Sobota, 21 grudnia
Ewelina wróciła do domu około południa. Makijaż był czasochłonny, ale musiała przyznać, że była zadowolona z efektu i, co ważniejsze, panna młoda również. Ledwie weszła do domu, gdy rozległ się dzwonek domofonu. Nie spodziewała się gości. Wszyscy jej znajomi byli pochłonięci przygotowaniami do świąt. Zerknęła na zegarek, za dwie godziny powinna odebrać Karolcię z przedszkola. A właściwie z warsztatów pieczenia pierniczków dla przedszkolaków, które zorganizowała Tosia. I to w sobotę. Złota dziewczyna. Tych kilka dodatkowych godzin bez dzieci kręcących się pod nogami może być wybawieniem dla wielu rodziców. Ewelina też chętnie skorzystała z propozycji, co prawda nie spędziła tego czasu na lepieniu pierogów, tylko na robieniu makijażu i przewiezieniu ciała z zakładu do kościoła. Tam zmienili ją koledzy z Elbląga.
Otworzyła drzwi i najchętniej od razu by je zamknęła. Nie spodziewała się Rafała, a już na pewno nie tego, że przyjdzie z żoną. Miał się zjawić jutro rano, by zabrać Karolcię na kilka godzin. Przypadał jego weekend z małą, ale zrezygnował z soboty, gdy dowiedział się o tych świątecznych warsztatach.
- Cześć, wybacz, że tak niespodziewanie - powiedział na powitanie. - Dzwoniłem w drodze, ale nie odbierałaś.
- Wyszłam z domu i nie wzięłam telefonu - odpowiedziała i zaraz zamilkła, zła na siebie. Nie musiała mu się tłumaczyć.
- Możemy porozmawiać? - zapytał. - W środku? - dodał, patrząc na padający na zewnątrz śnieg.
Niechętnie otworzyła szerzej drzwi i przepuściła ich przez próg.
- Karolina jest już w domu?
Pokręciła głową.
- Odbieram ją o czternastej. Ogarniam ostatnie sprawy przed świętami. - Wskazała zakupy i składniki na pierniczki. Czwartą partię. Zrobione wcześniej, nie zdążyły nawet stwardnieć. Na święta będą potrzebne nowe, te z warsztatów to prezent dla dziadków.
- My właśnie w tej sprawie - zaczął, zerkając na żonę. Kobieta milczała, ale skinieniem głowy zachęciła go, by mówił dalej. - Wiem, że miałem być jutro, ale chciałem spokojnie z tobą coś omówić. Spędzamy święta w domku na Mazurach. Wyjeżdżamy już w poniedziałek i chcemy wziąć małą ze sobą, żeby została tam na Wigilię - oznajmił.
Ewelina parsknęła. Nie chciała być nieuprzejma, ale zareagowała odruchowo. Pomysł wydał jej się niedorzeczny.
- Wigilia jest za trzy dni - spojrzała znacząco na wielki wiszący na ścianie kalendarz adwentowy, który własnoręcznie wykonała z córeczką. Kilka ostatnich obrazków, w tym ten największy z zieloną choinką i nakreśloną niewprawną rączką liczbą 24, czekało jeszcze na odsłonięcie.
- Wiem.
- I przychodzisz mi to powiedzieć dzisiaj? - Oparła ręce na biodrach, gotowa do walki. - Wszystko z tobą w porządku?
- Powiedzmy, że to odpowiedź na twojego wczorajszego esemesa - odparł, wyciągając z kieszeni telefon. - Cytuję: "W pierwszy dzień świąt mamy wesele, więc Karolinka nie może do ciebie jechać". Koniec cytatu.
- No bo tak jest. - Rozłożyła ręce. - Fakt, zapomniałam wcześniej dać ci znać, mój błąd, ale nie pozwolę, by Karolinka przez to cierpiała. - Kiedy mówiła o córce, jej głos stał się spokojniejszy. - Marzy o tym weselu, będzie sypała kwiatki, poda młodym obrączki. - Niemal miała przed oczami obraz dziewczynki w białej sukience, która już czekała na wieszaku w sypialni. - Żyje tym od tygodni.
- Rozumiem i nie zamierzam jej tego odbierać. Ale skoro z tobą będzie w święta, ze mną spędzi Wigilię. - To było stwierdzenie faktu, a nie pytanie. - Przywiozę ją rano, to nie jest daleko. A ślub przecież zaczyna się po obiedzie. Zdąży - zapewniał.
- Ale to jest Wigilia. Zawsze w Wigilię jesteśmy razem. Nie oddam ci jej w Wigilię - powtarzała uparcie, jakby nie rozumiał, o jakim dniu rozmawiają.
- Ewelina, do tej pory mała zawsze spędzała ją z tobą i nigdy nie robiłem ci z tego powodu problemów.
- Słucham? Nigdy nie robiłeś problemów? Łaskawca się znalazł. A teraz co? Zamierzasz? - ironizowała. - Nigdy nie czułeś takiej potrzeby. O co ci chodzi? Robisz to dla zasady, czy może wreszcie dojrzałeś do roli ojca?
Spojrzenie, jakie Rafał wymienił z żoną Izą, nie umknęło jej uwadze.
- Dobrze wiesz, że według sądowych ustaleń te święta powinna spędzić ze mną. Owszem, wiem, Wigilia zawsze była waszym wspólnym dniem, szanowałem to, ale zapomniałaś mi powiedzieć o tym cholernym weselu, więc...
- Rafał, jak mówiłam, to nie może się odbić na niej. - Próbowała podawać racjonalne argumenty, ale traciła grunt pod nogami. Przerażała ją wizja spędzenia Wigilii bez córki. - Szło nam tak dobrze do tej pory, nie zepsujmy tego. Wiesz, że pod koniec lata dużo tu się działo. Sprawa Marzeny, mała jeszcze niewiele rozumie, ale dużo czuje. Powoli wszystko wraca do normalności. Naprawdę dobrze, żeby teraz nic gwałtownego nie działo się w jej życiu. Powinna unikać stresu. Mam jej powiedzieć, że w święta nie będzie z mamą? Bo przecież dla dzieci święta to tak naprawdę właśnie Wigilia. Kolacja, choinka, Święty Mikołaj i prezenty.
- Więc nie dodawajmy jej stresu. Jestem pewien, że jeśli wytłumaczymy małej wszystko, jak należy, zrozumie. Wie, że ma mnie odwiedzić, powiemy jej, że zostanie nieco dłużej, a do ciebie wróci na święta i będzie sypała te wymarzone kwiatki. Nie rób z tego dramatu - podkreślił. - Tylko o tyle proszę. Nie chcę, by czuła, że jedzie do mnie za karę.
Machnęła ręką, nie mogła tego słuchać.
- Skoro tutaj tyle ostatnio się działo, dobrze jej zrobi zmiana otoczenia - odezwała się żona Rafała.
Ewelina pokręciła z niedowierzaniem głową. Co ci ludzie sobie wyobrażają?
- Pani wybaczy - zwróciła się do Izy. - Ale to chyba trochę nietaktowne, że przychodzi pani do mojego domu i mówi, co będzie dobre dla mojego dziecka.
- Pani wybaczy - powtórzyła Iza, celowo ją przedrzeźniając. - Ale trochę nietaktowne to było wejście do łóżka mojego męża.
***
Dochodziła dopiero szesnasta, a ona już miała dość tego dnia. Do walizki córeczki dołożyła piękną welurową sukienkę w kolorze bordo i dobrane do kompletu buciki. Taki strój przygotowała Karolince na wigilię w domu, obie miały wyglądać podobnie. Dla Olka specjalnie na mikołajki kupiła koszulę w podobnym kolorze. Musiała przyznać, że i ona dała się oczarować sesjom fotograficznym, tyle że świątecznym. Od listopada ciągle trafiała na takie reklamy czy posty na Facebooku i aż ją korciło, by się zgłosić. Uznała jednak, że jeszcze za wcześnie na "rodzinną" sesję. Związek jej i Olka jest zbyt świeży, mieli ze sobą spędzić dopiero pierwsze wspólne święta, później znajdą czas, by robić pamiątki na całe życie.
Rafał i jego żona czekali w restauracji Deja Vu, gdy poszła odebrać córeczkę z zajęć w Dawnym Browarze. Zabrała Karolinkę do domu i dopiero po porządnej dawce przytulasów i łaskotek powiedziała jej o zmianie planów, którą mała w przeciwieństwie do matki przyjęła ze spokojem. Interesowało ją jedynie, czy po powrocie też dostanie prezenty. Cóż, dzieci są szczere aż do bólu. To oczywiście wzruszyło i rozbawiło Ewelinę, ale całą sytuację i tak rozpatrywała w kategoriach porażki. Wymusiła jedynie na Rafale zapewnienie, że jeśli Karolinka będzie tęsknić i poprosi o odwiezienie do domu, on jej nie odmówi. Po raz kolejny pomachała córce i ruszyła na piechotę do domu rodziców.
Sesja Anety i Jacka pewnie zaraz się skończy, a Olek jako świadek, oddelegowany przez ekipę chłopaków do odebrania prezentu, musiał wybrać się po niego aż do Elbląga. Upominek miał być już wczoraj, ale opóźniła się dostawa. Właśnie zadzwonił, że wszystko się komplikuje, w sklepie znowu pomylili zamówienie, pracownicy nie mogą dodzwonić się do kierownika.
- Totalnie nie ogarniam tego całego świadkowania - zaśmiał się. - Przepraszam, kochanie, wiem, że przed wyjściem do Jacka mieliśmy jeszcze razem zjeść obiad, ale chyba nawet na wieczór kawalerski się spóźnię. Może więc zamiast na mnie czekać, zjedzcie coś z Karolcią, bo jeszcze będzie miała żal, że jej przeze mnie w brzuchu purczy.
- Już jadłyśmy - odpowiedziała zgodnie z prawdą, choć pominęła informację o tym, że mała pojechała do ojca. Za dobrze znała Olka, zrezygnowałby z imprezy i przyszedł, by ją pocieszać, i chociaż o niczym innym nie marzyła, wiedziała, że nie może mu tego zrobić. Ani Jackowi. W końcu ślub bierze się raz w życiu. Teoretycznie. - I tak już zbieram się do mamy, a ty jedź prosto na salę, tylko ostrożnie, bo drogi zasypane. Do zobaczenia rano. Kocham cię, pa!
***
Ręczne malowanie bombek to kojące zajęcie, a grzane wino z korzennymi przyprawami od mamy też robiło swoje. Wolała nie myśleć, że to już drugie tego dnia. Niemniej od razu poczuła się spokojniej.
- Auć! - krzyknęła, gdy farba spadła jej z pędzla na bombkę. Tuż nad namalowaną przed chwilą pokrywą śnieżną pojawił się kleks. - Miałam tu namalować choinkę.
- To zrób bałwanka, nikt nie będzie wiedział. - Mama puściła do niej oko i usiadła naprzeciwko.
- Ewela, możemy porozmawiać?
- Miałam to robić z Karolcią - westchnęła Ewelina, nie zwracając uwagi na słowa matki. - Ona by pewnie namalowała uszy i wyczarowała Myszkę Miki albo nawet jednorożca. Ma wspaniałą wyobraźnię, jest bardzo zdolna - rozczuliła się.
- Pomalujecie, kiedy Karolcia wróci.
- W pierwszy dzień świąt? Szykując się na wesele? Chyba nie.
- Fakt, za mało czasu. - Mama się uśmiechnęła. - Jeszcze nadrobicie. Możecie na przykład pomalować swoje bombki na licytację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, na pewno zorganizują finał w ośrodku kultury. A w przyszłym roku lepiej to sobie zaplanujesz i zaliczycie wspólne malowanie bombek.
Ewelina zamarła.
- Lepiej sobie zaplanuję? Zaliczycie? Mamo, co ty mówisz? - Machnęła pędzlem, znowu tworząc niechciany wzór na bombce. - Ja sobie to doskonale zaplanowałam! A on przyszedł i wszystkie plany wywrócił mi do góry nogami.
- Ponieważ nie uzgodniłaś z nim tych planów.
- A dlaczego miałabym uzgadniać?
- To również jego dziecko.
- Którym się nigdy nie interesował!
- Więc mi wytłumacz, bo się pogubiłam. Denerwuje cię to, że się nią nie interesuje, czy to, że się interesuje? Do tej pory szedł ci na rękę, a teraz chce spędzić z córką święta. To chyba dobrze? Wolałabyś, żeby się jej wyparł?
- Dlaczego go bronisz?
- Nie bronię, po prostu to jego prawo.
- Jakie prawo?
- Prawo ojca - odparła matka i z takim impetem odstawiła na stół kubek z kawą, że podskoczyło pudełko z bombkami.
Ewelina nie spodziewała się takiej reakcji matki. Ich relacje pozostawiały wiele do życzenia, fakt, ale mimo to wierzyła, że dostanie tu wsparcie. Zamiast tego poczuła się, jakby dostała w twarz. Dla matki wszystko było takie proste, ale Ewelina wiedziała, że coś jest na rzeczy. Cudowny tatuś, bo nagle chce pobyć z małą. Wcześniej reagował ulgą, gdy okazało się, że plany się zmieniły, lub sam odwoływał spotkania z dnia na dzień, nie martwiąc się o uczucia dziecka. A teraz taki wielce odpowiedzialny.
- Dobra, widzę, że się nie dogadamy, więc zmieńmy temat. Chciałaś mi coś powiedzieć, to mów. Albo nie. Jeśli to może poczekać, pogadamy na wigilii, dobrze? Muszę ochłonąć.
- No widzisz, bo właśnie... - Zakłopotana Renata Zawadzka skubała brzeg lnianej serwetki. - Chodzi o to, że Zbyszek przyjedzie.
- Co?
- No tak. Zrobił nam niespodziankę. Dopiero z lotniska zadzwonił, że są w Polsce. Wypożyczą samochód w Gdańsku i niedługo będą.
- Niespodziankę? - zaśmiała się Ewelina z ironią, bo miała wrażenie, że bierze udział w jakiejś grotesce. - Następny, kurwa!
- Eweluś, nie przeklinaj, proszę. Chodzi o to, że... nie chciałabym, żeby wigilijna wieczerza przerodziła się w awanturę, a znając was, na pewno zaczniecie się kłócić. Dlatego pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli z tatą spędzimy wigilię u nas, ze Zbyszkiem i jego rodziną, a ty z Olkiem zrobicie sobie kolację u ciebie. Nie będziemy wam przeszkadzać. Zresztą, to wasza pierwsza wspólna, no wiesz, odkąd zamieszkaliście razem, przyda wam się odrobina intymności.
- Słucham? - Ewelina nie wierzyła własnym uszom. Co tu się dzieje? To jakieś pieprzone "Mamy cię?". - Wyganiasz mnie z wigilii?
- Nie! - Matka zaśmiała się nerwowo. - No, jak wyganiam? Po prostu zostanę w do...
- Nie łap mnie za słówka - syknęła Ewelina. - Odrzucasz moje zaproszenie! I to po tym, co ci powiedziałam. Że nie będę mogła spędzić tego wieczoru z córką, ty mówisz mi, że też nie chcesz być ze mną w Wigilię? Bo znienacka przyleciał mój brat, twój kochany synek? Babski bokser?
- No widzisz, i o to właśnie mi chodziło. Mamy to już za sobą, a ty ciągle do tego wracasz.
- Mamo, proszę, nie zachowuj się tak, jakbym to ja była ta zła. On pobił żonę, a to ja jestem wyklęta?
- Nikt nie jest wyklęty. To już zamknięta sprawa. On i tak musiał tyle poświęcić, wyjechali za granicę, z daleka od nas, rodziny, przyjaciół. W ogóle nie widuję małego Wiktorka. Od kilku lat nie spędziliśmy razem żadnych świąt. A teraz jest szansa. Zrozum, że on się zmienił.
Ewelina parsknęła. To nie groteska. To pastisz.
- Nie musisz w to wierzyć. - Matka wzruszyła ramionami. - Nie twierdzę, że słusznie postąpił i nie powinien ponieść konsekwencji. Ale zrozum, że wtedy to był jeden jedyny raz - mówiła, jakby rzeczywiście w to wierzyła. - Po prostu przypadkowo byłaś świadkiem tej sytuacji.
- Jego żona przybiegła do mnie z opuchniętą twarzą. I nie wiemy, czy to był jeden jedyny raz. Może bił ją wcześniej. Nie wiem, czemu ona z nim jeszcze jest, może się go boi, a może terapia podziałała i rzeczywiście już później jej nie uderzył. Jeśli tak, to świetnie. Ale nawet jeśli, to zrozum, że to właśnie dlatego, że wtedy zadzwoniłam na policję. Właśnie dlatego, że doniosłam na własnego pieprzonego brata. Gdybym tego nie zrobiła, mogło się skończyć gorzej dla nich dwojga, mógł ją skatować i trafić do więzienia. Nie mówisz tego na głos, ale przy każdej możliwej sytuacji dajesz mi znać, że zniszczyłam mu życie. A prawda jest taka, że go uratowałam. - Wyszła szybkim krokiem, strącając ze stołu bombkę. Pęknięcie przebiegło przez twarz bałwana, malując na niej grymas złości.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI