Opowiadanie niniejsze nie jest fantastycznem, chociaż
niejednemu może wydawać się nieprawdopodobnem; zwrócimy uwagę
jednak, że żyjemy w czasach, w których dzięki coraz nowym naukowym
odkryciom, będącym niejako zadatkiem przyszłości, nie można naszej
powieści zaliczyć do legend. Zresztą legendy i podania nie tworzą
się już teraz, przy schyłku dziewiętnastego wieku, odznaczającego
się praktycznością i realistycznemi dążeniami. Nie napotkasz ich
ani w Bretanii, tak obfitującej w starożytne, dzikie podania; ani w
Szkocyi, kraju gnomów; ani w Norwegii, zaludnionej fantastycznemi
postaciami elfowi, sylfów i walkiryi, ani nawet w Siedmiogrodzie,
gdzie na tle otaczających go Karpat mogłyby się ukazywać
nadprzyrodzone istoty. Chociaż trzeba przyznać, że w krainie
Siedmiogrodzkiej lud wierzy jeszcze w zabobony i w średniowieczne
czary.
Gérando opisywał te odległe prowincye Europy, a Elizeusz
Réclus zwiedzał je nawet, lecz żaden z nich nie dotknął przedmiotu,
o którym mamy mówić.
Było to przy schyłku maja. U stóp góry Retyezat, na
wyniosłej płaszczyźnie, pokrytej bujną roślinnością, skąd roztaczał
się rozległy widok na urodzajną dolinę, urozmaiconą grupami drzew,
wznoszących się wśród łanów uprawnych pól i ogrodów, siedział
pasterz, pilnując swej trzody. Płaszczyzna, odkryta ze wszystkich
stron, wystawiona była, szczególniej zimą, na północno-zachodnie
wichry.
Człowiek nie miał pozoru arkadyjskiego pasterza, lecz nie
wyglądał również na wieśniaka. Nie był to Dafnis ani Amyntas,
opiewany przez starożytnych poetów, chociaż otaczający go krajobraz
godzien był pióra poety, jak pędzla artysty. Rzeka Sil płynęła,
szemrząc u stóp wzgórza i wiła się jak wstęga przez dolinę.
Frik, był pasterzem we wsi Werst i mieszkał w nędznej
chacie, zbudowanej na brzegu wioski, gdzie mieścił się razem ze
swoją trzodą. Leżał on na wzniesieniu porośniętem trawą i drzemał
jednem okiem, a drugiem pilnował trzody. W ustach trzymał dużą
fajkę, którą wyjmował niekiedy, aby gwizdać na psy, gdy owca jaka
zanadto się oddaliła, lub dął w róg pasterski, którego dźwięk
stokrotnem echem odbijał się w górach.
Była godzina czwarta po południu i słońce zaczęło chylić
się ku zachodowi. Wierzchołki niektórych gór oświetlone były
wyraźniej, podczas gdy podstawy ich lekka mgła otaczała. Z
południowo-zachodniej strony, gdzie łańcuch gór rozstępował się
trochę, tryskał snop ukośnych promieni słonecznych, wciskających
się niby przez otwarte drzwi.
Miejscowość ta należała do najmniej znanej i najdzikszej
części Siedmiogrodu, zaliczonej do komitatu Klauzenburg, albo
Kolosvar.
Siedmiogród, zwany po madziarsku Erdely, kraj leśny, jest
niezmiernie ciekawą prowincyą cesarstwa austryackiego. Ziemia
Siedmiogrodzka graniczy na północy z Węgrami, na południe z
Wołoszczyzną, a na zachód z Mołdawią. Rozległość jej wynosi
sześćdziesiąt tysięcy kwadratowych kilometrów, czyli sześć milionów
hektarów, co równa się dziewiątej części Francyi. Malownicze,
górzyste jej położenie przypomina Szwajcaryą, ale jest ona o połowę
obszerniejsza niż Helwecya, a mniej zaludniona.
Transylwania, czyli Siedmiogród, posiada ziemię urodzajną,
uprawne pola i bujne pastwiska. U stóp wyniosłych gór rozciągają
się prześliczne doliny, odnogi gór Karpackich przerzynają kraj w
rozmaitych kierunkach, rozliczne rzeki i rzeczki zasilają wspaniały
Dunaj, którego Żelazne Wrota, znajdujące się o kilka mil ku
południowi, zamykają wąwóz łańcucha gór Bałkańskich na granicy
Węgier i państwa Ottomańskiego.
Takim jest ten starożytny kraj Dacyi, zdobyty przez
Trajana, w pierwszym wieku ery chrześcijańskiej. Niezależność,
którą cieszył się pod panowaniem Jana Zapolskiego i jego następców,
skończyła się po wstąpieniu na tron Leopolda I., który Siedmiogród
przyłączył w roku 1699 do Austryi.
Kraj ten zamieszkują rozmaite plemiona; są tu Wołoszanie i
Rumuni, Węgrzy, Cyganie, Szeklerzy mołdawskiego pochodzenia i
Saksoni, którzy z czasem zjednoczą się z miejscową ludnością.
Do jakiego plemienia należał pasterz Frik? Czy był to
potomek starożytnych mieszkańców Dacyi? Trudno to było określić,
spoglądając na jego bezładnie spadające włosy, twarz posmoloną,
gęstą brodę i, również gęste, krzaczyste i rudawe brwi, ocieniające
niepewnego koloru oczy, zielonawo błękitne, otoczone siecią
zmarszczek. Bo Frik ma już ze sześćdziesiąt pięć lat; pomimo to
trzyma się dobrze, jest szczupły, zawiędły i wysoki, a gdy wsparty
na swoim pasterskim kiju stał nieruchomie na skale, z głową
osłoniętą spiczastym słomianym kapeluszem, mógłby posłużyć za model
malarzowi.
W chwili, gdy słońce rzucało od zachodu snop promieni,
Frik obrócił się, potem zasłaniając się ręką przed olśniewającem
jego oczy światłem, spojrzał uważnie na daleki horyzont. Zdaleka na
tle nieba, rysowały się mury zamczyska. Była to starożytna budowa,
która zajmowała wyniosły i samotny wierzchołek góry, stanowiącej
wyższą część płaszczyzny, zwanej płaszczyzną Orgall. Wśród blasków
zachodzącego słońca mury zamku odbijały się wyraźnie. Jednakże
wzrok pasterza sięgał widać bardzo daleko i odznaczał się
niepospolitą siłą, skoro mógł dostrzedz niektóre szczegóły z takiej
odległości. Frik zawołał nagle kręcąc głową:
- Stary zamku!... stary zamku!... Trzymasz się jeszcze
silnie na swoich podwalinach!... A jednak przed upływem trzech lat
rozsypiesz się w gruzy, kiedy twój buk ma już tylko trzy
gałęzie!...
Drzewo bukowe, o którem pasterz wspominał, rosło obok
jednej wieży zamczyska; gałęzie jego odbijały się ciemną barwą na
tle nieba, lecz w tak delikatnych konturach, że człowiek
posiadający wzrok mniej bystry, niż pasterz, nie byłby go nigdy
odróżnił. Tajemnicze słowa pasterza odnosiły się do legendy,
krążącej między ludem o tym zamku, którą później opowiemy.
- Tak, tak, - powtórzył, - trzy gałęzie... Wczoraj było
jeszcze cztery, ale jedna opadła tej nocy... tylko sęk po niej
pozostał... Widzę przecie tylko trzy gałęzie... Tak, tak, stary
zamku, tylko trzy!...
Jeżeli będziemy zapatrywać się na pasterza ze strony
idealnej, to powiemy, że odznacza się zawsze bujną imaginacyą, gdyż
z natury jest marzycielem, do czego usposabia go rodzaj zajęcia;
przypatruje się on planetom, naradza z gwiazdami, czyta w otwartej
księdze niebios. Ale w rzeczywistości tak nie jest, gdyż są to
ludzie nieoświeceni zupełnie. Lecz łatwowierność prostego ludu
przypisuje im dary nadprzyrodzone. Podług nich może on rzucić urok
i względnie do swego usposobienia, albo odżegnywa czary, albo je
rzuca na ludzi i zwierzęta; oprócz tego sprzedaje proszki, napoje
czarodziejskie, formułki zaklęć! On może zakląć urodzajność ziemi,
aby nie wydała plonu, skoro czarownik wrzuci w nią zaklęty kamień,
lub spojrzy lewem okiem. Podobne zabobony można napotkać w każdym
kraju i w każdym wieku. Nawet wśród wieśniaków bardziej oświeconych
istnieje ten zwyczaj, że z szacunkiem przemawiają do pasterza i
okazują mu przychylność.
- Lepiej się ukłonić, - mówią, - aby uniknąć złego wpływu.
Ma się rozumieć, że w Siedmiogrodzie przekonania te są
jeszcze bardziej zakorzenione.
Frik więc uważany był za czarownika, umiejącego wywoływać
fantastyczne zjawiska. Jeden twierdził, że wampiry i strzygi były
mu posłuszne; drugi zapewniał, że można go było widzieć przy
schyłku księżyca, lub podczas ciemnych nocy na stawidle młyńskiem,
rozmawiającego z wilkami, lub wpatrzonego w gwiazdy.
Frik nie zaprzeczał tym gadaniom, z których ciągnął
korzyści. Za dobrą cenę sprzedawał umiejętność rzucania i
zdejmowania uroków. Lecz trzeba dodać, że był niemniej łatwowiernym
od tych, których wspomagał radą, i jeżeli nie wierzył we własne
czary i gusła, wierzył uroczyście we wszystkie legendy i podania
krążące po kraju.
Nic więc dziwnego, że powtarzał przepowiednie, dotyczące
zniknięcia starego zamku, kiedy buk utracił jedną gałęź i że mu
pilno było zanieść tę wiadomość do wioski.
Zwołał trzodę za pomocą swego pasterskiego rogu i wyruszył
ku wsi. Psy zaganiały owce, a były to mocne, na wpół dzikie
brytany, które z pozoru można było raczej posądzić o chęć pożarcia
baranów, niżeli pilnowania ich troskliwie.
Trzoda ta należała do sędziego z Werst, nazwiskiem Kolbs,
który płacił gminie znaczny podatek za pastwiska. Sędzia cenił
bardzo pasterza Frika, wiedząc, że nietylko umie trzód pilnować,
ale też strzedz i leczyć w potrzebie potrafi.
Owce szły w ściśniętych szeregach, przed którymi
postępował przewodnik stada.
Zeszedłszy z pastwiska, Frik zwrócił się na szeroką
ścieżkę, ciągnącą się wzdłuż pól uprawnych, na których kołysały się
ciężkie kłosy zboża na wysokich łodygach; dalej widać było
plantacye kukurydzy. Opodal szumiał las sosnowy i jodłowy, nęcący
chłodem i cieniem. Poniżej rzeka Sil toczyła swoje przejrzyste fale
po łożysku zasłanem kamykami, po jej powierzchni płynęły kłody
drzewa, ciosanego w niedalekiej fabryce.
Psy i owce zatrzymały się na prawym brzegu rzeki i zaczęły
pić chciwie wodę.
Niedaleko widać już było wioskę Werst, po za kępą wierzb,
bujnie rozrośniętych i sięgających aż do podnóża góry Wulkan. Na
stoku tej góry wznosiła się wioska tegoż nazwiska, zbudowana od
strony południowej.
Na polu było pusto o tej godzinie; rolnicy zwykle późno
wracali do domu, i Frik nie napotkał nikogo. Gdy trzoda ugasiła
pragnienie i pasterz wracał już ku dolinie, o pięćdziesiąt może
kroków od niego, ukazał się jakiś człowiek przy zakręcie rzeki.
- Hej! przyjacielu! - zawołał na pasterza.
Był to jeden z tych obcych ludzi, którzy przebiegają
tamtejsze okolice; spotkać ich można nietylko w miastach i osadach,
ale i w najuboższych wioskach. Każdy mógł się z nimi porozumieć,
gdyż mówili oni wszystkimi językami. Czy ten wędrowny kramarz był
Włochem, Saksończykiem, lub Rumunem? Nikt nie umiałby na to
odpowiedzieć. Raczej był on żydem, jak tego dowodziła jego wysoka,
szczupła postać, nos garbaty, długa, spiczasta, przystrzyżona
broda, wypukłe czoło i przenikliwie biegające czarne oczy.
Handlarz ten sprzedawał okulary, termometry, barometry i
małe zegary wieżowe.
Towar, którego nie mógł zamknąć w tłumoczku, dźwiganym na
plecach i przytwierdzonym mocnemi szelkami, zawieszał sobie na szyi
i u pasa. Wyglądał więc, jak sklep ruchomy.
Żyd miał widocznie szacunek dla pasterza, gdyż powitał go
ukłonem ręki; potem zapytał tem narzeczem rumuńskiem, które
powstało z mieszaniny języka łacińskiego i słowiańskiego, ale z
lekkim odcieniem cudzoziemskiego akcentu.
- Jakże wam się powodzi, przyjacielu?
- Rozmaicie... stosownie do pogody, - odpowiedział Frik.
- No, to dziś miewacie się dobrze, bo dziś czas bardzo
piękny.
- Ale jutro będzie gorzej, gdyż jutro będzie deszcz padał.
- Deszcz będzie padał? - zawołał kramarz. - Więc w waszym
kraju deszcz pada, choć chmur nie ma?
- Chmury nadciągają w nocy i to stamtąd... ze złej strony
góry.
- I z czegoż to wnosisz?
- Z wełny moich baranów, która jest ostrą i suchą, jak
wyprawiona skóra.
- Niedobra to przepowiednia dla podróżnych zmuszonych
daleką odbywać drogę...
- Ale dobra dla tych, co pozostaną w swoich chatach.
- Tak, jeśli mają własne chaty.
- Czy masz dzieci? - zapytał Frik.
- Nie.
- A jesteś żonaty?
- Nie.
Frik dlatego był tak ciekawy, że jest to zwyczajem w ich
kraju, zadawać ludziom mało znanym tego rodzaju pytania.
Po chwili pasterz zapytał znowu:
- Skąd idziecie handlarzu?
- Z Hermanstadtu.
Hermanstadt jest jednem z główniejszych miast
Siedmiogrodu. Po za nim ciągnie się dolina węgierskiej rzeki Sil,
która prowadzi aż do miasteczka Pestronesi.
- A dokąd idziesz?
- Do Kolosvar.
Chcąc dojść do Kolosvar, należy zwrócić się w stronę
doliny Maros, potem zaś, minąwszy Karlsburg i pierwsze wzniosłości
gór Bihar, dochodzimy do głównego miasta komitatu. Droga ta wynosi
ze dwadzieścia mil, czyli około stu pięćdziesięciu kilometrów.
W istocie ci wędrowni kramarze stanowią zupełnie odrębny
rodzaj ludzi, przypominających jakieś fantastyczne postacie.
Ponieważ sprzedają termometry, barometry i zegary i mają do
czynienia ciągle z czasem i tym, co upływa, i tym co ma nadejść,
lub jest obecnie, zdaje im się, że są posłannikami Saturna. I takie
też wrażenie żyd wywarł na Frika, który patrzył na te wszystkie
nieznane dla niego przedmioty, których znaczenia i użytku nie
pojmował.
- Powiedźcie mi handlarzu, - rzekł wreszcie, wskazując
ręką na towar zawieszony na szyi kramarza, - do czego służą te
przedmioty, wyglądające jak kości wisielca.
- O! to są rzeczy mające wielką wartość, a nadewszystko
pożyteczne dla każdego, - odpowiedział kramarz.
- Pożyteczne dla każdego? - zawołał Frik, mrugając oczyma,
- nawet dla pasterza?
- A ma się rozumieć.
- I na cóż przydać się może taka maszynka?
- Ta maszynka, - odpowiedział żyd, biorąc w rękę
termometr, oznajmia każdemu, czy jest ciepło lub zimno.
- Eh! ja i bez tego wiem o tem dobrze, skoro się raz pocę,
a drugi raz drżę z zimna, pomimo płaszcza.
Naturalnie, że to było rzeczą dostateczną dla takiego
prostaczka.
- A ta duża machina z igłą? - zapytał znowu, wskazując na
barometr.
- Instrument ten wskazuje, czy jutro będzie deszcz czy
pogoda.
- Doprawdy?
- Nieinaczej...
- Eh! co mi potem, choćby to nie kosztowało więcej nad
grajcara, - odpowiedział Frik. - Gdy patrzę na chmury wijące się
wśród gór, lub przesuwające się ponad najwyższymi szczytami, to
wiem już na dwadzieścia cztery godziny naprzód, jaka będzie pogoda.
Patrz, czy widzisz tę lekką mgłę, wznoszącą się ponad ziemią? Otóż
mogę ci powiedzieć napewno, że jutro deszcz będzie padał.
Rzeczywiście, kto tak znał się na niebie, jak Frik, mógł
się łatwo obejść bez barometru.
- Nie pytam się nawet, czy ci zegar potrzebny? - zaczął
znowu handlarz.
- Zegar? a nacóżby mi się przydał?... Mam ja najlepszy
zegar, który krąży nad moją głową i chodzi bez niczyjej pomocy, a
jest nim słońce na niebie. Gdy ono zatrzyma się na wierzchołku góry
Rodük, wiem, że wtedy jest południe, a gdy wygląda przez wąwóz
Egelt, jest wówczas szósta godzina. Moje barany wiedzą o tem
zarówno dobrze, jak i moje psy. Schowaj więc dla siebie swoje
zegary.
- No, gdybym tylko tego rodzaju klientów napotykał, -
odpowiedział kramarz, - nie wiem, czy potrafiłbym zarobić na życie.
A zatem nic wam nie potrzeba, pasterzu?
- Nic, a nic.
Trzeba wyznać, że towar, którym przechwalał się handlarz,
był w dość lichym gatunku i nie odznaczał odznaczał się wyborową
robotą. Barometry nie wskazywały dokładnie zmian pogody, wskazówki
zegara posuwały się za prędko lub za wolno. Być może, że pasterz
przeczuwał to i dlatego nie chciał nic kupić. Kiedy jednak ujął już
swój kij pastuszy, uwagę jego zwrócił rodzaj rożku, czy rurki,
zawieszonej na taśmie na szyi handlarza.
- A do czego służy ta rurka? - zapytał.
- To nie rurka.
- Czyżby to była broń jaka? Może pistolet?
- Nie, - odparł żyd, - to luneta.
Była to w istocie luneta dosyć pospolita, przybliżająca i
powiększająca pięć lub sześć razy przedmioty.
Frik odwiązał instrument, przypatrywał mu się, obracał go
w ręku i rozsuwał walce.
- Luneta? - zapytał po chwili, kręcąc głową.
- I do tego bardzo doskonała, daleko można widzieć przez
nią.
- O! i bez tego mam wyborny wzrok! Gdy czas jest pogodny,
widzę najwyższe skały na szczycie Retyazat i najdalsze drzewa w
wąwozie górskim.
- I nie mrużysz oczu?
- Bynajmniej. Alboż to rosa nie myje mi oczu, kiedy sypiam
prawie zawsze pod gołem niebem! To najlepsza rzecz na oczy.
- Co? rosa? - powtórzył handlarz. - Ależ to możnaby
zaniewidzieć raczej...
- Może szkodzi ona innym ludziom, ale nie pasterzom.
- Niech i tak będzie. Ale jeśli wy macie dobre oczy, ja
mam jeszcze lepsze, kiedy spojrzę przez tę lunetę.
- Chciałbym się o tem przekonać.
- Spojrzyj więc...
- Ja?...
- No, cóż w tem dziwnego?
- A nic za to nie zapłacę? - zapytał Frik z
niedowierzaniem.
- Nic, chyba, że będziesz chciał kupić lunetę.
Uspokojony tem zapewnieniem Frik, wziął lunetę, której
szkła kramarz ustawił odpowiednio, i przymknąwszy lewe oko,
przyłożył lunetę do prawego oka.
Naprzód spojrzał w stronę gór, a następnie zwrócił szkło
ku wiosce Werst.
- No, no, - rzekł, - widzę, że to prawda... przez szkło
widzę dalej i lepiej, niż mojemi oczami... Poznaję nawet osoby...
Otóż i gajowy Niko Dek, który powraca z lasu ze strzelbą na
ramieniu i myśliwską torbą zawieszoną na plecach.
- A nie mówiłem wam! - odezwał się kramarz...
- Tak, tak, to Nik, - mówił dalej pasterz. - A cóż to za
dziewczyna, która wychodzi z domu pana Koltz. Widzę, że jest ubrana
w ponsową spódniczkę i czarny gorsecik, ale kto to?
- Spojrzyjcie uważniej, a poznacie ją z pewnością...
- Ah! to Miriota!... piękna Miriota!
- No i jakże wam się podoba ta maszyna? - Nigdy nie
myślałem, że przez nią tak daleko widzieć można.
A następnie zwrócił szkło ku wiosce Werst.
Frik nigdy w życiu nie widział lunety, co dowodziło, jakim
zapadłym kątem była wioska Werst.
- Patrzcie jeszcze dalej, niż ta wioska, - odezwał się
kramarz.
- A nic za to nie zapłacę? - powtórnie zapytał pasterz.
- Nic a nic, - zapewniał go kramarz.
- Aha! widzę dzwonnicę w wiosce Livadzel. Poznaję ją po
krzyżu!... A dalej jeszcze w dolinie, pomiędzy jodłami, spostrzegam
dzwonnicę w Petronesy, na której wznosi się blaszany kogut, z
otwartym dziobem, jakby chciał zwoływać kurczęta... Tam znów widzę
wieżę w Patrilla... Wszak mogę patrzeć, skoro to nic nie kosztuje?
- Możecie, możecie.
Frik zwrócił lunetę ku płaszczyźnie Orgall i wreszcie ku
ruinom starożytnego zamku.
- Tak! - zawołał, - czwarta gałęź leży na ziemi...
widziałem więc dobrze! I nikt nie pójdzie jej podnieść, aby z niej
zrobić piękną pochodnię dla świętego Jana... Nie, nikt, ani ja
nawet!... Byłoby to narażać duszę i ciało... Ale po co się tem
kłopotać... Jest ktoś, co ją tej nocy porwie do piekielnego
ogniska... To czort!...
Tak lud prosty pospolicie nazywa dyabła, złego ducha.
Być może, iż żyd byłby się zapytał o wyjaśnienie tych
słów, niezrozumiałych dla niego, lecz Frik zawołał nagle głosem, w
którym przestrach mieszał się z podziwieniem:
- A to co za mgła wydobywa się z tej wieży! Czy to
mgła?... Nie, to jest dym chyba... Ależ to niepodobieństwo!... Od
setek lat z kominów zamkowych dym się nie wydobywa!...
- A jednak musi to być dym, skoro go widzicie, pasterzu.
- Ależ nie, nie, to szkło się może zaćmiło.
- Można je przeczyścić.
Frik otarł szkła rękawem i znowu przyłożył je do oka.
Z wieży zamkowej w istocie dym się wydobywał, zbijając się
prostym słupem w powietrze.
Frik stał nieruchomy i milczał. Cała jego uwaga zwrócona
była na zamek, którego mury zmrok wieczorny zaczął osłaniać.
Nagle odjął lunetę od oczu i sięgając ręką do woreczka
ukrytego pod kaftanem, zapytał:
- Wiele chcesz za tę rurkę?
- Półtora reńskiego, - odpowiedział handlarz.
I byłby może oddał ją za reńskiego, gdyby Frik był się
potargował. Ale pasterz, zostający pod wpływem zdumienia, nie
myślał się targować i wyjął z woreczka pieniądze.
- Czy to dla siebie kupujecie tę lunetę? - zapytał
handlarz.
- Nie... dla mojego pana, sędziego Koltz.
- A zatem on wam wróci pieniądze?
- Naturalnie... dwa reńskie, tyle, ile mnie kosztuje.
- Jakto?... dwa reńskie?...
- No, ma się rozumieć, dobranoc wam przyjacielu.
- Dobranoc, pasterzu.
I Frik, gwiżdżąc na psy, szybkim krokiem poszedł ku
wiosce.
Żyd patrzył za odchodzącym, kręcąc głową, jak gdyby
spoglądał na waryata.
- Gdybym był wiedział, - rzekł sam do siebie, - byłbym mu
ją sprzedał drożej.
I poprawiwszy towar na plecach, ruszył w stronę
Karlsburga, idąc prawym brzegiem rzeki. Dalej losy jego już nas nie
obchodzą.