Zamieć - Ken Follett

Kup ebooka

28.90 zł
23.12 zł (22,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

07.00

Kit Oxen­ford obu­dził się wcześnie, pod­eks­cy­to­wa­ny i stre­mo­wa­ny za­ra­zem. Oso­bli­we było to uczu­cie.

Dzi­siaj ma do­ko­nać kra­dzieży w Oxen­ford Me­di­cal.

Na samą myśl ogar­niało go ra­do­sne pod­nie­ce­nie. To będzie naj­ge­nial­niej­szy ra­bu­nek w dzie­jach. Będą go opi­sy­wa­li w książkach noszących ta­kie tytuły jak, daj­my na to, "Zbrod­nia do­sko­nała". A co naj­ważniej­sze, będzie to ze­msta na ojcu. Fir­ma pad­nie i Stan­ley Oxen­ford zo­sta­nie zruj­no­wa­ny. Fakt, że sta­ry nig­dy się nie do­wie, kto mu wykręcił taki nu­mer, przy­da­wał całej spra­wie jesz­cze większe­go smacz­ku. Kit zy­ska sa­tys­fakcję, która do gro­bo­wej de­ski pozo­sta­nie jego słodką ta­jem­nicą.

Tyl­ko to po­de­ner­wo­wa­nie. Dziw­ne. Z na­tu­ry nie przej­mo­wał się na za­pas. Z kłopotów, w które zda­rzało mu się wdep­ty­wać, po­tra­fił za­zwy­czaj na po­cze­ka­niu zna­leźć wyjście. Rzad­ko coś pla­no­wał.

Dzi­siaj pla­no­wał. I może stąd ten nie­pokój.

Leżał w łóżku z za­mkniętymi ocza­mi i roz­myślał o prze­szko­dach, które przyj­dzie mu po­ko­nać.

Po pierw­sze, fi­zycz­ne środ­ki bez­pie­czeństwa bro­niące dostępu do Krem­la: podwójne ogro­dze­nie, drut kol­cza­sty, re­flek­to­ry, alar­my an­tywłama­nio­we. Te ostat­nie wy­zwa­la­ne są im­pul­sa­mi z wy­kry­wa­czy ru­chu do­ko­ny­wa­nych przez oso­by nie­po­wołane, z czuj­ników drgań oraz z de­tek­torów zwarć. Sy­gnał uru­cho­mio­ne­go alar­mu prze­syłany jest bez­pośred­nio do ko­men­dy po­li­cji w In­ver­burn linią te­le­fo­niczną, której prze­lo­to­wość sys­tem na bieżąco we­ry­fi­ku­je.

Żadne z powyższych za­bez­pie­czeń nie sta­no­wi prze­szko­dy dla Kita i jego wspólników.

Po dru­gie, strażnicy, którzy ob­ser­wują na mo­ni­to­rach ważniej­sze stre­fy kom­plek­su, a co go­dzinę oso­biście pa­tro­lują cały te­ren. Ich mo­ni­to­ry wy­po­sażone są w de­tek­to­ry po­zio­mu sy­gnału re­agujące na zmianę jego źródła, co unie­możli­wia zastąpie­nie ob­ra­zu prze­ka­zy­wa­ne­go na żywo przez ka­merę na­gra­niem, daj­my na to, z ma­gne­to­wi­du.

Ale i na to Kit ma już sposób.

I na ko­niec, złożony sys­tem kon­tro­li dostępu: pla­sti­ko­we iden­ty­fi­ka­to­ry przy­po­mi­nające kar­ty kre­dy­to­we, każdy z fo­to­gra­fią upo­ważnio­ne­go użyt­kow­ni­ka plus chip z za­ko­do­wa­ny­mi szczegółami jego li­nii pa­pi­lar­nych.

Oszu­ka­nie tego sys­te­mu nie będzie pro­ste, ale Kit wie, jak to zro­bić.

Ukończył in­for­ma­tykę jako pry­mus, ale ma w za­na­drzu jesz­cze lep­szy atut. Sam na­pi­sał opro­gra­mo­wa­nie, które ste­ru­je całym sys­te­mem za­bez­pie­czeń Krem­la. To jego "dziec­ko". Od­wa­lił kawał wspa­niałej ro­bo­ty dla swo­je­go nie­wdzięczne­go ojca, i sys­tem jest prak­tycz­nie nie do sfor­so­wa­nia dla kogoś po­stron­ne­go, ale Kit ma w małym pal­cu wszyst­kie jego ta­jem­ni­ce.

Dziś, koło północy, wej­dzie do sank­tu­arium, do la­bo­ra­to­rium BSL-4, naj­pil­niej strzeżone­go miej­sca w Szko­cji. Wej­dzie tam z przed­sta­wi­cie­lem klien­ta, małomównym, posępnym lon­dyńczy­kiem, który przed­sta­wił mu się jako Ni­gel Bu­cha­nan, i z dwoj­giem wspólników. Kie­dy będą już w środ­ku, otwo­rzy pro­stym czte­ro­cy­fro­wym ko­dem chłod­zoną kryptę, z której Ni­gel za­bie­rze próbki no­we­go bez­cen­ne­go leku an­ty­wi­ru­so­we­go opra­co­wa­ne­go przez Stan­leya Oxen­for­da.

Próbki niedługo po­zo­staną w ich rękach. Ni­ge­lo­wi wy­zna­czo­no nie­prze­kra­czal­ny ter­min. Musi je prze­ka­zać klien­to­wi ju­tro, w Boże Na­ro­dze­nie, o dzie­siątej rano. Kit nie miał pojęcia, skąd ten pośpiech. Nie wie­dział również, kto jest klien­tem, ale się tego domyślał. Pew­nie któryś z między­na­ro­do­wych kon­cernów far­ma­ceu­tycz­nych. Ana­li­za składu próbek oszczędzi wie­lu lat badań. Fir­ma, za­miast płacić Oxen­for­do­wi mi­lio­ny za li­cencję, będzie mogła wy­pro­du­ko­wać własną wersję leku.

Nie było to, rzecz ja­sna, uczci­we, ale tam, gdzie gra idzie o wy­soką stawkę, lu­dzie za­wsze znajdą uspra­wie­dli­wie­nie dla nie­uczci­wych za­gry­wek. Kit wy­obrażał już so­bie do­stoj­ne­go, si­wowłose­go pre­ze­sa kon­cer­nu w gar­ni­tu­rze w jodełkę, hi­po­krytę py­tającego: "Możecie mnie z ręką na ser­cu za­pew­nić, że żaden z pra­cow­ników na­sze­go kon­cer­nu, po­zy­skując te próbki, nie złamał pra­wa?".

A naj­lep­sze w całym pla­nie jest to, że kra­dzież zo­sta­nie wy­kry­ta, kie­dy Ni­ge­la i jego, Kita, daw­no już w Krem­lu nie będzie. Dzi­siaj wto­rek, Wi­gi­lia. Ju­tro i po­ju­trze święta. Alarm pod­nie­sio­ny zo­sta­nie naj­wcześniej w piątek i to tyl­ko w przy­pad­ku, jeśli jakiś nad­gor­li­wy na­uko­wiec przy­pałęta się do pra­cy. Jeśli nie, to po­tem jest week­end i Kit ze swoją ekipą będzie miał na za­tar­cie śladów czas do po­nie­działku. To więcej niż trze­ba.

Skąd więc ten nie­pokój? Przed ocza­mi stanęła mu twarz Toni Gal­lo, sze­fo­wej ochro­ny. Pie­go­wa­ty ru­dzie­lec, bar­dzo atrak­cyj­ny, jeśli cho­dzi o wa­run­ki zewnętrzne, ale jak na gust Kita, zbyt przej­mujący się rolą. Czyżby to ona wzbu­dzała w nim ten nie­pokój? Już raz jej nie do­ce­nił i skut­ki były opłaka­ne.

Ale plan wy­szedł mu ge­nial­nie.

- Ge­nial­nie - powtórzył na głos, żeby dodać so­bie ani­mu­szu.

- Co? - za­py­tał głos spod jego pa­chy.

Dziew­czy­na?! Odchrząknął, za­sko­czo­ny. Za­po­mniał, że nie jest sam. Otwo­rzył oczy. W po­ko­ju pa­no­wały ciem­ności.

- Co ge­nial­nie? - nie dawała za wy­graną.

- Tańczysz - za­im­pro­wi­zo­wał. Po­de­rwał ją wie­czo­rem w klu­bie.

- Ty też je­steś niezły - za­pew­niła go z sil­nym ak­cen­tem z Glas­gow. - Masz ta­lent w no­gach.

Jak jej na imię? Wytężył pamięć. Chy­ba Mau­re­en, tak Mau­re­en. Z ta­kim imie­niem jak nic ka­to­licz­ka. Przekręcił się na bok i objął ją w ta­lii, usiłując so­bie przy­po­mnieć, jak wygląda. Wy­czuł pod dłonią miłe w do­ty­ku krągłości. Lubił ta­kie nie za chu­de. Przy­sunęła się do nie­go skwa­pli­wie. Blon­dyn­ka czy bru­net­ka? To na­wet pod­nie­cające, upra­wiać seks z dziew­czyną i nie wie­dzieć, jak wygląda. Już miał na­ma­cać jej pierś, ale przy­po­mniał so­bie, co ma dzi­siaj w pla­nie i przeszła mu ocho­ta na amo­ry.

- Która to go­dzi­na? - spy­tał.

- Pora na małe ba­ra­ba­ra - za­su­ge­ro­wała ocho­czo Mau­re­en.

Kit od­sunął się od niej. Ze­gar w wieży hi-fi wska­zy­wał 07.10.

- Muszę wsta­wać - po­wie­dział. - Mam dzi­siaj od gro­ma ro­bo­ty.

Chciał zdążyć do domu ojca na lunch. Ofi­cjal­nie je­chał tam spędzić święta Bożego Na­ro­dze­nia w ro­dzin­nym gro­nie, a tak na­prawdę ukraść coś, co było mu niezbędne do wie­czor­nej eska­pa­dy.

- Ro­bo­ty? W Wi­gi­lię?

- Po­wiedz­my, że je­stem Świętym Mikołajem. - Usiadł na brze­gu łóżka i za­pa­lił lampkę.

Mau­re­en nie kryła roz­cza­ro­wa­nia.

- Ale mała śnieżynka jesz­cze so­bie poleży, jeśli Święty nie ma nic prze­ciw­ko - wy­mru­czała.

Zerknął na nią, ale zdążyła naciągnąć kołdrę na głowę i nadal nie wie­dział, jak wygląda.

Poczłapał nago do kuch­ni i na­sta­wił wodę na kawę.

Pod­da­sze, na którym miesz­kał, po­dzie­lo­ne było na dwa duże po­miesz­cze­nia - li­ving room z anek­sem ku­chen­nym i sy­pial­nię. Li­ving room za­sta­wio­ny był sprzętem elek­tro­nicz­nym: duży te­le­wi­zor z płaskim ekra­nem, złożona apa­ra­tu­ra nagłaśniająca oraz ba­te­ria kom­pu­terów z ak­ce­so­ria­mi, połączo­nych pląta­niną ka­bli. Kit od dziec­ka lubił włamy­wać się do kom­pu­terów ob­cych lu­dzi. Za­nim zo­sta­nie się eks­per­tem od pro­jek­to­wa­nia bez­piecz­ne­go opro­gra­mo­wa­nia, trze­ba naj­pierw zdo­być doświad­cze­nie w ha­ker­skiej szkółce. In­nej dro­gi nie ma.

Pra­cując u ojca, gdzie pro­jek­to­wał oraz in­sta­lo­wał za­bez­pie­cze­nia dla la­bo­ra­to­rium BSL-4, dopuścił się swo­je­go naj­lep­sze­go, jak dotąd, przekrętu. Z po­mocą Ron­nie­go Su­ther­lan­da, ówcze­sne­go sze­fa ochro­ny w Oxen­ford Me­di­cal, opra­co­wał me­todę wy­pro­wa­dza­nia z fir­my pie­niędzy. Tak spre­pa­ro­wał pro­gram księgo­wa­nia, że kom­pu­ter, pod­su­mo­wując jakąś par­tię fak­tur wy­sta­wio­nych przez do­stawców, do­da­wał po pro­stu do uzy­ska­ne­go wy­ni­ku je­den pro­cent, a następnie prze­le­wał ów je­den pro­cent na kon­to ban­ko­we Ron­nie­go, przy czym trans­ak­cja nie po­ja­wiała się po­tem w żad­nym ze­sta­wie­niu. Dwaj de­frau­dan­ci zakłada­li, że ni­ko­mu nie przyj­dzie do głowy spraw­dzać "na pie­chotę" po­praw­ności wy­li­czeń kom­pu­tera - i nikt ich nie spraw­dzał, aż do dnia, w którym Toni Gal­lo zo­ba­czyła żonę Ron­nie­go par­kującą no­we­go mer­ce­de­sa co­upe przed skle­pem Marks & Spen­cer w In­ver­burn.

Kit był zdu­mio­ny i nie na żarty za­nie­po­ko­jo­ny iście psią za­wziętością, z jaką Toni podjęła trop. Wy­kryw­szy nie­zgod­ności, za­parła się, że wyjaśni, skąd się wzięły. I nie popuściła. Co gor­sza, kie­dy usta­liła już, co jest na rze­czy, nic nie było w sta­nie od­wieść jej od po­wia­do­mie­nia ojca Kita. Kit błagał ją, żeby nie de­ner­wo­wała sta­re­go. Próbował stra­szyć, że Stan­ley Oxen­ford wpad­nie we wściekłość i wy­le­je na bruk ją, nie jego. Kie­dy wszyst­kie spo­so­by za­wiodły, położył dłoń na jej bio­drze, ob­da­rzył swo­im naj­lep­szym uśmiesz­kiem lu­bieżnego chłopca, i wy­mru­czał nie­dwu­znacz­nym to­nem: "Po­win­niśmy zo­stać przy­ja­ciółmi, nie wro­ga­mi". To również nie po­skut­ko­wało.

Wy­rzu­co­ny przez ojca z pra­cy, do tej pory nie zna­lazł po­sa­dy. Na do­miar złego nie ze­rwał z ha­zar­dem. Ron­nie wpro­wa­dził go do nie­le­gal­ne­go ka­sy­na, w którym od ręki udzie­lo­no mu kre­dy­tu, niewątpli­wie z uwa­gi na ojca, słyn­ne­go na­ukow­ca mi­lio­ne­ra. Wolał nie li­czyć, ile for­sy jest im te­raz wi­nien. Była to w każdym ra­zie suma za­wrot­na i na samą myśl, że te pie­niądze trze­ba będzie w końcu zwrócić, robiło mu się słabo ze stra­chu i obrzy­dze­nia do sa­me­go sie­bie. W ta­kich chwi­lach najchętniej sko­czyłby z mo­stu Forth. Ale kasy, którą zgar­nie za dzi­siejszą ro­botę, star­czy i na spłace­nie długu, i na nowy początek.

Wszedł z kawą do łazien­ki i przej­rzał się w lu­strze. Swe­go cza­su wcho­dził w skład bry­tyj­skiej re­pre­zen­ta­cji na zi­mo­we igrzy­ska olim­pij­skie i w każdy week­end albo jeździł na nar­tach, albo tre­no­wał w sali. Był wte­dy szczupły i zwin­ny jak ogar. Te­raz jak­by się trochę za­okrąglił.

- Przy­bie­rasz na wa­dze, sta­ry - po­wie­dział do swo­je­go od­bi­cia. Ale gęste kasz­ta­no­we włosy opa­dające nie­sfor­ny­mi ko­smy­ka­mi na czoło nie stra­ciły nic z daw­ne­go połysku. Tyl­ko twarz jakaś ściągnięta. Spróbował od­sta­wić Hugh Gran­ta - głowa skrom­nie opusz­czo­na, nie­bie­skie oczy po­pa­trują by­stro spod lek­ko przy­mkniętych po­wiek, uj­mujący uśmie­szek. Tak, po­tra­fił to jesz­cze. Na Toni Gal­lo może nie po­działało, ale Mau­re­en dała się na to złowić nie da­lej jak wczo­raj wie­czo­rem.

Za­bie­rając się do go­le­nia, włączył łazien­ko­wy te­le­wi­zo­rek na­sta­wio­ny na lo­kal­ny pro­gram in­for­ma­cyj­ny. Pre­mier przy­je­chał do Szko­cji, by spędzić święta Bożego Na­ro­dze­nia w swo­im okręgu wy­bor­czym. Klub piłkar­ski Glas­gow Ran­gers zapłacił dzie­więć mi­lionów funtów za na­past­ni­ka Gio­van­nie­go San­tan­ge­lo.

- Sta­re do­bre szkoc­kie na­zwi­sko - mruknął pod no­sem.

Po­go­da. Nadal chłodno, ale słonecz­nie. Śnieżyca sza­lejąca nad Mo­rzem Nor­we­skim prze­su­wa się, co praw­da, na południe, ale syn­op­ty­cy prze­wi­dują, że omi­nie Szkocję od za­cho­du. Ma­te­riał roz­po­czy­nający wia­do­mości lo­kal­ne zmro­ził Ki­to­wi krew w żyłach.

Słysząc zna­jo­my głos Car­la Osbor­ne'a, gwiaz­do­ra szkoc­kiej te­le­wi­zji spe­cja­li­zującego się w sen­sa­cyj­nych do­nie­sie­niach, zerknął na ekran i zo­ba­czył bu­dy­nek, w którym za­mie­rzał do­ko­nać dzi­siaj kra­dzieży. Osbor­ne stał przed bramą Oxen­ford Me­di­cal. Było jesz­cze ciem­no, ale sil­ne re­flek­to­ry sys­te­mu bez­pie­czeństwa wyłuski­wały z mro­ku wik­to­riańską ar­chi­tek­turę.

- Ki dia­beł? - mruknął z nie­po­ko­jem Kit.

Osbor­ne mówił: "Właśnie tu­taj, w Szko­cji, w bu­dyn­ku, który widzą państwo za mną i który oko­licz­na lud­ność na­zy­wa "Za­mczy­skiem Fran­ken­ste­ina", na­ukow­cy eks­pe­ry­men­tują od ja­kie­goś cza­su z naj­nie­bez­piecz­niej­szy­mi wi­ru­sa­mi świa­ta".

Za­mczy­sko Fran­ken­ste­ina? Kit nig­dy nie słyszał tego określe­nia. Pew­nie Osbor­ne sam je so­bie wy­du­mał. Bu­dy­nek na­zy­wa­no Krem­lem.

"I oto dzi­siaj na cho­robę wywołaną przez je­den z tych wi­rusów zmarł młody la­bo­rant, w czym niektórzy upa­trują ze­msty na­tu­ry na człowie­ku za wty­ka­nie nosa w nie swo­je spra­wy".

Kit odłożył ma­szynkę do go­le­nia. No to Oxen­ford Me­di­cal ma przerąbane, pomyślał. W in­nych oko­licz­nościach za­cie­rałby ręce i na­pa­wał się kłopo­ta­mi ojca, ale nie dzi­siaj. Dzi­siaj, z po­wo­du tej wia­do­mości mogą ucier­pieć jego własne pla­ny.

"Mi­cha­el Ross, lat trzy­dzieści je­den, za­ata­ko­wa­ny zo­stał przez wi­rus Ebo­la, na­zwa­ny tak od afry­kańskiej wio­ski, w której się wylągł. Wywołana przez nie­go strasz­na cho­ro­ba prze­ja­wia się bo­le­sny­mi ro­piejącymi czy­ra­ka­mi na całym cie­le zarażonej oso­by".

Kit był prze­ko­na­ny, że Osbor­ne kon­fa­bu­lu­je, ale kto to wytłuma­czy jego wi­dow­ni. To te­le­wi­zja dla mas. Czy śmierć Mi­cha­ela Ros­sa po­krzyżuje mu pla­ny kra­dzieży?

"Fir­ma Oxen­ford Me­di­cal za­pew­niała za­wsze, że pro­wa­dzo­ne przez nią ba­da­nia nie sta­no­wią żad­ne­go za­grożenia dla miej­sco­wej lud­ności i oko­licz­nych te­renów, jed­nak śmierć Mi­cha­ela Ros­sa każe poważnie wątpić w te za­pew­nie­nia".

Osbor­ne miał na so­bie pu­chową kurtkę, wełnianą czapkę i wyglądał na nie­wy­spa­ne­go. Kit domyślał się, że in­for­ma­tor, od którego do­stał ten cynk, obu­dził go nad ra­nem.

"Chodzą słuchy, że Ross zo­stał ugry­zio­ny przez zwierzę, które wy­kradł z tu­tej­sze­go la­bo­ra­to­rium i za­brał do swo­je­go domu, kil­ka mil stąd", ciągnął Osbor­ne.

- O nie - jęknął Kit. Sy­tu­acja przed­sta­wiała się co­raz go­rzej. Czy aby nie będzie zmu­szo­ny zre­zy­gno­wać z re­ali­za­cji swo­je­go wiel­kie­go pla­nu? Tego by nie zniósł.

"Czy Mi­cha­el Ross działał sam, czy też był człon­kiem większej gru­py, która będzie może próbowała uwal­niać ko­lej­ne zakażone zwierzęta z taj­nych la­bo­ra­to­riów Oxen­ford Me­di­cal? Czy doj­dzie do sy­tu­acji, kie­dy nie­win­nie wyglądające psy i króliki będą włóczyły się sa­mo­pas po Szko­cji i roz­no­siły śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne­go wi­ru­sa? Tego nikt nie chce mi tu­taj po­wie­dzieć".

Obojętne, co mówią, albo cze­go nie chcą po­wie­dzieć, Kit wi­dział, czym zaj­mują się te­raz lu­dzie z Krem­la: wzmac­niają na ile się da środ­ki ochro­ny. Toni Gal­lo już tam pew­nie jest, za­ostrza pro­ce­du­ry, spraw­dza alar­my i ka­me­ry, pro­wa­dzi od­pra­wy ze strażni­ka­mi. Dla Kita go­rzej już być nie mogło. Szlag go tra­fiał.

- Dla­cze­go los tak się na mnie uwziął? - za­py­tał na głos.

"Tak czy in­a­czej, kon­ty­nu­ował Carl Osbor­ne, Mi­cha­el Ross oddał życie z miłości do cho­mi­ka imie­niem Pu­szek". Po­wie­dział to to­nem tak dra­ma­tycz­nym, że Kit tyl­ko cze­kał, kie­dy otrze łzę, lecz Osbor­ne na tym zakończył.

Głos za­brała pro­wadząca wia­do­mości pre­zen­ter­ka, atrak­cyj­na blon­dyn­ka o mi­ster­nej fry­zu­rze:

"Carl, czy Oxen­ford Me­di­cal sko­men­to­wała ten nad­zwy­czaj­ny wy­pa­dek?".

"Tak - Carl zaj­rzał do no­te­su. - Po­wie­dzie­li, że są za­smu­ce­ni i przy­bi­ci śmier­cią Mi­cha­ela Ros­sa, ale wszyst­ko wska­zu­je na to, że nikt inny nie zo­stał przez wi­rus za­in­fe­ko­wa­ny. Mimo to chcie­li­by po­roz­ma­wiać z każdym, kto miał z Ros­sem stycz­ność w ciągu ostat­nich szes­na­stu dni".

"Ist­nie­je za­tem możliwość, że ktoś się od nie­go za­ra­ził?".

"Właśnie, a po­tem za­ra­ził in­nych. Tak więc oświad­cze­nie fir­my, że nikt inny nie zo­stał za­in­fe­ko­wa­ny wygląda ra­czej na pobożne życze­nie niż na­uko­we stwier­dze­nie".

"To bar­dzo nie­po­kojąca hi­sto­ria - zwróciła się pre­zen­ter­ka do ka­me­ry. - Spod Oxen­ford Me­di­cal re­la­cjo­no­wał Carl Osbor­ne. A te­raz piłka nożna".

Kit z wściekłością dźgał raz po raz pal­cem pi­lo­ta, żeby wyłączyć te­le­wi­zor, ale z nerwów nie mógł tra­fić we właściwy przy­cisk. Chwy­cił w końcu za przewód za­si­lający i wy­rwał wtyczkę z gniazd­ka. Mało bra­ko­wało, a wy­rzu­ciłby od­bior­nik przez okno. To była ka­ta­stro­fa.

Co z tego, że tę po­nurą wizję roz­prze­strze­niającego się po kra­ju wi­ru­sa Osbor­ne praw­do­po­dob­nie wy­ssał na po­cze­ka­niu z pal­ca? Liczą się kon­se­kwen­cje, a jedną z nich będzie nie­chyb­nie ta­kie za­cieśnie­nie ochro­ny Krem­la, że mysz się tam nie prześliźnie. Dzi­siej­szy wieczór to naj­gor­szy czas na do­ko­na­nie kra­dzieży. Trze­ba będzie odwołać akcję. Kit był gra­czem: mając w ręku do­bre roz­da­nie, gotów był po­sta­wić wszyst­ko, ale wie­dział z doświad­cze­nia, że jeśli kar­ta nie idzie, le­piej spa­so­wać.

Przy­najm­niej nie będę mu­siał spędzać Bożego Na­ro­dze­nia z oj­cem, pomyślał po­nu­ro.

Może da się jesz­cze przełożyć ro­botę, za­cze­kać, aż emo­cje opadną i w Krem­lu znie­sio­ne zo­staną nad­zwy­czaj­ne środ­ki bez­pie­czeństwa. Może uda się prze­ko­nać klien­ta do prze­su­nięcia ter­mi­nu do­sta­wy. Kit wzdrygnął się na myśl o ogrom­nym długu, który musi spłacić. Ale nie ma sen­su leźć lwu w paszczę przy tak nikłych szan­sach po­wo­dze­nia.

Wy­szedł z łazien­ki. Ze­gar wska­zy­wał 07.28. Trochę za wcześnie na te­le­fon, ale spra­wa jest pil­na. Pod­niósł słuchawkę i wy­brał nu­mer.

Ode­bra­no na­tych­miast.

- Tak? - burknął męski głos.

- To ja, Kit. Za­stałem go?

- Cze­go chcesz?

- Muszę z nim po­ga­dać. To ważne.

- Jesz­cze nie wstał.

- Cho­le­ra. - Kit nie chciał zo­sta­wiać wia­do­mości. Po chwi­li za­sta­no­wie­nia do­szedł do wnio­sku, że może i do­brze się składa. Le­piej żeby Mau­re­en nie słyszała, co ma do po­wie­dze­nia. - Prze­każ mu, że do nie­go jadę - rzu­cił do słuchaw­ki i odłożył ją, nie cze­kając na od­po­wiedź.

03.00

Sil­ne re­flek­to­ry sys­te­mu bez­pie­czeństwa oświe­tlały wieże i szczy­ty dachów Krem­la. Tem­pe­ra­tu­ra spadła do pięciu kre­sek poniżej zera, ale nie­bo było czy­ste i nie za­no­siło się na śnieg. Bu­dy­nek stał w wik­to­riańskim ogro­dzie pełnym sta­rych drzew i krzewów. Księżyc w trze­ciej kwa­drze ob­le­wał szarą poświatą na­gie nim­fy plu­skające się w su­chych fon­tan­nach, których strzegły ka­mien­ne smo­ki.

Za­le­gającą tu ciszę zmącił war­kot sil­ników dwóch wyjeżdżających z garażu fur­go­ne­tek. Obie ozna­ko­wa­ne były między­na­ro­do­wym sym­bo­lem bio­za­grożenia - czte­ry pęknięte czar­ne kręgi na ja­skra­wożółtym tle. Strażnik przy bra­mie uniósł już szla­ban. Sa­mo­cho­dy prze­je­chały pod nim, skręciły z pi­skiem opon i po­gnały na południe.

Toni Gal­lo siedząca za kie­row­nicą pierw­szej fur­go­net­ki pro­wa­dziła wóz jak swo­je­go po­rsche, zawłasz­czając całą sze­ro­kość dro­gi, żyłując sil­nik, biorąc zakręty na pełnym ga­zie. Po­ga­niał ją strach, że może już być za późno. Je­chało z nią trzech spe­cja­listów od de­kon­ta­mi­na­cji. Dru­ga fur­go­net­ka była izo­latką na kołach; pro­wa­dził ją sa­ni­ta­riusz, obok nie­go sie­działa dok­tor Ruth So­lo­mons.

Toni z jed­nej stro­ny prze­rażała myśl, że jej czar­ny sce­na­riusz może się ziścić, z dru­giej bała się, że jest w błędzie.

Zarządziła czer­wo­ny alarm, nie mając na uza­sad­nie­nie tej de­cy­zji ni­cze­go, prócz swo­ich po­dej­rzeń. A prze­cież lek, jak to su­ge­ro­wał Ho­ward McAl­pi­ne, mógł zo­stać wy­ko­rzy­sta­ny całko­wi­cie le­gal­nie przez któregoś z na­ukowców, który po pro­stu za­po­mniał umieścić w książce roz­chodów sto­sow­ny wpis. Nie­wy­klu­czo­ne też, że Mi­cha­el Ross na­prawdę sa­mo­wol­nie przedłużył so­bie urlop, a hi­sto­ria z jego matką okaże się zwy­czaj­nym nie­po­ro­zu­mie­niem. Jeśli tak, to ktoś na pew­no uzna, że Toni za­re­ago­wała zbyt ner­wo­wo. Jak ty­po­wa hi­ste­rycz­ka, nie omiesz­ka dodać Ja­mes El­liot. Kto wie, czy nie za­staną Mi­cha­ela Ros­sa śpiącego so­bie smacz­nie we własnym łóżku, z wyłączo­nym te­le­fo­nem pod po­duszką, i Toni aż się skrzy­wiła na myśl, co w ta­kim przy­pad­ku po­wie rano swo­je­mu sze­fo­wi Stan­ley­owi Oxen­for­do­wi.

Jeśli jed­nak się okaże, że prze­czu­cie ją nie myli, sy­tu­acja będzie o wie­le gor­sza.

Pra­cow­nik nie wra­ca w określo­nym dniu z urlo­pu; wcześniej kłamie co do swo­ich planów urlo­po­wych; a z kryp­ty zni­kają próbki no­we­go leku. Czyżby Mi­cha­el Ross zro­bił coś, co na­ra­ziło go na za­in­fe­ko­wa­nie śmier­cio­nośnym wi­ru­sem? Lek znaj­do­wał się jesz­cze na eta­pie prób i nie był sku­tecz­ny w przy­pad­ku wszyst­kich wi­rusów, ale Mi­cha­el mógł uznać, że lep­sze to niż nic. Co­kol­wiek cho­dziło mu po głowie, chciał mieć pew­ność, że przez dwa ty­go­dnie nikt nie za­dzwo­ni do nie­go do domu, więc skłamał, że wyjeżdża do De­von, do mat­ki, która już od daw­na nie żyje.

Mo­ni­ca An­sa­ri po­wie­działa: "To, że ktoś miesz­ka sam, nie świad­czy jesz­cze o tym, że coś z nim jest nie tak, praw­da?". Sfor­mułowa­nie ty­po­we dla przy­pad­ku, kie­dy co in­ne­go się mówi, a co in­ne­go myśli. Bio­che­micz­ka wy­czu­wała w Mi­cha­elu coś dziw­ne­go, lecz jako ra­cjo­nal­nie myślący na­uko­wiec miała awersję do wy­snu­wa­nia da­le­ko idących wniosków w opar­ciu o samą tyl­ko in­tu­icję.

Toni zaś była zda­nia, że in­tu­icji nig­dy nie należy lek­ce­ważyć.

Wolała nie myśleć o kon­se­kwen­cjach wy­do­sta­nia się Ma­do­by-2 na zewnątrz. Wi­rus był bar­dzo zaraźliwy, roz­prze­strze­niał się szyb­ko drogą kro­pel­kową po­przez kasłanie lub ki­cha­nie. I był zabójczy. Prze­szedł ją dreszcz zgro­zy, moc­niej wcisnęła pedał gazu.

Dro­ga na szczęście była pu­sta i już po dwu­dzie­stu mi­nu­tach za­je­cha­li pod stojący na ubo­czu do­mek Mi­cha­ela Ros­sa. Do­jazd nie był wyraźnie za­zna­czo­ny, ale Toni go za­pa­miętała. Skręciła w krótką alejkę pro­wadzącą do ni­skie­go bu­dyn­ku z ka­mie­nia oto­czo­ne­go mur­kiem. W oknach było ciem­no. Toni za­trzy­mała fur­go­netkę obok volks­wa­ge­na gol­fa należącego przy­pusz­czal­nie do Mi­cha­ela. Zatrąbiła długo i głośno.

Nic. Światło się nie za­pa­liło, nikt nie otwo­rzył drzwi ani okna. Toni zga­siła sil­nik. Ci­sza.

Jeśli Mi­cha­el wy­je­chał, to co tu robi jego sa­mochód?

- Stro­je króliczków, pa­no­wie, jeśli łaska - rzu­ciła do członków eki­py.

Zaczęli zakładać po­ma­rańczo­we kom­bi­ne­zo­ny. Za ich przykładem po­szedł zespół me­dycz­ny z dru­giej fur­go­net­ki. Nie było to za­da­nie łatwe, bo kom­bi­ne­zo­ny wy­ko­na­ne były z gru­be­go, mało ela­stycz­ne­go two­rzy­wa sztucz­ne­go. Za­pi­nało się je na her­me­tycz­ny za­mek błyska­wicz­ny. Po­mo­gli so­bie na­wza­jem przy­mo­co­wać ręka­wi­ce do nad­garstków taśmą izo­la­cyjną. Na ko­niec po­wsu­wa­li pla­sti­ko­we sto­py kom­bi­ne­zonów w gu­mo­we buty.

Kom­bi­ne­zo­ny były her­me­tycz­nie szczel­ne. Noszący je lu­dzie od­dy­cha­li przez filtr HEPA - High Ef­fi­cien­cy Par­ti­cu­la­te Air Fil­ter, czy­li wy­so­ko sku­tecz­ny filtr po­wie­trza z elek­trycz­nym wen­ty­la­tor­kiem za­si­la­nym z aku­mu­la­to­ra przy­piętego do pasa. Filtr za­trzy­my­wał wszel­kie unoszące się w po­wie­trzu cząstecz­ki, na których mogły znaj­do­wać się za­raz­ki bądź wi­ru­sy. Jeśli cho­dzi o za­pa­chy, to prze­pusz­czał tyl­ko te naj­in­ten­syw­niej­sze. Wen­ty­la­to­rek szu­miał nie­ustan­nie, co niektórych drażniło. Mi­kro­fon i słuchaw­ki za­in­sta­lo­wa­ne w hełmie umożli­wiały po­ro­zu­mie­wa­nie się między sobą oraz - po­przez ko­do­wa­ny kanał ra­dio­wy - z cen­tralą w Krem­lu.

Kie­dy byli już go­to­wi, Toni po­now­nie spoj­rzała na dom. Ktoś, kto wyj­rzałby te­raz przez okno i zo­ba­czył sie­dem istot w po­ma­rańczo­wych kom­bi­ne­zo­nach, uwie­rzyłby w ist­nie­nie ko­smitów i UFO.

Jeśli jed­nak ktoś był w środ­ku, to przez okno nie wyj­rzał.

- Wchodzę pierw­sza - oznaj­miła Toni.

Stąpając sztyw­no w krępującym ru­chy ubio­rze, po­deszła do fron­to­wych drzwi. Za­dzwo­niła i za­stu­kała kołatką. Od­cze­kaw­szy parę chwil, obeszła bu­dy­nek. Na tyłach znaj­do­wał się do­brze utrzy­ma­ny ogród, w głębi ma­ja­czyła drew­nia­na szo­pa. Tyl­ne drzwi nie były za­mknięte na klucz. Weszła. Pamiętała, jak stała kie­dyś w tej kuch­ni, a Mi­cha­el pa­rzył her­batę. Obeszła wszyst­kie po­miesz­cze­nia, w każdym za­pa­lając światło. Na ścia­nie li­ving ro­omu nadal wi­siały re­pro­duk­cje Rem­brand­ta. Wszędzie było czy­sto, schlud­nie i pu­sto.

- Ni­ko­go nie ma - po­wia­do­miła przez ra­dio resztę eki­py. Słyszała w swo­im głosie nutkę roz­cza­ro­wa­nia.

Dla­cze­go nie za­mknął drzwi na klucz? Może już nie wróci?

To był cios. Gdy­by za­sta­li Mi­cha­ela, za­gad­ka szyb­ko by się wyjaśniła. Te­raz cze­kają ich mo­zol­ne po­szu­ki­wa­nia. Prze­cież on może być wszędzie. Trud­no po­wie­dzieć, ile cza­su upłynie, za­nim go znajdą. Wzdrygnęła się na samą myśl o tych ner­wo­wych dniach, a kto wie czy nie ty­go­dniach.

Wyszła do ogro­du. Dla spo­ko­ju su­mie­nia spraw­dziła drzwi szo­py. One też nie były za­mknięte. Kie­dy je otwie­rała, w nos połasko­tał ją nie­przy­jem­ny i dziw­nie zna­jo­my za­pach. Mu­siał być bar­dzo in­ten­syw­ny, sko­ro prze­do­stał się przez filtr. Chy­ba krew, pomyślała. W szo­pie mu­siało cuchnąć jak w rzeźni.

- Boże - mruknęła.

- Co tam masz? - spy­tała Ruth So­lo­mons.

- Jedną chwi­leczkę. - W drew­nia­nym ba­racz­ku było ciem­no, choć oko wy­kol: nie miał okien. Toni na­ma­cała kon­takt. Kie­dy zabłysło światło, krzyknęła.

W słuchaw­kach hełmu rozpętała się wrza­wa, po­zo­sta­li człon­ko­wie eki­py py­ta­li je­den przez dru­gie­go, co się stało.

- Chodźcie tu szyb­ko! Do ogro­do­wej szo­py. Ruth pierw­sza.

Na podłodze z de­sek leżał na wznak, w kałuży krwi, Mi­cha­el Ross. Krew ciekła mu ze wszyst­kich otworów: z oczu, nosa, ust, uszu. Toni nie po­trze­bo­wała le­ka­rza, żeby stwier­dzić, że to ob­fi­ty krwo­tok wie­lo­narządowy - symp­tom kla­sycz­ny dla Ma­do­by-2 i po­dob­nych in­fek­cji. Mi­cha­el był w tej chwi­li bar­dzo nie­bez­piecz­ny dla oto­cze­nia, jego ciało sta­no­wiło ty­kającą bombę z zabójczym wi­ru­sem. Ale żył. Klat­ka pier­sio­wa uno­siła się i opa­dała, z ust wy­do­by­wał się ci­chy bul­got. Przy­kucnęła, uklękła w kałuży lep­kiej, świeżej krwi i po­chy­liła się nad nim.

- Mi­cha­el! - krzyknęła przez pla­sti­kową osłonę hełmu. - To ja, Toni Gal­lo z la­bo­ra­to­rium!

W jego krwa­wych oczach za­tliła się iskier­ka świa­do­mości. Chy­ba ją usłyszał. Otwo­rzył usta i coś wybełkotał.

- Co? - krzyknęła. Po­chy­liła się niżej.

- Nie działa - powtórzył. I zwy­mio­to­wał. Stru­ga czar­nej cie­czy, która bluznęła mu z ust, ochla­pała osłonę hełmu Toni. Wie­działa, że chro­ni ją kom­bi­ne­zon, ale mimo to cofnęła się od­ru­cho­wo z okrzy­kiem obrzy­dze­nia.

Ktoś ją od­sunął. Nad Mi­cha­elem po­chy­liła się Ruth So­lo­mons.

- Puls le­d­wie wy­czu­wal­ny - stwier­dziła. Otwo­rzyła Mi­cha­elo­wi usta i pal­ca­mi ob­le­czo­nej w ręka­wicę dłoni oczyściła mu jako tako gardło z krwi i wy­mio­cin. - La­ryn­go­skop, szyb­ko! - Po chwi­li do szo­py wpadł sa­ni­ta­riusz z przyrządem. Ruth we­pchnęła go Mi­cha­elo­wi w usta, udrażniając gardło, żeby łatwiej mu było od­dy­chać. - Da­waj tu no­sze z izo­lat­ki, tyl­ko na jed­nej no­dze. - Otwo­rzyła torbę le­karską i wyjęła z niej napełnioną już strzy­kawkę. Pew­nie mor­fi­na i coś na po­prawę krze­pli­wości krwi, pomyślała Toni. Ruth wbiła Mi­cha­elo­wi igłę w szyję i na­cisnęła tłoczek. Kie­dy cofnęła strzy­kawkę, z dziur­ki po nakłuciu po­ciekł nowy stru­my­czek krwi.

Toni zalała fala współczu­cia. Przy­po­mniała so­bie Mi­cha­ela chodzącego po Krem­lu, pijącego her­batę w swo­im domu, roz­pra­wiającego z ożywie­niem o akwa­for­tach: wi­dok tego zmal­tre­to­wa­ne­go przez cho­robę ciała stał się przez to jesz­cze bar­dziej bo­le­sny i tra­gicz­ny.

- Do­bra - rzu­ciła Ruth - za­bie­ra­my go stąd.

Dwaj sa­ni­ta­riu­sze dźwignęli Mi­cha­ela z zie­mi i wy­nieśli na zewnątrz, gdzie cze­kały no­sze na kółkach przy­kry­te prze­zro­czy­stym pla­sti­ko­wym na­mio­tem. Wsunęli pa­cjen­ta przez otwór z jed­nej stro­ny na­mio­tu, który następnie uszczel­ni­li i po­to­czy­li no­sze przez ogród.

Przed wejściem do am­bu­lan­su mu­sie­li od­ka­zić sie­bie i no­sze. Je­den z członków ze­społu Toni wyjął już płytką pla­sti­kową wa­nienkę przy­po­mi­nającą dzie­cięcy bro­dzik. Dok­tor So­lo­mons i jej sa­ni­ta­riu­sze wcho­dzi­li do niej ko­lej­no i spry­ski­wa­li się sil­nym środ­kiem de­zyn­fe­kującym, który za­bi­jał wszel­kie wi­ru­sy, utle­niając ich pro­te­iny.

Toni przyglądała się temu ze świa­do­mością, że każda se­kun­da zwłoki zmniej­sza szan­se Mi­cha­ela na przeżycie, zda­wała so­bie jed­nak sprawę, że jeśli chcą uniknąć dal­szych ofiar, pro­ce­du­ra odkażania musi być ry­go­ry­stycz­nie prze­strze­ga­na. Nie mogła so­bie da­ro­wać, że z jej la­bo­ra­to­rium wy­do­stał się na świat śmier­cio­nośny wi­rus. W hi­sto­rii Oxen­ford Me­di­cal jesz­cze się to nie zda­rzyło. Nie­wiel­kim po­cie­sze­niem było to, że miała rację, robiąc tyle szu­mu wokół znik­nięcia próbek leku, pod­czas gdy jej ko­le­dzy sta­ra­li się rzecz zba­ga­te­li­zo­wać. Jej obo­wiązkiem było do tego nie dopuścić, i nie wywiązała się z nie­go. Czy w kon­se­kwen­cji bied­ny Mi­cha­el umrze? Czy będą dal­sze śmier­tel­ne ofia­ry?

Sa­ni­ta­riu­sze wsunęli no­sze do am­bu­lan­su. Dok­tor So­lo­mons usiadła koło pa­cjen­ta. Za­trzaśnięto drzwi i ka­ret­ka od­je­chała w noc.

- Mów mi, co się dzie­je, Ruth - rzu­ciła Toni do mi­kro­fo­nu. - Możesz się ze mną łączyć po­przez hełm.

Głos Ruth słabł jed­nak w słuchaw­kach wraz z powiększającą się od­ległością.

- Za­padł w śpiączkę - po­wie­działa. Dodała coś jesz­cze, ale była już poza zasięgiem na­daj­ni­ka i Toni jej nie zro­zu­miała. Po chwi­li odbiór za­nikł zupełnie.

Toni wzięła się w garść i potrząsnęła głową, żeby odpędzić czar­ne myśli. Ro­bo­ta cze­kała.

- Po­sprzątaj­my tu - zarządziła.

Je­den z jej lu­dzi wziął rolkę żółtej taśmy z na­dru­kiem "Za­grożenie bio­lo­gicz­ne - nie zbliżać się" i ru­szył truch­tem przed sie­bie. Miał oto­czyć taśmą całą po­siadłość - dom, szopę, ogród, na­wet sa­mochód Mi­cha­ela. Na szczęście w po­bliżu nie było in­nych za­bu­do­wań, bo i je mu­siałby obiec. Gdy­by Mi­cha­el miesz­kał w blo­ku ze wspólny­mi szy­ba­mi wen­ty­la­cyj­ny­mi, na odkażenie byłoby już za późno.

Po­zo­sta­li wyjęli z fur­go­net­ki rol­ki pla­sti­ko­wych worków na śmie­ci, pla­sti­ko­we spry­ski­wa­cze ogro­do­we napełnio­ne środ­kiem de­zyn­fe­kującym, pudełka ze szma­ta­mi i duże białe pla­sti­ko­we becz­ki. Trze­ba było spry­skać i wy­trzeć do su­cha każdą po­wierzch­nię. Twar­de przed­mio­ty i pre­cjo­za, ta­kie jak biżute­ria, powędrują do szczel­nych be­czek, w których zo­staną prze­wie­zio­ne do Krem­la i wy­ste­ry­li­zo­wa­ne w au­to­kla­wach parą pod ciśnie­niem. Wszyst­ko inne za­pa­ku­je się w podwójne tor­by i spa­li w pie­cu do spo­pie­la­nia od­padków me­dycz­nych, za­in­sta­lo­wa­nym w pod­zie­miach pod la­bo­ra­to­rium BSL-4.

Toni po­pro­siła jed­ne­go z mężczyzn, żeby starł z jej kom­bi­ne­zo­nu czar­ne wy­mio­ci­ny Mi­cha­ela i spry­skał ją środ­kiem de­zyn­fe­kującym. Najchętniej zdarłaby z sie­bie ten splu­ga­wio­ny pla­sti­ko­wy ubiór.

Kie­dy mężczyźni przystąpili do sprząta­nia, ro­zej­rzała się, szu­kając ja­kiejś wskazówki, która po­mogłaby jej się zo­rien­to­wać, co tu się wy­da­rzyło. Tak jak się oba­wiała, Mi­cha­el wy­kradł eks­pe­ry­men­tal­ny lek, po­nie­waż wie­dział albo po­dej­rze­wał, że uległ za­in­fe­ko­wa­niu Ma­dobą-2. Ale co spra­wiło, że wszedł w bez­pośred­ni kon­takt z wi­ru­sem?

W szo­pie znaj­do­wała się szkla­na ga­blo­ta z wyciągiem po­wie­trza, coś jak­by za­im­pro­wi­zo­wa­na ko­mo­ra bio­bez­piecz­na. Wcześniej tyl­ko rzu­ciła na nią okiem, bo zajęta była Mi­cha­elem, te­raz za­uważyła, że w ga­blo­cie leży mar­twy królik. Wszyst­ko wska­zy­wało na to, że zdechł na cho­robę, która za­ata­ko­wała Mi­cha­ela. Czyżby Mi­cha­el wyniósł go z la­bo­ra­to­rium?

Obok stała mi­secz­ka z wodą z na­pi­sem "Joe". To był znaczący szczegół. Pra­cow­ni­cy la­bo­ra­to­rium rzad­ko nada­wa­li imio­na stwo­rze­niom, na których prze­pro­wa­dza­li eks­pe­ry­men­ty. Od­no­si­li się do nich po ludz­ku, ale sta­ra­li się nie przy­wiązywać do tych ska­za­nych na śmierć zwie­rzaków. Jed­nak Mi­cha­el nadał swo­je­mu króli­ko­wi imię i tak­to­wał go jak zwierzę do­mo­we. Czyżby wy­rzu­ty su­mie­nia w związku z wy­ko­ny­waną pracą?

Wyszła przed dom. Obok fur­go­net­ki za­trzy­my­wał się właśnie po­li­cyj­ny wóz pa­tro­lo­wy. Spo­dzie­wała się ich. Zgod­nie z pro­ce­durą postępo­wa­nia w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych, który sama wpro­wa­dziła, strażnicy z Krem­la au­to­ma­tycz­nie po­wia­do­mi­li ko­mendę po­li­cji w In­ver­burn o zarządze­niu czer­wo­ne­go alar­mu. Te­raz ko­menda przysłała swo­ich lu­dzi, żeby oce­ni­li, na ile poważny to kry­zys.

Toni pra­co­wała kie­dyś w po­li­cji. Od początku była hołubio­na przez przełożonych - szyb­ko awan­so­wała, pre­zen­to­wa­no ją me­diom jako wzór funk­cjo­na­riusz­ki no­wej ge­ne­ra­cji, i w końcu, jako pierw­sza w dzie­jach Szko­cji ko­bie­ta, objęła sta­no­wi­sko ko­mi­sa­rza okręgo­we­go. Przed dwo­ma laty starła się z sze­fem w drażli­wej kwe­stii prze­jawów ra­si­zmu w po­li­cji. On utrzy­my­wał, że nie ma w tym względzie żad­nych odgórnych za­le­ceń. Ona twier­dziła, że funk­cjo­na­riu­sze na­gmin­nie tu­szują przestępstwa na tle ra­si­stow­skim, co każe po­dej­rze­wać, że jed­nak ist­nieją. Spór prze­ciekł do ga­zet. Odmówiła odwołania swo­ich poglądów i zo­stała zmu­szo­na do złożenia re­zy­gna­cji.

Żyła wówczas z Fran­kiem Hac­ket­tem, też de­tek­ty­wem. Byli ze sobą osiem lat, ale się nie po­bra­li. Kie­dy po­padła w niełaskę, zo­sta­wił ją. Ta rana dotąd się nie za­goiła.

Z wozu pa­tro­lo­we­go wy­sie­dli mężczy­zna i ko­bie­ta. Toni znała większość miej­sco­wych po­li­cjantów ze swo­je­go po­ko­le­nia, a nie­je­den star­szy wie­kiem pamiętał jej nieżyjącego już ojca, sierżanta An­to­nia Gal­lo, zwa­ne­go, a jakże by in­a­czej, Hisz­pańskim To­nym. Jed­nak tych dwo­je wi­działa chy­ba po raz pierw­szy.

- Jo­na­tha­nie, po­li­cja przy­je­chała - rzu­ciła do mi­kro­fo­nu. - Odkaź się, z łaski swo­jej, i po­roz­ma­wiaj z nimi. Po­wiedz, że stwier­dzi­liśmy wy­do­sta­nie się wi­ru­sa z la­bo­ra­to­rium. Niech wezwą Jima Kin­ca­ida, to zre­fe­ruję mu sy­tu­ację.

Nad­ko­mi­sarz Kin­ca­id był od­po­wie­dzial­ny za tak zwa­ne za­grożenia CBRN - che­micz­ne, bio­lo­gicz­ne, ra­dio­lo­gicz­ne i nu­kle­ar­ne. Po­ma­gał Toni w opra­co­wy­wa­niu pro­ce­du­ry bez­pie­czeństwa. Te­raz wspólnie za­sta­no­wią się nad tak­tyką postępo­wa­nia w tym kon­kret­nym przy­pad­ku.

Przyszło jej do głowy, że przed przy­jaz­dem Kin­ca­ida do­brze by było ze­brać trochę in­for­ma­cji o Mi­cha­elu Ros­sie. Na pew­no będzie nimi za­in­te­re­so­wa­ny. Weszła do domu. Mi­cha­el urządził so­bie w dru­giej sy­pial­ni ga­bi­net. Na sto­licz­ku pod ścianą stały trzy opra­wio­ne w ram­ki fo­to­gra­fie jego mat­ki: jako szczupłej na­sto­lat­ki w ob­cisłym swe­ter­ku; jako szczęśli­wej mat­ki z po­dob­nym do Mi­cha­ela nie­mowlęciem na ręku; oraz jako ko­bie­ty po sześćdzie­siątce z czar­no-białym ko­tem na ko­la­nach.

Toni usiadła za biur­kiem i prze­bie­rając nie­zdar­nie ob­le­czo­ny­mi w ręka­wi­ce pal­ca­mi po kla­wia­tu­rze kom­pu­te­ra, prze­czy­tała e-ma­ile Mi­cha­ela. W in­ter­ne­to­wej księgar­ni Ama­zon zamówił książkę pod tytułem Ety­ka zwierząt. Wysyłał też za­py­ta­nia do­tyczące stu­diów uni­wer­sy­tec­kich z za­kre­su fi­lo­zo­fii mo­ral­ności. Spraw­dziła w przeglądar­ce hi­sto­rię i stwier­dziła, że od­wie­dzał ostat­nio stro­ny in­ter­ne­to­we poświęcone pra­wom zwierząt. Wszyst­ko wska­zy­wało na to, że nie dawała mu spo­ko­ju kwe­stia ety­ki pra­cy, którą wy­ko­ny­wał. Jed­nak nikt z Oxen­ford Me­di­cal nie za­uważył, żeby coś go gnębiło.

Toni ro­zu­miała Mi­cha­ela. Ile­kroć zo­ba­czyła leżącego w klat­ce psa albo cho­mi­ka zarażone­go z roz­mysłem cho­robą, którą ba­da­li właśnie na­ukow­cy, ser­ce jej się kra­jało. Ale za­raz przy­po­mi­nała so­bie śmierć ojca. W wie­ku pięćdzie­sięciu kil­ku lat za­cho­ro­wał na no­wotwór mózgu i zmarł otu­ma­nio­ny, w upo­ko­rze­niu i bólu. Ba­da­nia na małpach mogą spra­wić, że ta cho­roba sta­nie się może kie­dyś ule­czal­na. Doświad­cze­nia na zwierzętach były jej zda­niem smutną ko­niecz­nością.

Mi­cha­el trzy­mał swo­je do­ku­men­ty w kar­to­no­wym pu­dle na akta, sta­ran­nie po­se­gre­go­wa­ne i opi­sa­ne: "Ra­chun­ki", "Gwa­ran­cje", "Wyciągi ban­ko­we", "In­struk­cje obsługi". Pod fiszką "Człon­ko­stwa" Toni zna­lazła po­twier­dze­nie przyjęcia w po­czet członków or­ga­ni­za­cji o na­zwie Zwierzęta Są Wol­ne. Ob­raz sta­wał się co­raz bar­dziej wy­ra­zi­sty.

Ta pra­ca ją uspo­koiła. Za­wsze była do­bra w pro­wa­dze­niu do­cho­dzeń. Bar­dzo przeżyła usu­nięcie z po­li­cji. Te­raz, mając wresz­cie okazję do wy­ko­rzy­sta­nia na­by­te­go tam doświad­cze­nia, czuła się jak ryba w wo­dzie.

Zna­lazła w szu­fla­dzie no­tes z ad­re­sa­mi i ter­mi­narz Mi­cha­ela. W ter­mi­narzu od dwóch ty­go­dni nie było żad­ne­go wpi­su. Kie­dy otwie­rała no­tes, jej wzrok przy­ciągnął nie­bie­ski rozbłysk za oknem. Nad­jeżdżało sza­re vo­lvo com­bi z po­li­cyj­nym ko­gu­tem na da­chu. Pew­nie Jim Kin­ca­id.

Wyszła przed dom i po­pro­siła jed­ne­go z członków swo­jej eki­py, żeby ją od­ka­ził. Po­tem zdjęła hełm, by swo­bod­nie po­roz­ma­wiać z nad­in­spek­to­rem. Jed­nak za kie­row­nicą vo­lvo nie sie­dział Jim. Kie­dy na twarz mężczy­zny padł blask księżyca, roz­po­znała w nim nad­in­spek­to­ra Fran­ka Hac­ket­ta - swo­je­go byłego. Ścisnęło ją w dołku. Po­mi­mo że sam ją rzu­cił, za­cho­wy­wał się za­wsze tak, jak­by to on był stroną po­szko­do­waną.

Po­sta­no­wiła, że za­cho­wa spokój, a do Fran­ka będzie się od­no­siła grzecz­nie i for­mal­nie.

Wy­siadł z wozu i zbliżył się.

- Nie prze­chodź pod taśmą - ostrzegła go - wyjdę do cie­bie. - I za­raz uświa­do­miła so­bie, że popełniła nie­takt. On jest ofi­ce­rem po­li­cji, ona cy­wi­lem - w jego mnie­ma­niu to on po­wi­nien wy­da­wać po­le­ce­nia, a nie na odwrót. Z cie­nia, który prze­mknął przez jego twarz wy­czy­tała, że za­uważył to po­tknięcie. - Wi­taj, Frank - po­wie­działa trochę uprzej­miej.

- Co tu się dzie­je?

- Wygląda na to, że tech­nik z la­bo­ra­to­rium złapał wi­ru­sa. Za­brał go przed chwilą am­bu­lans-izo­lat­ka. Odkażamy te­raz dom. Gdzie Jim Kin­ca­id?

- Na urlo­pie.

- To zna­czy? - Toni miała jesz­cze na­dzieję, że Jim wy­po­czy­wa gdzieś nie­da­le­ko i można go będzie ściągnąć.

- W Por­tu­ga­lii. Jeżdżą tam z żoną co roku o tej po­rze.

A to pech, pomyślała Toni. Jim, w odróżnie­niu od Fran­ka, znał się na za­grożeniach bio­lo­gicz­nych.

- Bez oba­wy - dodał Frank, jak­by czy­tając w jej myślach. Trzy­mał w ręku gru­by na cal plik fo­to­ko­pii. - Mam tu in­strukcję. - Był to opra­co­wa­ny przez Toni i Kin­ca­ida plan postępo­wa­nia w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych. Frank chy­ba nie zdążył go jesz­cze dokład­nie prze­czy­tać. - Na początek muszę za­bez­pie­czyć ten ob­szar. - Ro­zej­rzał się.

Toni re­jon już za­bez­pie­czyła, ale tego nie po­wie­działa. Frank musi się prze­cież czymś wy­ka­zać.

- Wy dwo­je! - krzyknął do dwoj­ga mun­du­ro­wych po­li­cjantów z wozu pa­tro­lo­we­go. - Za­blo­kuj­cie wy­lot alej­ki do­jaz­do­wej i nie wpusz­czaj­cie tu ni­ko­go bez mo­je­go po­zwo­le­nia.

- Do­bra myśl - pod­chwy­ciła Toni, cho­ciaż, prawdę mówiąc, ni­cze­go to nie wno­siło.

Frank zaj­rzał do in­struk­cji.

- Te­raz mu­si­my za­dbać o to, żeby nikt nie opuścił stre­fy skażenia.

Toni kiwnęła głową.

- Nie ma tu ni­ko­go, prócz mo­jej eki­py. Wszy­scy mamy na so­bie kom­bi­ne­zo­ny ochron­ne.

- Nie po­do­ba mi się ta in­struk­cja - od­da­je ini­cja­tywę na miej­scu przestępstwa cy­wi­lom.

- Co ci każe przy­pusz­czać, że to miej­sce przestępstwa?

- Skra­dzio­no próbki leku.

- Ale nie stąd.

Frank puścił tę uwagę mimo uszu.

- A swoją drogą, w jaki sposób ten wasz człowiek za­ra­ził się wi­ru­sem? W la­bo­ra­to­rium no­si­cie wszy­scy te kom­bi­ne­zo­ny, praw­da?

- To będzie mu­siała usta­lić lo­kal­na sta­cja sa­ni­tar­no-epi­de­mio­lo­gicz­na - od­parła wy­mi­jająco Toni. - Szko­da cza­su na spe­ku­la­cje.

- Były tu ja­kieś zwierzęta, kie­dy przy­je­cha­liście?

Toni za­wa­hała się.

To Fran­ko­wi wy­star­czyło. Był do­brym de­tek­ty­wem i nie­wie­le umy­kało jego uwa­gi.

- A więc ja­kieś zwierzę wy­do­stało się z la­bo­ra­to­rium i za­in­fe­ko­wało la­bo­ran­ta, kie­dy ten był bez ubra­nia ochron­ne­go?

- Nie wiem, jak do tego doszło, a nie chcę pusz­czać w obieg nie­do­pie­czo­nych teo­rii. Czy mo­gli­byśmy się tym­cza­sem skon­cen­tro­wać na bez­pie­czeństwie pu­blicz­nym?

- Zgo­da. Ale to­bie nie tyl­ko bez­pie­czeństwo pu­blicz­ne leży na ser­cu. Próbu­jesz osłaniać firmę i tego wa­sze­go bez­cen­ne­go pro­fe­so­ra Oxen­for­da.

Toni chciała za­py­tać, cze­mu na­zy­wa pro­fe­so­ra "bez­cen­nym", ale nie zdążyła, bo w tym mo­men­cie w hełmie ode­zwał się ci­chut­ki brzęczyk.

- Te­le­fon do mnie - wyjaśniła Fran­ko­wi. - Prze­pra­szam. - Wyjęła z hełmu słuchaw­ki z mi­kro­fo­nem i założyła je na głowę. Brzęczyk zno­wu się ode­zwał, po­tem w słuchaw­kach za­szu­miało i usłyszała głos strażnika z cen­tra­li Krem­la:

- Dok­tor So­lo­mons do pani Gal­lo.

- Je­stem. Łączyć.

- Mi­cha­el nie żyje, Toni - oznaj­miła le­kar­ka.

Toni przy­mknęła oczy.

- Och, Ruth, tak mi przy­kro.

- Umarłby na­wet, gdy­byśmy go zna­leźli dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny wcześniej. Je­stem w nie­mal stu pro­cen­tach prze­ko­na­na, że to Ma­do­ba-dwa.

- Zro­bi­liśmy wszyst­ko, co w na­szej mocy - wy­krztu­siła zdławio­nym głosem Toni.

- Domyślasz się, jak mogło do tego dojść?

Toni wolała nie roz­wi­jać tego te­ma­tu w obec­ności Fran­ka.

- Nie mógł się po­go­dzić z okru­cieństwem wo­bec zwierząt. Poza tym przed ro­kiem umarła mu mat­ka i to mogło go wytrącić z równo­wa­gi.

- Bie­da­czy­sko.

- Ruth, mam tu­taj po­licję. Później po­roz­ma­wia­my.

- Do­brze. - Połącze­nie zo­stało prze­rwa­ne. Toni zdjęła słuchaw­ki.

- A więc zmarł - mruknął Frank.

- Na­zy­wał się Mi­cha­el Ross i wygląda na to, że zo­stał za­in­fe­ko­wa­ny wi­ru­sem o na­zwie Ma­do­ba-dwa.

- Ja­kie to było zwierzę?

Toni, pod wpływem im­pul­su, po­sta­no­wiła za­sta­wić na Fran­ka małą pułapkę.

- Cho­mik - od­parła. - Na­zy­wa­liśmy go Pu­szek.

- Czy ist­nie­je możliwość, że za­in­fe­ko­wa­ny zo­stał ktoś jesz­cze?

- Oto jest py­ta­nie. Mi­cha­el miesz­kał tu­taj sam. Nie miał ro­dzi­ny, przy­ja­ciół ra­czej też nie za wie­lu. Jeśli ktoś go od­wie­dził, za­nim za­cho­ro­wał, to jest bez­piecz­ny, chy­ba że ro­bi­li coś bar­dzo in­tym­ne­go, na przykład używa­li tej sa­mej strzy­kaw­ki. Z ko­lei, gdy­by ktoś tu zaj­rzał, kie­dy u Mi­cha­ela występowały już pierw­sze ob­ja­wy, na pew­no we­zwałby le­ka­rza. Są więc spo­re szan­se na to, że ni­ko­mu nie prze­ka­zał wi­ru­sa. - Toni świa­do­mie po­mniej­szała roz­mia­ry za­grożenia. W roz­mo­wie z Kin­ca­idem nie owi­jałaby w bawełnę, bo miałaby pew­ność, że ten nie wpad­nie w pa­nikę. Z Fran­kiem było in­a­czej. - Co nie zmie­nia fak­tu - zakończyła - że mu­si­my ko­niecz­nie skon­tak­to­wać się z każdym, kto mógł się ze­tknąć z Mi­cha­elem w ciągu ostat­nich szes­na­stu dni. Zna­lazłam jego ka­len­da­rzyk z ad­re­sa­mi.

Frank spróbował z in­nej becz­ki:

- Słyszałem, jak mówiłaś, że nie mógł się po­go­dzić z okru­cieństwem wo­bec zwierząt. Należał do ja­kiejś or­ga­ni­za­cji?

- Tak, do Zwierzęta Są Wol­ne.

- Skąd wiesz?

- Przeglądałam jego do­ku­men­ty.

- To ro­bo­ta dla po­li­cji.

- Fakt. Ale wam nie wol­no wejść do tego domu.

- Mógłbym założyć kom­bi­ne­zon.

- To nie jest taki zwy­czaj­ny kom­bi­ne­zon. Żeby go włożyć, trze­ba przejść spe­cjal­ne prze­szko­le­nie z za­kre­su postępo­wa­nia w wa­run­kach za­grożenia bio­lo­gicz­ne­go.

Frank nie krył iry­ta­cji.

- To wy­nieś mi tu te do­ku­men­ty.

- Może le­piej po­proszę któregoś z mo­ich lu­dzi, żeby ci je prze­fak­so­wał. I przesłał całą za­war­tość twar­de­go dys­ku jego kom­pu­te­ra.

- Mnie po­trzeb­ne ory­gi­nały! Co wy tu ukry­wa­cie?

- Za­pew­niam cię, że nic. Ale wszyst­ko, co znaj­du­je się w tym domu, trze­ba od­ka­zić albo środ­kiem de­zyn­fe­kującym, albo parą pod ciśnie­niem. Obie me­to­dy niszczą pa­pier, a i kom­pu­ter może ulec uszko­dze­niu.

- Prze­ro­bię tę in­strukcję. Cie­kaw je­stem, czy ko­mi­sarz okręgowy wie, coście w niej z Kin­ca­idem na­wy­dzi­wia­li.

Toni po­czuła się na­gle bar­dzo znużona. Śro­dek nocy, poważny kry­zys do zażegna­nia, a ona musi cho­dzić na pa­lusz­kach wokół na­bz­dy­czo­ne­go byłego ko­chan­ka, żeby, broń Boże, nie ura­zić jego uczuć.

- Oj, Frank, na miłość boską... może i masz rację, ale jest, jak jest, spróbuj­my więc za­po­mnieć o przeszłości i zgod­nie współpra­co­wać.

- W two­im pojęciu zgod­na współpra­ca po­le­ga na tym, że wszy­scy robią bez szem­ra­nia, co im każesz.

Roześmiała się.

- Być może. Jaki następny ruch pro­po­nu­jesz?

- Po­wia­do­mię służby sa­ni­tar­no-epi­de­mio­lo­gicz­ne. Zgod­nie z pro­ce­durą oni mają tu naj­więcej do po­wie­dze­nia. Wy­znaczą kon­sul­tan­ta od za­grożeń bio­lo­gicz­nych, a on zwoła z sa­me­go rana na­radę. Do tego cza­su po­win­niśmy się skon­tak­to­wać z każdym, kto mógł mieć stycz­ność z Mi­cha­elem Ros­sem. Po­sadzę dwóch de­tek­tywów przy te­le­fo­nie, niech dzwo­nią pod wszyst­kie nu­me­ry z tego ka­len­da­rzy­ka. Ty zaj­mij się prze­py­ty­wa­niem lu­dzi za­trud­nio­nych w Krem­lu.

- Do­brze. - Toni za­wa­hała się. Miała do Fran­ka prośbę. Jego naj­lep­szy przy­ja­ciel, Carl Osbor­ne, był dzien­ni­ka­rzem lo­kal­nej te­le­wi­zji zna­nym z tego, że w po­go­ni za sen­sacją gotów roz­mi­jać się z fak­ta­mi. Carl zwie­trzyw­szy pi­smo no­sem, zro­biłby z tego aferę na czte­ry fa­jer­ki.

Znała Fran­ka. Wie­działa, że je­dy­ny sposób, w jaki można go do cze­goś prze­ko­nać, to żadne tam prośby i groźby, lecz rze­czo­wość.

- W in­struk­cji jest pa­ra­graf, na który chciałabym zwrócić twoją uwagę - zaczęła. - Mówi, że nie należy wy­da­wać żad­nych oświad­czeń dla pra­sy bez uprzed­nie­go skon­sul­to­wa­nia ich ze wszyst­ki­mi za­in­te­re­so­wa­ny­mi stro­na­mi, w tym ko­niecz­nie z po­licją, służbami sa­ni­tar­no-epi­de­mio­lo­gicz­ny­mi i firmą.

- Nie ma spra­wy.

- Wspo­mi­nam o tym, bo nie ma po­trze­by stra­szyć opi­nii pu­blicz­nej. Nie­wy­klu­czo­ne, że ni­ko­mu nic nie gro­zi.

- Ro­zu­miem.

- Nie chce­my ni­cze­go ukry­wać, ale ko­men­ta­rze w me­diach muszą być wyważone i utrzy­ma­ne w spo­koj­nym to­nie. Tyl­ko tego by nam bra­ko­wało, żeby wy­buchła pa­ni­ka.

Frank uśmiechnął się.

- Bo­isz się ta­blo­ido­wych hi­sto­ry­jek o cho­mi­ku mor­der­cy gra­sującym po wrzo­so­wi­skach?

- Je­steś mi coś wi­nien, Frank. Mam na­dzieję, że pamiętasz.

Twarz mu po­ciem­niała.

- Ja to­bie?

Zniżyła głos, cho­ciaż w po­bliżu ni­ko­go nie było.

- Pamiętasz Far­me­ra Jon­ny'ego Kir­ka?

Kirk był im­por­te­rem ko­ka­iny na wielką skalę. Uro­dził się w szem­ra­nej dziel­ni­cy Glas­gow przy Gar­scu­be Road i w życiu nie wi­dział far­my na oczy, a ksywkę "Far­mer" za­wdzięczał zie­lo­nym, o parę nu­merów za dużym gu­mia­kom, które nosił, by oszczędzić so­bie ka­tu­szy, ja­kich przy­spa­rzały mu od­ci­ski. Frank po­sta­wił Far­mera John­ny'ego przed sądem je­dy­nie na pod­sta­wie po­szlak. Już w trak­cie pro­ce­su Toni od­kryła przy­pad­ko­wo pew­ne fak­ty, które świad­czyły na ko­rzyść oskarżone­go. Po­wie­działa o nich Fran­ko­wi, ale Frank nie po­dzie­lił się swoją wiedzą z sądem. John­ny'ego uzna­no win­nym, słusznie zresztą, i do­stał wy­rok. Gdy­by jed­nak kie­dy­kol­wiek praw­da wyszła na jaw, ka­rie­ra Fran­ka byłaby skończo­na.

- Gro­zisz, że to wyciągniesz, jeśli zro­bię coś nie po two­jej myśli? - spy­tał gniew­nie Frank.

- Nie, przy­po­mi­nam ci tyl­ko o sy­tu­acji, kie­dy to to­bie zależało, żebym trzy­mała język za zębami, i ja trzy­małam.

Frank już się otrząsnął. Przed chwilą ob­le­ciał go strach, ale te­raz zno­wu był daw­nym aro­ganc­kim sobą.

- Bywa, że cza­sa­mi trze­ba nagiąć reguły gry. Ta­kie jest życie.

- Właśnie. I proszę cię, żebyś nie wspo­mi­nał o tym in­cy­den­cie swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi Car­lo­wi Osbor­no­wi ani w ogóle ni­ko­mu z mediów.

Frank uśmiechnął się.

- No wiesz, Toni - po­wie­dział z uda­wa­nym ob­ru­sze­niem - to nie w moim sty­lu.

07.30

Toni Gal­lo miała na­dzieję, że do lun­chu uda jej się wy­rwać z pra­cy.

Ro­zej­rzała się po swo­im ga­bi­ne­cie. Nie za­grzała tu jesz­cze miej­sca. Do­pie­ro zaczęła się urządzać. Na biur­ku stała fo­to­gra­fia przed­sta­wiająca ją, matkę i siostrę Bellę, zro­bio­na przed kil­ko­ma laty, kie­dy mat­ce zdro­wie jesz­cze do­pi­sy­wało. Obok leżał sta­ry wystrzępio­ny słownik - za­wsze miała kłopo­ty z or­to­gra­fią. W zeszłym ty­go­dniu po­wie­siła na ścia­nie swo­je zdjęcie w mun­du­rze po­li­cjant­ki, zro­bio­ne przed sie­dem­na­stu laty. Taka była wte­dy młoda i pełna zapału.

Aż trud­no uwie­rzyć, że tam­ten etap pra­cy za­wo­do­wej ma za sobą.

Wie­działa już, cze­go dopuścił się Mi­cha­el Ross. Obmyślił spryt­ny i wy­ra­fi­no­wa­ny sposób na omi­ja­nie wpro­wa­dzo­nych przez nią pro­ce­dur bez­pie­czeństwa. Zna­lazł słabe punk­ty i skwa­pli­wie je wy­ko­rzy­stał. To była jej i tyl­ko jej wina.

Dwie go­dzi­ny temu, dzwo­niąc do Stan­leya Oxen­for­da, pre­ze­sa i właści­cie­la większościo­we­go pa­kie­tu ak­cji Oxen­ford Me­di­cal, jesz­cze tego nie wie­działa.

A i tak bała się tej roz­mo­wy. Miała mu do prze­ka­za­nia naj­gor­sze z możli­wych wieści i nie ule­gało wątpli­wości, że na nią po­sy­pią się pierw­sze gro­my. Była przy­go­to­wa­na, że Oxen­ford za­re­agu­je nie­za­do­wo­le­niem, obu­rze­niem, może na­wet wściekłością.

- Az tobą wszyst­ko w porządku? - za­py­tał.

O mało się nie rozpłakała. Nie spo­dzie­wała się, że naj­pierw pomyśli o niej. Nie zasłużyła so­bie na taki prze­jaw tro­ski.

- Nic mi nie jest - od­parła. - Przed wejściem do domu założyliśmy kom­bi­ne­zo­ny.

- Ale je­steś pew­nie zmęczo­na.

- Zdrzemnęłam się go­dzinkę.

- Ro­zu­miem - mruknął Stan­ley i szyb­ko prze­szedł do rze­czy. - Znałem Mi­cha­ela Ros­sa. Spo­koj­ny chłopak, koło trzy­dziest­ki, pra­co­wał u nas od kil­ku lat. Doświad­czo­ny la­bo­rant. Jak, u li­cha, mogło do tego dojść?

- W jego ogro­do­wej szo­pie zna­lazłam mar­twe­go królika. Po­dej­rze­wam, że wyniósł go z la­bo­ra­to­rium i zwierzątko go ugryzło.

- Wątpię - uciął Stan­ley. - Już prędzej ska­le­czył się ja­kimś za­in­fe­ko­wa­nym nożem. To się zda­rza na­wet naj­bar­dziej doświad­czo­nym lu­dziom. Ten królik to praw­do­po­dob­nie zwy­czaj­ny do­mo­wy zwie­rzak i zdechł z głodu, kie­dy Mi­cha­el za­cho­ro­wał.

Toni bar­dzo by chciała w to wie­rzyć, ale czuła się w obo­wiązku za­po­znać sze­fa z fak­ta­mi.

- Tak, ale ten królik znaj­do­wał się w za­im­pro­wi­zo­wa­nej bio­bez­piecz­nej ko­mo­rze - po­wie­działa.

- Nadal wątpię. Mi­cha­el nie mógł pra­co­wać w BSL-czte­ry sam. Na­wet gdy­by jego ko­le­ga nie pa­trzył, to prze­cież w każdym po­miesz­cze­niu są ka­me­ry - byłoby widać na mo­ni­to­rach, jak krad­nie królika. Zresztą, jak by go prze­my­cił przez sta­no­wi­ska ochro­ny? A na­wet gdy­by mu się to jakoś udało, to prze­cież na­ukow­cy pra­cujący w la­bo­ra­to­rium już następne­go dnia za­uważyli­by brak jed­ne­go zwierzęcia. Może nie odróżniają jed­ne­go królika od dru­gie­go, ale na pew­no wiedzą, na ilu sztu­kach pro­wadzą ba­da­nia.

Tak rano, a jego umysł ru­szył z ko­py­ta ni­czym dwu­na­sto­cy­lin­dro­wy sil­nik fer­ra­ri, którym jeździ, pomyślała Toni. Ale nie miał ra­cji.

- Sama wpro­wa­dzałam wszyst­kie te ba­rie­ry bez­pie­czeństwa - po­wie­działa - i za­pew­niam pana, że nie ma sys­te­mu ide­al­ne­go.

- To praw­da. - Jeśli wy­sunęło się do­bry ar­gu­ment, po­tra­fił za­dzi­wiająco szyb­ko zmie­nić front. - Zakładam, że mamy na­gra­nie wi­deo z ostat­nie­go po­by­tu Mi­cha­ela w BSL-czte­ry?

- Właśnie za­mie­rzam to spraw­dzić.

- Będę koło ósmej. Przy­go­tuj mi do tego cza­su zwięzły ra­port z do­tych­cza­so­wych usta­leń.

- Jesz­cze jed­no. Niedługo lu­dzie za­czną się scho­dzić do pra­cy i po­sy­pią się plot­ki. Mogę im po­wie­dzieć, że wygłosi pan ja­kieś oświad­cze­nie?

- Do­bra myśl. Zbierz cały per­so­nel w Wiel­kim Holu, po­wiedz­my... o dzie­wiątej trzy­dzieści.

Główny hol wejścio­wy sta­re­go domu był naj­większym po­miesz­cze­niem w bu­dyn­ku i tam za­wsze od­by­wały się tego ro­dza­ju zgro­ma­dze­nia.

Po roz­mo­wie ze Stan­ley­em Oxen­for­dem Toni we­zwała do sie­bie Su­san Mac­kin­tosh, pra­cow­ni­ka ochro­ny, ładną, ostrzyżoną na chłopczycę dziew­czynę z kol­czy­kiem w brwi. Su­san od razu zwróciła uwagę na wiszące na ścia­nie zdjęcie.

- Do twa­rzy pani w mun­du­rze - orzekła.

- Dziękuję. Wiem, że skończyłaś już służbę, ale do tej ro­bo­ty po­trzeb­na mi ko­bie­ta.

Su­san uniosła za­lot­nie brew.

- Znam to uczu­cie.

Toni przy­po­mniało się fir­mo­we przyjęcie bożona­ro­dze­nio­we w ostat­ni piątek. Su­san przyszła na nie ubra­na jak John Tra­vol­ta w fil­mie Gre­ase - wy­bry­lan­ty­no­wa­ne włosy, rur­ko­wa­te dżinsy i buty na gu­mo­wych po­de­szwach zwa­ne w Glas­gow bur­de­lo­wy­mi ci­cho­bie­ga­mi. Po­pro­siła Toni do tańca. Toni uśmiechnęła się ciepło i odmówiła. Trochę później, po paru drin­kach, Su­san spy­tała ją, czy sy­pia z mężczy­zna­mi. "Nie tak często, jak bym chciała", od­parła Toni.

Po­chle­biało jej, że in­te­re­su­je się nią ktoś tak młody i ładny, ale uda­wała, że tego nie za­uważa.

- Mam dla cie­bie za­da­nie - po­wie­działa. - Sta­niesz w Wiel­kim Holu i będziesz za­trzy­my­wała wszyst­kich przy­chodzących do pra­cy. Nie pusz­czaj ni­ko­go da­lej, czy to do biu­ra, czy do la­bo­ra­to­rium, dopóki cię nie wysłucha.

- Co mam mówić?

- Że na zewnątrz wy­do­stał się wi­rus i pro­fe­sor Oxen­ford chce się ze wszyst­ki­mi w tej spra­wie spo­tkać. Za­cho­wuj się spo­koj­nie i na­tu­ral­nie, ale nie da­waj się ciągnąć za język. Wyjaśnie­nia naj­le­piej zo­sta­wić Stan­ley­owi.

- Ro­zu­miem.

- Po­tem py­taj, kie­dy ostat­nio wi­dzie­li Mi­cha­ela Ros­sa. Niektórzy, ci, co mają dostęp do BSL-czte­ry, byli już o to py­ta­ni w nocy przez te­le­fon, ale nie za­szko­dzi spy­tać jesz­cze raz. Jeśli ktoś ci po­wie, że wi­dział się z nim po nie­dzie­li dwa ty­go­dnie temu, na­tych­miast daj mi znać.

- Ro­zu­miem.

Toni miała jesz­cze jed­no de­li­kat­ne py­ta­nie. Wahała się przez chwilę, po czym wy­pa­liła:

- Czy Mi­cha­el był ge­jem?

- Nie­ak­tyw­nym.

- Je­steś tego pew­na?

- In­ver­burn to małe mia­stecz­ko. Dwa puby dla gejów, klub, parę re­stau­ra­cy­jek, kościół... Znam wszyst­kie te przy­byt­ki i w żad­nym z nich nig­dy go nie wi­działam.

- Ro­zu­miem. Mam na­dzieję, że nie ob­ra­ziłaś się, że aku­rat cie­bie o to py­tam...

- Bez prze­sa­dy. - Su­san uśmiechnęła się i spoj­rzała Toni głęboko w oczy. - Mnie nie tak łatwo ob­ra­zić.

- Dzięki.

Od tam­tej roz­mo­wy upłynęły dwie go­dzi­ny. Większość tego cza­su zajęło Toni ogląda­nie za­pi­su wi­deo z ostat­nie­go po­by­tu Mi­cha­ela Ros­sa w BSL-4. Te­raz wie­działa już wszyst­ko. Zre­fe­ru­je swo­je usta­le­nia Stan­ley­owi, a ten po­pro­si ją praw­do­po­dob­nie o złożenie re­zy­gna­cji.

Wspo­mniała pierw­sze spo­tka­nie ze Stan­ley­em. Była wte­dy w strasz­nym dołku. Próbowała swo­ich sił jako nie­za­leżny kon­sul­tant do spraw ochro­ny, ale nie miała klientów. Opuścił ją Frank, z którym przeżyła osiem lat. Mat­ka sta­wała się co­raz bar­dziej nie­dołężna. Czuła się jak Hiob opusz­czo­ny przez Boga.

Stan­ley przyjął ją w swo­im ga­bi­ne­cie i za­pro­po­no­wał krótko­ter­mi­no­wy kon­trakt. Wy­na­lazł właśnie cen­ny lek i oba­wiał się szpie­go­stwa prze­mysłowe­go. Chciał, żeby spraw­dziła, czy już nie wzięto go na ce­low­nik. Nie po­wie­działa mu, że to jej pierw­sze zle­ce­nie z praw­dzi­we­go zda­rze­nia.

Prze­cze­sała cały kom­pleks w po­szu­ki­wa­niu urządzeń podsłucho­wych. Nie zna­lazła ni­cze­go. W następnej ko­lej­ności przyj­rzała się dys­kret­nie pra­cow­ni­kom na klu­czo­wych sta­no­wi­skach, zwra­cając uwagę, czy któryś z nich nie żyje po­nad stan. Usta­liła, że nikt nie szpie­gu­je Oxen­ford Me­di­cal, ale, ku swo­je­mu prze­rażeniu, od­kryła, że Kit, syn Stan­leya, okra­da firmę.

Była wstrząśnięta. Kit od początku robił na niej wrażenie cza­rującego lek­ko­du­cha, ale ja­kim trze­ba być człowie­kiem, żeby okra­dać własne­go ojca? "Sta­ru­szek z tor­ba­mi przez to nie pójdzie, po­wie­dział lek­ce­ważąco Kit, for­sy ma jak lodu". Z pra­cy w po­li­cji Toni wy­niosła prze­ko­na­nie, że w nie­go­dzi­wości nie ma nic ro­man­tycz­ne­go, że przestępcy to płytcy, chci­wi lu­dzie, szu­kający so­bie nie­ade­kwat­nych uspra­wie­dli­wień.

Kit próbował ją upro­sić, żeby za­tu­szo­wała sprawę. Obie­cy­wał, że jeśli za­cho­wa swo­je od­kry­cie dla sie­bie, on skończy z tym raz na za­wsze. Wahała się: nie uśmie­chało jej się mówić owdo­wiałemu nie­daw­no mężczyźnie, że jego syn to nic­poń. Ale za­cho­wanie mil­cze­nia byłoby nie­uczci­we.

I w końcu, po wie­lu roz­ter­kach, z duszą na ra­mie­niu, po­wie­działa wszyst­ko Stan­ley­owi.

Nig­dy nie za­po­mni wy­ra­zu jego twa­rzy. Po­bladł, skrzy­wił się i jęknął, jak­by coś go na­gle zbo­lało. I w tym mo­men­cie, kie­dy sta­rał się za­pa­no­wać nad emo­cja­mi, do­strzegła zarówno jego siłę, jak i wrażliwość, i uświa­do­miła so­bie, jak bar­dzo jest do nie­go przy­wiązana.

Do­brze zro­biła, mówiąc mu prawdę. Uczci­wość zo­stała na­gro­dzo­na. Stan­ley wy­rzu­cił Kita z pra­cy, a jej za­pro­po­no­wał pełny etat. Za­skar­bił tym so­bie do­zgonną wdzięczność i lo­jal­ność Toni. Po­sta­no­wiła wte­dy, że nie za­wie­dzie za­ufa­nia, ja­kie jej oka­zał.

I po­pra­wiła się jej sy­tu­acja ma­te­rial­na. Stan­ley szyb­ko awan­so­wał ją z sze­fo­wej ochro­ny na dy­rek­to­ra tech­nicz­ne­go i dał pod­wyżkę. Kupiła so­bie czer­wo­ne­go po­rsche.

Kie­dy pew­ne­go dnia wspo­mniała, że grała w squ­asha w po­li­cyj­nej re­pre­zen­ta­cji kra­ju, Stan­ley wy­zwał ją na po­je­dy­nek na fir­mo­wym kor­cie. Po­ko­nała go, ale le­d­wo le­d­wo. Od tam­te­go cza­su co ty­dzień roz­gry­wa­li me­cze. Był wy­spor­to­wa­ny i miał dłuższą rękę, ona za to była o dwa­dzieścia lat młod­sza i miała błyska­wicz­ny re­fleks. Od cza­su do cza­su, kie­dy się zde­kon­cen­tro­wała, uda­wało mu się wy­grać, ale zwy­kle to ona była górą.

Grał in­te­li­gent­nie i nie stro­nił od ry­zy­ka, co często się opłacało. Jego ścięcia i wy­pa­dy bu­dziły jej po­dziw. Był am­bit­ny, ale po­tra­fił prze­gry­wać z uśmie­chem. Ze swoją do­sko­nałą orien­tacją była dla nie­go równorzędną part­nerką. Im le­piej go po­zna­wała, tym bar­dziej lubiła. Aż pew­ne­go dnia zdała so­bie sprawę, że nie tyl­ko go lubi. To było coś więcej.

Te­raz, tracąc tę pracę, prze­sta­nie go wi­dy­wać i to będzie naj­gor­sze.

Miała już zejść do Wiel­kie­go Holu, by się z nim spo­tkać, kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon.

- Odet­te z tej stro­ny - ode­zwał się w słuchaw­ce ko­bie­cy głos z południo­wo­an­giel­skim ak­cen­tem.

- Och, cześć! - ucie­szyła się Toni. Odet­te Cres­sy pra­co­wała jako de­tek­tyw w lon­dyńskiej po­li­cji. Po­znały się przed pięcio­ma laty na kur­sie w Hen­don. Były rówieśnicz­ka­mi. Odet­te nie miała ni­ko­go i od kie­dy Toni roz­stała się z Fran­kiem, już dwa razy spędziły ra­zem urlop. Gdy­by nie dzieląca je od­ległość, zo­stałyby naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółkami. Pod­trzy­my­wały jed­nak zna­jo­mość, dzwo­niąc do sie­bie co dwa ty­go­dnie.

- Ja w spra­wie tej ofia­ry wi­ru­sa - po­wie­działa bez wstępów Odet­te.

- Dla­cze­go się tym in­te­re­su­jesz? - Toni wie­działa, że Odet­te służy w bry­ga­dzie an­ty­ter­ro­ry­stycz­nej. - Chy­ba nie po­win­nam pytać.

- Otóż to. Po­wiem tyl­ko, że na­zwa Ma­do­ba-dwa uru­cho­miła tu­taj dzwo­nek alar­mo­wy, i nie za­wra­cam ci głowy.

Toni zmarsz­czyła brwi. Jako była po­li­cjant­ka domyślała się, co znaczą te słowa. Odet­te dawała jej cynk, że jakaś gru­pa jest za­in­te­re­so­wa­na Ma­dobą-2. Albo jakiś po­dej­rza­ny wspo­mniał o tym w trak­cie przesłucha­nia, albo na­zwa wi­ru­sa padła w podsłuchi­wa­nej roz­mo­wie lub in­wi­gi­lo­wa­na oso­ba wpro­wa­dziła ją do wy­szu­ki­war­ki in­ter­ne­to­wej. Te­raz, ile­kroć za­po­dzie­je się gdzieś jakaś ilość wi­ru­sa, an­ty­ter­ro­ryści będą po­dej­rze­wa­li, że zo­stała skra­dzio­na przez fa­na­tyków.

- Nie sądzę, żeby Mi­cha­el Ross był ter­ro­rystą - po­wie­działa Toni. - Przy­pusz­czam, że przy­wiązał się po pro­stu do jed­ne­go ze zwierząt la­bo­ra­to­ryj­nych.

- A jego zna­jo­mi?

- Zna­lazłam no­tes z ad­re­sa­mi i po­li­cja z In­ver­burn spraw­dza te­raz za­pi­sa­ne w nim na­zwi­ska.

- Zro­biłaś kopię?

Ko­pia leżała na biur­ku Toni.

- Mogę ci ją za­raz prze­fak­so­wać.

- Dzięki, to mi oszczędzi wie­le cza­su. - Odet­te po­dyk­to­wała nu­mer fak­su i Toni skrzętnie go za­pi­sała. - Jak ci się układa z tym two­im przy­stoj­nym sze­fem?

Toni nie mówiła ni­ko­mu, co czu­je do Stan­leya, ale Odet­te miała uzdol­nie­nia te­le­pa­tycz­ne.

- Wiesz prze­cież, że nie je­stem zwo­len­niczką biu­ro­wych ro­mansów. Tak czy in­a­czej, jego żona zmarła nie­daw­no i...

- Osiem­naście mie­sięcy temu, o ile do­brze pamiętam.

- To nie­wie­le po czter­dzie­stu la­tach małżeństwa. Zresztą jest od­da­ny swo­im dzie­ciom i wnu­kom, a one znie­na­wi­dziłyby praw­do­po­dob­nie każdą, która spróbowałaby zająć miej­sce jego zmarłej żony.

- Wiesz, co jest do­bre­go w upra­wia­niu sek­su ze star­szym mężczyzną? Tak go gnębi, że nie jest już młody i jur­ny, że sta­ra ci się w dwójnasób do­go­dzić.

- Wierzę ci na słowo.

- Co to ja jesz­cze... Aha, właśnie, byłabym za­po­mniała, cha, cha, jest bo­ga­ty. Słuchaj, jed­no ci tyl­ko po­wiem: kie­dy zde­cy­du­jesz osta­tecz­nie, że go nie chcesz, daj mi znać. Tym­cza­sem in­for­muj mnie na bieżąco, jeśli usta­lisz coś no­we­go w spra­wie Mi­cha­ela Ros­sa.

- Masz to u mnie. - Toni odłożyła słuchawkę i wyj­rzała przez okno. Na miej­scu par­kin­go­wym za­re­zer­wo­wa­nym dla pre­ze­sa za­trzy­mał się właśnie gra­na­to­wy fer­ra­ri F50 Stan­leya Oxen­for­da. Wsunęła kopię no­te­su Mi­cha­ela Ros­sa do fak­su i wy­brała nu­mer Odet­te.

Po­tem, z re­zy­gnacją przestępcy, który po­sta­no­wił oddać się do­bro­wol­nie w ręce wy­mia­ru spra­wie­dli­wości, wyszła na spo­tka­nie sze­fa.

08.00

Wiel­ki Hol przy­po­mi­nał nawę kościoła. Przez wy­so­kie okna wle­wały się sno­py dzien­ne­go światła, tworząc wzo­ry na wyłożonej ka­mien­ny­mi płyta­mi po­sadz­ce. Przez całą sze­ro­kość holu ciągnęły się gru­be bel­ki pod­trzy­mujące strop. Pośrod­ku stało no­wo­cze­sne, owal­ne biur­ko re­cep­cji. Wewnątrz tego owa­lu sie­dział na stołku umun­du­ro­wa­ny strażnik.

Stan­ley Oxen­ford wkro­czył do holu głównym wejściem. Był wy­so­kim, si­wowłosym, nie­bie­sko­okim mężczyzną pod sześćdzie­siątkę. W ni­czym nie przy­po­mi­nał na­ukow­ca - nie łysiał, nie gar­bił się, nie nosił oku­larów. Zda­niem Toni przy­po­mi­nał ra­czej ak­to­ra grającego rolę ge­ne­rała w fil­mie o dru­giej woj­nie świa­to­wej. Ubie­rał się ze sto­no­waną ele­gancją. Dzi­siaj miał na so­bie sza­ry twe­edo­wy gar­ni­tur z ka­mi­zelką, ja­snobłękitną ko­szulę, a do niej - chy­ba przez wzgląd na zmarłego - czar­ny włóczko­wy kra­wat.

Su­san Mac­kin­tosh usta­wiła przy wejściu rozkłada­ny sto­lik. Za­gadnęła o coś Stan­leya. Od­po­wie­dział jej krótko i zwrócił się do Toni:

- Do­bry po­mysł z tym od­py­ty­wa­niem każdego wchodzącego, kie­dy ostat­nio wi­dział Mi­cha­ela.

- Dziękuję. - Cho­ciaż jed­no zro­biłam do­brze, pomyślała

Toni.

- A co z pra­cow­ni­ka­mi, którzy są te­raz na urlo­pach?

- Dzwo­ni­my do nich od rana.

- Do­brze. Usta­liłaś już, jak do tego doszło?

- Tak. Miałam rację, a pan się mylił. To był jed­nak królik.

Po­mi­mo tra­gicz­nych oko­licz­ności Stan­ley się uśmiechnął.

Lubił lu­dzi rzu­cających mu wy­zwa­nia, szczególnie gdy były to atrak­cyj­ne ko­bie­ty.

- Skąd wiesz?

- Z za­pi­su wi­deo. Chce go pan obej­rzeć?

- Oczy­wiście.

We­szli w sze­ro­ki, wyłożony dębową bo­aze­rią ko­ry­tarz i skręcili w bocz­ny ko­ry­tarzyk pro­wadzący do cen­tral­nej sta­cji mo­ni­to­rin­gu, zwa­nej po­pu­lar­nie reżyserką. Było to cen­trum zarządza­nia sys­te­mem ochro­ny. Kie­dyś mieściła się tu sala bi­lar­do­wa, te­raz okna dla bez­pie­czeństwa za­mu­ro­wa­no, a su­fit obniżono, by po­zy­skać prze­strzeń na ukry­cie wężowi­ska ka­bli. Całą jedną ścianę zaj­mo­wał zespół mo­ni­torów wyświe­tlających ob­ra­zy prze­ka­zy­wa­ne z ka­mer za­in­sta­lo­wa­nych w new­ral­gicz­nych punk­tach kom­plek­su, w tym w każdym z po­miesz­czeń BSL-4. Na długim sto­le roz­miesz­czo­no ekra­ny do­ty­ko­we, uwi­dacz­niające stan tysięcy punktów kon­tro­l­nych mo­ni­torujących tem­pe­ra­turę, wil­got­ność oraz ter­mi­na­le sys­temów zarządza­nia cyr­ku­lacją po­wie­trza we wszyst­kich la­bo­ra­to­riach - wy­star­czyło za długo przy­trzy­mać otwo­rem drzwi, a włączał się alarm. Za kon­solą, która umożli­wiała dostęp do główne­go kom­pu­te­ra sys­temu bez­pie­czeństwa, sie­dział umun­du­ro­wa­ny strażnik.

- Po­sprzątano tu od cza­su mo­jej ostat­niej byt­ności - stwier­dził ze zdu­mie­niem Stan­ley.

Kie­dy Toni przej­mo­wała do­wo­dze­nie nad ochroną, w reżyser­ce pa­no­wał ist­ny chlew. Wszędzie walały się pla­sti­ko­we kub­ki po ka­wie, sta­re ga­ze­ty, połama­ne długo­pi­sy i sty­ro­pia­no­we pudełka z nie­do­je­dzo­ny­mi posiłkami. Te­raz było tu czy­sto i schlud­nie, a na sto­le leżała tyl­ko tecz­ka na akta, które stu­dio­wał dyżurny strażnik. Miło jej było, że Stan­ley to za­uważył.

Oxen­ford zaj­rzał do przy­ległego po­miesz­cze­nia. Kie­dyś prze­cho­wy­wa­no w nim broń myśliwską, te­raz stał tam sprzęt wspo­ma­gający, między in­ny­mi cen­tral­ny pro­ce­sor ste­ro­wa­nia łącznością te­le­fo­niczną. Po­miesz­cze­nie było ja­sno oświe­tlo­ne. Każdy z tysięcy ka­bli ozna­ko­wa­no nie­zmy­wal­nym, czy­tel­nym iden­ty­fi­ka­to­rem dla zmi­ni­ma­li­zo­wa­nia cza­su usu­wa­nia ewen­tu­al­nej awa­rii. Stan­ley po­ki­wał apro­bująco głową.

Toni to po­chle­biło, ale prze­cież Stan­ley nie od dzi­siaj wie­dział, że jest dobrą or­ga­ni­za­torką. Zresztą co z tego, że za­pro­wa­dziła tu porządek, sko­ro nie wywiązała się z naj­ważniej­sze­go ze spo­czy­wających na niej obo­wiązków, a mia­no­wi­cie nie do­pil­no­wała, by nic nie­bez­piecz­ne­go nie wy­do­stało się z la­bo­ra­to­rium BSL-4.

Zda­rzało się, że nie wie­działa, co Stan­ley myśli, i tak było te­raz. Bo­le­je nad śmier­cią Mi­cha­ela Ros­sa, mar­twi się o przyszłość fir­my, czy wście­ka, że za­wiodły środ­ki bez­pie­czeństwa? Wyładu­je gniew na niej, na nieżyjącym Mi­cha­elu czy na Ho­war­dzie McAl­pi­ne? Czy kie­dy pokaże mu, co zro­bił Mi­cha­el, po­chwa­li ją, że tak szyb­ko to usta­liła, czy też zwol­ni z pra­cy za to, że do tego dopuściła?

Usie­dli przed mo­ni­to­rem i Toni prze­biegła pal­ca­mi po kla­wia­tu­rze, by wywołać na ekran in­te­re­sujące ich frag­men­ty cy­fro­we­go za­pi­su. Za­re­je­stro­wa­ne ob­ra­zy prze­cho­wy­wa­ne były w prze­past­nej pamięci kom­pu­te­ra przez dwa­dzieścia osiem dni. Po­tem je ka­so­wa­no. Znała pro­gram na wy­lot i po­ru­szała się w nim bez tru­du.

Obec­ność Stan­leya przy­po­mniała jej, nie wie­dzieć cze­mu, in­cy­dent sprzed lat, kie­dy poszła do kina z czter­na­sto­let­nim ko­legą z kla­sy i po­zwo­liła mu wsunąć so­bie dłoń pod swe­te­rek. Za­am­ba­ra­so­wało ją to wspo­mnie­nie, po­czuła, że się czer­wie­ni. Miała na­dzieję, że Stan­ley tego nie za­uważył.

Po­ka­zała mu na mo­ni­to­rze Mi­cha­ela pod­jeżdżającego pod główną bramę i oka­zującego prze­pustkę.

- Datę i go­dzinę ma pan u dołu ekra­nu - wyjaśniła. - Czter­na­sta dwa­dzieścia sie­dem, ósme­go grud­nia. - Na­cisnęła kil­ka kla­wi­szy i na ekra­nie po­ja­wił się zie­lo­ny volks­wa­gen golf skręcający na miej­sce par­kin­go­we. Wy­siadł z nie­go szczupły mężczy­zna i za­brał z tyl­ne­go sie­dze­nia spor­tową torbę. - Niech pan zwróci uwagę na tę torbę.

- Dla­cze­go?

- Jest w niej królik.

01.00

Dwaj zmęcze­ni mężczyźni po­pa­try­wa­li na An­to­nię Gal­lo z niechęcią, jeśli nie wro­gością w oczach. Skończy­li już na dzi­siaj, chcą iść do domu, a ta ich prze­trzy­mu­je. A co gor­sza ma po temu uza­sad­nio­ne po­wo­dy.

Sie­dzie­li we trójkę w biu­rze działu kadr Oxen­ford Me­di­cal. An­to­nia, dla zna­jo­mych Toni, była dy­rek­to­rem tech­nicz­nym i od­po­wia­dała głównie za bez­pie­czeństwo. Oxen­ford, nie­wiel­ki zakład far­ma­ceu­tycz­ny - fir­ma bu­ti­ko­wa w żar­go­nie giełdo­wym - pro­wa­dził ba­da­nia nad zabójczy­mi wi­ru­sa­mi. Bez­pie­czeństwo sta­no­wiło tu więc sprawę życia i śmier­ci.

Toni prze­pro­wa­dziła właśnie wy­ryw­kową kon­trolę w la­bo­ra­to­riach i stwier­dziła brak dwóch da­wek eks­pe­ry­men­tal­ne­go leku. Spra­wa wyglądała poważnie: lek ten, śro­dek an­ty­wi­ru­so­wy, opra­co­wy­wa­no w najściślej­szej ta­jem­ni­cy i jego for­muła była bez­cen­na. Ktoś mógł go wy­kraść z za­mia­rem od­sprze­da­nia kon­ku­ren­cyj­nej fir­mie. Lecz inna, o wie­le bar­dziej nie­po­kojąca ewen­tu­al­ność spra­wiała, że na usia­nej pie­ga­mi twa­rzy Toni ma­lo­wał się nie­pokój, a pod jej zie­lo­ny­mi ocza­mi widać było ciem­ne kręgi. Otóż złodziej mógł wy­kraść lek do oso­bi­ste­go użytku. Gdy­by tak właśnie było, wnio­sek na­su­wał się tyl­ko je­den: ktoś zo­stał za­in­fe­ko­wa­ny jed­nym ze śmier­cio­nośnych wi­rusów wy­ko­rzy­sty­wa­nych w la­bo­ra­to­riach Oxen­ford.

La­bo­ra­to­ria te mieściły się w wiel­kim dzie­więtna­sto­wiecz­nym bu­dyn­ku wznie­sio­nym w Szko­cji przez ja­kie­goś wik­to­riańskie­go bo­ga­cza z prze­zna­cze­niem na wa­ka­cyjną re­zy­dencję. Z ra­cji podwójne­go ogro­dze­nia, dru­tu kol­cza­ste­go, umun­du­ro­wa­nych strażników i naj­no­wo­cześniej­sze­go sys­te­mu mo­ni­to­rin­gu bu­dy­nek na­zy­wa­no "Krem­lem". Ale z tymi spi­cza­sty­mi łuka­mi okien, wieżą i rzędami gar­gulców pod oka­pem da­chu bar­dziej przy­po­mi­nał kościół.

Na biu­ro działu kadr wy­dzie­lo­no jedną z naj­bar­dziej oka­załych sy­pial­ni. Miała go­tyc­kie okna i ścia­ny obi­te tka­niną, ale za­miast rzeźbio­nych szaf na ubra­nia stały tam te­raz szaf­ki na akta, a miej­sce to­a­le­tek za­sta­wio­nych krysz­tałowy­mi fla­ko­ni­ka­mi i szczot­ka­mi o po­sre­brza­nych rączkach zajęły biur­ka z kom­pu­te­ra­mi i te­le­fo­na­mi.

Toni i dwaj to­wa­rzyszący jej mężczyźni sie­dzie­li przy te­le­fo­nach, ob­dzwa­niając wszyst­kie oso­by mające wstęp do BSL-41 - la­bo­ra­to­rium o za­gwa­ran­to­wa­nym czwar­tym, naj­wyższym po­zio­mie bio­bez­pie­czeństwa. W BSL-4 na­ukow­cy ubra­ni w her­me­tycz­ne, po­dob­ne do ska­fandrów ko­smicz­nych kom­bi­ne­zo­ny pra­co­wa­li na co dzień z wi­ru­sa­mi, na które nie wy­na­le­zio­no jak dotąd szcze­pion­ki ani an­ti­do­tum. Po­nie­waż było to naj­le­piej za­bez­pie­czo­ne po­miesz­cze­nie w bu­dyn­ku, tam właśnie prze­cho­wy­wa­no próbki eks­pe­ry­men­tal­ne­go leku.

Do BSL-4 nie każdemu wol­no było wejść. Upo­ważnie­ni mu­sie­li ukończyć szko­le­nie z za­kre­su postępo­wa­nia w wa­run­kach za­grożenia bio­lo­gicz­ne­go, do­ty­czyło to na­wet tech­ników, którzy prze­pro­wa­dza­li okre­so­we przeglądy filtrów po­wie­trza i kon­ser­wo­wa­li au­to­kla­wy. Toni również przeszła ta­kie szko­le­nie, żeby móc wcho­dzić do la­bo­ra­to­rium w ra­mach kon­tro­li bez­pie­czeństwa.

Z osiem­dzie­sięciu za­trud­nio­nych przez firmę pra­cow­ników, wstęp do BSL-4 miało tyl­ko dwu­dzie­stu sied­miu. Wie­lu z nich roz­je­chało się już jed­nak na bożona­ro­dze­nio­we urlo­py i cho­ciaż kra­dzież wy­kry­ta zo­stała w po­nie­działek wie­czo­rem, to zaczął się już wto­rek, a trójce pra­cow­ników ochro­ny nie udało się jesz­cze do­trzeć te­le­fo­nicz­nie do wszyst­kich.

Toni połączyła się z ośrod­kiem wy­po­czyn­ko­wym Le Club Be­ach na Bar­ba­do­sie i nie bez tru­du upro­siła zastępcę kie­row­ni­ka, żeby po­szu­kał na te­re­nie ośrod­ka młodej la­bo­rant­ki na­zwi­skiem Jen­ny Craw­ford.

Cze­kając, zerknęła na swo­je od­bi­cie w szy­bie. Na­wet do­brze wyglądała, zważyw­szy na tak późną porę. Cze­ko­la­do­wobrązowy ko­stium w de­li­kat­ne białe prążki nadal pre­zen­to­wał się schlud­nie, fry­zu­ra bez za­rzu­tu, twarz nie zdra­dzała zmęcze­nia. Jej oj­ciec był Hisz­pa­nem, ale jasną cerę, zie­lo­ne oczy i gęste ru­do­blond włosy odzie­dzi­czyła po mat­ce Szkot­ce. Wy­so­ka, za­dba­na. Całkiem nieźle, pomyślała, jak na trzy­dzie­stoośmio­latkę.

- Prze­cież tam u was chy­ba te­raz głucha noc! - W słuchaw­ce ode­zwał się wresz­cie głos Jen­ny.

- Stwier­dzi­liśmy pewną nie­zgod­ność między tym, co wpi­sa­no do książki roz­chodów BSL-czte­ry, a sta­nem fak­tycz­nym - wyjaśniła Toni.

- To się już zda­rzało - prychnęła lek­ce­ważąco Jen­ny. Była trochę wsta­wio­na. - I nikt jakoś nie robił z tego afe­ry.

- Bo ja tu jesz­cze wte­dy nie pra­co­wałam - po­wie­działa szorst­ko Toni. - Kie­dy ostat­nio wcho­dziłaś do BSL-czte­ry?

- Chy­ba w środę. Nie masz tego w kom­pu­te­rze?

Miała, ale chciała spraw­dzić, czy wer­sja Jen­ny po­kry­je się z za­pi­sem kom­pu­te­ro­wym.

- A kie­dy ostat­nio zaglądałaś do kryp­ty? - Kryptą na­zy­wa­no stojącą w BSL-4 lodówkę, za­my­kaną na elek­tro­nicz­ny za­mek szy­fro­wy.

- Nie pamiętam - głos Jen­ny sta­wał się co­raz bar­dziej cierp­ki - ale po­win­naś to mieć na wi­deo.

Drzwi kryp­ty otwie­rało się, wy­stu­kując na kla­wia­tu­rze do­ty­ko­wej kod zam­ka. Z chwilą wpro­wa­dze­nia kodu, włączała się au­to­ma­tycz­nie na­kie­ro­wa­na na kryptę ka­me­ra sys­te­mu bez­pie­czeństwa i pra­co­wała aż do po­now­ne­go za­trzaśnięcia drzwi.

- Przy­po­mi­nasz so­bie, kie­dy ostat­ni raz miałaś do czy­nie­nia z Ma­dobą-dwa? - Był to wi­rus, nad którym pra­co­wa­li ak­tu­al­nie na­ukow­cy z Oxen­ford.

- O ja­sna cho­le­ra, to jego się nie do­li­czy­liście?! - krzyknęła au­ten­tycz­nie wstrząśnięta Jen­ny.

- Nie, nie jego. Ale...

- Z wi­ru­sem jako ta­kim do czy­nie­nia nig­dy nie miałam. Pra­cuję głównie w la­bo­ra­to­rium ho­dow­li tka­nek.

To też zga­dzało się z in­for­ma­cja­mi, ja­kie po­sia­dała Toni.

- Czy w ciągu ostat­nich ty­go­dni nie rzu­ciło ci się cza­sem w oczy, że któryś z ko­legów za­cho­wu­je się dziw­nie, w sposób dla sie­bie nie­ty­po­wy?

- No nie, ty tobyś się, kurczę, nada­wała na ge­stapówę - ob­ru­szyła się Jen­ny.

- Niech ci będzie, czy za­uważyłaś...

- Nie, nie za­uważyłam.

- Jesz­cze tyl­ko jed­no py­ta­nie. Tem­pe­ra­turę masz w nor­mie?

- O kurczę pie­czo­ne, chcesz przez to po­wie­dzieć, że mogłam złapać Ma­dobę-dwa?

- Masz ka­tar albo gorączkę?

- Nie!

- No to możesz spać spo­koj­nie. Wy­je­chałaś z kra­ju je­de­naście dni temu. Gdy­by coś było nie tak, miałabyś już ob­ja­wy in­fek­cji gry­po­po­dob­nej. Dziękuję ci, Jen­ny. To praw­do­po­dob­nie jakiś błąd w książce roz­chodów BSL-czte­ry, ale mu­si­my dmu­chać na zim­ne.

- Ze­psułaś mi wieczór, jeśli chcesz wie­dzieć. - Jen­ny rozłączyła się.

- Przy­kro mi - mruknęła Toni do głuchej słuchaw­ki i odkładając ją, oznaj­miła: - Jen­ny Craw­ford spraw­dzo­na. Głupia kro­wa, ale czy­sta.

Buj­na siwa bro­da pod­cho­dziła dy­rek­to­ro­wi la­bo­ra­to­riów, Ho­war­do­wi McAl­pi­ne'owi, aż pod kości po­licz­ko­we, przez co skóra wokół jego oczu przy­wo­dziła na myśl różową ma­seczkę ba­lową. Miał opi­nię skru­pu­lan­ta, ale bez skłonności do pe­dan­ty­zmu, i Toni do­brze się z nim zwy­kle pra­co­wało. Te­raz jed­nak hu­mor wyraźnie mu nie do­pi­sy­wał. Od­chy­lił się na opar­cie krzesła i splótł dłonie na po­ty­li­cy.

- Ist­nie­je wiel­kie praw­do­po­do­bieństwo, że ma­te­riał, którego się nie do­li­czyłaś, zo­stał spożyt­ko­wa­ny w całko­wi­cie le­gal­nych ce­lach przez kogoś, kto po pro­stu za­po­mniał do­ko­nać sto­sow­nych wpisów do książki roz­chodów. - W jego głosie po­brzmie­wała iry­ta­cja; po­wta­rzał to już trze­ci raz.

- Obyś miał rację - mruknęła Toni bez prze­ko­na­nia. Wstała i po­deszła do okna. Z biu­ra działu kadr widać było do­budówkę, w której mieściło się la­bo­ra­to­rium BSL-4. Nowy bu­dy­nek z wy­so­ki­mi wąski­mi ko­mi­na­mi oraz wieżą ze­ga­rową nawiązywał sty­lem do resz­ty Krem­la i po­stron­ne­mu ob­ser­wa­to­ro­wi trud­no byłoby od­gadnąć, w której części kom­plek­su zlo­ka­li­zo­wa­ne jest taj­ne la­bo­ra­to­rium. Ale skle­pio­ne łuko­wo okna no­we­go bu­dyn­ku były ma­to­we, rzeźbio­nych dębo­wych drzwi nie dało się otwo­rzyć, a oto­cze­nie ob­ser­wo­wały ka­me­ry te­le­wi­zji prze­mysłowej, ukry­te w po­twor­nych łbach gar­gulców. Był to be­to­no­wy bun­kier ucha­rak­te­ry­zo­wa­ny na wik­to­riańską re­zy­dencję. Miał trzy kon­dy­gna­cje. Właściwe la­bo­ra­to­ria i ma­ga­zy­ny mieściły się na par­te­rze. Również na par­te­rze znaj­do­wało się izo­lo­wa­ne am­bu­la­to­rium z pełnym wy­po­sażeniem do pod­da­wa­nia kwa­ran­tan­nie i ota­cza­nia in­ten­sywną opieką me­dyczną osób, które za­ra­ziły się groźnym wi­ru­sem. Jak dotąd nie tra­fił tam żaden pa­cjent. Piętro zaj­mo­wała apa­ra­tu­ra kli­ma­ty­za­cyj­na. W piw­ni­cy skom­pli­ko­wa­na in­sta­la­cja uty­li­zo­wała wszel­kie od­pad­ki po­chodzące z bu­dyn­ku. Za wyjątkiem lu­dzi na zewnątrz nie miał pra­wa wy­do­stać się żaden żywy or­ga­nizm.

- Ten in­cy­dent wie­le nas na­uczył - po­wie­działa ugo­do­wo Toni. Ależ niezręczna sy­tu­acja, pomyślała. Obaj mężczyźni byli od niej star­si zarówno rangą, jak i wie­kiem, obaj prze­kro­czy­li już pięćdzie­siątkę. Nie mogła im roz­ka­zy­wać, na­le­gała tyl­ko, żeby po­trak­to­wa­li wy­kry­ty nie­dobór w ka­te­go­riach kry­zy­su. Lu­bi­li ją obaj, zda­wała so­bie jed­nak sprawę, że prze­ciąga strunę. Z dru­giej stro­ny czuła, że musi na­ci­skać. Gra szła tu prze­cież o bez­pie­czeństwo pu­blicz­ne, re­pu­tację fir­my i, co tu ukry­wać, jej ka­rierę. - Na przyszłość mu­si­my dys­po­no­wać ak­tu­al­ny­mi nu­me­ra­mi te­le­fonów do wszyst­kich mających dostęp do BSL-czte­ry, obojętne, w ja­kiej części świa­ta aku­rat się znaj­dują, żeby w nagłym wy­pad­ku można się było szyb­ko z nimi skon­tak­to­wać. A kon­trolę książki roz­chodów trze­ba prze­pro­wa­dzać częściej niż raz do roku.

McAl­pi­ne odchrząknął. Jako dy­rek­tor la­bo­ra­to­riów był od­po­wie­dzial­ny za książkę roz­chodów i nastrój tak na­prawdę psuła mu świa­do­mość, że sam po­wi­nien był wy­kryć nie­dobór. Ope­ra­tyw­ność Toni sta­wiała go w złym świe­tle.

Spoj­rzał na dru­gie­go mężczyznę, dy­rek­to­ra działu kadr.

- Ile osób z li­sty mamy już od­faj­ko­wa­nych, Ja­mes?

Ja­mes El­liot ode­rwał wzrok od ekra­nu kom­pu­te­ra. Ubie­rał się jak ma­kler giełdowy - gar­ni­tur w jodełkę, kra­wat w grosz­ki - pew­nie chciał się w ten sposób odróżnić od twe­edo­wych na­ukowców. Prze­pi­sy bez­pie­czeństwa uważał za bzdurną biu­ro­krację, może dla­te­go, że sam nie pra­co­wał z wi­ru­sa­mi. Toni miała go za nadętego głupka.

- Z dwu­dzie­stu sied­miu osób, które mają wstęp do BSL-czte­ry, roz­ma­wia­liśmy już ze wszyst­ki­mi, oprócz jed­nej - po­wie­dział. Mówił z prze­sadną pre­cyzją zmęczo­ne­go na­uczy­cie­la, który tłuma­czy coś naj­bar­dziej tępemu ucznio­wi w kla­sie. - Wszy­scy po­wie­dzie­li, kie­dy ostat­nio wcho­dzi­li do la­bo­ra­to­rium i otwie­ra­li kryptę. Nikt nie za­uważył, żeby któryś z ko­legów dziw­nie się ostat­nio za­cho­wy­wał. I nikt nie ma gorączki.

- Ta bra­kująca oso­ba to kto?

- Mi­cha­el Ross, la­bo­rant.

- Znam go - po­wie­działa Toni. Mi­cha­el Ross był nieśmiałym, in­te­li­gent­nym mężczyzną koło trzy­dziest­ki. - Byłam na­wet raz u nie­go w domu. Miesz­ka ja­kieś piętnaście mil stąd.

McAl­pi­ne prze­sunął pa­lec na ko­niec li­sty.

- Pra­cu­je w fir­mie od ośmiu lat i cie­szy się nie­na­ganną opi­nią - wy­mru­czał. - Do la­bo­ra­to­rium wcho­dził ostat­nio w nie­dzielę, trzy ty­go­dnie temu, by prze­pro­wa­dzić ru­ty­nową kon­trolę zwierząt.

- Co robi od tam­te­go cza­su? - spy­tała Toni.

- Jest na urlo­pie.

- Od kie­dy? Od dwóch ty­go­dni?

- Miał wrócić dzi­siaj - wtrącił El­liot i spoj­rzał na ze­ga­rek. - To zna­czy, wczo­raj. W po­nie­działek rano. Ale się nie po­ja­wił.

- Dzwo­nił, że jest cho­ry?

- Nie.

Brwi Toni powędro­wały w górę.

- I nie można się z nim skon­tak­to­wać?

- Nie od­bie­ra ani do­mo­we­go te­le­fo­nu, ani komórki.

- Nie wy­da­je ci się to dziw­ne?

- Że młody nieżona­ty mężczy­zna przedłuża so­bie urlop, nie uprze­dzając o tym pra­co­daw­cy? - El­liot wzru­szył ra­mio­na­mi. - Co w tym dziw­ne­go?

Toni zwróciła się zno­wu do McAl­pi­ne'a:

- Po­wie­działeś, że Mi­cha­el ma nie­na­ganną opi­nię.

Dy­rek­tor la­bo­ra­to­riów stro­pił się.

- Jest bar­dzo su­mien­ny. To do nie­go nie­po­dob­ne, żeby bez uspra­wie­dli­wie­nia opuścił dzień pra­cy.

- Kto był z Mi­cha­elem, kie­dy wcho­dził ostat­nio do la­bo­ra­to­rium? - spy­tała Toni. Mi­cha­el mu­siał mieć kogoś do to­wa­rzy­stwa, po­nie­waż do BSL-4 wcho­dziło się tyl­ko pa­ra­mi. Ze względu na za­grożenie ni­ko­mu nie wol­no było pra­co­wać tam w po­je­dynkę.

McAl­pi­ne spraw­dził na liście.

- Dok­tor An­sa­ri, bio­che­mik.

- Nie znam ta­kie­go.

- To ko­bie­ta. Ma na imię Mo­ni­ca.

Toni pod­niosła słuchawkę.

- Jaki jest do niej nu­mer?

Mo­ni­ca An­sa­ri mówiła z edyn­bur­skim ak­cen­tem i trochę bełko­tli­wie, wy­bu­dzo­na widać z głębo­kie­go snu.

- Ho­ward McAl­pi­ne już raz do mnie dzwo­nił.

- Prze­pra­szam, że zno­wu panią nie­po­koję.

- Coś się stało?

- Cho­dzi o Mi­cha­ela Ros­sa. Nie możemy się z nim skon­tak­to­wać. Po­dob­no dwa ty­go­dnie temu, w nie­dzielę, wcho­dziła z nim pani do BSL-czte­ry.

- Tak. Chwi­leczkę, za­palę tyl­ko światło. - Krótka pau­za.

- Boże, to już ta go­dzi­na?

- Następne­go dnia Mi­cha­el szedł na urlop - podjęła Toni.

- Pamiętam. Po­wie­dział mi, że wy­bie­ra się do mat­ki, do De­von.

Toni coś zaświtało. Przy­po­mniała so­bie te­raz, po co jeździła do domu Mi­cha­ela Ros­sa. Ja­kieś pół roku temu, w trak­cie luźnej roz­mo­wy w stołówce, na­po­mknęła, że bar­dzo po­do­bają jej się por­tre­ty sta­rych ko­biet Rem­brand­ta, na których mistrz wier­nie, z pie­ty­zmem od­da­je każdą zmarszczkę, każdą fałdkę skóry. Z tego widać, po­wie­działa, jak bar­dzo Rem­brandt mu­siał ko­chać swoją matkę. Mi­cha­el roz­pro­mie­nił się wte­dy i po­wie­dział, że ma kil­ka re­pro­duk­cji akwa­fort Rem­brand­ta, które wyciął z cza­so­pism i ka­ta­logów domu au­kcyj­ne­go. Po pra­cy po­je­chała do nie­go obej­rzeć te akwa­forty. Były to gu­stow­nie opra­wio­ne por­tre­ty sta­rych ko­biet, zaj­mo­wały całą ścianę nie­wiel­kie­go li­ving ro­omu. Bała się trochę, że Mi­cha­el po­trak­tu­je tę wi­zytę jak randkę - lubiła go, ale nie do tego stop­nia - jed­nak ku jej uldze oka­zało się, że on na­prawdę chciał jej tyl­ko poka­zać swoją ko­lekcję. Pod­su­mo­wała go w du­chu jako ma­min­syn­ka.

- To istot­na in­for­ma­cja - po­wie­działa te­raz do Mo­ni­ki. - Proszę się jesz­cze nie rozłączać. - Za­kryła dłonią słuchawkę i zwróciła się do Ja­me­sa El­lio­ta: - Mamy w jego ak­tach nu­mer te­le­fo­nu do mat­ki?

El­liot po­ru­szył myszką i kliknął.

- Tak, jest tu wpi­sa­na jako naj­bliższa krew­na. - Sięgnął po słuchawkę.

Toni wróciła do roz­mo­wy z Mo­niką:

- Czy tam­te­go popołudnia Mi­cha­el za­cho­wy­wał się nor­mal­nie?

- Jak naj­bar­dziej.

- We­szliście do BSL-czte­ry ra­zem?

- Tak. Po­tem, rzecz ja­sna, za­mknęliśmy się w od­dziel­nych prze­bie­ral­niach.

- Czy kie­dy weszła pani do właści­we­go la­bo­ra­to­rium, on już tam był?

- Tak, prze­brał się szyb­ciej.

- Miała go pani przez cały czas w zasięgu wzro­ku?

- Nie. Ja zaj­mo­wałam się kul­tu­ra­mi tka­nek w bocz­nym la­bo­ra­to­rium. Mi­cha­el był u zwierząt.

- Wy­szliście ra­zem?

- On wy­szedł parę mi­nut przede mną.

- A więc mógł zaj­rzeć do kryp­ty i pani by o tym nie wie­działa?

- Tak.

- Co pani myśli o Mi­cha­elu?

- Nor­mal­ny fa­cet... chy­ba nie­szko­dli­wy.

- Tak, to do­bre określe­nie. Wie pani może, czy ma dziew­czynę?

- Nie sądzę.

- Czy pani zda­niem jest atrak­cyj­ny?

- Sym­pa­tycz­ny, owszem, ale nie­sek­sow­ny.

Toni uśmiechnęła się.

- Otóż to. Za­uważyła może pani w jego za­cho­wa­niu ja­kieś odstępstwa od nor­my?

- Nie...

Toni wy­czuła wa­ha­nie i mil­czała, dając ko­bie­cie czas na za­sta­no­wie­nie. Obok El­liot roz­ma­wiał z kimś, py­tając o Mi­cha­ela Ros­sa albo jego matkę.

Mo­ni­ca ode­zwała się po dłuższej chwi­li:

- Bo chy­ba to, że ktoś miesz­ka sam, nie świad­czy jesz­cze, że coś z nim jest nie tak, praw­da?

El­liot mówił właśnie do słuchaw­ki:

- Tak, bar­dzo dziw­ne. Prze­pra­szam, że za­wra­całem głowę o tej po­rze.

Za­in­try­go­wa­na tymi słowa­mi Toni uznała, że pora kończyć roz­mowę z Mo­niką.

- Dziękuję pani, Mo­ni­ko. Mam na­dzieję, że nie wybiłam pani ze snu.

- Mąż jest le­ka­rzem ro­dzin­nym - od­parła Mo­ni­ca. - Przy­wy­kliśmy do te­le­fonów w środ­ku nocy.

Toni odłożyła słuchawkę.

- Mi­cha­el Ross miał mnóstwo cza­su na otwar­cie kryp­ty - oznaj­miła. - I miesz­ka sam. - Spoj­rzała na El­lio­ta. - Do­dzwo­niłeś się do jego mat­ki?

- Tam miesz­kają te­raz jacyś sta­rusz­ko­wie - mruknął El­liot. Wyglądał na zdez­o­rien­to­wa­ne­go. - A pani Ross zmarła zeszłej zimy.

- O cho­le­ra - zaklęła Toni pod no­sem.