnej strudze promieni słonecznych, na bielusieńkiej marmurowej posadzce stanęła ubrana w dopasowany czarny garnitur i białą koszulę, kobieta z gładko zaczesanym brązowym kokiem. Sekretarka Pana Prezesa z wyraźną wprawą i rutyną, wprowadziła gości do niewielkiego saloniku, gdzie zgodnie z instrukcją mieli poczekać aż gospodarz skończy prowadzoną właśnie rozmowę telefoniczną.
Donośny i wysoki głos, słyszany zza kolejnych masywnych drzwi w kolorze ciemnego brązu, wskazywał nie tylko na burzliwy charakter odbywającej się rozmowy, ale i na temperament samego Prezesa.
- Myślisz, że on odsprzeda mi tę chałupę? - Paweł, rozglądając się z podziwem po luksusowym wnętrzu saloniku, podzielił się swymi wątpliwościami z Marcinem.
Jego przyjaciel nie zdążył jednak zareagować, bo w chwili, kiedy otwierał usta, automatycznie sterowane drzwi, za którymi siedział Prezes, zaczęły się powoli rozsuwać.
- Zapraszam, zapraszam - wysoki, lekko skrzekliwy głos zachęcał do przekroczenia niedostępnych progów obwarowanej kryjówki.
Marcin i Paweł wstali więc z sofy i niepewnym krokiem weszli do środka.
Wystrój gabinetu Prezesa kontrastował z resztą ultranowoczesnych pomieszczeń rezydencji, swoim zaskakująco przytulnym i tradycyjnym wystrojem. Fotele w stylu Ludwika XVI, masywny drewniany sekretarzyk i zapełniony starodrukami przeszklony regał z mosiężnymi klamkami, w otoczeniu beżowych dywanów, antycznych obrazów oraz wiszących na ścianach poroży jeleni, tworzyły swojego rodzaju enklawę pośród zdominowanego głównie przez biel i stal, minimalistycznego wystroju całej reszty ogromnego budynku.
Sam Prezes zaś, siedząc za ogromnym, bogato zdobionym, dębowym biurkiem; zdawał się niknąć w przepastnym bogactwie tych wszystkich, znajdujących się wokół niego, dekoracji i woluminów.
Na pierwszy rzut oka wyglądał na jakieś 1,60 m wzrostu. Miał świecącą się jak glaca głowę, małe bystre oczka w kolorze piwnym, zawieszone na szyi 3 sznury złotych łańcuchów oraz widoczną już na samym jego potrójnym podbródku, wyraźną nadwagę.
Kiedy Paweł i Marcin zaczęli wyłuszczać z jaką sprawą przyszli, Prezes uśmiechając się tajemniczo niczym Mona Lisa, przez dłuższy czas spoglądał w okno, nie odzywając się do nich ani słowem. Kiedy w końcu i oni zamilkli, wstał z fotela, deklasując wcześniejsze przypuszczenia Pawła co do jego wzrostu. Prezes mógł liczyć co najwyżej 1,50 m, przy czym w pozycji stojącej wydawał się jeszcze grubszy niż gdy siedząc, skrywał się za masywnym biurkiem.
- Taaaaak... Dom rodzinny budzi zawsze wielki sentyment - westchnął, stanąwszy obok przeszklonych drzwi na taras, za którym rozpościerał się imponujący wybieg dla koni.
Chwilę później, zauważywszy kierującą się w stronę tarasu, smukłą kobiecą postać w stroju dżokejki, rozjaśnił swoje oblicze obleśnym uśmiechem, po czym szybkim ruchem otworzył drzwi na oścież.
Kiedy roześmiana dziewczyna z pejczem w ręce, rozkołysanym krokiem weszła do środka, Paweł spojrzawszy na jej twarz, nagle oniemiał. W związanych w koczek włosach i toczku na głowie, wyglądała wprawdzie nieco inaczej niż wtedy, gdy spotkał ją po raz pierwszy, ale bez wątpienia była to Isabel.
Zresztą, nawet jeśli Paweł miałby jeszcze jakieś wątpliwości, najpiękniejsza kobieta świata rozpoznawszy w nim znajomego z pociągu, z prawdziwie szczerą sympatią, w tej samej chwili wykrzyknęła:
- Paweł! To ty?
- Owszem, ja - wydukał zmieszany, nie wiedząc jak się zachować.
Zaskoczony tym entuzjastycznym powitaniem, nie mógł bowiem wyjść ze zdumienia, że taka kobieta jak Isabel mogła go w ogóle zapamiętać.
Na szczęście, z pomocą przyszedł mu sam Prezes.
- Isabel, znasz tego pana? - spytał piskliwym głosem, na co Isabel uśmiechając się uroczo, pokiwała głową.
- Spotkaliśmy się niedawno w pociągu - wyjaśniła. - Czyż to nie wspaniały przypadek? Musimy uczcić tę okazję. Kochanie, zaprośmy panów na obiad - zaproponowała.
- Ależ oczywiście, zapraszam, przejdźmy do salonu - prezes gestem ręki zaczął kierować wszystkich ku drzwiom. - Zaraz wydam polecenie kucharce. Na taką okazję na pewno przygotuje coś wyśmienitego - zapewnił.
- Ale Panie Prezesie... - Paweł, chcąc wrócić do przerwanego tematu, zatrzymał biznesmena na stronie. - Jak będzie z tym moim domem? - spytał. - Dogadamy się jakoś?
Prezes usłyszawszy to pytanie, uśmiechnął się do Pawła jowialnie, po czym patrząc na niego z poziomu swoich 150 cm, odparł ze wschodnim akcentem:
- Czemuż mielibyśmy się nie dogadać? Miałem już wprawdzie pewne plany wobec tej nieruchomości, ale przyjaciele Isabel są przecież także moimi przyjaciółmi. Jeśli tak ci na tym zależy, mogę ci odsprzedać ten domek nawet dzisiaj.
Prezes, jak powiedział, tak też i zrobił. Tydzień później, stary rodzinny dom Smargolów, za niewielką sumę, przy pośrednictwie Marcina, powrócił w ręce Pawła. Poruszony skomplikowanymi losami nowego znajomego, Prezes podarował mu także pewien niewielki prezent.
- Co to jest? - zdziwił się Paweł, kiedy po podpisaniu umowy sprzedaży, na pożeganie Vitalij wręczył mu niewielkich rozmiarów, plastikowy prostokąt.
- Fałszywy dowód osobisty - wyjaśnił Prezes. - Marcin wspomniał, że masz jakieś małe problemy z prawem... Może ci się przyda - uśmiechnął się, mrugając jednym ze swych małych, świńskich oczek.
- Czy mi się przyda?! - roześmiał się Paweł. - To mi ratuje życie! - dodał.
Dokument z nowym nazwiskiem otwierał przed nim ogrom możliwości i zupełnie odmieniał perspektywy na przyszłość. Wszystkie dotychczasowe przeszkody i ograniczenia nagle straciły na znaczeniu. Mając forsę i nową tożsamość, Paweł niemal od razu mógł uciec na drugi koniec świata i nie martwiąc się już o nic, zacząć nowe, wygodne życie. Nawet niedostępna i odległa Wyspa Rumu, o której tak zawsze marzył, była teraz na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko kupić bilet i udać się na lotnisko.
Kimś, kto go jednak na pewien czas od tego powstrzymał, była Isabel.
11
Trzymając w jednej ręce klucze do starego domu, a w drugiej nowe dokumenty, Paweł czuł się tak, jakby stał w rozkroku nad przepaścią. Z jednej strony, ciążyło na nim widmo policyjnego pościgu. Z drugiej jednak, coraz bardziej podniecająca stawała się dla niego wizja nowych możliwości, które w tak nagły i niespodziewany sposób, otwierały przed nim wrota do innego życia. Choć nadal w niepewności i jakimś przerażeniu, Paweł z każdą godziną zaczynał spoglądać w swoją najbliższą przyszłość z rosnącą nadzieją oraz ekscytacją.
Otwierając spróchniałe drzwi zrujnowanego rodzinnego domostwa, początkowo chciał się tam zaszyć, by w ciszy i spokoju przemyśleć dalszy plan ucieczki. Obejrzawszy z bliska stare, rozpadające się meble i nienaprawiane od lat jego młodości, wiecznie niedomykające się drzwi oraz nieszczelne okna z pomalowanymi na zielono framugami, w pierwszej chwili pożałował jednak, że odkupił tę ruderę.
Gdybym wiedział, że facet może załatwić mi nową tożsamość, wcale bym tu nie wracał - myślał, potykając się o pozostawione na podłodze jeszcze przez jego ojca, stosy butelek po wódce.
Odgarnąwszy, zakurzoną i sztywną od brudu, pościel z łóżka, poczuł odór zaschniętej uryny oraz mysich odchodów, które w niewietrzonym od ponad roku pomieszczeniu, tworzyły fetor nie do wytrzymania. Dostrzegając kątem oka uciekające spod starego materaca stado myszy, odskoczył w tył, po czym zbliżywszy się do okna, otworzył je na oścież.
Na zewnątrz było rześko i wilgotno. Stado gołębi, wystraszone skrzypnięciem otwieranych okiennic, wzleciało w górę ponad dziko rosnące krzewy bzów; a spowity we mgle, stary i obdrapany wychodek z wyciętą w drzwiach dziurą w kształcie serduszka, chyląc się mocno w lewą stronę, podkreślał tylko nędzę całego obejścia.
Minęło tyle lat, a wszystko ożyło tak, jakby to było zaledwie wczoraj. Przymknąwszy powieki, Paweł wciągnął w płuca głęboki łyk zimnego, jesiennego powietrza i myślami powrócił do dni, kiedy w tym zrujnowanym domu tętniło jeszcze życie. Znowu poczuł znajomy chłód zimowego poranka, który malując kwiaty na zaszronionych oknach, wdzierał się do słabo ogrzewanych pokojów i przenikał przez stare, cerowane kołdry aż do szpiku kości wszystkich domowników. W jego uszach rozbrzmiały na nowo dawne kłótnie starszego rodzeństwa, cichy płacz matki, a także głośne wrzaski oraz pijacki bełkot ojca.
Jego dysfunkcyjny dom i dysfunkcyjna rodzina, od której zawsze chciał się odciąć, a która jak na złość tkwiła w nim i wpływała na jego życie nawet wtedy, kiedy już stracił z nią kontakt. Jak większość dzieci alkoholików, także i on wyrósł na człowieka o dużych ambicjach i wymaganiach wobec samego siebie, który jednocześnie pozbawiony jest nie tylko wielu podstawowych życiowych umiejętności, ale przede wszystkim wiary we własną wartość. Wyposażony w tę niemalże gwarantującą życiowe porażki mieszaninę cech, mógł co najwyżej wyrosnąć na samo spalającą się marionetkę. Sterowaną przez innych kukłę, która pozbawiona siły i woli, nie ma do niczego prawa i której nic od życia się nie należy.
Kiedy otrząsnąwszy się z ponurych wspomnień, zamknął z hukiem ledwie trzymającą się w całości obdrapaną okiennicę, był prawie zdecydowany opuścić ten dom i już nigdy do niego nie wracać. Obrzuciwszy jeszcze raz zaniedbane i niesprzątane przez lata wnętrze, miał już zbierać się do wyjścia, kiedy do jego uszu dobiegło nagle delikatne pukanie.
Kto to? - pomyślał z przestrachem. To nie może być Marcin. Jest teraz w pracy. Ale jeśli nie on, to kto?
Kiedy wyjrzał przez poczerniałe od starości i osiadłego na nich kurzu, firanki, nieoczekiwanie pod swoimi drzwiami zobaczył najpiękniejszą kobietę świata.
Ubrana w letnią, białą sukienkę, ciemny płaszcz i kozaki do kolan, wyglądała tak zjawiskowo i zarazem nierealnie, że przez chwilę Pawłowi zdawało się, że Isabel jest jedynie jakimś majakiem jego rozgorączkowanej wspomnieniami, wyobraźni. Pukanie po chwili przybrało jednak na sile. Paweł ocknąwszy się więc, jednym susem doskoczył do drzwi, a kiedy stanął w nich z wytrzeszczonymi ze zdziwienia oczyma, Isabel jak gdyby nigdy nic, cmoknęła go w policzek i wręczając mu sporych rozmiarów pakunek, rzekła:
- Pomyślałam, że pewnie nic tu nie masz i możesz potrzebować kilku rzeczy. Spakowałam ci pościel, ręczniki, sztućce, kilka talerzy i kubek.
Błysnąwszy w uśmiechu bielutkim garniturem idealnie prostych zębów, rozejrzała się z zainteresowaniem po wyblakłych i poplamionych ścianach zagraconego ganku, a następnie spytała:
- Wpuścisz mnie do środka, czy będziemy tak tu stać?
- Jasne... Zapraszam - Paweł odrzekł, zdziwiony i zawstydzony zarazem.
Co ona sobie pomyśli, widząc tę melinę? - zachodził w głowę.
Usłyszawszy po chwili z ust Isabel pełen entuzjazmu komentarz na temat wyjątkowego klimatu tej rozpadającej się rudery, stanął jak wryty.
Najpiękniejsza kobieta świata, żyjąca na co dzień w luksusie i nosząca na sobie ubrania najlepszych projektantów świata, przekonywała, że zapuszczona przez jego ojca, cuchnąca nora to interesujący architektonicznie zabytek.
- Uwielbiam takie stare, drewniane domy. Tylko one mają dusze - mówiła z niekłamanym zachwytem, rozglądając się po wszystkich, najbardziej żenujących zakamarkach tej klimatycznej posiadłości.
Czy ona zwariowała? - Paweł pytał siebie w myślach, czerwieniejąc na widok pozostawionych na zardzewiałym haczyku, brudnych slipów jego ojca.
Isabel jednak, jakby nie dostrzegając tych wszystkich niechlubnych śladów pijackiej obecności, dalej rozwodziła się nad fenomenalnym urokiem starych wnętrz.
- Nie dziwię się, że chciałeś tu wrócić - stwierdziła, po czym ponownie spojrzawszy Pawłowi w oczy, uśmiechnęła się promiennie i zaproponowała swoją pomoc. - Na pewno czeka cię tu dużo pracy. Jeśli tylko zechcesz, służę swoją radą i pomocą - dodała, patrząc przy tym tak, jakby obiecywała coś więcej niż udział w renowacji.
Po ciele Pawła przebiegł dreszcz ekscytacji, a w jego głowie zrodziła się nagle pewna absurdalna myśl.
Czy przypadkiem najpiękniejsza kobieta świata nie wysyła w moim kierunku jakiegoś podprogowego sygnału? - pomyślał wieczorem, kiedy już został sam.
Czy ona...? Nie, nie, to niemożliwe - kręcąc głową, tonował rozbudzoną wyobraźnię.
Zaintrygowany zachowaniem nowej znajomej, postanowił jednak pozostać w Kosielsku nieco dłużej.
12
Rzecz jasna, w Kosielsku nie mógł zatrzymać się na stałe. To było pewne.
Mimo, że na papierze jego dom należał teraz do Marcina, a on sam legitymował się fałszywym dowodem, poszukująca go policja mogła przecież w każdej chwili sprawdzić jego dawne lokum. Przepytując sąsiadów, dla których niezależnie od nazwiska w dokumentach, Paweł pozostawał tym samym Pawłem co przedtem, funkcjonariusze szybko wpadliby na jego trop. Zamieszkanie na starych śmieciach, wśród znających jego prawdziwe personalia ludzi, było ogromnym ryzykiem. Niebezpieczeństwo możliwej wtopy wisiało nad Pawłem niczym topór zastygłego w bezruchu, kata. Mimo to, kuszony wizją bliższej znajomości z najpiękniejszą kobietą świata, Paweł postanowił na chwilę uśpić swoją czujność.
To był impuls. Jakieś totalne zaćmienie umysłu, które może przydarzyć się mężczyźnie tylko i wyłącznie z powodu kobiety. Pokusa, jaką była dla niego wówczas znajomość z Isabel, kazała mu odrzucić wszelkie podszepty rozumu. Dlatego też, wbrew zdrowemu rozsądkowi, oczarowany urokiem nowej znajomej, idąc za jej radą i w zasadzie tylko dla niej, Paweł rozpoczął pozbawiony celu, remont rodzinnego domu.
Spędziwszy całe swoje dotychczasowe życie w mieszkaniach o niskim standardzie i niewielkim metrażu, rozwiązania proponowane przez Isabel oraz jej architekta, Paweł przyjmował raczej jako fanaberie szaleńców. W miarę upływającego czasu, zgadzając się na wszystkie ich pomysły, zaczął zauważać, że jego rozwalająca się rudera niepostrzeżenie przeistoczyła się w stylowe i co najważniejsze, wygodne domostwo.
Pod koniec października znikły wszystkie zdezelowane szafki z poprzedniej epoki, skrzypiące drzwi, nadtłuczone okna oraz pełne dziur, wykładziny z zimnego gumoleum, ustępując miejsca ciepłym, drewnianym podłogom, idealnie dopasowanym do nich rustykalnym meblom oraz stylizowanym na stare, białym okiennicom oraz drzwiom.
Rozsiadając się na przytulnej sofie w kolorze beżu i zaciągając się świeżym zapachem kwiatów, Paweł nie mógł wyjść z podziwu dla pomysłodawczyni całej tej przemiany.
Ta natomiast, ku jego zaskoczeniu, siedziała tuż obok niego i popijając lampkę czerwonego wina, spoglądała w jego oczy tak, jakby naprawdę czekała na jakiś krok z jego strony.
Jakiś to zbyt mało powiedziane.
Tamtego wieczora, najpiękniejsza kobieta świata miała najwyraźniej na Pawła chrapkę i wcale tego nie kryła.
Ona na ciebie leci! Zrób coś, idioto! - w głowie Pawła krzyczał głos, zachęcający do działania.
Nie było to jednak konieczne. Kilka minut i kieliszków później, wszystko potoczyło się już samo.
Dłuższe spojrzenie w oczy, pierwszy pocałunek, uśmiech aprobaty, kolejny pocałunek, kolejny i kolejny. A potem widok oszałamiająco pięknego nagiego ciała i ogromny stres.
Bo co, jeśli nie sprostam? - pomyślał nagle, wystraszony Paweł.
Oto on, ostatnia oferma i niedojda, który swój pierwszy raz przeżył z prostytutką, a w ostatnich latach seksualne napięcie rozładowywał najczęściej własną ręką, leżał w łóżku z wyraźnie napaloną, najpiękniejszą kobietą świata.
Do czego to doszło! - dziwił się raz po raz, dotykając to kształtnych piersi Isabel, to jej aksamitnych ud. Gdyby mnie teraz widziały te wszystkie nadęte stołeczne gąski, które nie chciały się ze mną umówić nawet na zwykłą randkę! - myślał z satysfakcją.
Kobiety nigdy nie widziały w nim godnego uwagi samca. Nawet jego sfiksowany współlokator schizofrenik miał większe branie.
Może i nic dziwnego. Barczysty byczek o pochmurnych oczach i ciemnej karnacji mógł przecież zawrócić w głowie niejednej. Zwłaszcza, że dopóki nie wyjawił przed zainteresowaną swoich szaleńczych skłonności, potrafił naprawdę zachwycić swoim intelektem i erudycją. A tych, przy jego wygadaniu i ukończonych dwóch fakultetach akurat mu nie brakowało.
Tymczasem nieoczekiwanie karty się odwróciły i to Paweł, szczytując, wsłuchiwał się w donośny okrzyk zadowolenia swojej partnerki.
Udało się! - odetchnął z ulgą, uśmiechając się do leżącej pod nim, Isabel.
Chwilę potem, zmęczony, zadowolony i nadal oniemiały od niespodziewanego szczęścia, opadł na miękkie białe poduszki i przytuliwszy głowę do oliwkowego ramienia Isabel, po prostu zasnął.
Spał potem jak suseł, a kiedy się wybudził, przez dłuższą chwilę zastanawiał się, czy wydarzenia zeszłej nocy nie były tylko majakiem.
Jego zdrętwiała lewa ręka, na której spoczywała kobieca głowa szybko jednak rozproszyła wszelkie wątpliwości.
Obecność drugiej osoby była niepodważalna.
Jednak już pierwsze spojrzenie na leżącą obok pozbawioną blasku twarz, zbudziło w Pawle pewną konsternację.
To przecież nie Isabel! - nagle uderzyła go nieprzyjemna myśl.
Kiedy w tej samej chwili, nieznajoma dziewczyna mrugnąwszy kilkakrotnie powiekami, otworzyła wreszcie swoje podkrążone oczy i powitała go uśmiechem swych wąskich i lekko asymetrycznych warg, Paweł z trudem powstrzymał się od zapytania jej o to, kim jest i co robi w jego łóżku. Nie mogąc odważyć się na taką śmiałość, Paweł w stronę nieznajomej skierował więc jedynie pełen zakłopotania, uśmiech.
Może to jakaś koleżanka Isabel? - przebiegło mu przez głowę, kiedy zaczął przypominać sobie wydarzenia zeszłej nocy.
W tym samym momencie, nieznajoma przeciągnąwszy się z gracją, nieoczekiwanie otworzyła usta.
- Dzień dobry Pawełku. Jak ci się spało? Mam nadzieję, że nie chrapałam - dziewczyna przekręciwszy się na bok, niespodziewanie przemówiła głosem najpiękniejszej kobiety świata.
Najpiękniejszą kobietą świata zdecydowanie jednak nie była. Jej oklapłe włosy, wąskie oczy i usta w niczym nie przypominały tych, którymi zachwycała Isabel.
Co tu jest grane? - Paweł przecierając oczy ze zdziwienia, pytał samego siebie.
Patrząc na nieznajomą twarz za nic nie potrafił odgadnąć, kim jest leżąca tuż obok kobieta. Speszony swoją nagłą amnezją, przyglądał się jej więc z nietęgą miną. Dziewczyna zauważywszy stropienie na twarzy Pawła, w pewnym momencie, spytała:
- Coś się stało, Pawełku? Jesteś jakiś nieswój...
On, pokręciwszy jednak tylko głową, uśmiechnął się blado i przetarłwszy oczy, mruknął:
- Nie, nic, nic... Wszystko w porządku.
- To ja pójdę wziąć prysznic - oznajmiła w końcu dziewczyna, po czym odgarnąwszy ze swego czoła grzywkę, odsłoniła sporych rozmiarów, czerwony pryszcz, który pysznił się nad jedną z jej jasnych brwi. - A ty kotku zrób nam jakieś śniadanko - dodała.
Chwilę później, wydostawszy się z pościeli, ukazała oczom Pawła znajome, posągowo szczupłe ciało i zupełnie naga pomaszerowała do łazienki.
Głos i ciało jakby Isabel, ale twarz... - Paweł zachodził w głowę, analizując wygląd nieznajomej.
Nie będąc już niczego pewnym, postanowił jednak spełnić prośbę tajemniczej towarzyszki.
W końcu, nawet jeśli nie była to Isabel, spędził z nią wspaniałą upojną noc - pomyślał, wspominając wydarzenia sprzed kilku godzin.
Ciągle mocno zdezorientowany, wstał więc z łóżka i następnie przygotował kilka kanapek oraz jajecznicę, która do wyjścia nieznajomej z łazienki, zdążyła już zupełnie wystygnąć.
Zimne jajka nie były jednak w tamtej chwili istotne.
Kiedy po dłuższym czasie, drzwi od łazienki nagle otworzyły się, a w chmurze obłędnego aromatu piżmowych perfum ponownie zjawiła się najpiękniejsza kobieta świata, Paweł zupełnie stracił rozum. Wpatrując się w jej na nowo długie i czarne rzęsy, pełne usta i nieskazitelną, oliwkową cerę, sam musiał wyglądać jak idiota, bo Isabel spytała:
- Coś się stało? Jakoś dziwnie wyglądasz...
Otrząsnąwszy się z szoku, jaki wywarła na nim jej metamorfoza, Paweł uśmiechnął się w końcu i odrzuciwszy swoje wcześniejsze, niedorzeczne przypuszczenia, odparł:
- Nie, nic, nic... Po prostu tak mnie oczarowałaś, że aż zabrakło mi słów.
13
Kolejne dwa miesiące Paweł przeżył jak w transie. Ciesząc się luksusami swojego starego-nowego domu i korzystając z nieprzebranej ilości pieniędzy, za które mógł w końcu kupić sobie rzeczy, na które nie było go dotąd stać, na chwilę zapomniał o swoim dawnym życiu i jego problemach. Pierwszy raz nie musiał na niczym oszczędzać ani niczego sobie odmawiać. Idąc na zakupy, nie musiał już ograniczać się do najtańszych konserw i pachnących chemią, wędlin z najniższej półki w supermarkecie. Mógł sobie pozwolić na dobry alkohol i obiady w drogich knajpach. Wymienił wreszcie stary i zawieszający się telefon na nowy model, a chwilę potem zakupił też wymarzoną sportową furę. Obijając się swym czerwonym cackiem i trwoniąc kolejne tysiące na mniejsze i większe zachcianki, korzystał z życia na tyle, na ile było go stać.
Romans z Isabel trwał w najlepsze, a zaskakujące zmiany jej wyglądu przestały już robić na nim wrażenie. Fakt, że po nocy najpiękniejsza kobieta świata w świetle poranka wyglądała jak każda inna, zwykła dziewczyna, Paweł przyjął jako ciekawostkę, która w niczym nie umniejszała jego totalnego zauroczenia.
Z racji, że Isabel nadal pozostawała w związku z Prezesem, randki z Pawłem musiały jednak odbywać się w ukryciu. Kiedy tylko Vitalij wyjeżdżał na dzień lub dwa, Isabel dzwoniła do Pawła, by słodkim głosem zadać mu retoryczne pytanie.
- Masz czas i ochotę na spotkanie? - mruczała do słuchawki, a on oczywiście wolny i rozpalony do czerwoności, czekał już na nią z tęsknotą.
Na przemian kochając się i rozmawiając ze sobą, poznawał coraz lepiej nie tylko jej boskie ciało, ale też i duszę.
A tę, jak się mu wówczas zdawało, Isabel miała równie piękną, co nogi i piersi. Poza pracą na wybiegach i przed obiektywami słynnych fotografów, Isabel często wspomagała hospicja oraz schroniska dla bezdomnych ludzi i zwierząt. Dawała dom porzuconym psom i kotom, a także udzielała się w wielu akcjach na rzecz biednych i wykluczonych dzieci z krajów trzeciego świata.
Kiedy Paweł spoglądał czasem na te jej podpuchnięte z rana oczy oraz ochlapłe włosy, widział w niej zmęczonego anioła, który pod przebraniem super laski miał tu na ziemi za zadanie czynić dobro.
- Czemu jesteś z Vitalijem? Przecież to przestępca - spytał pewnego razu, nie rozumiejąc co może łączyć dwoje tak różnych ludzi.
- Bo się boję - odrzekła po chwili zastanowienia Isabel.
- Groził ci, że coś ci zrobi, jeśli odejdziesz? - spytał poruszony Paweł.
Isabel potrząsnąwszy jednak swoją kształtną główką, zaprzeczyła.
- Nie o to chodzi... Boję się biedy - wyjaśniła.
- Biedy? Ty boisz się biedy? - powtórzy zdumiony Paweł.
- Tak. Biedy - oznajmiła. - Nawet nie wiesz, w jakich warunkach żyłam kiedyś u siebie w kraju - uśmiechnęła się z goryczą, uciekając spojrzeniem za okno. - Boję się, że będę musiała wrócić do tej nędzy - dodała, a po chwili dostrzegłszy na twarzy Pawła zdziwienie, spytała z wyrzutem: - No co? Myślisz, że kariera modelki trwa wiecznie?
- Nie, oczywiście, że nie... Ale można chyba coś zaoszczędzić, zainwestować - podsunął nieśmiało Paweł.
Isabel potrząsnąwszy swoimi świeżo wymodelowanymi lokami, zdawała się jednak takiej opcji nawet nie dostrzegać.
- Przyzwyczaiłam się już do high life - wyjaśniła, po czym spuściwszy wzrok, szepnęła: - I zupełnie nie znam się na przedsiębiorczości. Vitalij gwarantuje mi wygodę i spokój. A to jest dla mnie najważniejsze.
Cóż... Paweł musiał pogodzić się w tamtej chwili, że jego anioł był nieco upadły.
Nie oceniając jednak pobudek Isabel ani nie zadając jej już więcej pytań o związek z Prezesem, Paweł upajał się każdą kolejną wspólnie spędzoną z nią chwilą.
Jeśli Vitalij akurat nigdzie nie wyjeżdżał, para kochanków musiała zadowalać się krótkimi, choć bardzo intensywnymi spotkaniami w ciągu dnia. Isabel wówczas niczym rześki powiew wiatru otwierała z impetem drzwi do sypialni Pawła i lądując w jego łóżku, pozwalała sobie na upojne chwile zapomnienia w ramionach kochanka. Po dwóch godzinach gorących igraszek, przypominając sobie o Vitaliju, niedbale i pospiesznie ubrana, wybiegała do swojego auta, zostawiając Pawła w pełnym smutnego niedosytu, stanie oczekiwania na następną okazję do spotkania. Po tych ekspresowych randkach, resztę dnia Paweł spędzał zazwyczaj z butelką jakiegoś mocnego trunku, którym znieczulał pojawiający się w jego sercu coraz częściej, ból osamotnienia.
W tamtym czasie pił zresztą tak dużo, że w pewnym momencie zaczął nawet rozumieć alkoholowe ciągoty własnego ojca. Choć przez całe życie, zdecydowanie unikał wysokoprocentowych napojów, po powrocie do Kosielska, otępiający zmysły alkohol pomagał mu zapomnieć o poniesionych krzywdach, przeżytych porażkach oraz trawiącym go od dawna poczuciu życiowego bezsensu. Alkohol z sukcesem tłumił nawet lęk przed dekonspiracją.
- Za twoje zdrowie tatusiu - Paweł bełkotał czasem, podnosząc butelkę do ust. - Ty to wiedziałeś, co jest dobre.
Pod wpływem tych pijackich przemyśleń i wzruszeń, pewnego dnia postanowił nawet postawić na grobie swojego nieżyjącego ojca, pomnik.
I to nie byle jaki.
14
Paweł nienawidził swojego ojca tak za życia, jak i po śmierci. I żadna ilość wypitego alkoholu nie była w stanie wyleczyć go z tego uczucia.
Człowiek, który go spłodził nie dał mu nic ponad to nędzne, pełne upokorzeń i przeszkód, życie. Nigdy nie okazał mu ani grama ojcowskich uczuć. Ni przytulił, nie zażartował, nie porozmawiał. Ojciec traktował Pawła jak kolejną gębę do wykarmienia, która choć nie prosiła się na świat, oczekiwała codziennej porcji chleba oraz odrobiny uwagi.
Chleb, choć zawsze wymówiony, był.
Uwaga już niekoniecznie.
Dla Zbigniewa Smargola, każde z siódemki jego dzieci było tylko kulą u nogi.
- Żebym ja was darmozjady nie musiał utrzymywać, to bym se żył jak człowiek - mawiał, kiedy wieczorem, po robocie wracał do domu i ustawiał wszystkich po kątach.
Pawła, jako najmłodszego, nie lubił chyba najbardziej, dając upust tej swojej wzmożonej niechęci poprzez regularne bicie.
Paweł dostawał za wszystko. Za rozlaną wodę, za rozsypany cukier w kuchni, za to że wyrósł z noszonej przez 5 lat kurtki, a także za to, że w szkole żądano od niego opłacenia jakiejś składki. Dzieciństwo Pawła upływało w cieniu ciągłych pretensji i awantur, które niemal zawsze kończyły się obitymi plecami oraz kilkunastocentymetrowymi sińcami na całym ciele.
Kiedy starsze rodzeństwo mieszkało jeszcze w domu, ojcowska złość rozchodziła się kilkoma kanałami. Kiedy jednak najstarsza z sióstr, Kaśka, w wieku 18 lat wyprowadziła się do większego miasta, a kolejni z rodzeństwa korzystając z jej gościnności i wsparcia, zaraz po osiągnięciu pełnoletności, szli w jej ślady, agresja ojca skropiła się już tylko na Pawle i jego matce.
Kiedy w końcu i Paweł skończył 18 lat, Kaśka była dawno po ślubie i nie miała już miejsca dla kolejnego brata-uciekiniera. Chcąc, nie chcąc, Paweł musiał zostać w domu. Musiał też skończyć szkołę i zdać maturę. Zanim jednak zdołał to zrobić, przeżył najgorszy w życiu okres dwuletniej przepychanki, podczas której ojciec tłukł go tak, jakby chciał zabić.
- Ile jeszcze będę cię żywił? Kiedy wreszcie znajdziesz sobie jakąś robotę? - pytał niemal każdego dnia, choć doskonale wiedział, że jego najmłodszy syn miał przed sobą jeszcze 2 lata nauki.
Dopóki żyła matka Pawła, rzyjmując z pokorą mężowskie razy, po kryjomu dawała synowi tyle, ile mogła, co z ledwością starczało na kupno niezbędnych książek oraz ubrań.
- Musisz skończyć szkołę, dziecko. Przez tego pierdolonego Scrooge'a nie przerwiesz przecież nauki - tłumaczyła, określając swego męża zapadającym w pamięć epitetem.
Kiedy jednak zmarła, załamany Paweł był pewien, że to już koniec. Że sam w zderzeniu z niechęcią i siłą ojca, nie da już rady.
Jednak Zbigniew Smargol po śmierci żony, tak bardzo zatracił się w swoim nałogu, że zapomniał nie tylko o obecności Pawła, ale i o całym otaczającym go świecie.
Gdyby nie ciotka Barbara, dzięki której dostał wówczas rentę po mamie, Paweł zginąłby chyba z głodu. Skromne, ale regularnie otrzymywane pieniądze pozwoliły mu wtedy przetrwać i ukończyć szkołę.
Po zdaniu matury, otrzymaniu dyplomu, odbyciu kilku bezowocnych wizyt w kosielskim pośredniaku oraz zaliczeniu dwóch stażów w sklepach spożywczych, z prawie pustym plecakiem na barkach, Paweł postanowił wyjechać do stolicy. Imając się przeróżnych tymczasowych zajęć i poszukując swojego miejsca u wielu pracodawców, w Snobtown trafił ostatecznie na Kozłowskiego i jego podejrzany interes.
Ojca nigdy już więcej nie spotkał. Nigdy też mu nie przebaczył.
Pomysł postawienia nieżyjącemu tacie nagrobka miał zaś wbrew pozorom drugie, ukryte i podszyte drwiną, dno.
Paweł udawszy się do pierwszego z brzegu, kosielskiego zakładu kamieniarskiego, napotkał jednak pewną trudność w realizacji swojego nikczemnego planu. Pan Henio Gryka, właściciel interesu, mocno już postarzały, ale pamiętający Pawła jeszcze z czasów dzieciństwa, po usłyszeniu jego zamówienia, najpierw wybałuszył oczy, a następnie drapiąc się po głowie, rzekł z oburzeniem:
- Co też Pawełek wymyślił?!
- To, co się należy - odparł z butą, Paweł.
- Ja wiem, że stary Smargul dobrym ojcem dla was nie był, ale to jednak ojciec - zaprotestował pan Henio.
- Nazywam się Smargol, panie Heniu - wtrącił cicho Paweł, ale napotkawszy pytające spojrzenie kamieniarza, dodał głośniej: - Nie gul, tylko gol. Gol, panie Heniu. Gol.
- Toć i mówię Pawełkowi, że tak właśnie napiszemy na pomniku - pan Henio posłał w stronę Pawła dobrotliwy uśmiech. - Zbigniew Smargul - powtórzył.
Patrząc w rozjaśnioną życzliwością, pomarszczoną jak suszona śliwka, twarz kamieniarza, Paweł zaprotestował stanowczym tonem.
- Nie, panie Heniu! Już panu przecież powiedziałem, jaki ma być napis. O, proszę - wyjaśnił, podsuwając staruszkowi kartkę z wyraźnie napisanym poleceniem.
- PI-ER-DO-LO-NY - pan Henio przesylabizował pierwsze słowo, po czym patrząc na Pawła z przestrachem, pokręcił głową, a następnie oznajmił, że on takiego zlecenia nie przyjmie.
- Bój się Boga! Nigdy nie wykuję takiego słowa na nagrobku! - uderzył się w pierś, pan Henio. - Zmarłym należy się szacunek. Pawełek powinien o tym już wiedzieć - pouczył, odkładając na marmurowy blat kartkę z niecodziennym zamówieniem.
Chwilę później, kiwnąwszy na wchodzącego właśnie do zakładu syna, szepnął:
- Patrz, czego to ludzie nie wymyślą. Takie zamówienie dostałem! Taki grzeczny był kiedyś z Pawła chłopak, a teraz takie durnoty w głowie.
Syn pana Henia, spojrzawszy przelotnie na kartkę parsknął śmiechem, po czym nie kryjąc rozbawienia, spytał:
- A ty Smargul, co? Już zapomniałeś jak ojciec miał na nazwisko?
Zirytowany tym pytaniem, Paweł wycedził przez zęby:
- Pamiętam, doskonale pamiętam. Na pewno nie nazywał się Smargul!
- A niby jak? - spytał z drwiną, młody Gryka.
- Smargol - wyjaśnił z naciskiem na ostatnią sylabę, Paweł.
- No... Mówiłem przecież, że Smargul - roześmiał się, nie rozumiejący swojego błędu, Gryka.
- Nie gul, tylko gol! Ile razy mam powtarzać?! Gol, słyszysz, czy nie?! Gol! Gol! Gol! - rozzłoszczony Paweł podniósł głos.
Rozbawiony tym na całego, 46-letni Piotr Gryka głośno zarechotał, po czym trzęsąc ze śmiechu swym masywnym brzuszyskiem, wysapał:
- Gol? Szkoda, żeś piłkarzem nie został! Z takim nazwiskiem kariera murowana.
Widząc, że u Gryków nic więcej nie wskóra, rozzłoszczony Paweł, nie mówiąc już ani słowa, złapał za mosiężną klamkę, trzasnął drzwiami i wyszedł na ulicę. Nie szukając daleko, szybkim krokiem udał się do oddalonego o jakieś 100 m, konkurencyjnego dla Gryków, zakładu Wiesława Mańkowskiego.
Ten, choć nie znał ani Pawła, ani jego zmarłego ojca, na niecodzienną prośbę klienta, zareagował podobnie jak Gryka i jego syn.
- Co pan?! Co mi tu pan dajesz?! - zdziwił się, odczytując podaną przez Pawła, karteczkę. - Pi-er-do-lo-ny S-c-roo-ge? - przeliterował, po czym spojrzał na Pawła jak na wariata.
- Dobrze zapłacę - Paweł zapewnił, patrząc z nadzieją na czerwonawą twarz, słynącego z chytrości, biznesmena.
Mańkowski otarłszy z szerokiego czoła kilka kropel potu, po krótkim namyśle, odmówił jednak w zdecydowany sposób.
- Panie, jakby się ludzie dowiedzieli, że ja takie coś wykułem, to bym całą renomę stracił! - oburzył się.
- Ale ja naprawdę dobrze zapłacę. Podwoję, może nawet potroję stawkę - kusił Paweł.
Wszelkie próby przekonania kamieniarza spełzły jednak na niczym.
- Idź pan z takim zamówieniem w cholerę! - pożegnał go zdecydowanie Mańkowski.
Cóż było robić. Paweł poszedł do trzeciego i jednocześnie ostatniego kamieniarza w Kosielsku. Zanim jednak mu wyłuszczył niecodzienną prośbę, postanowił nieco ją zmodyfikować.
- Fucking Scrooge? - sześćdziesięcioletni właściciel zakładu odczytał to tak, jak było napisane, po czym spojrzawszy na Pawła z ciekawością, spytał: - To jakiś Murzyn, tak?
- Taaaak - przytaknął pospiesznie Paweł, czując podświadomie, że tym razem jego zamówienie zostanie zrealizowane.
Miesiąc później, miejsce zarośniętego zielskiem kopca, zajął całkiem okazały i elegancki nagrobek, na którego czarnej marmurowej płycie, wymalowane złotą farbą literki ogłaszały światu, że w tym miejscu spoczął nie kto inny, a ojciec Pawła.
Fucking Scrooge po prostu.