1
W tym roku kwiecień w Islamabadzie obfitował w gwałtowne burze i ulewne
deszcze połączone z wichurami, czasami przeplatane gradobiciem. Ulice w kilka chwil zamieniały się w bystre potoki niosące fragmenty roślinności
i resztki, jakie wydaje z siebie pakistańska stolica. Tworzyły się
rozległe bajora, z których woda z trudem ściekała do burzowników i zapchanej kanalizacji. Mimo to miasto żyło naturalnym rytmem, jakby nie
zauważało, że pogoda w tym roku nie trzyma standardu.
Przy zadbanej reprezentacyjnej Jinnah Avenue kanalizacja działała
sprawnie, więc skutki rozszalałej aury nie były tak uciążliwe. Firma
Oregon mieściła się na jedenastym piętrze jednego z wieżowców centrum
biznesowego Blue Area, a jej północne okna wychodziły wprost na góry
Margala. Mimo że wszystkie stacje telewizyjne na bieżąco podawały
komunikaty o nadciągających burzach, tylko obcokrajowcy śledzili
oficjalny przekaz. Miejscowi woleli sami spojrzeć w stronę gór i ocenić,
czego należy się spodziewać.
Korpulentny Mudżahid, czterdziestoletni inżynier z gęstą brodą do
piersi, w oliwkowym wyprasowanym salwar kamiz, mógł niemal bezbłędnie
przewidzieć pogodę na najbliższą godzinę. Tak przynajmniej uważał.
- Mister Henryk, będzie dzisiaj grad jak oliwki... ojojoj... to pewne... -
ciągnął w paklish, stojąc w oknie i z politowaniem kręcąc głową, jakby
miał pretensję do Allaha, że go nie słucha.
Olewski siedział w skórzanym fotelu, z nogami na stole. Dłonie splótł na
czubku głowy i balansując ciałem, obracał się delikatnie raz w lewo, raz
w prawo. Popatrywał to na telefon, który leżał na biurku, to na
nieustannie paplającego inżyniera, to na zegar ścienny z rzymskimi
cyframi.
Za miesiąc miał skończyć czterdzieści pięć lat, ale że był wysportowany
i zadbany, spokojnie mógł mówić, że ma czterdzieści. Wprawdzie praca nad
własnym ciałem kosztowała go dużo wysiłku, bo lubił obficie zjeść i nie
stronił od alkoholu, jednak w sumie się opłacała, gdyż czuł się
wyśmienicie.
Była za siedem dziesiąta, kiedy w jego telefonie zabrzmiał sygnał
esemesa.
Mudżahid zamilkł, ale się nie odwrócił.
- Weź się do roboty i przygotuj w końcu tę umowę, bo jak nie, to... -
rzucił ostro Henryk, lecz urwał w pół zdania.
Odsiedział jeszcze chwilę w niezmienionej pozycji i dopiero gdy
Mudżahid, ociągając się, wyszedł z pokoju, sięgnął bez pośpiechu po
telefon.
Przeczytał tekst: 2/12/07.
To była znacznie lepsza wiadomość, niż się spodziewał. Czekał na nią od
trzech miesięcy i nie wierzył już, że ten dzień kiedykolwiek nadejdzie.
Chwilami nawet tracił nadzieję. A teraz poczuł, jak ogarnia go panika i jednocześnie euforia. Przestał oddychać, jakby ktoś wypompował z niego
powietrze. Wiedział, że nie może dać się ponieść emocjom, bo to tylko
odbierze mu jasność myślenia i pogłębi stres. W kilka sekund zrobił się
mokry, poczuł, jak kropelki potu łaskoczą go po plecach.
Położył obie dłonie na piersi i zaczął równomiernie oddychać, wciągając
głęboko powietrze nosem i wypuszczając ustami. Coś mu podpowiadało, że
tak powinien robić, że to pomoże, tak go przecież szkolili. Jednak tym
razem stres był silniejszy. Henryk czuł się jak uczeń przed pierwszą
randką.
Dopiero kiedy z całej siły uderzył pięścią w masywny blat biurka, aż
wszystkie przedmioty uniosły się na moment w powietrze, poczuł wyraźną
ulgę.
- I co ja mam teraz zrobić? Poinformować? Nie zdążę... bo... - powiedział na
głos, jakby się zapomniał. - Fuck! - dodał niewyszukanie.
Podszedł do okna i zatrzymał się dokładnie w tym samym miejscu, w którym
przed chwilą stał Mudżahid. Poczuł wiszącą w powietrzu woń jego lepkiego
potu.
Jak to, kurwa, jest? Mudżahid cuchnie niczym stara koza, a salwar kamiz
ma wyprasowany jak w reklamie proszku do prania - pomyślał i spojrzał na
góry Margala. Na niebie kłębiły się wypiętrzone ołowiane chmury, a pod
nimi ciągnęła siwoszara ściana deszczu.
- Po raz pierwszy cap podał dobrą prognozę pogody... - Popatrzył na
zegarek, była dziesiąta. - Nic, kurwa, nic... - Westchnął głęboko. - Jadę
tam... bo zaraz wszystko zatonie i dupa blada. A masz jakiś wybór, Heniu?
- Ostatnie słowa wypowiedział z nutką autoironii i zaraz dorzucił: - No,
kurwa... nie masz!
10
Dima nie chodził do żadnych klubów ani siłowni. Nie miał spękanych
bicepsów, grubego karku, wyrzeźbionego ciała ani kaloryfera. Był
szczupły, gibki, zwinny, raczej Houdini albo Copperfield niż Gołota i taką też miał psychikę. Potrafił dobrze kombinować i kręcić.
Sam sobie wymyślił zestaw ćwiczeń. Sporo podpatrzył tu i tam, poczytał w fachowej literaturze i w końcu po latach stworzył coś w rodzaju syntezy
gimnastyki szwedzkiej, tai chi i krav maga. Czyli połączył to, co - jak
mu się wydawało - jest esencją człowieczeństwa: ciało, duszę i wolę
walki. Kiedyś próbował włączyć do zestawu zmodyfikowane ćwiczenia jogi,
ale psuły mu harmonię, a poza tym to była specjalność Moniki, więc
choćby już z tego powodu nie mógł ich zaakceptować.
Doskonale wiedział, że to zwykła dziecinada, którą sobie wymyślił, ale
uznał, że z tą świadomością będzie mu łatwiej. Właściwie to prawie wcale
o tym nie myślał, bo najważniejsza była dyscyplina.
Wstawał o szóstej, wyjmował z zamrażarki croissanta i zaczynał dzień.
Ćwiczył trzy razy w tygodniu po godzinie i na zmianę trzy razy biegał na
Kabatach, też godzinę. Potem kroił croissanta na pięć części, które
zjadał, mocząc je w kawie z mlekiem. Jeden dzień zostawiał sobie wolny
na inne sprawy.
Dziś wypadło bieganie. Po powrocie do domu zjadł śniadanie, wziął
prysznic i tak jak sobie zaplanował, wyciągnął się w szlafroku na
kanapie, żeby poczytać książkę. Po raz trzeci tego roku zaczynał Długie
pożegnanie Raymonda Chandlera, a był dopiero kwiecień.
Zaczął od miejsca, w którym wczoraj przerwał, lecz ledwie doszedł do
końca pierwszego akapitu: "Oczywiście dla nikogo nie ulegało
najmniejszej wątpliwości, że i tak będziemy świadkami okropnych
trudności, bo są one nieodłączną częścią naszej
egzystencji"1 - kiedy zabrzęczał telefon.
- Włącz telewizor i zadzwoń do mnie - powiedziała znana mu kobieta i wyłączyła się.
Dima zrozumiał polecenie i nie podnosząc się z kanapy, nastawił stację
informacyjną TVD24.
Zobaczył podenerwowaną dziennikarkę, ale nie mógł zrozumieć, o czym
mówi. Po chwili w bocznym kadrze pojawiła się twarz mężczyzny z nożem
przy szyi i w końcu na czerwonym pasku z napisem "pilne" przeczytał:
Polak porwany przez terrorystów w Pakistanie.
Poderwał się i usiadł. Przez kilka minut uważnie wsłuchiwał się w każde
słowo, obserwował zdjęcia, ale kiedy zaczęły się już powtarzać, uznał,
że czas oddzwonić do Moniki.
- No... nieźle, kurwa... - zamruczał do słuchawki.
- Co sądzisz? - zapytała.
- Już po nim - odparł, wyraźnie poruszony. - Przez jakiś czas władze
będą mydlić oczy opinii publicznej... będą zapewniać, że zrobią wszystko,
by uratować rodaka, że są w kontakcie z rządem Pakistanu, eksperci będą
wzywać do wysłania GROM-u i inne absurdy, media zarobią, ale gość i tak
straci głowę.
- A my... my... możemy coś? - zapytała z troską w głosie.
- My? Ty... ja...?
- No!
- Chuja możemy - odparł dobitnie.
- No... wiem przecież. Tak tylko zapytałam. Straszne... - Nie dokończyła. -
Znów zapłoną kebaby nad Wisłą... a to przecież przypadek, że Polak był w tym hotelu... Dimka?
- Co?
- Nie masz jakiegoś kontaktu w Moskwie? Masz przecież... oni... no wiesz... -
Zawiesiła głos. - Oni tam mogą wszystko... jak chcą... cały ten Pakistan
mają przecież rozłożony na części...i tych z Tehrik, to przecież ich
dziecko... Dima?
- Co?
- Trzeba coś robić! Ci z MSZ i AW zaczną naciskać Pakistańczyków, prosić
Mosad, jankesów, żeby też ich nacisnęli... a to nic nie da.
- Oczywiście, to wszystko psu w dupę. CIA od dawna nas oficjalnie olewa,
a prywatnie... po rządach tych oszołomów nawet nie chcą herbaty się z nami
napić - odparł Dima z przekąsem. - Zresztą i tak nic nie mogą w Islamabadzie. A może... chuj... może to nawet Langley za tym stoi. Wcale bym
się nie zdziwił. Jakiś Polak, Niemiec... Japończyk z odciętą głową... to
tylko ich wzmocni.
- To co robimy?
- Pomyślę, ale czarno to widzę. Ważne, kim jest ten Polak - powiedział
Dima nieco zblazowanym głosem.
- Wyprowadzasz mnie z równowagi tym swoim spokojem. Cześć! - rzuciła
Monika i wyłączyła się.
Wiedziała, że Dima ma tylko taką manierę i trochę się zgrywa. Dawno
przestał być chłopcem i nieraz był w piekle, więc czasami było to
śmieszne i naiwne, ale dodawało mu niepowtarzalnego uroku. Potrafiła
narysować jego portret z pamięci, chociaż nigdy tego nie robiła.
Monika znała Dimę lepiej niż samą siebie, więc dokładnie wiedziała, za
co go kocha, a za co nienawidzi. Innych uczuć do niego nie znała, a przynajmniej tak jej się wydawało, szczególnie w takich chwilach jak ta.
Dima ubrał się szybko w dżinsy i T-shirt, który włożył na lewą stronę.
Przeszedł do swojej biblioteki. Włączył dwudziestosiedmiocalowego maca,
zalogował się i wbił do przeglądarki nazwę hotelu Monal w Pir Sohawa.
Wysunął szufladę i włożył do środka dłoń. Dotknął palcami dna blatu.
Wyczuł zgrubienie i przez moment zawahał się, czy nacisnąć. W końcu
zrezygnował. Wyjął dłoń i wsunął szufladę.
Na ekranie monitora pojawił się napis, że strona jest chwilowo
niedostępna. Ponownie wysunął szufladę. Tym razem wyjął mały pękaty
notatnik Moleskine w sztywnej czarnej okładce i otworzył go w miejscu
zaznaczonym czerwoną tasiemką. Pojawiły się dwie strony gęsto zapisane
cyframi.
11
Radca Wiktor Braun siedział w swoim pokoju na pierwszym piętrze ambasady
i przygotowywał kolejną depeszę na temat ataku w Pir Sohawa, gdy
zadzwoniła jego komórka.
- Gdzie pan jest? - niemal krzyknął ambasador.
- W ambasadzie... u siebie... - odpowiedział Braun, nieco wystraszony.
- Natychmiast do mnie!
Ambasador Józef Kruczek nie był zawodowym dyplomatą, tylko
trzeciorzędowym politykiem wysłanym do Islamabadu, kiedy poprzednia
ekipa ewakuowała się przed wyborami. Niemal nikogo nie lubił, a Brauna -
łącznika i rezydenta wywiadu - wręcz nienawidził. Uważał, że został on
tu przeniesiony prosto z Moskwy tylko po to, by znaleźć na niego haki i wysadzić ze stanowiska. O Wiktorze krążyły różne plotki, jedna gorsza od
drugiej, ale Kruczkowi wystarczało, że jest synem Mariana Brauna.
- Wie pan?! - ryknął, ledwie radca wszedł do jego gabinetu.
- O czym?
- Nie wie pan? To co pan tu robi? Nawet telewizji pan nie ogląda... -
Ambasador spojrzał na swojego zastępcę Malinowskiego, który tylko
służalczo pokiwał głową. - Ech, polski wywiad...
- Ale o co chodzi? - Braun poczuł się urażony i uniósł nieco głos.
- Niech pan popatrzy - rzucił z emfazą ambasador.
Przeszedł przez gabinet i włączył telewizor.
- Podobno dają to na wszystkich kanałach, a ja dostaję telefon z MSZ,
żebyśmy ustalili, kim jest facet na tym filmie. Kurwa, z Warszawy
pytają... dzwonili już z tutejszego MSZ. - Stanął metr przed
czterdziestocalowym telewizorem, jakby chciał do niego wejść. - Kto to
jest? - Zrobił stop-klatkę z twarzą Polaka. - To jest, kurwa, Henryk
Olewski z firmy Oregon. Mamy nieszczęście, jakiego nie miał jeszcze nikt
na świecie... - lamentował.
Braun podszedł bliżej do telewizora i brutalnie odsunął mruczącego coś
Malinowskiego. Spojrzał na ekran i poczuł, że ugięły się pod nim nogi.
Spojrzał jeszcze raz, żeby się upewnić, bo pomyślał przez moment, że to
jakaś pomyłka, projekcja, złudzenie, że może jednak śni. Ale nie śnił.
- Powiedział już pan, kto to jest? - wydusił z siebie.
- Oczywiście! - niemal wykrzyczał ambasador. - A co pan sobie myślał, że
cooo...
Nie dokończył, bo w pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka i wszyscy
na moment zamarli. To nie był dobry dzień dla nikogo w ambasadzie i każdy telefon oznaczał kłopoty, a przynajmniej trudne pytania. Ambasador
zachowywał się, jakby porwanie Olewskiego było spiskiem wymierzonym w jego ważną misję dyplomatyczną, więc nie nadawał się do jakiejkolwiek
sensownej rozmowy, a Malinowski sam nie odbierał żadnych telefonów.
To była na szczęście komórka Brauna. Dzwonił pułkownik Ziaul Amin z biura łącznikowego ISI.
- Tak? - Braun czuł na sobie uważne spojrzenia dwóch par oczu. - Tak,
panie pułkowniku. Widziałem... tak... potwierdzam, to polski obywatel...
Polak... Henryk Olewski... pracownik firmy Oregon... Tak? Już jadę! - Wyłączył
telefon.
- No i... - odezwał się ambasador.
- No i co? - odparował Braun.
- Rozumiem, że bierze pan sprawę na siebie... Pakistańskie służby...
- Nic nie biorę na siebie. To nie jest moja prywatna sprawa. Idzie o życie człowieka porwanego przez terrorystów. Zdaje pan sobie sprawę, co
się teraz dzieje w Warszawie... na Szucha? Za chwilę rozdzwonią się
telefony i spłyną szyfrogramy, więc lepiej, żeby pan się zajął
przygotowaniem zespołu kryzysowego ambasady, bo jak coś pan spierdoli,
to Warszawa, media i Polacy zgrillują pana żywcem. - Braun odwrócił się
i szybkim krokiem ruszył do wyjścia.
- Panie Wiktorze... panie radco... ale pomoże pan? - rzucił jeszcze Kruczek,
ale Braun, nawet się nie obejrzawszy, zniknął za drzwiami.
Na biurku ambasadora zadzwonił telefon i niemal w tej samej chwili
odezwał się drugi, zapewniający łączność z Warszawą. Zaraz też zadzwonił
telefon Malinowskiego i obaj zamarli, jakby sparaliżowani kakofonią
dzwonków.
Braun wyszedł już z ambasady i zmierzał szybko na parking. Po drodze
zadzwonił do Marka Janusika, swojego oficera, i polecił mu, by nikt z rezydentury nie opuszczał ambasady aż do odwołania.
- Mamy sytuację kryzysową. Terroryści uprowadzili Polaka - wyjaśnił. -
Jadę do Pakistańczyków.
Wyjął z kieszeni szyfrowany telefon i już miał wybrać połączenie z Miłobędzką, kiedy ten odezwał się pierwszy.
Braun zatrzymał się przy samochodzie. Było oczywiste, w jakiej sprawie
dzwoni Centrala. Po raz pierwszy na telefon specjalny, wyłącznie do
użytku w sytuacji nadzwyczajnej. Przez kilka sekund zastanawiał się, co
ma odpowiedzieć, bo jakie usłyszy pytania - wiedział.
Nacisnął przycisk z zieloną słuchawką.
12
Zebranie w krypcie Faradaya rozpoczęło się punktualnie o dwunastej.
Wokół stołu konferencyjnego zasiadło siedem osób. Wszyscy znali się
doskonale i wiedzieli, w jakim celu zostali wezwani. Tylko obecność
pułkownika Leskiego wydawała się co najmniej dziwna.
Roman Leski był najbardziej tajemniczą postacią Agencji Wywiadu. Dawno
przekroczył już sześćdziesiątkę, ale nikt dokładnie nie wiedział, ile ma
lat. Był niskim, mocno łysiejącym mężczyzną z dużą nadwagą. W niemodnym,
wygniecionym garniturze i okularach z lat siedemdziesiątych wyglądał jak
niechlujny pracownik archiwum. Nie obchodził urodzin ani imienin, nie
urządzał żadnych imprez z okazji świąt czy nagród. Małomówny i raczej
opryskliwy, nigdzie nie chodził z wizytą i nikogo nie przyjmował.
Podobno działał w podziemnych strukturach opozycyjnych, ale gdzie
konkretnie, tego nikt nie wiedział.
Swoje biuro miał na ostatnim piętrze, w tej części budynku, gdzie nie
było już nic poza wejściem na dach. Chyba żaden oficer w Agencji nie
mógłby powiedzieć, że był w jego gabinecie. Widywano go czasami, jak
przemyka do szefa i nigdy nie czeka w sekretariacie. A czarną szyfrową
teczkę zawsze trzymał pod pachą, jakby się bał, że ktoś mu ją wyrwie.
Nikt go nie lubił. Przez lata narosło wokół niego mnóstwo mitów i tajemnic, a wszystkie podobne do siebie. Nikt sobie z niego nie żartował
ani nie opowiadał o nim dowcipów, mimo że jego wygląd mógł do tego
zachęcać. Kiedy ktoś mówił: "Bezpieka w bezpiece", zapadało wymowne
milczenie i każdy myślał: Leski...
Tak było i teraz, bo Leski nigdy nie uczestniczył w takich naradach -
ani w żadnych innych - więc wszyscy, spoglądając na niego ukradkiem,
czekali, czy się odezwie, a jeśli tak, to co powie.
- Mamy sytuację dramatyczną... kryzysową... - zaczął szef, Filip Korycki. -
Opinia publiczna, ba, sam premier, jeszcze tego nie wie do końca... -
Przerwał, by spojrzeć na zegar ścienny. - Za pół godziny jadę w Aleje i do tego czasu musimy uzgodnić plan działania, który przedstawię
premierowi... Media szaleją i szukają Henryka Olewskiego... i w końcu
znajdą. Talibowie domagają się uwolnienia kilkudziesięciu terrorystów
więzionych przez Amerykanów w bazie Bagram.
- MSZ już jest oblężone... - wtrącił dyrektor gabinetu.
- Nie wszyscy przy tym stole wiedzą, ale major Henryk Olewski to nasz
oficer drugiej linii... wyjątkowy oficer... jeden z najlepszych... - Korycki
urwał. Widać było, jaki jest przejęty. - Powołuję komisję nadzwyczajną,
do której włączam wszystkich tu zebranych. Moi zastępcy zajmą się
natychmiast kontaktami ze służbami wojskowymi i naszymi partnerami... w pierwszej kolejności CIA, MI6 i Mosadem... nie wahałbym się zapytać
Rosjan, oni tam dużo mogą. Może coś...? Współpracę ze służbami
pakistańskimi nadzorują pułkownik Pański tutaj oraz Khan na miejscu, w Islamabadzie. Szef gabinetu koordynuje współpracę z utworzonym już
zespołem kryzysowym w MSZ. Naczelnik Błaszczyk będzie moim osobistym
doradcą. Nie muszę mówić, że wszystkie aktywa operacyjne Agencji
Wywiadu, wszyscy współpracownicy, agentura, konsultanci... wszystko, co
się rusza, pracuje teraz na rzecz Olewskiego. Natychmiast! - Lekko się
zapowietrzył, bo cały czas mówił na wydechu. - Natychmiast uruchomić
naszą agenturę w Afganistanie i poprosić kolegów z wojska o to samo...
- Porwania dokonali talibowie pakistańscy... - włączył się Pański. - Może...
może weźmy jakiegoś ich mułłę... no... Rosjanie tak kiedyś zrobili w Bejrucie, z dobrym skutkiem... wycięli jaja jakiemuś watażce i zakładników
zaraz uwolniono... Izraelczycy też... - Pociągnął wzrokiem po zebranych. -
No co? Przecież chodzi o naszego oficera.
- Chodzi o naszego obywatela, panie pułkowniku - odparł twardo Korycki.
- Puszczę mimo uszu pański pomysł. My tak nie postępujemy... są zasady.
Jeśli zaproponuje pan jeszcze, żeby wysłać tam GROM, to od jutra jest
pan na emeryturze... z wpisem o nieprzydatności do służby!
W krypcie zaległa cisza.
Pański jakby dostał w twarz. Nikt nie ośmielił się na niego spojrzeć,
choć niektórzy chętnie by to uczynili. Ale po pułkowniku najwyraźniej to
spłynęło. I rzeczywiście, bo nie był mięczakiem, a wszyscy wiedzieli, że
szef tylko straszy.
- Rozumiem... - skwitował obojętnie Pański.
- Problem w czym innym - ciągnął szef. - Jeżeli media się dowiedzą, że
Olewski jest oficerem wywiadu, natychmiast puszczą to jako mocny news i informacja pójdzie w świat. Sprawą zajmie się prokuratura, więc zaraz
będzie przeciek i wiecie, co to oznacza... dla naszego oficera. Nie będzie
miał lekkiej śmierci...
- Może powinniśmy twardo zaprzeczać? - wtrącił się pułkownik Hurman,
zastępca szefa do spraw informacyjnych, niski pyknik z łysiną i grubymi
ustami.
- To nie takie proste. Możemy potwierdzić, że ustalenia mediów są zgodne
z prawdą, i tym samym dać sygnał majorowi, żeby się przyznał. Czy jednak
dzięki temu uniknie tortur? Talibowie będą podejrzewać, że ma wiedzę o organizacjach terrorystycznych... no bo co by robił w Pakistanie polski
szpieg na przykryciu? Jeżeli natomiast zaprzeczymy, to i tak będą go
dręczyć, żeby ustalić prawdę. A prawda jest taka, że on nic nie wie o Tehrik-i-Taliban ani o naszej działalności w Afganistanie. Jego misja w Islamabadzie nie ma nic wspólnego z terroryzmem ani z Pakistanem... -
Korycki zawiesił głos, jakby się zastanawiał, co powiedzieć, i spojrzał
na pułkownika Walewskiego, swojego zastępcę do spraw operacyjnych.
- Myślę, że to wystarczy - odezwał się Pański. - Sprawa i tak jest
zagrożona dekonspiracją, ale nie uprzedzajmy faktów.
- Spróbujemy nawiązać kontakt z mediami, może uda nam się z nimi
dogadać, by nie publikowały informacji o majorze... - włączył się szef
gabinetu. - Przynajmniej przez jakiś czas.
- Trzeba byłoby jednak poinformować je wcześniej, jaka jest prawda -
odparł Korycki. - Tak... to jest jakieś rozwiązanie... Porozmawiam z premierem. Musi znać prawdę, to teraz decyzja polityczna. Znów odżyją w Polsce duchy rasizmu, z takim trudem zduszone... Hm... Talibowie mogą
wyznaczyć wysoką cenę za darowanie życia majorowi i zażądać wycofania
naszego kontyngentu z Afganistanu. Premier będzie miał problem, ale to
my musimy go rozwiązać.
Zamilkł i w krypcie zaległa cisza.
Wszyscy czuli, że znaleźli się w klinczu, i rozumieli, jaka
odpowiedzialność spada na Koryckiego, ale nikt nie miał żadnego pomysłu.
Wydawać się mogło, że najlepszym rozwiązaniem byłaby szybka śmierć
majora Olewskiego.
- Jakieś pytania... pomysły? - rzucił Korycki i rozejrzał się po
zebranych.
Wiedział, że ta narada niewiele da, ale musiał poradzić się wszystkich,
którzy w Agencji mieli coś do powiedzenia.
- No to jadę do premiera. - Podniósł się z fotela i zebrani poszli za
jego przykładem. - Dalszą część spotkania poprowadzi pułkownik Walewski.
- Wskazał ręką na zastępcę do spraw operacyjnych i ruszył do wyjścia.
- Szefie! - Z końca stołu niespodziewanie odezwał się Błaszczyk.
Korycki stanął w drzwiach. Wszystkie twarze zwróciły się w stronę
milczącego dotąd analityka.
- Według moich informacji atak w Pir Sohawa nie był przypadkowy, był
zaplanowany, ale na inną okazję... - Błaszczyk sprawiał wrażenie
niezdecydowanego, jakby wymyślił tę historię na poczekaniu. - Talibom
mogło chodzić... właśnie o majora Olewskiego... - Urwał i w krypcie znów
zaległa cisza.
Zaraz coś eksploduje - pomyślał Błaszczyk. Oby tylko nie był to śmiech!
Pierwszy odezwał się Pański.
- Co za absurd! Na czym pan się opiera? Skąd pan to może wiedzieć?
Absurd... nie mamy czasu na takie idiotyzmy. - Spojrzał na stojącego wciąż
w drzwiach szefa, który wyraźnie ważył słowa naczelnika.
- Pamiętam naszą poranną rozmowę i pana wątpliwości, ale to zbyt
płytkie, bym mógł coś na tym budować i sugerować premierowi. Dziękuję,
panie naczelniku. - Korycki odwrócił się i zniknął za drzwiami.
- Ogłaszam godzinną przerwę - oznajmił niespodziewanie Walewski, zanim
wszyscy zdążyli usiąść.
Ruszyli do wyjścia w porządku, w jakim siedzieli przy stole. Błaszczyk
szedł na samym końcu, nieco skonfundowany swoim nieudanym występem.
Rzeczywiście był przekonany, że atak talibów w Islamabadzie, nie dość,
że wysoce ryzykowny, to jeszcze bezsensowny, musiał mieć jakiś ukryty
cel. Może był nim właśnie major Olewski. Tak sądził, ale teraz, w obliczu agresywnej reakcji Pańskiego, dziwnej obojętności szefa i braku
zainteresowania ze strony pozostałych uczestników narady, postanowił
odpuścić sobie tę teorię. Nawet sam w nią zwątpił.
- To bardzo ciekawe - usłyszał niespodziewanie za plecami jakiś
nieznajomy głos.
Był już przy drzwiach, gdy ktoś delikatnie chwycił go za łokieć.
- Możemy o tym porozmawiać? - zapytał pułkownik Leski, spoglądając znad
okularów.
13
Pułkownik Ziaul Amin, z wąsami jak angielski huzar, czekał przed
wejściem do gmachu pakistańskiego wywiadu ISI i nerwowo spacerując po
parkingu, rozmawiał przez telefon. Musiał się usunąć na bok, gdy Braun
zbyt szybko i zbyt blisko podjechał do niego samochodem.
Kiedy wysiadł, Amin schował komórkę do kieszeni spodni i wyciągnął dłoń
na powitanie.
- O mało mnie pan nie rozjechał... - rzucił bez cienia ironii. - Wszyscy
jesteśmy zdenerwowani, ale pan przesadził. Chodźmy do mnie na górę. -
Wskazał wejście do budynku.
Pułkownik ukończył brytyjską akademię wojskową Sandhurst i nie
posługiwał się paklish, tylko eleganckim angielskim. Miał pięćdziesiąt
lat i dopiero niedawno przeszedł z pionu operacyjnego wywiadu wojskowego
do biura łącznikowego. Wszyscy jednak wiedzieli, że dalej prowadzi pracę
wywiadowczą.
Braun nie lubił Amina, bo mimo angielskiej kindersztuby, z jaką ten
lubił się obnosić, wiało od niego fałszem. Pułkownik sprawiał wrażenie
zdystansowanego i chętnie okazywał wyższość. O ile jednak u Brytyjczyka
te cechy uchodziłyby za naturalne, o tyle u muzułmanina były nie do
zaakceptowania. Tak uważał Braun.
Pakistan był pierwszym krajem islamskim, w jakim przyszło mu służyć.
Kiedy jeszcze w Moskwie dowiedział się, że jedzie do Islamabadu, był
wściekły, ale Pański szybko mu wyjaśnił, że to dla jego dobra. Teraz ta
złość tylko wzrosła. Uważał, że porwanie Olewskiego nie może zakończyć
się dobrze, to oczywiste, więc część odpowiedzialności spadnie na niego.
Obawiał się, że ani Pański, ani ojciec nie będą mogli mu pomóc. Odda
głowę i w niesławie odejdzie ze służby - on, absolwent Stanforda. Nawet
do polityki nie będzie mógł wejść, bo w człowieka z piętnem śmierci
kolegi nikt nie zainwestuje. To była przerażająca perspektywa, dlatego
Braun przez chwilę pomyślał, że powinien był przejechać tego Ziaula, tak
dla zasady. W końcu całemu jego nieszczęściu winni są muzułmanie.
- Uprowadzony nazywa się Henryk Olewski... pracownik firmy Oregon... -
Pułkownik odczytywał z jakiegoś dokumentu, który wyraźnie ukrywał przed
Braunem. - W Pakistanie od miesiąca... zezwolenie na pobyt i pracę...
Oregon, firma portugalska... - Zawiesił głos i po chwili zapytał: - Zgadza
się?
- Tak. Znamy go w ambasadzie, ale słabo. Jak sam pan powiedział,
przyjechał niedawno... - Braun urwał i zmienił wątek. - Warszawa chciałaby
wiedzieć, jaka jest sytuacja, jakie działania planują władze
pakistańskie w celu uwolnienia naszego obywatela, jaka jest wasza ocena
szans na jego uwolnienie? Co możemy zrobić, żeby wam pomóc? Warszawa
jest na to gotowa...
- Oczywiście - przerwał mu Amin. - Z pewnością skorzystamy, jeśli tylko
zajdzie taka potrzeba, ale jak pan wie, mamy doświadczenie w rozwiązywaniu podobnych problemów. Dlatego sugerujemy, by władze polskie
nie podejmowały bez naszej wiedzy żadnych działań, ponieważ mogłyby one
pogorszyć sytuację. Prosimy o spokój i racjonalne podejście... i... kontakt
z władzami Niemiec, Wielkiej Brytanii i Japonii. W zamachu na hotel
zginęło trzydziestu pięciu obywateli Pakistanu, w tym osoby ze świata
polityki, biznesu i sztuki. Jesteśmy zdeterminowani dopaść morderców i uwolnić zakładników. Podjęliśmy działania zmierzające do nawiązania
kontaktu z terrorystami i ustalenia, jakie stawiają warunki, ale na
razie... - Amin zrobił niewyraźny grymas, który mógł oznaczać wszystko.
- Tak, rozumiem... o wszystkim natychmiast poinformuję Warszawę. Czy może
pan powiedzieć coś więcej na temat prowadzonych działań, samego zamachu
i grupy, która go dokonała? - zapytał Braun.
- Będzie o tym komunikat dla wszystkich służb. - Amin zajrzał do swoich
notatek. - Jak powiedziałem, podejmujemy wszelkie niezbędne działania,
by ratować uprowadzonych, ale żebyśmy mogli to zrobić skutecznie, musimy
wszystko wiedzieć o... - zerknął do notatek - o panu Olewskim. - Spojrzał
rozmówcy chłodno w oczy.
- To znaczy? - odparł Braun.
- Czy chce mi pan coś powiedzieć, panie radco?
- Nie rozumiem.
- Pytam jeszcze raz: czy ma pan wiedzę na temat Henryka Olewskiego,
którą powinien nam przekazać i która mogłaby pomóc w jego uwolnieniu...
czy też mogłaby je... skomplikować? - Słowa pułkownika Amina zabrzmiały
bardzo dwuznacznie.
Braun był już niemal pewny, że Pakistańczycy wiedzą, kim naprawdę jest
Olewski, i domagają się oficjalnego potwierdzenia. Oznaczałoby to, że
major był rozpracowywany, choć nie zajmował się sprawami Pakistanu ani
nawet regionu. A może tylko go podejrzewali i teraz chcą uzyskać
potwierdzenie.
Władze pakistańskie znalazłyby się w bardzo trudnej sytuacji politycznej
- szczególnie wobec własnych, islamskich fundamentalistów - gdyby się
okazało, że jeden z porwanych obcokrajowców jest agentem wywiadu państwa
NATO, i to działającym bez zgody tutejszych władz. To byłby cios dla
rządu, który po zabójstwie Osamy i tak znajduje się w trudnej sytuacji.
Braun w ułamku sekundy zdał sobie z tego sprawę i zrozumiał powód
natarczywości Amina. Nie dostał jednak żadnych wskazówek z Warszawy, co
ma mówić w takiej sytuacji, i poczuł się, jakby został wystawiony. Nie
potrafił ocenić, czy będzie lepiej dla sprawy, jeśli powie teraz prawdę,
czy też raczej powinien ją zachować dla siebie. To było ponad jego siły.
- Wszystko dzieje się tak szybko... Na razie brak informacji z Warszawy -
odparł, udając pewnego siebie. - Być może już coś przyszło do ambasady...
Jak tylko tam wrócę i znajdę jakąś instrukcję, natychmiast oddzwonię -
zapewnił.
Pułkownik pokiwał głową, lecz Braun dostrzegł w tym gest politowania.
14
Do upadku apartheidu w 1991 roku piękna piaszczysto-skalista plaża
Blouberg z widokiem na Kapsztad i Górę Stołową była zastrzeżona
wyłącznie dla blankes. Eleganckie nadbrzeżne osiedle parterowych willi
zamieszkiwali też wyłącznie biali, a czarni pojawiali się tam jedynie
jako służba albo robotnicy z dompasem w kieszeni.
Jednak od tamtego czasu wszystko się zmieniło zarówno w Kapsztadzie, jak
i w całej Republice Południowej Afryki. Na plaży Blouberg pojawiły się
wszystkie rasy, a osiedle znacznie się rozrosło i chociaż wciąż było
miejscem zamieszkania lepiej sytuowanych obywateli, to jednak teraz byli
wśród nich również czarni. Ale podczas gdy społeczeństwo coraz bardziej
się integrowało, rozkwitała też transrasowa przestępczość, która nie
mogła ominąć zamożnych willowych uliczek Bloubergstrand.
"Awantura na plaży przy Otto Du Plessis, jakieś dzieciaki się szarpią" -
doleciało z policyjnej radiostacji.
- Tu zero trzynaście... Jedziemy - odparł sierżant Makande kaMageba,
najpotężniejszy czarny policjant na posterunku, i przycisnął gaz w swojej toyocie, ale nie włączył koguta.
- Znowu? - Jego biały partner, konstabl Tomas Muller, pokręcił głową. -
Trzeba zakazać grillowania barweny i picia piwa po dwudziestej. Gnojki
stoją na słońcu przez cały dzień i potem im odpierdala.
Ulicą Foam dojechali do nadbrzeża, po czym skręcili w lewo w kierunku
Góry Stołowej, która tonęła w czerwonych promieniach zachodzącego
słońca. Teraz kaMageba włączył sygnał. Uważał, że na nadbrzeżu ma to
sens, bo dźwięk pięknie się odbija od ścian domów. Zawsze włączał tam
koguta, nawet gdy nie jechał do wezwania, więc Muller tylko westchnął
cicho.
I tak jak się spodziewał, na plaży zastali już tylko dymiący grill i kilka pustych puszek po piwie. Wiedział, że kaMageba włączył sygnał, by
ostrzec rozrabiających, bo prawie zawsze imprezy urządzała tam czarna
młodzież z okolicznych willi.
- Piękne barweny! - rzucił Muller, patrząc na rząd równo ułożonych na
grillu ryb. - Gotowe już... spalą się... dwanaście... wszystkie duże.
- To trzeba je zabrać - odparł znudzonym głosem Makande. - Za pół
godziny kończymy, to będzie kolacja na posterunku.
- Ale piwa nie zostawili. - Konstabl rozejrzał się, trącając nogą puste
puszki.
- Tego nigdy nie zostawiają. - Makande się uśmiechnął. - Jak nieletni,
to z piwem nawet szybciej biegnie. Ciekawe, nie? - Przez chwilę
wpatrywał się w grupkę ludzi majaczącą daleko na brzegu morza. - To oni,
tam... - Pomachał im swoją wielką ręką.
Muller znalazł gazetę i zebrał z grilla wszystkie ryby, łapiąc każdą
dwoma palcami za ogon. Ułożył równo jedną obok drugiej, a następnie
starannie zawinął w papier, by nie wystygły.
Kiedy wrócili z plaży na parking, umieścił paczkę w bagażniku i jak
tylko zatrzasnął drzwiczki, usłyszeli nowy komunikat:
"Na Brander pod trzydziestym szóstym coś się dzieje. Sąsiedzi
sygnalizują jakieś dziwne krzyki w domu do wynajęcia. Na podjeździe stoi
jakiś motocykl".
- Tu zero trzynaście, jedziemy... jesteśmy o dwie przecznice -
odpowiedział Muller.
- Czy ona zawsze musi mówić "jakieś"? Ciągle jakieś to, jakieś tamto...
- Przeszkadza ci to?
- Tak, przeszkadza! Operator powinien wyrażać się precyzyjnie, bo
później są problemy z pisaniem raportów... jakieś dziwne krzyki... co to
niby jest za komunikat?
- Czepiasz się, bo Miriam jest biała.
Makande wyjechał z parkingu i skręcił z powrotem w nadbrzeżny bulwar. Po
niecałych dwustu metrach odbił w prawo w ulicę Foam, którą kilkanaście
minut wcześniej jechał w przeciwną stronę. Nie spieszył się, nie włączył
koguta, zachowując tempo jak zwykle na patrolu. Minął skrzyżowanie z ulicą Coral, potem z Dolphin i dotarł do końca Foam, czyli rozjazdu w Brander. Skręcili w lewo.
Obaj dobrze wiedzieli, który to dom, bo patrolowali te ulice od lat, a pod numerem 30 mieszkał ich emerytowany kolega, który często urządzał
męskie imprezy. Znali przynajmniej połowę mieszkańców dzielnicy, a na
pewno wszystkie te domy, które sprawiały kłopot sąsiadom. Ale dom przy
Brander 36 nigdy nie był notowany.
Zaparkowali obok krawężnika naprzeciwko białego parterowego domu o skośnych dachach. Wraz z dużym podjazdem starannie wyłożonym granitową
kostką i ozdobionym kilkoma agawami sprawiał surowe, sterylne wrażenie
luksusowych koszarów. Przy bramie garażowej stał motocykl. Okna w domu
były zasłonięte.
Na ulicy pusto, żadnych samochodów, przechodniów. Robiło się coraz
ciemniej.
KaMageba został przy radiowozie, a Muller ruszył w kierunku domu.
Przeszedł kilka metrów. Nagle zatrzymał się, bo wydawało mu się, że
słyszy jakieś odgłosy, dochodzące z wnętrza. Obejrzał się do tyłu, dał
znak koledze i dotknął dłonią pistoletu.
Nie zdążył się odwrócić, kiedy okno na parterze wyleciało na zewnątrz
wraz z nagim człowiekiem, który upadł plecami na ziemię, przewracając
wielką donicę. Dopiero teraz Makande zobaczył, że facet jest
zakrwawiony, i pomyślał, że poranił się szkłem. Nie rozumiał, co się
właściwie dzieje, to było tak zaskakujące i nienaturalne, ale, o dziwo,
nie poczuł zagrożenia i nie wyciągnął broni. Nieznajomy zaczął się
powoli podnosić i Muller dostrzegł kątem oka, że Makande rusza mu na
pomoc.
Odwrócił się w stronę budynku i w wybitym oknie zobaczył białego
mężczyznę, który mierzył do niego z karabinu. Rzucił się na ziemię i w tym samym momencie rozległ się potężny huk wystrzału pompki. Obejrzał
się i zobaczył, jak z piersi wielkiego kaMageby wybija gejzer krwi, a on
sam pada do tyłu niczym wielkie ścięte drzewo. Muller wycelował swojego
glocka w stronę okna, ale strzelec zniknął. Nagi mężczyzna z trudem
próbował usiąść i wyglądał, jakby był oszołomiony.
Gang narkotykowy - przeleciało Mullerowi przez myśl. Przerażony, drugą
ręką chwycił za radiostację. Nacisnął przycisk i już miał wezwać
wsparcie, gdy rozległ się drugi wystrzał i policjant zobaczył, jak twarz
nagiego mężczyzny eksploduje i zamienia się w gęstą czerwoną chmurę.
Zamarł w bezruchu, oniemiały. Nie widział strzelca. Wstrzymał oddech.
Ogarnęła go panika i już chciał uciekać, kiedy rozległ się trzeci
wystrzał.
2
Monika wyszła na ulicę. Po kilku krokach zatrzymała się, bo nagle zdała
sobie sprawę, że nie pamięta, gdzie zaparkowała samochód, i zdenerwowała
się jeszcze bardziej. Rozejrzała się, niepewna, w którą ma iść stronę.
To była jej piąta w ciągu ostatnich trzech dni wizyta u profesora Jana
Skoniecznego. I znów nic nie załatwiła. A przecież sam ją namówił, by
przygotowała do wydania album ze swoimi pracami, obiecał napisać do
niego wstęp... Poświęciła na to kilka miesięcy. Tymczasem teraz jaśnie pan
profesor unika jej jak ognia. Coraz częściej przychodziło jej do głowy,
że może powinna zrezygnować i olać ten pomysł, ale nie miała w zwyczaju
się poddawać.
Po krótkim zastanowieniu ruszyła w prawo, w kierunku ulicy Jaracza. To
tam, naprzeciwko teatru Ateneum, zaparkowała swojego dwudziestoletniego
golfa cabrio z zepsutym mechanizmem otwierania dachu.
Od trzech lat, zawsze gdy wkładała kluczyk do zamka, obiecywała sobie,
że musi to naprawić. Dziś jednak powtórzyła tę obietnicę znacznie
dobitniej, bo na głos, ozdabiając ją kilkoma mocnymi epitetami pod
adresem profesora.
Natychmiast poczuła się lepiej. Obleśny, niesłowny i leniwy Skonieczny
wyzwolił w niej pełną entuzjazmu wolę, by w końcu zreperować dach golfa,
tym bardziej że wiosna już się rozszalała, choć był dopiero początek
kwietnia.
Monika Arent zbliżała się do czterdziestki, ale równie dobrze można było
powiedzieć, że przekroczyła dopiero trzydziestkę. Taki miała typ urody.
Ale ważniejsze było to, że dwadzieścia lat ćwiczenia jogi zatrzymało
czas w jej smukłym ciele, nadało mu giętkość i płynność ruchów jak u kosmonauty zawieszonego w przestrzeni.
Medytacja ukształtowała charakter Moniki, a szczególnie silną wolę i zdrowy dystans do problemów tego świata. Tak jej się przynajmniej
wydawało i powtarzała sobie nieustannie, że taka właśnie jest.
W gruncie rzeczy była nadwrażliwa i delikatna, zupełnie nieodporna na
ludzką krzywdę i podłość innych. Wyzwalało to w niej czasami agresję,
którą dzięki ćwiczeniom medytacji potrafiła w sobie stłumić.
Monika była właścicielką małej galerii MiniMidiMax na Solcu, gdzie
bliscy znajomi i zupełnie obcy artyści wystawiali swoje prace, od małej
rzeźby i ceramiki do wielkoformatowego malarstwa. Dwa stoliki i cztery
krzesła potrafiły obsłużyć kilkanaście osób przychodzących na wernisaże
czy projekcje, choć powodów do spotkań nie trzeba było specjalnie
wymyślać. Zwłaszcza latem, kiedy galeria zajmowała też część chodnika.
Jednak największą atrakcją była sama właścicielka.
Nikt nie potrafił powiedzieć o niej nic konkretnego ani się pochwalić
jakimś swoim intymnym sukcesem, bo Monika nikogo do siebie nie
dopuszczała, nie zapraszała do domu, jakby cały swój świat chciała
zamknąć w galerii.
Partnerów wybierała spoza środowiska, więc wszystkim się wydawało, że ma
jakiś ukryty alternatywny świat. Tajemniczość, która była zaprzeczeniem
powszechnego ekshibicjonizmu, dodawała jej jeszcze większego uroku.
Nierzadko znikała z Warszawy i nikt wtedy nie wiedział, gdzie jest. Nie
odbierała telefonów i nawet Kasia, jej pomocnica w galerii, pytana,
kiedy Monika wróci, najczęściej rozkładała bezradnie ręce.
Rodziły się więc nieustannie plotki, domysły, nawet pikantne historyjki
i zwykłe bajania na temat jej romansów, które żyły krótko i umierały, by
narodzić się zaraz na nowo, pod inną postacią. Takie było środowisko
artystów na warszawskim Powiślu.
Przekręciła kluczyk w stacyjce i silnik zarzęził głośno, by po kilku
sekundach złapać niepewny rytm, aż w końcu, jakby zmuszony uderzeniem
dłoni w kierownicę, zapalił z głośnym beknięciem.
Nie zdążyła wrzucić wstecznego, gdy w jej kieszeni odezwał się telefon.
Na ekranie pojawiła się twarz mężczyzny z krótko przyciętą brodą i imię
"Robert".
- Tak... - odezwała się.
- Jak poszło, skarbie? - zapytał Robert.
- Nic nowego - odparła obojętnie.
- Co teraz?
- Nic.
- Jak to nic?
- No... nic.
- Może zmienisz redaktora?
- Może.
- Gdzie jesteś?
- Siedzę w samochodzie.
- Dokąd jedziesz?
- Mam spotkanie w galmoku z jednym plastykiem.
- Aha... A potem?
- Do galerii.
- O której będziesz w domu?
- Wieczorem.
- Przyjechać do ciebie?
- Nie... dzisiaj nie.
- Zadzwonisz?
- Tak - odpowiedziała, ale pomyślała: nie.
Robert był jej partnerem od kilkunastu tygodni. Wzięty adwokat z Nowego
Światu. Przystojny, zamożny, inteligentny, rozwiedziony i bezdzietny.
Spełniał wszystkie parametry na dłuższy związek. Był niemal idealny.
Seks całkiem dobry, chociaż niezbyt zaawansowany. Nie robiła z tego
żadnego problemu, bo w końcu uprawiała jogę, więc potrafiła nadrobić
braki w jego technice.
Wszystko wskazywało na to, że związek układa się po jej myśli. Jednak z upływem czasu okazało się, że Robert właściwie niewiele odbiega od
schematu i jest podobny do swoich zapomnianych już poprzedników.
Najgorsze jednak było w nim to, że miał w sobie za dużo miłości. Tego
Monika nie lubiła. Uważała, że potrzebuje tyle miłości, ile sama daje,
więc każde zachwianie tej proporcji uznawała za obciążenie dla związku.
Na domiar złego Robert ciągle zadawał pytania, wykazując, jak uważała,
emocjonalną nadgorliwość. Monika nie lubiła odpowiadać, bo czuła się
wtedy śledzona. Jakby ktoś na siłę próbował wejść do jej duszy, odebrać
część intymności.
Jednak wszystkie wcześniejsze związki rozpadały się z innego powodu.
Monika uważała, że mężczyźni to notoryczni kłamcy i jest tylko kwestią
czasu, kiedy się zdekonspirują. Nawet jeżeli na początku próbują grać
uczciwie, to w końcu i tak kiedyś zaczynają kłamać. A kłamców
rozpracowywała natychmiast.
Sama natomiast nie kłamała, chociaż nie mówiła wszystkiego. To było
trudne do zaakceptowania dla jej partnerów, którzy jakby w odruchu
obronnym sami zaczynali kręcić. Dlatego obopólny zarzut kłamstwa był
zwykle głównym tematem pożegnalnej rozmowy.
Jedynym mężczyzną, który nie kłamał, był Dima. Ale to tylko potwierdzało
regułę. Niestety, Dima nie był jej partnerem, chociaż zdarzały się takie
chwile, że niczego nie pragnęła bardziej.
3
Nazywali go Tygrysem i on bardzo to lubił, bo taki przydomek miał wielki
Zahir ad-Din Muhammad Babur.
Wszyscy myśleli, że jest Czeczenem, ale on był Lezginem z Dagestanu. W Waziristanie każdy należał do jakiegoś plemienia, więc nikogo nie
interesowało, z którego kaukaskiego szczepu on pochodzi. Liczyło się, że
był kiedyś przyjacielem Osamy.
Wyróżniał się talentem przywódczym, charyzmą i doświadczeniem bojowym, a kałasznikow był częścią jego ciała. Okrucieństwo wobec wrogów islamu
dodatkowo podnosiło prestiż Tygrysa, budowało etos prawdziwego wojownika
Allaha.
Osobiście ściął piętnastu żołnierzy, którzy wpadli w jego zasadzkę, i od
tego czasu był najbardziej poszukiwanym terrorystą w Pakistanie.
Przynajmniej teoretycznie, bo o każdej akcji wojska skierowanej przeciw
jego oddziałowi wiedział wcześniej.
Miał trzydzieści pięć lat, długą brodę, rudą i gęstą, którą nieustannie
przeczesywał lewą ręką, i pakol przesunięty na czoło. Na co dzień nosił
mundur polowy pakistańskich komandosów, do pasa przypiętą miał berettę i czterdziestocentymetrowy perski nóż z rękojeścią zdobioną macicą
perłową. Mówił, że to prezent od Osamy, który dostał, gdy ochraniał go w górach Tora Bora. Wprawdzie żaden z piętnastu bojowników oddziału
Tygrysa nigdy nie spotkał boga Al-Kaidy, jednak sam fakt, że ich dowódca
dotykał Amira al-Muminina, wystarczał, by poszli za nim na śmierć.
Nadszedł dzień, w którym Tygrys miał sprawdzić ich gotowość oddania
życia w imię Allaha.
Uderzenie na hotel Monal w Pir Sohawa było najtrudniejszą akcją, jaką
przyszło mu przeprowadzać, niemal samobójczą, ale takie wyzwania lubił
najbardziej. Obiekt położony był na wysokości ponad tysiąca pięciuset
metrów, na szczytach gór Margala, skąd rozpościerał się przepiękny widok
na Islamabad.
Ulubione miejsce artystycznej, biznesowej i politycznej elity stolicy,
popularne wśród dyplomatów i turystów, nie było specjalnie chronione.
Prowadziła do niego tylko jedna wąska, ruchliwa, kręta droga, więc atak
terrorystyczny wydawał się bezsensowny. Tak uważały władze.
Właśnie dlatego kilka miesięcy wcześniej Tygrys przygotował plan
uderzenia na Monal. Miał wszystko rozpracowane w najdrobniejszych
szczegółach i - co najważniejsze - zapewnioną pomoc od wewnątrz.
Wiedział, że wycofać się stamtąd będzie bardzo trudno, dlatego
zaplanował zakończenie akcji wielkim fajerwerkiem, tak by cały Islamabad
mógł to zobaczyć.
Dochodziła dziesiąta trzydzieści i znów zaczęło padać. Siedzieli w kucki
pod zielonymi pelerynami w niedużym, gęsto zarośniętym jarze, starając
się chronić przed deszczem swoje automaty i amunicję. Do hotelu mieli
wprawdzie tylko dziesięć minut przez rzadki las, lecz teren był podmokły
i stromy, więc trudny do przejścia.
W ciszy powtarzali wersety Koranu, z niecierpliwością spoglądając w stronę Tygrysa, który cały czas rozmawiał z kimś przez radiostację.
Wydawał się bardziej zdenerwowany niż zwykle i wszyscy to wyczuwali.
Oryginalny plan uderzenia, który opracował, był zupełnie inny niż ten,
jaki miał teraz zrealizować.
Chciał zaatakować w letni wieczór, kiedy hotel będzie pełen gości,
niewiernych, by zadać jak najboleśniejsze straty, a potem wysadzić
budynek w powietrze. Noc sprzyjałaby ucieczce i utrudniała pościg.
Przyszło mu jednak poprowadzić natarcie w środku tygodnia, w godzinach
porannych, podczas deszczu, kiedy w hotelu jest niewielu gości, wziąć
zakładników i wycofać się z nimi w góry. To nie było to, co sobie
wymarzył, ale taki otrzymał rozkaz i musiał go teraz wykonać.
- Przestało padać... Ruszamy - oznajmił głośno, podniósł się i zrzucił z siebie pelerynę. - W imię Boga Wszechmogącego... Niech Bóg ma nas w swojej
opiece...
- Allah akbar! - zgodnie zawołało ośmiu bojowników i też zrzuciło
peleryny.
- Zaczynamy - zameldował jeszcze do radiostacji.
- Jesteśmy na miejscu - padło z głośnika. - Allah akbar... W imię boże...
Ruszyli gęsiego w dół po stromym, śliskim zboczu, przytrzymując się
drzew. Po kilku minutach dotarli na skraj dużego hotelowego parkingu, na
którym stało kilka pojazdów. Ruch był niewielki: przemknął motocyklista,
odjechał biały samochód. Skryci w krzakach, naciągnęli na twarze
kominiarki.
Dowódca wysunął się do przodu i przez chwilę obserwował teren. Po czym
dał znak ręką w lewo i czterech bojowników z kałasznikowami gotowymi do
strzału oddaliło się w kierunku, który im wskazał. Dobrze wiedzieli, co
mają robić.
Tygrys wbiegł na parking pierwszy, a czterech pozostałych bojowników
parę sekund po nim. Rozdzielili się na dwie grupy i ruszyli w kierunku
hotelu.
Wpadli do westybulu. Tygrys krótką celną serią zabił portiera i zaskoczonego ochroniarza, który nawet nie zdążył wyjąć broni. Chwilę
później cały hotel zagrzmiał od przeciągłych serii z AK-47 i zatrząsł
się od huku eksplodujących granatów. Zaraz też dołączył do tego
przeraźliwy krzyk mordowanych ludzi.
Każdy dokładnie wiedział, co ma robić. Nie strzelali na oślep. Tygrys
wraz z dwoma bojownikami wbiegł do restauracji, gdzie już wcześniej
dotarł jego człowiek z grupy, która zaatakowała hotel od tyłu. Wszyscy
goście i obsługa leżeli na podłodze. Kilkanaście osób z twarzami do
ziemi.
- Muzułmanie, wstać! - krzyknął w urdu Tygrys.
Na zewnątrz słychać było powtarzające się serie z automatu. Podniosło
się dziesięć osób, w tym dwie starsze kobiety w tradycyjnych salwar
kamiz i z dupattą na ramionach. Do restauracji wbiegł mężczyzna w kominiarce na głowie i garniturze, jaki noszą pracownicy hotelu.
Podszedł do Tygrysa i wskazując ręką w stronę czterech osób, które wciąż
leżały, wyszeptał mu coś do ucha.
- Wstać! - Tygrys lufą karabinu pokazał, co mają zrobić. - Dokumenty!
Jednocześnie dał znak głową stojącemu obok bojownikowi, który szybko
wymienił magazynek w swoim automacie i nawet nie mierząc, otworzył ogień
do ludzi stojących z podniesionymi rękami.
4
W lipcu Józef skończył dziewięćdziesiąt cztery lata. Siedział na wózku i przysypiał. Kilka lat temu miał wylew, a rok później wszczepiono mu
endoprotezę stawu biodrowego, więc nawet nie próbował chodzić.
Oglądał świat z wózka, którym nie był w stanie poruszać. A i ten ogląd
miał ograniczony, bo wzrok popsuł mu się już do tego stopnia, że Józef
nie był w stanie ani czytać, ani oglądać telewizji. Słuchanie radia też
nie wchodziło w grę, bo bez aparatu słuchowego był całkowicie głuchy.
Zresztą problemy z pamięcią utrudniały mu odnalezienie aparatu, a jeśli
nawet przypadkiem na niego natrafił, nie był w stanie go włączyć ani
odpowiednio ustawić, tym bardziej że gościec całkowicie zdeformował mu
palce.
Dlatego najlepsze, co mógł robić, to spać. Ale nikt nie wiedział, czy
cokolwiek mu się śniło, bo kiedy Józef się budził, już nic nie pamiętał
albo nie chciał pamiętać. Albo nie chciał powiedzieć.
Bo pamięć semantyczną, epizodyczną i autobiograficzną miał wyśmienitą.
Tak twierdził lekarz z ośrodka Dobre Wspomnienia w Zagórzu, w którym pod
opieką ukraińskich pielęgniarek przebywał Józef Hofmann, zdobywca
Berlina, od trzydziestu lat emerytowany pułkownik wywiadu wojskowego.
Dima zaparkował samochód i wyjął z bagażnika torbę z zakupami. Suszonymi
morelami, bananami, piernikami i śliwkami w czekoladzie, sypaną herbatą
gruzińską. To był stały zestaw, który co tydzień przywoził Józefowi.
Starzec siedział na tarasie przykryty pledem, z opuszczoną głową na
piersi, ale nie spał. Dima odnalazł w jego kieszeni aparat słuchowy,
włożył mu do ucha i postawił naprzeciwko krzesełko.
- Słyszysz? - zapytał, patrząc mu w twarz.
- Tak... dobrze... - odparł niepewnie Józef. - Dawno cię nie było.
- Byłem tydzień temu.
- Kłamiesz! Nie byłeś! - obruszył się Józef.
- Przywiozłem ci zakupy...
- Jak długo będziesz mnie tu trzymał? - Starzec spojrzał gniewnie na
Dimę. - Chcę wracać do domu i zająć się swoimi sprawami. Tu wszystko za
mnie robią i człowiek głupieje... i te Ukrainki... w ogóle ich nie rozumiem...
- Nie rozumiesz, bo nie zakładasz aparatu. Ile razy będę ci tłumaczył,
że musisz mieć stałą opiekę? A nie mogę cię wziąć do siebie. - Dima
spokojnie wypowiadał zdania, które powtarzał za każdym razem, kiedy
odwiedzał Józefa.
Ale gdyby mógł, też pewnie by go nie wziął.
Józef Hofmann był biologicznym ojcem Dimitriosa i właściwie nikim
więcej, był obcym starym człowiekiem. Człowiekiem, który porzucił matkę
i jego, gdy miał sześć lat.
Byli wówczas na placówce we Włoszech, gdzie Józef pełnił oficjalnie
funkcję attaché wojskowego, a w rzeczywistości był oficerem Oddziału II
Zarządu II Sztabu Generalnego. O tym jednak Dima dowiedział się od matki
wiele lat później. Utkwiło mu w pamięci jedynie to, że ojciec traktował
go jak zabawkę i nieustannie musztrował, jakby chciał zrobić z niego
wzorowego żołnierzyka. Nigdy nie okazał mu zwykłej czułości, opieki,
zainteresowania, których Dima tak bardzo wtedy potrzebował. Za to ciągle
czuć było od niego alkohol, co prowadziło do dzikich domowych awantur,
które wszczynał z byle powodu. W końcu porzucił rodzinę, zrzekł się praw
do syna, zatopił w wódce, kochankach i karierze wojskowego szpiega.
Znikł z życia Dimy na prawie czterdzieści lat, ale nowej rodziny nigdy
nie założył.
Byli jeszcze we Włoszech, kiedy matka, Rosa, rozpaczliwie poszukująca
szczęścia, nawiązała romans z drobnym peruwiańskim biznesmenem i krętaczem Jorge Calderonem. Zaraz po rozwodzie wyjechała za nim do
Ameryki Południowej, zabierając ze sobą swojego małego Dimitriosa. W gruncie rzeczy wcale nie kochała Calderóna, ale chciała być daleko od
Polski. A Peru, jak jej się wydawało, było najdalej.
Poślubiła Jorge i przyjęła jego nazwisko, on zaś usynowił Dimitriosa. To
było przyzwoite, spokojne małżeństwo i Dima dorastał w ciepłym
grecko-polsko-peruwiańskim domu. Aż do pewnego sierpniowego popołudnia.
Miał niespełna szesnaście lat i właśnie kończył jezuickie Colegio de la
Inmaculada, gdy Jorge został zastrzelony na ulicy w Limie przez
nieznanych sprawców. Zaraz potem okazało się, że cały majątek rodziny
Calderónów był zadłużony u wspólnika Jorge, i Rosa wraz z synem,
pozbawieni środków do życia, musieli wracać do Polski.
Zamieszkali we Wrocławiu, u dziadka Jordanisa. Wkrótce Dima przeniósł
się na studia do Warszawy. Nigdy nie próbował szukać ojca, choć
wiedział, gdzie mieszka.
Dostał się na socjologię i wsiąkł towarzysko na całego.
Był przystojnym mężczyzną o silnych śródziemnomorskich rysach, nieco
wydatnym, ale kształtnym nosie i głębokich ciemnych oczach. Nazywał się
Dimitrios Calderón i nikt nie wiedział, czy jest bardziej Grekiem, czy
Hiszpanem. Ale on czuł się Polakiem.
Józef odszedł z wojska jeszcze przed 1986 rokiem i bez powodzenia
próbował się zaczepić w przemyśle zbrojeniowym. Dopiero kiedy skończył
osiemdziesiąt pięć lat, przeszedł resekcję żołądka, przestał pić i zaczął szukać syna.
Dima oczywiście o tym wiedział, ale starał się go unikać. Nigdy, nawet w myślach, nie nazywał Józefa ojcem. Nie czuł do niego nic, nawet gdy się
dowiedział, że schorowany i samotny dogorywa w mieszkanku na Ochocie. A gdyby nawet chciał się z nim wtedy spotkać, to i tak by nie mógł, bo
mieszkał za granicą i był zupełnie kimś innym.
Jednak pewnego dnia, pięć lat temu, pod wpływem jakiegoś niezrozumiałego
do dzisiaj impulsu, zdecydował się do niego zadzwonić. Spotkali się w parku obok jego domu. To nie był już ten sam Józef Hofmann, który żył w ciemnych zakamarkach wspomnień. Przed Dimą stał zaniedbany starzec o zaropiałych oczach, wsparty na kuli.
Kiedy miesiąc później dostał wylewu i trafił do szpitala, Dima zaczął
się nim opiekować. Znalazł dla niego ośrodek w Zagórzu, do którego
musiał dopłacać, bo emerytura Józefa nie wystarczała na pokrycie nawet
połowy kosztów.
Od tej pory regularnie odwiedzał starca, lecz wciąż nie nazywał go
ojcem, tak jak i on nie nazywał go synem. Rozmawiali, ale nie mieli
wspólnych wspomnień.
- No i co się dzieje w polityce? - zapytał Józef, biorąc od Dimy
obranego banana.
- Nic nowego...
- Burdel? Cały czas ten polski burdel?
- Polska polityka... nic nowego...
- Trzeba ich wszystkich zagonić do sypania wałów przeciwpowodziowych...
lenie i nieuki... Josif Wissarionowicz potrzebny... chociaż może być też
Piłsudski... Matoły rządzą ciemnym narodem! - Józef oddał skórkę z banana.
- Chcesz jeszcze? - zapytał Dima.
Ale Józef nie odpowiedział, bo zasnął.
I przyśnił mu się Stalin w białym galowym mundurze bez odznaczeń. Często
mu się śnił, on jednak nigdy o tym nie pamiętał albo nie chciał
pamiętać. Ale Dima wiedział.
5
Kapitan Zbigniew Błaszczyk, naczelnik Wydziału II Biura Informacji i Analiz Agencji Wywiadu, spóźnił się do pracy pół godziny, bo musiał
odwieźć żonę na badania.
Od lat starali się o dziecko, ale teraz państwo zlikwidowało
dofinansowanie in vitro i musieli wziąć pożyczkę. "Będzie dziecko na
kredyt, które samo siebie spłaci" - żartował czasami, choć wcale nie
było mu wesoło, bo miał jeszcze kredyt we frankach.
Wjechał na trzecie piętro, otworzył swój gabinet i nawet nie zdejmując
kurtki, zapadł się w fotelu. Niemal w tej samej chwili otworzyły się
drzwi i do środka zajrzał rozczochrany i zaspany major Piórko, który
miał nocny dyżur.
- Depeszki ze świata, szefie? - zapytał niepewnie. - Dać?
Naczelnik milczał, wpatrzony w obraz za oknem. Udawał, że nie słyszy,
choć wiedział, że to naiwne i Piórko przecież nie zniknie. No bo kto
miałby odrobić nocne depesze? Od pięciu lat tymi dwoma pytaniami
zaczynał się każdy dzień. Zmieniała się tylko głowa, która co rano
zaglądała do gabinetu.
- Coś pilnego? - zapytał, nie odrywając wzroku od okna.
- Nic. Nudna noc na świecie...
- Dawaj.
Piórko wsunął się cały i położył na biurku dwucentymetrowy plik
dokumentów.
- To ja już idę do domu - rzucił, wychodząc, a Zbigniew kiwnął tylko
głową.
Depesze ułożone były w kolejności odbioru w punkcie szyfrowym, czyli
godziny przyjścia nie musiały się zgadzać z następstwem czasu wysłania.
Informacje z Korei Północnej, Chin i Japonii zawsze rozpoczynały listę i sukcesywnie, wraz z obrotem Ziemi, przesuwały się przez Azję Środkową,
Indie, Pakistan, Iran, Rosję, Kaukaz, Bliski Wschód aż do Afryki
Zachodniej.
Teraz kapitan Błaszczyk musiał posortować te szyfrogramy według tematu,
ocenić wstępnie ich znaczenie na podstawie źródła pochodzenia i nadać
każdemu klauzulę pilności. Pierwszy dowiadywał się od agentów o najważniejszych problemach tego świata, grożących katastrofach, wojnach
i zdradach. Wiedział o tym wszystkim jeszcze przed swoim dyrektorem,
szefem AW, ministrami, premierem, prezydentem, czasami szefem NATO, a bywało, że i prezydentem USA. I właściwie decydował, czy oni powinni się
dowiedzieć. Ta świadomość mile łechtała mu ego i choć na chwilę dawała
złudzenie, że to on decyduje o losach Polski i świata. A bywało, że
czytał depesze, które mroziły krew w żyłach, chociaż ich nadawcy czasami
nie zdawali sobie sprawy, o czym tak naprawdę piszą.
Wiedział też, że najważniejsze depesze, które rzeczywiście zmieniały
oblicze świata, omijały kogoś takiego jak on i z dopiskiem "natychmiast
do rąk własnych" lądowały wprost z Biura Szyfrów na biurku szefa AW.
Czasem z uwagą "natychmiast, ale nie w nocy", jeśli nadawca nie był
pewny, czy budzenie szefa nie obróci się kiedyś przeciwko niemu.
Wstał i odwiesił kurtkę do szafy. Wrócił na fotel. Przyciągnął do siebie
plik dokumentów, położył na nim dłoń i ocenił, że sortowanie zajmie mu
nie więcej niż pół godziny. Biorąc do ręki depeszę z Pjongjangu, przez
interkom przypomniał sekretarce o kawie.
Po dziesięciu minutach doszedł już do depeszy z Delhi i uznał, że Piórko
miał rację. Tej nocy nie wydarzyło się na świecie nic ważnego, nic
takiego przynajmniej nie dotarło na trzecie piętro, bo siódme miało
swoje prawa. Połowa depesz była zwykłymi zapchajdziurami, jakie często
piszą oficerowie za granicą, żeby wyrobić normę i zaistnieć.
Wziął do ręki depeszę numer 254 z Islamabadu.
Od płk. Ziaula Amina, z konferencji dla łączników w siedzibie ISI
Dzisiaj o godz. 11.30 oddział Tehrik-i-Taliban pod dowództwem
komendanta Tygrysa dokonał ataku na kompleks hotelowy w Pir Sohawa w płn. części Islamabadu. W wyniku ataku zginęło 35 osób spośród gości
hotelu i personelu. Terroryści uprowadzili 4-5 obcokrajowców. ISI
prowadzi intensywne działania w celu ustalenia narodowości
uprowadzonych. Według wstępnych informacji są wśród nich obywatele
Niemiec i Japonii. Akcja została przeprowadzona przy całkowitym
zaskoczeniu pakistańskich służb i trwała kilkanaście minut. Terroryści,
zabierając ze sobą zakładników, wycofali się w góry. Pościg nie
przyniósł żadnych efektów. Akcja trwa.
Depesza była podpisana przez oficera o pseudonimie "Khan", czyli Wiktora
Brauna. Kapitan znał go bardzo dobrze, bo byli na jednym roku w Kiejkutach i nawet dzielili pokój.
Nie lubił go, chociaż obaj skończyli szkołę szpiegów jako prymusi, ale
to Braun był we wszystkim lepszy. Przede wszystkim był lepiej urodzony i to kapitan uważał za największą niesprawiedliwość. Ojciec Wiktora, znany
dziennikarz i korespondent zagraniczny, więzień polityczny PRL-u,
człowiek ustawiony w każdym politycznym środowisku Warszawy, mógł
wszystko i miał wszystko. Przyszły Khan ukończył prawo na Uniwersytecie
Stanforda i mógł zostać, kim tylko chciał, ale wybrał wywiad. Od
początku był więc skazany na sukces, jako pierwszy polski szpieg z dyplomem Stanforda.
Od razu trafił do pionu operacyjnego pod skrzydła samego pułkownika
Pańskiego, nauczyciela sztuki werbunku, i dostawał do prowadzenia
najlepsze sprawy. Był złotym dzieckiem wywiadu, wróżono mu szybką i spektakularną karierę. Wciąż awansował. Wkrótce po szkole, pod
przykryciem attaché prasowego, udał się do ambasady w Moskwie. Jechać na
pierwszą robotę do Rosji to było coś więcej niż zaszczyt. Dla każdego
szpiega na świecie byłby to dowód uznania jego kompetencji i profesjonalizmu. Stamtąd, awansowany na majora, przeniósł się prosto do
Islamabadu, gdzie został łącznikiem z pakistańskimi służbami ISI.
W Pakistanie był już od miesiąca. Codziennie przesyłał depesze, które
Błaszczyk czytał z obrzydzeniem i jeśli tylko mógł, odkładał na bok jako
bezwartościowe. I w gruncie rzeczy takie były, bo Braun był mistrzem w dmuchaniu balona. Niektórzy naczelnicy chętnie dawali mu zawyżone oceny
- choćby za informacje wyciśnięte z gazet - tym samym inwestując w swoją
przyszłość. Ale nie kapitan Błaszczyk. On znał Brauna najlepiej i nie
dawał się nabrać. Khan dobrze o tym wiedział, ale nie mógł się pozbyć
dawnego kolegi, który w końcu też był prymusem. Co mógł, robił za jego
plecami, ale nie przeginał, żeby sobie nie zaszkodzić.
Błaszczyk nie trafił do pionu operacyjnego, bo się nie nadawał, a właściwie wcale tego nie chciał. Wolał być analitykiem i siedzieć za
biurkiem. Może gdyby się ugiął, pojechałby w końcu na jakąś placówkę i uregulował swoją sytuację finansową, ale na razie byłoby to ponad jego
zasady.
Dlatego też depeszę Khana numer 254 z Islamabadu ocenił jako "gazetę" i odłożył na bok.
Braun był nadętym bubkiem, mistrzem autopiaru i oszustem, przy tym
wyjątkowo inteligentnym i przebiegłym. Wysoki, wysportowany i zawsze
elegancki, nawet w polowym mundurze roztaczał wokół siebie aurę, którą
sprawnie wykorzystywał, by uzależniać od siebie ludzi. Wbrew ogólnej
opinii nie był jednak idealnym oficerem wywiadu. Błaszczyk zdemaskował
go niemal od razu, jeszcze w Kiejkutach, kiedy wszystkim się wydawało,
że dyplom Stanforda może zastąpić metrykę. Nikomu nie mówił o swoich
odkryciach, bo jako solidny analityk musiał potwierdzić swoje
podejrzenia w drugim źródle.
W relacjach Błaszczyka z Braunem było jednak coś więcej, coś, o czym
Khan nie wiedział, a co było polisą ubezpieczeniową kapitana na wypadek,
gdyby po jakimś zakręcie politycznym Braun został szefem Agencji
Wywiadu. Było to bardzo prawdopodobne i analityczny umysł kapitana nie
pozostawiał mu złudzeń, że trzeba się na taką okoliczność przygotować i ubezpieczyć.
Każdy oficer wywiadu wie, że jeśli uzyskuje od swojego źródła tajną
informację, musi potem napisać dwie depesze. Raport ze spotkania z agentem wysyła do wydziału operacyjnego prowadzącego sprawę, natomiast
uzysk informacyjny ze źródła - dodatkowo do wydziału analitycznego. I tę
drugą depeszę zawsze dostawał kapitan Błaszczyk.
Kiedy Braun pracował w moskiewskiej rezydenturze, pisał raporty i informacje ze spotkań ze swoimi źródłami, kandydatami w rozpracowaniu i dwoma agentami, których wówczas prowadził. Błaszczyk otrzymywał tylko
depesze informacyjne i choć nie miał prawa znać źródła ich pochodzenia,
to przy odrobinie wysiłku, pogłębionej analizie terenu, znajomości
psychiki Brauna i braków w jego profesjonalizmie mógł z prawie
stuprocentowym prawdopodobieństwem wskazać z imienia i nazwiska źródło
informacji.
Metodologię błędów Brauna opanował z czasem niemal do perfekcji. Robił
systematyczne zapiski, które odpowiednio kodował i układał w ciąg
przyszłych oskarżeń.
Notatnik trzymał w służbowej szafie między Koranem i Krótkim kursem
historii WKP(b). I czekał na ten dzień, kiedy będzie mógł go wyjąć i wykorzystać po raz pierwszy i ostatni.
Sięgał już po depeszę z Teheranu, gdy zastygł z wyciągniętą ręką, jakby
o czymś zapomniał. Przez moment mu się wydawało, że to jakaś
bezwartościowa impresja, złudzenie, które skrywa się gdzieś w zakamarkach jego intuicji, kiedy nagle do niego dotarło, że powinien
wrócić do depeszy Khana z Islamabadu.
Przeczesał wzrokiem krótki tekst, szukając błędu, braku spójności lub
logiki, i poczuł miły przypływ satysfakcji, jaki miał za każdym razem,
kiedy złapał jakiegoś oficera na szyciu sprawy.
Tym razem jednak satysfakcję miał większą niż kiedykolwiek wcześniej.
Wstał, podszedł do szafy i wyjął swój zielony notatnik z hakami na
Khana.
6
Wygnani na początku XVI wieku z Hiszpanii, przodkowie rodziny Behomoiras
po kilku latach tułaczki przybyli do Salonik, gdzie na skraju imperium
otomańskiego znaleźli swoją spokojną przystań.
Nazywali się wówczas zupełnie inaczej, ale nikt już nie pamiętał jak,
ani nawet skąd się wzięło ich nazwisko, ani tym bardziej, co właściwie
oznacza.
Sefardyjczycy osiedlili się obok Romaniotów - swoich żydowskich braci,
którzy mieszkali w Grecji od dwóch tysięcy lat - i z czasem stworzyli
razem z nimi jedno środowisko, żyjące w zgodzie z chrześcijanami i muzułmanami.
Rodzina Behomoiras, korzystając z możliwości, jakie dawał port w Salonikach, zajmowała się handlem oliwkami i ceramiką. Nie dorobili się
jednak znaczącego majątku. Dopiero po uzyskaniu przez Grecję
niepodległości zaczęli się powoli bogacić. Na początku XX wieku
dziesięcioosobowa rodzina przeprowadziła się z drewnianych portowych
baraków do solidnego murowanego domu w żydowskiej dzielnicy Baron
Hirsch. Tam też wiosną 1915 roku urodził się Pepo, czyli Josef, ostatnie
dziecko Angel i Morisa Behomoiras.
Pepo był inny niż pozostała siódemka rodzeństwa. Marzył o studiach i nic
więcej go nie interesowało, żaden rodzinny biznes. Jedynie hebrajskiego
nie chciał się uczyć, bo uważał, że to zbędny język i nie warto
poświęcać mu czasu tylko po to, żeby przeczytać jedną książkę. Dlatego
swój tekst na bar micwę musiał wkuć na pamięć. W domu, na złość
rodzinie, nie używał ladino, mówił tylko po grecku i nie jadł
koszernego, a w szabas wychodził do miasta. Pepo był ostatnim, późnym
dzieckiem, ukochanym przez rodziców i starsze rodzeństwo, więc pozwalano
mu na wszystko.
Dopiął swego i został pierwszym studentem w historii rodziny Behomoiras.
Rozpoczął naukę filozofii na państwowym Uniwersytecie Arystotelesa w Salonikach. Studiował krótko, bo poznał drobną Miriam Koen, też
studentkę filozofii, w której się zakochał z wzajemnością. Ale jeszcze
bardziej zakochał się w Komunistycznej Partii Grecji i musiał rzucić
naukę, tym bardziej że w 1936 roku Miriam powiła bliźnięta Rosę i Rafaela, a co gorsza - wkrótce zdelegalizowano partię komunistyczną.
Od tego czasu Pepo prowadził małą drukarnię w siódmej dzielnicy,
dofinansowywaną przez jego zamożne rodzeństwo z Baron Hirsch, całkowicie
nieświadome tego, że wspiera III Międzynarodówkę. Trzy lata później
urodziła się niepełnosprawna Flora i Pepo nie zdążył dołączyć do swoich
hiszpańskich przyjaciół, bo republika już padła pod ciosami faszystów.
Nie minęły dwa lata, a w Salonikach pojawili się Niemcy i niemiecki
porządek, który od razu zrobił duże wrażenie.
W odróżnieniu od prawie wszystkich greckich Żydów Pepo wiedział, co
znaczy ów niemiecki porządek, i próbował ratować, kogo się dało.
Tłumaczył, przekonywał, wzywał, przeklinał i groził, ale nawet
najbliższa rodzina stukała się w głowę, słuchając jego opowieści.
Wskazywali na Wagnera, Goethego, a przede wszystkim Mendelssohna i Heinego, nie mówiąc już o produktach z napisem made in Germany. W końcu Pepo zrezygnował z walki o umysły rodaków i rodziny Behomoiras i postanowił zająć się tylko żoną, bliźniakami i kaleką Florą.
Uznał wówczas, że najlepszym sposobem będzie dołączyć w górach do
oddziału partyzanckiego ELAS i walczyć o rodzinę i przyszłość Żydów z bronią w ręku. Dowódcą oddziału był jego najbliższy przyjaciel z dzieciństwa, starszy o trzy lata Jordanis Lazopulos, absolwent filozofii
i towarzysz partyjny.
Pepo zginął szybko, jak przystało na odważnego i słabo wyszkolonego
partyzanta. Miał dwadzieścia siedem lat. Zanim umarł, Jordanis,
trzymając stygnącą dłoń przyjaciela, obiecał mu, że zaopiekuje się jego
rodziną. I chociaż był komunistą, to taką obietnicę uważał za świętą.
Zawsze dotrzymywał słowa, gdy trzeba było komuś pomóc. A rodzinę Pepo
traktował jak własną. Oprócz niej miał jeszcze tylko swój oddział
partyzancki, najlepszy w górach Pindos.
Miriam załamała się zupełnie po śmierci Josefa i kategorycznie odmawiała
wyjazdu z Salonik, do czego namawiał ją Jordanis, pomny obietnicy, jaką
złożył umierającemu Pepo. W końcu się zgodziła, by Rosa i Rafael, którzy
mieli już po sześć lat, udali się na tereny wyzwolone. Trudno jej było
porównać, gdzie głód był większy, w górach Pindos czy w Salonikach.
Uznała jednak, że samej będzie jej łatwiej zadbać o Florę, a Jordanisowi
ufała w pełni.
W lutym 1943 roku Niemcy i greccy faszyści spędzili wszystkich Żydów z Salonik do dzielnicy Baron Hirsch, więc Miriam z chorą Florą w wózku
przeniosła się do domu rodziny Behomoiras.
Nie mieszkała tam długo. W kwietniu Niemcy podstawili pociąg, który miał
wywieźć Żydów na nowe miejsce osiedlenia w Polsce. Miriam od dawna
wiedziała, że Niemcom nie można ufać, i nie spodziewała się niczego
dobrego. Ale nie miała wyboru. Siostra Pepo, Sara, pożyczyła jej
pieniądze na bilet i cała rodzina Josefa, która od setek lat mieszkała w Salonikach, wsiadła do pociągu i pojechała na ciemną i zimną Północ.
Miriam dobrze zrobiła, oddając bliźnięta pod opiekę Jordanisa. Pod
koniec 1944 roku cała Grecja była już wolna od Niemców, ale do pokoju
było jeszcze daleko. Nad krajem wisiało widmo wojny domowej, więc
oddziały ELAS pozostawały pod bronią. Jordanis Lazopulos i jego ludzie
też.
Rosa i Rafael podrastali pod opieką Jordanisa w świecie bez huśtawki,
skakanki i piłki, za to osłuchani z odgłosami wystrzałów i wybuchów. Na
ich pytania o mamę i siostrę nikt nie znał odpowiedzi, a przynajmniej
nikt nie wiedział niczego na pewno, więc pytali o nie coraz rzadziej.
Powoli jednak zaczęły spływać informacje o losie Żydów w Europie.
Bliźnięta nie brały ich jednak do siebie, bo słowo "Żyd" nie miało dla
nich wyraźnego znaczenia. Uważali się za część oddziału Jordanisa, a jego za ojca. On zaś traktował ich jak własne dzieci i posyłał do
szkoły.
Gdzieś w połowie 1945 roku wszystko już było jasne i Jordanis nie miał
nadziei, że Miriam wróci, tak jak nie wracał nikt z salonickich Żydów.
Powiedział to bliźniętom wyraźnie i zapytał, czy chcą teraz zostać jego
dziećmi tak naprawdę. Chciały.
Rosa i Rafael skończyli po dziesięć lat i nazywali się teraz Lazopulos.
Kiedy w Grecji wybuchła wojna domowa, Jordanis wraz ze swoim oddziałem z wielkim impetem rzucił się w wir zdarzeń, tym bardziej że po drugiej
stronie znów stali greccy faszyści, którzy jeszcze niedawno przyczynili
się do wywiezienia rodziny Behomoiras z dzielnicy Baron Hirsch.
Tym razem jednak Demokratyczna Armia Grecji walkę przegrała i w 1949
roku Jordanis Lazopulos i jego przybrana córka, czternastoletnia Rosa,
przybyli do Wrocławia.
Nieletni Rafael zginął z bronią w ręku, walcząc z wojskami rządowymi pod
Grammos. Świadkowie nie mieli wątpliwości, że poległ jak bohater.
Mimo wyższego wykształcenia Jordanis pracował w Polsce jako fryzjer w swoim zakładzie przy kinie Oko w budynku sztabu Śląskiego Okręgu
Wojskowego. Twierdził, że nie potrafi nauczyć się polskiego
wystarczająco dobrze, by dyskutować o greckich filozofach, więc
zarabiał, strzygąc żołnierzy, bo tym też zajmował się w partyzantce. W rzeczywistości nie mógł się pogodzić z klęską i przegranym życiem. On,
dowódca oddziału, który w jednej zasadzce zabił pięciuset wrogów, wciąż
powtarzał: opla pavá poda.
W zakładzie fryzjerskim z pietyzmem hodował na parapecie kaktusiki, bo w szarej Polsce nic nie mogło przypomnieć mu ciepła i zapachów Grecji
lepiej niż te suche, kolczaste roślinki. Na ścianie zawiesił reprodukcję
Mężczyzny z goździkiem Picassa, którą wyrwał z tygodnika "Świat". Tnąc
włosy nożyczkami i ostrząc brzytwę na skórzanym pasie, nucił: "Herosi,
niezdobyta góra, herosi o dwunastu żywotach... pałac Olimpu i duchy
Parnasu... ogień pod Alamaną i ogień pod Gorgopotamos...".
Zgodnie z prostym partyzanckim wzorem podgalał karki polskich oficerów i szukał wśród nich męża dla Rosy. Opowiadał o swoich bitwach i chociaż z powodu zwykłej skromności wspominał ledwie drobne epizody, to i tak
wszyscy brali go za mitomana. Dlatego każdą wolną chwilę spędzał na
ulicy Ruskiej w siedzibie Związku Uchodźców Politycznych z Grecji i czytał "Dimokratisa".
Całe swoje polskie kulawe i depresyjne życie poświęcił córce Rosie,
która była zbyt delikatna i ufna, by sama mogła zadbać o własną
przyszłość. Za to ona w Polsce zaadaptowała się dobrze. Jordanis dbał,
by w domu mówiła tylko po grecku, do czego nie musiał jej specjalnie
namawiać.
Rosa wyrosła na piękną kobietę o rzadkiej już w Polsce
śródziemnomorskiej urodzie, więc miała nieustanne problemy z polskimi
oficerami i w końcu Jordanis zakazał jej chodzić do kina Oko. Uważał, że
najpierw powinna skończyć studia na Uniwersytecie Wrocławskim.
W 1960 roku Rosa Lazopulos została magistrem prawa i już rok później
wyszła za mąż za znacznie od niej starszego kapitana Józefa Hofmanna ze
sztabu ŚOW.
Mimo wysiłków rodziców i pomocy lekarzy Dimitrios urodził się dopiero po
pięciu latach ich pożycia, i to nie bez komplikacji. Rosa i Jordanis,
chociaż byli niewierzący, wybrali mu imię świętego patrona Salonik, ale
w domu nie mówili do niego inaczej niż Rafael.
Józef Hofmann nigdy się nie dowiedział, że Rosa miała brata bliźniaka.
Jordanis uznał, że ta wiedza nie jest mu potrzebna, tym bardziej że
szybko stracił sympatię do tego polskiego oficera. W domu mogli
rozmawiać swobodnie po grecku. W gruncie rzeczy Hofmanna nie
interesowało, dlaczego na Dimę mówią Rafael. Szybko przeszło mu
zainteresowanie wychowywaniem syna.
Za to dziadek Jordanis był dla dorastającego Dimy jak bóg Apollo i Homer
w jednym. Stał się najwyższym autorytetem we wszystkim, wzorem patrioty,
ideałem mężczyzny, greckim filozofem i komunistą. Liczyło się każde jego
słowo, każdy nawet najdrobniejszy gest. Dima nie miał ojca, ale miał cel
i wzór do naśladowania. Chciał być taki jak dziadek.
Po raz pierwszy do Salonik pojechali we trójkę w 1983 roku, kiedy Rosa i Dima wrócili z Peru. Postanowili odnaleźć swoje greckie ślady. To była
jedyna podróż schorowanego już Jordanisa do wytęsknionej ojczyzny.
Wkrótce po powrocie zmarł. Ta wyprawa na zawsze zmieniła Dimitriosa,
który zaczął jeździć do Grecji regularnie.
Tacy bohaterowie jak Jordanis nigdy nie umierają, uznał Dima i wprowadził go do swojego panteonu jako boga wszystkich bogów. I tak już
zostało: grecki duch Jordanisa żyje w nim i jest coraz silniejszy.
7
Była za pięć dziesiąta, kiedy naczelnik Błaszczyk, trzymając pod lewą
pachą papierową teczkę, prawą ręką wcisnął przycisk z cyfrą siedem i winda ruszyła do góry. Po chwili zatrzymała się na czwartym piętrze i do
środka wkroczył pułkownik Pański, Michael Caine z Miłobędzkiej. Tylko
spojrzał na przyciski i żadnego nie nacisnął. Błaszczyk zrozumiał, że
pułkownik też jedzie na piętro szefów.
- Co tam, Zbyniu? - zapytał protekcjonalnie, poprawiając w lustrze
krawat za kilkaset złotych i poszetkę.
- Nic, panie pułkowniku - odparł skromnie naczelnik.
- Wciąż nie wyjeżdżasz?
- Na razie nie.
- Nie chcą wysłać?
- Nie wiem.
- Do szefa? - Spojrzał na teczkę, którą naczelnik trzymał pod pachą. -
Briefing poranny?
- Tak.
W tym momencie winda zatrzymała się na siódmym piętrze.
Pułkownik Zenon Pański wyszedł pierwszy, chociaż wsiadł drugi. Zresztą
naczelnik nie śmiałby się wepchnąć przed legendę polskiego wywiadu i dyrektora Biura Operacji Specjalnych. Pański rzeczywiście miał ogromne
sukcesy na koncie i nie mniej przerośnięte ego, ale do ludzi,
szczególnie niższych od niego wzrostem i rangą, odnosił się w chamski
sposób.
Zjeździł cały świat i - jak lubił mówić - przeleciał kilka razy na
Księżyc i z powrotem, ale na Miłobędzkiej miał opinię eleganckiego cepa.
Mimo to w polskim wywiadzie nie było oficera lepiej ustawionego w szpiegowskim świecie. Pański znał wszystkie ważne osoby w CIA, MI6,
Mosadzie czy BND i czasami mógł więcej niż szef wywiadu. Oni się
zmieniali, a Pański pozostawał na miejscu, więc znał każdą operację,
jaką przeprowadził polski wywiad, i nie tylko.
Niektórzy nazywali go "Oz Nieśmiertelny".
Skręcili w prawo i długim korytarzem ruszyli w stronę gabinetu szefa.
- Jak tam Khan sobie radzi? - rzucił Pański jakby od niechcenia, ale
naczelnik wiedział, że pułkownik o to zapyta, bo to był jego ulubieniec
i uczeń.
- Normalnie - odrzekł krótko. - Radzi sobie.
Błaszczyk wiedział, że Pański doskonale wie, co robi Khan, bo kierował
jego pracą w Pakistanie, więc dostawał nie tylko depesze operacyjne, ale
i kopie informacyjnych, figurował bowiem na rozdzielniku.
W gruncie rzeczy pytanie pułkownika miało przypomnieć naczelnikowi
Błaszczykowi, że Braun jest pod szczególną ochroną i "musi sobie dobrze
radzić", a pytanie o wyjazd na placówkę miało być cichym szantażem.
Naczelnik doskonale o tym wiedział i właśnie dlatego odpowiedział
"normalnie", a nie "bardzo dobrze", bo chciał utrzeć nosa Jamesowi
Bondowi i pokazać, że ma go w dupie. Właśnie tu i teraz, na korytarzu
siódmego piętra, gdzie siedzą szefowie.
Weszli do sekretariatu i Małgosia, bez zbędnego słowa, gestem policjanta
kierującego ruchem powstrzymała Błaszczyka, wskazując mu fotel, a drugą
ręką elegancko i zdecydowanie pokazała pułkownikowi drzwi do gabinetu.
Pański wszedł bez pukania. Był jedynym oficerem w Agencji, który mógł
tak robić. Szczególnie gdy działo się coś nadzwyczajnego, a w wywiadzie
ciągle działo się coś nadzwyczajnego, więc Błaszczyk nie był zaskoczony,
że musi czekać. Nie pierwszy raz zresztą.
Sześćdziesięciopięcioletni Filip Korycki był szefem wywiadu po raz drugi
i był to jedyny przypadek w historii Polski, kiedy ta sama osoba
dwukrotnie sprawowała tę funkcję. Z reguły po wygranych wyborach
zwycięzcy natychmiast czyścili służby i osadzali swoich ludzi, nie
patrząc na kompetencje, sprawdzając tylko lojalność. Zaczynało się
szukanie haków na poprzedników i kilkumiesięczny paraliż służby.
Tym razem było inaczej. Wybory wygrała centrowa Partia Liberalnych
Demokratów i postanowiła przełamać dotychczasowy obyczaj. Powołała
Filipa Koryckiego, który piastował stanowisko szefa wywiadu w czasach,
kiedy ona była w opozycji. I rzeczywiście, Korycki rozpoczął szefowanie
od przedłożenia rządowi nowego projektu budżetu Agencji i określenia
swoich oczekiwań wobec dyrektorów, którzy zdecydowali się zostać. Liczyć
się miały wyłącznie lojalność i profesjonalizm.
Filip Korycki był doktorem habilitowanym, znanym politologiem i wieloletnim dyrektorem Instytutu Azji i Pacyfiku, co uzupełnione
wcześniejszym doświadczeniem z kierowania wywiadem dawało nadzieję, że
polska Agencja znów się znajdzie w światowej czołówce.
Już w czasie kampanii wyborczej premier Marek Bolecki jasno deklarował,
że Polska pozbawiona wsparcia Unii Europejskiej i sojuszników na
Zachodzie jest łatwym łupem dla Rosji. Oczywiste było, że zrozumiał
dramatyczne uwikłanie międzynarodowe, w jakim znalazła się Polska po
wyczynach poprzedniego, populistycznego rządu, który doprowadził Polskę
na skraj przepaści. Ale w rzeczywistości sytuacja była o wiele gorsza,
niż opinia publiczna mogła podejrzewać.
Dlatego mianowanie Filipa Koryckiego na szefa wywiadu, instytucji
szczególnie wrażliwej, było sygnałem dla państw zachodnich, że rząd
polski dostrzega zagrożenia i gotów jest do odbudowy sojuszniczej
solidarności.
Korycki cieszył się wyjątkowym uznaniem i szacunkiem wśród szefów służb
wywiadowczych nie tylko z uwagi na swoją wiedzę, kulturę osobistą i doświadczenie, ale również ze względu na poczucie humoru i zdrowy
dystans do polityki. To były cechy wysoko cenione w tym środowisku.
W odróżnieniu od innych szefów, którzy wszystko wiedzieli najlepiej,
Korycki miał zwyczaj zapraszać naczelnika Błaszczyka, by zreferował mu
wydarzenia ostatnich dwunastu godzin. Wolał wysłuchać niż samemu czytać,
bo dzięki temu zawsze miał punkt odniesienia i mógł stawiać pytania, a naczelnik znał odpowiedzi.
Korycki lubił Błaszczyka.
Pański wyszedł po półgodzinie, wyraźnie podenerwowany, i szybkim
krokiem, na swoich cienkich nogach, niemal wyparował z sekretariatu.
Błaszczyk nigdy go takim nie widział. Wygląda na to, że dostał wpierdol
od szefa - pomyślał i czując ciepły przypływ satysfakcji, energicznie
podniósł się z fotela.
Szef wyszedł zza biurka i wskazał podwładnemu to samo miejsce co zwykle,
czyli tyłem do okna. Zaproponował kawę lub herbatę, ale Błaszczyk tak
jak zawsze skromnie odmówił. Nigdy nie pił w tym gabinecie, bo uważał
picie kawy i herbaty z kimś takim jak Filip Korycki za niegodne
spoufalanie się. Na szefa patrzył jak na autorytet absolutny.
Nie zdążył otworzyć teczki z notatkami, bo szef od razu zapytał:
- Panie naczelniku, czy w ostatnim czasie wydarzyło się coś w Pakistanie... coś istotnego, odbiegającego od normy? - Spojrzał sponad
okularów w grubych oprawkach.
- Tylko... - zaczął niepewnie Błaszczyk - jedna depesza... - Mówił powoli,
ale myślał szybko i wszystko nagle ułożyło mu się w logiczną całość. -
Wczoraj... jak pisał rezydent... Khan...
Pilna wizyta Pańskiego z rana, to jego nadęte wyjście, a teraz pierwsze
pytanie szefa i od razu o Pakistan.
- Tak, czytałem już... wiem... - Korycki przerwał Błaszczykowi gonitwę
myśli. - Zamach Tehrik-i-Taliban na hotel pod Islamabadem... Interesuje
mnie, co pan o tym sądzi. Jest pan specjalistą w tej dziedzinie, prawda?
8
W Kapsztadzie kończyło się lato i zaczynała jesień. Był kwietniowy
wtorek, godzina lunchu.
Adam Fint wyszedł ze swojego pokoju i zamknął drzwi na klucz. Minął
sekretariat szefa, machnął ręką do śniadej Bonnie, a ona odpowiedziała
mu błyskiem pięknego białego uśmiechu.
Fint zazgrzytał zębami i też się uśmiechnął.
Od pierwszej chwili, kiedy przyjechał do RPA, nie mógł wyzbyć się
natrętnego widoku Bonnie rozłożonej na białym prześcieradle w jego
sypialni i jej rozmarzonego uśmiechu, którym nieustannie go prowokowała.
Nie mógł zrozumieć, dlaczego taka piękna kobieta związała się z takim
obleśnym starym Holendrem. Nie dla pieniędzy zapewne, bo mogłaby mieć
tłum młodych i bogatych kochanków. Adam ze smutkiem uznał, że jego konto
w banku jest jeszcze za słabe na taką kobietę jak Bonnie. To jednak
miało się wkrótce zmienić, bo przecież był w Kapsztadzie dopiero od
miesiąca. A Holendra przebijał po trzykroć - wiekiem, wzrostem i kondycją.
Tak, tak... to się zmieni - pomyślał z nadzieją i w drzwiach rzucił
jeszcze z uśmiechem:
- Miłego weekendu... Bonnie.
- Miłego - odparła krótko i nie zapytała, czy jeszcze wróci. W piątki
zawsze wychodził wcześniej.
Wsiadł do windy i zjechał do garażu.
Zbliżała się pora deszczów, ale w Kapsztadzie było pogodnie. Nad morzem
zawisło błękitne niebo z domieszką cirrusów na horyzoncie i kilku
nimbusów przyklejonych do Góry Stołowej, dlatego postanowił skorzystać
jeszcze ze słońca i otworzyć dach swojego mini coopera.
Lubił przejechać się Buitengracht i popatrzeć na potężne pupy Afrykanek
i piersi Mulatek wychodzących na lunch z okolicznych biur. Białe kobiety
jakoś przestały go interesować.
Pomyślał też, że dzisiaj powinien uprzyjemnić sobie jazdę dużym kubkiem
latte.
Spojrzał na zegarek. Do spotkania miał czterdzieści pięć minut. Włożył
czapkę, ciemne okulary i włączył silnik. Po chwili samochód wytoczył się
na rozgrzaną ulicę.
Od trzech miesięcy Fint czekał na ten dzień, więc bardzo się ucieszył z porannego telefonu. Był trochę podniecony, czuł nawet lekki niepokój.
Spełnić się miały jego marzenia, miała przyjść obiecana nagroda, która
odmieni jego życie, a wtedy on odmieni życie innych.
Ta świadomość zawsze dodawała mu sił i kształtowała determinację, której
używał na co dzień jak tarana zdolnego skruszyć każde wrota. Gotów był
podejmować trudne i odważne decyzje, byle tylko wedrzeć się do środka.
Zwyciężyć, pokonać, dobić wszystkich wrogów, bez litości.
Tak o swoim życiu rozmyślał Adam Fint, jadąc z prędkością czterdziestu
kilometrów na godzinę ulicą Buitengracht. Jedną ręką trzymał kierownicę,
a w drugiej papierowy kubek z kawą.
Jedzie człowiek sukcesu... - pomyślał i uśmiechnął się prowokacyjnie do
stojącej na przejściu Afrykanki, która pokazała mu środkowy palec.
- Jeszcze tylko Bonnie i mam oczko - powiedział półgłosem i oblizał
usta.
Wiedział, że pójdą na kielicha i nie będą pić jakiegoś tutejszego
sikacza. Zakończą w porządnym klubie, z najsmaczniejszymi czekoladkami
na kolanach. Najlepiej Chez Ntemba.
Tak ważne spotkanie nie może się skończyć jakąś pogawędką, rozliczeniem,
jakimś tam pierdu-pierdu. Układamy na nowo porządek świata i liczymy
dużą kasę - wciąż sobie powtarzał. Miał podstawy, by się cieszyć.
Według GPS potrzebował kwadransa, by dojechać na miejsce spotkania,
czyli w zapasie miał jeszcze dziesięć minut. Bał się jednak, że może
mieć kłopoty z odnalezieniem miejsca, więc postanowił nie zwlekać.
Musiał się zatrzymać na parkingu przy plaży Derde Steen nad Zatoką
Stołową, na drugim kilometrze West Coast Road.
Prawie w ogóle nie znał Kapsztadu, z wyjątkiem głównych ulic, kilku
restauracji i nocnych klubów, które zaliczył prawie wszystkie. Ale na
plaży jeszcze nie był.
Droga prowadziła wzdłuż wybrzeża między płaskimi wydmami, na których
rosły niskie krzaki.
Parking znalazł bez trudu. Stało tam już kilkanaście samochodów i kręciło się kilka osób, wyraźnie przygotowujących sprzęt do surfingu.
Adam przejechał powoli w prawą stronę, po czym zaparkował jako ostatni w rzędzie. Sprawdził czas na samochodowym zegarze i potwierdził na swoim
tissocie. Miał jeszcze pięć minut. Wyjął ze schowka jabłko i przetarł o koszulkę. Wysiadł, obszedł samochód, rozglądając się wokół, ale nie
zauważył nikogo znajomego. Wszystko wyglądało naturalnie - zwyczajni
surferzy zaabsorbowani własnymi sprawami.
Usiadł na masce swojego mini i gryząc jabłko, zaczął się wpatrywać w szafirowe morze poszarpane białymi grzywami fal i potężną bryłę Góry
Stołowej nad Kapsztadem, która wyglądała jak zatopiony statek kosmiczny.
Widok był piękny, okraszony kolorowymi żaglami windsurferów i kitesurferów.
Adam poczuł się jeszcze lepiej. O ile wcześniej miewał wątpliwości, o tyle teraz był przekonany, że dobrze zrobił. Kierował się intuicją i chłodną kalkulacją i ani razu nie miał wrażenia, że są ze sobą w sprzeczności, choć przecież powinny, jeśli gdzieś popełnił błąd.
Zaniepokojenie, które towarzyszyło mu od porannego telefonu, przemieniło
się teraz w prawdziwą męską dumę.
Pomyślał, że jeśli Bonnie przejdzie na jego stronę, on zostanie w Kapsztadzie na zawsze, kupi mercedesa cabrio, najlepszy sprzęt do
surfowania i będzie spędzał czas na wodzie albo w łóżku.
Te wymarzone obrazy znikły nagle, zamazane pomrukiem nadjeżdżającego
motocykla. Obrócił się dokładnie w chwili, kiedy ten zatrzymał się tuż
za jego plecami. Motocyklista w zaciemnionym kasku wskazał palcem na
Adama, potem na jego samochód i dał znak, że ma jechać za nim.
Adam Fint uśmiechnął się, skinął głową, rzucił ogryzek za siebie i bez
otwierania drzwi wskoczył do samochodu.
9
Był czwartek rano. Błaszczyk znów siedział nad depeszami z Pakistanu i próbował dostrzec w nich coś, o czym wcześniej mówił Korycki. Wciąż
jednak nie potrafił dokładnie określić, co wzbudza w nim takie
wątpliwości. Wrócił więc do pisania pytań do Khana.
Miał nadzieję, że dostanie od niego jakąś wskazówkę, sugestię, coś, co
rzuci światło, ale nie liczył na zbyt wiele. Khan był w Islamabadzie
dopiero od miesiąca i miał blade pojęcie o islamie i terroryzmie.
Szkolił się pod okiem Pańskiego na kierunku rosyjskim i Błaszczyk od
początku nie mógł zrozumieć, dlaczego dostał tak wysokie stanowisko, i to w kraju, którego zupełnie nie znał. Tym bardziej że sam aplikował dwa
razy o wyjazd do Pakistanu, a przecież nikt nie znał tego terenu lepiej
niż on.
To zdziwienie Błaszczyka było całkowicie teoretyczne i spontaniczne, z czego zdawał sobie doskonale sprawę, bo nominacje w wywiadzie nie muszą
być racjonalne, przynajmniej dla postronnych. W tym wypadku sprawa
dotyczyła Brauna, czyli nie byle kogo, protegowanego samego Pańskiego,
szarej eminencji wywiadu, człowieka, bez którego Korycki nie byłby takim
szefem, jakim jest. To była konstrukcja kadrowo-logiczna, która
wyjaśniała nawet najbardziej zadziwiające decyzje.
Siedział w swoim gabinecie i pisał szkic depeszy do Khana. Starał się
tak ułożyć i skonstruować pytania, by Khan miał trudności z udzieleniem
odpowiedzi i musiał się wysilić bardziej niż zwykle. Chciał mu pokazać,
że Centrala wie więcej niż rezydentura, a to zawsze jest poniżające dla
oficera, który powinien wiedzieć wszystko o swoim terenie. Zwłaszcza że
każda depesza przechodzi przez ręce szefa i jego zastępców. Tak czy
inaczej, złe wrażenie pozostaje. A dla Brauna i Pańskiego musiało to być
szczególnie bolesne i choćby z tego powodu Błaszczyk zastanawiał się dwa
razy, jak mocnych i dwuznacznych argumentów może użyć.
Położył nogi na biurko i zagryzł ołówek, którym zwykle pisał na brudno.
Dotknął kubka z kawą, ale ten był zimny, więc przez interkom zamówił
nową. Spojrzał na zegar ścienny i obrócił się w fotelu w stronę
telewizora. Właśnie zaczynały się wiadomości na Al-Dżazira, więc szybko
włączył pilotem głos.
Pojawił się dziennikarz w białej koszuli, który stojąc na ulicy i trzymając w dłoni mikrofon, z przejęciem komentował wczorajszy atak na
hotel Monal, więc Błaszczyk pogłośnił telewizor i przysunął bliżej
fotel. Początkowo musiał skupić się na tym, co mówi reporter, ale w pewnym momencie na czerwonym pasku mignęło mu słowo Polish, które
przemknęło w ciągu z German, British i Japanese, i szybko
zniknęło. Od razu skojarzył to z depeszą od Khana. Czekał na powrót
paska, gdy na ekranie ukazało się czterech skrępowanych mężczyzn
klęczących obok siebie, odzianych w jednakowe granatowe stroje. Za nimi
na ścianie widniała płachta z arabskimi napisami i flaga Państwa
Islamskiego.
Po chwili napis powrócił i Błaszczyk już wiedział, że jednym z uprowadzonych w Pir Sohawa jest Polak. Poczuł, jak fotel pod nim zaczyna
powoli pływać. Na moment stracił kontakt z otoczeniem i patrzył w ekran,
jakby nic nie rozumiał, jakby słyszał i oglądał coś, co musiało dziać
się w innym wymiarze. Błaszczyk zdawał sobie sprawę lepiej niż
ktokolwiek inny, co dla Agencji oznacza to porwanie.
W końcu się opanował. Wiedział, jaka za chwilę spadnie na niego
odpowiedzialność, chociaż jest tylko zwykłym analitykiem w wywiadzie.
Zdawał sobie sprawę, że właśnie ruszyła gigantyczna machina
propagandowo-polityczna pod hasłem "Polak w niebezpieczeństwie", że
zbiorą się konsylia ekspertów od wszystkiego, opozycja obwini rząd, rząd
opozycję, może nawet premier wystąpi z oświadczeniem. Ale prawdziwa
odpowiedzialność moralna i prawna spadnie na te kilka osób, wśród
których na pewno będzie i on, naczelnik Błaszczyk.
Patrzył na ekran telewizora, gdzie właśnie pokazywano zbliżenia
zakładników, i kiedy pojawiła się twarz Polaka, zrobił pilotem
stop-klatkę. Na ekranie zamarło spokojne spojrzenie czterdziestoletniego
mężczyzny z drobnym wąsikiem i bródką. To nie była twarz człowieka,
któremu grozi okrutna śmierć, chociaż terrorysta w kominiarce krzyczał
coś groźnie i przykładał mu do gardła maczetę, imitując cięcie.
Zaraz będziemy wiedzieć, kim jesteś - pomyślał.
W tym samym momencie zadzwonił telefon i zapaliła się lampka Szef.
- Zaczęło się - powiedział Błaszczyk i podniósł słuchawkę.