Zamek w Karpatach. Le Château des Carpathes - Jules Verne

Kup ebooka

18.00 zł
15.48 zł (12,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zamek w Karpatach

Rozdział I

 

Opowiadanie niniejsze nie jest fantastycznem, chociaż niejednemu może wydawać się nieprawdopodobnem; zwrócimy uwagę jednak, że żyjemy w czasach, w których dzięki coraz nowym naukowym odkryciom, będącym niejako zadatkiem przyszłości, nie można naszej powieści zaliczyć do legend. Zresztą legendy i podania nie tworzą się już teraz, przy schyłku dziewiętnastego wieku, odznaczającym się praktycznością i realistycznemi dążeniami. Nie napotkasz ich ani w Bretanii, tak obfitującej w starożytne, dzikie podania; ani w Szkocyi, kraju gnomów; ani w Norwegii, zaludnionej fantastycznemi postaciami elfów, sylfów i walkiryi, ani nawet w Siedmiogrodzie, gdzie na tle otaczających go Karpat mogłyby się ukazywać nadprzyrodzone istoty. Chociaż trzeba przyznać, że w krainie Siedmiogrodzkiej lud wierzy jeszcze w zabobony i w średniowieczne czary.

Gérando opisywał te odległe prowincye Europy, a Elizeusz Réclus zwiedzał je nawet, lecz żaden z nich nie dotknął przedmiotu, o którym mamy mówić. 

Było to przy schyłku maja. U stóp góry Retyezat, na wyniosłej płaszczyźnie, pokrytej bujną roślinnością, skąd roztaczał się rozległy widok na urodzajną dolinę, urozmaiconą grupami drzew, wznoszących się wśród łanów uprawnych pól i ogrodów, siedział pasterz, pilnujący swej trzody. Płaszczyzna, odkryta ze wszystkich stron, wystawiona była, szczególniej zimą, na północno-zachodnie wichry. 

Człowiek nie miał pozoru arkadyjskiego pasterza, lecz nie wyglądał również na wieśniaka. Nie był to Dafnis ani Amyntas, opiewany przez starożytnych poetów, chociaż otaczający go krajobraz godzien był pióra poety, jak pędzla artysty. Rzeka Sil płynęła, szemrząc u stóp wzgórza i wiła się jak wstęga przez dolinę. 

Frik, był pasterzem we wsi Werst i mieszkał w nędznej chacie, zbudowanej na brzegu wioski, gdzie mieścił się razem ze swoją trzodą. Leżał on na wzniesieniu porośniętem trawą i drzemał jednem okiem, a drugiem pilnował trzody. W ustach trzymał dużą fajkę, którą wyjmował niekiedy, aby gwizdać na psy, gdy owca jaka zanadto się oddaliła, lub dął w róg pasterski, którego dźwięk stokrotnem echem odbijał się w górach. 

Była godzina czwarta po południu i słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Wierzchołki niektórych gór oświetlone były wyraźniej, podczas gdy podstawy ich lekka mgła otaczała. Z południowo-zachodniej strony, gdzie łańcuch gór rozstępował się trochę, tryskał snop ukośnych promieni słonecznych, wciskających się niby przez otwarte drzwi. 

Miejscowość ta należała do najmniej znanej i najdzikszej części Siedmiogrodu, zaliczonej do komitatu Klauzenburg, albo Kolosvar. 

Siedmiogród, zwany po madziarsku Erdely, kraj leśny, jest niezmiernie ciekawą prowincyą cesarstwa austryackiego. Ziemia Siedmiogrodzka graniczy na północy z Węgrami, na południe z Wołoszczyzną, a na zachód z Mołdawią. Rozległość jej wynosi sześćdziesiąt tysięcy kwadratowych kilometrów, czyli sześć milionów hektarów, co równa się dziewiątej części Francyi. Malownicze, górzyste jej położenie przypomina Szwajcaryą, ale jest ona o połowę obszerniejsza niż Helwecya, a mniej zaludniona. 

Transylwania, czyli Siedmiogród, posiada ziemię urodzajną, uprawne pola i bujne pastwiska. U stóp wyniosłych gór rozciągają się prześliczne doliny, odnogi gór Karpackich przerzynają kraj w rozmaitych kierunkach, rozliczne rzeki i rzeczki zasilają wspaniały Dunaj, którego Żelazne Wrota, znajdujące się o kilka mil ku południowi, zamykają wąwóz łańcucha gór Bałkańskich na granicy Węgier i państwa Ottomańskiego. 

Takim jest ten starożytny kraj Dacyi, zdobyty przez Trajana, w pierwszym wieku ery chrześcijańskiej. Niezależność, którą cieszył się pod panowaniem Jana Zapolskiego i jego następców, skończyła się po wstąpieniu na tron Leopolda I., który Siedmiogród przyłączył w roku 1699 do Austryi. 

Kraj ten zamieszkują rozmaite plemiona; są tu Wołoszanie i Rumuni, Węgrzy, Cyganie, Szeklerzy mołdawskiego pochodzenia i Saksoni, którzy z czasem zjednoczą się z miejscową ludnością. 

Do jakiego plemienia należał pasterz Frik? Czy to był potomek starożytnych mieszkańców Dacyi? Trudno to było określić, spoglądając na jego bezładnie spadające włosy, twarz posmoloną, gęstą brodę i, również gęste, krzaczyste i rudawe brwi, ocieniające niepewnego koloru oczy, zielonawo błękitne, otoczone siecią zmarszczek. Bo Frik ma już ze sześćdziesiąt pięć lat; pomimo to trzyma się dobrze, jest szczupły, zawiędły i wysoki, a gdy wsparty na swoim pasterskim kiju stał nieruchomie na skale, z głową osłoniętą szpiczastym słomianym kapeluszem, mógłby posłużyć za model malarzowi. 

W chwili, gdy słońce rzucało od zachodu snop promieni, Frik obrócił się, potem zasłaniając się ręką przed olśniewającem jego oczy światłem, spojrzał uważnie na daleki horyzont. Zdaleka na tle nieba, rysowały się mury zamczyska. Była to starożytna budowa, która zajmowała wyniosły i samotny wierzchołek góry, stanowiącej wyższą część płaszczyzny, zwanej płaszczyzną Orgall. Wśród blasków zachodzącego słońca mury zamku odbijały się wyraźnie. Jednakże wzrok pasterza sięgał widać bardzo daleko i odznaczał się niepospolitą siłą, skoro mógł dostrzedz niektóre szczegóły z takiej odległości. Frik zawołał nagle kręcąc głową: 

- Stary zamku!... stary zamku!... Trzymasz się jeszcze silnie na swoich podwalinach!... A jednak przed upływem trzech lat rozsypiesz się w gruzy, kiedy twój buk ma już tylko trzy gałęzie!... 

Drzewo bukowe, o którem pasterz wspominał, rosło obok jednej wieży zamczyska; gałęzie jego odbijały się ciemną barwą na tle nieba, lecz w tak delikatnych konturach, że człowiek posiadający wzrok mniej bystry, niż pasterz, nie byłby go nigdy odróżnił. Tajemnicze słowa pasterza odnosiły się do legendy, krążącej między ludem o tym zamku, którą później opowiemy. 

- Tak, tak, - powtórzył, - trzy gałęzie... Wczoraj było jeszcze cztery, ale jedna opadła tej nocy... tylko sęk po niej pozostał... Widzę przecie tylko trzy gałęzie... Tak, tak, stary zamku, tylko trzy!... 

Jeżeli będziemy zapatrywać się na pasterza ze strony idealnej, to powiemy, że odznacza się zawsze bujną imaginacyą, gdyż z natury jest marzycielem, do czego usposabia go rodzaj zajęcia; przypatruje się on planetom, naradza z gwiazdami, czyta w otwartej księdze niebios. Ale w rzeczywistości tak nie jest, gdyż są to ludzie nieoświeceni zupełnie. Lecz łatwowierność prostego ludu przypisuje im dary nadprzyrodzone. Podług nich może on rzucić urok i względnie do swego usposobienia, albo odżegnywa czary, albo je rzuca na ludzi i zwierzęta; oprócz tego sprzedaje proszki, napoje czarodziejskie, formułki zaklęć! On może zakląć urodzajność ziemi, aby nie wydała plonu, skoro czarownik wrzuci w nią zaklęty kamień, lub spojrzy lewem okiem. Podobne zabobony można napotkać w każdym kraju i w każdym wieku. Nawet wśród wieśniaków bardziej oświeconych istnieje ten zwyczaj, że z szacunkiem przemawiają do pasterza i okazują mu przychylność. 

- Lepiej się ukłonić, - mówią, - aby uniknąć złego wpływu. 

Ma się rozumieć, że w Siedmiogrodzie przekonania te są jeszcze bardziej zakorzenione. 

Frik więc uważany był za czarownika, umiejącego wywoływać fantastyczne zjawiska. Jeden twierdził, że wampiry i strzygi były mu posłuszne; drugi zapewniał, że można go było widzieć przy schyłku księżyca, lub podczas ciemnych nocy na stawidle młyńskiem, rozmawiającego z wilkami, lub wpatrzonego w gwiazdy. 

Frik nie zaprzeczał tym gadaniom, z których ciągnął korzyści. Za dobrą cenę sprzedawał umiejętność rzucania i zdejmowania uroków. Lecz trzeba dodać, że był niemniej łatwowiernym od tych, których wspomagał radą, i jeżeli nie wierzył we własne czary i gusła, wierzył uroczyście we wszystkie legendy i podania krążące po kraju. 

Nic więc dziwnego, że powtarzał przepowiednie, dotyczące zniknięcia starego zamku, kiedy buk utracił jedną gałęź i ze mu pilno było zanieść tę wiadomość do wioski. 

Zwołał trzodę za pomocą swego pasterskiego rogu i wyruszył ku wsi. Psy zaganiały owce, a były to mocne, na wpół dzikie brytany, które z pozoru można było raczej posądzić o chęć pożarcia baranów, niżeli pilnowania ich troskliwie. 

Trzoda ta należała do sędziego z Werst, nazwiskiem Kolbs, który płacił gminie znaczny podatek z pastwiska. Sędzia cenił bardzo pasterza Frika, wiedząc, że nietylko umie trzód pilnować, ale też strzedz i leczyć w potrzebie potrafi. 

Owce szły w ściśniętych szeregach, przed którymi postępował przewodnik stada. 

Zeszedłszy z pastwiska, Frik zwrócił się na szeroką ścieżkę, ciągnącą się wzdłuż pół uprawnych, na których kołysały się ciężkie kłosy zboża na wysokich łodygach; dalej widać było plantacye kukurydzy. Opodal szumiał las sosnowy i jodłowy, nęcący chłodem i cieniem. Poniżej rzeka Sil toczyła swoje przejrzyste fale po łożysku zasłanem kamykami, po jej powierzchni płynęły kłody drzewa, ciosanego w niedalekiej fabryce. 

Psy i owce zatrzymały się na prawym brzegu rzeki i zaczęły pić chciwie wodę. 

Niedaleko widać już było wioskę Werst, po za kępą wierzb, bujnie rozrośniętych i sięgających aż do podnóża góry Wulkan. Na stoku tej góry wznosiła się wioska tegoż nazwiska, zbudowana od strony południowej. 

Na polu było pusto o tej godzinie; rolnicy zwykle późno wracali do domu, i Frik nie napotkał nikogo. Gdy trzoda ugasiła pragnienie i pasterz wracał już ku dolinie, o pięćdziesiąt może kroków od niego, ukazał się jakiś człowiek przy zakręcie rzeki. 

- Hej! przyjacielu! - zawołał na pasterza. 

Był to jeden z tych obcych ludzi, którzy przebiegają tamtejsze okolice; spotkać ich można nietylko w miastach i osadach, ale i w najuboższych wioskach. Każdy mógł się z nimi porozumieć, gdyż mówili oni wszystkimi językami. Czy ten wędrowny kramarz był Włochem, Saksończykiem, lub Rumunem? Nikt nie umiałby na to odpowiedzieć. Raczej był on żydem, jak tego dowodziła jego wysoka, szczupła postać, nos garbaty, długa, spiczasta, przystrzyżona broda, wypukłe czoło i przenikliwie biegające czarne oczy. 

Handlarz ten sprzedawał okulary, termometry, barometry i małe zegary wieżowe. 

Towar, którego nie mógł zamknąć w tłumoczku, dźwiganym na plecach i przytwierdzonym mocnemi szelkami, zawieszał sobie na szyi i u pasa. Wyglądał więc, jak sklep ruchomy. 

Żyd miał widocznie szacunek dla pasterza, gdyż powitał go ukłonem ręki; potem zapytał tem narzeczem rumuńskiem, które powstało z mieszaniny języka łacińskiego i słowiańskiego, ale z lekkim odcieniem cudzoziemskiego akcentu. 

- Jakże wam się powodzi, przyjacielu? 

- Rozmaicie... stosownie do pogody, - odpowiedział Frik 

- No, to dziś miewacie się dobrze, bo dziś czas bardzo piękny. 

- Ale jutro będzie gorzej, gdyż jutro będzie deszcz padał. 

- Deszcz będzie padał? - zawołał kramarz. Więc w waszym kraju deszcz pada, choć chmur nie ma? 

- Chmury nadciągają w nocy i to stamtąd... za złej strony góry. 

- I z czegoż to wnosisz? 

- Z wełny moich baranów, która jest ostrą i suchą, jak wyprawiona skóra. 

- Niedobra to przepowiednia dla podróżnych zmuszonych daleką odbywać drogę... 

- Ale dobra dla tych, co pozostaną w swoich chatach. 

- Tak, jeśli mają własne chaty. 

- Czy masz dzieci? - zapytał Frik. 

- Nie. 

- Ale jesteś żonaty? 

- Nie. 

Frik dlatego był tak ciekawy, że jest to zwyczajem w ich kraju, zadawać ludziom mało znanym tego rodzaju pytania. 

Po chwili pasterz zapytał znowu:

- Skąd idziecie handlarzu? 

- Z Hermanstadtu. 

Hermanstadt jest jednem z główniejszych miast Siedmiogrodu. Po za nim ciągnie się dolina węgierskiej rzeki Sil, która prowadzi aż do miasteczka Pestronesi. 

- A dokąd idziesz? 

- Do Kolosvar. 

Chcąc dojść do Kolosvar, należy zwrócić się w stronę doliny Maros, potem zaś, minąwszy Karlsburg i pierwsze wzniosłości gór Bihar, dochodzimy do głównego miasta komitatu. Droga ta wynosi ze dwadzieścia mil, czyli około stu pięćdziesięciu kilometrów. 

W istocie ci wędrowni kramarze stanowią zupełnie odrębny rodzaj ludzi, przypominających jakieś fantastyczne postacie. Ponieważ sprzedają termometry, barometry i zegary i mają do czynienia ciągle z czasem i tym, co upływa, i tym co ma nadejść, lub jest obecnie, zdaje im się, że są posłannikami Saturna. I takie też wrażenie żyd wywarł na Frika, który patrzył na te wszystkie nieznane dla niego przedmioty, których znaczenia i użytku nie pojmował. 

- Powiedźcie mi handlarzu, - rzekł wreszcie, wskazując ręką na towar zawieszony na szyi kramarza, - do czego służą te przedmioty, wyglądające jak kości wisielca. 

- O! to są rzeczy mające wielką wartość, a nadewszystko pożyteczne dla każdego, - odpowiedział kramarz. 

- Pożyteczne dla każdego? - zawołał Frik, mrugając oczyma, - nawet dla pasterza? 

- A ma się rozumieć. 

- I na cóż przydać się może taka maszynka? 

- Ta maszynka, - odpowiedział żyd, biorąc w rękę termometr, oznajmia każdemu, czy jest ciepło lub zimno. 

- Eh! ja i bez tego wiem o tem dobrze, skoro się raz pocę, a drugi raz drżę z zimna, pomimo płaszcza. 

Naturalnie, że to było rzeczą dostateczną dla takiego prostaczka. 

- A ta duża machina z igłą? - zapytał znowu, wskazując na barometr. 

- Instrument ten wskazuje, czy jutro będzie deszcz czy pogoda. 

- Doprawdy? 

- Nieinaczej... 

- Eh! co mi potem, choćby to nie kosztowało więcej nad grajcara, - odpowiedział Frik. - Gdy patrzę na chmury wijące się wśród gór, lub przesuwające się ponad najwyższymi szczytami, to wiem już na dwadzieścia cztery godziny naprzód, jaka będzie pogoda. Patrz, czy widzisz tę lekką mgłę, wznoszącą się ponad ziemią? Otóż mogę ci powiedzieć na pewno, że jutro deszcz będzie padał. 

Rzeczywiście, kto tak znał się na niebie, jak Frik, mógł się łatwo obejść bez barometru. 

- Nie pytam się nawet, czy ci zegar potrzebny? - zaczął znowu handlarz. 

- Zegar? a nacóżby mi się przydał?... Mam ja najlepszy zegar, który krąży nad moją głową i chodzi bez niczyjej pomocy, a jest nim słońce na niebie. Gdy ono zatrzyma się na wierzchołku góry Rodük, wiem, że wtedy jest południe, a gdy wygląda przez wąwóz Egelt, jest wówczas szósta godzina. Moje barany wiedzą o tem zarówno dobrze, jak i moje psy. Schowaj więc dla siebie swoje zegary. 

- No, gdybym tylko tego rodzaju klientów napotykał, - odpowiedział kramarz, - nie wiem, czy potrafiłbym zarobić na życie. A zatem nic wam nie potrzeba, pasterzu? 

- Nic, a nic. 

Trzeba wyznać, że towar, którym przechwalał się handlarz, był w dość lichym gatunku i nie odznaczał się wyborową robotą. Barometry nie wskazywały dokładnie zmian pogody, wskazówki zegara posuwały się za prędko lub za wolno. Być może, że pasterz przeczuwał to i dlatego nie chciał nic kupić. Kiedy jednak ujął już swój kij pastuszy, uwagę jego zwrócił rodzaj rożku, czy rurki, zawieszonej na taśmie na szyi handlarza. 

- A do czego służy ta rurka? - zapytał. 

- To nie rurka. 

- Czyżby to była broń jaka? Może pistolet? 

- Nie, - odparł żyd, - to luneta. 

Była to w istocie luneta dosyć pospolita, przybliżająca i powiększająca pięć lub sześć razy przedmioty. 

Frik odwiązał instrument, przypatrywał mu się, obracał go w ręku i rozsuwał walce. 

- Luneta? - zapytał po chwili, kręcąc głową. 

- I do tego bardzo doskonała, daleko można widzieć przez nią. 

- O! i bez tego mam wyborny wzrok! Gdy czas jest pogodny, widzę najwyższe skały na szczycie Retyazat i najdalsze drzewa w wąwozie górskim. 

- I nie mrużysz oczu? 

- Bynajmniej. Alboż to rosa nie myje mi oczu, kiedy sypiam prawie zawsze pod gołem niebem! To najlepsza rzecz na oczy. 

- Co? rosa? - powtórzył handlarz. - Ależ to możnaby zaniewidzieć raczej... 

- Może szkodzi ona innym ludziom, ale nie pasterzom. 

- Niech i tak będzie. Ale jeśli wy macie dobre oczy, ja mam jeszcze lepsze, kiedy spojrzę przez tę lunetę. 

- Chciałbym się o tem przekonać. 

- Spojrzyj więc... 

- Ja?... 

- No, cóż w tem dziwnego? 

- A nic za to nie zapłacę? - zapytał Frik z niedowierzaniem. 

- Nic, chyba, że będziesz chciał kupić lunetę. 

Uspokojony tem zapewnieniem Frik, wziął lunetę, której szkła kramarz ustawił odpowiednio, i przymknąwszy lewe oko, przyłożył lunetę do prawego oka. 

Naprzód spojrzał w stronę gór, a następnie zwrócił szkło ku wiosce Werst. 

- No, no, - rzekł, - widzę, że to prawda... przez szkło widzę dalej i lepiej, niż mojemi oczami... Poznaję nawet osoby... Otóż i gajowy Niko Dek, który powraca z lasu ze strzelbą na ramieniu i myśliwską torbą zawieszoną na plecach. 

- A nie mówiłem wam! - odezwał się kramarz... 

- Tak, tak, to Nik, - mówił dalej pasterz. A cóż to za dziewczyna, która wychodzi z domu pana Koltz. Widzę, że jest ubrana w ponsową spódniczkę i czarny gorsecik, ale kto to? 

- Spojrzyjcie uważniej, a poznacie ją z pewnością... 

- Ah! to Miriota!... piękna Miriota! 

- No i jakże wam się podoba ta maszyna? 

- Nigdy nie myślałem, że przez nią tak daleko widzieć można. 

Frik nigdy w życiu nie widział lunety, co dowodziło, jakim zapadłym kątem była wioska Werst. 

- Patrzcie jeszcze dalej, niż ta wioska, odezwał się kramarz. 

- A nic za to nie zapłacę? - powtórnie zapytał pasterz. 

- Nic a nic, - zapewniał go kramarz. 

- Aha! widzę dzwonnicę w wiosce Livadzel. Poznaję ją po krzyżu! A dalej jeszcze w dolinie, pomiędzy jodłami, spostrzegam dzwonnicę w Petronesy, na której wznosi się blaszany kogut, z otwartym dziobem, jakby chciał zwoływać kurczęta... Tam znów widzę wieżę w Patrilla... Wszak mogę patrzeć, skoro to nic nie kosztuje? 

- Możecie, możecie. 

Frik zwrócił lunetę ku płaszczyźnie Orgall i wreszcie ku ruinom starożytnego zamku. 

- Tak! - zawołał, - czwarta gałęź leży na ziemi... widziałem więc dobrze! I nikt nie pójdzie jej podnieść, aby z niej zrobić piękną pochodnię dla świętego Jana... Nie, nikt, ani ja nawet!... Byłoby to narażać duszę i ciało... Ale po co się tem kłopotać... Jest ktoś, co ją tej nocy porwie do piekielnego ogniska... To czort!... 

Tak lud prosty pospolicie nazywa dyabła, złego ducha. 

Być może, iż żyd byłby się zapytał o wyjaśnienie tych słów, niezrozumiałych dla niego, lecz Frik zawołał nagle głosem, w którym przestrach mieszał się z podziwieniem: 

- A to co za mgła wydobywa się z tej wieży! Czy to mgła?... Nie, to jest dym chyba... Ależ to niepodobieństwo!... Od setek lat z kominów zamkowych dym się nie wydobywa!... 

- A jednak musi to być dym, skoro go widzicie, pasterzu. 

- Ależ nie, nie, to szkło się może zaćmiło. 

- Można je przeczyścić. 

Frik otarł szkła rękawem i znowu przyłożył je do oka. 

Z wieży zamkowej w istocie dym się wydobywał, zbijając się prostym słupem w powietrze. 

Frik stał nieruchomy i milczał. Cała jego uwaga zwrócona była na zamek, którego mury zmrok wieczorny zaczął osłaniać. 

Nagle odjął lunetę do oczu i sięgając ręką do woreczka ukrytego pod kaftanem, zapytał: 

- Wiele chcesz za tę rurkę? 

- Półtora reńskiego, - odpowiedział handlarz. 

I byłby może oddał ją za reńskiego, gdyby Frik był się potargował. Ale pasterz, zostający pod wpływem zdumienia, nie myślał się targować i wyjął z woreczka pieniądze. 

- Czy to dla siebie kupujecie tę lunetę? - zapytał handlarz. 

- Nie... dla mojego pana, sędziego Koltz. 

- A zatem on wam wróci pieniądze? 

- Naturalnie... dwa reńskie, tyle, ile mnie kosztuje. 

- Jakto?... dwa reńskie?... 

- No, ma się rozumieć, dobranoc wam przyjacielu. 

- Dobranoc, pasterzu. 

I Frik gwiżdżąc na psy, szybkim krokiem poszedł ku wiosce. 

Żyd patrzył za odchodzącym, kręcąc głową, jak gdyby spoglądał na waryata. 

- Gdybym był wiedział, - rzekł sam do siebie, - byłbym mu ją sprzedał drożej. 

I poprawiwszy towar na plecach, ruszył w stronę Karlsburga, idąc prawym brzegiem rzeki. 

Dalej losy jego już nas nie obchodzą.

 

Rozdział II

 

Przedmioty, na które spoglądamy z pewnej odległości, wydają się nam zawsze inaczej, niż z blizka, a mianowicie trudno jest rozróżnić starożytne ruiny, rozsypujące się w gruzy, od skał nagromadzonych w epoce geologicznej, w czasie ostatnich przewrotów ziemskich. Głazy naturalne i opracowane ręką ludzką są w oddaleniu niezmiernie do siebie podobne. Też same mają licznie, zboczenia i szarawe barwy, w które przyoblokły je wieki. 

Tak samo przedstawiał się i starożytny zamek wśród gór. Niepodobieństwem było określić jasno jego kształtów. Wznosił się on na równinie Orgall, obok wąwozu Wulkan. Wyniosłe szczyty okalające go nie dozwalały mu odbijać się wyraźnie na horyzoncie. To, co brano za wieżyczkę, mogło być odłamkiem skały; wszystkie kształty były niepewne i nieokreślone. Wielu turystów twierdziło nawet, że stare zamczysko istniało tylko w wyobraźni okolicznych mieszkańców. 

Najłatwiej było przekonać się o tem, udając się z przewodnikiem, któryby chciał iść do zamczyska. Nikt w okolicy nie odważył się zaprowadzić tam podróżnego. 

Przez lunetę, choćby lepszą od tej, jaką kupił pasterz Frik od handlarza, można było widzieć jedynie, że na jakie ośmset lub dziewięćset stóp ponad wąwozem Wulkan, wznosił się szary mur, pokryty pnącemi się roślinami; które go do połowy zakrywały. Mur ciągnął się w okrąg na jakie pięćdziesiąt sążni. W dwóch przeciwległych rogach wznosiły się dwie wieże, a przy wieży z prawej strony rósł właśnie ów sławny buk, który miał wróżyć ostateczną zagładę ruinom zamku. Na wieży widać było jeszcze dach śpiczasty; na lewo wznosiła się dzwonnica zamkowej niegdyś kaplicy, a wichry potrącały nieraz popsutym już dzwonem, ku wielkiemu przerażeniu okolicznych mieszkańców. 

W pośrodku okalającego muru wznosił się korpus głównego gmachu, z oknami oprawnemi w ołów i tarasem otaczającym pierwsze piętro. Na tarasie widać było długi, metalowy pręt, rodzaj chorągiewki, która zardzewiała i stała się nieruchomą, zwróconą w stronę południowo-zachodnią. 

Pomimo, że mur zewnętrzny miejscami rozsypywał się w gruzy, nie można było wiedzieć, czy wewnątrz znajduje się jakkolwiek mieszkanie, któreby się łączyło z wąwozem przez zwodzony most, lub podziemną galeryę. 

Jak wspominaliśmy już o tem, nikt za żadne skarby świata nie chciałby się przekonać, czy zamek rozsypuje się w gruzy czy nie. 

Zabobonny strach strzegł lepiej starych murów, niżby to czyniły wały obronne, wieże, działa, śmigownice i inne maszyny dawnej artyleryi. 

A jednak zwaliska te zasługiwały na to, aby je zwiedzali turyści i badacze starożytności. Położenie jego na płaszczyźnie Orgall jest wyjątkowo piękne. Z wyższego tarasu wieży widok rozciąga się aż do krańca łańcucha gór. Po za zamkiem wznoszą się wyniosłe, poszarpane szczyty skał, które oznaczają granice Wołoszczyzny. Przed nim wije się kręty wąwóz zwany Wulkan, jedyna dostępna droga w tych pogranicznych prowincyach. Po za doliną dwóch Sils widać osady Livadzel, Lonyai, Petroseni i Petulla, wznoszące się niedaleko nizin, gdzie znajdują się kopalnie węgla kamiennego. Dalej na widnokręgu widać wzgórza zarosłe po bokach lasami i łąkami, skaliste u szczytów, a ponad niemi wyniosłe góry Retyezat i Paring. Jeszcze dalej, poza doliną Hatszeg i rzeką Maros, ukazują się we mgle oddalenia zarysy Alp środkowego Siedmiogrodu. 

W głębi tego lejka, wskutek pochyłości gruntu, utworzyło się niegdyś jezioro, do którego wpływały obie rzeki Sils, zanim znalazły ujście pośród łańcucha gór. Na miejscu dawnego jeziora znajduje się właśnie kopalnia węgla i wysokie z czerwonej cegły kominy strzelają w górę, z pośród gałęzi topoli, jodeł i buków; czarny dym zatruwa powietrze, w którem dawniej unosił się zapach kwiatów i drzew owocowych. W epoce, do której odnosi się to opowiadanie, jakkolwiek przemysł rozwinął się tu nie źle, okolica nie straciła nic ze swojej dzikiej piękności. 

Zamek zbudowany był w dwunastym, albo trzynastym wieku. W owym czasie klasztory, kościoły i zamki opasywały się obronnemi murami, gdyż tak panowie jak wieśniacy musieli się zabezpieczać do rozmaitego rodzaju napadów. Dlatego też i stary zamek miał pozór budowli z czasów feodalnych. 

Niewiadomo jaki architekt zbudował go na tej wyniosłości, być może, że Roumain Manoli, tak chwalebnie opiewany w wołoskich legendach, który zbudował także sławny zamek Rudolfa Czarnego. 

Posiadaczami zamku od niepamiętnych czasów byli baronowie de Fortz. Brali oni czynny udział we wszystkich krwawych wojnach, których widownią były prowincye Siedmiogrodu. Ostatnim potomkiem wygasłego obecnie rodu był baron Rudolf. Aby zapełnić samotność i pustkę w jakiej żył, oddał się z namiętnem zamiłowaniem muzyce, uwielbiając nadewszystko śpiew sławnych w owym czasie artystów. Oddał stary zamek w opiekę kilku zaufanych, dawnych sług, a sam w daleką wyruszył podróż. Okoliczni mieszkańcy nigdy go już potem nie widzieli, a o zniknięciu jego najrozmaitsze krążyły wieści. Jedni twierdzili, że dostał się do więzienia w Szamos-Uyvar, lecz nie umieli wytłómaczyć za jakie przewinienia; drudzy zapewniali, że zginął podczas walki Roszy-Sandora z pogranicznymi przemytnikami. 

Wszyscy wierzyli, że baron Rudolf umarł, choć nikt nie miał na to dowodów, ale ogólna łatwowierność utrwaliła te wieści. 

Zamek został opuszczony i w mniemaniu ogółu nawiedzany przez duchy. Bujna wyobraźnia ludowa zaludniła go widziadłami i upiorami, które miały się tam ukazywać w nocy. Wiara bowiem w zabobony kwitła w najlepsze w tych okolicach. 

Podług mniemania ludu wilkołaki biegały po polach, upiory wysysały krew ludzką, a duchy błądziły wśród ruin i starały się szkodzić wszystkim, jeżeli ich nie przebłagano, dając im jeść i pić codzień wieczorem. Oprócz tego istniały jeszcze wieszczki i czarownice, które najniebezpieczniej było spotkać we wtorki lub piątki, gdyż były to najgorsze dnie w tygodniu. 

Któżby więc miał odwagę zapuszczać się w głąb lasów, gdzie się kryją olbrzymie smoki, otwierające paszczęki aż do obłoków, i skrzydlate potwory, chwytające małe dzieci. Sama nazwa tych istot nadprzyrodzonych dreszczem trwogi przenikała najśmielszego człowieka. Duchem opiekuńczym, który miał oddalać złośliwy wpływ potworów, był w pojęciu ludowem wąż pospolity, żyjący w chatach, którego opiekę wieśniacy zdobywają sobie, karmiąc go najlepszem mlekiem. 

Jeśli więc pomiędzy ludem było takie mniemanie, cóż dziwnego, że odnosiło się głównie do opuszczonego zamku, gdzie miały się kryć upiory i duchy z rodziny baronów Gortz. Trwoga oddalała każdego do ruin, tak jak szkodliwe wyziewy każą unikać bagniska, siejącego zarazę. Gdyby się ktoś odważył przybliżyć, choćby na ćwierć mili od zamku, narażał nietylko na zgubę życie doczesne, ale i zbawienie wieczne. 

Lecz ten zgubny wpływ miał ustać, skoro ze starożytnej fortecy nie pozostanie ani jednego kamienia; tak przynajmniej opiewała legenda. 

Podług niej, istnienie zamku łączyło się z istnieniem starego buku, rosnącego w rogu zamkowego muru. Po zniknięciu Rudolfa de Gortz, wieśniacy, a mianowicie pasterz Frik uważali, że buk corocznie tracił wielkie swe gałęzie. Gdy po raz ostatni widziano Rudolfa na tarasie pałacowym, buk liczył ośmnaście konarów, a dziś miał zaledwie trzy. Z każdą ubywającą gałęzią, ubywały lata istnienia zamku. Gdy spadnie ostatnia gałęź, na płaszczyźnie Orgall nie pozostanie śladu dawnych murów. 

Ma się rozumieć, że to wszystko było wynikiem bujnej wyobraźni ludzkiej, lecz w baśnie te wierzyli wszyscy od najstarszych do najmłodszych, głównie dlatego, że tak twierdził Frik, który baczną zwracał uwagę na drzewo, podczas, gdy jego trzoda pasła się na pastwiskach Sil. 

Pasterz dążył właśnie z tą wiadomością do wsi, gdy spotkał handlarza, od którego kupił lunetę. 

A była to wiadomość ważna. Dym ukazał się ponad wieżą... To, czego Frik nie mógłby dojrzeć gołem okiem, dojrzał przez lunetę. Nie była to bynajmniej mgła, lecz dym wznoszący się ku obłokom. A jednak zamek był opuszczony! Od dawna nikt nie dostał się tam przez podziemne wejście, które zapewne jest zamknięte, jak również most zwodzony, który był prawdopodobnie podniesiony. 

Jeżeli więc w zamku ktoś mieszka, to chyba istoty nadprzyrodzone. Ale z jakiego powodu duchy miałyby rozniecać w komnatach zamkowych ogień? Czy to był ogień w celu ogrzania pokoi, lub ugotowania pożywienia?... Była to zagadka trudna do rozwikłania. 

Frik z pośpiechem zapędzał swą trzodę, w czem mu gorliwie psy dopomagały. Tumany pyłu na drodze opadały szybko, zwilżone wieczorną rosą. 

Kilku wieśniaków, zapóźnionych przy pracy, powitało Frika pozdrowieniem, lecz on zaledwo odpowiedział na ich uprzejmość, co wzbudziło prawdziwy w wieśniakach niepokój, gdyż chcąc uniknąć złego wpływu czarownika, nie dość go pozdrowić, trzeba jeszcze, aby oddał pozdrowienie. Ale Frik nie myślał o tem, patrzył przed siebie błędnym wzrokiem i coś mruczał pod nosem. 

Wreszcie, gdy zapędził trzodę do szopy, udał się czemprędzej do swego pana, sędziego Koltz. 

- Panie, widać ogień w zamczysku! - wołał już z daleka. 

- Gdzie, jaki ogień? - powtórzył ze zdumieniem Koltz. 

- Nie ogień to wprawdzie, ale dym - poprawił się pasterz - ale to wszystko jedno. 

Zdumiony sędzia wszedł na taras domu, a za nim pasterz i domownicy. 

Lecz zanim spojrzał w stronę zamczyska, spostrzegł lunetę w ręku u Frika. 

- Co to jest? - zapytał z podziwieniem. 

- To maszyna, którą kupiłem dla was, gospodarzu. Dałem za nią dwa złote, ale ona warta cztery. 

- Od kogo kupiłeś? 

- Od wędrownego kramarza. 

- I do czegoż ona służy? 

- Przybliż pan to do oka i spojrzyj w stronę zamczyska, a sam przekonasz się, do czego służy ta maszyna. 

Sędzia zwrócił lunetę w stronę zamku i patrzył przez nią długo. 

Tak, w istocie z wieży zamkowej dym się wydobywał. 

- Co to być może? - szepnął Koltz z trwogą. 

- A co, czy nie mówiłem? - odezwał się Frik z tryumfującą miną. 

- Co się stało? - dodał strażnik leśny Niko Deck, który był obecny całej tej rozmowie. 

- Czyżby piorun uderzył w wieżę zamkową? mówił dalej sędzia. - Ale zdaje mi się, że w tych dniach nawet nie grzmiało. 

- O! nie, od ośmiu dni nie było ani deszczu; ani burzy, - odpowiedział pasterz. 

Wszyscy byli zdumieni i przerażeni, że nie zdziwiliby się bardziej, gdyby im kto powiedział, że na szczycie góry Retyezat otworzył się krater wulkanu, dający ujście gazom podziemnym. 

 

Rozdział III

 

Wioska Werst jest tak mało znacząca, że rzadko na której mapie bywa oznaczoną. Pod względem administracyjnym urządzona jest lepiej, niż wioska Wulkan, znajdująca się również na stoku góry Plesa. 

Odkrycie kopalni, które ożywiło znacznie handel w osadach Petronesy, Livadzel i innych, nie wpłynęło korzystnie ani na Wulkan, ani na Werst; wioski te pozostały zupełnie takiemi, jakiemi były przed pół wiekiem. 

Ludność wioski Wulkan składa się głównie z urzędników komory celnej i kupców. W wiosce Werst za to więcej znajduje się rolników a wszystkich mieszkańców jest z pięćset osób. 

Domy rozsiadły się po obu stronach drogi, pnącej się ku górze, lub pochylającej się na dół, a będącej granicą Wołoszczyzny i Siedmiogrodu. Tedy przechodziły stada wołów, baranów i trzody chlewnej, przejeżdżali kupcy handlujący owocami, mięsem i zbożem, oraz rzadko zdąrzający się podróżni, którzy woleli przedostać się przez wąwóz, niż przez Kolosvar i dolinę Maros. 

Natura bez zaprzeczenia hojnie wyposażyła tę dolinę, która ciągnie się pomiędzy górami Bihar, Retyezat i Paring. Ziemia jest tu nadzwyczaj urodzajna, oprócz tego są kopalnie soli, dostarczające rocznie do dwudziestu tysięcy beczek. Kopalnie Torotzko dostarczają ołowiu, merkuryuszu, a nadewszystko żelaza, które wydobywano już w dziesiątym wieku i z którego najlepszą stal wyrabiają. W Topanfalva znajduje się nawet złoty piasek w głębi strumieni. 

Lecz wszystkie te bogactwa natury nie wpływają na dobrobyt ludności. Są wprawdzie osady zbudowane z większym już komfortem, posiadające sklepy, składy i magazyny, oraz domy prywatne, ozdobione balkonami i werandami, lecz podobnego przepychu nie napotka się ani w wiosce Wulkan, ani w Werst. 

W tej ostatniej znajduje się ze sześćdziesiąt domków, pokrytych fantastycznymi dachami, wystającymi daleko ponad ściany domów. Przed każdym domem jest ogródek, a poza nim na wpół zrujnowana stodoła i obora kryta słomą, a gdzieniegdzie studnia, ze zwieszającem się wiadrem. Wody, spływające po deszczu, wyżłobiły sobie naturalne ścieki, wijące się kręto po obu bokach drogi. 

Pomimo swej prostoty, wioska miły dla oka przedstawia widok. Drzwi i okna zdobią kwiaty, bujne sploty pnących się roślin ozdabiają mury, na słomianych dachach porastają mchy, topole, wiązy, buki, jodły i klony otaczają domostwa. W oddali widać coraz wyżej piętrzące się góry, których wierzchołki odbijają się na jasnem tle nieba. 

Narzecze, którem mówią w tej wiosce, nie jest ani niemieckiem, ani węgierskiem, lecz rumuńskiem, którego również używają cyganie, rozrzuceni we wszystkich okolicach komitatu. W Werst znajdowali się także cyganie, lecz mieszkali zupełnie oddzielnie, jakkolwiek wyznawali religię chrześcijańską. 

Cywilizacya jest jak powietrze lub woda, jak tylko gdzie znajdzie jakiś otwór, przedostaje się natychmiast, przynosząc zarazem zmiany w okolicy. Lecz widać, że takiej szczerby nie było tu jeszcze, gdyż Werst był zakątkiem ziemi zupełnie zacofanym. Mieszkańcy tych okolic nigdy się stąd nie wydalali, tu żyli i tu umierali. 

Nauczyciel wiejski, Hermod, uczy tylko czytać, pisać i rachować, ale dalej nie sięga jego wykształcenie. Historya, geografia i literatura są to dla niego rzeczy nieznane, umie on tylko ludowe pieśni i legendy. I pod tym względem nigdy go pamięć nie zawodzi. Niektórzy uczniowie bardzo z tego korzystają. 

Teraz przypatrzmy się bliżej sędziemu z Werst. Był to człowiek mający około lat sześćdziesięciu, Rumun z pochodzenia, z krótko przystrzyżonymi, siwiejącymi włosami, z ciemnym jeszcze wąsem i łagodnem spojrzeniem. Tęgi i barczysty, jak każdy góral, nosił duży filcowy kapelusz, szeroki pas spięty na klamrę, kurtkę bez rękawów i buty z wysokiemi cholewami. Był on raczej wójtem niż sędzią, a chociaż urząd jego zmuszał go do załatwiania rozmaitych spraw, głównie zajmował się utrzymaniem ładu i porządku w wiosce, przytem trzeba dodać, że nie zapominał i o własnej kieszeni. Każda umowa, kupno lub sprzedaż, przynosiły mu pewien procent, nie mówiąc o podatku drogowym, który płacili cudzoziemcy i turyści, a z którego także miał pewną korzyść. 

Było to więc zajęcie dość zyskowne, zapewniające panu Koltz dobrobyt. Większa część wieśniaków w tym komitacie zadłużona jest u lichwiarzy żydów, którzy ich gnębią i prześladują, lecz sędzia Koltz nie potrzebował się uciekać do tej ostateczności. Na jego gruntach nie ciężył ani grosz długu. Miał urodzajne pola, doskonałe pastwiska dla swoich trzód, winnice, z których mógł być dumnym i które w istocie gięły się pod ciężarem olbrzymich gron owoców. Sprzedawał też z korzyścią winogrona, zostawiając część jakąś na własny użytek. 

Dom posiadał najpiękniejszy w całej wiosce, położony na wzgórzu i zbudowany z kamienia. Poza domem rozciągał się ładny ogród owocowy i warzywny, ściany domu pokrywała zieleń pnących się roślin, zarzucających aż na dach swoje bujne gałązki. Wysokie buki rosły około domu, w ogrodzie widać było warzywa i owoce starannie pielęgnowane. Wewnątrz domu izby były czyste i obszerne, a z każdego kąta wyglądał spokój i dostatek. Wszystkie sprzęty, łóżka, stoły, ławy i stołki były malowane, na półkach połyskiwały garnuszki i półmiski, od pułapy zwieszały się rozmaite ozdoby, jako to: gliniane dzbanuszki zawieszone na kolorowych, jaskrawych wstążkach; kufry i skrzynie zastępujące komody i szafy, pokrywały również pstre pokrowce. Na wapnem wybielonych ścianach wisiały o jaskrawych barwach obrazki, z których jeden przedstawiał Hunyadę, bohatera z XV wieku. 

Jednem słowem dom wójta Koltz był ślicznem mieszkaniem i możnaby nawet powiedzieć, że za dużem dla niego jednego; ale Koltz nie był sam, gdyż miał córkę, śliczną Miriotę, którą kochał tkliwie. Koltz mógł był jej nadać jakie szczególne pogańskie imię, jak Floryka, Daina, lub Daurytia, które są używane na Wołoszczyźnie, nie, on ją nazwał po prostu Miriotą, co znaczy dosłownie - mała owieczka. Dziewczyna rosła szybko i teraz miała już lat dwadzieścia. Była to ładna blondynka z czarnemi oczami, patrzącemi na świat z ufnością, zręczna i wysmukła. Bardzo jej było do twarzy w narodowym stroju: w białej koszulce z pąsowem na kołnierzu wyszyciem, w barwnej spódniczce obciśniętej szerokim paskiem ze srebrną klamrą, w czarnym gorseciku i fartuszku w niebieskie i ponsowe pasy, w żółtych bucikach i lekkiej chusteczce zarzuconej na głowę; z pod chustki wymykały się długie warkocze, związane wstążką. 

Miriota Koltz była nietylko przystojną i bogatą, ale i dobrą gospodynią i wykształconą osobą. Zarządzała doskonale ojcowskiem gospodarstwem, a w szkole od nauczyciela Hermod nauczyła się czytać, pisać i rachować. Przytem znała również doskonale wszystkie podania, legendy i pieśni. Umie legendę o Dziewiczej Skale, gdzie skryła się księżniczka przed pogonią Tatarów; o smoczej Jamie, znajdującej się w Królewskiej dolinie; o fortecy Déva, zbudowanej przez wieszczki; o sławnej górze bazaltowej zwanej: "Porażona od pioruna" a podobnej do olbrzymich skrzypiec, na których dyabeł grywa podczas burzliwych nocy. Zna również podanie o górze Retyezat, której wierzchołek zamiatają czarownice i o wąwozie Thorda, który powstał od uderzenia miecza św. Władysława. Miriota wierzyła święcie w te wszystkie baśnie i często rozmawiała o tem ze swoim krewnym Mikołajem a raczej Niko-Deckiem. 

Niko Deck był to leśniczy tamtejszych lasów, krewny jej po matce, dwudziestokilkoletni chłopak; wysoki, silny brunet, odziany zwykle w barani kożuszek, wyszywany różnokolorowymi jedwabiami. Odważny przytem i śmiały, był ulubieńcem swego wuja, wójta Koltz. 

Musimy jeszcze lepiej zapoznać się z nauczycielem i doktorem. 

Nauczyciel Hermod był to człowiek stary, w okularach i z niedostępną porcelanową fajeczką w ustach; rzadkie, siwe włosy okrywały jego głowę, w twarzy miał jakieś nerwowe drganie. Sam temperował uczniom pióra, gdyż z zasady nie pozwalał im pisać stalówkami; a biegłym był w tej sztuce, gdyż twierdził, że umiejętnością zasługującą na największy szacunek jest umiejętność pięknego pisania i w tym też kierunku kształcił głównie swoich uczniów. Inne nauki podrzędniejsze w jego mniemaniu zajmowały miejsce. 

Doktor Patak był także dziwaczną figurą. Niejeden zdziwił się może, że pomimo obecności tak wykształconej osoby, mieszkańcy wioski Werst wierzyli jeszcze w gusła i zabobony. 

Ależ doktor ów był tak samo doktorem, jak wójt Koltz sędzią. Patak tytułował się tylko szumnie doktorem, jego wymowa i pewność siebie wzbudzały w ludziach zaufanie, podobne do tego, którem cieszył się Frik, a to było niemałym dowodem uznania. Patak sprzedawał rady i leki, lecz te ostatnie składały się z tak niewinnych środków, że nie mogły nikomu zaszkodzić, ale leczyły jedynie takie choroby, którym pomagała sama natura. Bo też i ludzie cieszą się zdrowiem w tamtych okolicach, nie słyszano tam nigdy o żadnych epidemicznych chorobach, a jeśli ludzie umierają, to dlatego, że takie jest nieuniknione prawo natury. Nie trudno więc być doktorem w tym błogosławionym zakątku Siedmiogrodu. 

Patak nie kształcił się był nigdy w medycynie, lecz był po prostu niegdyś dozorcą chorych przy szpitalu pogranicznym, przeznaczonym do kwarantanny. Czuwał więc tylko nad podróżnymi, którzy przez pewien przeciąg czasu podlegali prawom kwarantanny. 

Doktor Patak, jako bardziej oświecony od innych, nie wierzył w zabobony i wyśmiewał się z legendy dotyczącej starego zamczyska wśród gór. Gdy mówiono wobec niego o tem, że od niepamiętnych czasów nikt nie śmie się przysunąć do starożytnych ruin, powtarzał nieraz: 

- Niechby mnie tylko kto zachęcił, a podszedłbym zobaczyć stare ruiny; sądzę, że nie ma czego się obawiać! 

Ale ponieważ nikt nie zachęcał, doktor nigdy się nie wybrał na tę niebezpieczną wycieczkę i zamek zawsze otaczała nierozwikłana tajemnica.

Le Château des Carpathes

Chapitre I

 

 

Cette histoire n'est pas fantastique, elle n'est que romanesque. Faut-il en conclure qu'elle ne soit pas vraie, étant donné son invraisemblance? Ce serait une erreur. Nous sommes d'un temps o? tout arrive, - on a presque le droit de dire o? tout est arrivé. Si notre récit n'est point vraisemblable aujourd'hui, il peut l'?tre demain, grâce aux ressources scientifiques qui sont le lot de l'avenir, et personne ne s'aviserait de le mettre au rang des légendes. D'ailleurs, il ne se crée plus de légendes au déclin de ce pratique et positif dix-neuvi?me si?cle, ni en Bretagne, la contrée des farouches korrigans, ni en Écosse, la terre des brownies et des gnomes, ni en Norv?ge, la patrie des ases, des elfes, des sylphes et des valkyries, ni m?me en Transylvanie, o? le cadre des Carpathes se pr?te si naturellement a toutes les évocations psychagogiques. Cependant il convient de noter que le pays transylvain est encore tr?s attaché aux superstitions des premiers âges.

Ces provinces de l'extr?me Europe, M. de Gérando les a décrites, Élisée Reclus les a visitées. Tous deux n'ont rien dit de la curieuse histoire sur laquelle repose ce roman. En ont-ils eu connaissance? peut-?tre, mais ils n'auront point voulu y ajouter foi. C'est regrettable, car ils l'eussent racontée, l'un avec la précision d'un annaliste, l'autre avec cette poésie instinctive dont sont empreintes ses relations de voyage.

Puisque ni l'un ni l'autre ne l'ont fait, je vais essayer de le faire pour eux.

Le 29 mai de cette année-la, un berger surveillait son troupeau a la lisi?re d'un plateau verdoyant, au pied du Retyezat, qui domine une vallée fertile, boisée d'arbres a tiges droites, enrichie de belles cultures. Ce plateau élevé, découvert, sans abri, les galernes, qui sont les vents de nord-ouest, le rasent pendant l'hiver comme avec un rasoir de barbier. On dit alors, dans le pays, qu'il se fait la barbe - et parfois de tr?s pr?s.

Ce berger n'avait rien d'arcadien dans son accoutrement, ni de bucolique dans son attitude. Ce n'était pas Daphnis, Amyntas, Tityre, Lycidas ou Mélibée. Le Lignon ne murmurait point a ses pieds ensabotés de gros socques de bois: c'était la Sil valaque, dont les eaux fraîches et pastorales eussent été dignes de couler a travers les méandres du roman de l'Astrée.

Frik, Frik du village de Werst - ainsi se nommait ce rustique pâtour -, aussi mal tenu de sa personne que ses b?tes, bon a loger dans cette sordide crapaudi?re, bâtie a l'entrée du village, o? ses moutons et ses porcs vivaient dans une révoltante prouacrerie -, seul mot, emprunté de la vieille langue, qui convienne aux pouilleuses bergeries du comitat.

L'immanum pecus paissait donc sous la conduite dudit Frik, - immanior ipse. Couché sur un tertre matelassé d'herbe, il dormait d'un ?il, veillant de l'autre, sa grosse pipe a la bouche, parfois sifflant ses chiens, lorsque quelque brebis s'éloignait du pâturage, ou donnant un coup de bouquin que répercutaient les échos multiples de la montagne.

Il était quatre heures apr?s midi. Le soleil commençait a décliner. Quelques sommets, dont les bases se noyaient d'une brume flottante, s'éclairaient dans l'est. Vers le sud-ouest, deux brisures de la chaîne laissaient passer un oblique faisceau de rayons, comme un jet lumineux qui filtre par une porte entrouverte.

Ce syst?me orographique appartenait a la portion la plus sauvage de la Transylvanie, comprise sous la dénomination de comitat de Klausenburg ou Kolosvar.

Curieux fragment de l'empire d'Autriche, cette Transylvanie, "l'Erdely" en magyar, c'est-a-dire "le pays des for?ts". Elle est limitée par la Hongrie au nord, la Valachie au sud, la Moldavie a l'ouest. Étendue sur soixante mille kilom?tres carrés, soit six millions d'hectares - a peu pr?s le neuvi?me de la France -, c'est une sorte de Suisse, mais de moitié plus vaste que le domaine helvétique, sans ?tre plus peuplée. Avec ses plateaux livrés a la culture, ses luxuriants pâturages, ses vallées capricieusement dessinées, ses cimes sourcilleuses, la Transylvanie, zébrée par les ramifications d'origine plutonique des Carpathes, est sillonnée de nombreux cours d'eaux qui vont grossir la Theiss et ce superbe Danube, dont les Portes de Fer, a quelques milles au sud [1], ferment le défilé de la chaîne des Balkans sur la fronti?re de la Hongrie et de l'empire ottoman.

Tel est cet ancien pays des Daces, conquis par Trajan au premier si?cle de l'?re chrétienne. L'indépendance dont il jouissait sous jean Zapoly et ses successeurs jusqu'en 1699, prit fin avec Léopold Ier, qui l'annexa a l'Autriche. Mais, quelle qu'ait été sa constitution politique, il est resté le commun habitat de diverses races qui s'y coudoient sans se fusionner, les Valaques ou Roumains, les Hongrois, les Tsiganes, les Szeklers d'origine moldave, et aussi les Saxons que le temps et les circonstances finiront par "magyariser" au profit de l'unité transylvaine.

A quel type se raccordait le berger Frik? Était-ce un descendant dégénéré des anciens Daces? Il e?t été malaisé de se prononcer, a voir sa chevelure en désordre, sa face machurée, sa barbe en broussailles, ses sourcils épais comme deux brosses a crins rougeâtres, ses yeux pers, entre le vert et le bleu, et dont le larmier humide était circonscrit du cercle sénile. C'est qu'il est âgé de soixante-cinq ans, - il y a lieu de le croire du moins. Mais il est grand, sec, droit sous son sayon jaunâtre moins poilu que sa poitrine, et un peintre ne dédaignerait pas d'en saisir la silhouette, lorsque, coiffé d'un chapeau de sparterie, vrai bouchon de paille, il s'accote sur son bâton a bec de corbin, aussi immobile qu'un roc.

Au moment o? les rayons pénétraient a travers la brisure de l'ouest, Frik se retourna; puis, de sa main a demi fermée, il se fit un porte-vue - comme il en e?t fait un porte-voix pour ?tre entendu au loin et il regarda tr?s attentivement.

Dans l'éclaircie de l'horizon, a un bon mille, mais tr?s amoindri par l'éloignement, se profilaient les formes d'un burg. Cet antique château occupait, sur une croupe isolée du col de Vulkan, la partie supérieure d'un plateau appelé le plateau d'Orgall. Sous le jeu d'une éclatante lumi?re, son relief se détachait cr?ment, avec cette netteté que présentent les vues stéréoscopiques. Néanmoins, il fallait que l'?il du pâtour f?t doué d'une grande puissance de vision pour distinguer quelque détail de cette masse lointaine.

Soudain le voila qui s'écrie en hochant la t?te:

"Vieux burg!... Vieux burg!... Tu as beau te carrer sur ta base!... Encore trois ans, et tu auras cessé d'exister, puisque ton h?tre n'a plus que trois branches!" Ce h?tre, planté a l'extrémité de l'un des bastions du burg, s'appliquait en noir sur le fond du ciel comme une fine découpure de papier, et c'est a peine s'il e?t été visible pour tout autre que Frik a cette distance. Quant a l'explication de ces paroles du berger, qui étaient provoquées par une légende relative au château, elle sera donnée en son temps.

"Oui! répéta-t-il, trois branches... Il y en avait quatre hier, mais la quatri?me est tombée cette nuit... Il n'en reste que le moignon... je n'en compte plus que trois a l'enfourchure... Plus que trois, vieux burg... plus que trois!"

Lorsqu'on prend un berger par son côté idéal, l'imagination en fait volontiers un. ?tre r?veur et contemplatif; il s'entretient avec les plan?tes; il conf?re avec les étoiles; il lit dans le ciel. Au vrai, c'est généralement une brute ignorante et bouchée. Pourtant la crédulité publique lui attribue aisément le don du surnaturel; il poss?de des maléfices; suivant son humeur, il conjure les sorts ou les jette aux gens et aux b?tes - ce qui est tout un dans ce cas; il vend des poudres sympathiques; on lui ach?te des philtres et des formules. Ne va-t-il pas jusqu'a rendre les sillons stériles, en y lançant des pierres enchantées, et les brebis infécondes rien qu'en les regardant de l'?il gauche? Ces superstitions sont de tous les temps et de tous les pays. M?me au milieu des campagnes plus civilisées, on ne passe pas devant un berger, sans lui adresser quelque parole amicale, quelque bonjour significatif, en le saluant du nom de "pasteur" auquel il tient. Un coup de chapeau, cela permet d'échapper aux malignes influences, et sur les chemins de la Transylvanie, ou ne s'y épargne pas plus qu'ailleurs.

Frik était regardé comme un sorcier, un évocateur d'apparitions fantastiques. A entendre celui-ci, les vampires et les stryges lui obéissaient; a en croire celui-la, on le rencontrait, au déclin de la lune, par les nuits sombres, comme on voit en d'autres contrées le grand bissexte, achevalé sur la vanne des moulins, causant avec les loups ou r?vant aux étoiles.

Frik laissait dire, y trouvant profit. Il vendait des charmes et des contre-charmes. Mais, observation a noter, il était lui-m?me aussi crédule que sa client?le, et s'il ne croyait pas a ses propres sortil?ges, du moins ajoutait-il foi aux légendes qui couraient le pays.

On ne s'étonnera donc pas qu'il e?t tiré ce pronostic relatif a la disparition prochaine du vieux burg, puisque le h?tre était réduit a trois branches, ni qu'il e?t hâte d'en porter la nouvelle a Werst.

Apr?s avoir rassemblé son troupeau en beuglant a pleins poumons a travers un long bouquin de bois blanc, Frik reprit le chemin du village. Ses chiens le suivaient harcelant les b?tes - deux demi-griffons bâtards, hargneux et féroces, qui semblaient plutôt propres a dévorer des moutons qu'a les garder. Il y avait la une centaine de béliers et de brebis, dont une douzaine d'antenais de premi?re année, le reste en animaux de troisi?me et de quatri?me année, soit de quatre et de six dents.

Ce troupeau appartenait au juge de Werst, le biró Koltz, lequel payait a la commune un gros droit de brébiage, et qui appréciait fort son pâtour Frik, le sachant tr?s habile a la tonte, et tr?s entendu au traitement des maladies, muguet, affilée, avertin, douve, encaussement, fal?re, clavelée, piétin, rabuze et autres affections d'origine pécuaire.

Le troupeau marchait en masse compacte, le sonnailler devant, et, pr?s de lui, la brebis birane, faisant tinter leur clarine au milieu des b?lements.

Au sortir de la pâture, Frik prit un large sentier, bordant de vastes champs. La ondulaient les magnifiques épis d'un blé tr?s haut sur tige, tr?s long de chaume; la s'étendaient quelques plantations de ce "koukouroutz", qui est le ma?s du pays. Le chemin conduisait a la lisi?re d'une for?t de pins et de sapins, aux dessous frais et sombres. Plus bas, la Sil promenait son cours lumineux, filtré par le cailloutis du fond, et sur lequel flottaient les billes de bois débitées par les scieries de l'amont.

Chiens et moutons s'arr?t?rent sur la rive droite de la rivi?re et se mirent a boire avidement au ras de la berge, en remuant le fouillis des roseaux.

Werst n'était plus qu'a trois portées de fusil, au-dela d'une épaisse saulaie, formée de francs arbres et non de ces t?tards rabougris, qui touffent a quelques pieds au-dessus de leurs racines. Cette saulaie se développait jusqu'aux pentes du col de Vulkan, dont le village, qui porte ce nom, occupe une saillie sur le versant méridional des massifs du Plesa.

La campagne était déserte a cette heure. C'est seulement a la nuit tombante que les gens de culture regagnent leur foyer, et Frik n'avait pu, chemin faisant, échanger le bonjour traditionnel. Son troupeau désaltéré, il allait s'engager entre les plis de la vallée, lorsqu'un homme apparut au tournant de la Sil, une cinquantaine de pas en aval.

- Eh! l'ami!" cria-t-il au pâtour.

C'était un de ces forains qui courent les marchés du comitat. On les rencontre dans les villes, dans les bourgades, jusque dans les plus modestes villages. Se faire comprendre n'est point pour les embarrasser: ils parlent toutes les langues. Celui-ci était-il italien, saxon ou valaque? Personne n'e?t pu le dire; mais il était juif, juif polonais, grand, maigre, nez busqué, barbe en pointe, front bombé, yeux tr?s vifs.

Ce colporteur vendait des lunettes, des thermom?tres, des barom?tres et de petites horloges. Ce qui n'était pas renfermé dans la balle assujettie par de fortes bretelles sur ses épaules, lui pendait au cou et a la ceinture: un véritable brelandinier, quelque chose comme un étalagiste ambulant.

Probablement ce juif avait le respect et peut-?tre la crainte salutaire qu'inspirent les bergers. Aussi salua t-il Frik de la main. Puis, dans cette langue roumaine, qui est formée du latin et du slave, il dit avec un accent étranger:

"Cela va-t-il comme vous voulez, l'ami? 

- Oui... suivant le temps, répondit Frik.

- Alors vous allez bien aujourd'hui, car il fait beau.

- Et j'irai mal demain, car il pleuvra.

- Il pleuvra?... s'écria le colporteur. Il pleut donc sans nuages dans votre pays?

- Les nuages viendront cette nuit... et de la-bas... du mauvais côté de la montagne. 

- A quoi voyez-vous cela?

- A la laine de mes moutons, qui est r?che et s?che comme un cuir tanné.

- Alors ce sera tant pis pour ceux qui arpentent les grandes routes...

- Et tant mieux pour ceux qui seront restés sur la porte de leur maison.

- Encore faut-il posséder une maison, pasteur.

- Avez-vous des enfants? dit Frik.

- Non.

- Etes-vous marié?

- Non."

Et Frik demandait cela parce que, dans le pays, c'est l'habitude de le demander a ceux que l'on rencontre.

Puis, il reprit:

"D'o? venez-vous, colporteur?...

- D'Hermanstadt."

Hermanstadt est une des principales bourgades de la Transylvanie. En la quittant, on trouve la vallée de la Sil hongroise, qui descend jusqu'au bourg de Petroseny.

"Et vous allez?...

- A Kolosvar."

Pour arriver a Kolosvar, il suffit de remonter dans la direction de la vallée du Maros; puis, par Karlsburg, en suivant les premi?res assises des monts de Bihar, on atteint la capitale du comitat. Un chemin d'une vingtaine de milles [2] au plus.

En vérité, ces marchands de thermom?tres, barom?tres et patraques, évoquent toujours l'idée d'?tres a part, d'une allure quelque peu hoffmanesque. Cela tient a leur métier. Ils vendent le temps sous toutes ses formes, celui qui s'écoule, celui qu'il fait, celui qu'il fera, comme d'autres porteballes vendent des paniers, des tricots ou des cotonnades. On dirait qu'ils sont les commis voyageurs de la Maison Saturne et Cie a l'enseigne du Sablier d'or. Et, sans doute, ce fut l'effet que le juif produisit sur Frik, lequel regardait, non sans étonnement, cet étalage d'objets, nouveaux pour lui, dont il ne connaissait pas la destination.

"Eh! colporteur, demanda-t-il en allongeant le bras, a quoi sert ce bric-a-brac, qui cliqu?te a votre ceinture comme les os d'un vieux pendu?

- Ça, c'est des choses de valeur, répondit le forain, des choses utiles a tout le monde.

- A tout le monde, s'écria Frik, en clignant de l'?il, - m?me a des bergers?...

- M?me a des bergers.

- Et cette mécanique?...

- Cette mécanique, répondit le juif en faisant sautiller un thermom?tre entre ses mains, elle vous apprend s'il fait chaud ou s'il fait froid.

- Eh! l'ami, je le sais de reste, quand je sue sous mon sayon, ou quand je grelotte sous ma houppelande."

Évidemment, cela devait suffire a un pâtour, qui ne s'inquiétait gu?re des pourquoi de la science.

"Et cette grosse patraque avec son aiguille? reprit-il en désignant un barom?tre anéro?de.

- Ce n'est point une patraque, c'est un instrument qui vous dit s'il fera beau demain ou s'il pleuvra...

- Vrai?...

- Vrai.

- Bon! répliqua Frik, je n'en voudrais point, quand ça ne co?terait qu'un kreutzer. Rien qu'a voir les nuages traîner dans la montagne ou courir au-dessus des plus hauts pics, est-ce que je ne sais pas le temps vingt-quatre heures a l'avance? Tenez, vous voyez cette brumaille qui semble sourdre du sol?... Eh bien, je vous l'ai dit, c'est de l'eau pour demain." 

En réalité, le berger Frik, grand observateur du temps, pouvait se passer d'un barom?tre.

"Je ne vous demanderai pas s'il vous faut une horloge? reprit le colporteur.

- Une horloge?... J'en ai une qui marche toute seule, et qui se balance sur ma t?te. C'est le soleil de la-haut. Voyez-vous, l'ami, lorsqu'il s'arr?te sur la pointe du Rodük, c'est qu'il est midi, et lorsqu'il regarde a travers le trou d'Egelt, c'est qu'il est six heures. Mes moutons le savent aussi bien que moi, mes chiens comme nies moutons. Gardez donc vos patraques.

- Allons, répondit le colporteur, si je n'avais pas d'autres clients que les pâtours, j'aurais de la peine a faire fortune! Ainsi, vous n'avez besoin de rien?...

- Pas m?me de rien."

Du reste, toute cette marchandise a bas prix était de fabrication tr?s médiocre, les barom?tres ne s'accordant pas sur le variable ou le beau fixe, les aiguilles des horloges marquant des heures trop longues ou des minutes trop courtes - enfin de la pure camelote. Le berger s'en doutait peut-?tre et n'inclinait gu?re a se poser en acheteur. Toutefois, au moment o? il allait reprendre son bâton, le voila qui secoue une sorte de tube, suspendu a la bretelle du colporteur, en disant:

"A quoi sert ce tuyau que vous avez la?...

- Ce tuyau n'est pas un tuyau.

- Est-ce donc un gueulard?"

Et le berger entendait par la une sorte de vieux pistolet a canon évasé.

"Non, dit le juif, c'est une lunette."

C'était une de ces lunettes communes, qui grossissent cinq a six fois les objets, ou les rapprochent d'autant, ce qui produit le m?me résultat.

Frik avait détaché l'instrument, il le regardait, il le maniait, il le retournait bout pour bout, il en faisait glisser l'un sur l'autre les cylindres. 

Puis, hochant la t?te "Une lunette? dit-il.

- Oui, pasteur, une fameuse encore, et qui vous allonge joliment la vue.

- Oh! j'ai de bons yeux, l'ami. Quand le temps est clair, j'aperçois les derni?res roches jusqu'a la t?te du Retyezat, et les derniers arbres au fond des défilés du Vulkan.

- Sans cligner?...

- Sans cligner. C'est la rosée qui me vaut ça, lorsque je dors du soir au matin a la belle étoile. Voila qui vous nettoie proprement la prunelle.

- Quoi... la rosée? répondit le colporteur. Elle rendrait plutôt aveugle...

- Pas les bergers.

- Soit! Mais si vous avez de bons yeux, les miens sont encore meilleurs, lorsque je les mets au bout de ma lunette.

- Ce serait a voir.

- Voyez en y mettant les vôtres...

- Moi?...

- Essayez.

- Ça ne me co?tera rien? demanda Frik, tr?s méfiant de sa nature.

- Rien... a moins que vous ne vous décidiez a m'acheter la mécanique."

Bien rassuré a cet égard, Frik prit la lunette, dont les tubes furent ajustés par le colporteur. Puis, ayant fermé l'?il gauche, il appliqua l'oculaire a son ?il droit.

Tout d'abord, il regarda dans la direction du col de Vulkan, en remontant vers le Plesa. Cela fait, il abaissa l'instrument, et le braqua vers le village de Werst.

"Eh! eh! dit-il, c'est pourtant vrai... Ça porte plus loin que mes yeux... Voila la grande rue... je reconnais les gens... Tiens, Nic Deck, le forestier, qui revient de sa tournée, le havresac au dos, le fusil sur l'épaule... 

- Quand je vous le disais! fit observer le colporteur. - Oui... oui... c'est bien Nic! reprit le berger. Et quelle est la fille qui sort de la maison de maître Koltz, en jupe rouge et en corsage noir, comme pour aller au-devant de lui?...

- Regardez, pasteur, vous reconnaîtrez la fille aussi bien que le garçon...

- Eh! oui!... c'est Miriota... la belle Miriota!... Ah! les amoureux... les amoureux!... Cette fois, ils n'ont qu'a se tenir, car, moi, je les tiens au bout de mon tuyau, et je ne perds pas une de leurs mignasses! - Que dites-vous de ma machine?

- Eh! eh!... qu'elle fait voir au loin!"

Pour que Frik en f?t a n'avoir jamais auparavant regardé a travers une lunette, il fallait que le village de Werst méritât d'?tre rangé parmi les plus arriérés du comitat de Klausenburg. Et cela était, on le verra bientôt.

"Allons, pasteur, reprit le forain, visez encore... et plus loin que Werst... Le village est trop pr?s de nous Visez au-dela, bien au-dela, vous dis-je!...

- Et ça ne me co?tera pas davantage?...

- Pas davantage.

- Bon!... je cherche du côté de la Sil hongroise! Oui... voila le clocher de Livadzel... je le reconnais a sa croix qui est manchotte d'un bras... Et, au-dela, dans la vallée, entre les sapins, j'aperçois le clocher de Petroseny, avec son coq de fer-blanc, dont le bec est ouvert, comme s'il allait appeler ses poulettes!... Et la-bas, cette tour qui pointe au milieu des arbres... Ce doit ?tre la tour de Petrilla... Mais, j'y pense, colporteur, attendez donc, puisque c'est toujours le m?me prix...

- Toujours, pasteur."

Frik venait de se tourner vers le plateau d'Orgall; puis, du bout de la lunette, il suivait le rideau des for?ts assombries sur les pentes du Plesa, et le champ de l'objectif encadra la lointaine silhouette du burg. 

"Oui! s'écria-t-il, la quatri?me branche est a terre... J'avais bien vu!... Et personne n'ira la ramasser pour en faire une belle flambaison de la Saint-Jean... Non, personne... pas m?me moi!... Ce serait risquer son corps et son âme... Mais ne vous mettez point en peine!... Il y a quelqu'un qui saura bien la fourrer, cette nuit, au milieu de son feu d'enfer... C'est le Chort!"

Le Chort, ainsi s'appelle le diable, quand il est évoqué dans les conversations du pays.

Peut-?tre le juif allait-il demander l'explication de ces paroles incompréhensibles pour qui n'était pas du village de Werst ou des environs, lorsque Frik s'écria, d'une voix o? l'effroi se m?lait a la surprise:

"Qu'est-ce donc, cette brume qui s'échappe du donjon?... Est-ce une brume?... Non!... On dirait une fumée... Ce n'est pas possible!... Depuis des années et des années, les cheminées du burg ne fument plus! - Si vous voyez de la fumée la-bas, pasteur, c'est qu'il y a de la fumée.

- Non... colporteur, non! C'est le verre de votre machine qui se brouille.

- Essuyez-le.

- Et quand je l'essuierais?"

Frik retourna sa lunette, et, apr?s en avoir frotté les verres avec sa manche, il la remit a son ?il.

C'était bien une fumée qui se déroulait a la pointe du donjon. Elle montait droit dans l'air calme, et son panache se confondait avec les hautes vapeurs.

Frik, immobile, ne parlait plus. Toute son attention se concentrait sur le burg que l'ombre ascendante commençait a gagner au niveau du plateau d'Orgall.

Soudain, il rabaissa la lunette, et, portant la main au bissac qui pendait sous son sayon:

"Combien votre tuyau? demanda-t-il. 

- Un florin et demi [3]", répondit le colporteur.

Et il aurait cédé sa lunette m?me au prix d'un florin, pour peu que Frik eut manifesté l'intention de la marchander. Mais le berger ne broncha pas. Visiblement sous l'empire d'une stupéfaction aussi brusque qu'inexplicable, il plongea la main au fond de son bissac, et en retira l'argent.

"C'est pour votre compte que vous achetez cette lunette? demanda le colporteur.

- Non... pour mon maître, le juge Koltz.

- Alors il vous remboursera...

- Oui... les deux florins qu'elle me co?te...

- Comment... les deux florins?...

- Eh! sans doute!... La-dessus, bonsoir, l'ami.

- Bonsoir, pasteur."

Et Frik, sifflant ses chiens, poussant son troupeau, remonta rapidement dans la direction de Werst.

Le juif, le regardant s'en aller, hocha la t?te, comme s'il avait eu a faire a quelque fou:

Si j'avais su, murmura-t-il, je la lui aurais vendue plus cher, ma lunette!"

Puis, quand il eut rajusté son étalage a sa ceinture et sur ses épaules, il prit la direction de Karlsburg, en redescendant la rive droite de la Sil.

O? allait-il? Peu importe. Il ne fait que passer dans ce récit. On ne le reverra plus.

 

Chapitre II

 

 

Qu'il s'agisse de roches entassées par la nature aux époques géologiques, apr?s les derni?res convulsions du sol, ou de constructions dues a la main de l'homme, sur lesquelles a passé le souffle du temps, l'aspect est a peu pr?s semblable, lorsqu'on les observe a quelques milles de distance. Ce qui est pierre brute et ce qui a été pierre travaillée, tout cela se confond aisément. De loin, m?me couleur, m?mes linéaments, m?mes déviations des lignes dans la perspective, m?me uniformité de teinte sous la patine grisâtre des si?cles.

Il en était ainsi du burg, - autrement dit du château des Carpathes. En reconnaître les formes indécises sur ce plateau d'Orgall, qu'il couronne a la gauche du col de Vulkan, n'e?t pas été possible. Il ne se détache point en relief de l'arri?re-plan des montagnes. Ce que l'on est tenté de prendre pour un donjon n'est peut-?tre qu'un morne pierreux. Qui le regarde croit apercevoir les créneaux d'une courtine, o? il n'y a peut-?tre qu'une cr?te rocheuse. Cet ensemble est vague, flottant, incertain. Aussi, a en croire divers touristes, le château des Carpathes n'existe-t-il que dans l'imagination des gens du comitat.

Évidemment, le moyen le plus simple de s'en assurer serait de faire prix avec un guide de Vulkan ou de Werst, de remonter le défilé, de gravir la croupe, de visiter l'ensemble de ces constructions. Seulement, un guide, c'est encore moins commode a trouver que le chemin qui m?ne au burg. En ce pays des deux Sils, personne ne consentirait a conduire Lui voyageur, et pour n'importe quelle rémunération, au château des Carpathes.

Quoi qu'il en soit, voici ce qu'on aurait pu apercevoir de cette antique demeure dans le champ d'une lunette, plus puissante et mieux centrée que l'instrument de pacotille, acheté par le berger Frik pour le compte de maître Koltz:

A huit ou neuf cents pieds en arri?re du col de Vulkan, une enceinte, couleur de gr?s, lambrissée d'un fouillis de plantes lapidaires, et qui s'arrondit sur une périphérie de quatre a cinq cents toises, en épousant les dénivellations du plateau; a chaque extrémité, deux bastions d'angle, dont celui de droite, sur lequel poussait le fameux h?tre, est encore surmonté d'une maigre échauguette ou guérite a toit pointu; a gauche, quelques pans de murs étayés de contreforts ajourés, supportant le campanile d'une chapelle, dont la cloche f?lée se met en branle par les fortes bourrasques au grand effroi des gens de la contrée; au milieu, enfin, couronné de sa plate-forme a créneaux, un lourd donjon, a trois rangs de fen?tres maillées de plomb, et dont le premier étage est entouré d'une terrasse circulaire; sur la plate-forme, une longue tige métallique, agrémentée du virolet féodal, sorte de girouette soudée par la rouille, et qu'un dernier coup de galerne avait fixée au sud-est.

Quant a ce que renfermait cette enceinte, rompue en maint endroit, s'il existait quelque bâtiment habitable a l'intérieur, si un pont-levis et une poterne permettaient d'y pénétrer, on l'ignorait depuis nombre d'années. En réalité, bien que le château des Carpathes f?t mieux conservé qu'il n'en avait l'air, une contagieuse épouvante, doublée de superstition, le protégeait non moins que l'avaient pu faire autrefois ses basilics, ses sautereaux, ses bombardes, ses couleuvrines, ses tonnoires et autres engins d'artillerie des vieux si?cles.

Et pourtant, le château des Carpathes e?t valu la peine d'?tre visité par les touristes et les antiquaires. Sa situation, a la cr?te du plateau d'Orgall, est exceptionnellement belle. De la plate-forme supérieure du donjon, la vue s'étend jusqu'a l'extr?me limite des montagnes. En arri?re ondule la haute chaîne, si capricieusement ramifiée, qui marque la fronti?re de la Valachie. En avant se creuse le sinueux défilé de Vulkan, seule route praticable entre les provinces limitrophes. Au-dela de la vallée des deux Sils, surgissent les bourgs de Livadzel, de Lonyai, de Petroseny, de Petrilla, groupés a l'orifice des puits qui servent a l'exploitation de ce riche bassin houiller. Puis, aux derniers plans, c'est un admirable chevauchement de croupes, boisées a leur base, verdoyantes a leurs flancs, arides a leurs cimes, que dominent les sommets abrupts du Retyezat et du Paring [1]. Enfin, plus loin que la vallée du Hatszeg et le cours du Maros, apparaissent les lointains profils, noyés de brumes, des Alpes de la Transylvanie centrale.

Au fond de cet entonnoir, la dépression du sol formait autrefois un lac, dans lequel s'absorbaient les deux Sils, avant d'avoir trouvé passage a travers la chaîne. Maintenant, cette dépression n'est plus qu'un charbonnage avec ses inconvénients et ses avantages; les hautes cheminées de brique se m?lent aux ramures des peupliers, des sapins et des h?tres; les fumées noirâtres vicient l'air, saturé, jadis du parfum des arbres fruitiers et des fleurs. Toutefois, a l'époque o? se passe cette histoire, bien que l'industrie tienne ce district minier sous sa main de fer, il n'a rien perdu du caract?re sauvage qu'il doit a la nature.

Le château des Carpathes date du XIIe ou du XIIIe si?cle. En ce temps-la, sous la domination des chefs ou vo?vodes, monast?res, églises, palais, châteaux, se fortifiaient avec autant de soin que les bourgades ou les villages. Seigneurs et paysans avaient a se garantir contre des agressions de toutes sortes. Cet état de choses explique pourquoi l'antique courtine du burg, ses bastions et son donjon lui donnent l'aspect d'une construction féodale, pr?te a la défensive. Quel architecte l'a édifié sur ce plateau, a cette hauteur? On l'ignore, et cet audacieux artiste est inconnu, a moins que ce soit le roumain Manoli, si glorieusement chanté dans les légendes valaques, et qui bâtit a Curté d'Argis le cél?bre château de Rodolphe le Noir.

Qu'il y ait des doutes sur l'architecte, il n'y en a aucun sur la famille qui possédait ce burg. Les barons de Gortz étaient seigneurs du pays depuis un temps immémorial. Ils furent m?lés a toutes ces guerres qui ensanglant?rent les provinces transylvaines; ils lutt?rent contre les Hongrois, les Saxons, les Szeklers; leur nom figure dans les "cantices", les - "do?nes", o? se perpétue le souvenir de ces désastreuses périodes; ils avaient pour devise le fameux proverbe valaque: Da pe maorte, "donne jusqu'a la mort!" et ils donn?rent, ils répandirent leur sang pour la cause de l'indépendance, - ce sang qui leur venait des Roumains, leurs anc?tres.

On le sait, tant d'efforts, de dévouement, de sacrifices, n'ont abouti qu'a réduire a la plus indigne oppression les descendants de cette vaillante race. Elle n'a plus d'existence politique. Trois talons l'ont écrasée. Mais ils ne désesp?rent pas de secouer le joug, ces Valaques de la Transylvanie. L'avenir leur appartient, et c'est avec une confiance inébranlable qu'ils rép?tent ces mots, dans lequel se concentrent toutes leurs aspirations: Rôman on péré! "le Roumain ne saurait périr!" Vers le milieu du XIXe si?cle, le dernier représentant des seigneurs de Gortz était le baron Rodolphe. Né au château des Carpathes, il avait vu sa famille s'éteindre autour de lui pendant les premiers temps de sa jeunesse. A vingt-deux ans, il se trouva seul au monde. Tous les siens étaient tombés d'année en année, comme ces branches du h?tre séculaire, auquel la superstition populaire rattachait l'existence m?me du burg. Sans parents, on peut m?me dire sans amis, que ferait le baron Rodolphe pour occuper les loisirs de cette monotone solitude que la mort avait faite autour de lui? Quels étaient ses go?ts, ses instincts, ses aptitudes? On ne lui en reconnaissait gu?re, si ce n'est une irrésistible passion pour la musique, surtout pour le chant des grands artistes de cette époque. D?s lors, abandonnant le château, déja fort délabré, aux soins de quelques vieux serviteurs, un jour il disparut. Et, ce qu'on apprit plus tard, c'est qu'il consacrait sa fortune, qui était assez considérable, a parcourir les principaux centres lyriques de l'Europe, les théâtres de l'Allemagne, de la France, de l'Italie, o? il pouvait satisfaire a ses insatiables fantaisies de dilettante. Était-ce un excentrique, pour ne pas dire un maniaque? La bizarrerie de son existence donnait lieu de le croire.

Cependant, le souvenir du pays était resté profondément gravé dans le c?ur du jeune baron de Gortz. Il n'avait pas oublié la patrie transylvaine au cours de ses lointaines pérégrinations. Aussi, revint-il prendre part a l'une des sanglantes révoltes des paysans roumains contre l'oppression hongroise.

Les descendants des anciens Daces furent vaincus, et leur territoire échut en partage aux vainqueurs.

C'est a la suite de cette défaite que le baron Rodolphe quitta définitivement le château des Carpathes, dont certaines parties tombaient déja en ruine. La mort ne tarda pas a priver le burg de ses derniers serviteurs, et il fut totalement délaissé. Quant au baron de Gortz, le bruit courut qu'il s'était patriotiquement joint au fameux Rosza Sandor, un ancien détrousseur de grande route, dont la guerre de l'indépendance avait fait un héros de drame. Par bonheur pour lui, apr?s l'issue de la lutte, Rodolphe de Gortz s'était séparé de la bande du compromettant "betyar", et il fit sagement, car l'ancien brigand, redevenu chef de voleurs, finit par tomber entre les mains de la police, qui se contenta de l'enfermer dans la prison de Szamos-Uyvar.

Néanmoins, une version fut généralement admise chez les gens du comitat: a savoir que le baron Rodolphe avait été tué pendant une rencontre de Rosza Sandor avec les douaniers de la fronti?re. Il n'en était rien, bien que le baron de Gortz ne se f?t jamais remontré au burg depuis cette époque, et que sa mort ne fit doute pour personne. Mais il est prudent de n'accepter que sous réserve les on-dit de cette crédule population.

Château abandonné, château hanté, château visionné. Les vives et ardentes imaginations l'ont bientôt peuplé de fantômes, les revenants y apparaissent, les esprits y reviennent aux heures de la nuit. Ainsi se passent encore les choses au milieu de certaines contrées superstitieuses de l'Europe, et la Transylvanie peut prétendre au premier rang parmi elles.

Du reste, comment ce village de Werst e?t-il pu rompre avec les croyances au surnaturel? Le pope et le magister, celui-ci chargé de l'éducation des enfants, celui-la dirigeant la religion des fid?les, enseignaient ces fables d'autant plus franchement qu'ils y croyaient bel et bien. Ils affirmaient, "avec preuves a l'appui", que les loups-garous courent la campagne, que les vampires, appelés stryges, parce qu'ils poussent des cris de strygies, s'abreuvent de sang humain, que les "staffii" errent a travers les ruines et deviennent malfaisants, si on oublie de leur porter chaque soir le boire et le manger. Il y a des fées, des "babes", qu'il faut se garder de rencontrer le mardi ou le vendredi, les deux plus mauvais jours de la semaine. Aventurez-vous donc dans les profondeurs de ces for?ts du comitat, for?ts enchantées, o? se cachent les "balauri", ces dragons gigantesques, dont les mâchoires se distendent jusqu'aux nuages, les "zmei" aux ailes démesurées, qui enl?vent les filles de sang royal et m?me celles de moindre lignée, lorsqu'elles sont jolies! Voila nombre de monstres redoutables, semble-t-il, et quel est le bon génie que leur oppose l'imagination populaire? Nul autre que le "serpi de casa", le serpent du foyer domestique, qui vit famili?rement au fond de l'âtre, et dont le paysan ach?te l'influence salutaire en le nourrissant de son meilleur lait.

Or, si jamais burg fut aménagé pour servir de refuge aux hôtes de cette mythologie roumaine, n'est-ce pas le château des Carpathes? Sur ce plateau isolé, qui est inaccessible, excepté par la gauche du col de Vulkan, il n'était pas douteux qu'il abritât des dragons, des fées, des stryges, peut-?tre aussi quelques revenants de la famille des barons de Gortz. De la une réputation de mauvais aloi, tr?s justifiée, disait-on. Quant a se hasarder a le visiter, personne n'y e?t songé. Il répandait autour de lui une épouvante épidémique, comme un marais insalubre répand des miasmes pestilentiels. Rien qu'a s'en rapprocher d'un quart de mille, c'e?t été risquer sa vie en ce monde et son salut dans l'autre. Cela s'apprenait couramment a l'école du magister Hermod.

Toutefois, cet état de choses devait prendre fin, d?s qu'il ne resterait plus une pierre de l'antique forteresse des barons de Gortz. Et c'est ici qu'intervenait la légende.

D'apr?s les plus autorisés notables de Werst, l'existence du burg était liée a celle du vieux h?tre, dont la ramure grimaçait sur le bastion d'angle, situé a droite de la courtine.

Depuis le départ de Rodolphe de Gortz - les gens du village, et plus particuli?rement le pâtour Frik, l'avaient observé -, ce h?tre perdait chaque année une de ses maîtresses branches. On en comptait dix-huit a son enfourchure, lorsque le baron Rodolphe fut aperçu pour la derni?re fois sur la plate-forme du donjon, et l'arbre n'en avait plus que trois pour le présent. Or, chaque branche tombée, c'était une année de retranchée a l'existence du burg. La chute de la derni?re am?nerait son anéantissement définitif. Et alors, sur le plateau d'Orgall, on chercherait vainement les restes du château des Carpathes.

En réalité, ce n'était la qu'une de ces légendes qui prennent volontiers naissance dans les imaginations roumaines. Et, d'abord, ce vieux h?tre s'amputait-il chaque année d'une de ses branches? Cela n'était rien moins que prouvé, bien que Frik n'hésitât pas a l'affirmer, lui qui ne le perdait pas de vue pendant que son troupeau paissait les pâtis de la Sil. Néanmoins, et quoique Frik f?t sujet a caution, pour le dernier paysan comme pour le premier magistrat de Werst, nul doute que le burg n'e?t plus que trois ans a vivre, puisqu'on ne comptait plus que trois branches au "h?tre tutélaire".

Le berger s'était donc mis en mesure de reprendre le chemin du village pour y rapporter cette grosse nouvelle, lorsque se produisit l'incident de la lunette.

Grosse nouvelle, tr?s grosse en effet! Une fumée est apparue au faite du donjon... Ce que ses yeux n'auraient pu apercevoir, Frik l'a distinctement vu avec l'instrument du colporteur... Ce n'est point une vapeur, c'est une fumée qui va se confondre avec les nuages... Et pourtant, le burg est abandonné... Depuis bien longtemps, personne n'a franchi sa poterne qui est fermée sans doute, ni le pont-levis qui est certainement relevé. S'il est habité, il ne peut l'?tre que par des ?tres surnaturels... Mais a quel propos des esprits auraient-ils fait du feu dans un des appartements du donjon?... Est-ce un feu de chambre, est-ce un feu de cuisine?... Voila qui est véritablement inexplicable.

Frik hâtait ses b?tes vers leur étable. A sa voix, les chiens harcelaient le troupeau sur le chemin montant, dont la poussi?re se rabattait avec l'humidité du soir.

Quelques paysans, attardés aux cultures, le salu?rent en passant, et c'est a peine s'il répondit a leur politesse. De la, réelle inquiétude, car, si l'on veut éviter les maléfices, il ne suffit pas de donner le bonjour au berger, il faut encore qu'il vous le rende. Mais Frik y paraissait peu enclin avec ses yeux hagards, son attitude singuli?re, ses gestes désordonnée. Les loups et les ours lui auraient enlevé la moitié de ses moutons, qu'il n'aurait pas été plus défait. De quelle mauvaise nouvelle fallait-il qu'il f?t porteur?

Le premier qui l'apprit fut le juge Koltz. Du plus loin qu'il l'aperçut, Frik lui cria:

"Le feu est au burg, notre maître! - Que dis-tu la, Frik?

- je dis ce qui est. 

- Est-ce que tu es devenu fou?"

En effet, comment un incendie pouvait-il s'attaquer a ce vieil amoncellement de pierres? Autant admettre que le Nego?, la plus haute cime des Carpathes, était dévoré par les flammes. Ce n'e?t pas été plus absurde.

"Tu prétends, Frik, tu prétends que le burg br?le répéta maître Koltz. 

- S'il ne br?le pas, il fume.

- C'est quelque vapeur...

- Non, c'est une fumée... Venez voir." Et tous deux se dirig?rent vers le milieu de la grande rue du village, au bord d'une terrasse dominant les ravins du col, de laquelle on pouvait distinguer le château.

Une fois la, Frik tendit la, lunette a maître Koltz. Évidemment, l'usage de cet instrument ne lui était pas plus connu qu'a son berger.

"Qu'est-ce cela? dit-il.

- Une machine que je vous ai achetée deux florins, mon maître, et qui en vaut bien quatre!

- A qui?

- A un colporteur.

- Et pour quoi faire?

- Ajustez cela a votre ?il, visez le burg en face, regardez, et vous verrez."

Le juge braqua la lunette dans la direction du château et l'examina longuement.

Oui! c'était une fumée qui se dégageait de l'une des cheminées du donjon. En ce moment, déviée par la brise, elle rampait sur le flanc de la montagne.

"Une fumée!" répéta maître Koltz stupéfait.

Cependant, Frik et lui venaient d'?tre rejoints par Miriota et le forestier Nic Deck, qui étaient rentrés au logis depuis quelques instants.

"A quoi cela sert-il? demanda le jeune homme en prenant la lunette.

- A voir au loin, répondit le berger.

- Plaisantez-vous, Frik?

- je plaisante si peu, forestier, qu'il y a une heure a peine, j'ai pu vous reconnaître, tandis que vous descendiez la route de Werst, vous et aussi..." 

Il n'acheva pas sa phrase. Miriota avait rougi en baissant ses jolis yeux. Au fait, pourtant, il n'est pas défendu a une honn?te fille d'aller au-devant de son fiancé.

Elle et lui, l'un apr?s l'autre, prirent la fameuse lunette et la dirig?rent vers le burg.

Entre-temps, une demi-douzaine de voisins étaient arrivés sur la terrasse, et, s'étant enquis du fait, ils se servirent tour a tour de l'instrument.

"Une fumée! une fumée au burg!... dit l'un.

- Peut-?tre le tonnerre est-il tombé sur le donjon?... fit observer l'autre.

- Est-ce qu'il a tonné?... demanda maître Koltz, en s'adressant a Frik.

- Pas un coup depuis huit jours", répondit le berger.

Et ces braves gens n'auraient pas été plus ahuris, si on leur e?t dit qu'une bouche de crat?re venait de s'ouvrir au sommet du Retyezat, pour livrer passage aux vapeurs souterraines.

 

Chapitre III

 

 

Le village de Werst a si peu d'importance que la plupart des cartes n'en indiquent point la situation. Dans le rang administratif, il est m?me au-dessous de son voisin, appelé Vulkan, du nom de la portion de ce massif de Plesa, sur lequel ils sont pittoresquement juchés tous les deux.

A l'heure actuelle, l'exploitation du bassin minier a donné un mouvement considérable d'affaires aux bourgades de Petroseny, de Livadzel et autres, distantes de quelques milles. Ni Vulkan ni Werst n'ont recueilli le moindre avantage de cette proximité d'un grand centre industriel; ce que ces villages étaient, il y a cinquante ans, ce qu'ils seront sans doute dans un demi-si?cle, ils le sont a présent; et, suivant Élisée Reclus, une bonne moitié de la population de Vulkan ne se compose "que d'employés chargés de surveiller la fronti?re, douaniers, gendarmes, commis du fisc et infirmiers de la quarantaine" - Supprimez les gendarmes et les commis du fisc, ajoutez une proportion un peu plus forte de cultivateurs, et vous aurez la population de Werst, soit quatre a cinq centaines d'habitants.

C'est une rue, ce village, rien qu'une large rue, dont les pentes brusques rendent la montée et la descente assez pénibles. Elle sert de chemin naturel entre la fronti?re valaque et la fronti?re transylvaine. Par la passent les troupeaux de b?ufs, de moutons et de porcs, les marchands de viande fraîche, de fruits et de céréales, les rares voyageurs qui s'aventurent par le défilé, au lieu de prendre les railways de Kolosvar et de la vallée du Maros.

Certes, la nature a généreusement doté le bassin qui se creuse entre les monts de Bihar, le Retyezat et le Paring. Riche par la fertilité du sol, il l'est aussi de toute la fortune enfouie dans ses entrailles: mines de sel gemme a Thorda, avec un rendement annuel de plus de vingt mille tonnes; mont Parajd, mesurant sept kilom?tres de circonférence a son dôme, et qui est uniquement formé de chlorure de sodium; mines de Torotzko, qui produisent le plomb, la gal?ne, le mercure, et surtout le fer, dont les gisements étaient exploités d?s le Xe si?cle; mines de Vayda Hunyad, et leurs minerais qui se transforment en acier de qualité supérieure; mines de houille, facilement exploitables sur les premi?res strates de ces vallées lacustres, dans le district de Hatszeg, a Livadzel, a Petroseny, vaste poche d'une contenance estimée a deux cent cinquante millions de tonnes; enfin, mines d'or, au bourg d'Ottenbanya, a Topanfalva, la région des orpailleurs, o? des myriades de moulins d'un outillage tr?s simple travaillent les sables du Ver?s-Patak, "le Pactole transylvain", et exportent chaque année pour deux millions de francs du précieux métal.

Voila, semble-t-il, un district tr?s favorisé de la nature, et pourtant cette richesse ne profite gu?re au bien-?tre de sa population. Dans tous les cas, si les centres plus importants, Torotzko, Petroseny, Lonyai, poss?dent quelques installations en rapport avec le confort de l'industrie moderne, si ces bourgades ont des constructions réguli?res, soumises a l'uniformité de l'équerre et du cordeau, des hangars, des magasins, de véritables cités ouvri?res, si elles sont dotées d'un certain nombre d'habitations a balcons et a vérandas, voila ce qu'il ne faudrait chercher ni au village de Vulkan, ni au village de Werst.

Bien comptées, une soixantaine de maisons, irréguli?rement accroupies sur l'unique rue, coiffées d'un capricieux toit dont le faîtage déborde les murs de pisé, la façade vers le jardin, un grenier a lucarne pour étage, une grange délabrée pour annexe, une étable toute de guingois, couverte en paillis, ça et la un puits surmonté d'une potence a laquelle pend une seille, deux ou trois mares qui "fuient" pendant les orages, des ruisselets dont les orni?res tortillées indiquent le cours, tel est ce village de Werst, bâti sur les deux côtés de la rue, entre les obliques talus du col. Mais tout cela est frais et attirant; il y a des fleurs aux portes et aux fen?tres, des rideaux de verdure qui tapissent les murailles, des herbes échevelées qui se m?lent au vieil or des chaumes, des peupliers, ormes, h?tres, sapins, érables, qui grimpent au-dessus des maisons "si haut qu'ils peuvent grimper". Par-dela, l'échelonnement des assises intermédiaires de la chaîne, et, au dernier plan, l'extr?me cime des monts, bleuis par le lointain, se confondent avec l'azur du ciel.

Ce n'est ni l'allemand ni le hongrois que l'on parle a Werst, non plus qu'en toute cette portion de la Transylvanie: c'est le roumain - m?me chez quelques familles tsiganes, établies plutôt que campées dans les divers villages du comitat. Ces étrangers prennent la langue du pays comme ils en prennent la religion. Ceux de Werst forment une sorte de petit clan, sous l'autorité d'un vo?vode, avec leurs cabanes, leurs "barakas" a toit pointu, leurs légions d'enfants, bien différents par les m?urs et la régularité de leur existence de ceux de leurs congén?res qui errent a travers l'Europe. Ils suivent m?me le rite grec, se conformant a la religion des chrétiens au milieu desquels ils se sont installés. En effet, Werst a pour chef religieux un pope, qui réside a Vulkan, et qui dessert les deux villages séparés seulement d'un demi-mille.

La civilisation est comme l'air ou l'eau. Partout o? un passage - ne f?t-ce qu'une fissure - lui est ouvert, elle pén?tre et modifie les conditions d'un pays. D'ailleurs, il faut le reconnaître, aucune fissure ne s'était encore produite a travers cette portion méridionale des Carpathes. Puisque Élisée Reclus a pu dire de Vulkan "qu'il est le dernier poste de la civilisation dans la vallée de la Sil valaque", on ne s'étonnera pas que Werst f?t l'un des plus arriérés villages du comitat de Kolosvar. Comment en pourrait-il ?tre autrement dans ces endroits o? chacun naît, grandit, meurt, sans les avoir jamais quittés!

Et pourtant, fera-t-on observer, il y a un maître d'école et un juge a Werst? Oui, sans doute. Mais le magister Hermod n'est capable d'enseigner que ce qu'il sait, c'est-a-dire un peu a lire, un peu a écrire, un peu a compter. Son instruction personnelle ne va pas au-dela. En fait de science, d'histoire, de géographie, de littérature, il ne connaît que les chants populaires et les légendes du pays environnant. La-dessus, sa mémoire le sert avec une rare abondance. Il est tr?s fort en mati?re de fantastique, et les quelques écoliers du village tirent grand profit de ses leçons.

Quant au juge, il convient de s'entendre sur cette qualification donnée au premier magistrat de Werst.

Le biró, maître Koltz, était un petit homme de cinquante-cinq a soixante ans, Roumain d'origine, les cheveux ras et grisonnants, la moustache noire encore, les yeux plus doux que vifs. Solidement bâti comme un montagnard, il portait le vaste feutre sur la t?te, la haute ceinture a boucle historiée sur le ventre, la veste sans manches sur le torse, la culotte courte et demi-bouffante, engagée dans les hautes bottes de cuir. Plutôt maire que juge, bien que ses fonctions l'obligeassent a intervenir dans les multiples difficultés de voisin a voisin, il s'occupait surtout d'administrer son village autoritairement et non sans quelque agrément pour sa bourse. En effet, toutes les transactions, achats ou ventes, étaient frappées d'un droit a son profit - sans parler de la taxe de péage que les étrangers, touristes ou trafiquants, s'empressaient de verser dans sa poche.

Cette situation lucrative avait valu a maître Koltz une certaine aisance. Si la plupart des paysans du comitat sont rongés par l'usure, qui ne tardera pas a faire des pr?teurs israélites les véritables propriétaires du sol, le biró avait su échapper a leur rapacité. Son bien, libre d'hypoth?ques, "d'intabulations", comme on dit en cette contrée, ne devait rien a personne. Il e?t plutôt pr?té qu'emprunté, et l'aurait certainement fait sans écorcher le pauvre monde. Il possédait plusieurs pâtis, de bons herbages pour ses troupeaux, des cultures assez convenablement entretenues, quoiqu'il f?t réfractaire aux nouvelles méthodes, des vignes qui flattaient sa vanité, lorsqu'il se promenait le long des ceps chargés de grappes, et dont il vendait fructueusement la récolte - exception faite, et dans une proportion notable, de ce que nécessitait sa consommation particuli?re.

Il va sans dire que la maison de maître Koltz est la plus belle maison du village, a l'angle de la terrasse que traverse la longue rue montante. Une maison en pierre, s'il vous plaît, avec sa façade en retour sur le jardin, sa porte entre la troisi?me et la quatri?me fen?tre, les festons de verdure qui ourlent le chéneau de leurs brindilles chevelues, les deux grands h?tres dont la fourche se ramifie au-dessus de son chaume en fleurs. Derri?re, un beau verger aligne ses plants de légumes en damier, et ses rangs d'arbres a fruits qui débordent sur le talus du col. A l'intérieur de la maison, il y a de belles pi?ces bien propres, les unes o? l'on mange, les autres o? l'on dort, avec leurs meubles peinturlurés, tables, lits, bancs et escabeaux, leurs dressoirs o? brillent les pots et les plats, les poutrelles apparentes du plafond, d'o? pendent des vases enrubannés et des étoffes aux vives couleurs, leurs lourds coffres recouverts de housses et de courtepointes, qui servent de bahuts et d'armoires; puis, aux murs blancs, les portraits violemment enluminés des patriotes roumains, - entre autres le populaire héros du XVe si?cle, le vo?vode Vayda-Hunyad.

Voila une charmante habitation, qui e?t été trop, grande pour un homme seul. Mais il n'était pas seul, maître Koltz. Veuf depuis une dizaine d'années, il avait une fille, la belle Miriota, tr?s admirée de Werst jusqu'a Vulkan et m?me au-dela. Elle aurait pu s'appeler d'un de ces bizarres noms pa?ens, Florica, Da?na, Dauritia, qui sont fort en honneur dans les familles valaques. Non! c'était Miriota, c'est-a-dire "petite brebis". Mais elle avait grandi, la petite brebis. C'était maintenant une gracieuse fille de vingt ans, blonde avec des yeux bruns, d'un regard tr?s doux, charmante de traits et d'une agréable tournure. En vérité, il y avait de sérieuses raisons pour qu'elle par?t on ne peut plus séduisante avec sa chemisette brodée de fil rouge au collet, aux poignets et aux épaules, sa jupe serrée par une ceinture a fermoirs d'argent, son "catrinza", double tablier a raies bleues et rouges, noué a sa taille, ses petites bottes en cuir jaune, le léger mouchoir jeté sur sa t?te, le flottement de ses longs cheveux dont la natte est ornée d'un ruban ou d'une piécette de métal.

Oui! une belle fille, Miriota Koltz, et - ce qui ne gâte rien - riche pour ce village perdu au fond des Carpathes. Bonne ménag?re?... Sans doute, puisqu'elle dirige intelligemment la maison de son p?re. Instruite?... Dame! a l'école du magister Hermod elle a appris a lire, a écrire, a calculer; et elle calcule, écrit, lit correctement, -mais elle n'a pas été poussée plus loin - et pour cause. En revanche, on ne lui en remontrerait pas sur tout ce qui tient aux fables et aux sagas transylvaines. Elle en sait autant que son maître. Elle connaît la légende de Leany-Kö, le Rocher de la Vierge, o? une jeune princesse quelque peu fantastique échappe aux poursuites des Tartares; la légende de la grotte du Dragon, dans la vallée de la "Montée du Roi"; la légende de la forteresse de Deva, qui fut construite "au temps des Fées"; la légende de la Detunata, la "Frappée du tonnerre", cette cél?bre montagne basaltique, semblable a un gigantesque violon de pierre, et dont le diable joue pendant les nuits d'orage; la légende du Retyezat avec sa cime rasée par une sorci?re; la légende du défilé de Thorda, que fendit d'un grand coup l'épée de saint Ladislas. Nous avouerons que Miriota ajoutait foi a toutes ces fictions, mais ce n'en était pas moins une charmante et aimable fille.

Bien des garçons du pays la trouvaient a leur gré, m?me sans trop se rappeler qu'elle était l'unique hériti?re du biró, maître Koltz, le premier magistrat de Werst. Inutile de la courtiser, d'ailleurs. N'était-elle pas déja fiancée a Nicolas Deck?

Un beau type, de Roumain, ce Nicolas ou plutôt Nic Deck: vingt-cinq ans, haute taille, constitution vigoureuse, t?te fi?rement portée, chevelure noire que recouvre le kolpak blanc, regard franc, attitude dégagée sous sa veste de peau d'agneau brodée aux coutures, bien campé sur ses jambes fines, des jambes de cerf, un air de résolution dans sa démarche et ses gestes. Il était forestier de son état, c'est-a-dire presque autant militaire que civil. Comme il possédait quelques cultures dans les environs de Werst, il plaisait au p?re, et comme il se présentait en gars aimable et de fi?re tournure, il ne déplaisait point a la fille qu'il n'aurait pas fallu lui disputer ni m?me regarder de trop pr?s. Au surplus, personne n'y songeait.

Le mariage de Nic Deck et de Miriota Koltz devait ?tre célébré - encore une quinzaine de jours - vers le milieu du mois prochain. A cette occasion, le village se mettrait en f?te. Maître Koltz ferait convenablement les choses. Il n'était point avare. S'il aimait a gagner de l'argent, il ne refusait pas de le dépenser a l'occasion. Puis, la cérémonie achevée, Nic Deck élirait domicile dans la maison de famille qui devait lui revenir apr?s le biró, et lorsque Miriota le sentirait pr?s d'elle, peut-?tre n'aurait-elle plus peur, en entendant le gémissement d'une porte ou le craquement d'un meuble durant les longues nuits d'hiver, de voir apparaître quelque fantôme échappé de ses légendes favorites.

Pour compléter la liste des notables de Werst, il convient d'en citer deux encore, et non des moins importants, le magister et le médecin.

Le magister Hermod était un gros homme a lunettes, cinquante-cinq ans, ayant toujours entre les dents le tuyau courbé de sa pipe a fourneau de porcelaine, cheveux rares et ébouriffés sur un crâne aplati, face glabre avec un tic de la joue gauche. Sa grande affaire était de tailler les plumes de ses él?ves, auxquels il interdisait l'usage des plumes de fer - par principe. Aussi, comme il en allongeait les becs avec son vieux canif bien aiguisé! Avec quelle précision, et en clignant de l'?il, il donnait le coup final pour en trancher la pointe! Avant tout, une belle écriture; c'est a cela que tendaient tous ses efforts, c'est a cela que devait pousser ses él?ves un maître soucieux de remplir sa mission. L'instruction ne venait qu'en seconde ligne - et l'on sait ce qu'enseignait le magister Hermod, ce qu'apprenaient les générations de garçons et de fillettes sur les bancs de son école!

Et maintenant, au tour du médecin Patak.

Comment, il y avait un médecin a Werst, et le village en était encore a croire aux choses surnaturelles?

Oui, mais il est nécessaire de s'entendre sur le titre que prenait le médecin Patak, comme on l'a fait pour le titre que prenait le juge Koltz.

Patak, petit homme, a gaster proéminent, gros et court, âgé de quarante-cinq ans, faisait tr?s ostensiblement de la médecine courante a Werst et dans les environs. Avec son aplomb imperturbable, sa faconde étourdissante, il inspirait non moins de confiance que le berger Frik - ce qui n'est pas peu dire. Il vendait des consultations et des drogues, mais si inoffensives qu'elles n'empiraient pas les bobos de ses clients, qui eussent guéri d'eux-m?mes. D'ailleurs, on se porte bien au col de Vulkan; l'air y est de premi?re qualité, les maladies épidémiques y sont inconnues, et si l'on y meurt, c'est parce qu'il faut mourir, m?me en ce coin privilégié de la Transylvanie. Quant au docteur Patak - oui! on disait: docteur! - quoiqu'il f?t accepté comme tel, il n'avait aucune instruction, ni en médecine ni en pharmacie, ni en rien. C'était simplement un ancien infirmier de la quarantaine, dont le rôle consistait a surveiller les voyageurs, retenus sur la fronti?re pour la patente de santé. Rien de plus. Cela, paraît-il, suffisait a la population peu difficile de Werst. Il faut ajouter - ce qui ne saurait surprendre - que le docteur Patak était un esprit fort, comme il convient a quiconque s'occupe de soigner ses semblables. Aussi n'admettait-il aucune des superstitions qui ont cours dans la région des Carpathes, pas m?me celles qui concernaient le burg. Il en riait, il en plaisantait. Et, lorsqu'on disait devant lui que personne n'avait osé s'approcher du château depuis un temps immémorial:

"Il ne faudrait pas me défier d'aller rendre visite a votre vieille cassine!" répétait-il a qui voulait l'entendre.

Mais, comme on ne l'en défiait pas, comme on se gardait m?me de l'en défier, le docteur Patak n'y était point allé, et, la crédulité aidant, le château des Carpathes était toujours enveloppé d'un impénétrable myst?re.